Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nirali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nirali. Pokaż wszystkie posty

1 sierpnia 2019

Od Tenebris'a - odejście Nirali [+18]

Powoli wracałem do siebie. Nie byłem zadowolony z faktu, że pomocy udzielili mi Osadnicy. Bo jaki Samotnik by był? Ale, czy tego chciałem czy nie, dzięki nim wyzdrowiałem, a może i nawet uniknąłem śmierci. Towarzystwa dotrzymywała mi Nirali. Czasem towarzyszyli jej inni medycy, ale tylko z nią rozmawiałem.
Osadnicy twierdzili, że hybryda, która mnie zaatakowała nie była jednym ze stworzeń, które można było spotkać na wyspie w większej ilości niż pojedynczy okaz. Oznaczało to, że zabawa naukowców wciąż trwa. Musieliśmy mieć się na baczności. Zarówno Samotnicy jak i Osadnicy. Postanowiliśmy, że najlepszym wyjściem będzie odnalezienie hybrydy i jej zabicie. Oczywiście zgłosiłem się na ochotnika. Zamierzałem odpłacić potworkowi pięknym za nadobne. 
***
Gdy tylko wyzdrowiałem, przystąpiłem do obmyślania planu działania z mieszkańcami wioski. W pojedynkę każdy z nas miał raczej marne szanse. Dlatego musieliśmy współpracować. Ciekawe było to, że to ja miałem być przynętą.
Plan był taki, że miałem przyciągnąć uwagę hybrydy, nie dając się jej zabić. Osadnicy natomiast mieli za zadanie mnie osłaniać i zabić bestię, gdy tylko nastąpi właściwy moment. Jakoś specjalnie nie odpowiadało mi takie rozwiązanie, ale nikogo to nie obchodziło. Pozostało mi tylko wykonać swoje zadanie jak najlepiej. Od tego w końcu zależało moje życie.
Znaleźliśmy bestię w Opuszczonym Lesie, gdzie pożywiała się swoją zdobyczą. Zerknąłem porozumiewawczo na Osadników i zaszedłem ją od tyłu. Bestia niemal od razu wyczuła mój zapach. Odwróciła się do mnie, szczerząc ostrzegawczo kły. Automatycznie zacisnąłem dłoń na rękojeści noża, który miałem przy sobie. Byłem gotowy na jej atak.
Obserwowałem każdy ruch bestii i widząc, że szykuje się ona do skoku, wykonałem unik. Ostre, połyskujące w słabym świetle szpony mignęły mi przed oczami. Spojrzałem kątem oka na Osadników. Dlaczego nie atakowali? Mogli strzelać z łuków, gdy tylko hybryda odsłoniła swój brzuch. A co robili? Stali i patrzyli się jakby oglądali dobry film.
- Co z wami?! - krzyknąłem, rozbudzając kilku mieszkańców wioski. Potrzebowali zaproszenia?
Przez oderwanie uwagi od bestii, ledwo uniknąłem ciosu jej wielkiej łapy. Hybryda kroczyła w moją stronę. Kilku Osadników wystrzeliło swoje strzały, odwracając na chwilę jej uwagę. Wykorzystałem to, by wbiec na drzewo,  chwytając zaraz po tym jedną z niższych gałęzi i wykonując salto do tyłu. Wylądowałem na grzbiecie hybrydy. Chwyciłem mocno jej futro, by nie spaść, gdy próbowała mnie zrzucić. Wyciągnąłem z kieszeni nóż, gotowy wbić go w ciało bestii. Lecz w tym momencie hybryda padła na plecy, chcąc mnie zgnieść. Odskoczyłem od niej i przeturlałem się po trawie.
- Strzelać! - krzyknąłem, gdy potwór zaczął się zbliżać. Kilka pocisków poleciało w stronę hybrydy i wbiło się w jej bok, przenosząc jej uwagę na Osadników. Czym prędzej przeturlałem się pod bestię. Gdy byłem pod nią, wbiłem nóż w jej brzuch aż do rękojeści. Chwyciłem go obiema rękami i przeciągnąłem w dół, rozcinając ciało hybrydy. Zanim spadły na mnie wnętrzności bestii oraz jej ciało, wyturlałem się spod niej. Dopiero wtedy Osadnicy przystąpili do ataku, dobijając potwora. Miałem dość emocji jak na jeden dzień.
Osadnicy zadecydowali, że wezmą hybrydę i wykorzystają ją do swoich badań. Nie protestowałem, bowiem nie zależało mi na tej zdobyczy. Nie mogłem mieć pewności, że jej mięso jest jadalne, a połączenie zbyt wielu zwierząt nie przypadło mi do gustu. Pożegnałem więc Osadników i ruszyłem w swoją stronę.
***

