30 czerwca 2019

Od Tenebris'a do ktosia

Siedząc na półce skalnej, obserwowałem krajobraz u podnóża góry. Spowity w mroku las do połowy był zanurzony w gęstej mgle. Panującą wokół ciszę co jakiś czas przerywało pohukiwanie sowy.
Podniosłem się powoli do pozycji stojącej i zszedłem na dół, by wrócić do domu. Zdecydowanie za dużo czasu spędziłem na bezczynnym siedzeniu tam, ale przyznam, że widok był piękny. Teraz jednak przyszedł czas za to zapłacić. Słaba widoczność była dużym utrudnieniem. Ledwo widziałem własną dłoń, gdy wyciągnąłem przed siebie ramię. Wzrok nie był mi mimo wszystko potrzebny, by trafić do opuszczonej wioski. Znałem bowiem trasę na pamięć, ale irytujące było odnajdywanie coraz to nowych sideł Samotników. Plątały się pod nogami, a niektóre nawet zagrażały życiu. Zdenerwowany, niszczyłem każdą pułapkę, która utrudniała mi powrót do domu. Na szczęście im dalej odchodziłem od góry, tym mniej ich było. 
Nagle uszłyszałem cichy trzask gałęzi łamanej pod cudzym ciężarem. Dobiegł on spomiędzy drzew, od których dzieliła mnie biała ściana. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że widzę jakiś ruch. Słysząc delikatne trzeszczenie, natychmiast wykonałem unik. Lecąca tuż przy mojej twarzy strzała ze świstem przecięła powietrze i wbiła się w pień drzewa za mną. Mało brakowało, a skończyłbym jako jednorożec.
Nie czekając na kolejne pociski, stałem się niewidzialny. Rozejrzałem się w poszukiwaniu napastnika, ale tym razem niczego nie dostrzegłem. Wróciłem więc zrezygnowany do domu.
***
W środku nocy obudził mnie hałas dobiegający z pokoju obok. W pierwszej chwili pomyślałem, że to myszy lub umysł płata mi figle. Jednak odgłos otwieranych szuflad i szafek skreślił oba przypuszczenia. Powoli podniosłem się z łóżka, stając się następnie niewidzialnym. Ktoś przeszukiwał mi dom. I ten ktoś jakimś cudem nie dał się odstraszyć aurze, którą otoczyłem swoją posesję.
Bezszelestnie przeszedłem do pokoju obok i zbliżyłem się do nieznajomego, stojącego przy meblach. Szybko obezwładniłem złodziejaszka, przytrzymując mu obie ręce za plecami.
- Kogo my tu mamy, hmm? - zapytałem, unosząc kącik ust.

Ktosiu?

