Każdego dnia z samego rana, wychodziłem z ojcem w pole, nie zależnie od pogody czy pory roku.
Zawsze powtarzał że dbanie o rośliny jest równie ważne, co o swoją rodzinę. Po roku słuchania tego
niemal dzień w dzień, mógłbym zostać obudzony w środku nocy i to wyrecytować by znów iść spać. Cały
czas myślałem o swojej przyszłej rodzinie. Głównie myślałem o tym ze szybko jej mieć nie będę. Odkąd
pamiętam wychodziłem z ojcem w pole, zajmowałem się zwierzętami lub byłem uczony jakiś prostych
napraw, robótek czy najprostszych rzeczy związanych z domem. Nie miałem praktycznie żadnego
kontaktu z ludźmi, jeśli już to w soboty podczas targów czy w niedziele jak się chodziło do kościoła.
Dzieciaki z okolicy zawsze mnie uważały za dziwaka bo przecież nigdy mnie nie widywali czy to w
szkole, czy na palcach zabaw czy innego tego typów rozrywkach. Właśnie przez takie opinie innych ja
się izolowałem od społeczeństwa i uciekałem do swoich roślin czy zwierząt. Rośliny przynajmniej się
odwdzięczały za troskę o nie, tak samo i zwierzęta. Nigdy nie dogryzały, nie uśmiechały się głupio lub
dziwnie nie patrzyły. Choć kto wiec co sobie czasem myślały o mnie gdy jako dzieciak ledwo wchodząc
do stajni upadałem na ich zastawiane pułapki w postaci placków i bobków a potem taki brudny leciałem
do matki z płaczem.
Moje szanse poznawania kogoś były bardzo małe. Najczęstszy kontakt, poza roślinami i zwierzętami,
miałem po prostu z siostrą i rodzicami. Swoich dziadków i babcie widywałem częściej niż "kolegów z
klasy" w szkole do której niby chodziłem. Przez to wszystko chyba aż do mojego wyjazdu z farmy byłem
osobą bardzo zamkniętą w sobie na innych ludzi, trudny do rozmowy bo uważałem po prostu że nie
mam z kim o czym rozmawiać a także i bardzo nieśmiały. Zawsze uciekałem przed ciotką do swojego
pokoju, w którym i tak mnie odnajdywała i szczypała boleśnie moje oba policzki mówiąc, jaki to ze mnie
już dojrzały mężczyzna. A guzik. Jak mogłem być dojrzały, i do tego mężczyzną w wieku dwunastu lat i
nosząc spodnie na szelkach. Ciotka Dophy była na prawdę dla mnie straszną osobą. Chyba przez nią
miałem później uraz do osób o mocnym makijażu i w wieku powyżej pięćdziesięciu lat.
***
Musiałem przyznać że dziewczyna zrobiła na mnie spore wrażenie. Nie była też łatwą rozmówczynią.
Z pewnością była to wina tego, iż jest samotnikiem. Cały czas podczas rozmowy miałem delikatny
dreszcz jednakże sprawiała wrażenie osoby dość.. zagubionej? A może samotnej? Przemyśleń tak dużo
a czasu co raz mniej. W końcu dzień się kończył za niecałe dwie godziny, a oprócz tego nadchodziła
najwidoczniej burza. Jeśli miałem jej pomóc by ona pomogła mi, musiało to być teraz już. Zanim
dopadnie nas deszcz. Nie widziało mi się wracać po nocy podczas deszczu do domu, a tym bardziej spać
w tym lesie.
Zrobiłem delikatny ruch lewą ręką do przodu, następnie odbiłem nią w lewo i bezwładnie powędrowała
w moją stronę uderzając mnie w bok i udo. Delikatnie się uśmiechnąłem i stałem tam sobie taki
zakłopotany. Pod prawą pachą wciąż miałem patyczki.
-cóż.. byłoby to bardzo miłe i nie ukrywam że pomocne z Twojej strony.. jednakże głupi bym chyba był,
gdybym Cie o to poprosił.. - powiedziałem patrząc jak powolnym krokiem odchodzi ode mnie w swoim
kierunku. Mimo wszystko wiedziałem że ją tu zatrzymam na te kilka sekund i przynajmniej sprawie żeby
przemyślała moją propozycje.
-a co jeśli.. um.. pomogę Ci złapać zwierzynę w zamian za to że Ty pomożesz mi znaleźć odpowiednie
drewno? Na prawdę niczego więcej nie chce.. Chyba że wolisz jakiś inny układ to słucham propozycji.. -
mruknąłem czekając na reakcje dziewczyny i dając drugą rękę na biodro.
Widziałem że dziewczyna się zatrzymała i jakby to przemyślała. To znaczy... albo to próbuje
przemyśleć albo zastanawia się jak idealnie rzucić nożem by mi się wbił w udo, wystarczająco głęboko
bym stąd nie uciekł i by mnie mieć na podwieczorek w razie gdyby nie upolowała zwierzyny. Głupi bym
był gdybym nie zauważył tych czterech większych kłów, więc wiedziałem czego ewentualnie się
spodziewać. Westchnąłem cicho czekając na reakcje i zastanawiając się czy się do mnie odwróci.
Raven?
23 czerwca 2019
22 czerwca 2019
Od Raven CD Pana Stasia
Jednak kreska. Odpowiednik jednego dnia spędzonego w tym piekle, jak śmiała nazywać jej nowy dom. Niczemu winna zbita ścianka z desek znaleziona zaraz po wprowadzce do grodu, dostała zasłużone miano licznika czasu.Czasu, który z każdym porankiem wstawania zdawał się przemijać coraz wolniej. Chciała się poddać. Pozwolić zakończyć jej egzystencję, nie pozwalając poczuć dalszego bólu istnienia. Dopiero samobójcza próba skoku w wysokiego klifu i pęd zimnego wiatru, przywrócił jej trzeźwość umysłu. Powróciły wspomnienia wieczorów spędzonych w salonie, gdzie spędzała czas z ojcem. Gdzie przy kubku gorącej czekolady z zapartym tchem chłonęła opowieści z misji, jakie przeżył jej rodzic. Dzięki nabytej woli walki oraz rozsądkowi zacisnęła pięści, aby żyć dalej.
“Obróć świat przeciwko sobie, jeśli musisz. Skłoń ludzi do nienawiści, brnij do wyznaczonych stanowisko, nie zbaczając na nic. Jednak pamiętaj… Tatuś zawsze będzie z ciebie dumny.”
Panująca pora roku na wyspie zdawała się utrudniać życie większości jej mieszkańcom. Nieważnie czy nieokrzesane zwierzę, zmodyfikowana w pełni istota, czy nowo przybyli. Walka o przetrwanie trwała na każdym fragmencie. Raven w takich sytuacjach zazdrościła syreną, których naturalnym środowiskiem była woda. Wygrzewanie się na popołudniowym słońcu, stało się pewnego rodzaju nawykiem po udanych łowach. Czekaniem na nadejście mroku, który starała się wykorzystać jak najlepiej dla załatwienia swoich spraw. Na ciemność, która miała nadejść niebawem plany były wprost ambitne. Na samą myśl o nich, adrenalina dawała o sobie znać. Czarnowłosa dziewczyna wyciągnęła przed siebie bladą dłoń, ay pomiędzy palcami przenikały pojedyncze promienie słońca. Nawet lato zdawało się nie mieć wpływu na jej karnację. Skóra w żadnym miejscu nie była chodź bardziej brązowa. Widocznie alabaster był jej pisany do końca jej marnego, pozbawionego planów życia.
“Postaraj zjednać sobie ludzi, Arleight. Wiecznie nie możesz być samotnikiem, stawiającym mur wokół siebie. Ludzie pozbawieni więzów bliskości z czasem… Stają się niczym zatruta roślina, która nigdy nie zostanie nazwana piękną.”
- P-pomocy… N-niech ktoś… Mi… - ciche prośby niczym modlitwa rozbrzmiewały z dolnej kondygnacji budynku. Tym samym były znakiem do zakończenia sesji grzewczej, aby uratować nowo przybyłego przed niechybnym wycieńczeniem. Z lekką niechęcią wstała z dotychczasowego miejsca spoczynku, rozciągając zastałe mięśnie. Chwilę potem zniknęła w otworze prowadzącym na dach.