25 grudnia 2018

Od Nirali CD Tenebris'a

Nirali położyła się jak zwykle o tej porze na swoim posłaniu, które zrobił dla niej Tenebris. Spojrzała na niego z uśmiechem i chciała powiedzieć „dobranoc”, ale zanim słowa wydostały się z jej ust, usłyszała mruknięcie mężczyzny, siedzącego na łóżku pod oknem:
- Jutro odprowadzę cię do wioski.
Nie wiedziała dlaczego, ale te słowa wydały jej się jak cios. Lekko zadrżała, ale Tenebris chyba tego nie zauważył. Przez jej głowę przeleciało nagle tysiące myśli. Przecież od początku wiedziała, że nie zostanie tutaj na długo… i tak przebywała tutaj o wiele dłużej, niż oboje się tego spodziewali. Nie podejrzewała, że aż tak ciężko będzie jej opuścić to miejsce, że aż tak przywiąże się do obecności drugiego człowieka. Nigdy tak naprawdę nie miała przyjaciół, jedyną osobą, z którą czuła jakąś więź był jej brat, ale to było coś innego, on był rodziną… Nigdy nie sądziła, że uda jej się zaprzyjaźnić z kimś zupełnie obcym i to w dodatku z samotnikiem.
- Pewnie się stęsknili. – Usłyszała ponownie jego głos. Tenebris oparł się o ścianę i utkwił swój wzrok, gdzieś daleko za oknem.
Stęsknili się? Większość z nich przecież nawet nie wiedziała o jej obecności. Niby wszyscy w wiosce powinni stanowić jedność, ale tak naprawdę i tak każdy martwił się tylko o swoją dupę. Jedyne osoby, z którymi zamieniła chociaż jedno słowo, to pozostali szamani, ale i tak jedyne co ją z nimi łączyło to obowiązki i praca, nic więcej… Ludzie z wioski na pewno za nią nie tęsknią, a nawet pewnie się cieszą, że mają jedną osobę mniej do wykarmienia.
Jedyną osobą, a raczej stworzeniem, któremu mogłoby brakować jej obecności, był sowrys. Często o nim myślała i zastanawiała się jak sobie radzi bez niej. Zapewne już dawno przestał za nią czekać i zamieszkał w lesie, czyli tam, gdzie tak naprawdę było jego miejsce i dom. Z pewnością po tak długim czasie zapomniał już o niej i przestał za nią tęsknić. Nikt tam na nią czekał, nie chciała tam wracać...
Spuściła wzrok na ziemię i ledwo słyszalnym szeptem spytała:
- Mogę tutaj zostać?
Od razu tego pożałowała, przecież na pewno była tutaj tylko balastem, z pewnością Tenebris tylko czekał, aż ona wyzdrowieje i wreszcie wróci tam skąd przyszła.
- Co mówiłaś? – spytał brunet.
Nirali odetchnęła w duchu z ulgą.
- Nic takiego, nieważne -  odparła z wymuszonym uśmiechem. - Dobranoc – dodała i ułożyła się do snu, odwracając się głową do ściany.
-... Dobranoc – odpowiedział.
Mimo że go nie widziała, mogłaby przesiądź, że Tenebris jeszcze przez chwilę wpatrywał się w nią pytającym wzrokiem, ale w końcu on również się położył i po chwili słychać było jego równomierny, spokojny oddech.
Za to Nirali nie zmrużyła oka przez całą noc.

Nirali i Tenebris wstali wczesnym rankiem, ubrali się i ruszyli w drogę. Kiedy dziewczyna opuszczała dom samotnika, uświadomiła sobie ze smutkiem, że już ostatni raz widzi jego chatkę oraz okolicę, które zdążyły stać się dla niej domem.
Większość drogi milczeli, czasami tylko Tenebris odezwał się, aby przerwać niezręczną ciszę, ale przygnębiona dziewczyna odpowiadała najkrócej, jak mogła, albo w ogóle. Zupełnie nie miała nastroju do rozmów i bała się, że jak się odezwie, to nie uda jej się powstrzymać emocji i łez. Nie mogła do tego dopuścić, nie mogła pokazać tego, co naprawdę czuje.
Kiedy dotarli do granicy wioski, dziewczyna ujrzała w oddali strażników. Brunet się zatrzymał i spojrzał jej prosto w oczy.
- Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Uważaj na siebie – powiedział.
- Również na siebie uważaj – powiedziała, starając się uniknąć jego wzroku. – Żegnaj Tenebrisie, dziękuję za wszystko.
Chciała do niego podejść, przytulić, objąć, podać rękę, cokolwiek, ale jedyne co zrobiła, to odwróciła się i nie patrząc za siebie, ruszyła powoli w stronę wioski, tak aby nie ujrzał jej oczu szklistych od łez.

