Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tenebris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tenebris. Pokaż wszystkie posty

15 maja 2020

Od Tenebris'a CD Lei

Po raz ostatni uderzyłem z całej siły w pal, wbijając go głębiej w ziemię. Następnie poruszyłem nim, by sprawdzić, czy tym razem stoi stabilnie. Ani drgnął. Uśmiechnąłem się pod nosem i zszedłem z drabiny. Wziąłem ją pod pachę i wróciłem z nią do stajni.
Odstawiłem ją w kącie, a młotek odłożyłem obok innych narzędzi. Słysząc stukot racic, spojrzałem za siebie. Łania, którą tam trzymałem wpatrywała się we mnie, zajadając się przy tym trawą. Podszedłem do niej powoli i wyciągnąłem do niej rękę. Zwierzę wciąż stało w tym samym miejscu. Położyłem dłoń na szyi łani i pogłaskałem ją, co również jej nie spłoszyło. Czyżby w końcu się przyzwyczaiła do mojej obecności? Uniosłem wzrok na młodego jelenia obok. Bacznie obserwował wszystko z bezpiecznej odległości. Nic dziwnego, że wciąż czuł się nieswojo. Mieszka w mojej stajni krócej niż jego towarzyszka oraz poznał mnie w innych okolicznościach. Westchnąłem cicho pod nosem. Na wszystko przyjdzie czas. Zmuszając go do polubienia mojej osoby, wywołałbym reakcję przeciwną do oczekiwanej. Mogłem więc jedynie czekać.

31 marca 2020

Od Tenebris'a CD Lynn

Obserwowałem w milczeniu wschód słońca, popijając przy tym gorącą herbatę z glinianego kubka. Który to już raz? Jak długo siedzę na tej przeklętej wyspie? Nie wiem. Usilnie próbuję odrzucić te natrętne myśli. Na próżno. Jak bardzo bym się nie starał, one i tak wracają do mnie jak bumerang. Co prawda nie jest mi tu jakoś specjalnie źle, ale mimo wszystko wolałbym wrócić do świata, który prawdopodobnie każdy ze skazańców utracił na zawsze.
Westchnąłem ciężko i wróciłem do kuchni, by przejrzeć zapasy. Nie uzupełniałem ich przez dłuższy czas, więc logicznym było to, że zaczynały się kończyć. Starczyło mi ich może na trzy dni. To bardzo mało, biorąc pod uwagę fakt, że okoliczna zwierzyna wciąż odbywa swój sen zimowy. Bardziej aktywne stworzenia przeszły na drugą stronę wyspy i zasiedliły miejsca sąsiadujące z Osadnikami. Nie uśmiechało mi się ponownie ruszać w stronę wioski, ale nie miałem innego wyboru. W końcu było to lepsze niż jazda na korzonkach lub śmierć głodowa. Z tego względu zdecydowałem, że wyruszę jeszcze przed wschodem słońca. Przygotowałem więc wszystko, co było mi potrzebne na wyprawę i wróciłem do sypialni, by zdrzemnąć się przed czekającym mnie długim dniem.
Tak, jak planowałem, wstałem może godzinę przed wschodem słońca. Przebrałem się, zjadłem szybkie śniadanie i zarzuciłem spakowaną wcześniej torbę na ramię. Gdy tylko wyszedłem z domu, od razu zapadłem się w ziemi, która zmieszana z topniejącym śniegiem zmieniła się w gęstą breję. Z każdym krokiem zatapiałem się w niej po kostki.
Jakimś cudem udało mi się dotrzeć do stajni. Przed wyjściem musiałem sprawdzić, czy znajdujące się w niej zwierzęta niczego nie potrzebują. Szybko uzupełniłem żłoby wodą oraz sianem i wysprzątałem boksy. Dopiero wtedy mogłem spokojnie udać się w stronę Osady.
Z trudem przeszedłem rozległe pola, które pora przedwiośnia zmieniła w prawdziwe bagno. Nie mogłem jednak porzucić swojej wyprawy. Nie, gdy miałem za sobą już połowę drogi. Ponad to nie mogłem mieć pewności, że sen zimowy przynajmniej części zwierząt, mieszkających w górach, zakończy się w trakcie trzech dni. Dlatego musiałem uparcie iść dalej.

7 grudnia 2019

Od Tenebris'a CD Renarda

Słysząc, jak chłopak ciągnie nosem, spojrzałem na niego kątem oka.
- Więc też jesteś Samotnikiem? - zapytał po chwili, usiłując za wszelką cenę zwalczyć napływające emocje.
- To nie jesteś z osady? Przecież Galia była Osadniczką. - odparłem, ściągnąwszy brwi ze zdziwienia. Odwróciłem twarz w stronę chłopaka, by na niego spojrzeć.
- Nie. Ja mieszkam z ojcem od jej śmierci, a że Lucio ma słabą reputację... Musiałem odejść z wioski. - odparł chłopak, jakby to było oczywiste i wzruszył przy tym ramionami. Następnie brunet naciągnął kaptur na głowę. Po chwili ja również poczułem na skórze zimne krople deszczu.
- Rozumiem. Też słyszałem o Lucio. - mruknąłem, przypominając sobie wilkołaka. Czyli to on był partnerem Galii i ojcem jej dzieci? Spojrzałem po raz ostatni na grób przyjaciółki.
- Na mnie już czas, pogoda się psuje. - powiedziałem, podnosząc się na równe nogi, a następnie ruszając w stronę ścieżki. Wilczą skórę postanowiłem zostawić chłopcu. Jemu się bardziej przyda.
- Ja też idę. - usłyszałem za sobą - W której części wyspy mieszkasz? - zapytał brunet, dobiegając do mnie.
- W tamtą stronę. - odparłem, wskazując palcem obrany kierunek.
- O to super, bo ja też. - powiedział chłopak, kiwając głową, po czym wyprzedził mnie o kilka kroków, by być na prowadzeniu. Uniosłem kącik ust rozbawiony. Bez wątpienia był synem tej samej Galii, którą znałem.
Szliśmy w ciszy. Nie chciałem męczyć nastolatka pytaniami, które mogłyby na nowo go dobić. Sam również nie odzywałem się nieproszony.
Wkrótce dotarliśmy do dobrze znanych mi sosen.

26 października 2019

Od Tenebrisa CD Renarda

Zmierzyłem wzrokiem młodego bruneta, trzymającego w dłoni bukiet z kolorowych kwiatów.
- Synem tej, do której przyszedłeś jak mniemam - nastolatek powoli podszedł bliżej, sięgając przy tym drugą ręką do rękojeści miecza - Chciałeś go zniszczyć? Rozkopać?! - zapytał przez zaciśnięte zęby. Ciekawe oskarżenie, ale szczerze, jaki bym miał w tym cel? Jeszcze nie upadłem tak nisko, żeby wyżywać się na zmarłych.
- Skądże. - odparłem, marszcząc lekko brwi - Twoja matka, jak rzeczesz, była moją drogą przyjaciółką. Nie wiedziałem, że miała dzieci - dodałem, spoglądając na imię żniwiarki, wyryte w skale.
- Miała, dwójkę - chłopak westchnął cicho, zbliżając się do grobu Galii, na którym położył przygotowany bukiet - Mnie i Farrah - sprostował, ze smutkiem wyjmując z kieszeni porcelanową lalkę, którą ustawił na ziemi obok skromnego pomnika, należącego do drugiej z kobiet. Następnie brunet szybko wytarł oczy i nos. Przychodzenie na miejsce pochówku rodziny całkiem samemu musiało być dla niego bardzo trudne, więc przeniosłem wzrok na nagrobki, udając, że niczego nie zauważyłem.
Chłopak ponownie zwrócił się w moją stronę, udając twardziela.

30 września 2019

Od Tenebris'a CD Atheny

Sprawdziłem wszystkie strzały, oszczepy i łuk. Następnie zapakowałem je do kołczanu z zamiarem udania się na polowanie. Włożyłem płaszcz wykonany z wilczej skóry, po czym zarzuciłem wspomniany kołczan na ramię. Chwyciłem następnie torbę oraz łuk i wyszedłem z domu. Zanim opuściłem twoje terytorium, jak zawsze nakarmiłem zwierzęta, którymi się opiekowałem. Nie mogłem mieć pewności co do dnia mojego powrotu, więc ta czynność niezmiennie była na pierwszym miejscu.

Powoli kroczyłem przez las. Drobniejsze gałęzie łamały się pod moimi stopami. Po ulewnych deszczach mech przypominał nasączoną wodą gąbkę. Chodzenie po nim nie należało do najprzyjemniejszych doznań, ale cóż mogłem zrobić? Taki mamy klimat.
W pewnym momencie zdało mi się, że usłyszałem krzyk. Zignorowałem go jak wszystkie poprzednie. Tutaj, w świecie Samotników, każdy musiał myśleć tylko i wyłącznie o sobie. Mieszając się w nie swoje sprawy, szybko stałbym się jedną z ofiar, a tego wolałbym uniknąć. Często słyszałem czyjś wrzask. Czasem naprawdę, a innym razem był to tylko wiatr, który idealnie naśladował zesłańców.
Wróciłem do szukania potrzebnych roślin oraz innych materiałów lub przedmiotów, mogących się przydać w codziennym życiu. Było ich niewiele, ale lepsze to niż nic.

31 sierpnia 2019

Od Tenebris'a do Renarda

Położyłem jeden z dwóch bukietów utworzonych z konwalii na grobie Nirali. Uniosłem wzrok na kamienną płytę, na której wyryte zostało jej imię, nie wiedząc, co jeszcze mógłbym zrobić. Zdecydowanie nie zasłużyła na taką śmierć. Na zarówno ten rodzaj, jak i czas. Była przecież taka młoda.
Westchnąłem ciężko, próbując zrzucić z siebie cały ten ciężar. Od razu poczułem słodki zapach kwiatów. Wspominałem czas spędzony z Osadniczką, gdy przeczekiwała u mnie zimę. Zdążyłem poznać ją wystarczająco, by móc nazwać ją przyjaciółką. Kolejną, która umarła na wyspie. Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem od innych Osadników - Galia nie żyje. Mówili, że była w związku, ale nikt nie znał jej partnera. Prawdopodobnie był Samotnikiem. Czy to on ją zabił? A może przyczyna jej zgonu była całkiem inna? Miliony pytań bez odpowiedzi, a z każdą chwilą było ich coraz więcej.