- Już chcesz mnie opuścić, przyjacielu? Zachary… Poczekaj, dałam miano Makary. - uśmiechnęła się subtelnie, klękając przed jej prywatnym więźniem. Widocznie ogłuszenie było za delikatne, gdyż ofiary budziły się przeważnie po fakcie. - Nie jestem straszną istotą, kochany. Nie zabijam… Taka forma pożyczki, przecież utratę krwi szybko odzyskasz. Jak biczem strzelił.
- Co to za cholerne miejsce? Chcę do domu, rozumiesz?! - strach i niewiedza przejęły kontrolę nad młodszym od niej chłopakiem. Wcale nie dziwił jej ten fakt. W jego oczach widziała dawną siebie, kiedy po raz pierwszy stanęła o własnych siłach na piasku wyspy. Kiedy chciała odgarnąć jego włosy z czoła, ten zaczął się niekontrolowanie szamotać. Wisząc do góry nogami, ruch był mało wskazany. Wampirzyca nie miała w swoich usługach zabijania niewinnych. Swoimi działaniami szczędziła sobie rozrywanie gardeł, dla zaspokojenia częstego głodu.
- Dostałeś bilet w jedną stronę na rajską wyspę, czego chcieć więcej? Musisz tylko znaleźć osadników, jeśli chcesz wieść spokojne życie. - odpowiedziała, zbywając jego krzyki przy własnym uchu. Odstawiła napełnione krwią naczynia, aby następnie dokładnie zatamować rany na nadgarstkach ofiary. Zapas powinien starczyć na dłuższy czas, pomyślała, przecinając liny w najmniej oczekiwanym momencie. Nie przejmując się głośnym hukiem upadku na wyłożoną gliną i prowizorycznym dywanikiem z roślin ciała chłopaka, zaczęła kierować się w stronę głównego budynku mieszkalnego. - Pod ścianą masz coś do jedzenia i picia. Masz pół godziny, potem wylatujesz na zbity pysk.
~ * ~
Tej nocy nie spodziewała się żadnego kontaktu z innym mieszkańcem wyspy. Tym bardziej z osobnikiem płci męskiej, który niczym jak jej znajomy przywitał się i zapytał o wieczór. To postawiło w jej umyśle wiele pytań, na które w większości nie znała odpowiedzi. Skąd zna moje imię? Na pierwszy rzut oka mogła stwierdzić - osadnik. Tylko tam mieszkali beztroscy wariaci, którzy pałętają się po lesie. Dodatkowo w godzinach, które dla większości były godzinami łowów. Wampirzyca nie odpowiedziała od razu na jego pytanie. Wbiła w niego swoje zimne spojrzenia, doszukując się jakiegoś zagrożenia. Gdyby chciał ją dopaść, już dawno by zaatakował. Jej sława aż tak ją wyprzedała, że pierwsza lepsza modyfikacja ją znała. Nie kojarzyła, aby zrobiła z niego bank krwi.
- Nietoperze to fascynujące stworzenia. Zwierzęta drapieżne, które są idealnym przykładem niepojętego kręgu rozwoju przyrody. Noc to ich żywioł. - odpowiedziała, zeskakując niczym rasowy kot na ziemię. Bez zbędnego pośpiechu wstała do pionu, tym samym otrzepując spodnie z brudu wysuszonej ziemi.
- Masz rację… Pogoda dzisiejszej nocy jest piękna. Wręcz idealna na nocne przygody w lesie, spacer dla zdrowia. - powiedział, odsuwając się o kilka kroków do tyłu.
- Kim...Poprawka. Kim, albo czym jesteś? Mów. - dźwięk wyciągniętej z pnia pobliskiego drzewa ostrza, przerwała ciszę między nimi. Promienie księżyca bez problemu odbiły się po oczyszczonej i naostrzonej precyzyjnie powierzchni ostrza, które właściciel musiał cenić ponad wszystko.
- Mógłbym określić się mianem strudzonego poszukiwacza drewna. Idealnego pod budowę pomieszczeń…
- Spłoszyłeś mi zwierzę tropione od dłuższego czasu… Jak gdyby nic zaczynasz rozmowę, czy proszę o tak wiele? - mruknęła przez zaciśnięte zęby, stawiając kroki niebezpiecznie do przodu. - Czego?
- Przecież nie skłamałem, masz moje słowo. - westchnął zrezygnowany, poprawiając poły zielonej kamizelki. - Szukałem tylko odpowiedniego drzewa pod budowę, nic więcej. Nie miałem pojęcia, że w okolicy odbywają się polowania.
Krwiopijca bacznie przyglądał się nowo poznanemu mężczyźnie, dopatrując się jakichkolwiek sprzeczności. Jednak jego postawa nie zdradzała negatywnych intencji, co zdenerwowało Raven. Zwierzę o porożach najpewniej było już daleko, aby je dogonić. Nie wspominając o pozostawionych na suchym piasku tropach, które szybko zakrywał powstały wiatr.
- Samotnik, bądź osadnik… Nie obchodzi mnie przynależność. Daj mi po prostu… Spokój. - odwróciła się na pięcie, chowając ostrze na swoje miejsce przy pasie na plecach. Głośny huk rozniósł się niedaleko ich, zwiastując kolejne załamanie pogody.
- Skoro jesteś samotnikiem, lepiej znasz teren. Wskażesz mi miejsce, gdzie znajdę najlepsze drzewo?
- Może jeszcze mam Ci je pociąć, a następnie zawieźć do miejsca zamieszkania?
Pan Staś?
“Obróć świat przeciwko sobie, jeśli musisz. Skłoń ludzi do nienawiści, brnij do wyznaczonych stanowisko, nie zbaczając na nic. Jednak pamiętaj… Tatuś zawsze będzie z ciebie dumny.”
Panująca pora roku na wyspie zdawała się utrudniać życie większości jej mieszkańcom. Nieważnie czy nieokrzesane zwierzę, zmodyfikowana w pełni istota, czy nowo przybyli. Walka o przetrwanie trwała na każdym fragmencie. Raven w takich sytuacjach zazdrościła syreną, których naturalnym środowiskiem była woda. Wygrzewanie się na popołudniowym słońcu, stało się pewnego rodzaju nawykiem po udanych łowach. Czekaniem na nadejście mroku, który starała się wykorzystać jak najlepiej dla załatwienia swoich spraw. Na ciemność, która miała nadejść niebawem plany były wprost ambitne. Na samą myśl o nich, adrenalina dawała o sobie znać. Czarnowłosa dziewczyna wyciągnęła przed siebie bladą dłoń, ay pomiędzy palcami przenikały pojedyncze promienie słońca. Nawet lato zdawało się nie mieć wpływu na jej karnację. Skóra w żadnym miejscu nie była chodź bardziej brązowa. Widocznie alabaster był jej pisany do końca jej marnego, pozbawionego planów życia.
“Postaraj zjednać sobie ludzi, Arleight. Wiecznie nie możesz być samotnikiem, stawiającym mur wokół siebie. Ludzie pozbawieni więzów bliskości z czasem… Stają się niczym zatruta roślina, która nigdy nie zostanie nazwana piękną.”
- P-pomocy… N-niech ktoś… Mi… - ciche prośby niczym modlitwa rozbrzmiewały z dolnej kondygnacji budynku. Tym samym były znakiem do zakończenia sesji grzewczej, aby uratować nowo przybyłego przed niechybnym wycieńczeniem. Z lekką niechęcią wstała z dotychczasowego miejsca spoczynku, rozciągając zastałe mięśnie. Chwilę potem zniknęła w otworze prowadzącym na dach.
- Już chcesz mnie opuścić, przyjacielu? Zachary… Poczekaj, dałam miano Makary. - uśmiechnęła się subtelnie, klękając przed jej prywatnym więźniem. Widocznie ogłuszenie było za delikatne, gdyż ofiary budziły się przeważnie po fakcie. - Nie jestem straszną istotą, kochany. Nie zabijam… Taka forma pożyczki, przecież utratę krwi szybko odzyskasz. Jak biczem strzelił.
