Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezimienny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezimienny. Pokaż wszystkie posty

14 czerwca 2020

Od Bezimiennego CD Iriego

Zmora siedziała na krześle, przypatrując się blatu stołu, co jakiś czas tylko rzucając pobieżne spojrzenie mężczyźnie. Bardzo nie lubił, gdy ktoś wypytywał go o imię. Zwłaszcza kiedy ktoś tak zaciekle doszukiwał się w tym sensu czy bezsensu jak robił to siedzący przed nim brunet. Irytowało go to, wyrzekł się swojego imienia, nie był już Colettem Renoir od momentu, gdy dodano mu obcy gen. Uważał, że Iriemu powinna wystarczyć informacja, że może zwracać się do niego jakkolwiek. Wyraził to w końcu chyba dostatecznie jasno. Poza tym zwyczajnie nie chciał tego zdradzać.

14 kwietnia 2020

Od Bezimiennego CD Tibbie

Świt obudził Bezimiennego, choć nawet nie był w stanie przedrzeć się przez grube kamienne ściany. Lazurowe oczy błysnęły spod powiek, nie powodując przy tym nawet bólu głowy. To było niesamowite, nigdy po bimbrze nie miewał kaca, ale po przemianie prawie w ogóle nie odczuwał skutków wczorajszego picia, przynajmniej nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. Uniósł głowę znad blatu stołu, nad którym widocznie zasnął. Może i był zmorą, ale ból pleców i szyi dawał się we znaki. Rozglądając się dookoła, dostrzegł tylko brunetkę leżącą na prowizorycznej pryczy, której czasem masochistycznie używał, gdy chciał się jeszcze bardziej nadręczyć rzeczywistością, jaką sprawiała mu mutacja lub padał na nią kompletnie pijany. To była właśnie druga rzeczy budząca jego ciekawość, potrafił zasnąć, wyłącznie upijając się do nieprzytomności… W zasadzie nawet nie był w pełni przekonany czy zapijanie się do nieprzytomności i ryzykowania w ten sposób życia i zdrowia jakkolwiek można było podpiąć pod sen, chyba jednak nie. Pamiętał tylko tyle, że pod koniec całego posiedzenia niejako wymusił na kobiecie położenie się spać na tej parodii łóżka, po czym sam jeszcze trochę dopił, jak sobie wmawiał na „dobry sen”.

7 kwietnia 2020

Od Bezimiennego CD Lily

Ostatnimi czasy na wyspie jakby zaczęło dziać się coś dziwnego, niespotykanego, przynajmniej dla Colette’a. Od kilku dni nie uświadczył żadnych nieprzyjemności przypisywanych pobytowi na wyspie przeklętych. Jak zwykle opuszczał kryjówkę, by się posilić koszmarami lub aby zwyczajnie się przejść. W końcu każdy zamknięty w czterech ścianach, w końcu ma dość i musi zażyć nieco Świerzego powietrza. Co zaskakujące, podczas tych spacerów ani razu nie miał wątpliwej przyjemności zobaczyć okrucieństwa tego miejsca, jak i nie został ani razu zaatakowany. Można by powiedzieć, że zakrawało to niejako o cud. Raczej nikt nie mógł się poszczycić takim nagłym atakiem szczęścia jak on. Wątpiłby była w „raju” jakakolwiek inna osoba, która mogłaby stawać z nim w szranki w tej kategorii.