1 sierpnia 2019

Od Tenebris'a - odejście Nirali [+18]

Powoli wracałem do siebie. Nie byłem zadowolony z faktu, że pomocy udzielili mi Osadnicy. Bo jaki Samotnik by był? Ale, czy tego chciałem czy nie, dzięki nim wyzdrowiałem, a może i nawet uniknąłem śmierci. Towarzystwa dotrzymywała mi Nirali. Czasem towarzyszyli jej inni medycy, ale tylko z nią rozmawiałem.
Osadnicy twierdzili, że hybryda, która mnie zaatakowała nie była jednym ze stworzeń, które można było spotkać na wyspie w większej ilości niż pojedynczy okaz. Oznaczało to, że zabawa naukowców wciąż trwa. Musieliśmy mieć się na baczności. Zarówno Samotnicy jak i Osadnicy. Postanowiliśmy, że najlepszym wyjściem będzie odnalezienie hybrydy i jej zabicie. Oczywiście zgłosiłem się na ochotnika. Zamierzałem odpłacić potworkowi pięknym za nadobne. 
***
Gdy tylko wyzdrowiałem, przystąpiłem do obmyślania planu działania z mieszkańcami wioski. W pojedynkę każdy z nas miał raczej marne szanse. Dlatego musieliśmy współpracować. Ciekawe było to, że to ja miałem być przynętą.
Plan był taki, że miałem przyciągnąć uwagę hybrydy, nie dając się jej zabić. Osadnicy natomiast mieli za zadanie mnie osłaniać i zabić bestię, gdy tylko nastąpi właściwy moment. Jakoś specjalnie nie odpowiadało mi takie rozwiązanie, ale nikogo to nie obchodziło. Pozostało mi tylko wykonać swoje zadanie jak najlepiej. Od tego w końcu zależało moje życie.
Znaleźliśmy bestię w Opuszczonym Lesie, gdzie pożywiała się swoją zdobyczą. Zerknąłem porozumiewawczo na Osadników i zaszedłem ją od tyłu. Bestia niemal od razu wyczuła mój zapach. Odwróciła się do mnie, szczerząc ostrzegawczo kły. Automatycznie zacisnąłem dłoń na rękojeści noża, który miałem przy sobie. Byłem gotowy na jej atak.
Obserwowałem każdy ruch bestii i widząc, że szykuje się ona do skoku, wykonałem unik. Ostre, połyskujące w słabym świetle szpony mignęły mi przed oczami. Spojrzałem kątem oka na Osadników. Dlaczego nie atakowali? Mogli strzelać z łuków, gdy tylko hybryda odsłoniła swój brzuch. A co robili? Stali i patrzyli się jakby oglądali dobry film.
- Co z wami?! - krzyknąłem, rozbudzając kilku mieszkańców wioski. Potrzebowali zaproszenia?
Przez oderwanie uwagi od bestii, ledwo uniknąłem ciosu jej wielkiej łapy. Hybryda kroczyła w moją stronę. Kilku Osadników wystrzeliło swoje strzały, odwracając na chwilę jej uwagę. Wykorzystałem to, by wbiec na drzewo,  chwytając zaraz po tym jedną z niższych gałęzi i wykonując salto do tyłu. Wylądowałem na grzbiecie hybrydy. Chwyciłem mocno jej futro, by nie spaść, gdy próbowała mnie zrzucić. Wyciągnąłem z kieszeni nóż, gotowy wbić go w ciało bestii. Lecz w tym momencie hybryda padła na plecy, chcąc mnie zgnieść. Odskoczyłem od niej i przeturlałem się po trawie.
- Strzelać! - krzyknąłem, gdy potwór zaczął się zbliżać. Kilka pocisków poleciało w stronę hybrydy i wbiło się w jej bok, przenosząc jej uwagę na Osadników. Czym prędzej przeturlałem się pod bestię. Gdy byłem pod nią, wbiłem nóż w jej brzuch aż do rękojeści. Chwyciłem go obiema rękami i przeciągnąłem w dół, rozcinając ciało hybrydy. Zanim spadły na mnie wnętrzności bestii oraz jej ciało, wyturlałem się spod niej. Dopiero wtedy Osadnicy przystąpili do ataku, dobijając potwora. Miałem dość emocji jak na jeden dzień.
Osadnicy zadecydowali, że wezmą hybrydę i wykorzystają ją do swoich badań. Nie protestowałem, bowiem nie zależało mi na tej zdobyczy. Nie mogłem mieć pewności, że jej mięso jest jadalne, a połączenie zbyt wielu zwierząt nie przypadło mi do gustu. Pożegnałem więc Osadników i ruszyłem w swoją stronę.
***

30 czerwca 2019

Od Tenebris'a do ktosia

Siedząc na półce skalnej, obserwowałem krajobraz u podnóża góry. Spowity w mroku las do połowy był zanurzony w gęstej mgle. Panującą wokół ciszę co jakiś czas przerywało pohukiwanie sowy.
Podniosłem się powoli do pozycji stojącej i zszedłem na dół, by wrócić do domu. Zdecydowanie za dużo czasu spędziłem na bezczynnym siedzeniu tam, ale przyznam, że widok był piękny. Teraz jednak przyszedł czas za to zapłacić. Słaba widoczność była dużym utrudnieniem. Ledwo widziałem własną dłoń, gdy wyciągnąłem przed siebie ramię. Wzrok nie był mi mimo wszystko potrzebny, by trafić do opuszczonej wioski. Znałem bowiem trasę na pamięć, ale irytujące było odnajdywanie coraz to nowych sideł Samotników. Plątały się pod nogami, a niektóre nawet zagrażały życiu. Zdenerwowany, niszczyłem każdą pułapkę, która utrudniała mi powrót do domu. Na szczęście im dalej odchodziłem od góry, tym mniej ich było. 
Nagle uszłyszałem cichy trzask gałęzi łamanej pod cudzym ciężarem. Dobiegł on spomiędzy drzew, od których dzieliła mnie biała ściana. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że widzę jakiś ruch. Słysząc delikatne trzeszczenie, natychmiast wykonałem unik. Lecąca tuż przy mojej twarzy strzała ze świstem przecięła powietrze i wbiła się w pień drzewa za mną. Mało brakowało, a skończyłbym jako jednorożec.
Nie czekając na kolejne pociski, stałem się niewidzialny. Rozejrzałem się w poszukiwaniu napastnika, ale tym razem niczego nie dostrzegłem. Wróciłem więc zrezygnowany do domu.
***
W środku nocy obudził mnie hałas dobiegający z pokoju obok. W pierwszej chwili pomyślałem, że to myszy lub umysł płata mi figle. Jednak odgłos otwieranych szuflad i szafek skreślił oba przypuszczenia. Powoli podniosłem się z łóżka, stając się następnie niewidzialnym. Ktoś przeszukiwał mi dom. I ten ktoś jakimś cudem nie dał się odstraszyć aurze, którą otoczyłem swoją posesję.
Bezszelestnie przeszedłem do pokoju obok i zbliżyłem się do nieznajomego, stojącego przy meblach. Szybko obezwładniłem złodziejaszka, przytrzymując mu obie ręce za plecami.
- Kogo my tu mamy, hmm? - zapytałem, unosząc kącik ust.

Ktosiu?

30 stycznia 2019

Od Tenebris'a CD Nirali


Odprowadziłem dziewczynę wzrokiem. Wkrótce zniknęła za wysokim ogrodzeniem, otaczającym całą wioskę, więc mogłem spokojny wrócić do swojego domu. Droga zdawała się być dłuższa, niż poprzednio, mimo że kroczyłem tą samą trasą. Uczucie nudy sprawiało, że nawet piękna pogoda wydawała się być czymś zupełnie zwyczajnym i niegodnym uwagi. Złote promienie słońca padały na moje ramiona, dzieląc się ze mną swoim ciepłem. Nawet w lesie było niezwykle spokojnie. Z gęstych koron drzew dochodziły ptasie śpiewy. Co jakiś czas któryś z przedstawicieli wielu gatunków w nich skrytych opuszczał swoją kryjówkę, by przynajmniej przez chwilę poszybować po bezchmurnym niebie. Wodziłem wtedy za nim wzrokiem, póki na nowo nie zniknął w gęstwinie. Po drodze zbierałem zioła, których zapasy skończyły się u mnie wraz z zimą.

Do domu wróciłem z torbą pełną roślin i upolowanym starym zającem. Wolałem nie polować na młodsze osobniki przez okres wiosenny, by za rok nie chodzić głodny z powodu braku zwierzyny. Korzystałem z dóbr przyrody, więc musiałem ją szanować.
Posegregowałem rośliny, wkładając każdą z nich do odpowiedniego glinianego garnka. Następnie zająłem się zającem.