Od Melody CD Pana Stasia

Wraz z początkiem lata, zaczęły przychodzić do mnie zamówienia na lżejsze ubrania. Dzięki temu miałam więcej czasu, gdyż wymagały one mniej pracy. Również po materiały nie musiałam chodzić tak często. Oczywiście mogłabym korzystać z usług transfera, ale wolałam wybierać je samodzielnie. Gdyby sprzedawca miał na stanie coś nowego, mogłabym to zobaczyć i być może pasowałoby to do jednego z projektów lub przyczyniło się do powstania kolejnego. Z tego właśnie powodu wszystkie materiały miałam jedynie dostarczane do pracowni. Sama mogłam unieść tylko to, co niezbędne, więc uważałam, że rola transfera jest w wiosce ogromnie ważna.
Tego dnia zawiesiłam na drewnianej tablicy nowe projekty, które wymagały kilku poprawek i rozpisałam plan zajęć dla mnie oraz Renard'a. Planowałam nauczyć go ściegów, ale przed ich wykonaniem musiał mieć je zobrazowane krok po kroku. Postanowiłam więc wybrać się do biblioteki i poszukać odpowiedniej książki na ten temat, zanim zabiorę się za rozrysowywanie każdego etapu wykonania wszystkich sposobów łączenia materiałów w zawodzie krawca.
Związałam swoje jasne włosy w kok i wyszłam z domu.
Będąc już całkiem blisko, zostałam zaczepiona przez  mężczyznę o dłuższych, brązowych włosach. O ile się nie myliłam, był to Pan Staś, rolnik, pracujący w osadzie.
- Witaj Melody, możemy porozmawiać? - zapytał wyraźnie zawstydzony.
- Oczywiście. - odparłam z uśmiechem. W końcu kilka minut rozmowy nie zaszkodzi.
- Jeśli byś dała radę, potrzebowałbym nowej tuniki oraz koszulki... Tunikę najlepiej w zielonym kolorze...nieco dłuższą...Koszulka wolałbym żeby była biała, jeśli to nie problem. Oprócz tego prosiłbym cię też o coś w rodzaju kołczanu...Jednakże żeby było bardziej wytrzymałe i dłuższe...
- Do czego będą ci potrzebne? Jakiejś pracy? I w jakich warunkach? - dopytałam, by jak najlepiej dobrać materiał oraz wzór.
- Tunika i koszulka do pracy w polu i przy zwierzętach...Co do warunków...najlepiej, by były uniwersalne...praca nie wybiera...Wiadomo, że podczas deszczu za długo przebywać na zewnątrz nie będę, ale jednak żeby się nie zniszczyły od byle ulewy... - mężczyzna uśmiechnął się delikatnie - Co do koloru, jak już wspominałem, tunikę wolę w jakimś ciemniejszym zielonym kolorze...podkoszulek w białym...kołczan akurat nie ma znaczenia...On mi jest potrzebny jedynie do pracy w polu... - wyjaśnił szatyn. Wszystko zapisywałam w notesie, który wyjęłam z tylnej kieszeni moich krótkich spodenek.
- Dobrze, myślę, że dam radę wykonać to zamówienie. - powiedziałam, ponownie chowając wszystko.
- To w takim razie kiedy mogę się do ciebie zgłosić po rzeczy? I ile ci będę winien?
- Sądzę, że powinnam wyrobić się w tydzień. Maksymalnie w dwa. Kołczan chyba zajmie mi najwięcej czasu. Z resztą uwinę się szybciej. Co do ceny... - zastanowiłam się podliczając wszystko w głowie i na szybko dobierając materiały o nie za wysokiej cenie, ale równie dobre, co te droższe - Ciemnozielony materiał będzie kosztował tyle, co skóra, ponieważ jest trudny do wykonania. Nie zużyję go jednak za dużo. Biały będzie najtańszy, bo łatwo go otrzymać. - wyjaśniłam. Ponownie zastanowiłam się na chwilę, po czym podałam rozsądną cenę, która zadowoliłaby obie strony.
- Bardzo ci dziękuję, Melody... - szatyn uśmiechnął się delikatnie.
- Nie ma sprawy. W końcu to moja specjalność. - odparłam odwzajemniając uśmiech. Osadnik przyglądał się mojej osobie jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się powoli i ruszył w tylko sobie znanym kierunku. Zapewne wrócił do domu, by ponownie oddać się swojej pracy. Odprowadziłam go wzrokiem, aż zniknął mi z pola widzenia, ukryty za budynkami. Tunika, podkoszulek i kołczan. Będzie, co robić.
