Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ancymon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ancymon. Pokaż wszystkie posty

9 sierpnia 2019

Od Ancymona do ktosia

Pamiętał, jak kochał jesień. Jak wyglądał jej przez cały rok, nie mogąc doczekać się ferii barw, którymi okraszone były drzewa, a wkrótce i ziemie, zasypane liśćmi. Lubił zakładać wtedy swoje wyciągnięte swetry w brudnych kolorach i przechadzać się na spacery, trzymając mniejszą dłoń w tej swojej. Jeszcze bardziej lubił przycupnąć przy oknie, wystawić stopy na parapet i dopijając już lekko wystygniętą herbatę, wsłuchiwać się w rozmowy, jakie wymieniały kobieta z dziewczynką albo kolejny marny teleturniej rodem z Familiady, czy innego koła fortuny. Czasem śmiał się z odpowiedzi, czasem wymrukiwał własne, o wiele celniejsze, niż te wymienione przez uczestników.
— Skąd to wiedziałeś? — pytała wtedy dziewczynka, wspinając się na jego kolana, albo przecierając zbyt długą brodę, którą zdecydował się zacząć zapuszczać na początku tego roku. Wzruszał ramionami, zazwyczaj odpowiadał motywującą gadką na temat pilnego chodzenia do szkoły, chociaż wiedział, że instytucja niekoniecznie to daje. Liczył jednak na to, że widząc jakąś tam wiedzę, dziewczynka zacznie chętniej do niej chodzić i może w końcu przestanie płakać za każdym razem, gdy odstawi ją pod jej salę, wcześniej pomagając jej zawiązać tenisówki. Ładne, czerwone tenisówki ze Spider-Manem. Rozumiał fascynację małej superbohaterem, sam przepadał za człowiekiem pająkiem i nie miał zamiaru przeszkadzać jej w szaleniu za tą ikoną.
Lubił jesień ze względu na chłodniejszy wiatr i krótszy dzień. Lubił to, jak świat zaczynał wtedy zwalniać ze względu na nadchodzące obowiązki i leniwe przygotowania do zimy. Roślinność powoli usypiała, zwierzęta również, a ludzie zaczynali denerwować się chłodem. Kamil nie miał zamiaru narzekać, w końcu, gdy stało się w zimnie, czas jakoś wolniej upływał, niż w pełnym słońcu, a chyba tego najbardziej potrzebował. Tyle lat umknęło mu przed nosem, nie chciał pozwolić na to, by kolejne uciekły równie prędko. W końcu było mu już bliżej niż dalej, połowy życia.
Lubił również jesień dlatego, że mała miała wtedy urodziny. Może też dlatego i ona kochała tę porę roku, mogli dzielić się miłością do tej pory roku i sprzeczać z kobietą, która zdecydowanie wolała lato i tego, jak to określał Kamil, jej się nie ceniło. Przewaga jednak stanowiła swoje, często więc wychodziła wraz z nimi, chociaż nie było to podszyte szczególną chęcią przewietrzenia się. Ubierała się grubo, tak samo małą zapinała pod samą brodę, dbając o to, żeby nigdzie przypadkiem chłodne powietrze jej nie dopadło. Kazała już zakładać rękawiczki, czapki i szalik, na co Kamil nieco pojękiwał, w środku jednak będąc wdzięcznym za troskę, która ich dotykała. Nigdy nie był w stanie pojąć, jakim cudem spotkało go takie szczęście i dlaczego miłość z czasów, jeszcze studiów, choć zapoznana w liceum, nie zdołała się wypalić. Tymczasem, jednak wyszło i Marcelina okazała się jego bratnią duszą, którą pokochał jeszcze bardziej, gdy w życiu zagościła mała, rozbiegana blondyneczka.
Dlatego też znienawidził jesień.

4 listopada 2018

Od Ancymona CD Venti Do Lucan'a (skażone ziemie)

— Tato, posmarujesz mi tosta?
Wzdrygnął się, słysząc dziewczęcy głos, który niespodziewanie wybudził go z niezwykłego letargu. Poczuwał się, jakby przyszło mu przespać ostatnie kilka lat.
Chciał już podnieść się z wygodnego, jasnego krzesła, niezbyt pasującego do wystroju wnętrza, jednakowoż na tyle wyjątkowego, żeby z chęcią się na nim sadowić, chciał już odpowiedzieć „oczywiście, skarbie”, gdy poczuł chłód ciągnący od podłoża, stracił świadomość własnego ciała i zrozumiał docierające do niego słowa obcego człowieka.
— Nie ma problemu — orzekł się rudy mężczyzna siedzący po drugiej stronie stołu, za chwilę trzymający kruchy kawał zapieczonego chleba w dłoni i drapiąc po nim ząbkami noża powleczonego kremem czekoladowym. Mężczyzna nie miał twarzy.
Dziewczynka zresztą też.
W sumie zgubił poczucie jestestwa. Świat zniknął. Stół lawirował gdzieś w przestrzeni, a on razem z nim i dwójką znajomych-nieznajomych.
A kruk wrzasnął wraz z momentem, gdy zmęczone niewygodnymi terenami, zabarwione glebą i zabliźnione stopy dotknęły chłodnego dywanu, białego, puchowego. Chwilę później płynącego czerwienią, która nie tyle, co kolorowała, a pozbywała się go ze swojej drogi.
Wszystko pędziło równie prędko co teraźniejsze słowa, wypowiadane bez celu, ładu i składu.
Jednakże cóż z tego, jeśli mężczyzna mógł wtedy w końcu ułożyć dłonie na jej licach, ucałować zmarznięty nos i zaszlochać ze szczęścia, widząc przymglone emocjami oczy dziecka.
Cóż z tego.
Przecież i tak nikt nie patrzył na ciało złożone przy kolanach.
Przecież równie dobrze można było krzyknąć, że to wino.
A pióra wciąż wirowały w przestrzeni, a krzyk wciąż roznosił się po śniegu.