Każdy dzień miał mi tak jak przed poznaniem Osadniczki. Zajmowałem się swoją sarną oraz jeleniem, ulepszałem swój dom wewnątrz, na zewnątrz i jego otoczenie, wraz z zabezpieczeniami, powiększałem swoje zapasy, tworzyłem bronie, szyłem ubrania i robiłem wiele innych, podobnych rzeczy. Często zastanawiałem się, jak się ma Nirali, ale im więcej czasu mijało od naszego rozstania, tym bardziej na nowo skupiałem się wyłącznie na swoim życiu.
Pewnego dnia, podczas generalnych porządków, znalazłem za łóżkiem torbę, której kompletnie nie pamiętałem. To właśnie za jej sprawą obraz Osadniczki powrócił do mnie. Przypomniałem sobie, że miała przy sobie torbę, gdy się poznaliśmy, a opuściła mój dom bez niej. Oboje musieliśmy o niej zapomnieć przez roztargnienie. Bagaż nie należał do mnie, podobnie jak jego zawartość, więc bez dłuższego namysłu postanowiłem go zwrócić. Założyłem na siebie bluzę z kapturem ze skóry jelenia i wyszedłem z domu, zabierając wcześniej jeden z moich noży oraz torbę brunetki. Następnie opuściłem zajmowany przeze mnie teren i ruszyłem w stronę wioski Osadników.
Przez całą drogę czułem się nieswojo. Miałem dziwne wrażenie, że jestem obserwowany, ale nikogo nie mogłem dostrzec, ani wyczuć. Instynktownie przyspieszyłem, chcąc mieć już ten wspaniały spacer za sobą. Sięgnąłem do kieszeni na ostrze i zacisnąłem palce na rękojeści noża. Powoli zbliżałem się do granicy osady.
Nagle usłyszałem głośny szelest liści paproci. Automatycznie odwróciłem się, by nie zostać zaatakowanym od tyłu. Z gęstwiny wyskoczyła hybryda. Była znacznie większa niż stworzenia i mutanty, jakie widziałem na wyspie. Ułamek sekundy, nim bestia się na mnie rzuciła wystarczył mi jedynie na pobieżne zapoznanie się z jej budową. Było to połączenie niedźwiedzia, wilka, rekina i zapewne jeszcze wielu innych stworzeń. Częściowo widoczne łapy uzbrojone w szpony wskazywały na posiadanie przez hybrydę moich zdolności żniwiarza. Pytanie jakich jeszcze. Fakt, że nie wyczułem obecności nawet niewidzialnej istoty upewniał mnie w przekonaniu, iż nie jest to zwyczajny mutant, ani stworzenie takie jak te, na które polowałem.
Natychmiast dobyłem noża i wbiłem go aż do rękojeści w bok rozwścieczonej istoty, która zaatakowała mnie swoimi kłami oraz szponami. Starałem się unikać ciosów hybrydy, samemu zadając jej kolejne. Gdyby nie skóra, w którą byłem ubrany, mogłoby być znacznie gorzej. Stworzenie jednak nie dawało za wygraną. W pewnym momencie stworzenia rzuciło mną na drzewo. Powietrze zostało wypchnięte z moich płuc. Hybryda uniosła łeb, a jej ryk sprawił, że ptaki siedzące wcześniej na gałęziach uciekły wystraszone. Bestia zamierzała zaatakować ponownie, lecz spłoszyła ją lecąca w jej kierunku strzała. Odetchnąłem z ulgą i osunąłem się po pniu sosny, o którą byłem oparty. Słyszałem krzyki nadbiegających Osadników, ale były dla mnie niewyraźne, jakbym słyszał je przez grubą ścianę. Kręciło mi się w głowie, a obraz miałem zamglony. Dotknąłem obficie krwawiącej rany i dostrzegłem coś dziwnego. Szkarłatna posoka mieszała się z dziwną, czarną substancją. Zaczynałem tracić przytomność. Po chwili widziałem jedynie ciemność.


 Nirali?

18 grudnia 2018

Od Tenebris'a CD Nirali

Widać było, że dziewczyna bije się z myślami. Nie było się co dziwić. Nie znała mnie i nie mogła być pewna co do moich zamiarów. Sam bym pewnie nie skorzystał z pomocy, gdybym był na jej miejscu. A jednak postanowiła mi zaufać.
Brunetka zsunęła się z gałęzi i spadła prosto w moje ramiona. Chwyciłem ją pewnie, nisko nad ziemią, ugiąwszy przy tym kolana, by nie stracić równowagi. Przez chwilę wydawała się być spokojna, ale nagle wyraz jej twarzy zmienił się w przerażenie. Nie mówiła, ale miałem wrażenie, że słyszę jej krzyk, gdy tak patrzyła na mnie swoimi szeroko otwartymi, niebieskimi oczami.
W pierwszej kolejności pomyślałem o tym, że może źle ją złapałem, gdy skoczyła, uderzając tym samym w jej godność, ale wszystko było tak, jak być powinno. Później zastanowiłem się nad swoim wyglądem, ale szybko odrzuciłem tą opcję, bo wyglądałem dość zwyczajnie. Przynajmniej tak sądziłem. Dopiero po krótkiej chwili przypomniałem sobie trzecią rzecz, która prawdopodobnie była powodem takiej reakcji u dziewczyny i nie mogłem uwierzyć w to, że nie pomyślałem o niej w pierwszej kolejności. Moja aura żniwiarza. Ułatwiała co prawda życie, ale czasem również utrudniała.
Spojrzałem w dal, krzywiąc się przy tym nieco. Skupiłem się na zmniejszeniu nasilenia mojej aury, a gdy uznałem, że nie powinna już przeszkadzać brunetce, wróciłem do niej spojrzeniem.
- Dzie... dziekuję ci. - wyjąkała - Uratowałeś mi życie. - dodała po chwili. Uniosłem nieco kącik ust.
- I tak miałem zamiar coś upolować na obiad, uratowałem cię przy okazji, nie czuj się jakoś bardzo wyróżniona... - odparłem -To było bardzo nieodpowiedzialne oddalać się poza teren wioski i to bez jakiejkolwiek broni. - dodałem, na nowo przybierając poważny wyraz twarzy. Dziewczyna spuściła wzrok na ziemię przykrytą śniegiem. Po chwili milczenia na nowo podniosła głowę, zmarszczyła brwi i spojrzała na mnie z iskierkami zaciekawienia w oczach.
- Kim ty właściwie jesteś? Pierwszy raz spotykam się z kimś, od kogo bije taka dziwna, zimna aura. - zapytała. Czyżby faktycznie nigdy nie słyszała o mutantach takich jak ja? Trudno było mi w to uwierzyć. Sam fakt, że zadała takie pytanie nieznajomej osobie tak bezpośrednio był dla mnie zdumiewający. Nie miałem ochoty chwalić się tym, kim jestem na lewo i prawo. Jeśli bym się z tym obnosił dumny jak paw, pewnie długo bym nie pożył, bo zaraz ktoś by wykorzystał moją mutację przeciwko mnie. Każda rasa w końcu ma swoje słabości.
- Jestem żniwiarzem... - odparłem cicho po namyśle. Nie zamierzałem dodawać nic więcej.
- Jak się nazywasz? - zapytałem, chcąc zmienić temat.
- Nirali. - odpowiedziała dziewczyna.
- Tenebris. - odparłem z lekkim uśmiechem.
Nagle brunetkę złapał atak silnego kaszlu, a gdy w końcu ustał, Nirali zadrżała z zimna. Skrzywiłem się lekko, marszcząc jednocześnie brwi. Postawiłem dziewczynę na ziemi, zdjąłem z siebie skórę wilka i nałożyłem ją na ramiona brunetki.
- Masz, bo zaraz mi tu zamarzniesz. - mruknąłem.
- Dziękuję. - odparła Nirali z uśmiechem i wtuliła się w futro.
- Chodź, zaprowadzę cię do mojego domu, jest niedaleko stąd. Ogrzejesz się przy ognisku. - powiedziałem. Wiedziałem, że powrót do wioski zajmie dziewczynie dużo czasu i zanim tam dotrze, rozchoruje się na dobre.
- Do... dobrze. - odparła Nirali. Wyglądała na zaskoczoną tak nagłą propozycją. Nie zaprzeczę, pewnie zabrzmiało to podejrzanie.
Przeciągnąłem mutanta na obniżony teren i przysłoniłem jego ciało gałęziami iglaków. Zjeść kota to jedno. Zjeść człowieka zmienionego w kota to drugie.
Po ukryciu zwłok, wróciłem do Osadniczki. Widząc, że dziewczyną wciąż wstrząsają drgawki, objąłem ją ramieniem i zacząłem prowadzić do swojego domu.

Szliśmy między drzewami, by Nirali nie była narażona na silne podmuchy zimnego wiatru, które byśmy zastali na otwartej przestrzeni.
- Co tutaj robiłaś? - zapytałem z czystej ciekawości oraz by przerwać przedłużającą się ciszę.
- Szukałam rośliny, której bym nie znalazła na terenie wioski. - wyjaśniła brunetka. Była znacznie bledsza, niż chwilę temu. Wyglądała jakby zaraz miała stracić przytomność. Postanowiłem więc wziąć ją na ręce. Nirali wtuliła się w moją pierś w poszukiwaniu ciepła.
- Zaraz będziemy na miejscu. - powiedziałem, wkraczając na górzysty teren. Automatycznie skręciłem w ukryty za drzewami i skałami wąwóz. Uniosłem wzrok na górskie szczyty, otaczające nas ze wszystkich stron. Każdy z nich zdobiła biała sterta śniegu. Patrząc na nie miało się wrażenie, że zaspa zaczyna osuwać się powoli, a później coraz szybciej i szybciej, by w końcu zasypać wąwóz oraz wszystko, co się w nim znajdowało. Taka lawina równała się tutaj ze śmiercią. Na wyspie nie było ekip ratunkowych, ani psów z beczuszką na szyi. Dlatego wolałem zachować ciszę i ostrożnie szedłem przed siebie.
Poza tym, kto by ratował Samotnika?  Na pewno nie inni Samotnicy, bo tutaj każdy dba o siebie, a tym bardziej Osadnicy. Byliśmy dla nich zagrożeniem, dla którego ratowania nie warto opuszczać ciepłej chatki. Nie narzekałem jednak. Zachowanie obu stron było dla mnie logiczne i jak najbardziej uzasadnione. Nigdy nie wiadomo, czy Samotnik w potrzebie nie jest tak naprawdę dobrym aktorem, który tylko czeka na jakiegoś naiwniaka.
Nagle poczułem, jak dziewczyna podrywa się do góry z krzykiem. Musiał ją obudzić jakiś koszmar. Uniosłem wzrok na szczyty, modląc się w duchu, by hałas obudził jedynie mnie, a nie lawinę. Nastała chwila grobowej ciszy. Nic się nie wydarzyło. Już miałem odetchnąć z ulgą, gdy naraz dźwięk podobny do grzmotu rozbrzmiał w wąwozie, odbijając się echem od kamiennych ścian. Przycisnąłem Osadniczkę do swojej piersi i zacząłem biec. Starałem się nie patrzeć na pędzącą w dół lawinę, by nie zwalniać oraz uważać na to, co miałem przed sobą. Kilka razy musiałem przeskoczyć nad głazem lub przebiec pod powalonym drzewem, które utknęło pomiędzy skałami. Już czułem chłód na twarzy i uderzające w nią drobinki śniegu. W ostatniej chwili wybiegłem z wąwozu do lasu u podnóża gór. W tym samym momencie został on przysypany przez tony białego opadu.
Odetchnąłem z ulgą i spojrzałem na dziewczynę. Była blada, a całym jej ciałem wstrząsały drgawki. Musiałem się spieszyć.
Wyszedłem na łąkę mniejszą od tej po drugiej stronie łańcucha górskiego. Ze wszystkich stron otaczały ją lasy. Wkroczyłem do jednego z nich i udałem się w stronę Śpiącego Kanionu. Powoli zbliżaliśmy się do starej, opuszczonej wioski. No prawie opuszczonej, bo to właśnie na jej końcu mieszkałem.
Słońce już zdążyło schować się za chmurami, przez co wszystko wokół wydawało się być szare. Spojrzałem po raz kolejny na Osadniczkę w moich ramionach. Wyglądała jakby spała, ale przez jej nierówny oddech miałem wątpliwości.
- To już blisko. - powiedziałem, nie bardzo wiedząc, po co to zrobiłem.