6 kwietnia 2020

Od Bezimiennego CD Tibbie

Jeszcze przez chwilę od pożegnania z Tibbie brunet czuł delikatny niepokój. Tego dnia wieczór nadszedł niespodziewanie szybko. Miał drobne obawy związane z jej bezpieczeństwem podczas powrotu do domu. W końcu z każdą minutą robiło się coraz ciemniej i ciemniej, a jak wiadomo, na wyspie mrok był definicją zagrożenia. Dodatkowo za dnia, gdy szukali drogi do krypty, zostali zaatakowani przez te przeklęte Mchelniki. Nie przewidywał, by tym razem miało być lepiej, wręcz przeciwnie, mogło być tylko i wyłącznie gorzej. Przeszło mu nawet przez myśl czyby nie pójść za nią, choćby w ukryciu i dopilnować, by dotarła na miejsce w całości. Szybko jego pomysł zdementowała inna myśl. Przecież kobieta nie była małą bezbronną dziewczynką, zdążyła już mu przecież udowodnić, że potrafiła o siebie zadbać. Podczas spotkania ze skalnymi potworkami, nie spodziewał się nawet, że poradzi sobie aż tak dobrze. Ponadto, miał u niej dług wdzięczności, ale był już w trakcie spłacania go. Prócz tego nie był zobowiązany do niczego innego wobec niej. Wiedział, że to prawda, jakkolwiekby mu się nie podobała. Musiał też myśleć o sobie, choć było to wbrew jego naturze. Nie raz przeklinał swój charakter, tę nieodpartą chęć pomocy innym. Najwyraźniej jednak nie stracił swojego człowieczeństwa, choć był świadom, że mimo tej chęci pomagania innym skazańcom, wcale nie był altruistą i to denerwowało, go chyba bardziej niż wszystko inne; że też człowiek został stworzony jako egoista. Zawsze, we wszystkim doszukiwał się korzyści dla siebie. Nawet dobrzy ludzi nie byli do końca dobrzy. Gdyby nie widzieli w swoich czynach korzyści dla swojej osoby, to najzwyczajniej w świecie nie robiliby tego, co robią. Czyniąc dobro, większość wolontariuszy dzięki temu utwierdza się w przekonaniu, że są dobrze. Colette natomiast starał się udowodnić samemu sobie, że nie jest zły. Z każdym dobrym uczynkiem, starał się odpokutować swoje dawne życie, wszystkie okropieństwa, jakich się dopuścił. Starał się sobie wybaczyć…

3 kwietnia 2020

Od Bezimiennego CD Aven

Po rozstaniu z rudowłosą, od razu skierował się w stronę swojej kryjówki, jak cień znikając pomiędzy drzewami. Nieco zaskoczyła go propozycja kobiety, by ta odprowadziła go od „domu”. Naturalnie odmówił od razu. Prawdopodobnie dyktowała nią zwykła troska, w końcu rana narażała go na duże niebezpieczeństwo w razie ataku. Stan Bezimiennego mocno utrudniał jakąkolwiek obronę, niemal całkowicie wykluczając jego tajną broń. Osłabiony, po zwalczeniu trucizny i utracie krwi, praktycznie nie był w stanie zmienić formy, która niemal gwarantowała mu nietykalność i bezpieczeństwo. Był to chyba odpowiedni moment, by zmusił się do polowania, którego tak bardzo nie znosił.
Ten jeden raz postanowił zachować się odpowiedzialnie i nie zdradzać osadniczce miejsca swojego pobytu. Zdecydowanie zbyt wiele osób znało już jego lokalizację. Z każdą kolejną osobą stawało się to coraz niebezpieczniejsze. Jedyną rzeczą, jaka go uspokajała to fakt, że spędzał w katakumbach naprawdę dużo czasu i nie potrzebował snu, dzięki czemu ryzyko kradzieży znacząco malało. Nie ulegało jednak wątpliwości, że to nadal nie było szczególnie mądre.

29 marca 2020

Od Bezimiennego CD Tibbie

Nie można było odmówić Bezimiennemu szczerości, którą na marginesie wysoko sobie cenił. Sam zawsze starał się mówić prawdę, szczerze tak jak widział i czuł. Nie inaczej było, podczas rozmowy z Tibbie. To nie fakt, jakoby jej wizerunek nie wzbudzał zaufania, pędziła mężczyznę, do odmowy pomocy, a właśnie duma. Z wyglądem kobiety w jego mniemaniu było wszystko w najlepszym porządku. Posunąłby się nawet do stwierdzenia, że było zgoła inaczej. Problemem mogło być jedynie jej usposobienie, jakkolwiek trafne w ich obecnej sytuacji. Naprawdę nie dziwiła go jej ostrożność, sam pomimo pozornej otwartości i chęci wsparcia, jeśli można było to tak nazwać, zachowywał ciągłą czujność. Kobieta nie wydawała się szczególnym zagrożeniem, przynajmniej z początku, bo oczywiście podczas walki z mchelnikami udowodniła mu, że potrafi walczyć. Miał jednak to zgubne dla wielu głupców poczucie, że nie byłaby w stanie zabić drugiej osoby z zimną krwią, czy raczej nie sprowokowana samoobroną. Jemu również nie garnęło się do morderstwa czy walki, zważywszy nas stan, w jakim się znajdował.

