Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filemona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filemona. Pokaż wszystkie posty

1 maja 2020

Od Filemony CD Pana Stasia

Odkąd morze wypluło ją na brzegu wyspy, jeszcze nie czuła takiego spokoju – przyjemnie osiadał na piersi i przenikał do umęczonego serca. Smakował błogą ciszą po dniu pełnym hałasu, szklanką wody po podróży przez pustynię.
Być może właśnie dobrowolnie stawała się ofiarą już drugiego porwania w tym roku i właśnie spisywała siebie na straty, ale była tak zmęczona ciągłą ucieczką, że pragnęła wierzyć w dobre intencje Pana Stasia. Nie wszyscy tutaj musieli być zabójczo niebezpieczni, przecież miała Bonifacego, choć zgred i paskuda – przygarnął ją, nakarmił, umył, pozwolił czuć się bezpiecznie.
Wtulona policzkiem w grzbiet jednej ze złożonych tuż u jej boku owiec powoli zapadała w sen. Na wpółprzytomna gładziła opuszkami palców kaczkę przyciśniętą do jej uda. Oczy piekły ją niemiłosiernie ze zmęczenia.
Adrenalina wreszcie opadła i dopiero teraz mogła zdać sobie sprawę, jak ogromny ból sztyletował jej ciało. Towarzyszył jej aż od dnia, w którym utraciła dom. Czasem tępo pulsował, czasem płonął głodnym jak zdziczała bestia ogniem, a czasem kaleczył cienkimi jak szpileczki zębiskami. Żył w niej już tyle czasu, że stał się zaledwie skromną niedogodnością, lecz tym razem był inny – szamotał się w piersi i powoli pozbawiał ją oddechu.
Wierzchem dłoni otarła zwilgotniałą powiekę, wmawiając sobie, że zaczyna kropić, choć niebo wyglądało, jakby nie potrafiło się zdecydować, czy już pora na deszcz, czy jeszcze nie.
Wpatrując się w kołysane na wietrze źdźbło trawy, powoli odpływała gdzieś w przestworza. Niemalże nie czuła ciała, które zbyt ciężkie dla duszy, zostało złożone nieruchomo i tylko resztkami sił nie pozwalało jej uciec. Aż nagle w uszach zatętnił przytłumiony, męski głos. Jak ostra szpila wbił się w sen, przekłuwając go niczym bańkę mydlaną.

31 stycznia 2020

Od Filemony CD Raven

— Nie możesz ze mną iść, bo jesteś za młoda! — warczała rozeźlona, naśladując zarozumiały i wyniosły ton głosu Bonifacego. — A pieprz się, stary gnoju! Będziesz jeszcze coś chciał!
Kopnęła ze złością zagrzebany w piachu kamień. Wzleciał w powietrze jak wypuszczony z klatki ptak, rozciągnął za sobą szeroki, złoty ogon piasku, a potem z impetem runął w głąb wody. Rozległ się przytłumiony plusk, który rozzłościł ją jeszcze bardziej.
Zatrzymała się raptownie, odwróciła się na pięcie i wbiła mordercze spojrzenie w miejsce, gdzie kamień zatonął, jakby to wszystko była jego wina. Do granic możliwości nadęła policzki i ostre doliny zmarszczek przecięły jej czoło; jaskrawe plamy czerwieni prawie w całości pokryły dziecięcą buźkę. Wyraźnie siłowała się z własnym sumieniem, zgrzytała zębami, jakby miała zamiar puścić najdłuższą i najobrzydliwszą wiązankę przekleństw w całym jej życiu, ale udało jej się wydać jedynie rozjudzony charkot brzmiący jak dźwięk na skraju wrzasku a płaczu. W furii zacisnęła dłonie w pięści, aż krzywo spiłowane paznokcie wbiły się boleśnie w skórę.
— Nienawidzę cię! — Tupnęła wściekle nogą i pomaszerowała dalej wzdłuż wybrzeża, taszcząc na plecach rozpadający się w szwach plecak ze zwierzęcej skóry.
Bonifacy nie powinien jej w ten sposób traktować. Była dzieckiem, prawda, ale nie małą, porcelanową laleczką, która całe życie spędziła uczepiona matczynej spódnicy. I tym bardziej nie powinna  teraz nabierać przyzwyczajeń do wygody, gdy jej życie obróciło się do góry nogami. Na wyspie wszystko stanowiło zagrożenie. Gdzie by nie spojrzała, ktoś lub coś czyhało na jej życie, oblizując się ze smakiem na myśl o świeżym, młodym mięsku. Bonifacy nie zawsze będzie w stanie ją obronić i jeśli sama się nie nauczy o siebie dbać, nikt jej nie przyjdzie na pomoc. Świat to okrutne i bezwzględne miejsce. Nie miało litości wobec błagań, a nawet jeśli – wolała dać się poćwiartować, niż prosić o łaskę.