Otworzyłem bramę jedną ręką, drugą wciąż przytrzymując brunetkę przy sobie. Następnie wszedłem na zajmowany przeze mnie teren, zamknąłem bramę i czym prędzej zaniosłem dziewczynę do swojego domu. Posadziłem ją w dużym, plecionym koszu, wyłożonym poszewką wypełnioną pierzem oraz futrem, który to służył mi jako fotel. Natychmiast zabrałem się za rozpalenie ogniska w kominku oraz parzenie herbaty. W tym celu przygotowałem mały kociołek, nalałem do niego wody i zawiesiłem go nad płomieniami.
Gdy miałem już gotowy wrzątek, przelałem go do imbryka z suszonymi kwiatami lipy na dnie. Następnie zdjąłem z półki gliniany garnuszek z miodem. Odstawiłem go na blat stołu i zacząłem szybko szukać suszonej kurkumy.
Kiedy w końcu udało mi się ją znaleźć, przesypałem pomarańczowy proszek do miodu i wymieszałem z nim. Następnie wziąłem jeden z kubków, zakryłem go sitkiem, po czym przelałem do niego zaparzonej herbaty. Na koniec dodałem do niej mieszanki miodu oraz kurkumy i podałem napar Nirali.
- Wypij to. Ostrożnie. - nakazałem. Widząc jednak, że dziewczyna nie ma sił, by podnieść ręce, napoiłem ją powoli, nie chcąc jej poparzyć. Następnie przygotowałem swoje ubrania przygotowane na silniejsze mrozy i przebrałem w nie brunetkę. Była cała rozpalona, a skórę miała mokrą od potu. To oznaczało, że jej stan z czasem się pogarszał.
Wziąłem więc Osadniczkę z powrotem w ramiona i przeniosłem do swojego łóżka. Opatuliłem ją szybko wszystkimi kocami jakie tylko miałem, by pomóc jej organizmowi walczyć z chorobą.
Dziewczyna wciąż oddychała niespokojnie, szczękając przy tym zębami. Wróciłem do kuchni i przygotowałem ciepły okład, który położyłem na czole Nirali.

Po kilku trudnych godzinach dziewczyna w końcu zasnęła. Zmieniłem okład na jej czole i usiadłem obok. Byłem wykończony, ale nie mogłem od tak iść spać. Musiałem nad nią czuwać.
Położyłem ostrożnie dłoń na głowie Osadniczki i  delikatnie pogładziłem jej włosy.

Następnego dnia podałem Nirali lekarstwo, które zrobiłem z zebranych wiosną ziół i wyszedłem z domu. Zajrzałem do stajni, w której trzymałem młodego jelenia i sarnę w tym samym wieku. Wypełniłem oba żłoby sianem oraz wodą, a następnie obejrzałem zwierzęta w poszukiwaniu ran, oznak chorobowych lub czegokolwiek innego. Dopiero, gdy skończyłem, udałem się na polowanie. W końcu ostatnim razem upolowałem tylko mutanta, którego mięsa za nic nie wziąłbym do ust.
Spojrzałem zrezygnowany na zasypany wąwóz. W takich okolicznościach byłem zmuszony do szukania pożywienia na znacznie mniejszym obszarze. Nie mogłem bowiem przeprawiać się przez góry, poświęcając na to masę czasu, gdy w moim domu czekała głodna dziewczyna. Wróciłem więc do lasu i zacząłem szukać czegokolwiek.

Do domu wróciłem po jakimś czasie z upolowanym dzikiem. Od razu zajrzałem do Nirali. Chwilę przyglądałem się twarzy śpiącej Osadniczki, po czym odwróciłem się z zamiarem przejścia do kuchni.
- Wróciłeś... - usłyszałem za sobą cichy, dziewczęcy głos.
- Ta, trochę mi to zajęło... - mruknąłem - Zaraz coś przygotuję. - dodałem szybko.
- Spokojnie, nie jestem aż tak głodna. - odparła brunetka.
- Ale osłabiona. Musisz nabrać sił, jeśli zamierzasz szybko wrócić do zdrowia. - rzuciłem, idąc do kuchni. Tam wydobyłem z dzika wnętrzności i oskurowałem go. Z mięsa, ziół oraz warzyw przygotowałem gulasz, po czym zaparzyłem Nirali tą samą herbatę, co poprzedniego dnia. Następnie wróciłem do dziewczyny z posiłkiem. Pomogłem jej usiąść i zacząłem ją karmić, widząc że wciąż nie wygląda za dobrze.

Każdy dzień był podobny do poprzedniego z tą jedną różnicą tylko, że gdy nie wychodziłem na polowania, więcej czasu spędzałem w domu na rozmowach z dziewczyną. Poruszaliśmy głównie tematy wioski, jej mieszkańców i tego, jak ich życie różniło się od tego Samotników. Czasem opowiadaliśmy o tym, co spotkało nas na wyspie lub zwyczajnie o swoich zainteresowaniach.
Śnieg powoli topniał, a wraz z nim odchodziła również choroba Nirali. Wraz z nadejściem wiosny, Osadniczka była całkowicie zdrowa.

- Jutro odprowadzę cię do wioski. - mruknąłem, kładąc się na moim posłaniu pod oknem. Przeniosłem wzrok na Nirali, którą widziałem tylko dzięki świetle księżyca.
- Pewnie się stęsknili. - dodałem, opierając się o ścianę. Nirali natomiast była dziwnie milcząca.
Nagle zapytała o coś ze spuszczonym wzrokiem. Było to jednak tak niewyraźne, że nie zrozumiałem ani jednego słowa.
- Co mówiłaś? - dopytałem.
- Nic takiego, nieważne. - odparła brunetka z uśmiechem - Dobranoc. - dodała, układając się do snu.
-... Dobranoc. - odpowiedziałem.

Po śniadaniu ubraliśmy się odpowiednio do pogody i ruszyliśmy w drogę. Większość czasu milczeliśmy. Kątem oka obserwowałem dziewczynę.
Wkrótce dotarliśmy do granicy wioski.
- Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Uważaj na siebie. - powiedziałem, przenosząc wzrok ze strażników na brunetkę.


 Nirali? Przepraszam, że musiałaś tyle czekać 

2 listopada 2018

Od Tenebris'a CD Galii

Zbliżyłem się do Galii z dwoma glinianymi kubkami, które sam wykonałem latem. Nad ziołową herbatą unosił się biały obłok pary.
- Nie masz tu jakoś tragicznie. - powiedziała dziewczyna, rozglądając się po wnętrzu chaty z szeroko otwartymi oczami.
- A czego się spodziewałaś? - prychnąłem, podając żniwiarce jeden kubek.
- Nawet kominek masz! - krzyknęła brunetka uradowana i usiadła przy ognisku. Zupełnie zignorowała moje pytanie. Za kogo ona mnie brała? Bycie Samotnikiem to nie to samo, co bycie Tarzanem.
Galia zdjęła z siebie wierzchnie ubranie i zaczęła ogrzewać się przy kominku. Ja natomiast wziąłem łyk herbaty, a następnie zabrałem się za przygotowywanie posiłku z tego, co mi zostało.
Wróciłem do dziewczyny z garnkiem, który zawiesiłem nad ogniem, by zupa w nim zaczęła się gotować. Następnie usiadłem naprzeciwko brunetki na własnoręcznie wykonanym fotelu. Wziąłem kolejny łyk herbaty, obserwując przy tym płomienie.
- Nie wiem co dalej. Rada mi nie odpuści, w dodatku niedługo są wybory na dyktatorów, do których zostanę dopuszczona. Jak ja im to wszystko wytłumaczę? - dziewczyna wyraźnie była coraz bardziej zestresowana całą tą sytuacją. Nie dziwiło mnie to. Bała się o swój dom, bezpieczeństwo i ogólnie byt.
- Może zapomną. - odparłem. Nie bardzo wiedziałem, co powinienem powiedzieć w takiej sytuacji.
- Oni nie zapominają, raczej, w dodatku ich zaufanie do mnie już i tak było ograniczone. Teraz pewnie zawieszą mnie w pracy. - mruknęła Galia - Chyba zostało mi już tylko wyrzec się osadnictwa. - dodała po chwili milczenia.
- Poza granicami też nie jest tak źle. Wystarczy się wkręcić, czasami trafiają się ci z ludzkimi odruchami. - odparłem, wzruszając przy tym ramionami, a następnie "strzeliłem" palcami.
- Tu już nawet nie chodzi o to. - żniwiarka odstawiła kubek po herbacie – Jadę pod granicę zobaczyć, jak bardzo się srają, że mnie nie ma. Jedziesz? - zapytała, podnosząc się z miejsca.
- Po co? Przez kilka godzin raczej niewiele się zmieniło. Straże czekają na ciebie pod twoim domem. Nie możesz tam od tak sobie pojechać z myślą, że cię nie złapią. - odparłem spokojnie - Siadaj. Pojedziemy tam jutro, jeśli tak ci zależy. - zadecydowałem. Galia chwilę stała w miejscu, zapewne nie wiedząc jakiego argumentu ma użyć. W końcu jednak poddała się i wróciła na miejsce.
Po kolacji przygotowałem dla każdego z nas osobne posłanie oraz dałem dziewczynie cieplejsze ubranie. Kiedy brunetka zasnęła, usiadłem przy oknie i jak zawsze spojrzałem w gwiazdy, jakbym właśnie od nich miał otrzymać odpowiedź na wszystkie pytania oraz przepowiednię następnego dnia. W co właściwie się wplątałem? Dlaczego mnie gonią, skoro niczego (jeszcze) nie zrobiłem? Czy powinniśmy tam wracać? I jak to odkręcić? Galia wygląda na bardzo związaną z wioską. Bardziej, niż by tego chciała. Czy poradziłaby sobie jako Samotnik?