— Że co mam ci przynieść? — rzuciłem, marszcząc brwi, gdy swoją obecnością zaszczycił mnie jeden z mniej, lub też bardziej, błyskotliwych... Uznajmy, znajomych. Dymitr uśmiechnął się od ucha do ucha, tylko eksponując swoje nieco przerośnięte siekacze, a i mimowolnie unosząc odstające uszyska. Przyznaję bez bicia, szczurołactwo pasowało mu jak ulał, a z tego, co mi wiadomo, wygląd wcale nie był następstwem modyfikacji. Zrobili sobie psikusa, dobierając mu akurat to cholerstwo.
— Króla. Albo myszy — mruczał, zaciągając, w co poniektórych miejscach. Co, jak co, zaśpiew niezmiennie mu pozostawał, a świszczące przez zębiska powietrze jedynie dodawało temu wszystkiemu uroku. — Bandaże też by się przydały. — Zawirował nosem, podrapał się po nieogolonym policzku i błysnął do mnie tym przekrwionym, błękitnym oczyskiem. Parsknąłem śmiechem, kręcąc głową.
— Chory jesteś — odparłem, kręcąc głową, byle wykazać swoje zrezygnowanie całą tą zaistniałą sytuacją, która jakoś nieszczególnie mi się podobała. Ba, wręcz przeciwnie, drażniła mnie niemiłosiernie, bo kto cieszyłby się z faktu, że pod chatkę regularnie zachadza mu samotny szczurołak, prosi o przedmioty użytku codziennego, odwdzięczając się tylko i wyłącznie ładnym uśmiechem.
— To wiemy. — Pociągnął zaczerwienionym, prawie wiecznie zatkanym nosem. Nie gubił werwy, wciąż był tak paskudnie chyży, nawet jeśli kaszel wyrywał mu płuca z piersi. A ja jedynie zerkałem z rozczuleniem na zapadnięte policzki, podkrążone oczyska i bladą, pergaminową cerę, spod której idealnie widoczne były wszelakie żyły.
— Ile tych gryzoni?
— Jak duże to z trzy. Mniejszych może sześć.
— Czy to nie zalicza się pod kanibalizm? — mruknąłem, zerkając na niego podejrzliwie i może, ale tylko może, odgarniając zagubiony, ciemny kosmyk ze spoconego, nieco brudnego czoła. Wzruszył ramionami i może, ale tylko może, starał się prędko wtulić jak największą powierzchnię głowy w moją dłoń, gdy tylko nadarzyła się okazja. — Mniejsza. Uważaj na siebie.
— Już mnie wyganiasz? — parsknął chrapliwym śmiechem.
— Ja? Nie. Pora dnia? A i owszem — rzuciłem, zauważając, że rzeczywiście, jeszcze chwila, a i osadnicy poczną się szlajać po okolicznych terenach i nasłuchiwać, obserwować. Brunet przewrócił zmęczonymi oczami. — Starcza, że ciskają w ciebie trutkami, chyba że stęskniłeś się za szpikulcami w udzie, co? — Smętny śmiech urwał się z mojej piersi. Nie wierzyłem, że pozwoliłem mu uciec i dojrzeć światło dzienne. — Naprawdę, uważaj na siebie.
Odetchnął nieco ciężej, wbijając wzrok w swoje brudne, szczupłe stopy z długimi palcami. Jeszcze raz rzucił na mnie błękitnym, marnym spojrzeniem i pokiwał nieśmiało głową, ewidentnie nie kwapiąc się do ucieczki spod strzechy.
Niechęć capiąca na kilometr. Niepewność, ale jednak, końcowe zbliżenie się do drewnianej okiennicy, otworzenie jej. Zawahanie.
Też nie chcę, żebyś odchodził, nawet jeśli to tylko kilka godzin.
Martwię się, wiesz o tym.
— Dlaczego po prostu się do nas nie przyłączysz?
Pozostawił mnie bez słowa, wyskakując przez okno i za chwilę ginąc gdzieś w lesie.
Pozostawił mnie bez słowa, jedynie z jego zapachem świdrującym nos, lekkim niesmakiem i chłodem omiatającym policzki. Mróz szczypał skórę.
Pozostawił mnie bez słowa, a jego odpowiedź i tak brzęczała mi w uszach.
Nie miał przecież zamiaru zabierać miejsca żywym.

— Witaj, Venti — rzuciłem w stronę handlarki, udając, że wcale nie widziałem zdarzeń sprzed dosłownie sekundy.
Udając, że mężczyzna wcale nie schował się w dość mało dyskretny sposób w lesie.
Udając, że sam wcale nie znajomiłem się z jednym... Może kilkoma samotnikami.
Byłbym hipokrytą, gdybym cokolwiek jej wytknął. Zresztą, nie miałem zamiaru. Ludzie jak ludzie. To jest, modyfikacje, czy coś. Mniejsza.
— Nie macie przypadkiem na stanie króla, czy myszy? — rzuciłem z delikatnym uśmiechem wirującym gdzieś pod zarostem. Wcześniej może i zaglądnąłem do myśliwych, ci jednak danych „przysmaków” nie posiadali.
Chociaż bardzo się starałem, wzrok mimowolnie padał na gąszcz, w którym zniknął owy osobnik, pozostawiając po sobie tylko złamaną gałązkę, może dwie.
— Albo, chociaż czegoś na rany — dodałem, wspominając brzydkie, niezagojone i do tego wciąż babrzące się świństwo na jego kostce. Dziabnął go kotołak, co się dziwić. Ci zawsze mieli coś w sobie, że najwięcej krzywdy sprawiali. Paskudztwa.
Wbicie spojrzenia w obandażowane stopy, o ile bandażami można nazwać jakieś szmaty i trochę ususzonej skóry jakiego zwierzęcia.
A później wymowne zwrócenie oczu na gęstwinę lasu, zmarszczenie brwi.
— Powinnaś na siebie uważać — mruknąłem, wsłuchując się w szelest i dźwięk znacząco wskazujący na to, że coś się tam ruszało.
Coś zdecydowanie większego od przeciętnej jednostki.
„Wyrzucili coś nowego na brzeg” szepnął, charknął i nawet powstrzymał kaszlnięcie.