Później wszystko działo się bardzo szybko. Strażnicy zaprowadzili ją do Rady Głównej, gdzie urzędnicy ją przesłuchali i sporządzili raport, na podstawie którego ponownie przyjęli ją do wioski. Nie było serdecznego powitania, wszyscy traktowali ją jak szpiega albo wroga i słuchali z niedowierzaniem o tym, jak samotnik ją uratował. Przecież samotnicy są źli, prawda?
Gdy wreszcie skończyły się formalności, Nirali z powrotem była wolna. Była wreszcie w domu, ale czuła się jak ktoś zupełnie obcy. Ruszyła powoli w stronę swojej chatki. Kiedy dotarła na miejsce, ujrzała drzwi otwarte na oścież. Weszła z obawą do środka i sprawdziła wszystkie zakamarki, ale na szczęście nic nie zginęło oprócz jedzenia. Zresztą nie miało, co zginąć, bo nie posiadała tam nic wartościowego. Najcenniejsze rzeczy zawsze nosiła przy sobie. Spojrzała ze smutkiem na puste legowisko sowrysa leżące w rogu pokoju. Miała nadzieję, że jest teraz bezpieczny i szczęśliwy. Posprzątała cały dom, a następnie położyła się spać.

W nocy obudziło ją dziwne drapanie w drzwi. Przez długi czas myślała, że tylko jej się coś przesłyszało, ale gdy uporczywy dźwięk nadal nie dawał jej spokoju, wstała i poszła sprawdzić, co to takiego. Gdy otworzyła drzwi, ze zdziwieniem ujrzała Raya, który skoczył na nią z całym impetem, przy okazji przewracając i przygniatając dziewczynę swoim ogromnym cielskiem. Sowrys cieszył się jak mały kociak, mimo że osiągnął już rozmiary dorosłego osobnika. Nirali również była cała szczęśliwa i nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu. Nie mogła uwierzyć, że sowrys pamiętał o niej i wrócił, mimo że zostawiła go na tak długo. Jednak nie została zupełnie sama…

Dni powoli mijały jej na pracy. Rzadko zapuszczała się na tereny poza wioską, pamiętając spotkanie z dzikim zwierzęciem. Wiedziała, że wtedy miała ogromne szczęście, że trafiła na żniwiarza. Gdyby nie on, zapewne już by nie żyła. Wolała nie ryzykować ponownie.
Często zastanawiała się, czy kiedykolwiek spotka jeszcze Tenebris'a, ale im więcej czasu mijało od ich rozstania, tym mniej myślała o samotniku i po jakimś czasie prawie zupełnie przestał pojawiać się w jej myślach.

Pewnego dnia, kiedy pracowała w zielarni, do pomieszczenia wbiegł cały zdyszany chłopak.
- Przysyła mnie medyk! Potrzebna są leki na odkażanie, tamujące krwawienie, oraz przeciwgorączkowe.
Nirali szybko zaczęła pakować leki i maści do torby chłopaka, a inna szamanka podała mu w tym czasie szklankę zimnej wody, którą ten wypił jednym haustem.
- Znaleźli samotnika blisko granicy wioski, prawdopodobnie coś go zaatakowało, jest w masakrycznym stanie – powiedział, kiedy trochę ochłonął – Powiedzieli mi też, że potrzebny jest jeden z szamanów do pomocy, bo w wiosce jest obecnie tylko jeden medyk – dodał.
- Ja pójdę – zgłosiła, się bez wahania Nirali, chociaż sama nie wiedziała, dlaczego to zrobiła.
Wzięła torbę z lekami i razem z chłopakiem pobiegli w stronę chaty medyka.

Tenebris?

16 grudnia 2018

Od Nirali [etap 1 > etap 2]

Ból… Czuła go w każdym milimetrze swojego ciała. Od palców u stóp do czubka głowy. Rozchodził się po jej całym ciele jak śmiercionośna trucizna. Jej długie, ostre kły wbiły się w jej wargę, tworząc głębokie rany. Poczuła w buzi metaliczny posmak krwi. Była na tyle sparaliżowana, że nie mogła się ruszyć. Chciała krzyczeć, ale nie mogła wydać się z siebie głosu. Czuła już swoją śmierć. Widziała jak stoi nad nią niewyraźna czarna postać, uosobienie wszystkich cierpień i lęków. Mimo to Nirali nie bała się, czekała na nią z utęsknieniem, chciała, żeby zabrała ją ze sobą, chciała już przestać cierpieć i odejść tam, gdzie nie ma już bólu. Śmierć wyciągnęła do niej rękę, a Nirali ją chwyciła. Błogi uśmiech pojawił się na jej twarzy. Nareszcie koniec tego wszystkiego, nareszcie koniec cierpienia. I właśnie wtedy czarna postać nagle zniknęła, tak samo, jak i przeraźliwy ból.

