Siedziałam na łóżku z zamkniętymi oczami podpierając się rękoma. Byłam
zła na Lucia, nie wiem o co, o zrobienie mi tych dzieciaków, o to, że to
na mnie spoczywał większy obowiązek. Denerwowało mnie to
niemiłosiernie, mało tego teraz nie wiedział co robić i stał w miejscu
jak kołek. Warknęłam coś w jego stronę, wstając mimo bólu i podchodząc
do szafy. W pół zgięta ubrałam cieplejsze ubrania, wychodząc z sypialni.
Chodzenie było nieznacznie utrudnione, wiadomo, w dodatku skurcze w
niczym mi nie pomagały, ale nie było to nic, czego bym nie wytrzymała.
Przekroczyłam próg salonu, słyszałam za sobą kroki wilkołaka. Już drugi
raz dla jakiegoś faceta otworzyłam szufladę w komodzie zawierającą
nieważne, tak pilnie strzeżone legitymacje osób, które zmarły, zmieniły
status, zrobiły coś, za sprawą czego dowód im bezpowrotnie zabrano. Nie
powinnam wykorzystywać ich do własnych, tak podłych w stosunku do innych
celów, ale nie miałam wyjścia. Dałam mu pierwszy lepszy, byle był
męski, po czym zaczęłam kroczyć w stronę drzwi, jednak ten stał w
miejscu i czytał to, co mu podałam chwilę temu.
– Fałszywa legitymacja. A teraz już chodź, chociaż zresztą nie musisz –
wycedziłam przez zęby, czując coraz większy ból. W końcu znaleźliśmy się
na leśnej drodze prowadzącej do powozów, a ja modliłam się, aby
wewnątrz któregoś siedział przewoźnik na zmianie. Moje modlitwy zostały
wysłuchane, bo po chwili czterokonny powóz ciągnięty przez gniadosze
obijał się o większe i mniejsze kamienie na drodze do medyczki. Harry
wiedziała o mojej ciąży, jako jedyna z całej wioski, chociaż wiedziałam,
że to niedługo ulegnie zmianie. Przecież dzieci będą musiały chodzić do
szkoły, do wioski, nie będą mogły żyć na odludziu, prędzej czy później
by zwiariowały, a w przyszłości wyraźnie by się to na nich odbiło, jak i
zresztą na ich kontaktach międzyludzkich. Z ulgą przyjęłam fakt, że
przewoźnik zatrzymał konie praktycznie pod samymi drzwiami, a ja wyszłam
z wnętrza powozu z drobną pomocą Lucia, choć upierałam się i dalej
upieram, że dałabym sobie radę. Wilkołak zapukał mocno w drzwi,
praktycznie wpychając mnie do środka, gdy Harry nareszcie je otworzyła.
Była ubrana w piżamę i szlafrok, a włosy związała z tyłu głowy,
widocznie szykowała się do snu, co za niefart, przeszkodziła jej rodząca
osiemnastolatka. Co by powiedziała moja matka?
– Dawno odeszły ci wody? – spytała, szykując w pośpiechu łóżko, gdy ja
siedziałam na fotelu zginając się pod każdym możliwym kątem.
– Niedawno. Nie wiem jak dawno – powiedziałam zirytowana, obejmując rękoma brzuch.
– W terminie? – kontynuowała, a ja tylko skinęłam twierdząco. Pomogła mi
się wygodnie ułożyć, wyganiając Lucia. Byłam zaskoczona, że nijak nie
skomentowała jego obecności tutaj, chociaż mogłam powiedzieć, że
dziewczyna widziała naprawdę różne kwiatki z mojej strony, więc wilkołak
nie był niczym nowym. W końcu ona zajmowała się Julesem przed śmiercią,
zresztą mną, jak i moimi dziećmi także.
Cztery godziny, litr wylanego potu i milion krzyków później urodziły się
bliźniaki - ale tylko jedno płakało. Na całe szczęście (nie wiem
dlaczego tak mówię), dziewczynka także zaczęła się drzeć, ale po
dłuższym czasie. Zgodnie z tym, co mówił Lucio, chłopiec nosił imię
Marcus Renard, a dziewczynka, według moich upodobań, Delilah Farrah.
Harry chciała mi je podać, ale z niewiadomych powodów to ja nie miałam
ochoty ich widzieć, a co dopiero trzymać. Zmęczona przekręciłam głowę w
przeciwnym kierunk, niż znajdowały się śpiące, umyte i ubrane dzieci.
Nie miałam pojęcia co będzie dalej, jak będą wyglądały widzenia Lucio z
bliźniakami, czy w ogóle w obecnej sytuacji mamy o czym rozmawiać, czy
po prostu rozejdziemy się w dwa, zupełnie inne kierunki. W tym samym
czasie usłyszałam skrzypnięcie drewnianych drzwi i kroki na panelach,
ale nie przekręcałam głowy w tym kierunku, dodatkowo zamykając oczy,
miałam nadzieję, że pomyśli, że śpię.
Lucio?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galia. Pokaż wszystkie posty
12 listopada 2018
11 listopada 2018
Od Galii CD Lucia
Nie bardzo wiedziałam jak mam się zachować w pobliżu wilkołaka. Było to
dla mnie conajmniej dziwne, aby rozmawiać z nim o moich dzieciach. A
raczej naszych, ale przez ostatnie miesiące starannie usiłowałam się
wypchnąć tę myśl, jak się okazało nieskutecznie i niepotrzebnie, bo
szansa, że poradzę sobie sama, jest nikła. Mimo to, choćbym miała konać,
to nikomu bym się do tego nie przyznała, bo miałam trudności aby
dopuścić to do samej siebie, a co dopiero innych. Pójście do Lucia było
czymś, czego mimo wszystko nie planowałam i jestem święcie przekonana,
że nigdy bym na to nie przystała, gdyby nie ta chwila odwagi, jaką wtedy
akurat zostałam obdarzona. On sam nie wyglądał na szczęśliwego, gdy
tylko otworzył mi drzwi, a na pewno nie bardziej, jak później ze mną
rozmawiał - jeśli miałabym określić jego humor z dwóch dostępnych (zły i
jeszcze gorszy), to dzisiejszy sięgałby poza skalę i chyba nikt nie
mógł z tym nic zrobić. Nie przeszkadzało mi to specjalnie, a jego
humorki w żadnym stopniu nie obchodziły, po byciu tym, kim byłam,
przyzwyczaiłam się do niechęci ludzi, a on nie był żadnym wyjątkiem. Z
tą różnicą, że to jego dzieci noszę pod sercem, a nie czyjeś inne. Nie
rozumiałam jego postawy, bo jeszcze tak niedawno chciał te dzieciaki,
ale nie spodziewałam się fajerwerków, dlatego też nie czułam się
rozczarowana, ani zawiedzona, wszystkiw informacje raczej przyjmowałam
na zimno, nawet jeśli nie było po mnie tego widać.
Już wiadomo, że ciąża zmienia, a ja jestem na to żywym przykładem.
Podczas naszej rozmowy Lucio padł jak długi na ziemię, zupełnie bez powodu, a ja przez kolejną chwilę siedziałam tak, jak siedziałam i nie zanosiło się na to, abym miała wstać. Kiedy jednak już to zrobiłam i postanowiłam wtachać wilkołaka na kanapę, poczułam jak bardzo przeszkadza mi brzuch i to, że nie powinnam dźwigać, a już na pewno nie rosłego mężczyznę. Po kilkunastu minutach nareszcie mi się to udało, a ja opadłam z powrotem na fotel, ocierając pot ze skroni. Ból kręgosłupa odczuwałam nie tylko tam, gdzie on był, bo promieniował po wszystkich innych możliwych partiach ciała, na co aż jęknęłam. Postanowiłam się zbierać, bo dzieci dawały o sobie znać, a skurcze były bolesne i coraz częstsze, a ja nie bardzo wiedziałam co to może znaczyć, w końcu miałam osiemnaście lat, a moje doświadczenie z dziećmi (nawet takie opisane w książkach) było równe zeru, a może nawet niżej, na minusie. Ubrałam z powrotem swoją kurtkę, co trwało długo, podobnie jak wszystkie inne czynności przeze mnie wykonywane, skutecznie utrudnione przez brzuch. Materiał go nie opinał, ale nie przeszkadzało mi to, dopóki nikt z wioski nie wiedział o jego istnieniu.
Śnieg już dawno stopniał, ale jakoś tego nie zauważyłam, po prostu przeoczyłam fakt, że jest już wiosna, moje dotychczasowe życie opierało się na trzech czynnościach - spaniu, jedzeniu i karmieniu Doriana, bo jeździć na nim nie mogłam, a przynajmniej nie teraz. Doszłam do domu po około godzinie, chyba że po prostu tak bardzo odczułam tę podróż, a raczej odczuły ją moje spuchnięte nogi i gorsze samopoczucie. Postanowiłam od razu położyć się do łóżka i przespać resztę życia, ale niestety skurcze mi to skutecznie utrudniały, a ja, nie bardzo je rozumiejąc, zacisnęłam mocno oczy i próbowałam spać dalej.
O dziwo zasnęłam, bo kiedy już się obudziłam, było zupełnie ciemno, jednak krótko po pobudce bóle postanowily nawrócić. W najmniej odpowiedniej chwili usłyszałam wejście do domu, poprzedzone wielokrotnym pukaniem, przeklnęłam się za niezamykanie drzwi, a także za niezgaszone światło wewnątrz domu, jak i przed nim, chociaż bardzo lubiłam poświatę padającą w nocy przed chatką. Podniosłam się z łóżka, nasilając aurę na tyle, na ile mogłam, licząc na to, że ten ktoś zrezygnuje, ale wiedziałam że przez ciążę znaczna jej część została zagłuszona. Grymas bólu nie zniknął z mojej twarzy dopóki nie przekroczyłam progu sypialni i idącego w jej stronę Lucia.
Przecież doskonale ją zna, zironizowałam w myślach.
– Renard – powiedział, a ja zmarszczyłam brwi, po chwili jednak załapując.
– I musiałeś tu przychodzić w nocy, w dodatku nieproszony? Mogłeś zapukać – powiedziałam z wyrzutem.
– Pukałem, a drzwi były otwarte – wzruszył ramionami, a ja sapnęłam, czując kolejny skurcz.
– Cokolwiek. Tylko je dobrze domknij, jak już będziesz wychodził – machnęłam ręką, cofając się do pokoju, ale stanęłam w pół kroku, czując coś ciepłego, spływającego po moich nogach. Zamknęłam oczy, błagając żeby to był jakiś nieśmieszny żart, ale chyba tym razem się przeliczyłam. Doczłapałam do łóżka, w ogóle nie wiedząc co robić, a choćbym chciała głęboko oddychać, czyli tak, jak zalecają, to nie mogłam. W tym samym czasie usłyszałam trzaśnięcie drzwiami świadczące o tym, że Lucio wyszedł, więc jeden problem z głowy.
Lucio?
Już wiadomo, że ciąża zmienia, a ja jestem na to żywym przykładem.