- Co to za cholerne miejsce? Chcę do domu, rozumiesz?! - strach i niewiedza przejęły kontrolę nad młodszym od niej chłopakiem. Wcale nie dziwił jej ten fakt. W jego oczach widziała dawną siebie, kiedy po raz pierwszy stanęła o własnych siłach na piasku wyspy. Kiedy chciała odgarnąć jego włosy z czoła, ten zaczął się niekontrolowanie szamotać. Wisząc do góry nogami, ruch był mało wskazany. Wampirzyca nie miała w swoich usługach zabijania niewinnych. Swoimi działaniami szczędziła sobie rozrywanie gardeł, dla zaspokojenia częstego głodu.
- Dostałeś bilet w jedną stronę na rajską wyspę, czego chcieć więcej? Musisz tylko znaleźć osadników, jeśli chcesz wieść spokojne życie. - odpowiedziała, zbywając jego krzyki przy własnym uchu. Odstawiła napełnione krwią naczynia, aby następnie dokładnie zatamować rany na nadgarstkach ofiary. Zapas powinien starczyć na dłuższy czas, pomyślała, przecinając liny w najmniej oczekiwanym momencie. Nie przejmując się głośnym hukiem upadku na wyłożoną gliną i prowizorycznym dywanikiem z roślin ciała chłopaka, zaczęła kierować się w stronę głównego budynku mieszkalnego. - Pod ścianą masz coś do jedzenia i picia. Masz pół godziny, potem wylatujesz na zbity pysk.
~ * ~
Tej nocy nie spodziewała się żadnego kontaktu z innym mieszkańcem wyspy. Tym bardziej z osobnikiem płci męskiej, który niczym jak jej znajomy przywitał się i zapytał o wieczór. To postawiło w jej umyśle wiele pytań, na które w większości nie znała odpowiedzi. Skąd zna moje imię? Na pierwszy rzut oka mogła stwierdzić - osadnik. Tylko tam mieszkali beztroscy wariaci, którzy pałętają się po lesie. Dodatkowo w godzinach, które dla większości były godzinami łowów. Wampirzyca nie odpowiedziała od razu na jego pytanie. Wbiła w niego swoje zimne spojrzenia, doszukując się jakiegoś zagrożenia. Gdyby chciał ją dopaść, już dawno by zaatakował. Jej sława aż tak ją wyprzedała, że pierwsza lepsza modyfikacja ją znała. Nie kojarzyła, aby zrobiła z niego bank krwi.
- Nietoperze to fascynujące stworzenia. Zwierzęta drapieżne, które są idealnym przykładem niepojętego kręgu rozwoju przyrody. Noc to ich żywioł. - odpowiedziała, zeskakując niczym rasowy kot na ziemię. Bez zbędnego pośpiechu wstała do pionu, tym samym otrzepując spodnie z brudu wysuszonej ziemi.
- Masz rację… Pogoda dzisiejszej nocy jest piękna. Wręcz idealna na nocne przygody w lesie, spacer dla zdrowia. - powiedział, odsuwając się o kilka kroków do tyłu.
- Kim...Poprawka. Kim, albo czym jesteś? Mów. - dźwięk wyciągniętej z pnia pobliskiego drzewa ostrza, przerwała ciszę między nimi. Promienie księżyca bez problemu odbiły się po oczyszczonej i naostrzonej precyzyjnie powierzchni ostrza, które właściciel musiał cenić ponad wszystko.
- Mógłbym określić się mianem strudzonego poszukiwacza drewna. Idealnego pod budowę pomieszczeń…
- Spłoszyłeś mi zwierzę tropione od dłuższego czasu… Jak gdyby nic zaczynasz rozmowę, czy proszę o tak wiele? - mruknęła przez zaciśnięte zęby, stawiając kroki niebezpiecznie do przodu. - Czego?
- Przecież nie skłamałem, masz moje słowo. - westchnął zrezygnowany, poprawiając poły zielonej kamizelki. - Szukałem tylko odpowiedniego drzewa pod budowę, nic więcej. Nie miałem pojęcia, że w okolicy odbywają się polowania.
Krwiopijca bacznie przyglądał się nowo poznanemu mężczyźnie, dopatrując się jakichkolwiek sprzeczności. Jednak jego postawa nie zdradzała negatywnych intencji, co zdenerwowało Raven. Zwierzę o porożach najpewniej było już daleko, aby je dogonić. Nie wspominając o pozostawionych na suchym piasku tropach, które szybko zakrywał powstały wiatr.
- Samotnik, bądź osadnik… Nie obchodzi mnie przynależność. Daj mi po prostu… Spokój. - odwróciła się na pięcie, chowając ostrze na swoje miejsce przy pasie na plecach. Głośny huk rozniósł się niedaleko ich, zwiastując kolejne załamanie pogody.
- Skoro jesteś samotnikiem, lepiej znasz teren. Wskażesz mi miejsce, gdzie znajdę najlepsze drzewo?
- Może jeszcze mam Ci je pociąć, a następnie zawieźć do miejsca zamieszkania?
Pan Staś?
Od Pana Stasia CD Renarda do Raven
Spojrzałem na Renarda zastanawiając się chwile i czytając uważnie etykiety. Sam dokładnie nie
wiedziałem co im może pomóc. Uważnie przeczytałem etykietki, obróciłem male tubki w dłoniach a jedną
otworzyłem nawet by ją powąchać. Mruknąłem sam do siebie jakby w zastanowieniu.
- Wezmę te dwie.. Myślę że będą najlepsze - uśmiechnąłem się delikatnie i schowałem je do kieszeni. -
oddasz te dwie czy zatrzymać je na jakiś czas? - zapytałem chłopaka wyciągając do niego rękę z
maściami.
-pewnie, oddam je Harry.. - chłopak wziął szybkim ruchem maści, co mnie delikatnie zdziwiło.
-cóż.. w takim razie dziękuję Ci Renard.. jakbyś coś potrzebował to odezwij się.. może obiad byś zjadł?
Akurat taka pora.. - powiedziałem ruszając w stronę drzwi.
Renard gdy powiedział się o obiedzie nagle jakby się zmieszał. Uniosłem delikatnie brew i spojrzałem na
niego.
-Obiad! Późno już.. nie będę zawracał Panu głowy.. do zobaczenia.. - rzucił i szybko uciekł.
-Do zobaczenia młody.. - mruknąłem już sam do siebie bo uciekł niczym strzała.
Zastanawiało mnie czemu tak zawsze ucieka. Miałem też wrażenie że czasem kręci. Wzruszyłem
ramionami i spojrzałem na owieczki. Od razu klepnąłem się w czoło patrząc na nie. Miałem zapytać
Renarda czy nie chciałby mi pomóc z owczarnią.. No nic, zapytam się go jak go spotkam raz jeszcze.
Westchnąłem cicho wyciągając maści z kieszeni. Spojrzałem na nie i udałem się do obory żeby
zapatrzeć swoje zwierzaki. Zajęło mi to dobrą godzinę. Dokładnie owinąłem im rany wcześniej smarując
miejsca maściami. Zostało mi ich jeszcze wiec postanowiłem że jutro powtórzę tą czynność przy zmianie
opatrunków. Pogłaskałem je i dałem im wody. Wyszedłem na zewnątrz zostawiając je w środku i patrząc
na słońce. Westchnąłem cicho odwracając się.
Cóż. Teraz trzeba było postawić jakiś budynek, domek dla moich nowych zwierzątek - owiec.
Rozejrzałem się po podwórku biorąc jakiegoś większego patyka i podszedłem do bocznej ściany obory.
Postanowiłem że owczarnia będzie miała wspólną ścianę z oborą dla oszczędności materiałów oraz
miejsca w gospodarstwie. Zacząłem patykiem rysować na ziemi ściany cienkimi liniami, rogi kątem
prostym i jedną odnogą w środku, podpory kwadratem oraz wejście z imitacją drzwi. Powstał mi ładny
kwadrat ze wzmacnianymi rogami i jedną podporą na środku. Zacząłem się zastanawiać czy jak na
cztery owce to nie za dużo. choć kto wie może kiedyś powiększę hodowle.. Zimy bywały tutaj surowe a
owcza wełna bardzo dobrze grzeje. Stwierdziłem że zaryzykuje. Rozrysowałem sobie jeszcze parę
rzeczy mniej ważnych i bardziej podpowiadających takich jak miejsce na siano czy poidło. Gdy już
skończyłem się bawić w architekta wnętrz rozglądnąłem się po swojej farmie. Co prawda miałem drewno
jednakże to drewno było bardziej przeznaczone na opał, jakieś drobne poprawki czy paliki. Nigdy nie
bawiłem się ani w drwala ani w stolarkę. Teraz jak nigdy przydał by się budowniczy w osadzie..