Wznowiłam swój spacer do biblioteki i gdy byłam już na miejscu, przekroczyłam jej próg. Biblioteka uniosła wzrok znad swojego biurka, pełnego książek i powitała mnie ciepło. Z uśmiechem odpowiadziałam jej i zapytałam o dział, który mnie interesował. Starsza Osadniczka wskazała mi jedną z alejek. Podziękowałam jej i od razu ruszyłam we wskazanym kierunku. Mój wzrok błądził po wysokich, drewnianych regałach, wypełnionych milionami książek o różnokolorowych okładkach. Nie mogłam jednak odnaleźć w ten sposób właściwej książki, więc zaczęłam odczytywać wszystkie tytuły po kolei.
Po jakimś czasie, w końcu udało mi się zdobyć poszukiwany tom. Wypożyczyłam go i udałam się z nim w drogę powrotną, wstępując jeszcze do sklepu. Wyszukałam materiały potrzebne do wykonania zamówienia dla rolnika i zapłaciłam za nie. Następnie wróciłam do domu, gdzie poczekałam na Renard'a.
***
Chłopiec zjawił się na czas. Z uśmiechem poczęstowałam go swoimi wypiekami oraz lemoniadą. Jednocześnie z zainteresowaniem wysłuchałam jego opowieści o tym, jak minęła mu droga do mnie. Następnie przeszliśmy do tematu projektów i wprowadziliśmy na nie niezbędne poprawki. Cieszyło mnie, że mam takiego ucznia. Był pracowity, ambitny i posiadał dużą wyobraźnię. Tak bardzo przywykłam do jego obecności, że czasem miałam wrażenie, iż brunet jest moim własnym synem.
Kiedy przeszliśmy do nauki, cierpliwie opisywałam chłopcu każdy ścieg i jego przeznaczenie. Gdy teorię mieliśmy już za sobą, przeszliśmy do praktyki na pozostałościach materiałów.
***
Kilka godzin po wyjściu Renard'a, odwiedził mnie transfer z zamówionymi przeze mnie tego samego dnia materiałami. Od razu zabrałam się do pracy. Tak, jak myślałam, szybko poradziłam sobie z podkoszulkiem oraz tuniką. Miałam już wprawę do tego typu ubrań po uszyciu setki dla całej osady. Został więc jedynie kołczan.
Wzięłam notes oraz węgiel, owinięty papierem i przeszłam z nimi do łazienki. W trakcie kąpieli, której wymagała moja skóra, rozrysowywałam projekt zamówienia. Postanowiłam wzmocnić ściany kołczanu poprzez zszycie ze sobą kilku warstw skóry bydlęcej. Była ona odpowiednio wytrzymała na warunki pogodowe, towarzyszące pracy rolnika jak i nią samą. Zaplanowałam również dodatkowe obszycie brzegów i dołączyłam do projektu pas, który umożliwiałby zawieszenie kołczanu na plecach.
***
Po długiej kąpieli, wróciłam do pracy. Ostrożnie i dokładnie wycinałam elementy ze skóry, na którą wcześniej naniosłam projekt, a następnie zszywałam ze sobą odpowiednie warstwy.
Nie byłam pewna, ile czasu spędziłam w pracowni, ale widząc ciemne niebo za oknem, odłożyłam wszystko na duży, drewniany stół i wróciłam do łazienki.
Po kolejnej kąpieli, przebrałam się w koszulę nocną i przeszłam do sypialni. Zbliżyłam się do stolika nocnego, na którym spoczywały bursztyny od Lucan'a. Wzięłam je delikatnie w dłonie. Byłam ciekawa, jak radził sobie w tą porę roku.
Przeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Spojrzałam na las, który w ciemnościach przypominał czarną plamę. Im dłużej tak siedziałam, tym bardziej czułam się senna.
***
Zamówienie udało mi się skończyć jeszcze przed końcem tygodnia. Czas wolny przeznaczałam na dodatkowe lekcje dla Renard'a i szukanie materiałów poza terenami wioski oraz Lucan'a. To ostatnie nie było jednak tak łatwe jak reszta. Szyjąc ubrania na jesień, starałam się jakoś zająć myśli.
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Poderwałam się z miejsca i poszłam sprawdzić, kto to taki. Sądząc po tym, że był to ostatni dzień tygodnia, spodziewałam się Pana Stasia.