Podczas naszej rozmowy Lucio padł jak długi na ziemię, zupełnie bez powodu, a ja przez kolejną chwilę siedziałam tak, jak siedziałam i nie zanosiło się na to, abym miała wstać. Kiedy jednak już to zrobiłam i postanowiłam wtachać wilkołaka na kanapę, poczułam jak bardzo przeszkadza mi brzuch i to, że nie powinnam dźwigać, a już na pewno nie rosłego mężczyznę. Po kilkunastu minutach nareszcie mi się to udało, a ja opadłam z powrotem na fotel, ocierając pot ze skroni. Ból kręgosłupa odczuwałam nie tylko tam, gdzie on był, bo promieniował po wszystkich innych możliwych partiach ciała, na co aż jęknęłam. Postanowiłam się zbierać, bo dzieci dawały o sobie znać, a skurcze były bolesne i coraz częstsze, a ja nie bardzo wiedziałam co to może znaczyć, w końcu miałam osiemnaście lat, a moje doświadczenie z dziećmi (nawet takie opisane w książkach) było równe zeru, a może nawet niżej, na minusie. Ubrałam z powrotem swoją kurtkę, co trwało długo, podobnie jak wszystkie inne czynności przeze mnie wykonywane, skutecznie utrudnione przez brzuch. Materiał go nie opinał, ale nie przeszkadzało mi to, dopóki nikt z wioski nie wiedział o jego istnieniu.
Śnieg już dawno stopniał, ale jakoś tego nie zauważyłam, po prostu przeoczyłam fakt, że jest już wiosna, moje dotychczasowe życie opierało się na trzech czynnościach - spaniu, jedzeniu i karmieniu Doriana, bo jeździć na nim nie mogłam, a przynajmniej nie teraz. Doszłam do domu po około godzinie, chyba że po prostu tak bardzo odczułam tę podróż, a raczej odczuły ją moje spuchnięte nogi i gorsze samopoczucie. Postanowiłam od razu położyć się do łóżka i przespać resztę życia, ale niestety skurcze mi to skutecznie utrudniały, a ja, nie bardzo je rozumiejąc, zacisnęłam mocno oczy i próbowałam spać dalej.
O dziwo zasnęłam, bo kiedy już się obudziłam, było zupełnie ciemno, jednak krótko po pobudce bóle postanowily nawrócić. W najmniej odpowiedniej chwili usłyszałam wejście do domu, poprzedzone wielokrotnym pukaniem, przeklnęłam się za niezamykanie drzwi, a także za niezgaszone światło wewnątrz domu, jak i przed nim, chociaż bardzo lubiłam poświatę padającą w nocy przed chatką. Podniosłam się z łóżka, nasilając aurę na tyle, na ile mogłam, licząc na to, że ten ktoś zrezygnuje, ale wiedziałam że przez ciążę znaczna jej część została zagłuszona. Grymas bólu nie zniknął z mojej twarzy dopóki nie przekroczyłam progu sypialni i idącego w jej stronę Lucia.
Przecież doskonale ją zna, zironizowałam w myślach.
– Renard – powiedział, a ja zmarszczyłam brwi, po chwili jednak załapując.
– I musiałeś tu przychodzić w nocy, w dodatku nieproszony? Mogłeś zapukać – powiedziałam z wyrzutem.
– Pukałem, a drzwi były otwarte – wzruszył ramionami, a ja sapnęłam, czując kolejny skurcz.
– Cokolwiek. Tylko je dobrze domknij, jak już będziesz wychodził – machnęłam ręką, cofając się do pokoju, ale stanęłam w pół kroku, czując coś ciepłego, spływającego po moich nogach. Zamknęłam oczy, błagając żeby to był jakiś nieśmieszny żart, ale chyba tym razem się przeliczyłam. Doczłapałam do łóżka, w ogóle nie wiedząc co robić, a choćbym chciała głęboko oddychać, czyli tak, jak zalecają, to nie mogłam. W tym samym czasie usłyszałam trzaśnięcie drzwiami świadczące o tym, że Lucio wyszedł, więc jeden problem z głowy.
Lucio?
1 listopada 2018
Od Galii CD Sędziego
Wylegitymowanie nie trwało bardzo długo,
wręcz mogłabym rzec, że kto jak kto, ale jak na strażników gorszego sortu, oni uporali się z tym w miarę sprawnie. Wkroczyłam żwawo do budynku, czując na sobie baczne spojrzenie zgromadzonych, widocznie byłam niemałą sensacją, więc zupełnie nic się nie zmieniło. Skonsternowany wzrok albinosa podążał od ściany do ściany, lustrując ich bogate zdobienia, a dla mnie nie było to nic nowego, przemierzałam te korytarze dosyć regularnie.
W końcu znaleźliśmy się przed pokojem Rady, a wewnątrz siedział tylko Cedrick, ten najważniejszy.
– Ale zaszczyt cię kopnął, już pierwszego dnia pracy – zironizowałam, wiedząc że nie przypadną sobie do gustu.
Mężczyzna stał pochylony nad papierami ulokowanymi na samym środku zaokrąglonego stołu. Albinos posadził nimfę na krześle, które zostało uprzednio wskazane przez Cedricka, a ja w tym czasie po krótce streściłam zaistniałą sytuację. Nie wydawał się przestraszony, zdziwiony, czy choćby zainteresowany, ale wiedziałam że wie co robi i w głębi duszy kalkuluje to, co mu przekazuje. Mimo wszystko był niezłym, strategicznym władcą i nikt nie odważył się jeszcze zakwestionować w jakikolwiek sposób jego autorytetu, prawdopodobnie takźe przez respekt, jaki budzi w poddanych.
– Cóż, skoro efekty waszej wspólnej pracy są takie owocne, może pokusicie się o współpracę? Wspaniale. Tak poza tym to przyda się panience jakiś nadzór po ostatnich wybrykach, a tobie jakaś pomoc kogoś bardziej doświadczonego przez pewien okres – powiedział, nie czekając na naszą decyzję, przytaknięcie, sprzeciw, ani mrugnięcie okiem. Z nim nie szło rozmawiać, po prostu musiało być tak, jak on chciał, nawet ja nie miałam siły mu się sprzeciwiać, bo wiedziałam że niewiele z tego wyjdzie. – umówcie się jakie sektory bierzecie i wpiszcie do rozpiski, a jutro rano przyjdźcie po nią – wskazał na związaną kobietę. – jeszcze dzisiaj będzie przesłuchanie, więc prawdopodobnie wtrącicie ją do lochu z samego rana, ale to jeszcze zostaniecie powiadomieni, w zależności jak przebiegnie sprawa. To tyle. Odejść – urwał, odwracając się do nas plecami i z powrotem zajmując swoimi sprawami, nieznanymi nawet mi, a byłam u niego dosyć częstym gościem, na pewno częstszym niż ktokolwiek inny.
Zrezygnowana odeszłam, zamykając za sobą drzwi i przecierając ze zmęczenia twarz. Jeszcze tego brakowało, kolejnych kłopotów. Pierwszy dzień pracy po tak długiej przerwie miał być miły i odprężający, a jak zwykle wiązał się z nowymi obowiązkami, niekoniecznie przyjemnymi. Odwróciłam się zrezygnowana do mężczyzny, mierząc go wzrokiem przepełnionym niechęcią.
Sędzia?
wręcz mogłabym rzec, że kto jak kto, ale jak na strażników gorszego sortu, oni uporali się z tym w miarę sprawnie. Wkroczyłam żwawo do budynku, czując na sobie baczne spojrzenie zgromadzonych, widocznie byłam niemałą sensacją, więc zupełnie nic się nie zmieniło. Skonsternowany wzrok albinosa podążał od ściany do ściany, lustrując ich bogate zdobienia, a dla mnie nie było to nic nowego, przemierzałam te korytarze dosyć regularnie.
W końcu znaleźliśmy się przed pokojem Rady, a wewnątrz siedział tylko Cedrick, ten najważniejszy.
– Ale zaszczyt cię kopnął, już pierwszego dnia pracy – zironizowałam, wiedząc że nie przypadną sobie do gustu.
Mężczyzna stał pochylony nad papierami ulokowanymi na samym środku zaokrąglonego stołu. Albinos posadził nimfę na krześle, które zostało uprzednio wskazane przez Cedricka, a ja w tym czasie po krótce streściłam zaistniałą sytuację. Nie wydawał się przestraszony, zdziwiony, czy choćby zainteresowany, ale wiedziałam że wie co robi i w głębi duszy kalkuluje to, co mu przekazuje. Mimo wszystko był niezłym, strategicznym władcą i nikt nie odważył się jeszcze zakwestionować w jakikolwiek sposób jego autorytetu, prawdopodobnie takźe przez respekt, jaki budzi w poddanych.
– Cóż, skoro efekty waszej wspólnej pracy są takie owocne, może pokusicie się o współpracę? Wspaniale. Tak poza tym to przyda się panience jakiś nadzór po ostatnich wybrykach, a tobie jakaś pomoc kogoś bardziej doświadczonego przez pewien okres – powiedział, nie czekając na naszą decyzję, przytaknięcie, sprzeciw, ani mrugnięcie okiem. Z nim nie szło rozmawiać, po prostu musiało być tak, jak on chciał, nawet ja nie miałam siły mu się sprzeciwiać, bo wiedziałam że niewiele z tego wyjdzie. – umówcie się jakie sektory bierzecie i wpiszcie do rozpiski, a jutro rano przyjdźcie po nią – wskazał na związaną kobietę. – jeszcze dzisiaj będzie przesłuchanie, więc prawdopodobnie wtrącicie ją do lochu z samego rana, ale to jeszcze zostaniecie powiadomieni, w zależności jak przebiegnie sprawa. To tyle. Odejść – urwał, odwracając się do nas plecami i z powrotem zajmując swoimi sprawami, nieznanymi nawet mi, a byłam u niego dosyć częstym gościem, na pewno częstszym niż ktokolwiek inny.
Zrezygnowana odeszłam, zamykając za sobą drzwi i przecierając ze zmęczenia twarz. Jeszcze tego brakowało, kolejnych kłopotów. Pierwszy dzień pracy po tak długiej przerwie miał być miły i odprężający, a jak zwykle wiązał się z nowymi obowiązkami, niekoniecznie przyjemnymi. Odwróciłam się zrezygnowana do mężczyzny, mierząc go wzrokiem przepełnionym niechęcią.
Sędzia?
24 października 2018
Od Galii CD Lucio
Od słownej potyczki z Lucio minęły dwa miesiące. Przez ten czas nie
widziałam się z nim ani razu, może to i dobrze? Miałam wystarczająco
dużo czasu, aby przyswoić kilka myśli, zadecydować o paru sprawach i
pogodzić się z faktem, że jestem w ciąży. Na początku nie chciałam nawet
o tym myśleć, marzyłam aby ich nie było i rozważałam pozbycie się
bliźniaków, jednak koniec końców doszło do tego, że aktualnie stanęłabym
w ich obronie, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie to, że bezgranicznie je
pokochałam, po prostu doszłam do wniosku, że to my zawaliliśmy, a nie
dzieci, więc nie mogę karać za to ich, a jedynie siebie. Myślę, że
wychowywanie jakichś pokrak do końca życia to wystarczająca kara. Brzuch
był na tyle ogromny, że prędzej czy później musiałabym pójść po ubrania
do wioski, bo moje są już za małe, a wiedziałam, że to bezpowrotnie
wiązałoby się z plotkami, a ludzie nie daliby mi spokoju, już do reszty
interesując się moim życiem. Siedziałam na kanapie pisząc raport o
czwartej nad ranem, bo ostatnio miałam bardzo dużo pracy związanej z
moim powrotem. Pisałam go już drugą godzinę, rozmyślając jednocześnie
nad życiem i tym, co powiedział mi Lucio. Doszłam do wniosku, że
powinien wiedzieć jak mają się jego dzieci, nawet jeśli ich nie chce.