Mruknąłem sam do siebie zastanawiając się. Drzewo to może i ja bym ściął ale kto mi je obrobi?
Książka którą miałem też zawierała bardziej informacje o jakiś pierdółkach a nie poważnym stawianiu
budowli. Do tego trwałych bo kto wie czy baranowi czasem nie przyjdzie do głowy uderzać porożem w
ścianę? Szczerze powiedziawszy delikatnie się załamałem i usiadłem na podłodze patrząc w miejsce w
którym miała niedługo powstać owczarnia. Wyobrażałem ją sobie w myślach kiedy wyczułem że coś się
tuli do mojego ramienia. Jagniątko przyszło mnie pocieszyć najwidoczniej. Przytuliłem je do siebie
uśmiechając się delikatnie.
Gdy zbliżał się wieczór postanowiłem że pospaceruje trochę w poszukiwaniu idealnego drewna. Co
prawda wychodzenie wieczorami poza osadę nie było rozważne, a ja tu wychodziłem jeszcze dalej. Nie
było najważniejsze teraz jednak moje życie, a dom dla moich owieczek. Najpierw wyruszyłem w stronę
gór Ungcy. Bujnej roślinności to tam nie było a tym bardziej drzew. Zrobiłem więc głupszą rzecz idąc
dalej jednakże nieco zbaczając z kursu. Trafiłem do lasu iglastego. Nie było to co prawda
satysfakcjonujące, gdyż drzewa iglaste są miękkim drewnem, raczej średnio nadającym się do stawiania
budynków. Pomarudziłem trochę pod nosem rozglądając się i przyglądając się temu wszystkiemu.
Podchodziłem to do jednego drzewa to do drugiego opukując je i sprawdzając korę. Potencjalnie
nadające się drzewa zaznaczałem małym białym krzyżykiem, używając farby, przy podstawie drzewa,
tak aby za dużo osób tego nie zauważyło. Nie musiał każdy wiedzieć że ktoś coś planował zrobić z tymi
drzewami.
Gdy oznaczyłem już bodajże dziesiąte drzewo, zamierzałem udać się w stronę swojego domu, bowiem
dochodziła już godzina dwudziesta druga. Co prawda było jeszcze jasno jak na tę porę roku ale bez
broni raczej nie fajnie byłoby tu spotkać jakieś zwierze a co gorsza samotnika. Rozglądnąłem się w
poszukiwaniu jakiegoś charakterystycznego punktu. W końcu było ciemno a do domu trzeba było jakoś
trafić. Po dwóch minutach można by było rzec że się "odnalazłem" i ruszyłem w stronę swojego
gospodarstwa. Idąc pomiędzy drzewami czułem się dość nieswojo i cały czas obserwowany. Poprawiłem
sobie tunikę na sobie i czułem że coś mnie tu spotka. Długo nie musiałem czekać gdyż idąc swoją
ścieżką zauważyłem na gałęzi drzewa postać, chyba kobiecą, bladą jak śmierć. Mimo iż siedziała do
mnie tyłem i delikatnie po ukosie, można było zauważyć ciemne włosy oraz oczy podpadające pod lekki
czerwonawy kolor. Po chwili zastanowienia domyśliłem się że to może być Raven. Dreszcz lekko
przeszedł moje ciało. Rozglądnąłem się uważnie jednakże szanse "obejścia" były raczej marne.
Szczególnie w tym lesie i o tej porze.
Westchnąłem cicho przewracając oczami. I tak nie miałem innej możliwości niż się z nią
"skonfrontować". Chwyciłem mocniej patyczki pod pachą, które znalazłem po drodze, i ruszyłem
równomiernym krokiem przed siebie. Swoją drogą, Raven jest samotnikiem, lepiej zna te tereny. Może
doradzi mi gdzie znajdę jakieś dobre, twarde i mocne pod zabudowę drewno. Pytanie tylko czego by
oczekiwała w zamian. Gdy już byłem blisko niej spojrzałem do góry w jej stronę i się odezwałem. W
końcu kultura to podstawa.
-Dobry wieczór Raven.. piękny wieczór, prawda? - zapytałem patrząc w górę z patyczkami pod pachą.
Raven?
wiedziałem co im może pomóc. Uważnie przeczytałem etykietki, obróciłem male tubki w dłoniach a jedną
otworzyłem nawet by ją powąchać. Mruknąłem sam do siebie jakby w zastanowieniu.
- Wezmę te dwie.. Myślę że będą najlepsze - uśmiechnąłem się delikatnie i schowałem je do kieszeni. -
oddasz te dwie czy zatrzymać je na jakiś czas? - zapytałem chłopaka wyciągając do niego rękę z
maściami.
-pewnie, oddam je Harry.. - chłopak wziął szybkim ruchem maści, co mnie delikatnie zdziwiło.
-cóż.. w takim razie dziękuję Ci Renard.. jakbyś coś potrzebował to odezwij się.. może obiad byś zjadł?
Akurat taka pora.. - powiedziałem ruszając w stronę drzwi.
Renard gdy powiedział się o obiedzie nagle jakby się zmieszał. Uniosłem delikatnie brew i spojrzałem na
niego.
-Obiad! Późno już.. nie będę zawracał Panu głowy.. do zobaczenia.. - rzucił i szybko uciekł.
-Do zobaczenia młody.. - mruknąłem już sam do siebie bo uciekł niczym strzała.
Zastanawiało mnie czemu tak zawsze ucieka. Miałem też wrażenie że czasem kręci. Wzruszyłem
ramionami i spojrzałem na owieczki. Od razu klepnąłem się w czoło patrząc na nie. Miałem zapytać
Renarda czy nie chciałby mi pomóc z owczarnią.. No nic, zapytam się go jak go spotkam raz jeszcze.
Westchnąłem cicho wyciągając maści z kieszeni. Spojrzałem na nie i udałem się do obory żeby
zapatrzeć swoje zwierzaki. Zajęło mi to dobrą godzinę. Dokładnie owinąłem im rany wcześniej smarując
miejsca maściami. Zostało mi ich jeszcze wiec postanowiłem że jutro powtórzę tą czynność przy zmianie
opatrunków. Pogłaskałem je i dałem im wody. Wyszedłem na zewnątrz zostawiając je w środku i patrząc
na słońce. Westchnąłem cicho odwracając się.
Cóż. Teraz trzeba było postawić jakiś budynek, domek dla moich nowych zwierzątek - owiec.
Rozejrzałem się po podwórku biorąc jakiegoś większego patyka i podszedłem do bocznej ściany obory.
Postanowiłem że owczarnia będzie miała wspólną ścianę z oborą dla oszczędności materiałów oraz
miejsca w gospodarstwie. Zacząłem patykiem rysować na ziemi ściany cienkimi liniami, rogi kątem
prostym i jedną odnogą w środku, podpory kwadratem oraz wejście z imitacją drzwi. Powstał mi ładny
kwadrat ze wzmacnianymi rogami i jedną podporą na środku. Zacząłem się zastanawiać czy jak na
cztery owce to nie za dużo. choć kto wie może kiedyś powiększę hodowle.. Zimy bywały tutaj surowe a
owcza wełna bardzo dobrze grzeje. Stwierdziłem że zaryzykuje. Rozrysowałem sobie jeszcze parę
rzeczy mniej ważnych i bardziej podpowiadających takich jak miejsce na siano czy poidło. Gdy już
skończyłem się bawić w architekta wnętrz rozglądnąłem się po swojej farmie. Co prawda miałem drewno
jednakże to drewno było bardziej przeznaczone na opał, jakieś drobne poprawki czy paliki. Nigdy nie
bawiłem się ani w drwala ani w stolarkę. Teraz jak nigdy przydał by się budowniczy w osadzie..