 Pan Staś?

29 czerwca 2019

Od Pana Stasia CD Raven do Aven etap 2 > etap 3

                Spojrzałem za siebie obserwując i szukając dziewczyny. Nie spodziewałem się z jej strony takiej.. bliskości.. Tak bliskość to chyba dobre słowo. Pytanie tylko czy miałem się jej obawiać czy wręcz przeciwnie. Jak na samotnika była dość przyjaźnie nastawiona. Z drugiej strony łączyła nas oboje współpraca. Ona wykonała swoją część teraz w jakiś dzień ja będę musiał wykonać swoją. Mimo wszystko byłem jej wdzięczny za wszystko w czym mi pomogła. Uśmiechnąłem się, zabezpieczyłem kłody i udałem się na spoczynek. Ten dzień był wystarczająco męczący i pełen różnych, lepszych i gorszych akcji. Czułem że zasnę tak szybko jak się położę, a będę spał jak król na łożu królewskim.

                Na następny dzień standardowo wstałem o świcie robiąc sobie śniadanie, przebrałem się i umyłem. Mimo sytego śniadania, które jadłem zazwyczaj takie samo na co dzień, czułem się głodny. Zdziwiło mnie to gdyż nigdy nie miałem takiego uczucia. Mimo wszystko spolonizowałem to i ruszyłem w stronę pola uprawnego. Na polu kolejna monotonia. Podlewanie roślin, rozmawianie z nimi, obcinanie obumarłych liści, suchych gałązek oraz ochrona przed chorobami, pasożytami i grzybami. Zapowiadał się kolejny gorący dzień, jednakże z powodu wczesnej godziny nie doskwierało słońce jeszcze w żadnym stopniu. Gdy w południe schodziłem z pola czułem dziwny mrowiący ból w okolicach opuszków palców stóp i dłoni. Zdziwiłem się już po raz drugi tego dnia gdyż nigdy nie miałem takich objawów po robocie w polu. Przyglądnąłem się swoim rękom, oglądając je dokładnie. Po chwili wzruszyłem ramionami nie widząc w nich żadnej różnicy. Musiałem się jeszcze zająć zwierzętami i zacząć ciąć te kłody pod zabudowę. Wróciłem do gospodarstwa otwierając oborę by zwierzaki się trochę po przechadzały. Od razu gdy zaczęły mnie otaczać czułem się.. dziwnie. Coś mnie zjadało i zasysało od środka. Momentalnie moje ciało pokryła gęsia skórka, jednocześnie jakby każdy włosek mojego ciała się nastroszył. Gdy zwierzaki mnie minęły, przetrzepałem głową jakby się ogarniając. Patrzyłem chwile w ich stronę zdezorientowany. Poczułem że może być to związane z tym co się stało przy wampirzycy. Westchnąłem cicho i wziąłem się za kłody.  

                W cywilizowanym świecie wrzuciłem bym taką kłodę na cyrkulatke i by się to szybko na niej zrobiło. Odkrojenie warstwy z korą, warstwy "zewnętrznej" i zajęcie się właściwym wykrajaniem desek. Dzień? Dwa roboty? Tutaj jednak nie było cywilizowanego świata. Jedyne "specjalistyczne" przedmioty to była siekierka, prymitywna piła ręczna i przedmioty które sam zrobiłem z drewna czy gałęzi. Mniejszą kłodę przeciąłem mniej więcej w 1/3 długości i postawiłem w specjalnym miejscu które przygotowałem do cięcia desek. Wymierzyłem sobie odpowiednie rzeczy i powbijałem w ziemie drewienka które miały robić za poziomice. W końcu co to za deska gdyby z jednej strony była grubsza z drugiej chudsza. Zrobiłem dwa nacięcia siekierką po czym wzdłuż drewienek obrysowałem kłodę dookoła nożem. W ten sposób powstałe "szyny" do tego deseczki któe robiły za poziomice powinny utrzymać piłę w tym samym stopniu przez cały moment cięcia kłody. Przyłożyłem piłę do kłody z jednej strony delikatnie się w nią zagłębiając. Westchnąłem cicho skupiając się maksymalnie na tym. Ostatnie przełknięcie śliny, otarcie potu z czoła, wzrok skupiony na kłodzie i pile, głębszy wdech i.. do dzieła. Drewno było gęste i twarde. Przecięcie go wzdłuż długości nie należało do najłatwiejszych. Do tego najlepiej by się nadała długa piła dla dwóch osób, z uchwytami po obu jej stronach. Ja byłem jednak sam i sam musiałem sobie z tym drzewem poradzić. Po kilku minutach pierwszy najbardziej zewnętrzny płat kłody można było przemieścić. Oddychając głęboko oparłem narzędzie o pień i chwyciłem powstałą deskę. Jakby nie było, profesjonalna robota to nie była, jednakże trzymałem w rękach deskę. Z jedne strony zaokrąglona z drugiej strony płaska. Gdyby odciąć tylko po bokach krawędzie na których znajdowała się kora, delikatnie deskę przetrzeć materiałem ściernym by wygładzić nierówności i drzazgi.. Można by wręcz powiedzieć idealna deska. Byłem szczerze zadowolony ze swojej pracy. Była to mała deska która mogłaby robić za coś w rodzaju drzwi bądź pod okno. Spojrzałem za siebie widząc jeszcze cztery wielkie kłody i gdy pomyślałem jak się namęczyłem przy takiej małej aż mnie prawie zesłabło. Westchnąwszy ciężko obniżyłem drewienka przy kłodzie, zrobiłem kolejne cięcia w kłodzie i wokół niej i ruszyłem dalej z tematem. Nim się obejrzałem słońce już zachodziło za górami ale a to miałem pociętą całą kłodę na osiem małych desek. Był to pewnego rodzaju sukces jakby nie patrzeć. Poskładałem wszystkie deski i położyłem je w miejscu przyszłej owczarni. Pochowałem narzędzia wraz z palikami i drewienkami po czym zamknąłem zwierzaki w oborze. Na dziś było chyba wystarczająco tego dobrego.