<To ten, Lucan cnie>

3 listopada 2018

od Ancymona CD Aven

Przez cały czas certoliła. Dużo, namiętnie, wręcz nieco napastliwie, starając się widocznie tylko podtrzymywać przy życiu tę nieszczęsną, nieco umierającą rozmowę. Mnie tam nie przeszkadzało. Mogło egzystować, mogło paść jak mucha z przyczyn naturalnych, cokolwiek, co sprawiłoby jej więcej przyjemności. Jak widać, wolała trajkotać jak dobrze nakręcona i naoliwiona katarynka, bo ciągle dodawała od siebie słówko, czy dwa, za którymi leciał cały wodospad wypowiedzi, których jedynie ze spokojem słuchałem, może raz na jakiś czas, kiwając głową. Wolałem poprzyglądać się otoczeniu, niż bardziej wkręcać w jej historie, jednakże miły, łagodny i zaskakująco dźwięczny głos, całkiem przyjemnie ukręcał mi to chłodne, zimowe popołudnie. Nawet stukot kół i nierówny teren wydawały się być mniejszym utrapieniem, niż zazwyczaj, co przyjąłem do świadomości z uśmiechem na ustach i myślą, że w sumie, to dobrze mieć jakiegoś kompana podróży. Nawet jeśli to gadatliwa nimfa z przykuwającym oko wyglądem. Bardzo przykuwającym oko.
Do tego robiła za dość skuteczny pług, gdy przyszło się przedzierać przez coraz to większe zaspy, które w pewnym momencie naprawdę mogły stać się rzeczą nadwyraz uciążliwą i męczącą. Nie przepadałem pod tym względem za mroźną porą roku, nawet jeśli była jedną z moich bardziej lubianych, bo w końcu ładnie to wygląda, do tego święta, te sprawy.
Dziewczyny zawsze się jakoś tak cieszyły, a przecież ukochałem błysk w tych ich ślepkach.
Śmiech brzęczący w uszach niczym najszczersze złoto, gdy tylko odpakowywały pakunki, melodie kolęd i innych pierdół, których z kolei cholernie nie mogłem ścierpieć. Szczególnie gdy kazano mi je śpiewać, a robiono to zawsze, rok w rok, bez wytchnienia.
Masz przecież tak ładny głos, Kamilku, czemu ty z niego pożytku nie robisz.
Co z tego, że brzmiałem, jak przejechany kot, którego ktoś jeszcze postanowił obedrzeć ze skóry i futra.
Wzdrygnąłem się na myśl o nieszczęsnym zwierzęciu, bo takich pewno nadarzyło się więcej, niż dużo. A i przecie teraz sami mogliśmy tak skończyć, skonać i zwiać z tego świata. Niezbyt dumny sposób. Wręcz przeciwnie.
A potem już tylko buda zabita dechami, wyglądająca jak z jakiegoś dobrego horroru i to wcale nie metafora, bo rzeczywiście znaleźliśmy się pod takowym budynkiem, który, jak się okazało, był kolejnym przystankiem na naszej trasie.
A właściciel już całkiem wyglądał jak wyjęty z dobrego dreszczowca. Potężny, masywny, z miną godną zbrodniarza, ale proszę bardzo, okładka ponownie zdołała mnie zmylić. Okazał się całkiem spoko jegomościem, nawet potulnym, bo i do chaty zaprosił, coby się człowiek ogrzał i dupsko ugościł w ciepłym.
A było paskudnie zimno, żem się trząsł w swoich fatałaszkach, nawet jeśli do cienkich to one nie należały. Jednak mimo wszystko zdecydowałem się odmówić.
— Wiecie, jak już wejdę, to stąd nie wyjdę — parsknąłem śmiechem, kręcąc nieco głową i przecierając obolały, zmarznięty kark. — Jednakże dziękuję za propozycję.
A i ona również odmówiła. Widocznie jedynie czekała na moją decyzję w danej sprawie.
— Następny kurs? — spytałem, poprawiając uchwyt na moim małym, rozklekotanym wózeczku.

Aven?

21 października 2018

Od Ancymona CD Cyklamen

Możliwe, że za żadne skarby świata nie wiedział, co powinien robić w takich sytuacjach. Możliwe, że szukał ciągle gdzieś w przeszłości śladu i jakiegoś znaku, klucza, symbolu, czegokolwiek, co pomogłoby mu się odnaleźć w mrocznym i nieprzyjemnym tu i teraz. Fukał i prychał, wycierając zmiętą, nieco brudną, materiałową chustką zmarznięty, czerwony i przede wszystkim — mokry nos.
Nie starał się udawać, że potrafi funkcjonować w świecie i w sytuacji, w której postawił go los. Nie miał zamiaru walczyć z wiatrakami i udowadniać wszystkim, jak to dobrze mu nie idzie.
Ancymon miał dość, najchętniej zakończyłby wszystko tu i teraz, jednak pozwolenie na chwile słabości nie było czymś, co chciał dopuszczać do przejęcia władzy nad jego ciałem.
Cóż za ironia. Nie jest ani silny, ani też słaby. Był nijaki. Mdły, beznadziejny, bezużyteczny. Co bowiem z człowieka, który sam nic nie zrobi, ale też nikogo o pomoc w danej sprawie nie poprosi?
Możliwe też, że młody Mazurkiewicz po prostu nie miał już siły zmagać się z bezlitosnym przeznaczeniem, w które powoli zaczynał wierzyć i jedyne, na co miał ochotę, to monotonne powtarzanie marnej sentencji.
Niech się dzieje wola nieba.
Z nią się zawsze zgadzać trzeba.
Bo co innego robić w takiej sytuacji, jak po prostu dalej brnąć przez wysokie zaspy, pilnując, żeby toboły po obu bokach przypadkiem się nie zsunęły? Zrezygnował z wózka. Przemieszczanie się z małą taczką w takich warunkach graniczyło z cudem, a równało się z debilizmem w czystej postaci, to też Ancymek łupnął drewnem o kamienną posadzkę, chwycił po torby i ruszył, jak to go prosili, bo rzekomo problem z dostarczeniem jakich tam materiałów zaistniał. Co i jak, to nie miał pojęcia. Powiedzieli mu „Chuj wie, na północ idź”.
No i rzeczywiście, chuj tak właściwie wiedział, gdzie powinien iść, więc tylko wzruszył ramionami i szedł na rzekomą północ.
A raczej stępa przedzierał się przez mroźne krajobrazy, dziękując, że dupę ma wielką, to i siły mu szybko nie zbraknie. W sumie to z tym tyłem dumnego shire wyglądał zaskakująco dobrze, przynajmniej w jego własnej, dość skromnej opinii.
A głowę wciąż zaśmiecał nieprzyjemnymi i drażniącymi myślami o spokojnej przeszłości, którą przerwano, nie wiadomo, kiedy i nie wiadomo gdzie.
Coraz gorzej pamiętał, jak trafił na wyspę. Coraz mocniej zacierała się ta granica, a i łapał się na tym, że zapominał o tym, co było wcześniej.
Śmiech niebieskookiej był już zdecydowanie słabiej słyszalny.
Dotyk dłoni na zarośniętej twarzy również.
Gubił kontakt z rzeczywistością.
I tak do wieczora, gdzie już całkiem wtrącono go w ślepy zaułek. Trudno było mu zrozumieć, gdzie zgubił dzień i czy wciąż kieruje się na północ. Świadom był tylko faktu, że nieźle się zasmarkał, szalik mu się zsunął, a i zrobiło się o wiele chłodniej, czego dowodziłaby, chociaż gęsia skórka na ramionach. Nawet jeśli skrywał się pod ładną warstwą ubrań.
Fuknął, westchnął, mruknął i zebrał się jakoś do rozpalenia ogniska. Co prawda, to prawda, nieco mu zeszło, ale finalnie udało się uzyskać swój cel i mógł usadowić rozlazłe dupsko na jakimś materiale, coby to od gruntu zimnem nie ciągnęło, ale i tak każdy wie, że średnio to w sumie pomogło.
I znowu, rozmyślania, znowu trucie myśli, znowu zrzędzenie pod nosem.
I bzyczenie jakieś, istotka przy ognisku, drobna, mucha pewno. Z nogami mucha i gdzieniegdzie czerwonawą czupryną.
Ocknął się z dziwnego transu, nabierając świadomości, że prawdopodobnie wróżka mu podfrunęła, bo ciepło. Mieli chyba jakąś w obozowisku, co prawda rzadko kiedy się wychylała ze swojej chatki, ale jednak.
Zarejestrował dziwny pisk. Jęknięcie może, cokolwiek.
— Nic panience nie jest? — spytał z niebywałą łatwością, naturalnie się uśmiechając i drapiąc przy okazji po boku, bo coś go tam zaswędziało, a ogonem jeszcze tak zgrabnie się nie posługiwał, żeby się trzepnąć, jak rasowy kopytny.
 