28 marca 2020

Od Bezimiennego CD Kat

Nigdy nie lubił, gdy ktoś naruszał jego przestrzeń osobistą. Kiedyś już wielokrotnie zdarzało mu się spotykać w swoim domu, bezczelnie rozgoszczonych już w nim ludzi. Najczęściej zupełnie obcych, co gorsza, prawie zawsze kończyło się to dla niego nieprzyjemnościami, nie rzadko zdecydowanie przekraczającymi jego przewidywania. Nic więc dziwnego, że stał się niezwykle czuły na tym punkcie. Jego zamiłowanie do samotności, niechęć do towarzystwa, jak i specyfikacja mutacji, jakiej został poddany, wypędziła go właśnie do takiego miejsca; do krypty, którą uważał, za wprost idealna. W końcu, kto prócz niego miałby ochotę podnosić toasty z kilkoma cmentarnymi duchami, które zdarzało mu się słyszeć w pijackim widzie. Wręcz odstręczającym dla Bezimiennego okazał się fakt, że wyspę zamieszkiwało zdecydowanie więcej podobnych mu osób, niźliby tego chciał. Miejsce, gdzie się osiedlił, ukrył przed światem, to, które wydawało mu się doskonałym odizolowaniem od jego mieszkańców, to, które miało zapewnić mu ciszę i spokój, okazało się identyczne pod tym względem chyba dla każdego. Czasem zastanawiał się, głucho sącząc paskudztwo z obierków, czy naprawdę oczekiwał od życia zbyt wiele, marząc jedynie o odrobinie spokoju i ciszy. Czy te dwie rzeczy faktycznie były tak cenne, że nie było go na nie stać, czy może jego poprzednie życie był tak drogie, że los postanowił mu odebrać ten niewielki skrawek normalność, za karę? Karą za grzechy miało być zesłanie na tę wyspę, by zaznał na nim zalążka piekła?

26 marca 2020

Od Bezimiennego CD Iriego

Słowa nieznajomego otrząsnęły go z tego chwilowego amoku. W tym samym momencie opuściła go cała złość. Wyparowała, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów, jakby nigdy jej nie było; może z wyjątkiem wstydu i pretensji do samego siebie.

Puścił mężczyznę, tonąc tym razem nie w emocjach, a myśli zalewające go gęstym strumieniem. Znalazł go w lesie… Nie dowierzając własnym uszom, Colette odwrócił plecami do mężczyzny, co mogłoby stanowić dla tamtego doskonałą okazję do kontrataku, ale wtedy o tym nie pomyślał. Złodziejaszek, za jakiego go miał, mimo słusznych rozmiarów nie wydawał się groźny, a próbując pozbierać się z ziemi przy jednoczesnych mało skutecznych próbach złapania oddechu, jedynie utwierdzał go w tym przekonaniu. Zresztą, któż by przejmował się bezpieczeństwem, wyrzucając sobie tak karygodny brak opanowania i porywczość. Naprawdę potrzebował odpoczynku, był przecież oazą spokoju, życie na wyspie faktycznie mocno zaczynało dawać mu się we znaki.

Od Bezimiennego CD Tibbie

W tamtym momencie nie było czasu na myślenie, które najwyraźniej w pewnym momencie pochłonęły dziewczynę. Sam odczuwał żal i złość na samego siebie, że dał się im ponieść. Podczas drogi w ogóle nie dostrzegł jak skrajnie nieostrożni byli. Nic dziwnego, że znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji. Bawił już trochę na wyspie, jak mógł nie zauważyć, że zbliżają się do skupiska? Sam nie wiedział jakim sposobem się na to zdobył, w ostatnim momencie rzucając się przed siebie, obalając brunetkę na ziemię. Ostre bak brzytwy kamienne szpony przecięły z głośnym świstem powietrze nad ich głowami. Dokładnie w tej samej chwili Colette poczuł nagły zastrzyk adrenaliny, rozsadzający mu żyły. Był gotów stanąć do walki lub uciekać. Analizując jednak na szybko wszystkie okoliczności, najlogiczniejszą okazywała się ta druga opcja.

