Cała ta sytuacja należała do dziwnych, jakkolwiek by na nią nie spojrzeć. Z jednej strony, przybycie obcej istoty do osady nie mogło zbytnio szokować, bo MOOG nie planowało przerwania eksperymentów. Każdego dnia na wyspę wyrzucano kolejnych zmodyfikowanych ludzi, z czego spora część nie przeżywała pierwszej doby. Niektórzy radzili sobie całkiem dobrze, a inni przechodzili stany załamania lub wstrząsu. W tej kalkulacji wróżka nie wyróżniała się niczym szczególnym.
Zaś z drugiej strony, zachowanie ocalałych było zgoła odmienne od tego, co prezentowała sobą Cyklamen. Przerażeni lub sfrustrowani, a na pewno wycieńczeni nowymi warunkami życia rozbitkowie chętnie i entuzjastycznie reagowali na jakiekolwiek ślady cywilizacji. Czy to rozmową i pytaniami, czy wymuszonym, nerwowym śmiechem, czy też błaganiem o pomoc. Rzecz jasna, nie każdy ocalały czuł potrzebę proszenia o cokolwiek. Sporo porzuconych na wyspie stawało się samotnikami z własnej woli. Jak sama nazwa wskazuje, nie pragnęli towarzystwa, nie garnęli się do współpracy, a już na pewno nie mieli ochoty angażowania się w osadnicze związki zawodowe.
Na własne nieszczęście, Cyklamen swoim otępieniem i milczeniem mogła sprawiać wrażenie właśnie takiej. Odizolowanej, aspołecznej, niechętnej do tłumaczenia się z porażki odniesionej w samotniczym trybie życia. Natomiast w praktyce wróżka niespecjalnie rozumiała, co to znaczy być samotnikiem. Nie wiedziała również o funkcjonowaniu osady na wyspie, a momentami nie pojmowała, że w ogóle znajduje się na owej wyspie.
Chociaż uwięziony we własnej obsesji umysł Yany nie zezwalał jej na zaspokajanie podstawowych potrzeb, tym razem klatka okazała się zbyt ciasna, by pomieścić naraz przyziemne pragnienia zmęczonego organizmu oraz obłąkańcze dążenia do osiągnięcia niesprecyzowanego dokładniej celu, którego punkt wydawał się zawieszony gdzieś w odległej przestrzeni. Prostszymi słowami można rzec, że Yana była zbyt zmęczona na wykonanie jakichkolwiek innych czynności poza jedzeniem, spaniem lub ogrzaniem się. Ponieważ jedzenia przy niej nie było (chociaż kilkakrotnie przechodził przez nią impuls nakazujący obrócenie głowy w kierunku, z którego dochodził ją zapach czekolady), a zdrętwiałe części ciała i obecność obcych nie pozwalały spać, wybrała przysunięcie się do ognia.
Wokół zapadła cisza. Dość zrozumiałe, bo po całym tym zajściu chyba każda z zebranych wokół samotniczki trzech osób oczekiwała jakiejś autoprezentacji. Yana nie zrozumiała wymownego milczenia i tylko wyciągnęła spod rąbka koca obie dłonie, po czym zbliżyła je do ognia, patrząc szeroko rozwartymi oczami na płomienie. Przez sekundę wyglądała, jakby chciała sprawdzić, czy ogień oparzy jej palce. Jednak w momencie, kiedy tańczący w kominku żywioł prawie zetknął się z jej bladą, wyziębłą skórą, raptownie cofnęła dłonie, a także całą swoją sylwetkę. Nadal siedząc, wyprostowała się i rozejrzała po pomieszczeniu tak szybko, jakby usłyszała dźwięk dorównujący głośnością co najmniej przekłutemu igłą balonowi. Tak jakby żar ognia spowodował swoiste przebudzenie się otumanionej istoty.
Wyraz jej twarzy sugerował, że lada moment wróżka wstanie i wybiegnie z domu i z osady, lub przemieni się w swoją drobniejszą formę i pryśnie wszystkim zebranym z oczu. Nic takiego się nie wydarzyło. Czerwonowłosa zamrugała kilkakrotnie, odruchowo zawijając się jeszcze szczelniej w koc, po czym uśmiechnęła się jak dziecko, do którego nagle dociera, że cała rodzina obserwuje jego zabawę.
Jej uśmiech nijak nie pasował do oczu, które pozostały rozedrgane, przejawiały głęboki lęk, a gdzieś za przeszklonymi zimnem białkami znajdował się też smutek.
- Kto wy…? – zapytała dźwięcznym, delikatnym głosem. – Czy ja powinnam tu być?
Farrah przyglądała się wróżce z szeroko otwartymi oczami. Jej dłoń powędrowała w stronę nieznajomej istoty z wysuniętym palcem wskazującym. Cyklamen wydała z siebie cichutkie „Hm?”, koncentrując zdezorientowany wzrok na rączce dziewczynki. Od tego skupienia aż jej się brwi nieco zmarszczyły.
- Farrah? – zaprotestował Renard. – Nie wygląda jak zwierzątko. Poza tym, nawet do zwierząt nie wyciąga się palców.
Rzecz jasna, uwagi brata nie zostały przyjęte przez siostrę zbyt poważnie. Dziewczynka nie powstrzymała swojego gestu, aż jej palec zetknął się z ramieniem wróżki. Cyklamen zamrugała. Popatrzyła na swoje ramię, którego prywatność została właśnie naruszona, po czym przeniosła wzrok na dziecko. Po czym znowu zerknęła na swoje ramię. I wtedy przed paluszkiem Farrah został tylko kolorowy, świecący pył, bo wróżka rzeczywiście prysnęła do swojej mniejszej formy. Zanim dziewczynka zdążyła cofnąć rękę, z obłoczka wróżkowego pyłu wyleciała mała, marudząca istotka, podleciała do Farrah i z powalającą siłą liścia powiewającego na wietrze szturchnęła jej ramię trzy razy, za każdym razem wydając z siebie dźwięk wymęczonego, piszczącego gryzaka.