Postanowiłam dzisiaj się przejść poza granice lasu, bo wiedziałam, że po
ostatniej kłótni on za szybko się tutaj nie zjawi, zresztą nawet na to
nie liczyłam. Wzięłam portfel z półki, wzięłam największą bluzę jaką
tylko miałam, wiedząc że w kurtkę już nie wejdę, po czym wyszłam z domu,
uprzednio go zamykając. Dorian przywitał mnie radosnym rżeniem, a ja
wdrapałam się na jego grzbiet, co było nie lada wyczynem, ale po pięciu
minutach mi się udało. Może i nie powinnam jeździć, ale to był jedyny
sposób poruszania się na taką długą odległość. Siedząc na oklep, koń w
samym kantarze ruszył stępem, a ja pokierowałam go w odpowiednim
kierunku. Do centrum wioski, dokładniej na rynek, było dziesięć minut
drogi stąd, oczywiście konno i galopem, przecinając leśne ścieżki i
skacząc przez powalone drzewa i kłody. Z ulgą przyjęłam, że po jakimś
czasie stałam już przed chata uzdrowicielki. Tam okazało się, że to
czwarty miesiąc, a termin mam za równy jeden, czyli w listopadzie. Ciąża
zmutowanych trwa krócej, gdyż przez wszczepione genotypy dzieci
rozwijają się w innym tempie niż normalne, ludzkie.
Pojechałam również do handlarza, u którego dostałam duże koszulki i bluzki, niestety kurtki w dalszym ciągu nie miałam, ale nie przeszkadzało mi to, było mi stosunkowo ciepło. Wdrapując się nieporadnie na Doriana ruszyłam w stronę granicy, która według moich skromnych obliczeń dzisiaj nie ma przydzielonego strażnika, a przynajmniej był to mały urywek, na którym nie powinno być żadnego patrolu. Ku mojemu zadowoleniu właśnie tak było, a ja mogłam spokojnie przez nią przejechać. Poczułam charakterystyczną zmianę aury na bardziej mroczną i nieprzyjemną, co wprawiło mnie w dobre samopoczucie. Ktoś w okolicy, w przeciągu kilku metrów się bał, przez co miałam także wrażenie sytości. W końcu stanęłam przed podniszczonymi drzwiami Lucio, niepewnie do nich pukając, ale miałam wrażenie, że nie ma go w domu.
Lucio?
Pojechałam również do handlarza, u którego dostałam duże koszulki i bluzki, niestety kurtki w dalszym ciągu nie miałam, ale nie przeszkadzało mi to, było mi stosunkowo ciepło. Wdrapując się nieporadnie na Doriana ruszyłam w stronę granicy, która według moich skromnych obliczeń dzisiaj nie ma przydzielonego strażnika, a przynajmniej był to mały urywek, na którym nie powinno być żadnego patrolu. Ku mojemu zadowoleniu właśnie tak było, a ja mogłam spokojnie przez nią przejechać. Poczułam charakterystyczną zmianę aury na bardziej mroczną i nieprzyjemną, co wprawiło mnie w dobre samopoczucie. Ktoś w okolicy, w przeciągu kilku metrów się bał, przez co miałam także wrażenie sytości. W końcu stanęłam przed podniszczonymi drzwiami Lucio, niepewnie do nich pukając, ale miałam wrażenie, że nie ma go w domu.
Lucio?
21 października 2018
Od Galii CD Sędziego
Lustrowałam spojrzeniem scenę odgrywającą się kilka metrów przed nami.
Nie znałam nikogo, kto gościł na granicy naszej wioski, aktualnie
panosząc się po niej jak bezpański pies. Szybko doszlam do wniosku, że
muszę zidemtyfikować zwłoki rozszarpanen harpii i dojść do tego, kim
była, jednak widząc znikome zainteresowanie jej zwłokami chwilowo
zrezygnowałam z odciągania ich na bok, zostało mi mieć nadzieję, że
bardziej nie zostanią zmasakrowane. Wygięte pod dziwnym kątem skrzydła
okrapiane krwią i powyrywane pióra odznaczały się na śniegu, czerwone
osocze torowało sobie drogę na leśnej ściółce wydobywając się z miejsc, w
których to powinny tkwić pazury, jednak ich nie było. Z obszernej
dziury w brzuchu wydobywały się resztki jelit wraz ze zmasakrowaną
wątrobą, w której tak niedawno niedźwiedź zanurzał pysk.
Oczy harpii wywrócone były białkami do góry i sprawiały wrażenie, jakby chciały wypłynąć zostawiając puste, czarne oczodoły.
Nimfa schowała się za rozbawioną dziewczynką, a niedźwiedź bez wahania ruszył wprost na nas z rykiem, zahaczając łapami o pozostałe wyprute żyły i ścięgna, uwalniając z nich resztki krwi, która już dawno przestała być pompowana w ciele zmutowanego.
W międzyczasie słyszałam, że mój chwilowy sojusznik coś do mnie powiedział, ale nie usłyszałam tego, został zagłuszony przez dudniące kroki zwierzęcia i jego ryk wydobywający się z umazanej krwią paszczy wzbogaconej w naręcze ostrych zębów.
W jednej chwili zeskoczyłam z Doriana łapiąc przy okazji najostrzejsze sztylety, jakie tylko ze sobą wzięłam. Ogier pogalopował wgłąb lasu odnajdując pewnie jedną z wielu przydrożnych stajni dla przejezdnych, więc nie martwiłam się o niego. Niemalże czułam zahaczające o moje ciało pazury, gdy próbowałam go w jakiś sposób skrzywdzić, a kątem oka zauważyłam, że mój towarzysz walczy z nimfą, która okazała się całkiem niezła przeciwniczką, skoro dawała mu radę. W międzyczasie niedźwiedź upadł, sztylet tkwił idealnie w jego tętnicy szyjnej, brzuchu oraz łapie. Dychał ciężko, a ja czułam jak ulatuje z niego życie. Beznamiętnie wyrwałam noże z gorącego ciała,
pozwalając krwi tryskać, jego śmierć była kwestią kilku minut, może trzech. Podeszłam do harpii, gdy wiedziałam, że zwierzę nie jest już problemem. Zapisałam najważniejsze informacje, naszkicowałam mniej więcej rysy twarzy i pokrótce opisałam zdarzenie, zajmując miejsce na skale pod drzewem. Mój kompan się do mnie przysiadł, a ja wtedy zauważyłam że niedaleko siedzi związana nimfa, dziewczynka niestety uciekła, jak się później okazało.
– Gotowe, możemy wracać... – powiedziałam, chcąc się zwrócić do niego po imieniu, jednak zrozumiałam, że go nie znam. Mężczyzna to wyłapał, szybko naprawiając błąd i przedstawił się jako Sędzia, wystawiając dłoń, a ja odezajemniłam jej uścisk odpowiadając cicho „Galia”. – to jak, koniec obchodu? – mruknęłam, rozprostowując obolałe kości po walce. Dobrze było wrócić do siebie po ponad miesięcznym wyłączeniu z życia codziennego, ale niestety przez niezdrowy tryb życia rany nie goiły się tak szybko, jakbym tego chciała. – nie mam zamiaru zostać tu dłużej, niż potrzebne, bo jestem na całkowicie innym sektorze, niż ten, na którym mieszkam, więc pozwolisz, że resztę załatwimy szybko – dodałam, wstając i poprawiając ubrania.
Sędzia?
Oczy harpii wywrócone były białkami do góry i sprawiały wrażenie, jakby chciały wypłynąć zostawiając puste, czarne oczodoły.
Nimfa schowała się za rozbawioną dziewczynką, a niedźwiedź bez wahania ruszył wprost na nas z rykiem, zahaczając łapami o pozostałe wyprute żyły i ścięgna, uwalniając z nich resztki krwi, która już dawno przestała być pompowana w ciele zmutowanego.
W międzyczasie słyszałam, że mój chwilowy sojusznik coś do mnie powiedział, ale nie usłyszałam tego, został zagłuszony przez dudniące kroki zwierzęcia i jego ryk wydobywający się z umazanej krwią paszczy wzbogaconej w naręcze ostrych zębów.
W jednej chwili zeskoczyłam z Doriana łapiąc przy okazji najostrzejsze sztylety, jakie tylko ze sobą wzięłam. Ogier pogalopował wgłąb lasu odnajdując pewnie jedną z wielu przydrożnych stajni dla przejezdnych, więc nie martwiłam się o niego. Niemalże czułam zahaczające o moje ciało pazury, gdy próbowałam go w jakiś sposób skrzywdzić, a kątem oka zauważyłam, że mój towarzysz walczy z nimfą, która okazała się całkiem niezła przeciwniczką, skoro dawała mu radę. W międzyczasie niedźwiedź upadł, sztylet tkwił idealnie w jego tętnicy szyjnej, brzuchu oraz łapie. Dychał ciężko, a ja czułam jak ulatuje z niego życie. Beznamiętnie wyrwałam noże z gorącego ciała,
pozwalając krwi tryskać, jego śmierć była kwestią kilku minut, może trzech. Podeszłam do harpii, gdy wiedziałam, że zwierzę nie jest już problemem. Zapisałam najważniejsze informacje, naszkicowałam mniej więcej rysy twarzy i pokrótce opisałam zdarzenie, zajmując miejsce na skale pod drzewem. Mój kompan się do mnie przysiadł, a ja wtedy zauważyłam że niedaleko siedzi związana nimfa, dziewczynka niestety uciekła, jak się później okazało.
– Gotowe, możemy wracać... – powiedziałam, chcąc się zwrócić do niego po imieniu, jednak zrozumiałam, że go nie znam. Mężczyzna to wyłapał, szybko naprawiając błąd i przedstawił się jako Sędzia, wystawiając dłoń, a ja odezajemniłam jej uścisk odpowiadając cicho „Galia”. – to jak, koniec obchodu? – mruknęłam, rozprostowując obolałe kości po walce. Dobrze było wrócić do siebie po ponad miesięcznym wyłączeniu z życia codziennego, ale niestety przez niezdrowy tryb życia rany nie goiły się tak szybko, jakbym tego chciała. – nie mam zamiaru zostać tu dłużej, niż potrzebne, bo jestem na całkowicie innym sektorze, niż ten, na którym mieszkam, więc pozwolisz, że resztę załatwimy szybko – dodałam, wstając i poprawiając ubrania.
Sędzia?
Od Galii CD Sędziego
– Ktoś tutaj kogoś zdecydowanie zabił. Człowiek, chyba kobieta, i
najpewniej harpia. Panno... – urwał. – pani była dyktator. Cóż robimy z
tym fantem? – skrzyżowane na piersi ręce dodały mu wzrostu, a wcale nie
był taki niski. Barczyste ramiona poruszały się z każdym oddechem, gdy
skanowałam jego sylwetkę. Zmierzyłam pustym spojrzeniem ślady walki,
bezwiednie wzruszając rękoma. Nie obchodziło mnie, że ktoś kogoś zabił,
torturował, może dalej to robi. To nie było w moim interesie, aby
prowadzić jakieś dochodzenia, ja musialam tylko spisać raport, a
następnie odstawić go Radzie w stanie pierwotnym i nienaruszonym.
– A co mamy? Tutaj średnio codziennie ktoś ginie, jedna osoba w tą czy w tą robi niewielką różnicę – powiedziałam zgodnie z prawdą. O ile na mnie to nie wpływało i miałam to szczerze gdzieś, tak wioska z pewnością zauważy zmniejszającą się liczbę mieszkańców, ale to wtedy będzie problem Rady, a nie mój. No,
chyba że wydadzą wyraźne polecenie, na mocy którego miałabym zacząć się przejmować i udawać, że śmierć jakiegoś dzieciaka na prawdę sprawia, że mam odruchy człowieczeństwa. Chwilowo takowego polecenia nie wydali, więc wszystko stawało się jasne, a przynajmniej dla mnie, widocznie nie dla niego.