29 lutego 2020

Od Bezimiennego CD Bobby - Szczury laboratoryjne

Czuł się jak na silnym kacu. Głowa pękała, pod niewidzialną obręczą coraz silniej zaciskającą się na jego skroni. Uśpiona do tej pory świadomość nie wróciła jeszcze do porządku. Nie wiedział co dzieje się dookoła i czy cokolwiek się dzieje. Pewny był tylko tego, że wokół było lodowato. Na tyle, że nawet on odczuwał to dość dotkliwie. Cały był skostniały i zmęczony, jak wybudzony z długiego snu, po którym jest się jeszcze bardziej zmęczonym. Siły całkiem go opuściły.

Dopiero z czasem przypomniał sobie, gdzie się znajduje i dlaczego. Wzrok wyostrzył się w końcu do zwykłego poziomu. Pokręcił delikatnie obolałą głową, przecierając ją lodowatą dłonią, jakby miał nadzieję zedrzeć resztkę otępiającego go zmęczenia. Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, odkąd zapadł w sen, i ile upłynęło do momentu, aż udało mu się zebrać myśli i poukładać wszystko w głowie. Nie było to wcale takie łatwe. Głowa skutecznie utrudniała mu logiczne myślenie.

24 lutego 2020

Od Bezimiennego CD Tibbie

Od samego początku wiedział, że proszenie nieznajomej o pomoc mija się z celem. To było całkiem normalne, że mając obcego pod dachem w takim miejscu, nikt nie będzie grzeszył wsparciem i opieką. Miał przecież świadomość, że nie każdy, o ile nie nikt, nie ma tak beztroskiego i nieodpowiedzialnego podejścia jak on. Nie wiedział, skąd to się bierze. Colette pomógł każdemu, kto do tej pory znalazł się w jego kryjówce, choć niejednokrotnie przyszło mu płacić za to dość boleśnie. Jak w przypadku pewnej wampirzycy, która wpadła do niego przez zwalony strop. Opatrzył ją, po czym zamiast „dziękuję” otrzymał bardzo bolesny cios butelką w głowę, kawałki szkła wbite w plecy i rozbity nos. Czyżby pomimo środowiska, w jakim dorastał, po zmianie i zesłaniu na wyspę stracił zmysł samozachowawczy, zgubił chęci życia, a może jako jedyny zachował część człowieczeństwa? Nie jemu było to oceniać. Tym razem role się odwróciły. W głowie dźwięczały mu słowa Friedricha Nietzschego „Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie”. Dlatego on nawet Nie próbował z nimi walczyć, a jednak spojrzał gdzieś w tę przepaść i w bezdennej otchłani spostrzegł siebie. Osobę noszącą w sobie demona, będącą nim. Demon usilnie starający się wyprzeć z siebie swoją tożsamość i naturę; ale on już w nim bym, demon zagnieździł się w nim, wypuścił głęboko korzenie, czynił już pierwsze zmiany, których Colette miał nadzieję nigdy nie dostrzec.

23 lutego 2020

Od Bezimiennego CD Iriego

Od kilku dni świat wracał do życia po zimowym przestoju. Wybudzały się zwierzęta tak gęsto teraz wypełniające lasy, w poszukiwaniu pożywienia. Szukały robaków pod zwalonymi, butwiejącymi już pniami. Węszyły ziół i soczyście zielnej trawy wystrzeliwującej spod osłony puchowej kołdry. Śniegu już próżno było szukać na nizinach, gdzie ciepłe promienie słońca atakujące z bezchmurnego nieba, dawno już go stopiły. Ptaki przecinały zawieszony w górze błękit. Były jak kaczki puszczane na wodzi, zaburzając nieskazitelność sklepienia, wyśpiewując przy tym cudowne melodie. Pięknie… Ale nawet takie piękno nie było w stanie zamazać świadomości i doświadczenia, jakim dysponował Bezimienny.