Cyklamen?

22 września 2018

Od Ancymona - ''Echo, cz.2'' [etap1 > etap2]

Śmieli mówić o nim jak o narwanym dzieciaku z wybujaną wyobraźnią, dzikimi pomysłami i nieokrzesanym sposobie bycia, czy tam życia. Zakała rodziny, potomek o wiele mniej posłuszny, niż starsza siostra. Kamil nie miał najmniejszego zamiaru się dostosowywać, rzucał coś i fukał, że on taki, jak Marysia, to nie ma zamiaru być. Był sobą, nie kopią rodzeństwa w innym opakowaniu.
I oczywiście musiał zaznaczać to na każdym kroku swojej egzystencji. Podkreślał to przy każdej możliwej okazji, nie bacząc na to, co by się nie działo. Czy się wali, czy się pali, ten zostawał przy swoim, nawet jeśli późniejsze przyznanie się do przewinienia miało z trudnością przechodzić mu przez gardło. Chociaż i tak w większości przypadków nieszczęsna gula pozostawała w krtani, skutecznie blokując drogę dla ciężkich i trudnych słów.
Tak, w wypowiadaniu się na tematy maści wszelakiej, młody Mazurkiewicz raczej nigdy nie był orłem. Plątał się w tym, co chciał przekazać, tracił rytm się gdzieś po drodze i z niezwykłą łatwością gubił rozpoczęty wątek. A rozmowa o emocjach? To już było coś, czego nigdy nie miał zamiaru dopuścić do swojej świadomości. Uczucia były tematem tabu. Chociaż oczywiście, posiadał je, nie dzielił się nimi. Uznawał to za zbytnie otwieranie się.
Od zawsze był przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa swojej psychicznej strony. Wyjawianie tego, co poczuwa w danym momencie? Szansa na wbicie szpili. Nie chciał zostać marnej jakości celem dla ostrych komentarzy rzucanych przez znajomych z klasy, szkoły, czy podwórka.
Możliwe, że od zawsze doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak parszywi potrafią być ludzie.
Niektórzy mówili, że głównie przez fakt bycia po dokładnie tych samych pieniądzach. Jednak co prawda, to prawda. Czasem włączała się w nim ta okrutna szuja, z którą nikt nie miał najmniejszej ochoty się zadawać, ale komu się to nie przydarzyło chociaż raz w życiu, niech pierwszy rzuci tym pieprzonym kamulcem.
I tak się kulał przez to życie, dokładnie filtrując całą docierającą do niego zawartość, jak i to, ile może od siebie dawać gdzieś dalej. Jak bardzo może dzielić się ze światem anegdotkami ze swojej smętnej rzeczywistości, czy niuansami, które niejednokrotnie go zaskakiwały.
Mimo wszystko szkołę na każdym etapie edukacji wspominał lepiej niż dobrze. Mimowolnie uśmiechał się na myśl o znajomych i głupich sytuacjach, które ich spotykały. Parskał śmiechem, gdy gdzieś w miejscu publicznym ktoś zarzucił hasłem, które bezpośrednio wiązało się z klasowym żartem powtarzanym przez całe lata edukacji. Chyba każdy miał coś takiego, ta jedna rzecz, która bawiła zawsze tak samo, nawet jeśli minęła już dobra dekada, albo i więcej.
Też dlatego pewnego dnia, gdy przewoził kolejne pakunki w tym swoim prowizorycznym wózeczku, na podsłuchanie, gdy ktoś mówił coś o „wygórowanym ego”, miał ochotę rozlecieć się ze śmiechu, głośno parsknąć i znowu spojrzeć w oczy Maćka, który namiętnie powtarzał frazę o swoim rzekomym psychologu i skali, na której znajduje się jego ego. Oklepana pierdoła, wypowiadana dobre trzy razy w tygodniu, dalej rozkładała Mazurkiewicza na łopatki.
I rzeczywiście, nawet nie wiedział, kiedy począł się śmiać, kręcić głową, wciąż żwawo pędząc przed siebie, stukając radośnie kopytami i nie przejmując się coraz dobitniejszym bólem brzucha. Zawsze zaczynał się kulić, gdy przyszło mu się roześmiać. Zawsze reagował podobnie.
Jednakowoż teraz ból nagły, rozrywający i niepokojący. Powoli roznoszący się po dolnych partiach ciała, sprowadzający go do parteru, sprawiający, że bez ostrzeżenia ancymonowego organizmu, po prostu puścił wózek, który z hukiem uderzył o grunt. Zwrócenie na siebie uwagi większości przechodniów nie było trudną sztuką, za chwilę spojrzenia padły na gnącą się w ogłuszającym bólu osobę.
Rozdziawiał usta, wydzierał się, ile miał sił w płucach, dławiąc się przy okazji łzami. Prawdopodobnie później nie pamiętał, co się działo, czuł tylko ból, który szybko przeniósł się na kręgosłup, nogi, pieprzoną dupę, dosłownie wszystko.
Chwilę później wylądował koło wózka, łupiąc pięścią o grunt, ślepo wierząc w to, że wyżycie się na biednej glebie odejmie mu odrobiny bólu, a zagryzanie języka do krwi jakkolwiek pomoże. Nie pomagało, tępa igła wbijała się coraz głębiej, przebijała przez dolne kręgi, śrut przechodził mężczyznę na wylot. Jakby kto wziął potężne ostrze i łupnął nim prosto w bezbronne ciało, odrąbując dolne partie ciała na dobre.
Cierpiał tak jeszcze przez chwilę, oglądając ponownie każdą scenę z jego życia, bo nie było to możliwe, musiał właśnie umierać, nie widział innej możliwości.

Coś mi tu nie grało. Pomińmy już długo oślepiające mnie słońce i kobietę, która zerkała na mnie z góry, przy okazji uśmiechając się pokrzepiająco.
Tępe papierowe uczucie owładnęło moją jamę ustną. Zabrakło mi śliny, mlaskanie na nic się nie zdawało i nawet podane mi za chwilę naczynie z wodą, za przeproszeniem, gówno dawało.
Coś nieznanego.
Chwila analizy.
Bingo.
— Jak wyglądam? — spytałem ledwo przytomny, marszcząc czoło i za chwilę kaszląc, bo gardło drapało mnie niemiłosiernie. Kobieta odpowiedziała mi ładnym, melodyjnym śmiechem.
— Jak rasowy shire — odparła, klepiąc mnie drobną dłonią po boku.

