Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tibbie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tibbie. Pokaż wszystkie posty

14 kwietnia 2020

Od Tibbie CD Amona

     Tego dnia nie oczekiwałam zupełnie nikogo. Właściwie, odkąd tylko byłam na wyspie, nikt jeszcze nie raczył mnie odwiedzić czy najść, jak zwał, tak zwał, tak więc mój wzrok rozbiegł się, kiedy zobaczyłam rosłego mężczyznę stojącego u progu drzwi. Miałam w planach pójść spać, aby następnego dnia nie robić zupełnie nic, tak jak na co dzień, a nieznajomy nie ułatwiał mi realizacji moich planów.
     — W czym mogę pomóc? — odezwałam się pierwsza, choć mój głos przesiąknięty był kpiną. Jasnym było, że go tutaj nie chciałam. W razie potrzeby byłam nawet skora walczyć. Może i jesteśmy hybrydami, ale co jak co, zachowaliśmy ostatnie przebłyski człowieczeństwa i instynktu samozachowawczego, przez co mężczyzna po prostu powinien się odwrócić i nie sprawiając żadnego problemu, odejść. Status samotnika nie zobowiązywał nas do braku empatii, bo wszystko to było sprawą indywidualną, jednak przyjęło się, że szukanie pomocy u samotnika zawsze kończy się jednakowo źle. Nie mogłam zaprzeczyć, że tak nie było, bo w obliczu zagrożenia albo korzyści, które mogłyby z tego wyniknąć, byłabym w stanie zaatakować osłabionego i nawet bym się nad tym dłużej nie zastanawiała. Nie byliśmy na rajskiej wyspie i każdy był tego świadomi, bo ci, którzy myśleli inaczej, odpadali dość szybko, choć selekcja naturalna nigdy nie była dobrym sposobem i całkowicie mijała się z tym życiem, które prowadzono poza wyspą. Tam przyjęło się, że trzeba pomagać starszym i słabszym, a tutaj?

9 kwietnia 2020

Od Tibby CD Bezimiennego

     — Proszę bardzo — oznajmił, stawiając kubek przed kobietą. — Może jakiś toast? — zaproponował, nadal trzymając swój kufel w powietrzu. — Za rajską wyspę? — spytał z ironią w głosie.
     — Za najlepsze wakacje, jakie nam się mogły przytrafić — dopowiedziała, a wtedy z uśmiechem zbili swoje kubki, po chwili wychylając duszkiem ich zawartość. Atmosfera rozluźniła się na tyle, że poruszali wiele tematów i rozmowa nie skończyła się tak szybko. Mężczyzna coraz to napełniał od nowa kufle, a ich zawartość znika niemal tak szybko, jak się pojawiła. Było przyjemnie, czyli tak, jak Tibby nigdy nie sądziła, że może być. Nie miała na wyspie bliższego kontaktu z nikim i nawet jeśli bliskość jej i mężczyzny nie była taką, jaką inni uznawali, dla dziewczyny był to jeden z nielicznych znajomych tutaj, dlatego ten wieczór spędzony z nim bardzo sobie ceniła. Znowu mogła zakosztować normalności, którą jej niegdyś brutalnie odebrano. Oczywiście, picie bimbru w rozpadającym się domku przypominającym katakumby z nadnaturalnie zmodyfikowanym mężczyzną nie było szczytem jej marzeń, ale najwidoczniej to było od dzisiaj jej codziennością i powinna się przyzwyczaić. Do sytuacji, rzecz jasna, nie do niego, jego domu czy bimbru. 
     Siedzieli do późnej nocy. Lekkie podpicie nie zajęło im dużo czasu, tak więc wkrótce wystarczyło im, że śmieją się i rozmawiają o wszystkim i o niczym. Pokój spowił mrok nocy, zrobiło się niesamowicie cicho i, jak to bywało na wyspie, nieprzyjaźnie, tak więc nie wychylali się spoza chatki, dalej opijając swoje wakacje. Gdyby miała chęci, przyznałaby, że bimber nie do końca trafiał w jej kubki smakowe, ale jego wytwarzanie na wyspie było dla niej na tyle abstrakcyjne, że nim nie pogardziła. Po którymś kuflu z kolei okazało się nawet, że właściwie to nie jest najgorszy.
     — Na początku nie byłam przekonana, ale masz moje uznanie — powiedziała dość niewyraźnie, może przez wypitą ilość bimbru, może przez fakt, że był środek nocy, a ona bardzo lubiła spać. Czuła, jak sen nuży ją z każdą kolejną minutą. Nawet nie zarejestrowała, czy mężczyzna aby na pewno jej odpowiedział. Poczuła jedynie, jak jej dłoń, na której się opierała, zjeżdża bezwiednie, a głowa opada.