 Galia? 

29 października 2018

Od Tenebris'a CD Nirali

Ubrałem się w to, co nosiłem najczęściej - czarne bojówki, wojskowe obówie i bluzkę z długim rękawem w tym samym kolorze. Następnie zarzuciłem sobie na ramiona skórę z wilka, którego przednie łapy robiły teraz za pewnego rodzaju zapięcie, poprzez związanie ich ze sobą, a łeb - za kaptur. Zaraz po tym chwyciłem swój łuk oraz kołczan. Zamierzałem udać się na polowanie. Moja spiżarnia bowiem znowu świeciła pustkami.
Dlatego nie zwlekając dłużej, wyszedłem z domu. Zajrzałem na chwilę do swojej stajni, by zobaczyć, jak się miewa mała łania i jelonek - sieroty, które znalazłem w lesie. Jak zwykle zapełniłem złób sianem, a do drugiego, kamiennego, dolałem wody. Dopiero wtedy mogłem spokojnie zamknąć bramę w ogrodzeniu, otaczającym moją posesję i oddalić się od niej.

Przeszedłem przez znany niewielu Samotnikom wąwóz między stromymi Górami Ungcy. Zawdzięczałem mu wiele godzin ze swojego życia, które zmarnowałbym, wspinając się po zboczach. Zaczynał się on przy niewielkim skupisku drzew iglastych i wychodził na rozległą łąkę, która to dzieliła pasmo górskie od pól uprawnych Osadników. Oni również się tu zapuszczali w poszukiwaniu ziół. Starali się jednak robić to niezwykle rzadko, gdy brakowało zapasów lub, gdy miał miejsce nagły wypadek. Zazwyczaj jednak odwiedzali je wiosną, czasem również latem. Dlatego właśnie byłem niezwykle zdziwiony, gdy dostrzegłem niewielką istotkę, grzebiącą w śniegu, by wydobyć to, co biały puch skrywa pod swoją grubą warstwą.
Czy zamierzałem ją upolować? Po co? Nie jadam ludzi. Owszem, mogę się żywić ich śmiercią, ale nie będę nasycony zbyt długo i nie zrobię ubrań z człowieka. To niemoralne, nieetyczne i ogólnie wszystko na "nie".
Zabić, żeby obrabować? Mam to, czego potrzebuję. Zboczeńcem, ani nekrofilą też nie jestem. Z tych właśnie powodów ograniczyłem się do samej obserwacji.
Przez dłuższy czas nie byłem do końca pewny co do płci obiektu mojego zainteresowania. Jednak, gdy dostrzegłem długie, ciemne włosy, zacząłem podejrzewać, że mam przed sobą przedstawicielkę płci pięknej. Wciąż nie wiedziała, że jest obserwowana lub świetnie to ukrywała.
Nagle usłyszałem ryk dużego kota. Automatycznie przeniosłem wzrok na persa na sterydach, który kroczył w stronę Osadniczki. A ona? Ani drgnęła. Tak oto otrzymałem odpowiedź na nurtujące mnie wcześniej pytanie - dziewczyna była tak zamyślona, że nie dostrzegła nie tyle mnie, ukrytego za drzewami, co wielkiego, czarnego kocura na białym tle. Przygotowałem się do strzału.
Ssak zaryczał po raz kolejny. Dopiero wtedy Osadniczka poderwała się z ziemi i ruszyła biegiem w stronę oddalonych o kilka metrów drzew. Kot pobiegł za nią, wbijając w ziemię ostre pazury. Westchnąłem ciężko i pobiegłem za nią. Miałem dość rozkładających się zwłok w całym lesie.
Dziewczyna czym prędzej wspięła się na jedno z drzew. Zatrzymała się na jednej z wyższych gałęzi i przylgnęła do pnia. Zwierzę natomiast krążyło wokół niego, czekając na jeden fałszywy ruch Osadniczki.
Zbliżyłem się do nich powoli, by kot mnie nie usłyszał. Wtedy raczej bym pożałował zgrywania rycerza w srebrnej zbroi. Ukryłem się za drzewami i spojrzałem na przerażoną, tak jak myślałem, dziewczynę. Naciągnąłem strzałą cienciwę łuku, a następnie wycelowałem w kocura. Cichy świst przecinanego powietrza od razu zastąpił ryk boleści. Zwierzę padło martwe na ziemię. Śnieg pod jego cielskiem powoli zaczął się barwić na czerwono.
Odczekałem chwilę w miejscu, by nie przerazić Osadniczki jeszcze bardziej, niż zrobił to ssak. Następnie wyszedłem z ukrycia i zbliżyłem się do drzewa, na którym siedziała brunetka. Zmierzyłem wzrokiem martwego kota. Był zdecydowanie za duży jak na zwykłe zwierzę. Musiał więc być Samotnikiem. Westchnąłem cicho i wyjąłem z jego ciała strzałę. Wsunąłem ją na nowo do kołczana, odłożyłem broń, po czym spojrzałem na dziewczynę.
- Dasz radę zejść? - zapytałem. Odpowiedziało mi milczenie. Osadniczka wciąż wyglądała na wystraszoną. Wyciągnąłem więc ręce przed siebie, by złapać dziewczynę. 
- No to skacz. - mruknąłem.

  Nirali? :) nie bój się 

13 października 2018

Od Tenebris'a CD Galii

Gdy zawitałem do domu Galii, zauważyłem brak jego właścicielki. Było już dość późno, więc nie trudno było się domyślić, że uciekła z wioski. Oznaczało to, że będę mieć gościa. Zabrałem więc z jej domu swoje rzeczy oraz to, co było niezbędne, by przetrwać. Zarzuciłem torbę na ramię i chwyciłem pełen worek. Następnie wyjrzałem ostrożnie przez okno. Do domu zbliżało się kilku strażników z pochodniami. Zapewne z zamiarem patrolowania terenu w oczekiwaniu na pojawienie się żniwiarki.
Automatycznie skierowałem się do drzwi, wychodzących na tyły domu, którymi to do niego wszedłem. Bezszelestnie wymknąłem się z budynku, którego cień skrywał mnie pod swoim cielskiem. Światło bijące od ognia było coraz jaśniejsze, a jego promienie wylewały się zza domu Osadniczki. Odległość dzieląca strażników od budowli malała z każdą chwilą. Usłyszałem ich krzyki. Dzielili się na grupy, by móc otoczyć dom. Musiałem jak najszybciej opuścić teren wioski.
Opuściłem powieki i wziąłem głęboki oddech. Poczułem jak temperatura otoczenia zaczyna stopniowo spadać. Moje ręce i nogi delikatnie muskały białe kłęby mgły, a ja sam stawałem się niewidzialny. Bez problemu wyczułem strach bijący od mężczyzn. 
- Co to?! 
- Ciszej. Pewnie wróciła.
Słyszałem jak strażnicy poganiają konie. Kiedy byli już blisko, ruszyłem biegiem przed siebie. Zwinnie przeskakiwałem przez powalone drzewa i większe kamienie. Zamierzałem jak najszybciej dotrzeć do bramy. Część ekipy ruszyła za mną. Może i byłem niewidzialny, ale wciąż zostawiałem za sobą ślady.
Czym prędzej dobiegłem do bramy. Widząc, że jest zamykana, przyspieszyłem. W ostatniej chwili udało mi się prześlizgnąć pomiędzy jej skrzydłami. Nie zwalniając popędziłem dalej w stronę gór. Odgłosy pogoni z czasem ucichły, ale to nie oznaczało, że mogę przestać biec. Galia w każdej chwili mogła pojawić się u podnóża gór i wypatrywać mnie tam.

Gdy już dotarłem do celu, zwolniłem i zbliżyłem się do jednego z pokrytych śniegiem drzew. Oparłem się o jego pień, jednocześnie stając się na nowo widoczny. Rozgrzane policzki w kontakcie z lodowatym powietrzem zaczęły pięć. Wziąłem kilka głębszych oddechów i rozejrzałem się w poszukiwaniu Osadniczki.
Dostrzegłem ją dopiero po jakimś czasie, kiedy zdążyłem już ochłonąć. Dziewczyna prychnęła pod nosem, podjeżdżając do mnie.
- Widzieli mnie. Mogę już nie wracać, a ty możesz pokazać mi jak to jest być rodem z Tarzana. - powiedziała, usiłując być twarda.
- Nie jest tak źle, wbrew pozorom, da się przyzwyczaić. Za jakiś czas wrócisz do siebie i dalej będziesz straszyć innych swoją osobowością. - odparłem, a Galia zmierzyła mnie wzrokiem.
- Ja straszę, ale to ty odstraszasz - Osadniczka bez problemu odbiła piłeczkę - To gdzie jedziemy? Tylko szybko, jak Dorian zachoruje, to sam go będziesz leczył! Masz derkę? Albo owijki, tak, owijki też by się przydały. I pasza, w końcu musi coś jeść. Bo masz co jeść, prawda? – spytała, patrząc na mnie z przerażeniem w oczach.
- Uspokój się. Mam, co jeść. To, że nie mieszkam w wiosce, nie czyni ze mnie głodującego bezdomnego. - mruknąłem. 