19 września 2018

Od Ancymona CD Aven

Cofnięcie w rozwoju cywilizacyjnym po trafieniu na to odludzie było nieopisane. Nagle ponownie byliśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie samych, swoją wiedzę i łaską, bądź niełaskę natury, która powiedzmy sobie szczerze, wolała nas uwalić, niż dać dychać. Cały świat zwrócił się przeciwko nam, mi już strzykało w kościach, a to wszystko zapowiadało się gorzej, niż źle.
No ale co innego mogliśmy robić, jak po prostu próbować pruć przed siebie? Instynkty samozachowawcze przeciętnego Kowalskiego zaprawdę mnie osłabiały. Łatwiej by było, gdyby w takich sytuacjach człowiek bez krztyny zastanowienia się, targnąłby się na swój żywot. Kołek w brzuch, jakieś jagódki, pobliski klif, czy może pysk jakiego to tam paskudnego stworzenia.
To nie, chce mu się żyć i mieć jakąś z palca wyssaną nadzieję na to, że ktoś jakimś cudem go stąd wywiezie i przywróci na łono miejskiej natury. Szło zatęsknić za chaosem, hałasem i smogiem. Nawet za tymi niezbyt lubianymi twarzami.
Za bardzo ważną dwójką.
Za uśmiechem.
Za radosnym śmiechem, a nie jedynie krzykiem rozdzierającym płuca kolejnej ofiary ataku rozwydrzonego i nadpobudliwego samotnika.
Znowu zaczynałem się rozpływać i dręczyć o wiele ciekawszą przeszłością. Znowu począłem odczuwać tę nieopisaną pustkę, która szczerze mówiąc namiętnie towarzyszy mi od początku „przygody” na tej przeklętej wyspie, czy cholera w sumie wie, co to tak właściwie jest.
A obiecałem sobie, że oszczędzę sobie melancholijnych momentów, dla własnego zdrowia, bo na dobre w zdecydowanej większości mi to nie wychodziło. Wręcz przeciwnie, odnosiłem nieodzowne wrażenie, że każda sekunda spędzana na rozpamiętywaniu tego, co było przed całym tym koszmarem, dodaje mi kolejnych kilku lat i im dłużej się tym wszystkim zamartwiam, tym szybciej zmierzam w stronę dołu, byle ułożyć się te pięć stóp, czy ile tam, pod powierzchnią.
Westchnąłem ciężko, wiążąc przy okazji sznurki przy spodniach, bo jednak były odrobinkę za duże, zsuwały się z moich coraz węższych bioder i tylko doprowadzały mnie do szewskiej pasji, gdy na początku posiadania tych szmat zostałem zmuszony do notorycznego poprawiania ich jakieś pięć razy w ciągu dwudziestu minut. Później zdecydowałem się zainwestować w bardzo prowizoryczny pasek, ale działał? Działał i to jak!
Kopyta uderzyły radośnie o kostkę, którą wyłożone były bardzo prymitywne ścieżki, chodniki, czy co to tam innego, chociaż w większości przypadków człowiek i tak spotykał się z dobrze udeptaną przez tutejszych obateli dróżką, która była na tyle twarda, że nie zapadała się pod moim równie przeciętnym i skręconym na szybko wózeczkiem, którym posługiwałem się przy transporcie rzeczy mniej i bardziej ważnych.
A teraz stałem, wiedząc, że przede mną kolejny dzień latania wte i wewte dowożąc paczki pakuneczki.
Było zimno, oczywiście delikatnie rzecz ujmując, bo gdybym miał dosłownie rzucić, co o tym wszystkim myślę, dostałbym zazwyczaj po łbie od pierwszej lepszej osoby. Także co, także przed wyjściem wcisnąłem się w jakiś marny szal i jakieś grubsze ciuchy.
Było zimno, a jak spod ziemi wyrosła przede mną wręcz naga, ruda, jak jaka wiewióra kobita. Ślęczała tak, jak ostatnia sierotka Marysia i zerkała na mnie, dzierżąc śmiało jakieś paczki. No, a jak paczki, to sprawa pewno do mnie, to przystanąłem i łypnąłem na nią uważnym spojrzeniem, oczekując jakiegoś działania z jej strony.
— Przepraszam pana bardzo, czy mógłby mi pan pomóc z transportem? — zapytała, niezwykle cicho i dość nieśmiało, jakbym jej miał zaraz krzywdę zrobić. — Oczywiście, jeśli nie sprawiło by to panu większych kłopotów...
Tutaj parsknąłem głośnym śmiechem, może nawet zbyt głośnym i pokręciłem z niedowierzaniem głową. Zerknąłem jeszcze raz, to na dziewuchę, to na mój rozklekotany wózeczek, który dzielnie przedzierał się przez zaspy.
— Od tego tu jestem, śmiało — rzuciłem, nadwyraz pozytywnym głosiskiem, gubiąc gdzieś na chwilę całą swoją markotność i rozdrażnienie, które pojawiało się ostatnimi czasy niezwykle często. — Powiedzieć tylko, gdzie, jak i do kogo, jeśli łaska. No, inaczej nie dowiozę — dodałem, wzruszając ramionami i poprawiając nieco wózek.
Zastukałem szybko prawym kopytem.
Było chłodno.
— Zresztą, nie zimno ci, panienko? — spytałem jeszcze, oblatując spojrzeniem drobną dziewuszkę, która to pewno była nimfą, czy czym tam innym. Może inaczej to funkcjonuje? Cholera wie w sumie.

Aven?

13 września 2018

Od Ancymona - "Echo"

" Echo "

„Wspaniale było po raz pierwszy usłyszeć kolejną parę stóp. Ponownie zaskakująco małych nóżek, które tak radośnie, pilnie i prędko uderzały o parkiet w naszym salonie. Zabawnie plaskały, łupały, tuptały na tyle mocno, by móc zacząć zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem już nie zaczęły go boleć.
Nasze skromne M4 stało się nagle jeszcze ciaśniejsze, mniejsze i trudniejsze do poruszania się, czy nawet życia. Jednak na ten moment chyba aż tak bardzo nam to nie doskwierało.
Były rzeczy ważne i ważniejsze, a wychowanie Kamila bez zbędnych niespodzianek i katastrof związanych z przeprowadzkami, na które o dziwo było nas stać, zdecydowanie zajmowało pierwsze miejsce. Niepotrzebne nerwy. Niepotrzebne ryzyko.
Przecież jeszcze za chwilę Marysia miała pójść do przedszkola.
Chociaż szczerze mówiąc, to patrząc na całą sytuację po latach, nieco żałowaliśmy, żeśmy jej nie podjęli. Byłoby łatwiej, później spraw się tylko nagromadziło, a nam pozostało siedzieć ze zmartwieniem wymalowanym na twarzach, bo kolorowo jednak już nic się nie zapowiadało.”