1 kwietnia 2020

Od Tibbie CD Iriego

     Poczucie zagrożenia, potencjalnego niebezpieczeństwa i wrodzony mechanizm obronny nakazywał mi uciekać. Bycie naiwnym to ostatnie, na co można sobie pozwolić przebywając na wyspie, a tym bardziej jeśli żyje się poza granicami wioski. Na dodatek, mężczyzna nie wyglądał przyjaźnie, nawet jeśli nie miał złych zamiarów, to jego spore rozmiary nie budziły zaufania, a przynajmniej nie do tego stopnia, abym po dobroci weszła do jego domu. Nie, dziękuję, paszczę lwa odwiedzę innym razem. W obecnej sytuacji nawet propozycja jedzenia nie była w stanie mnie przekonać, bo zwyczajnie wolałabym umrzeć z głodu. Byłoby to mniej uwłaczające.

Od Tibby CD Bezimiennego [etap 1 > etap 2]

     Tibby zawsze była w stanie przyjąć do swojej wiadomości naprawdę wiele, jednak ostatnimi czasy głównie ta umiejętność była wystawiana na próbę. Myślała, że oswojenie się z wyspą i sytuacją, w której się znalazła, nie było dla niej niczym trudnym i uporała się z tym w miarę szybko. Teraz, siedząc w domu obcego jej mężczyzny, a na dodatek jedząc z nim posiłek, sama nie wiedziała w którym miejscu popełniła błąd. Było to dosyć osobliwe uczucie, gdyż wszelki kontakt z innymi zmodyfikowanymi zawsze ograniczała do niemalże zera, nie licząc wymienianego z Fafnirem co jakiś czas, nieprzyjemnego spojrzenia. Mieszkali obok siebie, działali na własną rękę. Nie zamierzali się ze sobą spoufalać, jedyne co, to po prostu się... tolerowali, bo nawet do szacunku sporo brakowało, a przynajmniej ze strony kobiety. Nie wiedziała jak wyglądała sytuacja z perspektywy mężczyzny.

26 marca 2020

Od Tibbie CD Bezimiennego


Do dziewczyny powaga sytuacji nigdy nie dochodziła w odpowiednim tempie. Niestety. Czasem trochę trwało, zanim zdała sobie sprawę z kilku ważnych w owym momencie rzeczy, ale taka była jej natura i niestety nie dało się już tego zmienić. Akurat w tym czasie stanie i gapienie się na krwawiącą ranę chłopaka nie było najlepszym wyjściem, ale tkwiąc w takowej fazie zawieszenia, przynajmniej upewniła się, że są bezpieczni, bo do tej pory jeszcze nic ich nie zaatakowało.

– No to na co czekasz, pokazuj co tam masz – wyciągnęła ręce, mówiąc to. – Bo się zaraz wykrwawisz.

– Dziękuję, już poradzę sobie sam – stwierdził spokojnym, choć nieco przesyconym bólem głosem.

– Daj spokój, wiem że moja aparycja nie wzbudza zaufania i prawdopodobnie nie znam się na tym, co zaraz będę robić, ale ty z twoimi trzęsącymi się dłońmi prawdopodobnie zrobisz sobie większą krzywdę, niż ja tobie bym była w stanie – zbliżyła się, kucając. Przytaknął lekkim skinięciem głowy z miną, której już niewiele brakowało do minimalnego rozbawienia i uśmiechu.

25 marca 2020

Od Tibbie do Iriego

Przeklinam się w duchu, kiedy moja noga trafia na bagnisty teren, w którym zaczynam się zapadać. Mokre kosmyki włosów natarczywie przyklejają się do mojej twarzy, porwana peleryna nie spełnia już swojej roli tak dobrze, jak wcześniej, a rozcięcie na policzku piecze, gdy brud dostaje się do wnętrza rany. O ile życie na wyspie do teraz nie wydawało się takie trudne, o tyle schody zaczęły się w momencie, w którym zwyczajnie moje zapasy pożywienia zaczęły zbliżać się do krytycznego braku wszelkiego jedzenia. Trochę wody w kradzionej manierce i jagody, co do których nie byłam pewna to nie był szczyt moich marzeń, a mimo wszystko wolałam jeszcze pożyć, a jak już - śmierć z zatrucia wydawała się gorsza, niż taka poprzez rozerwanie w walce. W przypadku tego drugiego przynajmniej niewiele bym czuła, a jak wszyscy wiemy, ból brzucha to najgorszy, jaki istnieje. 

Od Tibbie CD Bezimiennego

     Krytyczne spojrzenie dziewczyny skrzyżowało się z jasnymi oczami nieznajomego, kiedy zaczął zbierać swoje rzeczy. Robił wszystko niezwykle powoli, ale nie ślamazarnie, przez co Tibbie powstrzymała się od zniecierpliwionego tupania nogą, stojąc przy drzwiach. Nie wiedziała po co to robi, ale odprowadzenie mężczyzny było bez wątpienia ciekawsze, niż bezczynne siedzenie w rozpadającym się domu. Ponadto, była na wyspie już pewien czas i to była najwyższa pora, aby wyściubić nos poza "strefę komfortu", która nadal nią w stu procentach nie była, ale będąc szczerym, na takowej wyspie, na jakiej znalazła się Tibbie, nic nie mogło nią być. Wiedziała też, że nie może oczekiwać nie wiadomo czego, ale na szczęście - nie oczekiwała, więc zderzenie z rzeczywistością nie było dla niej tak brutalne, jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Była pogodzona ze swoją sytuacją i to nie było tak, że co noc rozmyślała nad swoim losem i niedolą.   

15 stycznia 2020

Od Tibbie CD Bezimiennego

     Patrzyła wprost na mężczyznę, który zajmował miejsce na jej skromnym krześle. Trzeszczało niebezpiecznie pod jego ciężarem, tym bardziej Tibbie obawiała się o życie jej ulubionego stołka. Po co ona w ogóle go wpuściła? Zaraz, wróć - pozwoliła zostać, bo nie da się ukryć, że po prostu się wprosił do środka. Może i kobieta po prostu nie potrafiła być asertywna, to też zgodziła się, aby został, a może było jej go żal i zdecydowała się na przyjęcie? Pewnie ani jedno, ani drugie - wyszła z założenia, że przecież jej nie zabije, a to być może jedyny kontakt z drugim, żywym stworzeniem przez kolejne miesiące? Od początku jej pobytu na wyspie nie zamieniła z nikim ani słowa, nie licząc kąśliwych uwag wymienionych z zagubionym osadnikiem albo samotnikiem, a i te kontakty mogłaby policzyć na palcach. Nie, żeby była w jakikolwiek sposób towarzyska, ale wychodziła z założenia, że kontakt z kimś swojego gatunku był kluczowy dla prawidłowego rozwoju. Nawet, jeśli było się na wyspie bez drogi ucieczki i ze zmutowanym, zwierzęcym genem.

13 stycznia 2020

Od Tibbie do samotnika

     Brnę w nieprzyjemnym, grząskim błocie, a kolce dzikich krzaków smagają moją odkrytą skórę na ramionach, zostawiając po sobie czerwone pręgi.

     Zachciało mi się biegać. Jesteśmy zmutowani, na wyspie bez jakiejkolwiek drogi powrotnej, a mi zachciało się biegać. 

     Przeklinam w myślach samą siebie, kiedy mój but nieoczekiwanie zostaje w runie leśnym. Skaczę w miejscu, na jednej nodze, w ostatniej chwili podtrzymując się rosnącego obok drzewa. Za skarby tego świata nie wiem jak mam wrócić do domu w stanie (chociażby) dostatecznym. Ze złością chwytam buta, z rozmachem wyciągając go z bagna. Lepka, brunatna ziemia odrywa się od podeszwy buta i spada na moją twarz, brudząc ją. Wierzchem dłoni przecieram policzki, nie kryjąc obrzydzenia, po czym idę dalej. Jedyne, co mnie pociesza, to wzniesienie majaczące na horyzoncie, na którym to znajdują się prowizoryczne chatki pełniące funkcję mojego domu na czas bliżej nieokreślony. Gdybym urodziła się facetem to sama zbudowałabym sobie dom, ale pech chciał, że moje ręce przypominają bardziej dwa gibkie makarony, niż zbitą masę tłuszczową i mięśnie. No tak, w takim wypadku jedyne, do czego się nadaje, to sprzątanie. Dyszę już po kilku metrach prawie, że pionowej wspinaczki, ale w końcu dochodzę do „domu”. Spocona, czerwona i zadyszana, ale przechodzę przez próg rozwalającego się budynku, którego strzechy walają się wewnątrz. Przebieram się szybko, brudne rzeczy wciskając do miski z zimną wodą.