– Może jeszcze dodatkowo rozejdziemy się, o wszystkim zapominając? – obdarzył mnie uśmiechem przepełnionym kpiną, na co tylko klasnęłam w dłonie, odpowiadając:
– Dokładnie tak załatwia się tutaj takie sprawy – odparłam z udawanym entuzjazmem, chwilę później przywdziewając obojętną minę. – ale skoro tak bardzo ci zależy na innym rozwiązaniu, to proszę bardzo, możemy iść wzdłuż tych śladów – dodałam. – są stosunkowo świeże, jak się pośpieszymy to może jeszcze uratujemy dzieciaka, czy tam kogokolwiek, mniejsza – przewróciłam oczami.
W sumie to nawet mogłabym odejść we własnym kierunku, a na zadane w przyszłości pytanie o jakiekolwiek ślady, mogłabym udać zdziwioną i zapytać „jakie ślady?”, jednak skoro ostatnimi czasy narzekałam na nudę i brak zajęcia, tak teraz nie w porządku byłoby sobie odmówić przygody, przymykając oko nawet na to, że rany po ostatnim wypadku nie miały się jeszcze najlepiej.
Zmierzyłam mięśniaka z niezadowoleniem wypisanym na twarzy, patrząc niecierpliwie na to, jak się zastanawia. Trwało to dosyć długo, a w tym wszystkim (między innymi w tym, że była to dla niego trudna decyzja), utwierdzały mnie widocznie ściągnięte brwi i zmarszczone czoło. W końcu leniwie otrzepał ubranie z niewidocznego kurzu, chrząkając, a następnie uraczył mnie swoim niskim głosem, obwieszczając to i owo.
Sędzia?
– A co mamy? Tutaj średnio codziennie ktoś ginie, jedna osoba w tą czy w tą robi niewielką różnicę – powiedziałam zgodnie z prawdą. O ile na mnie to nie wpływało i miałam to szczerze gdzieś, tak wioska z pewnością zauważy zmniejszającą się liczbę mieszkańców, ale to wtedy będzie problem Rady, a nie mój. No,
chyba że wydadzą wyraźne polecenie, na mocy którego miałabym zacząć się przejmować i udawać, że śmierć jakiegoś dzieciaka na prawdę sprawia, że mam odruchy człowieczeństwa. Chwilowo takowego polecenia nie wydali, więc wszystko stawało się jasne, a przynajmniej dla mnie, widocznie nie dla niego.
– Może jeszcze dodatkowo rozejdziemy się, o wszystkim zapominając? – obdarzył mnie uśmiechem przepełnionym kpiną, na co tylko klasnęłam w dłonie, odpowiadając:
– Dokładnie tak załatwia się tutaj takie sprawy – odparłam z udawanym entuzjazmem, chwilę później przywdziewając obojętną minę. – ale skoro tak bardzo ci zależy na innym rozwiązaniu, to proszę bardzo, możemy iść wzdłuż tych śladów – dodałam. – są stosunkowo świeże, jak się pośpieszymy to może jeszcze uratujemy dzieciaka, czy tam kogokolwiek, mniejsza – przewróciłam oczami.
W sumie to nawet mogłabym odejść we własnym kierunku, a na zadane w przyszłości pytanie o jakiekolwiek ślady, mogłabym udać zdziwioną i zapytać „jakie ślady?”, jednak skoro ostatnimi czasy narzekałam na nudę i brak zajęcia, tak teraz nie w porządku byłoby sobie odmówić przygody, przymykając oko nawet na to, że rany po ostatnim wypadku nie miały się jeszcze najlepiej.
Zmierzyłam mięśniaka z niezadowoleniem wypisanym na twarzy, patrząc niecierpliwie na to, jak się zastanawia. Trwało to dosyć długo, a w tym wszystkim (między innymi w tym, że była to dla niego trudna decyzja), utwierdzały mnie widocznie ściągnięte brwi i zmarszczone czoło. W końcu leniwie otrzepał ubranie z niewidocznego kurzu, chrząkając, a następnie uraczył mnie swoim niskim głosem, obwieszczając to i owo.
Sędzia?
20 października 2018
Od Galii CD Sędziego
Ostatnimi czasy miałam wrażenie, że los się na mnie uparł, a ja miałam
pod górkę. Tak rzeczywiście było, więc chcąc nie chcąc, nieświadomie
uciekałam od własnych obowiązków, zaszywając się w kadłubie statku na
obrzeżach wyspy, w którym naukowcy przywieźli nowe mutacje.
Doszło to do mnie dopiero, gdy Rada wysłała do mojej skromnej osoby list mówiący o moim odwieszeniu w obowiązkach strażniczki, więc wtedy to wróciłam z pełną parą do moich poprzednich łask, na nowo robiąc wszystko najlepiej, jak potrafię.
Wiązało się to ze znacznym zmniejszeniem ilości wypadów poza granice wioski, jak i ograniczeniem kontaktów z samotnikami - na nieszczęście uczynienie tego z jednym z nich będzie trudne, albowiem jest ojcem moich nienarodzonych dzieci, przez co raz na jakiś czas mam ochotę odrąbać mu głowę, ale to tylko przez hormony.
Na nowo powróciłam do pracy, dostając nowe zlecenia, sektory do patrolowania i multum papierkowej roboty. Inni osadnicy z pewnością już drżą na myśl o moim powrocie, gdyż niezmiennie chodziły plotki o tym, jak to nie zabijam spojrzeniem.
Wbrew pozorom nie, nie jest i nie było to możliwe.
Tego samego dnia, którego to list znalazł się w moich rękach, zmuszona byłam wrócić z Dorianem na bagna, gdzie mieścił się nasz dom, a mój przyjaciel z pewnością był zadowolony z powrotu do swojej stajni i na pewno by mi o tym powiedział, gdyby potrafił.
Odetchnęłam z ulgą, gdy siedziałam już na starych śmieciach, w ulubionym fotelu z kubkiem pełnym parującej herbaty zrobionej z ostatniej saszetki i wypełniałam raporty, których - szczerze mówiąc - zaczęło mi brakować. Jednocześnie czułam, że zaczynam wracać do życia po ostatnich wydarzeniach, bo w końcu śmierć brata, wpadka i prawie - zgon, zaliczało się do ciężkich przeżyć, czyż nie?
Z samego rana ruszyłam na pierwszy patrol po nowych terenach, narzuciłam na siebie czarną pelerynę, która wtapiała się w końską sierść o tym samym kolorze. Misterne ogłowie na umięśnionym łbie dzwoniło z każdym jego ruchem, a kopyta układały się w dwutaktowym chodzie, gdy przemierzaliśmy drogę wzdłuż granicy. W końcu zmuszeni byliśmy odbić w drugą stronę, przy okazji wypisując grzywnę jakiemuś transferowi przemycającemu towar.
Szlak, po którym się poruszaliśmy, był zarośnięty i nieuczęszczany, czyli taki, jaki kochałam. Czyżby Rada miała moje wyalienowanie na uwadze?
Parliśmy do przodu, co jakiś czas zatrzymując się, aby dzikie zwierzę mogło spokojnie czmychnąć przed końskimi kopytami uzbrojonymi w ciężkie podkowy, czy też coraz to strzepując śnieg z gałęzi.
W którymś momencie moja wyciszona, zrównoważona jak dotąd aura dała o sobie znać, napierając na wszystko wokół, tworząc swego rodzaju tarczę obronną, jak się okazało - słusznie.
– Swójś, czy samotnik mi się trafił? – usłyszałam opanowany głos osiłka,
który trafiał aż do moich kości.
Prychnęłam z pogardą, powoli wyłaniając się zza drzew, a gdy już to zrobiłam,
przystąpiłam do uważnego skanowania go wzrokiem. – tak szybko zabrakło ci języka w gębie? – obdarzył mnie sarkastycznym uśmiechem, a ja z gracją zeskoczyłam z ogiera,
na co ten prychnął niespokojnie, przebierając nogami w miejscu. Mało brakowało, aby ruszył cwałem strzelając z zadu.
Podeszłam powoli do niego,
unosząc skę kilka centymetrów nad ziemią,
w międzyczasie wyjmując zza peleryny legitymację, na której wyraźnie była opisana funkcja jaką pełnię oraz tą, którą pełniłam - dyktatorki.
– Myślę, że nieważne od kiedy tu jesteś,
to w szczególności jako strażnik powinieneś mnie znać, a nie grozić nożem. Jeszcze zrobisz sobie krzywdę – popatrzyłam prowokująco na jego mięśnie, mając wielkie wrażenie, że do reszty wyżarły jego szare komórki.
Spiął się, gdy popatrzyłam mu w oczy, jednocześnie starając się nasilić nieprzyjemną aurę, co przez bliźniaczą, cholerną ciążę, która odbierała mój charakter kawałek po kawałku, było trudne, ale się udało. Choć trochę,
Oddaliłam się nieznacznie, chcąc znaleźć się z powrotem na grzbiecie konia i kontynuując w spokoju patrol.
Sędzia?
Doszło to do mnie dopiero, gdy Rada wysłała do mojej skromnej osoby list mówiący o moim odwieszeniu w obowiązkach strażniczki, więc wtedy to wróciłam z pełną parą do moich poprzednich łask, na nowo robiąc wszystko najlepiej, jak potrafię.
Wiązało się to ze znacznym zmniejszeniem ilości wypadów poza granice wioski, jak i ograniczeniem kontaktów z samotnikami - na nieszczęście uczynienie tego z jednym z nich będzie trudne, albowiem jest ojcem moich nienarodzonych dzieci, przez co raz na jakiś czas mam ochotę odrąbać mu głowę, ale to tylko przez hormony.
Na nowo powróciłam do pracy, dostając nowe zlecenia, sektory do patrolowania i multum papierkowej roboty. Inni osadnicy z pewnością już drżą na myśl o moim powrocie, gdyż niezmiennie chodziły plotki o tym, jak to nie zabijam spojrzeniem.
Wbrew pozorom nie, nie jest i nie było to możliwe.
Tego samego dnia, którego to list znalazł się w moich rękach, zmuszona byłam wrócić z Dorianem na bagna, gdzie mieścił się nasz dom, a mój przyjaciel z pewnością był zadowolony z powrotu do swojej stajni i na pewno by mi o tym powiedział, gdyby potrafił.
Odetchnęłam z ulgą, gdy siedziałam już na starych śmieciach, w ulubionym fotelu z kubkiem pełnym parującej herbaty zrobionej z ostatniej saszetki i wypełniałam raporty, których - szczerze mówiąc - zaczęło mi brakować. Jednocześnie czułam, że zaczynam wracać do życia po ostatnich wydarzeniach, bo w końcu śmierć brata, wpadka i prawie - zgon, zaliczało się do ciężkich przeżyć, czyż nie?
Z samego rana ruszyłam na pierwszy patrol po nowych terenach, narzuciłam na siebie czarną pelerynę, która wtapiała się w końską sierść o tym samym kolorze. Misterne ogłowie na umięśnionym łbie dzwoniło z każdym jego ruchem, a kopyta układały się w dwutaktowym chodzie, gdy przemierzaliśmy drogę wzdłuż granicy. W końcu zmuszeni byliśmy odbić w drugą stronę, przy okazji wypisując grzywnę jakiemuś transferowi przemycającemu towar.
Szlak, po którym się poruszaliśmy, był zarośnięty i nieuczęszczany, czyli taki, jaki kochałam. Czyżby Rada miała moje wyalienowanie na uwadze?