Farrah przyglądała się chwilę motylkowi, który szturchał jej ramię, jednak ona nie odczuwała tego tak, jakby motylek tego chciał. Z konsternacją zmrużyła oczy, ponownie wysuwając paluszek w stronę wróżki oblepionej pyłkiem, a gdy ta unikała jej dotyku, zdziwiona dziewczynka próbowała za wszelką cenę dotknąć wróżki.
– Co ty robisz, motylku – szepnęła zła, przenosząc wzrok z latającego stworzenia na swojego brata, który siedział na tapczanie ze zwichrzonymi włosami i przyglądał się jej poczynaniom. – Spróbuj teraz ty, zobacz, pyłek. – Wystawiła w jego stronę rączkę, a widząc jego nieprzekonany grymas, dodała dosadnie: – KOLOROWY.
Wielobarwna mucha odleciała nieco na bok. Nie dowierzała, że nikt nie zwrócił uwagi na jej śmiercionośny atak. Zawisła w powietrzu, unosząc do tyłu jedną nóżkę, a z jej ust wydobyła się oznaka zdezorientowania: „Huh?”. Raptownie zmieniła swoje położenie, by pociągnąć Farrah za kosmyk włosów, obrzucając ja przy tym kolejną falą dźwięków niezadowolonej wróżki. Gdy wreszcie uzyskała atencję dziewczynki, nadęła swoje drobne policzki i pokazała jej język, wypuszczając przy tym powietrze i sprawiając wrażenie pierdzącej zabawki. Po czym zrobiła – lub raczej spróbowała zrobić – fikołka, przy którym zakręciło jej się w głowie i zniosło ją nieco na bok. Wpadła przez to do kubka z niewypitą czekoladą. Nie wydawała się tym jednak zmartwiona.
- NIE! – krzyknęła Farrah i zaczęła targać za dolną część ciała istotki, próbując wyciągnąć ją z kubka. Ta jednak zaparła się w środku rękami i siorbała słodką ciecz. – Przestań, to moje, zrób sobie swoje!
Dziewczynka wyciągnęła mlaskającą Cyklamen z kubka. Wróżka nie przejmowała się tym, że znajduje się właśnie w uścisku zirytowanego dziecka, które bez problemu mogłoby ją rozgnieść, a jej jedynym zmartwieniem było oczyszczenie się z czekolady. Wycierała się rączkami, chlapiąc przy tym niewielkimi ilościami napoju na boki oraz sypiąc pyłkiem podobnie do dziurawej buteleczki z brokatem.
Farrah? Renard?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cyklamen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cyklamen. Pokaż wszystkie posty
11 grudnia 2018
14 listopada 2018
Od Cyklamen (do Renarda i Farrah)
Wzdrygnęła się i zamrugała leniwie, gdy na jej powieki opadły chłodne krople topniejącego śniegu. Mruknęła z niezadowoleniem, powoli podnosząc się z twardego podłoża w malutkiej jamie, którą wybrała sobie na schronienie. Kryjówka wydawała jej się niegdyś większą. Było to jednak jeszcze w dzień mroźny i nieprzyjemny. Ziemia okalająca jamę skuta była wówczas lodem, który w swojej grubej śnieżnej powłoce przypominał skałę.
Wyprostowała się na tyle, na ile mogła, wykorzystując resztkę przestrzeni do przeciągnięcia się. Nie wiedziała, jak długo spała, ani jak dużo czasu pozostało jej na zdobycie czegoś jadalnego. Nie była też do końca świadoma tego, że straciła przytomność na kilka dni oraz że ta utrata przytomności stanowiła już ostatnie ostrzeżenie przed nieuchronnym wyczerpaniem energii życiowej. To wszystko zdawało jej się niewielkim problemem, gdy tylko ujrzała budzącą się do życia krainę. Dla Yany nie istniało w tamtej krótkiej chwili nic piękniejszego. Chociaż krajobraz nie był jeszcze usłany kwieciem, a gdzieniegdzie zalegał brudny śnieg mieszający się z błotem, to jednak dziewczyna zwróciła uwagę na wychylające się ku słońcu przebiśniegi. Z zupełnie niepojętych pobudek poczuła, jak serce rośnie jej w piersi, aż słabe dotąd tętno przyprawiło ją o lekki zawrót głowy. Podreptała kilka kroków naprzód, przytrzymując jedną dłonią płachtę, w której już nie było jej zimno. Palcami drugiej dłoni poruszała powoli, tak, jakby głaskała jakąś niewidzialną istotę. Bo rzeczywiście tak było – Yana głaskała łagodny wiatr, który pierwszy raz od wielu tygodni nie mroził jej wychudzonego ciała aż do kości.
Ból okrutnie przeszył jej skroń, aby następnie pojedynczym impulsem przenieść się na tył czaszki. Zmarszczyła brewki, walcząc z ogarniającą ją ciemnością. Nie zamierzała się poddać, nie teraz, kiedy doczekała się wiosny. Chciała oglądać ten rozkwit, bowiem obdarzał ją dziwną, iluzjonistyczną nadzieją. A był to bolesny typ nadziei. Ten, który przyspiesza bicie serca, powodując przy tym jego niekontrolowany ucisk.
Poszła przed siebie. Dokładnie tak, jak czyniła zawsze, a przynajmniej odkąd pamiętała, bo sporo jej pamięci przepadło – być może bezpowrotnie. Czuła się słabiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Tak, jakby ta niewielka ulga odciążyła masywną klapę na jej sercu, które tylko czekało, by ulecieć z kościanej klatki już raz na zawsze.
Jej krok stawał się coraz bardziej posuwisty, a dotąd energicznie przeskakujące z gałązki na gałązkę oczy zastygły. Zawiesiła wzrok gdzieś daleko. Tak daleko, aby nie mogła dostrzec, co tam jest. Wciąż pragnęła szukać czegoś i nie wiedziała czego, choć miała świadomość, iż obiekt jej pożądania ciągle znajduje się gdzieś poza zasięgiem jej spojrzenia, słuchu, czucia czy pamięci.
Wtedy je usłyszała. Głosy. Radosne głosy. Nie słyszała, co mówiły, ani nie pojęła ich tonu, a jednak w głębi duszy czuła, że owe dźwięki muszą łączyć się z radością. Przystanęła i rozglądnęła się nieprzytomnie. Po czym zamarła.
