Pamiętał, jak kochał
jesień. Jak wyglądał jej przez cały rok, nie mogąc doczekać się ferii
barw, którymi okraszone były drzewa, a wkrótce i ziemie, zasypane
liśćmi. Lubił zakładać wtedy swoje wyciągnięte swetry w brudnych
kolorach i przechadzać się na spacery, trzymając mniejszą dłoń w tej
swojej. Jeszcze bardziej lubił przycupnąć przy oknie, wystawić stopy na
parapet i dopijając już lekko wystygniętą herbatę, wsłuchiwać się w
rozmowy, jakie wymieniały kobieta z dziewczynką albo kolejny marny
teleturniej rodem z Familiady, czy innego koła fortuny. Czasem śmiał się
z odpowiedzi, czasem wymrukiwał własne, o wiele celniejsze, niż te
wymienione przez uczestników.
— Skąd to wiedziałeś? — pytała wtedy dziewczynka, wspinając się na jego kolana, albo przecierając zbyt długą brodę, którą zdecydował się zacząć zapuszczać na początku tego roku. Wzruszał ramionami, zazwyczaj odpowiadał motywującą gadką na temat pilnego chodzenia do szkoły, chociaż wiedział, że instytucja niekoniecznie to daje. Liczył jednak na to, że widząc jakąś tam wiedzę, dziewczynka zacznie chętniej do niej chodzić i może w końcu przestanie płakać za każdym razem, gdy odstawi ją pod jej salę, wcześniej pomagając jej zawiązać tenisówki. Ładne, czerwone tenisówki ze Spider-Manem. Rozumiał fascynację małej superbohaterem, sam przepadał za człowiekiem pająkiem i nie miał zamiaru przeszkadzać jej w szaleniu za tą ikoną.
Lubił jesień ze względu na chłodniejszy wiatr i krótszy dzień. Lubił to, jak świat zaczynał wtedy zwalniać ze względu na nadchodzące obowiązki i leniwe przygotowania do zimy. Roślinność powoli usypiała, zwierzęta również, a ludzie zaczynali denerwować się chłodem. Kamil nie miał zamiaru narzekać, w końcu, gdy stało się w zimnie, czas jakoś wolniej upływał, niż w pełnym słońcu, a chyba tego najbardziej potrzebował. Tyle lat umknęło mu przed nosem, nie chciał pozwolić na to, by kolejne uciekły równie prędko. W końcu było mu już bliżej niż dalej, połowy życia.
Lubił również jesień dlatego, że mała miała wtedy urodziny. Może też dlatego i ona kochała tę porę roku, mogli dzielić się miłością do tej pory roku i sprzeczać z kobietą, która zdecydowanie wolała lato i tego, jak to określał Kamil, jej się nie ceniło. Przewaga jednak stanowiła swoje, często więc wychodziła wraz z nimi, chociaż nie było to podszyte szczególną chęcią przewietrzenia się. Ubierała się grubo, tak samo małą zapinała pod samą brodę, dbając o to, żeby nigdzie przypadkiem chłodne powietrze jej nie dopadło. Kazała już zakładać rękawiczki, czapki i szalik, na co Kamil nieco pojękiwał, w środku jednak będąc wdzięcznym za troskę, która ich dotykała. Nigdy nie był w stanie pojąć, jakim cudem spotkało go takie szczęście i dlaczego miłość z czasów, jeszcze studiów, choć zapoznana w liceum, nie zdołała się wypalić. Tymczasem, jednak wyszło i Marcelina okazała się jego bratnią duszą, którą pokochał jeszcze bardziej, gdy w życiu zagościła mała, rozbiegana blondyneczka.
Dlatego też znienawidził jesień.
— Skąd to wiedziałeś? — pytała wtedy dziewczynka, wspinając się na jego kolana, albo przecierając zbyt długą brodę, którą zdecydował się zacząć zapuszczać na początku tego roku. Wzruszał ramionami, zazwyczaj odpowiadał motywującą gadką na temat pilnego chodzenia do szkoły, chociaż wiedział, że instytucja niekoniecznie to daje. Liczył jednak na to, że widząc jakąś tam wiedzę, dziewczynka zacznie chętniej do niej chodzić i może w końcu przestanie płakać za każdym razem, gdy odstawi ją pod jej salę, wcześniej pomagając jej zawiązać tenisówki. Ładne, czerwone tenisówki ze Spider-Manem. Rozumiał fascynację małej superbohaterem, sam przepadał za człowiekiem pająkiem i nie miał zamiaru przeszkadzać jej w szaleniu za tą ikoną.
Lubił jesień ze względu na chłodniejszy wiatr i krótszy dzień. Lubił to, jak świat zaczynał wtedy zwalniać ze względu na nadchodzące obowiązki i leniwe przygotowania do zimy. Roślinność powoli usypiała, zwierzęta również, a ludzie zaczynali denerwować się chłodem. Kamil nie miał zamiaru narzekać, w końcu, gdy stało się w zimnie, czas jakoś wolniej upływał, niż w pełnym słońcu, a chyba tego najbardziej potrzebował. Tyle lat umknęło mu przed nosem, nie chciał pozwolić na to, by kolejne uciekły równie prędko. W końcu było mu już bliżej niż dalej, połowy życia.
Lubił również jesień dlatego, że mała miała wtedy urodziny. Może też dlatego i ona kochała tę porę roku, mogli dzielić się miłością do tej pory roku i sprzeczać z kobietą, która zdecydowanie wolała lato i tego, jak to określał Kamil, jej się nie ceniło. Przewaga jednak stanowiła swoje, często więc wychodziła wraz z nimi, chociaż nie było to podszyte szczególną chęcią przewietrzenia się. Ubierała się grubo, tak samo małą zapinała pod samą brodę, dbając o to, żeby nigdzie przypadkiem chłodne powietrze jej nie dopadło. Kazała już zakładać rękawiczki, czapki i szalik, na co Kamil nieco pojękiwał, w środku jednak będąc wdzięcznym za troskę, która ich dotykała. Nigdy nie był w stanie pojąć, jakim cudem spotkało go takie szczęście i dlaczego miłość z czasów, jeszcze studiów, choć zapoznana w liceum, nie zdołała się wypalić. Tymczasem, jednak wyszło i Marcelina okazała się jego bratnią duszą, którą pokochał jeszcze bardziej, gdy w życiu zagościła mała, rozbiegana blondyneczka.
Dlatego też znienawidził jesień.