7 lutego 2020

Od Bezimiennego CD Bobby - Szczury laboratoryjne

Brunet bez słowa podniósł się z miejsca. Ostatecznie nie zdziwiła go reakcja kobiety, gdy usłyszała, kim jest. Podczas wcześniejszych raczej marnej jakości rozmów nigdy o to nie spytała, sam również nie podjął tego tematu, podejrzewał, z czym zostało zmieszane jej DNA. Pomijając oczywiście jego dość zdawkowe odpowiedzi na wszelkie inne pytania. Nie widział większego sensu w nagłym poznawaniu i zaprzyjaźnianiu się, skoro najpewniej i tak niedługo umrą. W „prawdziwym” życiu z pewnością nawet by się nie spotkali, a jeśli nawet, wielce prawdopodobne, że zawalczyliby z sobą. Przekonał się już, że jego mutacja jest dość… pogardzana? Przez innych. Nie był mile widziany w towarzystwie, dlatego tak gruntownie to ukrywał, ale już po ptakach, wydało się niestety.

15 stycznia 2020

Od Bezimiennego CD Tibbie

   Po głębokim ciemny lesie niosła się wiadomość „obcy”. Kroki niosły się echem od jeszcze nie w pełni odzianych drzew. Był to dopiero początek wiosny, gdzie pierwsze pączki zaczynały dopiero występować na nagich gałęziach. Nocny chłód jednak potrafił być jeszcze przenikliwie wrogim, idealnie odwzorowując tym charakter miejsca, w którym przyszło teraz żyć grupce nieszczęśników.
   Jednym z nocnych wędrowców był mężczyzna ukrywający się pod długim czarnym płaszczem z kapturem głęboko nasuniętym na twarz. Zdawał się pogrążony w niezmąconym spokoju, choć wewnątrz jego umysłu panowała burza. Kroczył, utykając na lewą nogę, w myślach plwając sobie w brodę. Był skończonym idiotom, kretynem, mimo nauki jaką sobie zapewnił, nie znam odpowiednio ciężkiego słowa, by odkreślić własną bezmyślność. Nie był w stanie dłużej usiedzieć na miejscu, wyszedł z bezpiecznej kryjówki i jak ostatni lebioda zgubił drogę. Zdawał sobie przecież sprawę, że jego orientacja w terenie jest nieadekwatna do płci w powszechnym rozumieniu, a mimo to zapuścił się w całkowicie nieznany dla siebie obszar wyspy. Jak nieskończenie głupim trzeba być, by mając świadomość zrobić coś takiego? No spokojnie – powtarzał sobie w myślach. Wystarczyło jedynie, że znajdzie jakieś schronienie i przeczeka do świtu. Za dnia będzie mu o wiele łatwiej znaleźć drogę powrotną.
   Oświetlał sobie drogę trzymanym w ręku kagankiem, którego blask wzmocnił dwoma znalezionymi kiedyś kawałkami lustra. Nie było to może bardzo wyszukane, jednak sprawdzało się, co tutaj było najważniejsze. W zasadzie światło przypominało teraz to dawane przez latarkę, jedynie nieco słabsze.

12 stycznia 2020

Od Bezimiennego CD Aven

Odzyskawszy przytomność, brunet nie był w stanie jasno ocenić, co się właściwie stało. Ciało nie chciało słuchać wydawanych rozkazów. Pierwszy raz od przybycia na wyspę stawiało tak czynny opór, z reguły to głowa powstrzymywała go od wszelkiego ruchu. Leżał więc spokojnie, próbując samym zapachem, jak zwierze, wyczytać coś z otoczenia. Nie było to jednak takie łatwe. Był zmorą, bezbłędnie widział w ciemnościach, na dobrą sprawę wywęszyć mógł co najwyżej krew, którą teraz wyczuwał jedynie od siebie. Z bardziej ludzkich zapachów oczywiście nic niepokojącego, trawa, drzewa, jakieś rośliny czy zioła. W dalszym ciągu dziwił się, że poczuł aż tyle. W poprzednim życiu przećpał niejedno, a jednak ten tak lubiany przez niego zmysł nie zniknął. Widać mutacje jednak potrafiły coś naprawić, niewiele, ale zawsze coś. Dźwięki? Również nić szczególnie budzącego zainteresowanie. Ot zwykły szum, wiatr grający w przyrodzie. Wsłuchiwał się tak w śpiew natury, do momentu aż nieokreślony pomruk zmroził mu krew w żyłach. Co to było?! Zaraz skarcił się za ten chwilowy brak opanowania, serce waliło mu jak młotem. Próbował się uspokoić, przecież to coś go nie pożerało, nie kręciło się nawet dookoła niego, by sprawdzić, czy nadaje się do jedzenia. Być może wcale nie miało złych zamiarów. Nie ważne, tylko spokój może człowiekowi pomóc w takich chwilach. Wziął kilka głębszych wdechów, przynajmniej płuca jako tako to słuchały.

6 stycznia 2020

Od Bezimiennego do Kat

To był wyjątkowo burzliwy czas. Wszystko to irytowała. Od dawna nie miał tak złego nastroju. Wściekał się o dosłownie wszystko. Pierwszym i czołowym napędem jego złości była wciąż i wciąż nieszczelna aparatura. Pierwszy raz od bardzo dawna chciał upędzić wino z resztek, bimber powoli zaczynał mu brzydnąć. Nie mógł zdobyć ani samodzielnie stworzyć odpowiedniej rurki odprowadzającej winiarskie wyziewy. Cały czas, bez przerwy za każdym razem dostawał się do środka tlen i wszystko gniło. Cała praca na marne! Drugim był oczywiście cały świat. Słońce świeciło zbyt jasno, oślepiając go, a nadal zbyt chłodno. Wszelakiego rodzaju bestie bez ustanku nawiedzające jego tereny. Fałszujące ptaki. Robale wybudzające się ze snu. Niedobór materiałów, by wykuć kolejny miecz, sztylet czy element pancerza, czy w końcu on sam. Colette był trzecim, ostatnim powodem własnego wkurwienia. Nie mógł już wytrzymać, to było ponad jego siły. Chyba zaczynał już powoli świrować od pobytu na tej przeklętej wyspie. W dodatku ten głód, nieznośny. O krew wołał każdy cal jego ciała, każda komórka z osobna i wszystkie razem. Nie do zniesienia.

1 stycznia 2020

Od Bezimiennego CD Raven

Syknął z cicha, gdy alkohol wżarł się niczym kwas w jego poranione plecy. Jakby podświadomi odczytał uśmiech na twarzy kobiety. To złudzenie wdarło się w niego, dręczyło, ale nie tylko ono. W dalszym ciągu nie ufał do końca czarnowłosej. Co prawda opowiedziała mu o sobie i to całkiem sporo z tamtego okresu, ale niewiele to zmieniało. Mogła skłamać, ale w takim razie, dlaczego jednak ją rozwiązał? Pokręcił głową z dezaprobatą dla siebie. Musiał mieć na nią oko.

8 grudnia 2019

Od Bezimiennego CD Raven

Huk zwalonego stropu niemal od razu przywrócił mu jasność umysłu. Jakby w tym samym momencie alkohol wyparował z jego żył. Adrenalina uderzyła, przywracając siły. Mięśnie napięły się, niesione nabytą energią. Był gotów na najgorsze, obronę, atak, wszystko. Obserwował w skupieniu, próbując możliwie najlepiej ocenić sytuację. Do momentu, gdy zobaczył te oczy, wściekle czerwone błyszczące ostrzegawczo w blasku księżyca. Tyle mu wystarczyło, by wiedzieć, że byłą to ta samo osobą, którą widział ledwie godzinę temu.
– N-nie podchodź bliżej… Rozumiesz, co mówię za słowa, nie podchodź… – nagły atak kaszlu nie pozwolił jej dokończyć.
Zignorował jej zakaz, chciał przyjrzeć jej się z bliska, może nawet pomóc. Nie tracił jednak czujności, nie wiedział, czego może się po niej spodziewać. Była kimś całkowicie mu obcym, pewnie wrogo nastawionym, nie mógł jej ufać… tak jak ona jemu. W razie potrzeby nie zawaha się bronić, choć z całą pewnością nie miał zamiaru wyrządzić jej jeszcze większej krzywdy. Upadek na plecy skutecznie wyręczył go w tym. Przez jakiś czas będzie nieszkodliwa. Może nawet uda mu się nawiązać z nią jakiś kontakt.
Mimo pewności co do autentyczności tej sceny, niedowierzanie i paradoks losu, jakiego doznawał w tamtej chwili i tak próbował wmówić mu, że to wszystko to jedynie majak. Wytwór spragnionej ludzkiego towarzystwa duszy. Nawet gdy usłyszał tłumiony jęk i widząc żeński kształt malujący się za chmarą szarego kurzu.
– Kim jesteś dziewczyno o oczach czerwonych oczach? – spytał.
Opadający już kurz nadawał mirażowi bardziej ludzki wygląd. Czarny zarys wyostrzył się, prezentując mężczyźnie dobrze zapamiętany widok. 

23 listopada 2019

Od Bezimiennego do Aven

  Siedział w swojej kryjówce, na ziemi, pod ścianę opierając głowę o zimny kamień. Miał zamknięte oczy, ale nie spał. Nie próbował zmylić nieistniejącego otoczenia. Zwodził sam siebie. Tkwił w ciemności podobnej do tej ogarniający ludzki umysł podczas snu. Na pozór spokojny i cichy. Jedynie coś będącego najprawdopodobniej zakamarkiem ludzkiej podświadomości zaczyna szeptać do ucha, rzeczy, o których nazajutrz świadomość już nie pamięta. Zupełnie takim samym był mu stojący w przeciwległym koncie piec. Cicho majaczyły w nim jarzące się węgle. Były jego cichym szeptem.

  Mężczyzna wydał z siebie ciche westchnienie. Drgnął nieznacznie, czując, jakby coś się zmieniło. Choć jego umysł nie spał, ciało zdawało się właśnie obudzić. Jak gdyby ktoś kliknął przełącznik, włączając nowy tryb. Ostatnimi czasy nabrał sporej wprawy w przeczuwaniu pory dnia i nocy. Potrafił z pozycji księżyca, gwiazd i słońca ocenić w przybliżeniu, jaka może być godzina. Tym razem było podobnie.

  Wstał, powoli, nieśpiesznie, nie chciał dłużej siedzieć w tych ponurych czterech ścianach. W końcu przeczekał w nich całą noc. Przechodząc pomieszczenie, pobieżnym ruchem zgarnął leżący na blacie stołu, własnoręcznie wykonany nóż. Równie pośpiesznie co niedbale wsunął go do cholewy prawego buta. Ostatnim razem zdołał się przekonać, że nierozsądnym jest opuszczać kryjówkę bez odpowiedniego zabezpieczenia swojego życia, bawet czymś tak niepozornym.

3 listopada 2019

Od Bezimiennego do Raven

Poły czarnego płaszcza zwisały bezwładnie, marszczone chłodnym wiatrem. Siedzący na gałęzi mężczyzny spuścił z niej prawą nogę. Melancholijnie poruszająca się kończyna przypominała wahadło zegara, ukryte za ciemnym materiałem. Mężczyzna siedział w zupełnym bezruchu, niewzruszony okazjonalnie potężniejszymi atakami wiatru — marmurowe posąg. Siedział z głową uniesioną ku niebu, co chwila, opieszale smakując nocnego powietrza, zdradzającego niechybnie nadejście chłodniejszych dni. Wzbijające się w górę obłoki pary oddechu niczym nie ustępowały chmurą, tak zajadle przysłaniające migocące oczy gwiazd. Spoza nich przebijał się jedynie majestat księżyca. Ogromnej tarczy prezentującej w pełni swoje obliczę, rzucając na świat morze bladego światła. Zdawać by się mogło, że ten blask zalec może w każdym kącie, przeniknie wszystko, pozna każdą tajemnicę.
Colette westchnął głośno, z utęsknieniem próbując doszukać się gwiazd na niebie. Mimo wszystko ich brak nie przeszkodził mu w zachwycaniu się nocą. Nic nie było, ani brak gwiazd, ani zimno, ani nawet pustka. Pustka powoli pochłaniająca każdy cal jego jestestwa.

skąd się we mnie bierze, ta miłość do nocy,
w której niezmącona cisza
wciąż szepcze do ucha

w której gwiazdy oświetlają drogę
ku przeszłości
i przyszłości

a księżyc daruję pogodę
dzięki której ma dusza, nie oczy
podziwia piękno nocy