Mruknąłem sam do siebie zastanawiając się. Drzewo to może i ja bym ściął ale kto mi je obrobi?
Książka którą miałem też zawierała bardziej informacje o jakiś pierdółkach a nie poważnym stawianiu
budowli. Do tego trwałych bo kto wie czy baranowi czasem nie przyjdzie do głowy uderzać porożem w
ścianę? Szczerze powiedziawszy delikatnie się załamałem i usiadłem na podłodze patrząc w miejsce w
którym miała niedługo powstać owczarnia. Wyobrażałem ją sobie w myślach kiedy wyczułem że coś się
tuli do mojego ramienia. Jagniątko przyszło mnie pocieszyć najwidoczniej. Przytuliłem je do siebie
uśmiechając się delikatnie.
Gdy zbliżał się wieczór postanowiłem że pospaceruje trochę w poszukiwaniu idealnego drewna. Co
prawda wychodzenie wieczorami poza osadę nie było rozważne, a ja tu wychodziłem jeszcze dalej. Nie
było najważniejsze teraz jednak moje życie, a dom dla moich owieczek. Najpierw wyruszyłem w stronę
gór Ungcy. Bujnej roślinności to tam nie było a tym bardziej drzew. Zrobiłem więc głupszą rzecz idąc
dalej jednakże nieco zbaczając z kursu. Trafiłem do lasu iglastego. Nie było to co prawda
satysfakcjonujące, gdyż drzewa iglaste są miękkim drewnem, raczej średnio nadającym się do stawiania
budynków. Pomarudziłem trochę pod nosem rozglądając się i przyglądając się temu wszystkiemu.
Podchodziłem to do jednego drzewa to do drugiego opukując je i sprawdzając korę. Potencjalnie
nadające się drzewa zaznaczałem małym białym krzyżykiem, używając farby, przy podstawie drzewa,
tak aby za dużo osób tego nie zauważyło. Nie musiał każdy wiedzieć że ktoś coś planował zrobić z tymi
drzewami.
Gdy oznaczyłem już bodajże dziesiąte drzewo, zamierzałem udać się w stronę swojego domu, bowiem
dochodziła już godzina dwudziesta druga. Co prawda było jeszcze jasno jak na tę porę roku ale bez
broni raczej nie fajnie byłoby tu spotkać jakieś zwierze a co gorsza samotnika. Rozglądnąłem się w
poszukiwaniu jakiegoś charakterystycznego punktu. W końcu było ciemno a do domu trzeba było jakoś
trafić. Po dwóch minutach można by było rzec że się "odnalazłem" i ruszyłem w stronę swojego
gospodarstwa. Idąc pomiędzy drzewami czułem się dość nieswojo i cały czas obserwowany. Poprawiłem
sobie tunikę na sobie i czułem że coś mnie tu spotka. Długo nie musiałem czekać gdyż idąc swoją
ścieżką zauważyłem na gałęzi drzewa postać, chyba kobiecą, bladą jak śmierć. Mimo iż siedziała do
mnie tyłem i delikatnie po ukosie, można było zauważyć ciemne włosy oraz oczy podpadające pod lekki
czerwonawy kolor. Po chwili zastanowienia domyśliłem się że to może być Raven. Dreszcz lekko
przeszedł moje ciało. Rozglądnąłem się uważnie jednakże szanse "obejścia" były raczej marne.
Szczególnie w tym lesie i o tej porze.
Westchnąłem cicho przewracając oczami. I tak nie miałem innej możliwości niż się z nią
"skonfrontować". Chwyciłem mocniej patyczki pod pachą, które znalazłem po drodze, i ruszyłem
równomiernym krokiem przed siebie. Swoją drogą, Raven jest samotnikiem, lepiej zna te tereny. Może
doradzi mi gdzie znajdę jakieś dobre, twarde i mocne pod zabudowę drewno. Pytanie tylko czego by
oczekiwała w zamian. Gdy już byłem blisko niej spojrzałem do góry w jej stronę i się odezwałem. W
końcu kultura to podstawa.
-Dobry wieczór Raven.. piękny wieczór, prawda? - zapytałem patrząc w górę z patyczkami pod pachą.
Raven?
21 czerwca 2019
Od Renarda CD Pana Stasia
Chłopiec niczym burza dotarł do swojego rumaka przed tym uderzając głową o mur podczas przechodzenia pod nim. Jego niezdarność z dnia na dzień wydawała się zwiększać, a on sam się za to przeklinał, gdyż jego ciało zdobiły liczne siniaki i zadrapania. Wdrapał się na konia tym razem z wyjątkową ostrożnością i wyruszył w drogę powrotną modląc się, żeby zdążyć przed ojcem i nie musieć mu się tłumaczyć z tego, gdzie przebywał. Renard w kłamstwach i wymówkach był kiepski więc nawet nie chciał próbować. Lucio zresztą wiedział, że jeżeli syn nie pałęta się gdzieś po lesie to na pewno zawitał do wioski. Czarnowłosy dotarł na miejsce można powiedzieć, że w ostatnim momencie. Gdy udało mu się zejść z konia bez szwanku, zza domu wyszedł jego ojciec i krzyżując ramiona tylko podejrzanie spojrzał na Renarda.
- Gdzie byłeś? - zapytał poważnym głosem zjeżdżając go wzrokiem.
- Ten... Hee... Tutaj! - z tego całego pośpiechu nie mógł teraz uspokoić oddechu mimo, iż bardzo się starał.
- To dlaczego jesteś taki zdyszany? - zmarszczył brwi niby to w gniewie, a raczej robił to przeważnie gdy coś podejrzewał.
- Bo... Biegałem! Biegałem sobie z koniem - uśmiechnął się zakłopotany chcąc oprzeć się ręką o bok ogiera, który okazał się stać za daleko, przez co Renard zachwiał się, ale na szczęście nie stracił równowagi.
- Mhm - nadal mu nie wierzył, ale postanowił odpuścić - Upolowałem coś na kolację. Niedługo będzie gotowa. A i... Pozbyłeś się peleryny? - dodał zanim wszedł do domu.
- Tak. Zrzuciłem ją z klifu - oczywiście skłamał, ale nie miał wyjścia.
Lucio i tak do wioski nie chodzi, więc nie zauważy, że peleryna jego kochanki stoi na wystawie u krawcowej. Chłopiec obserwował jak jego ojciec wchodzi do domu z dwoma zającami przewieszonymi przez ramię. Pewnie nikt się tego nawet nie domyślał, ale wilkołak był świetnym kucharzem i Renard bardzo cieszył się, że może zajadać się jego posiłkami i nigdy nie chodził głodny czy niedożywiony. W końcu pożegnał się z koniem i ruszył do środka za jego opiekunem od razu kierując się do pokoju. Odłożył swoje rzeczy i zdjął pelerynę wieszając ją na wieszaku na drzwiach, czyli na jej specjalnym miejscu. Wiedział, że jutro czeka go misja pod tytułem maść, więc będzie zmuszony odwiedzić wioskę. O dziwo nie czuł się nawet źle z tym, że zdobędzie ją prawie nielegalnie. Wydawało mu się, że póki robi to w dobrej wierze to nikt nie powinien się o to czepiać. Ciotka Harry i tak przecież wyjechała z wioski i niewiadome było kiedy wróci, a jeżeli to nie zauważy przecież braku jednej maści. Renard spakował rzeczy na jutrzejszą misję i zbiegł na dół zwołany przez Lucia. Zasiadł grzecznie do stołu wyczekując, aż ojciec poda mu posiłek. Chwilę później stało przed nim dobrze wypieczone mięso zająca w warzywach i ziołach. Warzywa i zioła zostały zapewne skradzione transferom lub handlarzom, na których napadł zdeterminowany Lucio. Tak czy siak, taka była codzienność i Renard już się do tego przyzwyczaił. Póki co postanowił rzucić się na przepyszne danie i sprzątnął je z talerza w mniej niż kilka minut. Wytarł usta wierzchnią stroną rękawa i wyprostował się czekając, aż i ojciec skończy jeść. Postanowił przerwać głuchą ciszę i doinformować się, co do jutrzejszych planów jego opiekuna.
- Tato? - wymachiwał nogami pod stołem i obserwował jak Lucio kończy swój posiłek - Co jutro robisz?