Przeszedłem z Galią i jej koniem przez wąwóz, będący jednym ze skrótów. Większa część drogi mijała nam w milczeniu. Teren nie należał do płaskich, więc nie raz musieliśmy uważać na jego obniżenia, które to śnieg doskonale ukrył. Jakby tego było mało, znajdowały się pod nim również sidła Samotników, którzy wciąż się łudzili, że uda im się złapać jakiekolwiek zwierzę. 
Wkrótce dotarliśmy do opuszczonej wioski pełnej zniszczonych domów.
- To tutaj? - zapytała Galia. Dziewczyna nie wyglądała na zadowoloną.
- Oczywiście, że nie. - odparłem, prychając pod nosem - Mieszkam nieco dalej. - dodałem, prowadząc Osadniczkę na drugi koniec wioski.
Po opuszczeniu osady przeszliśmy jeszcze kawałek drogi, aż w końcu stanęliśmy przed ogrodzeniem, które sam zrobiłem. Obszedłem je dookoła, by upewnić się, że jest nienaruszone. Dopiero, gdy skończyłem, otworzyłem bramę i wpuściłem Galię na koniu na swój teren.
- Witam w moich skromnych progach. - powiedziałem, zamknąwszy na nowo bramę, pokazując przy tym gestem dłoni swoje terytorium. Tym, co się wyróżniało był dom i stajnia. Za nimi widniała ciemna ściana. W tejże górze znajdowała się jaskinia, będąca moim pierwszym domem na wyspie.
Zaprowadziłem konia do stajni, a z Galią udałem się do chaty. Tam rozpaliłem w kominku i zaparzyłem herbaty.

 Galia? 

24 września 2018

Od Tenerbis'a CD Galii


Zostawiliśmy konia wraz ze sprzętem w stajni i udaliśmy się odśnieżoną drogą do baru. Byłem mile zaskoczony tym, że znajdowało się w nim tak niewiele osób. W środku panował półmrok oraz cisza, którą co jakiś czas zakłócały szepty lub odgłosy stawianych kufli. W połączeniu z głównie drewnianym wyposażeniem wnętrz, bar wyglądał całkiem przytulnie.
Zmierzyłem wzrokiem kuso ubrane kelnerki, które biegały po całym barze i w milczeniu usiadłem ze strażniczką przy jednym z wolnych stolików, po czym zamówiliśmy napoje.
- Dziękuję, że poszedłeś ze mną. Nie musiałeś. - odezwała się po chwili Galia. Rzadko kiedy słyszałem takie słowa. Może dlatego, że zazwyczaj moje kontakty towarzyskie kończyły się na "To mój zając!" lub "Wypad z mojej działki!"?
Już zamierzałem odpowiedzieć, gdy nagle do naszego stolika podszedł niski, napakowany facet z brodą. Wyglądał na starszego ode mnie o minimum dziesięć lat.
- A pan, co? - zapytała dziewczyna, unosząc brew. Ton jej głosu dodał jeszcze "Streszczaj się, bo nie mam całego dnia". Chyba powoli wracała do siebie. 
- Dlaczego on nie był wylegitymowany? - spytał nieznajomy, po czym przeniósł wzrok na wchodzących do baru strażników. To się nazywa wyczucie czasu. Nie ma co.
- Ja to zrobiłam. - odparła żniwiarka, pokazując mężczyźnie swoją legitkę jak na członka FBI przystało. Mięśniak skinął głową i zmróżył podejrzliwie swoje oczka. Kontrola zbliżała się do nas coraz bardziej, a nieznajomy w końcu sobie poszedł. Galia przeklnęła siarczyście pod nosem, wstając od stolika i narzucając na siebie swoją pelerynę.
- Może innym razem tutaj przyjdziemy, musimy uciekać. - powiedziała, odprowadziwszy wzrokiem wścibskiego faceta do wyjścia - Jeden z nich miał ostatnio skręconą kostkę, nie pobiegnie za nami, ale drugi już tak, więc mam nadzieję, że szybko biegasz. - dodała dziewczyna, naciągnąć na głowę kaptur. Skinąłem głową i powoli wstałem od stolika.
Z początku szliśmy powoli, by nie zwrócono na nas uwagi od razu. Dopiero później ruszyliśmy biegiem do drzwi. Czym prędzej opuściliśmy bar i pędem wróciliśmy do stajni. Oboje dosiadliśmy konia, który prawie od razu ruszył. Za nami jechali już strażnicy z baru.
- Musimy wyjechać z wioski. Wiedzą, gdzie mieszkasz i pewnie pojawią się tam prędzej czy później.
- Mam zostawić swój dom?! - wrzasnęła dziewczyna.
- Tylko na jakiś czas. - wyjaśniłem.
- I gdzie niby zamieszkam?! Na plaży?!
- Nie wszyscy Samotnicy są bezdomni. Za tyle czasu zdążyłem się już urządzić. - sprostowałem. Mimo moich zapewnień, widziałem, że dziewczyna się waha.
- Musisz podjąć decyzję. Teraz. - powiedziałem z naciskiem - Wolisz zostawić dom na kilka dni, czy być aresztowana?
- Nikt mnie nie aresztuje, jeśli ich zmylimy! Nie widzieli nawet mojej twarzy! - odparła strażniczka. W tym musiałem jej przyznać rację. 
- W porządku. Odwrócę ich uwagę i zmywam się. Jeśli jednak dowiedzą się, że to ty, jedź w stronę gór.

W pewnym momencie, gdy straże zostały daleko za nami, zeskoczyłem z konia i zająłem się zacieraniem śladów, co nie było łatwe przez wszechobecny śnieg. Postanowiłem więc, że zamiotę śnieg dookoła, dzięki czemu jego wierzchnia warstwa nie różniła się tylko w jednym miejscu. Następnie utworzyłem nowe ślady, biegnąc w stronę strumienia. Za sobą słyszałem pościg. Przeskoczyłem więc po kamieniach na drugi brzeg i dobiegłem do pierwszego drzewa. Wdrapałem się na nie, po czym przeskoczyłem na gałąź drzewa obok, a następnie na kolejne i jeszcze następne. W taki sposób wróciłem do strumienia, który pokonywałem po kamieniach.

Do domu Galii zawitałem dopiero wieczorem. Zabrałem swoje rzeczy i wróciłem do siebie.

 Galia? 

22 września 2018

Od Tenebris'a CD Chakori

Od razu po przebudzeniu i przebraniu się w cieplejsze ubrania (czyli ubraniu bluzy), wyszedłem z domu. Śnieg zaskrzypiał pod moimi butami. Automatycznie skierowałem się do wybudowanej przeze mnie stajni, w której to trzymałem nie konie, a sarnę i jelenia. Jedzenie na wyspie mogło się kiedyś skończyć, więc uznałem, że im szybciej założę hodowlę, tym lepiej dla mnie. Dzięki temu nie musiałem się zbytnio martwić o to, co w przyszłości wrzucę do garnka.
Pogładziłem bok łani i zapełniłem dwa drewniane żłoby - jeden wodą, a drugi sianem. Po sprawdzeniu stanu zdrowia zwierząt, opuściłem stajnię. Uniosłem wzrok na bezchmurne niebo, słysząc głośny, ostrzegawczy świergot ptaków. Czarna chmura utworzona z ich ciał pospiesznie leciała w stronę gór. Takie zjawisko nie było czymś na porządku dziennym. Musiałem to sprawdzić. Chwyciłem więc swój łuk i kołczan ze strzałami, po czym ruszyłem na poszukiwania przyczyny takiego zachowania u ptaków.

Przez całą drogę nie dostrzegałem niczego nadzwyczajnego. Mimo to, wolałem mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Im bardziej zbliżałem się do plaży, tym było ciszej. Coś było nie tak.
Wyjrzałem spomiędzy drzew na brzeg oceanu. Bez problemu zauważyłem duży statek towarowy, którym niegdyś sam tu trafiłem. Kolejny szczur laboratoryjny został wysłany na próbę. Pytanie tylko, kim był.
Drewniana skrzynia wpadła do wody z głośnym pluskiem, by po chwili wypłynąć na jej powierzchnię. Niedługo została wyrzucona przez fale na brzeg, ale do tego momentu naukowcy zdążyli odpłynąć. Z wody wyszła młoda brunetka. Dziewczyna zignorowała krzyki uwięzionego oraz odgłosy walenia w deski i ruszyła do lasu, w którym się ukrywałem. W pewnym momencie do moich uszu dotarł głośny trzask łamany desek i jeszcze głośniejszy ryk rozjuszonego zwierzęcia. Brunetka spojrzała za siebie, po czym ruszyła biegiem w las. Słyszałem jak przeklina pod nosem. Zawartość skrzyni wyskoczyła z niej i pobiegła za dziewczyną. Nie miałem pojęcia, czym to coś było, ale na pewno różniło się od nas.
Odległość między brunetką a istotą szybko malała. Czym prędzej przygotowałem się do strzału i wypuściłem strzałę, wcześniej naciągnąwszy nią cienciwę. Pocisk ze świstem poleciał w stronę bestii i trafił prosto w jej serce. Dziewczyna odwróciła się wystraszona.  Eksperyment padł na ziemię bez życia tuż za nią. Po upewnieniu się, że brunetka nie powinna być dla mnie zagrożeniem, a bestia się nie rusza, wyszedłem z ukrycia. Zbliżyłem się do potwora, przytrzymałem jego ciało butem i odebrałem swoją własność. Dziewczyna patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Po chwili postanowiłem przerwać ciszę.
- Nic ci nie jest? - zapytałem, ponownie mierząc wzrokiem nieznajomą.

 Chakori? :) Wybacz, że tak długo 

15 września 2018

Od Tenebris'a CD Galii

Nagle dziewczyna wyciągnęła do mnie rękę. Spojrzałem na nią zdziwiony.
- Wsiadasz, czy wolisz za mną biec? - mruknęła żniwiarka. Bez słowa wziąłem ją za rękę i usiadłem za strażniczką.
- Nawet jakbym musiał biec, to bym wam dotrzymał kroku. - powiedziałem, obejmując przy tym dziewczynę w pasie. Koń ruszył przed siebie galopem. Po drodze natknęliśmy się na kilka powalonych drzew, nad którymi ogier przeskakiwał, przez co mało z niego nie spadłem. Samotna jazda to jedno, a bycie pasażerem, który trzyma się jedynie osoby przed sobą to drugie. Szybko zacząłem żałować swojego wyboru.

Chwilę przed wjazdem na rynek główny Galia ściągnęła wodze. Galop zmienił się w wolny kłus. Powoli wjechaliśmy na plac. Tłumy ludzi rozstąpiły się przed koniem strażniczki. Przeskakiwałem wzrokiem od jednej twarzy do drugiej, nie zatrzymując się na żadnej z nich dłużej niż na minutę. Większość osadników przyglądała mi się zaciekawiona. Atmosfera była wyraźnie ponura. Ciszę zakłócały ludzkie szepty i stukot kopyt.

W pewnym momencie Galia zatrzymała swojego konia. Zeskoczyłem z ogiera i podałem jej dłoń, by dziewczyna mogła zrobić to samo. Zaraz po tym strażniczka zdjęła z konia sprzęt. Ogier, jakby tylko na to czekał, od razu pobiegł na łąkę nieopodal cmentarza. Ja i Galia natomiast odwróciliśmy się w stronę wielkiej, czarnej bramy z wyrzeźbionymi aniołami. Wyraz twarzy dziewczyny stał się nieobecny.
- Chodź, zaraz się zacznie. - powiedziałem po krótkiej chwili i pchnąłem przeszkodę, która zaskrzypiała, jakby ulegała mi niechętnie.
Oboje wkroczyliśmy na teren cmentarza pełnego osób bez własnego życia, których jedynym hobby jest chodzenie na pogrzeby. Galia zbliżyła się do zamkniętej trumny, a ja zmierzyłem wzrokiem szamana, wchodzącego na podest. Pewnie przygotował na tą okazję jakąś depresyjną mowę, która ma na celu pogorszenie samopoczucia osoby w żałobie. Kto to wymyślił? Bezsensowny zwyczaj.
Przeniosłem wzrok na gapiów, którzy jak sępy czekali na każdy ruch strażniczki. Westchnąłem ciężko i objąłem ramieniem dziewczynę. Domyślałem się, że tego właśnie potrzebuje.

Po ceremonii pogrzebowej udaliśmy się na łąkę, po której biegał ogier strażniczki. Kątem oka obserwowałem twarz dziewczyny. Wolałem się nie odzywać. Pocieszanie jej nic by nie dało, a drążenie tematu śmierci dobiłoby ją jak wspaniała przemowa pajaca z cmentarza. Mogłem jedynie obejmować strażniczkę ramieniem, by miała się na kim oprzeć lub zwyczajnie ogrzać. Temperatura otoczenia bowiem spadła nieco od naszego przyjazdu. Wkrótce z nieba zaczęły spadać pojedyncze płatki śniegu. Galia zaczęła iść w stronę ogiera. Koń podbiegł do niej jak na zawołanie. Dziewczyna pogładziła jego pysk, następnie przytulając łeb stworzenia. Obserwowałem tą scenę w milczeniu. Dopiero, gdy zauważyłem, że dziewczyna drży, zbliżyłem się do niej i objąłem ją od tyłu.
- Chodźmy może do baru. - zaproponowałem cicho.

Galia? 

8 września 2018

Od Tenebris'a CD Galii

Żniwiarka spojrzała na mnie ze zdziwieniem wymalowynym na twarzy. Wyglądała, jakby rozważała wszystkie za i przeciw. Dziewczyna zmróżyła oczy, po czym zmierzyła mnie wzrokiem. Następnie Galia odwróciła się i skierowała do komody. Wolnym krokiem zbliżyłem się do niej. Osadniczka otworzyła jedną z szuflad, a następnie ją przeszukała. Z jej dna wyjęła małą kartkę, włożyła ją w folię i podała mi. Zmierzyłem wzrokiem dokumenty.
- Naprawdę? Aż tak się o mnie martwisz, że dajesz mi fałszywe papiery? - zapytałem ze śmiechem, za co oberwałem lekko w ramię od żniwiarki.
- To ważne, weź to. Z tym nic ci nie mogą zrobić i możesz być w wiosce ile chcesz. W razie, gdyby ktoś nie wierzył, to przyjdzie do mnie, a ja potwierdzę. Gorzej, jak dyktator się zmieni, ale wątpię, że będzie z tego jakaś grubsza afera. I żebyśmy się zrozumieli, nie rozdaję na prawo i lewo fałszywych dowodów. - warknęła dziewczyna, patrząc na mnie porozumiewawczo. Jakbym nie wiedział, że mam się wczuć w przyznaną mi rolę i nikomu nie mówić o pomocy dyktatorki. W końcu oboje byśmy na tym ucierpieli.
- Rozumiem, masz słowo Aarona. - powiedziałem, nawiązując do mojej nowej tożsamości - Jestem rolnikiem, mam czterdzieści lat, wdowiec. Musiałem dużo przespać. - mruknąłem, chowając dokument do jednej z kieszeni spodni. Ciekaw byłem, czy ktoś uwierzy w mój nowy wiek lub to, że mimo pracy w polu, wciąż jestem taki blady.
- Przysługa za przysługę, teraz jesteśmy kwita. - powiedziała dziewczyna, zamykając szufladę.
- Nie wiem czy wiesz, ale istnieje coś takiego jak bezinteresowność. - odparłem. 
- Ja także nie wiem, nie doświadczyłam. - odpowiedziała Galia, czesząc przy tym swoje włosy.
Gdy skończyła, udała się do sypialni. Po krótkim namyśle ruszyłem za nią. Moim oczom ukazała się żniwiarka w samej bieliźnie. Na łóżku leżała czarna sukienka, którą to pewnie zamierzała ubrać. Powoli zmierzyłem wzrokiem całą postać dziewczyny. Musiałem przyznać, że była całkiem ładna. Galia zauważyła mnie dopiero, gdy miała już na sobie czarną sukienkę.
- Pewnie się rozeszły plotki, że zabiłam go wzrokiem. - zadrwiła, jednak na jej twarzy nie zagościł uśmiech - Na pogrzebie będzie praktycznie cała wioska, bo w końcu nie przepuszczą okazji, żeby mnie zobaczyć. Wiesz, traktują mnie jak zwierzę w zoo. – dodała, wzruszając jednocześnie ramionami – Dlatego nie odchodź daleko, bo może się zrobić nieprzyjemnie. I w razie czego, przepraszam za nich i wiedz, że się nie przyznaję do ludzi tutaj mieszkających. – urwała dziewczyna, idąc w stronę kuchni.
- Co to znaczy? - ponownie ruszyłem za Galią, chcąc dowiedzieć się nieco więcej. Co miała na myśli, mówiąc "przepraszam za nich i wiedz, że się nie przyznaję do ludzi tutaj mieszkających"?
- Niektórzy mogą być...zbyt otwarci. - wyjaśniła dyktatorka.

Kiedy oboje byliśmy gotowi, wyszliśmy z domu. Od razu zacząłem zapadać się we wszechobecnym błocie. Spojrzałem na wystrojoną Galię i westchnąłem ciążko. Bez słowa wziąłem ją na ręce, następnie zanosząc dziewczynę do stajni. Ja mogłem wyglądać jak świnia, ale jej, jako siostrze zmarłego nie wypadało przyjść na uroczystość w brudnych ubraniach.
Dziewczyna wyprowadziła swojego konia i dosiadła go. Ja natomiast szedłem obok rumaka.
 
 Galia? 

29 sierpnia 2018

Od Tenebris'a CD Galii

Obserwowałem, jak strażniczka zajada się przygotowanym przeze mnie posiłkiem. Była nim tak pochłonięta, że nawet nie słyszała, co się do niej mówi.
- Co? - zapytała, wyrwawszy się z transu.
- Pytałem, jak się spało. - powtórzyłem z uśmiechem. 
- A, tak. - odpowiedziała automatycznie, jakby sobie właśnie przypomniała moment, w którym zadawałem to pytanie po raz pierwszy - Dobrze, ciepło, a tobie? - dodała po chwili, następnie wracając do jedzenia.
- Też. - odparłem - Chyba nawet wiem, czemu ciepło. - zadrwiłem, patrząc na dziewczynę porozumiewawczo. Jej mina jednak mówiła, że żniwiarka nie ma zielonego pojęcia, o co mi chodzi.
- Przywłaszczyłaś sobie coś mojego. - dodałem, co sprawiło, że gospodyni doznała olśnienia.
- Jakoś ci to nie przeszkadzało, tak jak zresztą paradowanie przede mną bez koszulki. Pewnie to zaplanowałeś i w sumie, całkiem spoko, bo ja nie kontaktuję jak chce mi się spać. - odparła, wzruszając przy tym ramionami. Ja jakoś nie sądziłem, że miałem wieczorem jakikolwiek wybór. Zostałem rozebrany bez żadnego uprzedzenia czy pozwolenia, a moje ubranie uwięziono w żelaznym uścisku. Więc jeśli ktoś tu coś zaplanował, to tylko ona. Zaprosiła mnie do siebie, zasnęła na fotelu, wiedząc, że łaskawie zaniosę ją do łóżka, a tam mnie rozebrała. Cwana bestia.
Dziewczyna wstała z fotela i udała się do kuchni. Po chwili wróciła na zajmowane wcześniej miejsce. 
- Co dzisiaj będziesz robił? Bo ja niedługo wychodzę, mam pogrzeb i idę do Rady. - powiedziała żniwiarka, unosząc jednocześnie jedną brew.
- Pogrzeb? Ktoś umarł? - zapytałem, biorąc ostatni łyk kawy.
- ...Mój brat. - odpowiedziała cicho dziewczyna po dłuższym milczeniu. Rozmasowałem dłonią swój kark. Rana po śmierci członka rodziny musiała być jeszcze świeża, a ja niepotrzebnie ją rozdrapałem. Postanowiłem więc zwyczajnie odpowiedzieć na jej pytanie, by stopniowo zacząć zbaczać z tematu.
- Mam w planach powrót do swojego domu i wymianę dachu. Deszcze stają się coraz częstsze, a nie mogę mieć stu procentowej pewności, że ten stary je wytrzyma. Ale jeśli chcesz, mogę zostać jeszcze chwilę i potowarzyszyć ci. - zaproponowałem.
- Inni Osadnicy mogą cię zobaczyć. - mruknęła dziewczyna. Wzruszyłem w odpowiedzi ramionami.
- Póki niczego nie ukradłem, ani nikogo nie zabiłem, nie mogą mi nic zrobić poza przepędzeniem mnie poza teren wioski. - wyjaśniłem - A tak w ogóle to chyba się nie znamy. A raczej ja ciebie. Tenebris. - przedstawiłem się po raz kolejny, wyciągając dłoń do dziewczyny. Ta niepewnie ją uścisnęła.
- Galia. - powiedziała z uśmiechem.
- A więc, Galio, pozwól, że potowarzyszę ci tego paskudnego dnia na uroczystości pogrzebowej. - odparłem.