Nie mogła wiedzieć, że trafiła bardzo blisko okolic osady. Nie mogła także przewidzieć, że akurat dzisiaj, z okazji pierwszego cieplejszego dnia, brat wraz z siostrą wyjdą poza osadę, by wspólnie spędzić czas. Utkwiła w nich wzrok, próbując uporządkować myśli, których odłamki zawirowały w jej głowie, tnąc senną zasłonę wspomnień i zalewając dziewczynę obrazami, jakich nie chciała pamiętać.
- Co jej jest…? – zapytała blondyneczka, która zauważyła obcą jako pierwsza. Jej ton zdradzał zdumienie i podejrzliwość.
- Hm? – Chłopiec odwrócił się. – Kim ty… - zaczął, lecz gdy tylko z jego twarzy zniknęło chwilowe zdziwienie, niemal skoczył przed siostrę, ustawiając się pomiędzy nią a nieznaną samotniczką. – Farrah, ona nie jest z osady!
Yana poczuła, jak jej oczy niemiłosiernie pieką i nabrzmiewają łzami, które chwilę później nierównomiernie spłynęły po policzkach. Dziewczynka o jasnych włosach wychyliła się, subtelnie odsuwając brata.
- Ale jej chyba coś jest – powtórzyła, tym razem w formie oznajmującej.
Cyklamen uniosła delikatnie kąciki ust, przypominając sobie kogoś, kto obiecywał ją chronić i kogo z całej swojej mocy pragnęła odnaleźć. Niestety, to wątpliwe, by dzieci rozpoznały uśmiech na jej twarzy, bowiem wraz ze wspomnieniami w serce wróżki trafił przeszywający pocisk, którego kłujący impuls bólu w ułamku sekundy rozniósł się po wszystkich nerwach.
Yana upadła na kolana, wydając z siebie krótki krzyk – to wszystko, na co starczyło jej siły, kiedy dostała ataku serca. Jej płachta, nietrzymana już przez niczyją dłoń, osunęła się na ziemię i odsłoniła anorektyczną, wręcz anemiczną sylwetkę samotniczki.
Zdecydowanie nie sprawiała wrażenia kogoś, komu dobrze się wiodło w zimę.
Dziecioczki? Ktoś z osady?
Wyprostowała się na tyle, na ile mogła, wykorzystując resztkę przestrzeni do przeciągnięcia się. Nie wiedziała, jak długo spała, ani jak dużo czasu pozostało jej na zdobycie czegoś jadalnego. Nie była też do końca świadoma tego, że straciła przytomność na kilka dni oraz że ta utrata przytomności stanowiła już ostatnie ostrzeżenie przed nieuchronnym wyczerpaniem energii życiowej. To wszystko zdawało jej się niewielkim problemem, gdy tylko ujrzała budzącą się do życia krainę. Dla Yany nie istniało w tamtej krótkiej chwili nic piękniejszego. Chociaż krajobraz nie był jeszcze usłany kwieciem, a gdzieniegdzie zalegał brudny śnieg mieszający się z błotem, to jednak dziewczyna zwróciła uwagę na wychylające się ku słońcu przebiśniegi. Z zupełnie niepojętych pobudek poczuła, jak serce rośnie jej w piersi, aż słabe dotąd tętno przyprawiło ją o lekki zawrót głowy. Podreptała kilka kroków naprzód, przytrzymując jedną dłonią płachtę, w której już nie było jej zimno. Palcami drugiej dłoni poruszała powoli, tak, jakby głaskała jakąś niewidzialną istotę. Bo rzeczywiście tak było – Yana głaskała łagodny wiatr, który pierwszy raz od wielu tygodni nie mroził jej wychudzonego ciała aż do kości.
Ból okrutnie przeszył jej skroń, aby następnie pojedynczym impulsem przenieść się na tył czaszki. Zmarszczyła brewki, walcząc z ogarniającą ją ciemnością. Nie zamierzała się poddać, nie teraz, kiedy doczekała się wiosny. Chciała oglądać ten rozkwit, bowiem obdarzał ją dziwną, iluzjonistyczną nadzieją. A był to bolesny typ nadziei. Ten, który przyspiesza bicie serca, powodując przy tym jego niekontrolowany ucisk.
Poszła przed siebie. Dokładnie tak, jak czyniła zawsze, a przynajmniej odkąd pamiętała, bo sporo jej pamięci przepadło – być może bezpowrotnie. Czuła się słabiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Tak, jakby ta niewielka ulga odciążyła masywną klapę na jej sercu, które tylko czekało, by ulecieć z kościanej klatki już raz na zawsze.
Jej krok stawał się coraz bardziej posuwisty, a dotąd energicznie przeskakujące z gałązki na gałązkę oczy zastygły. Zawiesiła wzrok gdzieś daleko. Tak daleko, aby nie mogła dostrzec, co tam jest. Wciąż pragnęła szukać czegoś i nie wiedziała czego, choć miała świadomość, iż obiekt jej pożądania ciągle znajduje się gdzieś poza zasięgiem jej spojrzenia, słuchu, czucia czy pamięci.
Wtedy je usłyszała. Głosy. Radosne głosy. Nie słyszała, co mówiły, ani nie pojęła ich tonu, a jednak w głębi duszy czuła, że owe dźwięki muszą łączyć się z radością. Przystanęła i rozglądnęła się nieprzytomnie. Po czym zamarła.
Nie mogła wiedzieć, że trafiła bardzo blisko okolic osady. Nie mogła także przewidzieć, że akurat dzisiaj, z okazji pierwszego cieplejszego dnia, brat wraz z siostrą wyjdą poza osadę, by wspólnie spędzić czas. Utkwiła w nich wzrok, próbując uporządkować myśli, których odłamki zawirowały w jej głowie, tnąc senną zasłonę wspomnień i zalewając dziewczynę obrazami, jakich nie chciała pamiętać.
- Co jej jest…? – zapytała blondyneczka, która zauważyła obcą jako pierwsza. Jej ton zdradzał zdumienie i podejrzliwość.