               
                Po powrocie do chatki zabrałem się za kolacje. Mimo kolejnej sytej strawy znów czułem się nienajedzony i że czegoś mi brakuje, jakby mięsa.. Dużo mięsa. Pokręciłem głową delikatnie i udałem się do spania. W nocy gdy tylko promienie księżyca przebiły się przez okno by wbić się do mojej chatki poczułem ból w stopach i dłoniach. Momentalnie wyrosły mi długie ostre pazury. Ból był potworny jednakże zdarzało mi się odczuć gorsze bóle. Wstałem by zasłonić okno zasłonami. Nie wiele to pomogło gdyż ani pazury ani ból nie znikał. Czułem ogromny głód i wewnętrzne rozdarcie. Trwało to przynajmniej godzinę, a przynajmniej w moich odczuciach. Tak naprawdę trwało to zaledwie dziesięć minut, po czym się uspokoiło i zasnąłem skulony na podłodze. Rano po obudzeniu, rozejrzałem się zdezorientowany. Spojrzałem na ręce i nogi. Wyglądały normalnie, jednak cały czas czułem głód. Wstałem z podłogi ruszając prosto do kuchni. Standardowe śniadanie, jednakże i po nim czułem się nienasycony i cały czas brakowało mi mięsa a najlepiej surowego. Postanowiłem udać się do myśliwej by mi upolowała coś. Ja nie mogłem sobie pozwolić na polowania. Za bardzo kochałem zwierzęta. Standardowe udanie się do toalety, ubranie się i tym razem zamiast w pole, wycieczka do osady. Z tego co słyszałem Aven zamieszkiwała na jednym z drzew w wiosce, co wcale nie ułatwiało szukania jej. Po wejściu do wioski westchnąłem cicho. Było tu kilka drzew więc trzeba metodą prób i błędów. Wiedziałem ze ludzie będą dziwnie patrzeć ale jaki miałem wybór. Podszedłem do jednego z drzew spoglądając na nie.
- Dzień dobry.. czy znajdę tu Aven? - zapytałem stojąc przed drzewem. Obszedłem je dookoła spoglądając na koronę. Brak odzewu więc trzeba było iść do kolejnego.
Chodziłem tak od drzewa do drzewa czując się jak czubek gadając do nich. W końcu po wielu próbach usłyszałem za sobą gdy odchodziłem od kolejnego już z rzędu.
- Tak, to ja. O co chodzi? - usłyszałem delikatny cichy głos przez co się odwróciłem w jej stronę.
- Jestem Staś.. Właściwie to Pan Staś - zamyśliłem się. - Mniejsza z tym.. Słyszałem że jesteś myśliwą.. mógłbym Cię prosić o upolowanie mi jakiegoś zwierzęcia? Najlepiej jelenia.. takiego większego, z dużą ilością mięsa.. Prócz tego gdybyś mogła poprosiłbym żebyś mi z niego dała prócz mięsa skóry i kości.. Chyba że Tobie się przydadzą to zachowaj - powiedziałem dość nerwowym tonem. Nie było mi na rękę mordowanie zwierząt w końcu. Jednakże taka kolej rzeczy.
- Miło Cie poznać.. Stasiu.. oczywiście zdobędę dla Ciebie mięso, skóry i kości.. Zajmie mi to góra.. dwa lub trzy dni - odpowiedziała rudowłosa cicho i spokojnie.
- W takim razie bardzo dziękuję Aven.. co do zapłaty.. wolisz gotówkę czy może chcesz coś w zamian? - zapytałem będąc ewidentnie zadowolony.
- Hmm.. coś w zamian.. zastanowię się i dam Ci znać gdy dam Ci mięso.. - powiedziała zastanawiając się chwile
- Dziękuję Aven. W takim razie pojawię się tutaj za dwa dni.. Gdybyś jednak miała wcześniej to możesz mnie odwiedzić na farmie.. dziękuję! - powiedziałem radośnie i zacząłem wracać w stronę farmy.