Dziewczyna uwolniona z paraliżu otworzyła szeroko oczy i próbowała uspokoić swój oddech. „Czy to był sen?” – zadawała sobie w myślach pytanie. - „Nie… w snach przecież nie ma bólu…”.
Podniosła się z łóżka, przy czym lekko się zachwiała. Poczuła straszny ból w łydkach, przez który prawie się przewróciła. Idąc jak dopiero co uczące się chodzić dziecko, dotarła do swojej szafki i zapaliła świecę. Otworzyła jedną z szuflad i wyjęła własnoręcznie wykonane lustro, które zrobiła niedawno ze znalezionego na wyspie kawałku szkła, należącego zapewne do naukowców. Gdy ujrzała swoje odbicie, omal się nie przewróciła. Jej ręce i jej nogi… Wyglądały teraz, jakby przez co najmniej rok pakowała na siłowni. Dotknęła ich przerażona. Pod skórą czuć było teraz twarde i rozbudowane mięśnie. Spojrzała również na swoje paznokcie, które także się zmieniły. Teraz były to długie i ostre pazury, lekko zakręcone do środka, jak u kota.

Nirali bała się siebie, bała się tego, czym się staje. Coraz mniej była podobna do człowieka, a coraz bardziej przypomniała zwierzę. Zamieniała się w potwora…

4 grudnia 2018

Od Nirali (do ktosia)

Dziewczyna z trudem otworzyła ogromne drzwi porośnięte ciemnozielonym bluszczem. Poczekała chwilę aż młody sowrys (który już sięgał jej powyżej kolan) wbiegnie do środka i zamknęła je za sobą. Wzięła głęboki wdech i przymrużyła oczy. Otoczył ją cudowny zapach wszechogarniających ją roślin i suszonych ziół. Uwielbiała to miejsce, było zupełnie inne od pozostałych. Miało w sobie coś jakby magicznego i zupełnie nie pasowało do tej brutalnej i krwawej rzeczywistości, która panowała na wyspie.
Podeszła do swojego biurka i spojrzała na pozostawianą tam karteczkę. Przeczytała ją uważnie i wzięła ją do ręki, aby poszukać odpowiednich ziół. Ostatnio było bardzo duże zapotrzebowanie na leki odkażające. Szamani nie nadążali z ich produkcją, a osadnicy bardzo często ulegali różnym skaleczeniom oraz poważniejszym ranom. Podeszła do ściany zielarni, na której wisiały suszone liście roślin i ostrożnie sięgała po te, które są potrzebne do zrobienia leku. Kiedy skończyła, wzięła się za przygotowywanie maści.
Sowrys w tym czasie znalazł gdzieś między komodami małego szczura i bawił się nim, co chwilę puszczając go i dając mu kawałek uciec, a następnie ponownie go łapiąc. Jednak w pewnym momencie małemu gryzoniowi udało się pobiec trochę dalej niż zazwyczaj i jakiś cudem umknął ogromnej, białej łapie z ostrymi jak brzytwa pazurami i schronił się gdzieś wśród gąszczu roślin, na drugim końcu pomieszczenia. Zdenerwowany Ray próbował wypatrzeć swoją ofiarę, ale szczur zdążył już w tym czasie znaleźć jakąś kryjówkę. Sowrys prychnął i położył się obrażony obok Nirali, ze wzorkiem cały czas utkwionym w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą zniknęła jego ofiara.
W międzyczasie Nirali rozdrabniała zioła. Następnie wlała tłuszcz do małego rondelka, który umieściła na małym ogniu. Czekała aż ten się zupełnie rozpuści i wsypała do niego zioła. Potem mieszała je, aż zaczęły wrzeć i odstawiła do ostygnięcia. Po tej czynności podeszła do starej komody, na której leżały już ostygnięte mieszaniny i umieściła je nad ogniem. Teraz tylko musiała poczekać, aż tłuszcz zacznie wrzeć, przecedzić go przez sitko i maść gotowa.
Usiadła przy biurku, ale zrobiła to na tyle nieostrożnie, że przez przypadek strąciła z blatu drewniany młynek, który niespodziewanie spadł, robiąc ogromny huk i poturlał się w stronę gąszczu roślin. Tych samych, w których schronił się jeszcze przed chwilą szczur…
Hałas wygonił go z kryjówki, a sowrys tylko na to czekał. Skoczył w pogoń za swoją niedoszłą ofiarą, wiedząc, że teraz już mu na pewno nie umknie. Nirali widząc, co się święci, krzyknęła z całej siły:
- Nie!
Lecz było już za późno... Ray z całym impetem wpadł w gąszcz zasadzonych roślin, przewracając je, łamiąc i robiąc istne pobojowisko.
Dziewczyna stała bez ruchu, osłupiała i patrzyła z trwogą na ten cały chaos. Przecież jak inni szamani to zobaczą, to już po niej. Nirali spojrzała zrezygnowana na sowrysa, który właśnie pałaszował schwytanego szczura i wzięła się za sprzątanie. Tylko to jej teraz pozostało. Miała tylko nadzieję, że nikt nie postanowi w tym czasie tutaj zajrzeć. Ogarnianie tego całego syfu, zajęło jej cały ogrom czasu i kiedy nareszcie skończyła, słońce zaczęło już zachodzić za horyzontem. Wyczerpana wróciła do swojego miejsca pracy, ale wtedy ujrzała, że coś jest nie tak. Drzwi stały otworem, a z półki, na której leżały gotowe już leki i maści zginęło parę buteleczek i słoiczków. Była tak pochłonięta sprzątaniem, że nie usłyszała, jak ktoś się wkradł i je ukradł.
To był naprawdę zły dzień... Czy może się stać coś jeszcze gorszego?
Podeszła pod okno i zrezygnowana wyjrzała przez nie. Spojrzała na ostatnie promienie słońca przebijające się przez otaczający zielarnię las. Wtedy zauważyła pewien ruch w zaroślach. To z pewnością nie było zwierzę, tylko ludzka sylwetka. Czyli złodziej nie zdążył jeszcze uciec...
Nie zastanawiając się, wybiegła z zielarni i ruszyła w pościg za postacią.