- Hm? – Chłopiec odwrócił się. – Kim ty… - zaczął, lecz gdy tylko z jego twarzy zniknęło chwilowe zdziwienie, niemal skoczył przed siostrę, ustawiając się pomiędzy nią a nieznaną samotniczką. – Farrah, ona nie jest z osady!
Yana poczuła, jak jej oczy niemiłosiernie pieką i nabrzmiewają łzami, które chwilę później nierównomiernie spłynęły po policzkach. Dziewczynka o jasnych włosach wychyliła się, subtelnie odsuwając brata.
- Ale jej chyba coś jest – powtórzyła, tym razem w formie oznajmującej.
Cyklamen uniosła delikatnie kąciki ust, przypominając sobie kogoś, kto obiecywał ją chronić i kogo z całej swojej mocy pragnęła odnaleźć. Niestety, to wątpliwe, by dzieci rozpoznały uśmiech na jej twarzy, bowiem wraz ze wspomnieniami w serce wróżki trafił przeszywający pocisk, którego kłujący impuls bólu w ułamku sekundy rozniósł się po wszystkich nerwach.
Yana upadła na kolana, wydając z siebie krótki krzyk – to wszystko, na co starczyło jej siły, kiedy dostała ataku serca. Jej płachta, nietrzymana już przez niczyją dłoń, osunęła się na ziemię i odsłoniła anorektyczną, wręcz anemiczną sylwetkę samotniczki.
Zdecydowanie nie sprawiała wrażenia kogoś, komu dobrze się wiodło w zimę.
Dziecioczki? Ktoś z osady?
30 października 2018
Od Cyklamen CD Ancymon'a
Od wielu lat adrenalina popychała ją naprzód. Można by powiedzieć, że w
nieznane, ale byłoby to kłamstwem. Osoby odwiedzające nowe miejsca czują
adrenalinę właśnie przez nieznajomość, przez możliwość zbłądzenia,
która z kolei przemienia się w obawę, a obawa kreuje abstrakcyjne
uczucie strachu przed tym, co jeszcze nie nadeszło. Yana z kolei lękała
się tego, co już znała. Zaś adrenalina stała się dla niej jedynym
bodźcem do kontynuowania dziwnego życia, w którym wszystko znajome
zdawało jej się obce. Nie można więc stwierdzić, że adrenalina popychała
w nieznane kogoś, dla kogo podział rzeczywistości na znajomą i
nieznajomą przestał istnieć. Z różnych przyczyn Yana nie potrafiła
dłużej odbierać świata zerojedynkowo. Owszem, to prawda, że nikt nie
powinien budować swojego światopoglądu na systemie twierdzeń i przeczeń,
bo życie bez hipotez jest przecież życiem smutnym, pozbawionym głębi
przemyśleń.
Z tym, że Cyklamen utkwiła w wirze hipotez, a jakiekolwiek twierdzenia czy przeczenia prowadziły ją do kolejnych hipotez. Stało się to w chwili, gdy po raz pierwszy zakwestionowała prawdziwość własnych wspomnień. Następnie poddała rozważaniom otaczającą ją rzeczywistość. A później było już tylko gorzej.
Tak czy inaczej, powyższe wyjaśnienia mogą się zdać dla kogoś o czystym (lub przynajmniej nie aż tak bardzo niestabilnym) umyśle zupełnie niezrozumiałe, zagmatwane, wysoce nielogiczne. I dokładnie takie wnioski potrzebne były w tamtym momencie – w momencie najmniej odpowiednim dla Yany do zaśnięcia, kiedy obok niej znajdował się ktoś zupełnie obcy, a ogień z łatwością mógł przenieść się z podmuchem wiatru na jej cienkie skrzydełka. Naturalnie, winne odpływowi adrenaliny z drobnego ciałka było wycieńczenie, lecz bardzo prawdopodobnym jest to, iż gdyby nie dostrzegła ogniska, wówczas owej adrenaliny starczyłoby na kolejnych parę godzin życia. Dlaczego więc pozwoliła okowom snu opaść na swój umysł tak prędko? Świetne pytanie, które pozostanie retorycznym, ponieważ ona sama nie umiałaby na nie odpowiedzieć.
Głos obcego dotarł do jej uszu, lecz nie na tyle gwałtownie, by od razu ją zbudzić ze snu, w który ledwo co zapadła. Odruchowo poruszyła ciężkimi powiekami, jednak te nie chciały pozwolić mózgowi na przerwanie długo odwlekanego odpoczynku. Leżąc tak z twarzą zwróconą ku płomieniom, mrugając nieprzytomnie, dziewczyna widziała przed sobą jedynie konkretną barwę – pomarańcz. Pomarańczowy ogień i jego ciepło rozlewały się w jej polu widzenia, tworząc oniryczną wizję jasnego pokoju o podobnym kolorze. Płomienie tańczyły, łamane przez mroźny wiatr, a w ich zgięciach Yana potrafiła dostrzec sufit, który również był pomarańczowy. I chociaż nie poruszała oczami, dynamiczny ogień sam czarował calutką iluzję. Więc wydawało jej się, że leży na łóżku, ponieważ bliskość ognia wymazała granicę między śnieżnym puchem a mięciutką pościelą. Leży na plecach i patrzy na rozświetlony przez wakacyjne słońce sufit. I wtedy ktoś mówi do niej. To może być tylko jedna osoba.
Nie do końca przebudzona, Yana odwróciła głowę, lub raczej potoczyła nią po śniegu, pozwalając drugiemu policzkowi oklapnąć na zimny śnieg, którego z tamtej strony nic nie ogrzewało ani nie rozświetlało. Naraz przytulny pokój stał się ciemną, zimową klitką, w której dziewczynka kuliła się niegdyś z zimna, gdy brat nie wracał miesiącami. Teraz jednak usłyszała głos dobiegający z głębi ciemnego domostwa, a cała marność zdała się zniknąć wraz z napływem nadziei.