Galia? 

28 sierpnia 2018

Od Tenebris'a CD Galii

Dziewczyna otworzyła oczy zdezorientowana. Pewnie zastanawiała się, jakim cudem została teleportowana do innego pokoju. Moja bluzka została uwięziona w jej objęciach, przez co w tamtym momencie zostałem skazany na chodzenie półnago. Weschnąłem z rezygnacją. Gospodyni natomiast rozejrzała się po swojej sypialni, jakby widziała ją pierwszy raz. Wkrótce dostrzegła mnie, stojącego obok łóżka.
- Nie wiem, czy chciałeś mnie zgwałcić, czy nie, ale co jak co, lubię takie widoki. - mruknęła. Uniosłem brew nieco zdziwiony tym komentarzem. Trochę prawdy jednak w tym było, każdy inny samotnik pewnie by wykorzystał okazję i dobrał się do śpiącej, ładnej osadniczki. Ja jednak jakoś nie miałem na to ochoty.
- Cieszę się, że ci się podoba. - zadrwiłem - Zamierzasz z nią spać? - zapytałem, ruchem głowy wskazując moją skradzioną własność. Dziewczyna jednak na nowo zaczęła odpływać do krainy jednorożców i innych kucyków Pony, zaciskając palce na mojej bluzce. Uznałem, że najlepiej będzie, jeśli wrócę po nią rano i udałem się do salonu. Zabrałem z niego swoją torbę, a następnie przeszedłem z nią do kuchni. Szybko wypatroszyłem wszystkie ryby i oczyściłem je z łusek, ości oraz skóry, by nie zepsuły się tak szybko. Następnie natarłem je solą i umieściłem je w misce w chłodnym miejscu.
Po dokładnym umyciu rąk oraz krótkiej kąpieli na nowo usiadłem w fotelu przed kominkiem, opatulając się następnie szczelnie kocem. Chwilę obserwowałem ogień, powoli trawiący drwa. Z czasem zaczynałem czuć się senny, a moje powieki robiły się coraz cięższe. W pewnym momencie wszystko stało się czarne.

Jak zwykle wstałem chwilę przed wschodem słońca. Zbliżyłem się do okna i wyjrzałem przez nie. Mgła unosiła się nad błotnistymi terenami, a nad nią widniało czerwono-pomarańczowe niebo. Przetarłem oczy i poszedłem sprawdzić, co u strażniczki. Dziewczyna jeszcze smacznie spała. Korzystając z okazji ostrożnie podniosłem porzuconą przez nią część mojego ubioru, a następnie włożyłem na siebie bluzkę.
Gdy już byłem ubrany, zaparzyłem sobie kawy i przygotowałem na śniadanie złowione przeze mnie ryby. To była ostatnia szansa, żeby je wykorzystać, zanim się zepsują.
Gdy skończyłem, udałem się ze swoją porcją oraz kubkiem kawy do salonu. W pewnym momencie usłyszałem jak gospodyni wstaje i idzie do kuchni. Po chwili dziewczyna stanęła w progu salonu, wpatrując się we mnie z niemałym zdziwieniem oraz kubkiem z parującym napojem w dłoniach. Jej włosy były rozczochrane jeszcze bardziej niż w nocy. Przypominała małego lwa, co idealnie współgrało z jej charakterem.
- To ja może pójdę po drugą kawę. - wymamrotała po chwili gospodyni, a następnie odwróciła się do mnie plecami i wróciła do kuchni z rumieńcami na twarzy. 
- Nie trzeba. Poczęstowałem się. Ale w kuchni masz swoją porcję śniadania. - odparłem.
Kiedy dziewczyna wróciła do salonu z talerzem i kubkiem w dłoniach, zwolniłem dla niej fotel, odstawiłem kubek na stolik, a później posprzątałem po swoim posiłku. Następnie wróciłem do strażniczki, wziąłem do ręki kubek z moją kawą i oparłem się barkiem o kominek.
- Jak się spało? - zapytałem, patrząc na dziewczynę.
 
Galia?

25 sierpnia 2018

Od Tenerbis'a CD Galii

Oparłem się o drzewo za mną i spojrzałem na klękającą przy złodzieju dziewczynę, którego to powstrzymałem przed ucieczką oczywiście, by spłacić swój dług. Poza tym strażniczka przyda mi się jako znajomy na Fejsie.
- A miałam taki dobry dzień. - powiedziała oschle, torturując przy tym koniokrada swoją aurą. Wyglądała nawet uroczo, jak się gniewała. Mężczyzna jęknął, osuwając się na ziemię jeszcze bardziej.
- Ani tego, ani tego nie potrzebuję. Dorian by sobie poradził. - dodała żniwiarka. Ta część wypowiedzi prawdopodobnie była adresowana do mnie, mimo że brakowało kontaktu wzrokowego. Szkoda, że tak myśli. Ten jej koń raczej nie jest jakimś tam super zabójcą, a ja mam inne rzeczy do roboty, niż robienie mu za ochroniarza.
- Idź do domu. Będą tu straże i patrole przez całą noc, więc możesz w ramach moich podziękowań spędzić noc tutaj albo dać się złapać i wtrącić do lochu. - warknęła dziewczyna. Nie powiem, zaproszenie do jej domu było ciekawe. Uniosłem kącik ust rozbawiony i ruszyłem w stronę chaty. Ogień w kominku przyjemnie ogrzewał jej wnętrze. Rozejrzałem się po wnętrzu, ciekaw nowego miejsca. Następnie zbliżyłem się do okna i ostrożnie przez nie wyjrzałem. Dziewczyna wzywała kolegów z pracy za pomocą znaków dymnych. Nie trzeba było długo czekać na ich pojawienie się.
Kiedy Samotnik został już zabrany, nałożyłem sobie jedzenia na pierwszy lepszy talerz, po czym usiadłem na fotelu przed kominkiem i okryłem się leżącym na nim kocem. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo jestem wykończony przeprawą. Do moich uszu doszedł odgłos otwieranych i zamykanych drzwi, kroków, a następnie zirytowanego westchnięcia dziewczyny. Jak to mówią - gość w domu, Bóg w domu. To zasada, której trzeba przestrzegać. Nie ma innej opcji.
Zerknąłem przez ramię na rozglądającą się po pomieszczeniu ciemnowłosą. Serio miała mnie za kogoś takiego jak tamten facet? Poczułem się urażony. Raz tylko zakosiłem nóż z osady, ale tylko dlatego, że był mi niezmiernie potrzebny do wykonania własnych broni.
- Jasne, rozgość się, właśnie o to mi chodziło. - mruknęła gospodyni, przygaszając przy tym światła. W domu zapanował całkiem przyjemny półmrok.
Gdy już opróżniłem talerz, odstawiłem go na stolik obok, po czym rozkryłem się czystą dłonią. Następnie zabrałem naczynie, umyłem je i odstawiłem tam, skąd je wziąłem. To, że byłem Samotnikiem nie oznaczało przecież, że lubię żyć w brudzie. Wręcz przeciwnie. W końcu nie chciałbym pewnego ranka zostać zabitym przez walające się po podłodze ubrania. A poza tym, tak już zostałem wychowany i nie było sensu zmieniać nawyków.
- Wyglądasz czarująco. - powiedziałem, wracając do pokoju, w którym to została Osadniczka. 
- Chciałeś powiedzieć jak czarownica. - mruknęła.
- To twoje słowa. - odparłem, wracając na miejsce. Po namyśle ustąpiłem go dziewczynie, a sam usiadłem przy kominku, opierając się o niego. Ciemnowłosa opatuliła się kocem i przymknęła powieki. W tym świetle wyglądała na zmęczoną bardziej ode mnie. Postanowiłem więc nie odzywać się i czekać, aż na nowo zaśnie.

Nie minęło dużo czasu, a głowa Osadniczki już opadła na jej ramię. Chwilę przyglądałem się jej twarzy. Nie wyglądała na groźną wojowniczkę. Bardziej na zwykłą, delikatną dziewczynę.
- No chodź, Czupiradełko. - westchnąłem, wstając. Następnie wziąłem na ręce śpiącą Osadniczkę i przytuliłem ją do swojej piersi. Zaraz po tym zacząłem zwiedzać z nią jej dom w poszukiwaniu sypialni.
- Alleluja. - mruknąłem, gdy w końcu znalazłem właściwy pokój. Tam ułożyłem dziewczynę na łóżku. Już miałem się od niej odsunąć, gdy spostrzegłem, że jej palce są zaciśnięte na materiale mojej bluzki. Westchnąłem i spróbowałem je rozwinąć, jednak Osadniczka nie zamierzała dać za wygraną nawet przez sen. Zrezygnowany zdjąłem z siebie bluzkę z długim rękawem, a następnie okryłem dziewczynę. Nagle Osadniczka zaczęła otwierać oczy. Ciekawe, co sobie pomyśli o tym wszystkim. 

 Galia?