Młody… Jaki tam młody, już prawie trzydziestopięcioletni, Mazurkiewicz, po raz kolejny wspomniał kartkę wyrwaną z dziennika matki. Nie miał zielonego pojęcia, jakim cudem pamiętnik rodzicielki został poszkodowany, ale jednak pewnego dnia znalazł nieszczęsny świstek i przeczytał go, wręcz na jednym tchu. Bo prawdopodobnie też tak został napisany i chociaż nie zawierał żadnych większych ekscesów, czuł, jak bardzo ciężar treści zaczyna uciskać jego klatkę piersiową, uniemożliwiając podniesienie się na, chociaż dwa milimetry.
Przeklinał w myślach fakt, że posiadał tak dobrze wykształconą pamięć fotograficzną. Litery wciąż przeskakiwały mu przed oczami, zagięcia malowały się na wyimaginowanej kartce, którą mógł miętolić w nieskończoność.
Treść zawsze pozostawała taka sama i to raczej nie miało zamiaru się zmienić.
Słowa wręcz wyryły się w jego głowie, wypaliły na zwojach myślowych, utrwaliły na tyle skutecznie, że żadne próby zapomnienia nie przynosiły efektu, a możliwości i szanse na wymazanie fragmentu z życiorysu powoli się kończyły.
Oczywiście, że tak naprawdę zdawał sobie sprawę, że to, co przeczytał, to jego i na zawsze zostanie to gdzieś przy jego sercu, wraz ze wspomnieniem łagodnych oczu matuli, a jednak naiwnie wierzył w to, że może coś jednak się zmieni. Że może coś go trafi i jednak przekreśli wszelakiej maści rozpamiętywania.
O matce.
O rodzinie.
O przeklętej zupie, na którą tak to psioczył, a teraz jednakowoż z chęcią by jej uszczknął. Nawet kropelkę, jedną łyżeczkę, ni więcej. Ba, zapachem to by się nawet nacieszył i najadł!
Potrzebował poczuć, że jednak ma dom, że gdzieś tam się czai, że to wszystko ma jakikolwiek sens. Chciał pociągnąć jeszcze Maryśkę za warkocze, nawet jeśli już dawno ścięła włosy. Chciał wtulić się w bok matki, by ta leniwie nucąc pod nosem jakąś kołysankę, przeczesywała palcami jego kłaki. Może lekko drapała głowę, oczywiście tymi zadbanymi, utrzymanymi w średniej długości i kształcie migdałów, paznokciami.
Może liczył na to, że ktoś jeszcze kiedyś zrobi mu kakao, które wciąż cenił bardziej od kawy. Może liczył na to, że uda mu się wściubić stopy w miękutkie papucie. Może liczył na to, że kiedyś jeszcze włączy sobie telewizję i oglądnie pieprzone Lata Miodowe, które uznawał za kunszt najwyższej klasy.
Kamil Mazurkiewicz najzwyczajniej w świecie liczył na to, że kiedyś dane będzie mu jeszcze żyć. Nie walczyć o życie. Po prostu żyć, tak, jak wcześniej, bez obaw o smętną rzeczywistość.
Kamil Mazurkiewicz miał zdecydowanie za dużo niedomkniętych spraw, które wyczekiwały dokończenia. Nie ważne za jaką cenę. Nie ważne, kiedy i jak. Musiał, po prostu musiał, choćby miałaby być to ostatnia rzecz, na jaką się targnie.

C.D.N.

25 sierpnia 2018

Od Ancymona CD Raven

Nie powiem, zbieranie szło mi dość mozolnie, prawdopodobnie przez wieczne dziurawe ręce, przez które nawet na zajęciach wychowania fizycznego jakoś średnio mogłem się popisać. Pieprzone piłki zawsze mi wypadały, nawet jak szło lecieć sam na sam z koszem, zawalałem sprawę po całości, oczywiście w fenomenalnym występie dopełnionym wywinięciem orła i zaryciem brodą o paskudną, gumową wykładzinę, czy co to innego tam było. Okropieństwo, szczególnie gdy potem dostawałeś jeszcze salwą śmiechu i jęków w twarz, ale przynajmniej tytuł klasowego błazna jakimś cudem ochraniał mnie przed falą nienawiści skierowaną przez kolegów z klasy.
Pewnie dlatego zawsze wybierali mnie ostatniego. Mniejsza.
Ślęczałem na tej brudnej ziemi, burcząc pod nosem i sięgając po kolejne przedmioty należące do poszkodowanej, gdy ta zdążyła wstać i nawet się otrzepać!
— Czy w moim życiu, wszystko musi się spieprzyć?! — warknęła dość głośno, przykuwając finalnie moją uwagę i może nawet zmuszając mnie do zerknięcia na jej osobę. Czarne kłaki, blada cera, czerwone oczyska... Oho, dwa tysiące szósty woła o swoją modę na wygląd kreowanych postaci. Wyglądała młodo, bardzo młodo, może miała z dwadzieścia lat albo była jedną z tych, co mi tam cyrograf z diabłem podpisali. Cholera ich w sumie wie, zawsze mnie te osobniki zastanawiały, lat osiemnaście, a doświadczeń życiowych, jakby mi co najmniej pięć dekad przeżyły, dziwne stworzenia, zaprawdę. Chociaż to może mnie po prostu coś w środku ściskało, jak widziałem jeszcze wtedy siedemnastolatka, który mógł pozwolić sobie na wylanie kawy ze Starbucksa na swojego Iphone'a, gdy ledwo wiązałem koniec z końcem i to wcale nie tak, że potrafiłem zaparzyć tę samą torebkę herbaty dwa razy, wcale.
Westchnąłem ciężko, drapiąc się po policzku, a za chwilę łapiąc pozbierane przedmioty i dźwigając się z kolan.
Błysk ostrza nie pojawił się znikąd, a jej pozycja bojowa wcale mnie nie uradowała. Może pozwoliłem sobie odsunąć się o te kilka centymetrów, wysuwając prawą nogę, bo chuj w sumie wie, co tej dzisiejszej młodzieży w głowach siedzi, a jeszcze po trafieniu w to miejsce? Trauma gwarantowana, tylko czekać na kolejne Columbine.
— Matka nie nauczył cię normalnie chodzić?! — ryknęła w moją stronę, zwracając na siebie uwagę większości ludzi i losie, czy te dzieciaki musiały aż tak ambitnie sięgać po tę pierdoloną atencję? Żeby jeszcze, chociaż potrafiła posłużyć się poprawną formą osobową, chryste jego panie, za jakie grzechy zawsze pakuję się w takie gówno? Westchnąłem, znowu, jeszcze ciężej niż poprzednio, zdecydowanie się rozluźniając i przecierając kark, gdy ta napinała się w nieskończoność, łypiąc na mnie czerwonymi oczyskami.
Butność młodszych pokoleń potrafiła mnie czasami onieśmielić. Skąd w nich tyle egocentryzmu i przeświadczenia o zajebistości swojego jestestwa? Bo zupa była za słona, dlatego zapierdolę ci matkę, odnosiłem czasem wrażenie, że tak właśnie przebiega proces myślowy niektórych dzieciaków. Zabrzmię jak stary pierd, którym jestem, ale za moich czasów, to jak mi jeden z drugim starszy powiedzieli, że mam się uspokoić, to nie śmiałem nawet pyska otworzyć, ba uciekałem z podkulonym ogonem, a powiedz to teraz komuś z nich, to ci jeszcze wypierdalać każą, no ludzie, szacunku trochę, ja rozumiem, koniec świata się zbliża, selekcja naturalna, walka na śmierć i życie, dziczeją nam towarzysze, ale weźcie, zachowajcie resztkę człowieczeństwa. O przepraszam i dziękuję, już nawet nie mówię, te dwa słowa chyba zostały wypierdolone ze słownika na dobre, ot co.
Zdecydowałem się nie komentować tego jakoś ostrzej, czy sięgać po własną broń, wywołanie zamętu było naprawdę ostatnią rzeczą, jaką chciałbym osiągnąć.
Nawet jeśli to właśnie ta dziewucha ostatnio zapierdalała coś z ogródka kowala.
— Nie uważasz, że to trochę lekkomyślne? — spytałem ni to łagodnym, ni to karcącym tonem, wyciągając w jej stronę zawartość jej torby, a jednocześnie zerkając ukradkiem na ostrze, tak dla pewności, żeby jeszcze bardziej uświadomić jej, o czym mówię.
Zawsze szukali guza.
— Oboje raczej nie chcemy kłopotów, więc może sobie oszczędzisz, co?
 
Raven?

24 sierpnia 2018

Od Ancymona do ktosia

Czy fakt zostania hybrydą centaura zmusza mnie do wpierdalania korzonków?
To jedno pytanie stało się w zasadzie w pewnym rodzaju egzystencjalne, bo jednak myśl o niemożności spożycia już nigdy więcej mięcha, nieco mnie przerażała. Powiedzmy sobie szczerze, byłem cholernym mięsożercą, który potrafił zjeść kiełbasę zawiniętą w boczek z szynką, a wszystko polane jakimś bulionem i brzmiało parszywie, ale w sumie z chęcią bym spróbował i nawet zagryzł to kabanosem. No może z odrobiną ogóra kiszonego.
Nie lubiłem zielska i nie lubiłem koni.
Dlatego zostałem centaurem.
Robili specjalnie spersonalizowane badania i wypytywali moich bliskich, co lubię, a czego nie w jakimś super zaprojektowanym teleturnieju, w którym szło zdobyć uścisk dłoni prezesa i talon na balon?
A specjalnie dla pani kajzerka z jogurtem truskawkowym. Ta.
No i co najważniejsze, zostałem Teneryfą. Trajkotką. Tragarzem. Turkuciem podjadkiem. Cholera, transferem, tak, transferem. Czy zrobiłem to po to, żeby latać po osadzie, doglądać wszystkiego i podsłuchiwać, zamiast przyczyniać się do rozwoju tutejszej gospodarki? Może. Czy na dłuższą metę szło to jako tako i dawało radę? Panie, jestem centaurem, z tą dupą przewiozę to cyk myk, prawda? Kopyta może i były upierdliwe, ale czego nie robi się dla takich cudeniek?
Potem wychodziło szydło z worka, Gabrysia znad bagien znowu wystawiła Donowara, Chędowuj kolejną zaczął podrywać, a Fafik goni za kolejnym kościstym, przyprawiając go o białą gorączkę. Ach to wielokulturowe społeczeństwo, tu harpia, tam wróżka, wydra, ni to pies, cholera w sumie wie co, no i byłem ja, radośnie wiozący pakunki na swoim prowizorycznym wózeczku, nucąc przy okazji pod nosem melodię jakiejś dawno słuchanej piosenki, och losie, jak mi się tęskno zrobiło za muzyką.
W sumie, czy naprawdę możliwość lepszego ogarniania się z aktualnym stanem ludzi w osadzie była warta taszczenia kilogramów pierdół? Materiałów budowlanych? Zielsk, na które niektóre miałem alergię, więc lazłem z chusteczką przyklejoną do twarzy, załzawionymi, czerwonymi i co najgorsze, spuchniętymi oczyskami, przykuwając przy okazji uwagę każdej istoty względnie żywej i względnie myślącej? Pewnie nie, ale coś trzeba było robić. Do kowala w końcu było mi daleko, na zielarza się nie nadawałem, już wiadomo czego, a strażnik, obrońca czy cholera wie co innego? Prędzej to by mnie zadźgali, niż zdążyłbym dobrze krzyknąć. No i całkiem swoją drogą, na cholerę ryzykować życiem.
W sumie wszystko tutaj jest jednym, wielkim, pierdzielonym ryzykiem. Walczcie o siebie, proszę bardzo. Było jeszcze zatutać w tutkę i wrzasnąć coś w stylu „I niech los zawsze wam sprzyja”.
Odrzucające i oburzające, naprawdę.
W sumie zastanawiało mnie, czego mamy tak młodych dyktatorów. Zdawać by się mogło, że dowodzić powinien ktoś, kto, no nie wiem, ma jakieś doświadczenie... Kilka lat za sobą? A nie osiemnastkę i... A zresztą, lepiej nie myśleć, lepiej nie gadać, bo mnie jeszcze za wroga ojczyzny uznają i tyle mi będzie z grzania dupska po kątach, a uwierzcie mi, na samotnika się nie nadawałem, moje dwie lewe nogi, upośledzony układ motoryczny i spowolniona akcja, reakcja, połączenie głowa, oko, mięśnie. To wszystko zostawiało mnie w dość dużej kropce i jednej możliwości.
Musisz wtopić się w tłum, inaczej zginiesz i tyle ci będzie z całej zabawy.
Ale mniejsza o to wszystko, najbardziej ubolewać i tak będę nad ciągle pojawiającymi się i znikającymi kopytami, bo ni cholery nie panowałem nad przemianami, dlatego boso trzeba było chodzić, a potem wbijały mi się jakieś gówna w podeszwę i tyle było z miłego dnia.
A najgorzej to i tak jak pojawiały się nagle, znikąd, a ty, w akcie oczywiście lekkiego przestraszenia się, wpadałeś na stojącą za tobą osobę, no i co? No i rozwalałeś jej wszystkie pakunki, a później spotykałeś się tylko z krytycznym spojrzeniem.
— Losie, przepraszam! Już pomagam, naprawdę przepraszam, to było przez przypadek — mruczałem, kucając i zabierając się za układanie papierów, jakichś paczek i innych pierdół, cholera wie czego, co rozsypało się w dość ładnym promieniu, nie powiem.
Zabijałem się na małym rynku, a co dopiero w dziczy.