- Ty nie chadzaj w zimę, ja w lato tu była, a mnie tu w zimę chłodno… - wymamrotała, zaciągając na rosyjski, i podniosła się chwiejnie ze śniegu, przypominając nieco Wańkę-wstańkę ze względu na niewielkie rozmiary. – Gdzie ty był? – zapytała zaspanym głosikiem, zanim jeszcze dotarło do niej, że właśnie przygląda jej się ktoś zupełnie obcy, a do tego centaur, czyli hybryda, jakiej jeszcze na oczy nie widziała.
Centaur chyba również nie widział niczego podobnego, a przynajmniej tak można by wywnioskować po jego wymownym spojrzeniu oraz milczeniu, które skłoniło wróżkę do dokładniejszego zbadania rozmówcy. Nadal nieco zaspana, poczęła przecierać oczy piąstkami i, wciąż przebywając w mniejszej formie, wzleciała na wysokość wzroku hybrydy.
- Co ty tak ci… - zaczęła pytanie, ale urwała je, gdy zsunęła dłonie z powiek.
Cała okolica rozbrzmiała piskliwym, wróżkowym wrzaskiem, zagłuszonym jednak w znacznym stopniu przez szumiący wicher. Yana poczuła bolesny skurcz w klatce piersiowej, a zanim zapanowała nad swoimi ruchami, instynktownie zapragnęła odsunąć się od nieznanej osoby – co w połączeniu z porywami wiatru zapewniło jej powietrzną karuzelę. Zawirowała z krzykiem, wykonując kilka fikołków i zderzając się z pobliską skałą, po której osunęła się z jękiem.
- Łojej… - zamarudziła, gdy świat przekręcał się w jej oczach o kolejnych trzysta sześćdziesiąt stopni.
Minęła dobra minuta – minuta dodatkowo przedłużająca się przez ciszę, która z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej niezręczna. Wróżka próbowała pozbierać się z zaspy, w jakiej utkwiła, gdy jej ciałko opadło bezwładnie. Niezbyt sobie z tym radziła, bowiem kiedy tylko myślała, że już znalazła jakiś punkt oparcia, zapadała się w śnieżnym puchu jeszcze głębiej. Jęknęła niemal płaczliwie, zupełnie zapominając o tym, iż mogłaby przecież przemienić się w formę ludzką, bardziej poręczną. Trzeźwość umysłu przywrócił jej dopiero widok czyjejś sylwetki, która właśnie się nad nią pochylała, a była przy tym zbyt ogromna jak na kogoś, kto mimo wszystko przypominał człowieka. Odmieniła się więc szybciutko niezdarna Yana i, mimowolnie drżąc z zimna, naciągnęła ponownie płachtę służącą jej jako płaszcz na plecy. Spojrzała wielkimi oczami na nieznajomego, garbiąc się przez ból zziębniętych kości.
- A gdzie… A gdzie brat? – zapytała nieco niewyraźnie, jakby nie była pewna, czy słowa, które właśnie wypowiada są tymi, które chce powiedzieć. Zanim jednak mężczyzna zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, jej wygięte w smutną podkówkę kąciki ust nagle uniosły się, a dziewczyna kontynuowała: - Jesteś centaurem, pan jest centaur! Ja nigdy nie widziała centaura! Chciała ja kiedyś konia mieć i ogród duży, ale brat zabraniał. On mówił, że konie niebezpieczne są. Czy do ciebie też nie wolno podchodzić z tyłu? – trajkotała jak najęta, wciąż zaciągając na rosyjski, ale przynajmniej widać było na jej buzi ekscytację nowo poznaną osobą.
Ancymon?
Z tym, że Cyklamen utkwiła w wirze hipotez, a jakiekolwiek twierdzenia czy przeczenia prowadziły ją do kolejnych hipotez. Stało się to w chwili, gdy po raz pierwszy zakwestionowała prawdziwość własnych wspomnień. Następnie poddała rozważaniom otaczającą ją rzeczywistość. A później było już tylko gorzej.
Tak czy inaczej, powyższe wyjaśnienia mogą się zdać dla kogoś o czystym (lub przynajmniej nie aż tak bardzo niestabilnym) umyśle zupełnie niezrozumiałe, zagmatwane, wysoce nielogiczne. I dokładnie takie wnioski potrzebne były w tamtym momencie – w momencie najmniej odpowiednim dla Yany do zaśnięcia, kiedy obok niej znajdował się ktoś zupełnie obcy, a ogień z łatwością mógł przenieść się z podmuchem wiatru na jej cienkie skrzydełka. Naturalnie, winne odpływowi adrenaliny z drobnego ciałka było wycieńczenie, lecz bardzo prawdopodobnym jest to, iż gdyby nie dostrzegła ogniska, wówczas owej adrenaliny starczyłoby na kolejnych parę godzin życia. Dlaczego więc pozwoliła okowom snu opaść na swój umysł tak prędko? Świetne pytanie, które pozostanie retorycznym, ponieważ ona sama nie umiałaby na nie odpowiedzieć.
Głos obcego dotarł do jej uszu, lecz nie na tyle gwałtownie, by od razu ją zbudzić ze snu, w który ledwo co zapadła. Odruchowo poruszyła ciężkimi powiekami, jednak te nie chciały pozwolić mózgowi na przerwanie długo odwlekanego odpoczynku. Leżąc tak z twarzą zwróconą ku płomieniom, mrugając nieprzytomnie, dziewczyna widziała przed sobą jedynie konkretną barwę – pomarańcz. Pomarańczowy ogień i jego ciepło rozlewały się w jej polu widzenia, tworząc oniryczną wizję jasnego pokoju o podobnym kolorze. Płomienie tańczyły, łamane przez mroźny wiatr, a w ich zgięciach Yana potrafiła dostrzec sufit, który również był pomarańczowy. I chociaż nie poruszała oczami, dynamiczny ogień sam czarował calutką iluzję. Więc wydawało jej się, że leży na łóżku, ponieważ bliskość ognia wymazała granicę między śnieżnym puchem a mięciutką pościelą. Leży na plecach i patrzy na rozświetlony przez wakacyjne słońce sufit. I wtedy ktoś mówi do niej. To może być tylko jedna osoba.