Ktoś?

12 listopada 2018

Od Nirali - oswojenie Sowrysa


Nirali postanowiła zerwać trochę świeżych liści pokrzywy, która pojawiła się na miejsce niedawno stopniałego śniegu. Była to bardzo przydatna roślina o naprawdę wielu zastosowaniach. Między innymi hamowała krwawienie, przyspieszała gojenie się ran i zwalczała zatrucia. Kiedy dziewczyna została szamanką i zaczęła zgłębiać wiedze o różnych ziołach i roślinach, była naprawdę oszołomiona tym, ile mają zastosowań. To było naprawdę niezwykłe, że dzięki paru wysuszonym listkom można wyleczyć stan zapalny, odkazić ranę albo pozbyć się blizn.
Dziewczyna wzięła koszyk wiklinowy i ruszyła w stronę kaplicy. Było to chyba największe zbiorowisko roślin na wyspie, a tym samym najpiękniejsze i najdziksze miejsce na terenie całej osady. Spośród gąszczu drzew, krzewów i kwiatów wyłaniała się piękna, drewniana kapliczka - miejsce obrzędów szamanów. Nirali nie miała jeszcze okazji wziąć w czymś takim udziału, ale czekała na to z niecierpliwością.
Rozejrzała się po okolicy. Po otaczającej jej dookoła przyrodzie widać już było oznaki rozpoczynającej się wiosny. Ptaki zaczęły śpiewać, a rośliny i wszystko dookoła budziło się powoli do życia. Uwielbiała tę porę roku, kojarzyła jej się z radością, szczęściem i początkiem czegoś nowego, niezwykłego...
Kiedy przedzierała się przez gąszcz roślin, żałowała, że ubrała jedynie krótkie spodnie i koszulkę odsłaniającą ramiona, bo teraz przedzierając się przez gęstwinę co chwile czuła na skórze ból od podrapań przez gałęzie i kolce wszech otaczających ją teraz roślin.
Nagle usłyszała dobiegający skądś pisk. Rozejrzała się dookoła, ale nic nie widziała w odległości większej niż dwa metry przez otaczające ją chaszcze. Zaczęła iść w kierunku dobiegającego dźwięku, szukając jego źródła. Kiedy chciała już zrezygnować, usłyszała pisk po raz kolejny, tym razem o wiele bliżej. Wtedy zauważyła skulone na ziemi małe, białe stworzonko o osobliwym wyglądzie. Wyglądało jak hybryda jakiegoś ptaka i dzikiego kota. Podczas swojego pobytu na wyspie Nirali widziała parę razy dorosłych przedstawicieli tego gatunku. To były sowrysy - spokojne i niegroźne stworzenia, niewadzące nikomu. Miały one około metra wysokości, a maluch, którego znalazła, był ponad połowę mniejszy, więc bez wątpienia dopiero niedawno pojawił się na tym świecie. Dotknęła go ostrożnie ręką, ale mimo tego zwierzę nie zareagowało. Wyglądało na martwe, ale jego ciało było nadal ciepłe. Nirali z nadzieją położyła łagodnie rękę na klatce piersiowej malucha i poczuła delikatne bicie małego serduszka. Odetchnęła z ulgą. Wtedy zauważyła, że sowrys ma ogromną ranę na wnętrzu jednego ze swoich skrzydeł. Rana przechodziła praktycznie na wylot i cały czas sączyła się niej powoli krew. Najprawdopodobniej malucha zaatakowało jakieś zwierzę, a jego matka go porzuciła. Mimo wszystko dziewczyna miała nadzieję, że uda jej się uratować małe stworzonko.
Sięgnęła do swojej torby i wyjęła własnoręcznie zrobione leki, które zawsze nosiła ze sobą w razie jakiegoś wypadku. Wyciągnęła maść odkażającą i delikatnie przetarła nią skrzydło malucha, a następnie opatrzyła mu ranę. Potem wyrzuciła z koszyka całą zebraną dotychczas pokrzywę i włożyła do niego nieprzytomne zwierzątko. Spojrzała z nadzieją na kaplicę, która była niedaleko. Miała nadzieję, że pozostali szamani pomogą jej go uratować.