Parliśmy do przodu, co jakiś czas zatrzymując się, aby dzikie zwierzę mogło spokojnie czmychnąć przed końskimi kopytami uzbrojonymi w ciężkie podkowy, czy też coraz to strzepując śnieg z gałęzi.
W którymś momencie moja wyciszona, zrównoważona jak dotąd aura dała o sobie znać, napierając na wszystko wokół, tworząc swego rodzaju tarczę obronną, jak się okazało - słusznie.
– Swójś, czy samotnik mi się trafił? – usłyszałam opanowany głos osiłka,
który trafiał aż do moich kości.
Prychnęłam z pogardą, powoli wyłaniając się zza drzew, a gdy już to zrobiłam,
przystąpiłam do uważnego skanowania go wzrokiem. – tak szybko zabrakło ci języka w gębie? – obdarzył mnie sarkastycznym uśmiechem, a ja z gracją zeskoczyłam z ogiera,
na co ten prychnął niespokojnie, przebierając nogami w miejscu. Mało brakowało, aby ruszył cwałem strzelając z zadu.
Podeszłam powoli do niego,
unosząc skę kilka centymetrów nad ziemią,
w międzyczasie wyjmując zza peleryny legitymację, na której wyraźnie była opisana funkcja jaką pełnię oraz tą, którą pełniłam - dyktatorki.
– Myślę, że nieważne od kiedy tu jesteś,
to w szczególności jako strażnik powinieneś mnie znać, a nie grozić nożem. Jeszcze zrobisz sobie krzywdę – popatrzyłam prowokująco na jego mięśnie, mając wielkie wrażenie, że do reszty wyżarły jego szare komórki.
Spiął się, gdy popatrzyłam mu w oczy, jednocześnie starając się nasilić nieprzyjemną aurę, co przez bliźniaczą, cholerną ciążę, która odbierała mój charakter kawałek po kawałku, było trudne, ale się udało. Choć trochę,
Oddaliłam się nieznacznie, chcąc znaleźć się z powrotem na grzbiecie konia i kontynuując w spokoju patrol.
Sędzia?
16 października 2018
Od Galii CD Harry
– Ty to masz szczęście – odparłam, otrzepując wiotkie i rozstrzęsione
ciało dziewczyny z kurzu, który na niej osiadł. – co powiedział? –
spytałam beznamiętnie.
– Nic dobrego – powiedziała cicho, chwilę później powtarzając to po raz drugi, tylko silniej.
Wzruszyłam ramionami, w moim życiu ostatnio było tyle niedobrych wydarzeń, że jedno w tę czy w tę niewiele zmieni, a tylko doda mojemu życiu atrakcji, której to tak bardzo mi ostatnimi czasy brakowało.
Postanowiłam zająć się sprzątaniem zwisających z drewnianych bel i mocowań, ścięgien i jelit zwierzęcia, które przypadkiem się tam znalazły, a na pewno nie powinny pozostać. Z niemą odrazą sprzątałam wyciągnięte z niego wnętrzności i porozczłonkowane kończyny, przypadkowo nadeptując powoli wypływające oko, które znaczyło czarnym śladem wydobywającym się z oczodołu, panele, które tak skrupulatnie swego czasu czyściłam. Kątem oka widziałam jak Harry bacznie mi się przyglądała, najwyraźniej dochodząc do siebie, a gdy już skończyłam sprzątanie, czarny wór znalazł się za małym oknem wychodzącym na bezkresne morze. Nie obyło się bez chrupotu łamanych kości, gdy próbowałam przecisnąć zwłoki przez małą okiennicę. Odwróciłam się do dziewczyny, gestwm pokazując, aby udała się za mną, co zresztą uczyniła. Zamknęłam za nią drewnianą powłokę, gdy wyszła z pomieszczenia, w którym odbyła się mała walka, po chwili kierując ją do mojego pseudobiura, gdzie swego czasu urzędowałam, bo tylko tutaj panowała cisza i spokój.
– Tak więc co tu robisz? – spytałam, gdy zajęliśmy miejsce. Dziewczyna rozglądała się po ścianach ozdobionych różnymi upiornymi rzeczami zamkniętymi w słojach z wodą, ale ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, było tłumaczenie się jej, bo tego nigdy nie robię. – Bądź co bądź, dalej jestem strażniczką, na twoją niekorzyść – mruknęłam, obdarowując ją zimnym spojrzeniem.
– Wyszłam po strokrotki – zaczęła się tłumaczyć, ale jej przerwałam.
– W takim razie strażnik, który cię wypuścił, bo zakładam że tak było, jest strasznie niekompetenty lub niedoinformowany. W związku z nieznanymi modyfikacjami granice zostały zamknięte. Do odwołania – mruknęłam, spisując raport. – z której strony wychodziłaś? – spytałam, po chwili uzyskując odpowiedź „ze wschodniej” i uzupełniając rubrykę „sektor”. Musiałam pilnować swoich obowiązków, bo dotychczas byłam jedną z najbardziej cenionych strażniczek, a teraz, cóż, przez ostatnie zdarzenia, zaufanie Rady w stosunku do mnie jest na poziomie minus jeden, nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało, to jednak musiałam dbać o resztki reputacji.
– Nie miał problemów, aby mnie wypuścić – mruknęła, na co spojrzałam na nią tylko niezadowolona, że w ogóle wdaje się w jakąkolwiek dyskusję.
Zebrałam papiery do teczki, po chwili wciskając ją do materiałowej torby. Zarzuciłam ją na ramię, wstając i idąc do wyjścia, co uczyniła także Harry. Zablokowałam za nami wszystkie drzwi, jakie mogłam, a stając przed łajbą, zawołałam Doriana, który podbiegł kłusem, wesoło rżąc. Wsiadłam na niego, przerzucając nogę przez grzbiet karego, a po chwili podałam rękę stojącej na ziemi dziewczynie, która przyjęła ją ze zdziwieniem, wypytując się gdzie jedziemy.
– Jak to gdzie? Po stokrotki – powiedziałam, nie czekając aż dziewczyna usadowi się na koniu, tylko od razu ruszając galopem, co może nie było dla Doriana zbyt zdrowe, ale w tym miejscu pozostanie na dłużej w jednym miejscu wiązało się z zagrożeniem i rychłą, szybką, ale bolesną śmiercią, której chyba nikt nie chciał.
Harry?
– Nic dobrego – powiedziała cicho, chwilę później powtarzając to po raz drugi, tylko silniej.
Wzruszyłam ramionami, w moim życiu ostatnio było tyle niedobrych wydarzeń, że jedno w tę czy w tę niewiele zmieni, a tylko doda mojemu życiu atrakcji, której to tak bardzo mi ostatnimi czasy brakowało.
Postanowiłam zająć się sprzątaniem zwisających z drewnianych bel i mocowań, ścięgien i jelit zwierzęcia, które przypadkiem się tam znalazły, a na pewno nie powinny pozostać. Z niemą odrazą sprzątałam wyciągnięte z niego wnętrzności i porozczłonkowane kończyny, przypadkowo nadeptując powoli wypływające oko, które znaczyło czarnym śladem wydobywającym się z oczodołu, panele, które tak skrupulatnie swego czasu czyściłam. Kątem oka widziałam jak Harry bacznie mi się przyglądała, najwyraźniej dochodząc do siebie, a gdy już skończyłam sprzątanie, czarny wór znalazł się za małym oknem wychodzącym na bezkresne morze. Nie obyło się bez chrupotu łamanych kości, gdy próbowałam przecisnąć zwłoki przez małą okiennicę. Odwróciłam się do dziewczyny, gestwm pokazując, aby udała się za mną, co zresztą uczyniła. Zamknęłam za nią drewnianą powłokę, gdy wyszła z pomieszczenia, w którym odbyła się mała walka, po chwili kierując ją do mojego pseudobiura, gdzie swego czasu urzędowałam, bo tylko tutaj panowała cisza i spokój.
– Tak więc co tu robisz? – spytałam, gdy zajęliśmy miejsce. Dziewczyna rozglądała się po ścianach ozdobionych różnymi upiornymi rzeczami zamkniętymi w słojach z wodą, ale ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, było tłumaczenie się jej, bo tego nigdy nie robię. – Bądź co bądź, dalej jestem strażniczką, na twoją niekorzyść – mruknęłam, obdarowując ją zimnym spojrzeniem.
– Wyszłam po strokrotki – zaczęła się tłumaczyć, ale jej przerwałam.
– W takim razie strażnik, który cię wypuścił, bo zakładam że tak było, jest strasznie niekompetenty lub niedoinformowany. W związku z nieznanymi modyfikacjami granice zostały zamknięte. Do odwołania – mruknęłam, spisując raport. – z której strony wychodziłaś? – spytałam, po chwili uzyskując odpowiedź „ze wschodniej” i uzupełniając rubrykę „sektor”. Musiałam pilnować swoich obowiązków, bo dotychczas byłam jedną z najbardziej cenionych strażniczek, a teraz, cóż, przez ostatnie zdarzenia, zaufanie Rady w stosunku do mnie jest na poziomie minus jeden, nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało, to jednak musiałam dbać o resztki reputacji.
– Nie miał problemów, aby mnie wypuścić – mruknęła, na co spojrzałam na nią tylko niezadowolona, że w ogóle wdaje się w jakąkolwiek dyskusję.
Zebrałam papiery do teczki, po chwili wciskając ją do materiałowej torby. Zarzuciłam ją na ramię, wstając i idąc do wyjścia, co uczyniła także Harry. Zablokowałam za nami wszystkie drzwi, jakie mogłam, a stając przed łajbą, zawołałam Doriana, który podbiegł kłusem, wesoło rżąc. Wsiadłam na niego, przerzucając nogę przez grzbiet karego, a po chwili podałam rękę stojącej na ziemi dziewczynie, która przyjęła ją ze zdziwieniem, wypytując się gdzie jedziemy.
– Jak to gdzie? Po stokrotki – powiedziałam, nie czekając aż dziewczyna usadowi się na koniu, tylko od razu ruszając galopem, co może nie było dla Doriana zbyt zdrowe, ale w tym miejscu pozostanie na dłużej w jednym miejscu wiązało się z zagrożeniem i rychłą, szybką, ale bolesną śmiercią, której chyba nikt nie chciał.
Harry?
14 października 2018
Od Galii CD Tenebris'a
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Chyba każdy samotnik tym się
kierował, bo jeśli oni sami nie zadbają o swoje miejsce zamieszkania, to
nikt inny tego nie zrobi. Muszą działać na własną rękę i nie chodzi tu
tylko o dom, czy jedzenie, przeżycie w takich warunkach jest sztuką i
nie lada wyzwaniem. Często zastanawiałam się, jak to jest nie mieć na
kogo liczyć mieszkając w dziczy i móc polegać tylko na sobie, a
aktualnie mogłam spróbować też takiego życia.
– Nie masz tu jakoś tragicznie – nie mogłam wyjść z podziwu, pożerając wzrokiem wnętrze mieszkania, a moje oczy musiały wyglądać jak ogromne, pięciokoronne monety.
– A czego się spodziewałaś? – prychnął, podając mi herbatę. Szczerze, spodziewałam się spędzenia kilku nocy pod gołym niebem, nie żebym narzekała, ale była naprawdę mroźna zima.
– Nawet kominek masz! – ucieszyłam się jak dziecko, siadając obok niego. Musiałam wyrzucić ubranie wierzchnie, nie nadawało się do ponownego użytku, tak więc teraz gorąc przyjemnie muskał moje zmarznięte ramiona. Tenebris w tym czasie krzątał się po domu, robiąc to dosyć głośno.