Nie do końca przebudzona, Yana odwróciła głowę, lub raczej potoczyła nią po śniegu, pozwalając drugiemu policzkowi oklapnąć na zimny śnieg, którego z tamtej strony nic nie ogrzewało ani nie rozświetlało. Naraz przytulny pokój stał się ciemną, zimową klitką, w której dziewczynka kuliła się niegdyś z zimna, gdy brat nie wracał miesiącami. Teraz jednak usłyszała głos dobiegający z głębi ciemnego domostwa, a cała marność zdała się zniknąć wraz z napływem nadziei.
- Ty nie chadzaj w zimę, ja w lato tu była, a mnie tu w zimę chłodno… - wymamrotała, zaciągając na rosyjski, i podniosła się chwiejnie ze śniegu, przypominając nieco Wańkę-wstańkę ze względu na niewielkie rozmiary. – Gdzie ty był? – zapytała zaspanym głosikiem, zanim jeszcze dotarło do niej, że właśnie przygląda jej się ktoś zupełnie obcy, a do tego centaur, czyli hybryda, jakiej jeszcze na oczy nie widziała.
Centaur chyba również nie widział niczego podobnego, a przynajmniej tak można by wywnioskować po jego wymownym spojrzeniu oraz milczeniu, które skłoniło wróżkę do dokładniejszego zbadania rozmówcy. Nadal nieco zaspana, poczęła przecierać oczy piąstkami i, wciąż przebywając w mniejszej formie, wzleciała na wysokość wzroku hybrydy.
- Co ty tak ci… - zaczęła pytanie, ale urwała je, gdy zsunęła dłonie z powiek.
Cała okolica rozbrzmiała piskliwym, wróżkowym wrzaskiem, zagłuszonym jednak w znacznym stopniu przez szumiący wicher. Yana poczuła bolesny skurcz w klatce piersiowej, a zanim zapanowała nad swoimi ruchami, instynktownie zapragnęła odsunąć się od nieznanej osoby – co w połączeniu z porywami wiatru zapewniło jej powietrzną karuzelę. Zawirowała z krzykiem, wykonując kilka fikołków i zderzając się z pobliską skałą, po której osunęła się z jękiem.
- Łojej… - zamarudziła, gdy świat przekręcał się w jej oczach o kolejnych trzysta sześćdziesiąt stopni.
Minęła dobra minuta – minuta dodatkowo przedłużająca się przez ciszę, która z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej niezręczna. Wróżka próbowała pozbierać się z zaspy, w jakiej utkwiła, gdy jej ciałko opadło bezwładnie. Niezbyt sobie z tym radziła, bowiem kiedy tylko myślała, że już znalazła jakiś punkt oparcia, zapadała się w śnieżnym puchu jeszcze głębiej. Jęknęła niemal płaczliwie, zupełnie zapominając o tym, iż mogłaby przecież przemienić się w formę ludzką, bardziej poręczną. Trzeźwość umysłu przywrócił jej dopiero widok czyjejś sylwetki, która właśnie się nad nią pochylała, a była przy tym zbyt ogromna jak na kogoś, kto mimo wszystko przypominał człowieka. Odmieniła się więc szybciutko niezdarna Yana i, mimowolnie drżąc z zimna, naciągnęła ponownie płachtę służącą jej jako płaszcz na plecy. Spojrzała wielkimi oczami na nieznajomego, garbiąc się przez ból zziębniętych kości.
- A gdzie… A gdzie brat? – zapytała nieco niewyraźnie, jakby nie była pewna, czy słowa, które właśnie wypowiada są tymi, które chce powiedzieć. Zanim jednak mężczyzna zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, jej wygięte w smutną podkówkę kąciki ust nagle uniosły się, a dziewczyna kontynuowała: - Jesteś centaurem, pan jest centaur! Ja nigdy nie widziała centaura! Chciała ja kiedyś konia mieć i ogród duży, ale brat zabraniał. On mówił, że konie niebezpieczne są. Czy do ciebie też nie wolno podchodzić z tyłu? – trajkotała jak najęta, wciąż zaciągając na rosyjski, ale przynajmniej widać było na jej buzi ekscytację nowo poznaną osobą.
Ancymon?
13 października 2018
Od Cyklamen (do ktosia)
Minęły już cztery dni. Dziewczyna uniosła lekko głowę, aby pospiesznie obrzucić otaczający ją krajobraz zamglonym spojrzeniem. Dokładnie cztery dni minęły od chwili, kiedy opuściła swoje schronienie. Gdzie się znajdowało, jak je zauważyła i na jak długo w nim pozostała – tego nie pamiętała. Podobnie jak przyczyny opuszczenia kryjówki. Każdy kolejny dzień wydawał jej się trudniejszy do zrekonstruowania w pamięci. Pomyślała, że to na pewno wina senności i szczypiącego zimna. Naciągnęła kaptur znoszonego płaszcza na czoło, gdyż pokrywający wszystko, oślepiający śnieg drażnił jej przemarznięte oczy. A to jedynie przypomniało jej o tym, że płaszcz jest zbyt krótki i odsłania łydki.
Zatrzymała się i zadrżała. Chciała biec dalej, ale stan fizyczny na to nie pozwalał. Wycieńczona, oddychała przez usta, a mroźne powietrze wlewające się do rozgrzanych płuc rozprzestrzeniało stan zapalny dróg oddechowych. Podświadomie czuła, iż powinna gdzieś się ukryć, lecz myśli podpowiedziały jej, że nie znajdzie już nigdy chwili odpoczynku. Jakby w geście zaprzeczenia na to stwierdzenie, Yana upadła na kolana, zapadając się w śniegu aż po żebra. Chwilowy wstrząs spowodowany zimnem szybko ustąpił miejsca ciemności otulającej jej umysł. Jej głowa opadła na bok, a cała sylwetka zakołysała się od popychającego ją wiatru. Dodając do tego płócienne ubranie, można ją było pomylić ze szmacianą laleczką.