- Jak zawsze, idę na polowanie i nieco rozrabiam - wzruszył ramionami spoglądając na syna - A ty co taki ciekawski?
- Nie, nic. Po prostu chciałem się dowiedzieć, kiedy będziemy mogli trochę poćwiczyć walkę. Już dawno nie robiliśmy treningów - poszedł w tą stronę, bo wiedział, że tym samym uszczęśliwi ojca.
- O, proszę. Dobrze, że się tym interesujesz. Wrócę pod wieczór, więc będziemy mogli potrenować nad rzeką - odparł wstając od stołu i zebrał naczynia, żeby wrzucić je do zlewu i niestarannie przemyć.
- Super. Dobranoc! - zeskoczył z krzesła i podbiegł do ojca, żeby objąć go lekko w pasie, na co ten zareagował wielkim zdziwieniem.
Nie mieli w zwyczaju obdarzać siebie nawzajem uczuciami, ale Renard odkąd pamiętał tulił się do matki i siostry, a gdy ich zabrakło, ofiarą został Lucio. Zmieszany nagłą czułością od syna tylko wyciągnął rękę i poklepał go lekko po plecach żegnając się z nim na dobranoc. Uszczęśliwiony chłopiec szybko dotarł do swojego pokoju i od razu wskoczył pod koce, żeby rano obudzić się na czas.
Jasnym świtem Renard był już rzecz jasna na nogach i właśnie przyodziewał buty w holu mając lekkie problemy z zawiązaniem sznurówek. Niegdyś matka próbowała go tego nauczyć, ale potem odłożyli naukę, a teraz Renek nie wiedział jak sobie poradzić. Nie rezygnując jednak pozawiązywał mocne supły zamiast kokardki i wybiegł z domu. Dopadł do konia i tym razem wybrał drogę na skróty, którą ostatnio odkrył, a dzięki której szybciej dostanie się do wioski. Jak poprzednio uwiązał rumaka do drzewa i przecisnął się pod murem tym razem jednak zmierzając się z wielkim dla niego niebezpieczeństwem. Gdy Renard przechodził pod spodem, w okolicach przechadzał się właśnie strażnik. Chłopiec zastygł w miejscu i przyległ do dziury jak najmocniej i odczekał chwilę, aż strażnik odwróci wzrok i da mu szansę na przejście. Uzbrojony mężczyzna wcale się nie spieszył, ale na szczęście nie podchodził bliżej tylko cicho gwiżdżąc stawiał wolne kroki ku wierzy zwiadowczej. Dla chłopca jego przechadzka zdawała się trwać wieczność, a z tego stresu jeszcze się biedaczek spocił. Wyczekał odpowiedniego momentu i gdy strażnik był wystarczająco daleko, maluch wyczołgał się z ziemi i pobiegł ile sił mu było w nogach w stronę chaty Harry. Po drodze nie odwracał się ani razu bojąc się, że facet go zauważy i zacznie gonić. Na całe szczęście dotarł do celu bezpiecznie i teraz musiał rozkminić, jak dostanie się do środka. Przysiadł na ganku obserwując przechodniów, którzy podejrzanie na niego zerkali. Nie mógł wejść głównymi drzwiami, ale przecież były jeszcze tylne, prowadzące bezpośrednio do spiżarni z lekami. Obiegł dom i znalazł się przy drewnianych drzwiach zabezpieczonych kłódką. Wtem ciemnowłosy wyjął ze swojej torby dwa cienkie druciki i ukucnął przy ciężkim mechanizmie, który chciał jakimś cudem rozbroić. Za pomocą swoich narzędzi zaczął grzebać w zamku i układać druciki w jakikolwiek sposób mając nadzieję, że coś zaskoczy i kłódka spadnie. Męczył się nad tym ustrojstwem dobre kilkanaście minut i gdy już myślał, że wszystko stracone, kłódka zaskoczyła i spadła mu prosto na palce u nogi. Zawył z bólu zaraz jednak szybko zakrywając usta dłonią i czym prędzej wszedł do środka, żeby nikt go nie zauważył. W środku było sporo półek z jeszcze większą ilością przeróżnych fiolek, buteleczek i pojemników. Renard bezproblemowo znalazł półkę z maściami, a zaraz i jakieś preparaty dla zwierząt. Nie wiedząc co dokładnie dolega zwierzętom tamtego pana, zgarnął wszystkie cztery i zapakował je do torby. Gdy miał już wszystko, czego potrzebował, wcześniej rozglądając się przed wyjściem wydostał się na zewnątrz. Ponownie zamknął kłódkę na drzwiach i ruszył w stronę gospodarstwa wczoraj poznanego mężczyzny. Bez trudu je odnalazł, gdyż było to jedyne większe gospodarstwo niedaleko pól uprawnych, gdzie znajdowała się tak liczna zwierzyna. Podszedł do drzwi i zapukał do nich, ale gdy od dłuższego czasu nikt mu nie otwierał, postanowił przysiąść na ławce i poczekać. Ułożył swoją torbę na kolanach i był bardzo podekscytowany tym, że mógł uczestniczyć w tak ważnej misji. Długo nie musiał czekać, gdy w oddali zauważył zbliżającego się faceta. Podniósł się z ławki od razu wyciągając z torby cztery maści.
- Witaj Renard.. Co Cie do mnie sprowadza? - zapytał z uśmiechem, gdy dotarł do malucha.
- Maści. Dzisiaj rano pożyczyłem je z chatki naszej uzdrowicielki. Miałem oczywiście zapasowe klucze, więc bez problemu wszedłem do środka - począł dłubać butem w ziemi jak miał w zwyczaju, gdy kłamał lub coś kombinował - Proszę - podał wszystkie cztery wyczekując reakcji.
- Oh, dziękuję - uśmiechnął się przeglądając napisy na odwrocie i zanim zdążył coś powiedzieć, malec go wyprzedził.
- Wziąłem aż cztery, bo nie wiedziałem co dolega twoim zwierzakom. Mam nadzieję, że któraś zaradzi na ich problem - wpatrywał się z wyczekiwaniem w mężczyznę z podenerwowania gniotąc rąbek swojej peleryny.
Pan Staś?
11 czerwca 2019
Od Pana Stasia CD Renarda
Po rozmowie z miejscowym kowalem byłem bardzo zadowolony. Miałem w końcu załatwione ubrania u
krawcowej, a teraz i narzędzia do naprawy dachu u miejscowego kowala. Kowal sprawiał wrażenie
człowieka cichego i skrytego. Mimo wszystko raczej wyglądał na osobę przyjazną i bardzo pomocną.
Wszystko jednak było teraz odległe w czasie. Moje ubrania miały być gotowe za jakiś czas.. narzędzia za
około dwa dni.. Oprócz tego pilnie potrzebowałem jakiś leków dla swoich zwierzaków, a no i książka
odnośnie ciesielstwa by się przydała. Nie mniej jednak moje opatrunki raczej powinny zadziałać i dać mi
jakieś dwa dni akurat na działanie. No, może jeden. Od kowala ruszyłem prosto do biblioteki.
Zamierzałem znaleźć tam swoją "upragnioną" książkę. Po znów jakże emocjonującej podróży pomiędzy
drzewami i krzakami dotarłem do osady, a tam ruszyłem prosto do biblioteki. Wszedłem do środka
rozglądając się. Biblioteka robiła wrażenie. A przynajmniej na mnie. Z zewnątrz wyglądała na mały
budyneczek z pewnie niewielką ilością książek. W środku natomiast znajdowało się na prawdę wiele
regałów książek, ksiąg, wierszy czy innego rodzaju artykułów papierniczych. Westchnąłem cicho i
postanowiłem sprawdzić kilka regałów w poszukiwaniu swej jakże cennej i potrzebnej mi książki.