Zastanawiałam się tylko jak to możliwe, że ten nieodpowiedzialny idiota, jakim był Jules, przetrwał tak długo w dziczy. Co prawda, pomagałam mu, na przykład nie musiał martwić się o jedzenie, bo na posiłki przychodził do mnie, ubrania także miał zawsze najlepszej jakości od osadników, ale nie wiedziałam gdzie mieszkał. Widocznie nie poszczęściło mu się, że też umarł.
Moje szczupłe palce ściśle obejmowały ciepły kubek, gdy mężczyzna przysiadł się na fotel naprzeciwko.
– Nie wiem co dalej. Rada mi nie odpuści, w dodatku niedługo są wybory na dyktatorów, do których zostanę dopuszczona. Jak ja im to wszystko wytłumaczę? – byłam bezradna. Oni nie dadzą spokoju, dopóki sprawa nie będzie doprowadzona do końca, byli bardzo „patriotyczni”?
– Może zapomną – powiedział nieporadnie, pijąc coś parującego z łudząco podobnego do mojego, kubka.
– Oni nie zapominają, raczej, w dodatku ich zaufanie do mnie już i tak było ograniczone. Teraz pewnie zawieszą mnie w pracy – powiedziałam ponuro. Nie żebym się tym aż tak przejmowała, ale jednak mieszkanie w wiosce było dla mnie ważnym elementem w życiu. Może i osadniczką byłam tylko formalnie, bo praktycznie nie miałam styczności z niczym podobnym - oprócz pracy. Mieszkałam w osadzie tylko dlatego, że tym samym byłam praktycznie nietykalna dla mutantów zza lasu i zagrożenie z ich strony było minimalne, miałam zapewniony dom, pracę i wszystko inne, a jednocześnie nawet nie przyznawałam się do mojej przynależności.
– Chyba zostało mi już tylko wyrzec się osadnictwa – powiedziałam w końcu, wiedząc, że podobny los czekałby mnie, gdyby strażnicy mnie znaleźli. Miałabym dwie opcje: wieczne wtrącenie do lochu albo wyprowadzka za granicę. Obie opcje sprowadzały sie do rychłej śmierci, mojej, a jakże, bo czyjej?
– Poza granicami też nie jest tak źle. Wystarczy się wkręcić, czasami trafiają się ci z ludzkimi odruchami – wzruszył ramionami, wykręcając palce, a w pomieszczeniu rozniósł się charakterystyczny dźwięk.
– Tu już nawet nie chodzi o to – urwałam, odstawiając kubek po herbacie. – jadę pod granicę zobaczyć jak bardzo się srają, że mnie nie ma. Jedziesz?
Tenebris?
– Nie masz tu jakoś tragicznie – nie mogłam wyjść z podziwu, pożerając wzrokiem wnętrze mieszkania, a moje oczy musiały wyglądać jak ogromne, pięciokoronne monety.
– A czego się spodziewałaś? – prychnął, podając mi herbatę. Szczerze, spodziewałam się spędzenia kilku nocy pod gołym niebem, nie żebym narzekała, ale była naprawdę mroźna zima.
– Nawet kominek masz! – ucieszyłam się jak dziecko, siadając obok niego. Musiałam wyrzucić ubranie wierzchnie, nie nadawało się do ponownego użytku, tak więc teraz gorąc przyjemnie muskał moje zmarznięte ramiona. Tenebris w tym czasie krzątał się po domu, robiąc to dosyć głośno.
Zastanawiałam się tylko jak to możliwe, że ten nieodpowiedzialny idiota, jakim był Jules, przetrwał tak długo w dziczy. Co prawda, pomagałam mu, na przykład nie musiał martwić się o jedzenie, bo na posiłki przychodził do mnie, ubrania także miał zawsze najlepszej jakości od osadników, ale nie wiedziałam gdzie mieszkał. Widocznie nie poszczęściło mu się, że też umarł.
Moje szczupłe palce ściśle obejmowały ciepły kubek, gdy mężczyzna przysiadł się na fotel naprzeciwko.
– Nie wiem co dalej. Rada mi nie odpuści, w dodatku niedługo są wybory na dyktatorów, do których zostanę dopuszczona. Jak ja im to wszystko wytłumaczę? – byłam bezradna. Oni nie dadzą spokoju, dopóki sprawa nie będzie doprowadzona do końca, byli bardzo „patriotyczni”?
– Może zapomną – powiedział nieporadnie, pijąc coś parującego z łudząco podobnego do mojego, kubka.
– Oni nie zapominają, raczej, w dodatku ich zaufanie do mnie już i tak było ograniczone. Teraz pewnie zawieszą mnie w pracy – powiedziałam ponuro. Nie żebym się tym aż tak przejmowała, ale jednak mieszkanie w wiosce było dla mnie ważnym elementem w życiu. Może i osadniczką byłam tylko formalnie, bo praktycznie nie miałam styczności z niczym podobnym - oprócz pracy. Mieszkałam w osadzie tylko dlatego, że tym samym byłam praktycznie nietykalna dla mutantów zza lasu i zagrożenie z ich strony było minimalne, miałam zapewniony dom, pracę i wszystko inne, a jednocześnie nawet nie przyznawałam się do mojej przynależności.
– Chyba zostało mi już tylko wyrzec się osadnictwa – powiedziałam w końcu, wiedząc, że podobny los czekałby mnie, gdyby strażnicy mnie znaleźli. Miałabym dwie opcje: wieczne wtrącenie do lochu albo wyprowadzka za granicę. Obie opcje sprowadzały sie do rychłej śmierci, mojej, a jakże, bo czyjej?
– Poza granicami też nie jest tak źle. Wystarczy się wkręcić, czasami trafiają się ci z ludzkimi odruchami – wzruszył ramionami, wykręcając palce, a w pomieszczeniu rozniósł się charakterystyczny dźwięk.
– Tu już nawet nie chodzi o to – urwałam, odstawiając kubek po herbacie. – jadę pod granicę zobaczyć jak bardzo się srają, że mnie nie ma. Jedziesz?
Tenebris?
13 października 2018
Od Galii CD Lucia
Obecność Lucia z pewnością nie była czymś, czego spodziewałam się po dłuższym czasie wyłączenia z życia codziennego, mało tego,
ja nawet nie chciałam go spotkać choćby przypadkiem. Przypominał mi o dwóch dzieciakach rozwijających się we mnie, których nie kochałam i ich nie chciałam chyba jeszcze bardziej, niż Lucia. Co niby miałam mu powiedzieć?
Hej, wiem że to nie ma prawa się udać, ale będziemy mieć dwójkę dzieci i zobaczysz, że w końcu stworzymy kochającą się rodzinkę!
Choćbym nawet chciała, to oprócz warunków mieszkaniowych i jakiegoś wykształcenia, to nie będę w stanie zapewnić im niczego poza tym, wiedziałam, że nie będę dobrą matką. Kiedyś, gdy koleżanka z podstawówki, za życia poza wyspą, wręczyła mi rybkę na tydzień, to spuściłam ją w kiblu i powiedziałam, że zjadł ją kot. Płakała miesiąc i chyba do dzisiaj mnie nienawidzi, pewnie cieszy się, że zniknęłam bez śladu.
Porównując rybkę do dzieci, wspólną cechą bez wątpienia jest obowiązek, jakim obarczają mnie oba gatunki. To jest problem, a ja problemy najczęściej usuwam. Cóż, że też nie można spuścić dzieci w toalecie.
– Co mam ci powiedzieć? Doskonale wiesz, że ani ja, ani ty nie będziemy dobrymi rodzicami. W ogóle, nie będzie żadnych nas, lepiej żebyś po prostu zapomniał o mnie i tym czymś we mnie, zniknij, cokolwiek, nawet nie widzę sensu w obarczaniu cię winą, chociaż wiadomo, że wiatropylna nie jestem – warknęłam, patrząc na niego spod byka i o ile na ogół nie można było wyczytać z mojego oblicza jakichkolwiek emocji, tak teraz moje błękitne oczy zionęły czystym gniewem i nienawiścią, skierowaną do sama nie wiem kogo: Lucia, dzieci, a może mnie? Że też nie zginęły w tym wypadku. - może w ogóle zrzuć mnie ze schodów, jak krzyknę to będzie wtedy pewność, że nie żyją – zironizowałam, gestykulując.
– Nie żyją? – spytał głupio, oddychając głęboko. Był dziwnie spokojny i zamyślony, przez większość mojego gorącego monologu miał wzrok uparcie wbity w drewaniane panele podłogowe, co niesamowicie mnie denerwowało, a właściwie to moje hormony, a to dopiero drugi miesiąc.
– Tak, bo to cholerne bliźniaki – założyłam ręce na piersi, patrząc na niego wyczekująco, jednak ten się nie odezwał. – już wiesz to, co powinieneś, więc możesz iść, najlepiej to po tabletki poronne. Aha! – krzyknęłam. – jesteśmy na wyspie. Jeszcze takich nie wymyślili – nigdy wcześniej nie odczuwałam podobnej złości i nienawiści, wszystkie zdarzenia skumulowane wcześniej we mnie wreszcie znalazły ujście, a ja praktycznie czułam każdy pojedynczy, naelektryzowany włos na mojej głowie. Stojąc tak, Lucio w końcu się odezwał, no bo kto by pomyślał, że mogło mu zabraknąć języka w gębie.
Lucio?
ja nawet nie chciałam go spotkać choćby przypadkiem. Przypominał mi o dwóch dzieciakach rozwijających się we mnie, których nie kochałam i ich nie chciałam chyba jeszcze bardziej, niż Lucia. Co niby miałam mu powiedzieć?
Hej, wiem że to nie ma prawa się udać, ale będziemy mieć dwójkę dzieci i zobaczysz, że w końcu stworzymy kochającą się rodzinkę!
Choćbym nawet chciała, to oprócz warunków mieszkaniowych i jakiegoś wykształcenia, to nie będę w stanie zapewnić im niczego poza tym, wiedziałam, że nie będę dobrą matką. Kiedyś, gdy koleżanka z podstawówki, za życia poza wyspą, wręczyła mi rybkę na tydzień, to spuściłam ją w kiblu i powiedziałam, że zjadł ją kot. Płakała miesiąc i chyba do dzisiaj mnie nienawidzi, pewnie cieszy się, że zniknęłam bez śladu.
Porównując rybkę do dzieci, wspólną cechą bez wątpienia jest obowiązek, jakim obarczają mnie oba gatunki. To jest problem, a ja problemy najczęściej usuwam. Cóż, że też nie można spuścić dzieci w toalecie.
– Co mam ci powiedzieć? Doskonale wiesz, że ani ja, ani ty nie będziemy dobrymi rodzicami. W ogóle, nie będzie żadnych nas, lepiej żebyś po prostu zapomniał o mnie i tym czymś we mnie, zniknij, cokolwiek, nawet nie widzę sensu w obarczaniu cię winą, chociaż wiadomo, że wiatropylna nie jestem – warknęłam, patrząc na niego spod byka i o ile na ogół nie można było wyczytać z mojego oblicza jakichkolwiek emocji, tak teraz moje błękitne oczy zionęły czystym gniewem i nienawiścią, skierowaną do sama nie wiem kogo: Lucia, dzieci, a może mnie? Że też nie zginęły w tym wypadku. - może w ogóle zrzuć mnie ze schodów, jak krzyknę to będzie wtedy pewność, że nie żyją – zironizowałam, gestykulując.