Kiedy dotarła wreszcie pod drzwi kaplicy, była już cała spocona od targania ciężkiego koszyka. Maluch okazał się o wiele cięższy, niż na to wyglądał. Dziewczyna z nadzieją zapukała do ogromnych drzwi. Po chwili otworzyła jej starsza kobieta, ubrana w luźną sukienkę ze skóry. Miała długie, siwe włosy, zaplecione w kok, a jej twarz pokrywały zmarszczki. Zapewne była jedną z najstarszych osób na tej wyspie.
Kiedy kobieta zauważyła zawartość koszyka, bez słowa wpuściła dziewczynę do środka. Szły w milczeniu, aż dotarły na środek kaplicy. Wtedy staruszka dała znak Nirali, aby ta odłożyła koszyk i na nią poczekała. Po paru minutach wróciła, niosąc ze sobą torbę pełną ziół i leków. Kazała Nirali wyjąć z koszyka małego sowrysa i położyć go na ziemię, co dziewczyna od razu uczyniła.
Biedne, biedne maleństwo - powtarzała cały czas staruszka, oglądając paskudnie wyglądającą ranę. - Już mało czasu, mało...
Kiedy skończyła go oglądać, odwróciła się do Nirali, spojrzała jej prosto w oczy i wyszeptała.
- Dziecko moje drogie - temu sowrysowi nie pomogą już żadne zioła. W ranę zdążyło już się wdać zakażenie i to są ostatnie chwile jego życia. Zwykła medycyna już mu nie pomoże...
Kiedy to mówiła, z oczu Nirali powoli pociekły łzy.
- Ale... - dziewczyna zaczęła mówić drążącym głosem. - Ale może spróbujmy, może się uda...
Staruszka pokręciła tylko przecząco głową.
- Dziecko moje, szkoda leków, mówiłam przecież, że one tu już nie pomogą. Leczę od ponad pięćdziesięciu lat i mam już w tych sprawach spore doświadczenie. Nie raz widziałam gangrenę, a ta już rozwinęła się w takim stopniu, że nie da się go uratować - powiedziała i spuściła smutno głowę.
- Chociaż... - odezwała się ponownie staruszka, nagle ożywiona. - Widziałam kiedyś w jednej księdze pewne zaklęcie... Poczekaj tu chwilę.
Nirali ukucnęła w tym czasie przy małym sowrysie i gładziła go delikatnie po główce.
Po chwili staruszka wróciła:
- Mam to! - Powiedziała ucieszona. - Jest to stare zaklęcie, którego jeszcze nigdy nie używałam, ale może się uda. Musisz jednak wiedzieć dziecko, że wymaga to naprawdę wielkiego poświęcenia.
- Co muszę zrobić? - zapytała bez wahania dziewczyna. Wiedziała, że jest w stanie zrobić wszystko, aby uratować to małe stworzonko.
- Musisz oddać cząstkę swojej duszy temu sowrysowi, a on odda ci swoją. Twoja dusza uleczy jego rany, ale już na zawsze będziecie ze sobą związani. Jeżeli jedno z was się zrani, na ciele drugiego również pojawi się rana. Jeżeli któreś z was zachoruje, drugi też podzieli ten sam los, a jeżeli któreś z was umrze... to druga dusza, także opuści ten świat - powiedziała cicho staruszka. - Przemyśl to bardzo dobrze dziecko, bo później nie będzie już odwrotu...
Nirali lekko zadrżała, ale po chwili odezwała się pewnym siebie głosem:
- Zgadzam się.
Staruszka uśmiechnęła się, słysząc te słowa i otworzyła księgę. Zaczęła powoli wymawiać słowa starego zaklęcia, ale Nirali nie rozumiała, co to za język. Zaczęło jej się kręcić w głowie i poczuła straszny ból w klatce piersiowej, jakby ktoś właśnie ją uderzył. Po chwili zrobiło jej się zupełnie ciemno przed oczami i osunęła się nieprzytomna na ziemię.