Postanowiłem, sam nie wiem czemu, ot taka głupia myśl, sprawdzić najpierw pod literką "C". Gdy
przegrzebałem kilogramy książek, nie znajdując niczego ruszyłem do następnej literki pod którą mogłoby
coś być. W ten oto sposób spędziłem bibliotece czasu nieco więcej niż w sumie zamierzałem
poświęcić. Gdy po dwóch godzinach dalej nie znalazłem tego, czego poszukiwałem, zacząłem
zastanawiać się nad kapitulacją. Naszła mnie jednak jeszcze jedna myśl. Podrzuciłem z garstką nadziei
pod literę "N" i zacząłem przegrzebywać w książkach. Po krótkiej chwili coś znalazłem. A więc mały
sukces. "Nauki ciesielstwa dla niewtajemniczonych". Uśmiechnąłem się sam do siebie oglądając książkę
i pomyślałem chwile o Renardzie. Chłopak powiedział że mi pomoże więc może jakiś gest by się przydał
i w jego stronę? Przeszukałem wzrokiem regał pod tą samą literką i znalazłem coś. Jakaś książka
przygodowa którą oglądnąłem z każdej możliwej strony.
~spodoba mu się? - pomyślałem w głębi duszy oglądając ją jeszcze przez chwile i czytając stronę
tytułową.
Spakowałem obie książki i ruszyłem by je wypożyczyć. Po dwóch minutkach te książki były już moje na
cały miesiąc! Ruszyłem więc w stronę swojej farmy zadowolony ze swoich połowów. Nie wiedziałem że
aż tyle czasu spędziłem w osadzie i w jej okolicach. Biorąc pod uwagę fakt że wyszedłem w okolicach
południa a już zaczynało się ściemniać. O tyle dobrze że dzisiejszy dzień był dość brzydki więc moglem
sobie pozwolić. W piękny słoneczny dzień pół dnia spędziłbym w polu. Zadowolony i uśmiechnięty
delikatnie w kącikach ust dochodziłem do swojej farmy. Zaglądnąłem do swoich zwierzaków które miały
się całkiem nieźle. Wychodząc zamknąłem oborę delikatnie cały czas pamiętając o tej niedobrej belce.
Wróciłem do domku, zjadłem bardzo delikatną kolacje i wziąłem się za czytanie książki. Musiałem
znaleźć w niej coś potrzebnego do ratowania domu dla moich zwierzaków. Książka istotnie była bardzo
obszerna jednakże nie zawierała tego co ja bym potrzebował. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła już
dwudziesta trzecia. Westchnąłem cicho zrezygnowany. Przejrzałem książkę jeszcze raz dość dokładnie,
sprawdzając każdą stronę. Były tam co prawda jakieś wzmianki o wzmacnianiu belek czy stropów
jednakże ja potrzebowałem coś w stylu naprawy belki dachowej tak by nie naruszyć stropu. Przydałaby
się jakaś osoba co się zna na budownictwie w wiosce, ale chyba nie kojarzyłem kto by mógł mi pomóc.
Zamknąłem książkę przyglądając się jej chwile w milczeniu i rozmyślając. Schowałem ją do torby w
której ją przyniosłem a wyciągnąłem drugą, tą przygodową, którą chciałem dać Renardowi. Przeczytałem
okładkę, pierwszą stronę i z tyłu na odwrocie. Wydawała się ciekawa. Może gdyby Renard ją przeczytał
to może sam bym ją przeczytał przed zwrotem. Jednakże ja nie lubiłem książek przygodowych. Wolałem
coś w stylu horroru, thrillera albo kryminału. Spojrzałem na swoją małą kolekcje książek i mruknąłem
cicho rozmyślają i kontemplując. Sam nie wiem nawet kiedy, po prostu zasnąłem na fotelu z książka w
ręku.
Następnego dnia gdy tylko wstało słońce rozbudziłem się rozglądając. Wstałem odkładając wcześniej
książkę i poprawiłem swoje ubranie. Dziś była ładna pogoda więc kolejny schematyczny dzień.
Śniadanie, pole, pielęgnacja, zwierzęta, sprzątanie i w końcu czas wolny. Po południu ruszyłem w stronę
wybrzeża wyspy. Tam gdzie rozpocząłem swoją historie na nowo. Już z daleka zauważyłem ciekawą
rzecz. Na plaży leżał nie duży kontener. Od razu do niego podbiegłem ciekawy co tam może być. Im
bliżej byłem tym słyszałem charakterystyczne dźwięki. Zauważyłem ze kontener ma wywietrzniki i
wyjścia odprowadzające wodę. Nie był również zamknięty na żadną kłódkę. Uśmiechnąłem się delikatnie
i powoli go otworzyłem. Moim oczom ukazały się dwie piękne owce, jeden baran z pięknym porożem
oraz jedno jagnię. Uklęknąłem delikatnie z uśmiechem. Wiedziałem że jeśli chce by mi zaufały, musiałem
najpierw zdobyć zaufanie przywódcy stada. Delikatnie się przysunąłem wyciągając ze spodni butelkę
wody oraz trochę świeżej trawy. Podałem mu na ręce odrobinę trawy jednocześnie dając wodę na jakimś
kawałku materiału. Początkowo nie był do końca pewny czy chce trawy. Ja jednak dobrze wiedziałem że
żadne zwierze nie oprze się świeżej trawie i pysznej chłodnej wodzie. Gdy podszedł podałem mu trochę
więcej zieleniny i podsunąłem wodę. Po tym pogłaskałem go delikatnie po głowie. Zauważyłem że owce
chyba też nabrały zaufania bo podeszły ostrożnie. Na samym końcu podeszło jagnię, wcześniej patrząc
na swoich bodajże rodziców. Uśmiechnąłem się jeszcze bardziej a szczęście mnie rozrywało niemal od
środka. Teraz trudniejsza część bo musiałem je jakoś zaprowadzić do swojego gospodarstwa. Wstałem
powoli by ich nie wystraszyć i wyszedłem by poszukać jakiegoś badyla. Gdy tylko wyszedłem na
zewnątrz poczułem jak baran trąca mnie w podudzie. Oglądnąłem się za siebie i zauważyłem że
zwierzaki same za mną podążają. To było ciekawe zjawisko i nietypowe jeśli chodzi o zwierzęta. Mimo
tego zadowolony ruszyłem w stronę gospodarstwa ze swoimi nowymi przyjaciółmi. Cały czas się
odwracałem do nich, licząc swoje owieczki, szczęśliwy z tego faktu. Dawały one nowe możliwości, a i na
pewno ludziom w osadzie na pewno by się spodobały. Jednocześnie pojawił się mały problem. Dla
owiec musiałem postawić osobny budynek. Nie martwiłem się tym jakoś szczególnie ponieważ miałem
swój poradnik ciesielstwa jednakże.. Sam nigdy niczego nie budowałem więc wiązało się to z małym
ryzykiem. Nie miałem pewności też co do odpowiedniej przestrzeni dla owiec. W końcu każde zwierzę
wymaga jej nieco inaczej. Cicho westchnąłem zastanawiając się nad tym i próbując coś wymyślić. Gdy
już dochodziłem do swojego gospodarstwa zauważyłem przy nim młodego chłopaka. Z daleka go nie
rozpoznałem, jednakże im bliżej byłem tym bardziej uświadamiałem sobie kto to był. To był Renard.
Siedział na ławce przy domku z jakąś torbą. Podszedłem bliżej wpuszczając nowe zwierzaki na wybieg
dla zwierząt i podszedłem do chłopaka.
- Witaj Renard.. Co Cie do mnie sprowadza? - uśmiechnąłem się życzliwie i dając ręce na biodra.
Renard?
krawcowej, a teraz i narzędzia do naprawy dachu u miejscowego kowala. Kowal sprawiał wrażenie
człowieka cichego i skrytego. Mimo wszystko raczej wyglądał na osobę przyjazną i bardzo pomocną.
Wszystko jednak było teraz odległe w czasie. Moje ubrania miały być gotowe za jakiś czas.. narzędzia za
około dwa dni.. Oprócz tego pilnie potrzebowałem jakiś leków dla swoich zwierzaków, a no i książka
odnośnie ciesielstwa by się przydała. Nie mniej jednak moje opatrunki raczej powinny zadziałać i dać mi
jakieś dwa dni akurat na działanie. No, może jeden. Od kowala ruszyłem prosto do biblioteki.
Zamierzałem znaleźć tam swoją "upragnioną" książkę. Po znów jakże emocjonującej podróży pomiędzy
drzewami i krzakami dotarłem do osady, a tam ruszyłem prosto do biblioteki. Wszedłem do środka
rozglądając się. Biblioteka robiła wrażenie. A przynajmniej na mnie. Z zewnątrz wyglądała na mały
budyneczek z pewnie niewielką ilością książek. W środku natomiast znajdowało się na prawdę wiele
regałów książek, ksiąg, wierszy czy innego rodzaju artykułów papierniczych. Westchnąłem cicho i
postanowiłem sprawdzić kilka regałów w poszukiwaniu swej jakże cennej i potrzebnej mi książki.
Postanowiłem, sam nie wiem czemu, ot taka głupia myśl, sprawdzić najpierw pod literką "C". Gdy
przegrzebałem kilogramy książek, nie znajdując niczego ruszyłem do następnej literki pod którą mogłoby
coś być. W ten oto sposób spędziłem bibliotece czasu nieco więcej niż w sumie zamierzałem
poświęcić. Gdy po dwóch godzinach dalej nie znalazłem tego, czego poszukiwałem, zacząłem
zastanawiać się nad kapitulacją. Naszła mnie jednak jeszcze jedna myśl. Podrzuciłem z garstką nadziei
pod literę "N" i zacząłem przegrzebywać w książkach. Po krótkiej chwili coś znalazłem. A więc mały
sukces. "Nauki ciesielstwa dla niewtajemniczonych". Uśmiechnąłem się sam do siebie oglądając książkę
i pomyślałem chwile o Renardzie. Chłopak powiedział że mi pomoże więc może jakiś gest by się przydał
i w jego stronę? Przeszukałem wzrokiem regał pod tą samą literką i znalazłem coś. Jakaś książka
przygodowa którą oglądnąłem z każdej możliwej strony.
~spodoba mu się? - pomyślałem w głębi duszy oglądając ją jeszcze przez chwile i czytając stronę
tytułową.
Spakowałem obie książki i ruszyłem by je wypożyczyć. Po dwóch minutkach te książki były już moje na
cały miesiąc! Ruszyłem więc w stronę swojej farmy zadowolony ze swoich połowów. Nie wiedziałem że
aż tyle czasu spędziłem w osadzie i w jej okolicach. Biorąc pod uwagę fakt że wyszedłem w okolicach
południa a już zaczynało się ściemniać. O tyle dobrze że dzisiejszy dzień był dość brzydki więc moglem
sobie pozwolić. W piękny słoneczny dzień pół dnia spędziłbym w polu. Zadowolony i uśmiechnięty
delikatnie w kącikach ust dochodziłem do swojej farmy. Zaglądnąłem do swoich zwierzaków które miały
się całkiem nieźle. Wychodząc zamknąłem oborę delikatnie cały czas pamiętając o tej niedobrej belce.
Wróciłem do domku, zjadłem bardzo delikatną kolacje i wziąłem się za czytanie książki. Musiałem
znaleźć w niej coś potrzebnego do ratowania domu dla moich zwierzaków. Książka istotnie była bardzo
obszerna jednakże nie zawierała tego co ja bym potrzebował. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła już
dwudziesta trzecia. Westchnąłem cicho zrezygnowany. Przejrzałem książkę jeszcze raz dość dokładnie,
sprawdzając każdą stronę. Były tam co prawda jakieś wzmianki o wzmacnianiu belek czy stropów
jednakże ja potrzebowałem coś w stylu naprawy belki dachowej tak by nie naruszyć stropu. Przydałaby
się jakaś osoba co się zna na budownictwie w wiosce, ale chyba nie kojarzyłem kto by mógł mi pomóc.
Zamknąłem książkę przyglądając się jej chwile w milczeniu i rozmyślając. Schowałem ją do torby w
której ją przyniosłem a wyciągnąłem drugą, tą przygodową, którą chciałem dać Renardowi. Przeczytałem
okładkę, pierwszą stronę i z tyłu na odwrocie. Wydawała się ciekawa. Może gdyby Renard ją przeczytał
to może sam bym ją przeczytał przed zwrotem. Jednakże ja nie lubiłem książek przygodowych. Wolałem
coś w stylu horroru, thrillera albo kryminału. Spojrzałem na swoją małą kolekcje książek i mruknąłem
cicho rozmyślają i kontemplując. Sam nie wiem nawet kiedy, po prostu zasnąłem na fotelu z książka w
ręku.
Następnego dnia gdy tylko wstało słońce rozbudziłem się rozglądając. Wstałem odkładając wcześniej
książkę i poprawiłem swoje ubranie. Dziś była ładna pogoda więc kolejny schematyczny dzień.
Śniadanie, pole, pielęgnacja, zwierzęta, sprzątanie i w końcu czas wolny. Po południu ruszyłem w stronę
wybrzeża wyspy. Tam gdzie rozpocząłem swoją historie na nowo. Już z daleka zauważyłem ciekawą
rzecz. Na plaży leżał nie duży kontener. Od razu do niego podbiegłem ciekawy co tam może być. Im
bliżej byłem tym słyszałem charakterystyczne dźwięki. Zauważyłem ze kontener ma wywietrzniki i
wyjścia odprowadzające wodę. Nie był również zamknięty na żadną kłódkę. Uśmiechnąłem się delikatnie
i powoli go otworzyłem. Moim oczom ukazały się dwie piękne owce, jeden baran z pięknym porożem
oraz jedno jagnię. Uklęknąłem delikatnie z uśmiechem. Wiedziałem że jeśli chce by mi zaufały, musiałem
najpierw zdobyć zaufanie przywódcy stada. Delikatnie się przysunąłem wyciągając ze spodni butelkę
wody oraz trochę świeżej trawy. Podałem mu na ręce odrobinę trawy jednocześnie dając wodę na jakimś
kawałku materiału. Początkowo nie był do końca pewny czy chce trawy. Ja jednak dobrze wiedziałem że
żadne zwierze nie oprze się świeżej trawie i pysznej chłodnej wodzie. Gdy podszedł podałem mu trochę
więcej zieleniny i podsunąłem wodę. Po tym pogłaskałem go delikatnie po głowie. Zauważyłem że owce
chyba też nabrały zaufania bo podeszły ostrożnie. Na samym końcu podeszło jagnię, wcześniej patrząc
na swoich bodajże rodziców. Uśmiechnąłem się jeszcze bardziej a szczęście mnie rozrywało niemal od
środka. Teraz trudniejsza część bo musiałem je jakoś zaprowadzić do swojego gospodarstwa. Wstałem
powoli by ich nie wystraszyć i wyszedłem by poszukać jakiegoś badyla. Gdy tylko wyszedłem na
zewnątrz poczułem jak baran trąca mnie w podudzie. Oglądnąłem się za siebie i zauważyłem że
zwierzaki same za mną podążają. To było ciekawe zjawisko i nietypowe jeśli chodzi o zwierzęta. Mimo
tego zadowolony ruszyłem w stronę gospodarstwa ze swoimi nowymi przyjaciółmi. Cały czas się
odwracałem do nich, licząc swoje owieczki, szczęśliwy z tego faktu. Dawały one nowe możliwości, a i na
pewno ludziom w osadzie na pewno by się spodobały. Jednocześnie pojawił się mały problem. Dla
owiec musiałem postawić osobny budynek. Nie martwiłem się tym jakoś szczególnie ponieważ miałem
swój poradnik ciesielstwa jednakże.. Sam nigdy niczego nie budowałem więc wiązało się to z małym
ryzykiem. Nie miałem pewności też co do odpowiedniej przestrzeni dla owiec. W końcu każde zwierzę
wymaga jej nieco inaczej. Cicho westchnąłem zastanawiając się nad tym i próbując coś wymyślić. Gdy
już dochodziłem do swojego gospodarstwa zauważyłem przy nim młodego chłopaka. Z daleka go nie
rozpoznałem, jednakże im bliżej byłem tym bardziej uświadamiałem sobie kto to był. To był Renard.
Siedział na ławce przy domku z jakąś torbą. Podszedłem bliżej wpuszczając nowe zwierzaki na wybieg
dla zwierząt i podszedłem do chłopaka.
- Witaj Renard.. Co Cie do mnie sprowadza? - uśmiechnąłem się życzliwie i dając ręce na biodra.
Renard?
Subskrybuj:
Posty (Atom)