– Nie żyją? – spytał głupio, oddychając głęboko. Był dziwnie spokojny i zamyślony, przez większość mojego gorącego monologu miał wzrok uparcie wbity w drewaniane panele podłogowe, co niesamowicie mnie denerwowało, a właściwie to moje hormony, a to dopiero drugi miesiąc.
– Tak, bo to cholerne bliźniaki – założyłam ręce na piersi, patrząc na niego wyczekująco, jednak ten się nie odezwał. – już wiesz to, co powinieneś, więc możesz iść, najlepiej to po tabletki poronne. Aha! – krzyknęłam. – jesteśmy na wyspie. Jeszcze takich nie wymyślili – nigdy wcześniej nie odczuwałam podobnej złości i nienawiści, wszystkie zdarzenia skumulowane wcześniej we mnie wreszcie znalazły ujście, a ja praktycznie czułam każdy pojedynczy, naelektryzowany włos na mojej głowie. Stojąc tak, Lucio w końcu się odezwał, no bo kto by pomyślał, że mogło mu zabraknąć języka w gębie.
Lucio?
8 października 2018
Od Galii CD Lucio
Moje ciało zupełnie nie chciało ze mną współpracować, a co gorsze,
wiedziałam o tym i odczuwałam z każdym ruchem. Rany boleśnie dawały o
sobie znać, mimo że ładowano we mnie leki przeciwbólowe i wzorowo
nakładano opatrunki najlepszej jakości.
Spędziłam dwa tygodnie na leżeniu w lecznicy, po których to wróciłam do domu, chociaż dalej nie byłam w pełni sił, to chciałam już być na swoim. Nie robiłam dużo, większą część dnia leżałam, ale dotychczas, w lecznicy. Teraz, w domu, zamierzałam powoli wracać do żywych, ale stan zdrowia (i błogosławiony) mi tego nie ułatwiał.
Kompletnie nie dochodził do mnie fakt, że mam w sobie dwa, nowe życia i co gorsze, mam o to coś dbać teraz, jutro, za rok i osiem lat, a na dodatek uczyć ich jak żyć, kiedy to ja sama jeszcze tego nie wiem. Było już widać zarys brzucha, nawet gdy go wciągnęłam, on dalej tam był, a ja go nie chciałam. Chodziłam w obwisłych, za dużych ubraniach, które wyglądały na mnie jak szmaty, ale mogłabym chodzić we wszystkim, aby tylko nie było go widać.
Bliźniaki ciągle się rozwijały, mimo że przez mój wypadek jedno po urodzeniu będzie pokrzywdzone i najzwyczajnie słabe, to na tę chwilę ciąża była zagrożona i wystarczył jeden mały wypadek, abym jej po prostu nie donosiła, co brzmiało niezwykle kusząco dla mnie, jak i dla świata. Na nieszczęście musiałam się męczyć, bo byłam zwykłym tchórzem, jeśli o to chodziło. Nie czułam do tych dzieciaków nic pozytywnego, przypominały mi o Luciu, wypadku i pojawiały się w samych negatywach, nie byłam ich w stanie polubić, a co dopiero pokochać. Poza tym, myślę, że ojciec też, ale jemu nie zamierzałam nawet powiedzieć, skoro nie odwiedził mnie przez cały mój pobyt w lecznicy, a ja tak bardzo się nudziłam będąc tam sama. Z resztą, nawet nie miałam ochoty się z nim widzieć, wolałam wrócić do mojego poprzedniego życia, traktując dzieci jako wpadkę i mały, nic nie znaczący wybryk natury, czyli dokładnie tak, jakby ich nie było.
Po powrocie do domu od razu wzięłam się za sprzątanie, od mojej nieobecności wszystkie meble porosło kilka warstw kurzu i bliżej nieokreślonych brudów, które nigdy wcześniej w takiej sytuacji nie przeszkadzałyby mi. Niedługo później spędziłam trochę czasu z Dorianem, który niebywale się stęsknił, a po powrocie do domu ugotowałam normalną, ludzką potrawę. Nie wiedziałam czy dzieci żerują na czyimś strachu, tak jak mogłam to robić ja, ale z dziwnych powodów wolałam normalnie jeść, aby one nie były przypadkiem głodne, bo przecież ja także bym na tym źle wyszła, prawda?
Siedząc w moim wygodnym, ulubionym fotelu, z twarzą bladą od wysiłku i posiłkiem na kolanach, usłyszałam pukanie do domu, które postanowiłam zignorować i pewnie bym nie otworzyła drzwi przybyszowi, gdyby nie to, że ten ktoś nie dawał sobie spokoju i natrętnie się do nich dobijał. Ze złością odłożyłam talerz na stolik, oplatając się ciepłym kocem i idąc w stronę przedpokoju, niedawno wróciłam, a ludzie już ewidentnie naruszali mój święty spokój. Na moją niekorzyść działała ciąża wyciszająca praktycznie do zera moją aurę i czyniąc, że najczęściej byłam otępiała i zamroczona. Otworzyłam z hukiem drzwi, stając w gotowości do kłótni, ale moje spojrzenie stało się łagodne, zamglone i mętne, gdy tylko spostrzegłam kto za nimi stoi. Automatycznie chciałam zamknąć drzwi i zrobić wszystko, aby tylko nie wpuścić Lucia do środka, ale wtedy było już na to za późno, bo wkroczył do środka.
Lucio?
Spędziłam dwa tygodnie na leżeniu w lecznicy, po których to wróciłam do domu, chociaż dalej nie byłam w pełni sił, to chciałam już być na swoim. Nie robiłam dużo, większą część dnia leżałam, ale dotychczas, w lecznicy. Teraz, w domu, zamierzałam powoli wracać do żywych, ale stan zdrowia (i błogosławiony) mi tego nie ułatwiał.
Kompletnie nie dochodził do mnie fakt, że mam w sobie dwa, nowe życia i co gorsze, mam o to coś dbać teraz, jutro, za rok i osiem lat, a na dodatek uczyć ich jak żyć, kiedy to ja sama jeszcze tego nie wiem. Było już widać zarys brzucha, nawet gdy go wciągnęłam, on dalej tam był, a ja go nie chciałam. Chodziłam w obwisłych, za dużych ubraniach, które wyglądały na mnie jak szmaty, ale mogłabym chodzić we wszystkim, aby tylko nie było go widać.
Bliźniaki ciągle się rozwijały, mimo że przez mój wypadek jedno po urodzeniu będzie pokrzywdzone i najzwyczajnie słabe, to na tę chwilę ciąża była zagrożona i wystarczył jeden mały wypadek, abym jej po prostu nie donosiła, co brzmiało niezwykle kusząco dla mnie, jak i dla świata. Na nieszczęście musiałam się męczyć, bo byłam zwykłym tchórzem, jeśli o to chodziło. Nie czułam do tych dzieciaków nic pozytywnego, przypominały mi o Luciu, wypadku i pojawiały się w samych negatywach, nie byłam ich w stanie polubić, a co dopiero pokochać. Poza tym, myślę, że ojciec też, ale jemu nie zamierzałam nawet powiedzieć, skoro nie odwiedził mnie przez cały mój pobyt w lecznicy, a ja tak bardzo się nudziłam będąc tam sama. Z resztą, nawet nie miałam ochoty się z nim widzieć, wolałam wrócić do mojego poprzedniego życia, traktując dzieci jako wpadkę i mały, nic nie znaczący wybryk natury, czyli dokładnie tak, jakby ich nie było.
Po powrocie do domu od razu wzięłam się za sprzątanie, od mojej nieobecności wszystkie meble porosło kilka warstw kurzu i bliżej nieokreślonych brudów, które nigdy wcześniej w takiej sytuacji nie przeszkadzałyby mi. Niedługo później spędziłam trochę czasu z Dorianem, który niebywale się stęsknił, a po powrocie do domu ugotowałam normalną, ludzką potrawę. Nie wiedziałam czy dzieci żerują na czyimś strachu, tak jak mogłam to robić ja, ale z dziwnych powodów wolałam normalnie jeść, aby one nie były przypadkiem głodne, bo przecież ja także bym na tym źle wyszła, prawda?
Siedząc w moim wygodnym, ulubionym fotelu, z twarzą bladą od wysiłku i posiłkiem na kolanach, usłyszałam pukanie do domu, które postanowiłam zignorować i pewnie bym nie otworzyła drzwi przybyszowi, gdyby nie to, że ten ktoś nie dawał sobie spokoju i natrętnie się do nich dobijał. Ze złością odłożyłam talerz na stolik, oplatając się ciepłym kocem i idąc w stronę przedpokoju, niedawno wróciłam, a ludzie już ewidentnie naruszali mój święty spokój. Na moją niekorzyść działała ciąża wyciszająca praktycznie do zera moją aurę i czyniąc, że najczęściej byłam otępiała i zamroczona. Otworzyłam z hukiem drzwi, stając w gotowości do kłótni, ale moje spojrzenie stało się łagodne, zamglone i mętne, gdy tylko spostrzegłam kto za nimi stoi. Automatycznie chciałam zamknąć drzwi i zrobić wszystko, aby tylko nie wpuścić Lucia do środka, ale wtedy było już na to za późno, bo wkroczył do środka.
Lucio?
7 października 2018
Od Galii CD Harry
O ile kiedyś byłam odludkiem i osadniczką, za którą mnie nie uważano,
tak teraz inni mieszkańcy wioski widzieli we mnie wiedźmę z bagien,
która zabija spojrzeniem. Nie wiem skąd wzięło im się to stwierdzenie,
jak i fakt, że rzekomo jestem czarownicą. Fakt, roztaczana przeze mnie
aura nie była czymś przyjemnym, czym można byłoby się pochwalić, ale
normalne jest to, że nie mam nad nią całkowitej kontroli i
prawdopodobnie nie będę miała.
Od śmierci Julesa stałam się trochę bardziej wyobcowana, a jedynymi ludźmi, z którymi to miałam kontakt (mocno ograniczony, ale jednak) był Lucio i Tenebris.
Coraz więcej przebywałam poza granicą lasu, dostając marną wypłatę, gdyż nie przykładałam się zbytnio do pracy, zaczęła mi ona przeszkadzać i nie sprawiała już przyjemności. Bardzo dużo podróżowałam na Dorianie, przemierzając nieosiedlone gęstwiny, kilka razy ocierając się o śmierć, ale jednak fartem wychodząc z tych sytuacji na plusie.
Wraz z moimi wyprawami odkryłam opuszczony tankowiec, którym to przytachano nowe modyfikacje - nikt się tu nie zapuszczał,
jedynie czasami zdarzyło się kilka nowych osobników, którym to doszczętnie pomieszano w genech i stworzono coś nie z tej planety - dotychczas myślałam, że to my jesteśmy dziwni i przerażający, ale mieszanina genotypów, jaką zobaczyłam ostatnimi czasy była nie do pojęcia nawet dla mnie.
Ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych - zjadłam jakieś śniadanie, zamknęłam dom na cztery spusty i odjechałam na Dorianie za granicę wioski, kierując się do tankowca, który stał się nieoficjalnie moim drugim domem, czymś, gdzie nie było nikogo, tylko ja sama z moimi myślami. Swoją drogą, stanowisko strażniczki bardzo ułatwiało mi kilka spraw, między innymi dzikie podróże.
Zdążyłam przetworzyć biuro pod pokładem w całkiem przyjemny (jak na te standardy) pokoik, bardzo lubiłam tam przesiadywać. Dorian w tym czasie najczęściej leżał w jednej z ogromnych, zabezpieczonych skrzyń, wyłożonych przeze mnie słomą i sianem albo biegał na amatorsko ogrodzonym terenie niedaleko statku.