Aven?

Od Raven CD Pana Stasia

Zaskoczona nieoczekiwanym atakiem od tyłu, wampirzyca automatycznie odskoczyła do przodu. Poprzez wyrobiony nawyk przygotowała się do możliwego ataku, jednak silne ramiona złapały ją w tali. Z lekkim wyrzutem spojrzała prosto w błyszczące spokojem oczy Stasia, który z uśmiechem wpisanym na twarzy spoglądał w dół. Utkwiła wzrok w tamtym miejscu, a obawy wypłynęły w jednym momencie. Białe stworzonko z zaciekawieniem przyglądało się jej osobie, pewnie stawiając kroki przed siebie.
- To nie żaden morderca czyhający na Twoje życie, Raven. Nie jesteśmy w dziczy… To zwykłe jagniątko odłączone o stada. - usłyszała przy swoim uchu spokojny głos, a ucisk ewidentnie stracił na swojej mocy.
- Doskonale wiesz, że nie powinno podchodzić do mnie. - mruknęła, odskakując od niego na kilka kroków. Odczucie i bliskość jego ciała powodowała lekkie zagubienie u dziewczyny, co postanowiła ukryć. - Taki kąski jem w ostateczności!
- Chyba nie myślisz, że pozwoliłbym skrzywdzić moje maleństwa, prawda?
- Powiało grozą… Jednak potrafisz być straszny, jak na miłego osadnika prawiącego się gospodarką. - uśmiechnęła się pod nosem, krzyżując wzrok z tym mężczyzny. Była jej to jedna z ulubionych zagrywek, która rzucała wyzwanie przeciwnikowi. Jednak podświadomość podpowiadała, że wilkołak nie jest taki głupi. Oraz powinna się go obawiać i uważać, nie będąc na swoim terenie. - Mam to traktować jako wyzwanie?
- Raczej ostrzeżenie…
- Na znak mojej dobroci, chcę odejść w cywilizowany sposób. Wystarczająco słyszę, że samotnicy to pewnego rodzaju dzikusy żyjące w dziczy. - westchnęła, klękając na ziemi.
Wyczekująco spojrzała na bialutkie stworzenie z czystym zainteresowaniem, które pokonywało dość mozolnie odległość między nimi. Raven rzadko w swoim życiu miała okazję, aby w pełnej okazałości poznać życie na wsi. Wychowanie w mieście miało się nijak do tego, co spotkała na farmie osadnika. Jedyną styczność miała, kiedy wyjeżdżała na wakacje na ranczo swojego wuja. Od wczesnego rana do nocy kroczyła za nim, pomagając pracownikom w ich codzienności. Od karmienia zwierząt, po oporządzanie, a nawet przemieszczanie bydła na inne pastwiska konno. Szybko zabrała swoją rękę do tyłu, kiedy jagnię dotknęło pyszczkiem jej zewnętrzną część dłoni. Nic nie zapowiadało, aby szybko straciła swoje chwilowe zainteresowanie. Wampirzyca rozejrzała się dookoła, badając swoją sytuację. Kiedy zauważyła brak właściciela w swojej okolicy, mogła odetchnąć z ulgą. Pogłaskała kilkukrotnie zwierzątko, opadając kolanami na ziemię dla własnej wygody. Zachciało się jej śmiać. Ona i owieczka były całkowitymi przeciwieństwami. Drapieżnik trzymający zdobycz w ramionach.
- Taka delikatna i krucha… Ale jesteś bardzo słodka, ale nikt nie musi wiedzieć… Że takie słowa padły z moich ust. - mimowolnie skrzywiła się, czując uczucie suchości w przełyku. Znajome uczucie pustyni w gardle oraz ból w ostrych zębach dawał jasny sygnał, głód przybierał na sile. Pokiwała kilka razy głową dla rozjaśnienia umysłu i wygłuszenia odgłosu płynącej krwi w żyłąch zwierzęcia.
- Wszystko w porządku? - wzdrygnęła się, kiedy znajomy głos spowodował powrót do rzeczywistości. Wstała szybko do pionu z owieczką na rękach, przybierając swoją codzienną maskę.
- Myślałeś, że uciekłam z Twoim towarzyszem? Niestety, jeszcze trochę chcę utrudniać Ci egzystencję, podczas pięknego wieczoru.
- Pytam… Bo nie wyglądasz dobrze, nic więcej. - wzruszył ramionami, kierując się coraz bliżej jej osoby. Silne bicie serce, które niczym pompa zasilała żyły w jego organizmie. Szybki atak. Przecięcie tętnicy i głód znika.
- Nie podchodź, proszę… - wystawiła dłoń przed siebie, nie chcąc w jakikolwiek sposób robić niepotrzebnego zamieszania. Nie mogła go zaatakować z różnych powodów. Najważniejszym byłby konflikt z osadnikami, a jednak czasem potrzebowała ich wykorzystać. Drugim, była możliwość spędzenia z kimś czasu. Podtrzymywało to jej część człowieczeństwa oraz możliwość zwykłego przebywania w towarzystwie. Tego najbardziej jej brakowało, zaraz po trafieniu tutaj na wyspę. - Nie chcę nikomu robić… Z-znaczy się… Weź swoją zgubę, jeszcze padnie przez atak serca. Wystarczy jej obcowania z samotnikiem. tak samo jak Tobie.
- Współpracę oceniam dość pozytywnie, mogę nareszcie budować zagrodę dla moich maleństw. - powiedział, odbierając od Raven maleństwo. Jakby dla podkreślenia swoich słów, przytulił ją do siebie.
Tymczasem czarnowłosa zainteresowanie przeniosła na swoje buty, które musiała zawiązać Kątem oka jednak rozczulił ją widok tamtej dwójki, za co równie szybko się skarciła. Chyba naprawdę słońce mi zaszkodziło, pomyślała, strzelając stawami palców obu dłoni.
- Swoją robotę już wykonałam, mogę powrócić do swojego życia.
- A nie miałaś mi utrudniać życia dzisiejszego wieczoru, hm? - usłyszała za sobą śmiech. Momentalnie się odwróciła, uśmiechając się w typowy dla niej sposób.
- Nikomu nie polecam życia ze mną… Oraz nie powinno się to w przyszłym czasie zmienić. Kocham swoje życie w takim stanie, jak do tej pory prowadzę. Jednak teraz muszę się pożegnać. - ukłoniła się teatralnie, kierując się przed siebie.
- Chyba nie muszę przypominać samotnikowi o naszym zobowiązaniach? - zapytał, kiedy mijała go. Używając swojej nadnaturalnej szybkości stanęła za nim, kierując twarz do jego ucha.
- Nie znasz dnia, godziny i miejsca… Kiedy zajdzie potrzeba, przybędę. Dziękuję za miło spędzony dzień… Panie Stasiu… - po wypowiedzeniu ostatnich słów, zaśmiała się cicho. Kiedy wilkołak chciał coś powiedzieć, wampirzyca zniknęła w nadchodzącym mroku. Coś jednak mówiło w odmętach jej umysłu, że to nie ich ostatnie spotkanie.


Pan Staś?

27 czerwca 2019

Od Pana Stasia CD Raven

Zadziwiające jest to że podczas zwykłego spaceru, do lasu po drzewo, można dowiedzieć się o drugiej osobie i poznać ją. Z początku skryta, tajemnicza i groźnie wyglądająca wampirzyca z każdą chwilą w moich oczach zmieniała się na nieśmiałą, bystrą kobietę z czarnym humorem. Ukradkiem gdy miałem chwile i możliwość przyglądałem się wampirzycy rozmyślając nad całą jej osobą. Z zewnątrz wydaje się delikatną, subtelną kobietą a gdy przychodzi co do czego potrafi mieć cięty język. Jednakże za każdym razem gdy na nią spoglądałem i znajdowałem plusy przy każdym stał delikatny minusik. Co by się nie działo i jakby się nie zachowywała, była samotnikiem. Każdy w wiosce dokładnie wiedział czym się zajmują samotnicy i co robią w osadzie gdy się do niej dostaną.


                Słońce powoli zaczynało się chować za  górami, leniwie zachodząc i zwiastując koniec tego pracowitego i pełnego ciekawostek dnia. Robiło się już co raz chłodniej i jednocześnie przyjemniej. Delikatny wiatr kołysał naszymi włosami, owiewał nasze ciała i muskał delikatnie rośliny znajdujące się na polu uprawnym. Korony drzew delikatnie falowały w wyższych partiach a rośliny niżej położone delikatnie kołysały. Staś z Raven szli z wózkiem po wyrobionej, ubitej w trawie ścieżce wzdłuż pola uprawnego na którym znajdowały się zboża, rośliny strączkowe i warzywa. Bliżej w stronę gospodarstwa znajdowały się jabłonki, grusze, a nawet brzoskwinie. Wszystko było otoczone przez drewniany płotek wysoki który miał powstrzymywać zwierzęta, które chciałyby się poczęstować jakąś roślinką. Po drugiej stronie ścieżki rosła dzika i bujna roślinność. Również była ogrodzona płotem wzdłuż ścieżki, by za dużo chwastów nie przeniosło się na stronę pola uprawnego. Ścieżka nie miała żadnych zakrętów, bocznych ścieżek czy odnóg. Prowadziła prosto do mojego gospodarstwa w którym znajdowały się kolejne dwie ścieżki. Jedna w stronę lasów, druga w stronę osady. Im bliżej gospodarstwa Stasia tym ścieżka wyglądała "lepiej". Pod gospodarstwem była wyłożona już delikatnymi kawałkami kamieni.

                Im bliżej gospodarstwa tym więcej Raven mogła mnie poznawać. Ogrodzenie w idealnym stanie, piękne zadbane rośliny, ścieżka mniej więcej równa i też zadbana. Zaledwie po kilku chwilach dotarliśmy pod moje ogrodzenie. Postawiłem wózek i ruszyłem otworzyć bramę na dziedziniec mojego gospodarstwa. Odblokowałem kłódkę i po chwili rozwarłem oba skrzydła bramy. Podszedłem znów do wózka by wjechać nim na posesje. Z dalszej odległości moje włości wyglądały na dość duże jednakże po wjechaniu wózkiem już miało się inne wrażenie. Było skromnie ale z odpowiednią ilością miejsca.

- Zrzućmy to tutaj.. ja to sobie potem potne w odpowiedni sposób.. chyba..- powiedziałem zakręcając wózkiem i finalnie stawiając go w wyznaczonym miejscu. W międzyczasie otworzyłem oborę by zwierzaki jeszcze skorzystały z dnia i posiedziały na podwórku.

Zwierzaki leniwie i jakby od niechcenia wyszły na zewnątrz rozglądając się po podwórku. Najwidoczniej wyczuły też zagrożenie pod postacią Raven bo trzymały się od dziewczyny daleka, od czasu do czasu ją obserwując.
Podszedłem do wózka podnosząc pierwszą kłodę, najbardziej z góry, a Raven w tym czasie powyciągała kliny. Po chwili wraz z jej pomocą ściągnęliśmy kłodę z wózka, kładąc ją obok obory. Zrobiliśmy tak po kolei i kolejno z każdą kłodą aż rozładowaliśmy cały wózek. Następnie pociągałem gałęzie z wózka które również położyłem gdzieś obok kłód. Spojrzałem na wózek który był już pusty.

   -cóż.. fachowa robota to nie jest ale zdał chyba najtrudniejszy test.. popracuje chyba nad nim i stworze z niego solidny wózek.. - mruknąłem patrząc na niego przy czym towarzyszył mi delikatny uśmiech w kąciku ust.
- Wiesz wilczku.. nie spodziewałam się że ten wózek dojedzie tu cały.. a jednak - wampirzyca się zaśmiała.
- Troche wiary w moje umiejętności.. chociaż sam w to nie wierzyłem.. to znaczy.. może trochę..
- Dobra dobra... obydwoje w to nie wierzyliśmy a jednak dojechał.. masz swoje kłody, gałązki i inne potrzebne zdaje się rzeczy.. moja część obietnicy została spełniona.. - powiedziała spoglądając na mnie swoim wzrokiem.

                Za ten czas jak Raven wygłaszała swoją piękną i uroczystą przemowę, jagnię owcy odłączyło się od stada. Podeszła niepewnym krokiem do dziewczyny od tyłu spoglądając na nią. Najwidoczniej wampirzyca ją czymś zainteresowała. Mała owieczka podeszła bliżej trącając swoją głową o udo dziewczyny i liżąc ją w dłoń.

Raven?