Zanim zasnęła, powędrowała myślami do zdarzeń, które jeszcze pamiętała. Mianowicie tych związanych z przybyciem na wyspę, chociaż samo określenie „przybycia gdzieś” nie było obiektem jej rozważań – nie miała pojęcia, w jaki sposób się tutaj znalazła. Natomiast pamiętała, że za tamtych dni świeciło jeszcze słońce, a chłód, chociaż nieco dokuczliwy o poranku, dało się znieść i nie potrzebowała do tego niczego więcej prócz płóciennego wdzianka i kawałka lnianej płachty, do którego dodała jeszcze kaptur. Tęskniła za zieloną wyspą, która oferowała możliwość przetrwania. Nie była to jej pierwsza zima, bowiem w swoim kraju Yana widziała srogi mróz, a jedną z takich nieznośnych zim spędziła na ulicy jako małe dziecko. Mimo to zdawała się nie rozumieć, dlaczego pora roku uległa zmianie na wyspie.
Sen - zamiast obdarzyć ją ukojeniem, które w jej stanie najpewniej okazałoby się wiecznym - uderzył ją obrazem, który wpadł pod jej powieki równie szybko, jak błyskawicznie zniknął, gdy zerwała się na równe nogi. Zdezorientowana, rozejrzała się, aby zlokalizować źródło słyszanego parę sekund temu głosu. Zaskoczona realizmem dźwięku, a nawet dotyku, w mig zapomniała o słowach, które skierowała do niej całkiem znajoma osoba. Halucynacja przeminęła, pozostawiając zastrzyk adrenaliny w boleśnie trzepoczącym sercu. Dane jej było iść kolejną godzinę, a może dwie. Los do tej pory był dla niej bardzo łaskawy.
Nieprzytomnie wyciągała dłonie ku ośnieżonym krzewom, raz po raz natrafiając na jadalne, znane sobie owoce. Borówki nie wystarczały na długo, ale Yanie zapewniały coś więcej prócz wody, cukrów i związków odżywczych. Przyciągały pewne skojarzenia. O dziwo, były to dobre skojarzenia. Jadła borówki i cieszyła się, chcąc zapytać kogoś w pobliżu, czy zjedzą ich jeszcze więcej, zanim wrócą na obiad. Rozglądała się i nie widziała nikogo. Szukała więc za drzewami. Robiła to ostrożnie, bowiem czuła, że ktoś może chcieć ją przestraszyć. A jednak to nie straszący złośnik zaskakiwał ją najbardziej – dziwiła ją nieobecność kogoś, kogo wciąż czuła blisko siebie. I chociaż nie był przy niej tak dawno, że umysł już go nie pamiętał, to serce ciągle biło w nadziei na ponowne spotkanie. Oszukiwało rozum, zwodziło organizm na manowce zbytecznymi impulsami energii. Dziewczyna stała zaś samotnie pośród zimowego lasu, zastanawiając się, czy już wyszedł z ogrodu. A może to ona zbłądziła? Poszła za daleko? Na pewno ją znajdzie. Tak jak kiedyś.
Lecz dni mijały, a nikogo przy niej nie było. Czasami podejrzewała, że utknęła w jakimś obłąkańczym śnie. Martwiła się, iż zapadła w śpiączkę, z której nie może wyjść. Wyobrażała sobie, jak wielki musi być żal osoby spoglądającej na nieprzytomne ciało. Chciała się obudzić i zawołać „tutaj jestem!”.
Później przestała ufać swojej pamięci. Zimno i głód zdawały się zbyt realne. Zapomniała więc o wszystkim, a nie mogąc sobie przypomnieć nawet własnego imienia, zwątpiła w prawdziwość czegokolwiek w swoim życiu. Śmierć kusiła ją coraz śmielej, ale nie była to śmierć świadoma. Jedyna świadomość, jaką posiadła wówczas dziewczyna, wiązała się ze złudną nadzieją. Mówi się, że nadzieja jest matką głupich – lecz Yana nie była głupia. Była po prostu chora. I być może właśnie ta choroba nie pozwoliła zniknąć ślepej nadziei, która musiałaby umrzeć jako ostatnia, by zatrzymać mizerne podrywy życia w dziewczynie.
Zimą zmrok zapada szybciej. Niezdolna do biegu przez skurczone z zimna mięśnie, Yana podreptała ku skałkom, wśród których planowała przenocować w swojej mniejszej formie, pozwalającej na wciśnięcie się w szczeliny. Co ciekawe, nie pamiętała, by kiedykolwiek w dzieciństwie dane jej było zmieniać się w coś, co w bajkach określane było wróżką. Początkowo utrwaliło ją to w przekonaniu, że śni. Później pomyślała ze smutkiem, że wróżkom w bajkach nie było nigdy tak zimno.
Krajobraz pokryty śniegiem często jest jaśniejszy, dlatego dziewczyna nie zareagowała od razu na dostrzeżony przez nią świecący punkt. Dopiero po dłuższej chwili wpadła na to, że jest już dawno po zachodzie słońca i to dziwne, że widzi coś w odcieniu żółci bądź pomarańczy. Obawiała się, że to kolejne przywidzenie, ale mimowolnie resztką swoich sił przybrała drobną formę i nierównym lotem pofrunęła ku światłu, śmiesznie marudząc wróżkowym głosikiem na spychający ją na boki wiatr. W końcu wylądowała, a raczej prawie wpadła w ogień, odkrywając, iż źródło światła jest prawdziwe i całkiem ciepłe. „A nawet gorące”, pomyślała z lekkim grymasem, który trudno było dostrzec na buźce mniejszej od łyżeczki. Jęknęła jak dziecko i niezdarnie odsunęła się od ognia parzącego jej skrzydełka, niewiele myśląc o tym, jak niebezpieczny może okazać się właściciel ogniska.
Ktoś znalazł jakąś muchę przy ognisku xD?
Zatrzymała się i zadrżała. Chciała biec dalej, ale stan fizyczny na to nie pozwalał. Wycieńczona, oddychała przez usta, a mroźne powietrze wlewające się do rozgrzanych płuc rozprzestrzeniało stan zapalny dróg oddechowych. Podświadomie czuła, iż powinna gdzieś się ukryć, lecz myśli podpowiedziały jej, że nie znajdzie już nigdy chwili odpoczynku. Jakby w geście zaprzeczenia na to stwierdzenie, Yana upadła na kolana, zapadając się w śniegu aż po żebra. Chwilowy wstrząs spowodowany zimnem szybko ustąpił miejsca ciemności otulającej jej umysł. Jej głowa opadła na bok, a cała sylwetka zakołysała się od popychającego ją wiatru. Dodając do tego płócienne ubranie, można ją było pomylić ze szmacianą laleczką.