Siedziałam przy biurku, wypełniając zaległe raporty i delektując się dźwiękiem fal odbijanych od drewnianej powłoki, to było coś, czego z pewnością brakowało mi na moich bagnach, ale na całe szczęście miałam to tu.
Ptaki co jakiś czas się odzywały, a ja je słyszałam zza otwartego, okrągłego okienka za moimi plecami.
W pewnej chwili usłyszałam coś innego, niż odgłosy morza - skrzypienie podłogi nade mną, a następnie dziwnie wyrównujący się poziomem dźwięk - ktoś schodził po schodach, a robił to na tyle świadomie, że niekoniecznie był to człowiek dotknięty nową modyfikacją.
Usłyszałam jak kieruje się korytarzem prowadzącym do drugiego pomieszczenia z klatkami, które to chciałam i miałam w planach zagospodarować, nie mogłam pozwolić, aby cokolwiek tutaj uległo zniszczeniu z jego winy.
Wzięłam sztylet do ręki, trzymając go w pogotowiu i nasilając nieprzyjemną aurę, jednocześnie zaczęłam unosić się kilka centymetrów nad ziemią, poruszając się bezszelestnie. Wychodząc na korytarz dostrzegłam jedną postać, daleko w jego głębi. Była to dziewczyna, co poznałam po dłuższych, ciemnych włosach i delikatnej posturze, co było jasne, w końcu kobiety tym się cechowały, prawda?
Przemierzyłam cały hol, na jego końcu dostrzegając także zmutowanego, który posilał się czyimiś zwłokami. Śmierdziało okropnie, ale była to już nieużywana przeze mnie część tankowca, więc nic dziwnego, że to przeoczyłam. Kobieta stąpająca przede mną jeszcze go nie zauważyła, więc w mgnieniu oka znalazłam się przy niej, zatykając ręką usta i szepcząc do ucha:
– Cicho – nie wiem dlaczego to zrobiłam, w końcu pierwszy raz od długiego czasu mogłam mieć jakąś rozrywkę, patrzeć jak szpony rozrywają bezbronną dziewczynę, to było coś.
Później nadeszłaby mniej przyjemna chwila,
czyli sprzątanie zwłok i flaków, ale mniejsza. Niezawsze to robię, czego dowodem są porozwieszane po belkach tu i ówdzie ścięgna i jelita, wyglądało źle i przerażająco, ale nie przeszkadzało mi na tyle, aby było trzeba to sprzątnąć.
Kobieta stała bez ruchu, a ja cofnęłam nas do pomieszczenia obok, póki potwór nie zmierzył nas jeszcze spojrzeniem swoich ślepi.
Odwróciła się, wystawiając w moją stronę marną broń, a ja przewróciłam oczami.
– Nieźle się odwdzięczasz, a teraz pozwól, że kogoś zabiję, zanim on zrobi to z nami – uśmiechnęłam się fałszywie, opierając rękę na biodrze.
Harry?
Od śmierci Julesa stałam się trochę bardziej wyobcowana, a jedynymi ludźmi, z którymi to miałam kontakt (mocno ograniczony, ale jednak) był Lucio i Tenebris.
Coraz więcej przebywałam poza granicą lasu, dostając marną wypłatę, gdyż nie przykładałam się zbytnio do pracy, zaczęła mi ona przeszkadzać i nie sprawiała już przyjemności. Bardzo dużo podróżowałam na Dorianie, przemierzając nieosiedlone gęstwiny, kilka razy ocierając się o śmierć, ale jednak fartem wychodząc z tych sytuacji na plusie.
Wraz z moimi wyprawami odkryłam opuszczony tankowiec, którym to przytachano nowe modyfikacje - nikt się tu nie zapuszczał,
jedynie czasami zdarzyło się kilka nowych osobników, którym to doszczętnie pomieszano w genech i stworzono coś nie z tej planety - dotychczas myślałam, że to my jesteśmy dziwni i przerażający, ale mieszanina genotypów, jaką zobaczyłam ostatnimi czasy była nie do pojęcia nawet dla mnie.
Ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych - zjadłam jakieś śniadanie, zamknęłam dom na cztery spusty i odjechałam na Dorianie za granicę wioski, kierując się do tankowca, który stał się nieoficjalnie moim drugim domem, czymś, gdzie nie było nikogo, tylko ja sama z moimi myślami. Swoją drogą, stanowisko strażniczki bardzo ułatwiało mi kilka spraw, między innymi dzikie podróże.
Zdążyłam przetworzyć biuro pod pokładem w całkiem przyjemny (jak na te standardy) pokoik, bardzo lubiłam tam przesiadywać. Dorian w tym czasie najczęściej leżał w jednej z ogromnych, zabezpieczonych skrzyń, wyłożonych przeze mnie słomą i sianem albo biegał na amatorsko ogrodzonym terenie niedaleko statku.
Siedziałam przy biurku, wypełniając zaległe raporty i delektując się dźwiękiem fal odbijanych od drewnianej powłoki, to było coś, czego z pewnością brakowało mi na moich bagnach, ale na całe szczęście miałam to tu.
Ptaki co jakiś czas się odzywały, a ja je słyszałam zza otwartego, okrągłego okienka za moimi plecami.
W pewnej chwili usłyszałam coś innego, niż odgłosy morza - skrzypienie podłogi nade mną, a następnie dziwnie wyrównujący się poziomem dźwięk - ktoś schodził po schodach, a robił to na tyle świadomie, że niekoniecznie był to człowiek dotknięty nową modyfikacją.
Usłyszałam jak kieruje się korytarzem prowadzącym do drugiego pomieszczenia z klatkami, które to chciałam i miałam w planach zagospodarować, nie mogłam pozwolić, aby cokolwiek tutaj uległo zniszczeniu z jego winy.
Wzięłam sztylet do ręki, trzymając go w pogotowiu i nasilając nieprzyjemną aurę, jednocześnie zaczęłam unosić się kilka centymetrów nad ziemią, poruszając się bezszelestnie. Wychodząc na korytarz dostrzegłam jedną postać, daleko w jego głębi. Była to dziewczyna, co poznałam po dłuższych, ciemnych włosach i delikatnej posturze, co było jasne, w końcu kobiety tym się cechowały, prawda?
Przemierzyłam cały hol, na jego końcu dostrzegając także zmutowanego, który posilał się czyimiś zwłokami. Śmierdziało okropnie, ale była to już nieużywana przeze mnie część tankowca, więc nic dziwnego, że to przeoczyłam. Kobieta stąpająca przede mną jeszcze go nie zauważyła, więc w mgnieniu oka znalazłam się przy niej, zatykając ręką usta i szepcząc do ucha:
– Cicho – nie wiem dlaczego to zrobiłam, w końcu pierwszy raz od długiego czasu mogłam mieć jakąś rozrywkę, patrzeć jak szpony rozrywają bezbronną dziewczynę, to było coś.
Później nadeszłaby mniej przyjemna chwila,
czyli sprzątanie zwłok i flaków, ale mniejsza. Niezawsze to robię, czego dowodem są porozwieszane po belkach tu i ówdzie ścięgna i jelita, wyglądało źle i przerażająco, ale nie przeszkadzało mi na tyle, aby było trzeba to sprzątnąć.
Kobieta stała bez ruchu, a ja cofnęłam nas do pomieszczenia obok, póki potwór nie zmierzył nas jeszcze spojrzeniem swoich ślepi.
Odwróciła się, wystawiając w moją stronę marną broń, a ja przewróciłam oczami.
– Nieźle się odwdzięczasz, a teraz pozwól, że kogoś zabiję, zanim on zrobi to z nami – uśmiechnęłam się fałszywie, opierając rękę na biodrze.
Harry?
24 września 2018
Od Galii CD Tenebris'a
Nigdy nie byłam specjalnie strachliwa, raczej miałam się za odważną
osobę, ale w tym momencie wzięły mnie wątpliwości. Wiedziałam czym
ryzykuje, gdy zabrałam Tenebrisa ze sobą do wioski, a on wiedział
(chyba) jak ważna dla mnie jest posada, jaką pełnię, oraz to, że bardzo
długo na nią pracowałam. Teraz, przez jeden malutki błąd,
niedopatrzenie, mogłam wszystko zaprzepaścić i skazać się na więzienie, a
nawet śmierć, sprzymierzeńcy Samotników byli zazwyczaj surowo karani, a
ja nie jestem żadnym wyjątkiem. Od dawna mnie o to podejrzewali, w
dodatku miałam jeszcze kontakt z Lucio i Julesem, który zresztą był moim
bratem. Nie obracałam się nigdy w towarzystwie osadników, chyba że coś
chciałam, a to było powodem, dla którego ich zaufanie do mnie było mocno
ograniczone. To lepiej.
Jechałam na Dorianie do mojego domu, korzystając z okazji, że mężczyzna wziął na siebie zadanie mające na celu zmylenie ich, nie chciałam robić mu problemów, jednocześnie nie wpędzając ich na siebie. Ze zdziwieniem poczułam w kościach (oraz usłyszałam) tętent końskich kopyt, z przerażeniem odkrywając, że tamten musiał wezwać wparcie, skoro czepili się także i mnie. Popędziłam Doriana, zauważając pierwsze krople potu na jego szyi. Z niezadowoleniem obrałam niebezpieczniejszą drogę, ale z większą możliwością na zgubienie straży. Jeden z nich zrobił się na tym terenie bardziej pewny siebie i chyba w głowie zaświatała mu nagroda za złapanie mnie, bo w szybkim tempie ruszył w moją stronę, rzucając ostrzem, któro trafiło w moją wiejącą kurtkę, rozrywając ją, przez co cały puch wypełniający wnętrze opadł na ściółkę leśną, a po moich plecach automatycznie przeszedł dreszcz spowodowany zimnym wiatrem. Drugi strażnik także wydobył broń, ale został w tyle. Poprzedni usiłował zepchnąć mnie z siodła, nabijając jeden siniak na drugim oraz tnąc materiał ubrań. W tym momencie cieszyłam się, że miałam zbyt grube warstwy, a strażnik nie mógł zamachnąć się na tyle, aby coś mi zrobić. W pewnym momencie skręciłam nagle w stronę gór, a ten, nieogarniając - pojechał prosto, robiąc duży łuk i na szczęście już do mnie nie dojeżdżając. Widziałam jego sylwetkę, majaczyła między drzewami, a krzyki i świst wiatru wypełniał mi uszy, boleśnie dając znać, że jest zima. W końcu wjechałam w góry, opatulając się pozostałością z mojej kurtki i jechałam kompletnie bez celu, mając szczerą nadzieję, że Tenebris sam mnie znajdzie, skoro mnje tu wysłał. Po części miałam rację i wcale nie musiałam długo krążyć, aby go spotkać - stał, oparty nonszalancko o pień jednego z zaśnieżonych drzew, na co prychnęłam, podjeżdżając.
– Widzieli mnie. Mogę już nie wracać, a ty możesz pokazać mi jak to jest być rodem z Tarzana – powiedziałam, odganiając od siebie łzy. Było zimno, jeszcze by mi zamarzły!
– Nie jest tak źle, wbrew pozorom, da się przyzwyczaić. Za jakiś czas wrócisz do siebie i dalej będziesz straszyć innych swoją osobowością – powiedział, na co zmierzyłam go spojrzeniem.
– Ja straszę, ale to ty odstraszasz – podsumowałam. – to gdzie jedziemy? Tylko szybko, jak Dorian zachoruje, to sam go będziesz leczył! Masz derkę? Albo owijki, tak, owijki też by się przydały. I pasza, w końcu musi coś jeść. Bo masz co jeść, prawda? – spytałam, patrząc na niego przerażona. