Jeszcze przez chwilę od pożegnania z Tibbie brunet czuł delikatny niepokój. Tego dnia wieczór nadszedł niespodziewanie szybko. Miał drobne obawy związane z jej bezpieczeństwem podczas powrotu do domu. W końcu z każdą minutą robiło się coraz ciemniej i ciemniej, a jak wiadomo, na wyspie mrok był definicją zagrożenia. Dodatkowo za dnia, gdy szukali drogi do krypty, zostali zaatakowani przez te przeklęte Mchelniki. Nie przewidywał, by tym razem miało być lepiej, wręcz przeciwnie, mogło być tylko i wyłącznie gorzej. Przeszło mu nawet przez myśl czyby nie pójść za nią, choćby w ukryciu i dopilnować, by dotarła na miejsce w całości. Szybko jego pomysł zdementowała inna myśl. Przecież kobieta nie była małą bezbronną dziewczynką, zdążyła już mu przecież udowodnić, że potrafiła o siebie zadbać. Podczas spotkania ze skalnymi potworkami, nie spodziewał się nawet, że poradzi sobie aż tak dobrze. Ponadto, miał u niej dług wdzięczności, ale był już w trakcie spłacania go. Prócz tego nie był zobowiązany do niczego innego wobec niej. Wiedział, że to prawda, jakkolwiekby mu się nie podobała. Musiał też myśleć o sobie, choć było to wbrew jego naturze. Nie raz przeklinał swój charakter, tę nieodpartą chęć pomocy innym. Najwyraźniej jednak nie stracił swojego człowieczeństwa, choć był świadom, że mimo tej chęci pomagania innym skazańcom, wcale nie był altruistą i to denerwowało, go chyba bardziej niż wszystko inne; że też człowiek został stworzony jako egoista. Zawsze, we wszystkim doszukiwał się korzyści dla siebie. Nawet dobrzy ludzi nie byli do końca dobrzy. Gdyby nie widzieli w swoich czynach korzyści dla swojej osoby, to najzwyczajniej w świecie nie robiliby tego, co robią. Czyniąc dobro, większość wolontariuszy dzięki temu utwierdza się w przekonaniu, że są dobrze. Colette natomiast starał się udowodnić samemu sobie, że nie jest zły. Z każdym dobrym uczynkiem, starał się odpokutować swoje dawne życie, wszystkie okropieństwa, jakich się dopuścił. Starał się sobie wybaczyć…