Kiedy otworzyła oczy, ujrzała promienie wpadającego przez okna kaplicy słońca. Leżała na twardej, zimnej ziemi, więc szybko się z niej podniosła. Zauważyła uśmiechniętą staruszkę, a obok niej biegającego wesoło po całej świątyni, zdrowego już sowrysa. Staruszka skinęła tylko lekko głową na znak, że wszystko się udało. Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy dziewczyny. Ukucnęła a mały, biały stworek podbiegł do niej i otarł się o jej głowę. Przytuliła go do siebie i wyszeptała:
- Od teraz będziesz się nazywał Ray i obiecuję, że już nigdy nic złego Ci się nie stanie.

29 października 2018

Od Nirali CD Tenebris'a

Dziewczyna patrzyła z przerażeniem na czarnowłosego mężczyznę wyjmującego strzałę z ciała martwego zwierzęcia. Chłopak o białej cerze był w jej wieku albo może minimalnie straszy. Spojrzała na jego ciepłą bluzę i skórę wilka narzuconą na jego ramiona, a następnie na swoje cienkie ubranie, które nałożyła na siebie w pośpiechu, nie myśląc o tym, że może jej być w nim za zimno. Mężczyzna na pewno był o wiele lepiej przygotowany na panujące teraz mrozy. Mimowolnie zadrżała z zimna albo ze strachu, sama w sumie nie wiedziała jaka była tego prawdziwa przyczyna. Nagle zauważyła, że brunet patrzy jej teraz prosto w oczy, a po chwili usłyszała jego głos:
- Dasz radę zejść?
Dziewczyna była tak przerażona, że nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wtedy mężczyzna wyciągnął przed siebie ręce.
- No to skacz — powiedział.
Nirali długo biła się z myślami, ale nie miała zbytniego wyboru. Była teraz zdana na łaskę tego Samotnika. Mimo wszystko miała nadzieję, że skoro uratował ją przed tym drapieżnikiem, to nie ma zamiaru zrobić jej żadnej krzywdy. W końcu przezwyciężyła strach i zsunęła się z gałęzi na ziemię prosto w ramiona czarnowłosego. Ten złapał ją kawałek nad ziemią pokrytą puszystym białym śniegiem. Jego uchwyt był delikatny, ale mocny i pewny, czuła się przy nim bezpiecznie. Wtedy nagle ogarnęło ją przerażające zimno, a następnie potworny lęk, spojrzała z przerażeniem w oczy nieznajomego. Ten lekko się skrzywił i spojrzał gdzieś w dal. Po chwili to okropne uczucie minęło.
Nirali odważyła się wreszcie coś powiedzieć:
- Dzie... dziekuję Ci — wyjąkała, a po chwili powiedziała już trochę pewniej — uratowałeś mi życie.
Mężczyzna lekko się uśmiechnął, a po chwili się odezwał:
- I tak miałem zamiar coś upolować na obiad, uratowałem Cię przy okazji, nie czuj się jakoś bardzo wyróżniona.... To było bardzo nieodpowiedzialne oddalać się poza teren wioski i to bez jakiejkolwiek broni — dodał po chwili.
Nirali spuściła wzrok na ziemię i wpatrywała się w srebrzystobiały śnieg. Po chwili milczenia podniosła głowę, zmarszczyła lekko brwi i spojrzała z zaciekawieniem w oczy bruneta.
- Kim ty właściwie jesteś? - spytała — pierwszy raz spotykam się z kimś, od kogo bije taka dziwna, zimna aura.
- Jestem Żniwiarzem... - odpowiedział mężczyzna i zamilkł. Nirali słyszała już wcześniej o żniwiarzach, karmili się strachem oraz śmiercią i byli oni niezwykle rzadcy. Jeszcze nie zdarzyło jej się spotkać kogoś takiego, wiedziała jedynie, że jedna ze strażniczek w osadzie również nim jest.
- Jak się nazywasz? - spytał brunet.
- Nirali — odpowiedziała.
- Tenebris — odparł z uśmiechem młodzieniec.
W tym momencie dziewczyna zaczęła mocno kaszleć, a kiedy atak kaszlu się skończył, zadrżała mocno z zimna.
Tenebris skrzywił się lekko, marszcząc przy tym brwi i zdjął z siebie skórę wilka, którą nałożył po chwili na ramiona Nirali.
- Masz, bo zaraz mi tu zamarzniesz.
- Dziękuję — odparła z wdzięcznością dziewczyna i wtuliła się w ciepłe i puszyste futro.
- Chodź, zaprowadzę Cię do mojego domu, jest niedaleko stąd. Ogrzejesz się przy ognisku — powiedział nagle Tenebris.
- Do... dobrze — odparła zaskoczona tą nagłą propozycją Nirali. Do Osady miała jeszcze szmat drogi, a mimo skóry, którą pożyczył jej młody żniwiarz, nadal nie mogła powstrzymać co chwilę wstrząsających nią drgawek. Potrzebowała się teraz ogrzać i to jak najszybciej.

Tenebris?

28 października 2018

Od Nirali (do ktosia)

- Nirali! - zawołał słodki dziecięcy głosik. Tylko jedna osoba tak na nią mówiła, inni używali jej prawdziwego imienia. Dziewczyna obróciła się w stronę, z której dobiegał głos i ujrzała swojego młodszego braciszka. Był w wieku 3 może 4 lat, czyli wtedy kiedy był najbardziej rozkoszny i uroczy. Maluch o pięknych, jasnoniebieskich oczkach wyciągał do niej swoje małe rączki, jakby chciał ją przytulić mimo dzielącej ich odległości i dalej ją wołał. Jednak mimo tego, że chciała do niego podbiec, nie mogła zrobić żadnego kroku. Jakaś nieznana siła sprawiła, że nie mogła się poruszyć i jedynie co mogła zrobić to stać i patrzeć w oczy swojego brata. Na twarzy dziecka pojawił się grymas, jego buźka zaczęła drżeć, a po policzkach zaczęły płynąć powoli łzy.
- Nirali! - tym razem wołanie było głośniejsze i czuć było w nim złość oraz rozpacz wołającego dziecka. W oczach dziewczyny również pojawiły się łzy. Łzy bezsilności i niemocy.
Wtedy nie wiadomo skąd na małego chłopca runęły cegły i dziewczyna usłyszała ostatnie i najbardziej błagalne wołanie małego chłopca, które nagle ucichło, jakby czas stanął w miejscu. Nastała straszna, niepokojąca cisza. Czuła się jakby kolejny raz, straciła najważniejszą osobę w swoim życiu.
Wtedy ryk jakiegoś dzikiego zwierzęcia wyrwał Nirali z transu. Zdezorientowana wróciła powoli do rzeczywistości. Ostatnio często doświadczała wizji związanych z przeszłością i zawsze czuła się po nich zupełnie wykończona psychicznie. Nie miała siły wstać z ziemi ani zrobić żadnego innego ruchu. Jednak ryk zwierzęcia rozległ się ponownie i to o wiele bliżej niż poprzedni. Dziewczyna zebrała wszystkie siły i poszukała wzrokiem drzewo, na które byłaby w stanie wejść i uciec przed wygłodniałym zwierzęciem, na szczęście dostrzegła jedno o dużej ilości gałęzi, które byłyby w stanie ją utrzymać.
Z trudem się na nie wspięła i zatrzymała się na jednej z wyższych gałęzi. Natomiast drapieżnik już czaił się nad nią pod drzewem i czekał, aż pyszny kąsek sam do niego zejdzie. Nirali cała drżała ze strachu i z przerażeniem parzyła na poczynania wielkiego zwierzęcia. Wiedziała, że to tylko kwestia czasu, aż drapieżniki się zniecierpliwi i sam spróbuje się do niej dostać. Przeklinała się teraz za swoją nieostrożność. Mogła przecież zostać w wiosce i byłaby teraz bezpieczna, ale nie, musiała przecież wymknąć się strażnikom  i opuścić bezpieczny teren w poszukiwaniu rzadkiej rośliny, potrzebnej jej do zrobienia maści leczniczej. Jakby się postarała, to pewnie znalazłaby ją na terenie wioski. A teraz? Teraz była w ogromnym niebezpieczeństwie i to tylko i wyłącznie przez swoją głupotę.
Nagle usłyszała świst strzały a zaraz po nim przeciągły ryk trafionego zwierzęcia pełen bólu i agonii. Spojrzała na ziemię. Zwierze leżało martwe, a pod nim widniała ogromna kałuża krwi o szkarłatnym kolorze. Był to ogromny drapieżnik przypominający z wyglądu jakiegoś wielkiego kota, ale było w nim coś dziwnego, coś niepokojącego, coś nadzwyczajnego. Na pewno nie był zwykłym zwierzęciem, tylko mutantem.
Nirali próbowała powoli ochłonąć po tej całej sytuacji. Serce nadal biło w jej piersi jak oszalałe, Z jednej strony była wdzięczna osobie, która ją uratowała, ale co jeśli ma wobec niej złe zamiary? Co, jeśli jest samotnikiem? Co, jeżeli zaraz podzieli los martwego zwierzęcia?

Ktoś?