Zanim zasnęła, powędrowała myślami do zdarzeń, które jeszcze pamiętała. Mianowicie tych związanych z przybyciem na wyspę, chociaż samo określenie „przybycia gdzieś” nie było obiektem jej rozważań – nie miała pojęcia, w jaki sposób się tutaj znalazła. Natomiast pamiętała, że za tamtych dni świeciło jeszcze słońce, a chłód, chociaż nieco dokuczliwy o poranku, dało się znieść i nie potrzebowała do tego niczego więcej prócz płóciennego wdzianka i kawałka lnianej płachty, do którego dodała jeszcze kaptur. Tęskniła za zieloną wyspą, która oferowała możliwość przetrwania. Nie była to jej pierwsza zima, bowiem w swoim kraju Yana widziała srogi mróz, a jedną z takich nieznośnych zim spędziła na ulicy jako małe dziecko. Mimo to zdawała się nie rozumieć, dlaczego pora roku uległa zmianie na wyspie.
Sen - zamiast obdarzyć ją ukojeniem, które w jej stanie najpewniej okazałoby się wiecznym - uderzył ją obrazem, który wpadł pod jej powieki równie szybko, jak błyskawicznie zniknął, gdy zerwała się na równe nogi. Zdezorientowana, rozejrzała się, aby zlokalizować źródło słyszanego parę sekund temu głosu. Zaskoczona realizmem dźwięku, a nawet dotyku, w mig zapomniała o słowach, które skierowała do niej całkiem znajoma osoba. Halucynacja przeminęła, pozostawiając zastrzyk adrenaliny w boleśnie trzepoczącym sercu. Dane jej było iść kolejną godzinę, a może dwie. Los do tej pory był dla niej bardzo łaskawy.
Nieprzytomnie wyciągała dłonie ku ośnieżonym krzewom, raz po raz natrafiając na jadalne, znane sobie owoce. Borówki nie wystarczały na długo, ale Yanie zapewniały coś więcej prócz wody, cukrów i związków odżywczych. Przyciągały pewne skojarzenia. O dziwo, były to dobre skojarzenia. Jadła borówki i cieszyła się, chcąc zapytać kogoś w pobliżu, czy zjedzą ich jeszcze więcej, zanim wrócą na obiad. Rozglądała się i nie widziała nikogo. Szukała więc za drzewami. Robiła to ostrożnie, bowiem czuła, że ktoś może chcieć ją przestraszyć. A jednak to nie straszący złośnik zaskakiwał ją najbardziej – dziwiła ją nieobecność kogoś, kogo wciąż czuła blisko siebie. I chociaż nie był przy niej tak dawno, że umysł już go nie pamiętał, to serce ciągle biło w nadziei na ponowne spotkanie. Oszukiwało rozum, zwodziło organizm na manowce zbytecznymi impulsami energii. Dziewczyna stała zaś samotnie pośród zimowego lasu, zastanawiając się, czy już wyszedł z ogrodu. A może to ona zbłądziła? Poszła za daleko? Na pewno ją znajdzie. Tak jak kiedyś.
Lecz dni mijały, a nikogo przy niej nie było. Czasami podejrzewała, że utknęła w jakimś obłąkańczym śnie. Martwiła się, iż zapadła w śpiączkę, z której nie może wyjść. Wyobrażała sobie, jak wielki musi być żal osoby spoglądającej na nieprzytomne ciało. Chciała się obudzić i zawołać „tutaj jestem!”.
Później przestała ufać swojej pamięci. Zimno i głód zdawały się zbyt realne. Zapomniała więc o wszystkim, a nie mogąc sobie przypomnieć nawet własnego imienia, zwątpiła w prawdziwość czegokolwiek w swoim życiu. Śmierć kusiła ją coraz śmielej, ale nie była to śmierć świadoma. Jedyna świadomość, jaką posiadła wówczas dziewczyna, wiązała się ze złudną nadzieją. Mówi się, że nadzieja jest matką głupich – lecz Yana nie była głupia. Była po prostu chora. I być może właśnie ta choroba nie pozwoliła zniknąć ślepej nadziei, która musiałaby umrzeć jako ostatnia, by zatrzymać mizerne podrywy życia w dziewczynie.
Zimą zmrok zapada szybciej. Niezdolna do biegu przez skurczone z zimna mięśnie, Yana podreptała ku skałkom, wśród których planowała przenocować w swojej mniejszej formie, pozwalającej na wciśnięcie się w szczeliny. Co ciekawe, nie pamiętała, by kiedykolwiek w dzieciństwie dane jej było zmieniać się w coś, co w bajkach określane było wróżką. Początkowo utrwaliło ją to w przekonaniu, że śni. Później pomyślała ze smutkiem, że wróżkom w bajkach nie było nigdy tak zimno.
Krajobraz pokryty śniegiem często jest jaśniejszy, dlatego dziewczyna nie zareagowała od razu na dostrzeżony przez nią świecący punkt. Dopiero po dłuższej chwili wpadła na to, że jest już dawno po zachodzie słońca i to dziwne, że widzi coś w odcieniu żółci bądź pomarańczy. Obawiała się, że to kolejne przywidzenie, ale mimowolnie resztką swoich sił przybrała drobną formę i nierównym lotem pofrunęła ku światłu, śmiesznie marudząc wróżkowym głosikiem na spychający ją na boki wiatr. W końcu wylądowała, a raczej prawie wpadła w ogień, odkrywając, iż źródło światła jest prawdziwe i całkiem ciepłe. „A nawet gorące”, pomyślała z lekkim grymasem, który trudno było dostrzec na buźce mniejszej od łyżeczki. Jęknęła jak dziecko i niezdarnie odsunęła się od ognia parzącego jej skrzydełka, niewiele myśląc o tym, jak niebezpieczny może okazać się właściciel ogniska.
Ktoś znalazł jakąś muchę przy ognisku xD?
Subskrybuj:
Posty (Atom)