23 sierpnia 2018

Nowy osadnik - Ancymon

AnnaHelme
Miano: Ancymon
Imię i nazwisko: Kamil Mazurkiewicz
Wiek: Trzydzieści cztery lata
Data urodzenia: Dwudziesty siódmy lutego
Numer: 018
Modyfikacja genetyczna: Centaur
Etap modyfikacji: Etap 2
Status: Osadnik
Stanowisko: Transfer
Miejsce zamieszkania: Drewniana chata
Aparycja: Urodził się taki piękny, zdrowy, rumiany, mówię panu, cudny synalek, coby go kto farbką po buźce przeciągnął, takie to miał rumieńce! A uroczy, jaki był, rozdziawiał małą paszczękę, tośmy się wszyscy śmieli w najlepsze i przyklaskiwaliśmy, bo takie to cudaśne. Blondynek był wspaniały, juśmy się radowali, że to będzie prawdziwy amorek, loczki złote będzie miał, a i oczka brązowe, to już tylko dziękować za takie geny. Jeszcze, żeby się w dziadka Antoniego wdał, to każda dziewuszka miała jego być, mówię panu, takiego mieliśmy syna! A potem? A potem to ancymon wyrósł taki, że niech go chudy byk weźmie na rogi i poniesie hen, hen stąd! Szkoda słów, panie, dobrze dwóch lat nie skończyło i jakie to się rude zrobiło! Z dnia na dzień, kto mi tu pstryknął palcami i wyszło szydło z worka! Niebieskie oczy ten tydzień po wyjściu ze szpitala przeboleliśmy, ale rude kędziorki? W szoku byliśmy takim, ojciec oczy wybałuszył, siostra go zaczęła tykać bez przekonania, a ja tylko zastanawiałam się, czy ja go przypadkiem gerberkami nie przekarmiłam, nosz to normalne przecież nie mogło być, panie?! Tak z dnia na dzień?! Szatan to opętał, czy inna cholera!
No ale już my się pogodzili z faktem, że z naszego amorka dupa blada wyszła panie, dupa blada. On to tam nie wiem, nigdy się nie skarżył na ten rudy, wydawać by się mogło, że nawet mu się podoba. Co prawda piegów nie ma, ale co tam.
No, przynajmniej buźkę ma ładną, prawda? No i rosły ten mój synalek był, z dwa metry miał, prawda, Jan? Co? Że metr pięćdziesiąt w kapeluszu? A nie przesadzaj ty, krnąbrny baran, proszę mojego męża ni słuchać, ogłupiał na starość, a żeby go wrony zżarły. Tak, o tobie mówię! Jasiu pierdoła, takie oszczerstwa mi o moim synku będzie mówił. Z Kamila piękny chłopak był, bez dwóch zdań. Może z metra osiemdziesięciu dorósł. Ciężki? Gdzie on tam, gruby nie był, szczupaczek raczej, ładnie się trzymał chłopaczyna, co tu dużo mówić, nawet jak rudy, albo jak to on tam mówił „karmelowy”, to go wszystkie dziewuszki podziwiały. A jak brodę zapuścił, to oh, widziałby go pan! Tak mi dorósł pięknie ten ancymonek, wspaniałe dziecko, wspaniałe. Udał nam się, no co tu więcej mówić.
Charakter: A z charakteru to dopiero ruda szuja była, od pieluchy nam popalić dawał, a co pan myśli, skąd nam się to jego przezwisko wzięło, co? Darł paszczę! Ja już z mężem chciałam po egzorcystę wołać, jak mi przez bite pół godziny wydzierał ducha do sufitu, myśmy go nosili, bujali, głaskali, klepali, a ten jak trwał, tak trwał i ni cholery się tego uciszyć nie dało. Do cycka przytknęłam? Wył. Do kołyski wsadziłam? Wył. Smoczek w pysk wcisnęłam. No wył, no wył, no wył. Potem tośmy mu myszkę pluszową kupili, opamiętał się, obślinił dobrze, wyprzytulał, wymiętosił i już na stałe mu tak ta zabawka została, a nam nie sposób jej wyrzucić. Potem się ustatkowało, dorastał, to już tak nie płakał, dupsko mu się zahartowało panie, mówię, potem to już tylko fochy strzelał, stroił jak ta lala i dorzucał drwa do ognia, byle mi tu smoka z groty wywołać, czy tam wilka z lasu. Takie to wredne było! Uczyć się nie chciało, tupało i język wystawiało. No dziecko, jak dziecko, nieokrzesane i dzikie, ale potem będzie krzyczeć „Mamo, mamo, bajkę!”, „Mamo tuli!”, „Mamusiu, koszmar miałem!”. Paskudne te dzieci, no ale jak ich tu nie kochać?
Siostrze życie uprzykrzał okropnie, to fakt. Za warkocze ciągał, spódniczki zabierał, ubrania i zabawki po kątach chował. Raz to nawet wciął farbę i jej buzię całą wymalował. 
A potem dorosło to już całkiem. Nawet nie wiem, kiedy tej osiemnastki dobrnął, pierwszą dziewczynę przyprowadził i się z nią zaprezentował. Dojrzał nam strasznie ten Kamil, uśmiechał się ładnie, szczerze, śmiał się najgłośniej, bo dalej coś mu z małego niesfornego dzieciora zostało. Ale jak pomóc trzeba, to pomagał, historie niestworzone dzieciakom opowiadał, kreatywności dużo wykazywał, a to malował, a to rysował, a to raz siostrzenicy kostium na bal przebierańców przygotował, a jak się cieszyła! Dobry chłopak wyrósł nam, nawet jeśli czasem jeszcze coś ma za uszami, to jednak wspaniała dziecina, wspaniała...
Historia: Jak to mawiają, zaczniemy od początku, prawda? Z chęcią zrobiłabym herbaty, jednak chyba nie ma co przedłużać, prawda? Mówiłam, jak to nam się urodził, co to z nim było, raczej dłużej tego tłumaczyć nie będę, sensu w tym nie widzę.
No nie uczył się, nie uczył się tak, jak sobie tego życzyliśmy, mała paskuda potrafiła uciekać, nie robił zadań domowych, do niczego nam się nie przykładał, na wszystko machał lekką ręką. Szkoda nam było, bo miał potencjał chłopak, a tak wszystko zbywał beznamiętnie, jakby przeświadczony o tym, że ma już przed sobą świetlaną przyszłość, ale nawet jeśli to mógłby zrobić coś dla siebie, prawda? Prawda? Przykro nam było z tego powodu, bo jego siostra to orzeł był prawdziwy, wszystkie konkursy, wszystko, a on? A on na wszystko, za przeproszeniem, sikał ciepłym moczem.
Ale potem wyszło szydło z worka. Napisał te swoje wszystkie testy i w szoku byliśmy, jak wyszło, że zdał wszystko śpiewająco. No szczęki z podłogi zbieraliśmy. 
A on do nas potem, że on wiedział, tylko wolał porobić coś pożytecznego, niż marnować dupsko w szkole.
A teraz? Teraz gdzie jest po tym wszystkim?
Zabrali go panie, zabrali mojego syna! 
Partner: Brak
Wyposażenie: Masa wszelakiej maści piór, cholera wie, po co mu one. Woreczek z dziwnymi jagodami, też nikt nie wie, na co to mu. Zawsze jakieś szmaty i bandaże nosi, żeby mieć jak głośne kopyta ukryć, bo dość sporo problemów mu to przysparza, póki co. Szczególnie jak się znikąd mu pojawi. Sztylet też jakiś nosi, wystrugany chyba z kości albo drewna, nie wiem, na tyle mu się nie przyglądali.
Inne: 
+Bardziej pro tip od autorki. Prosilibyśmy o niepisanie Kamilem. Jeśli już koniecznie chcecie wtrącić jakiś dialog między postaciami, czy napisać, jak zareagował na daną sytuację, zapraszamy serdecznie na priv. Będzie nam naprawdę miło :)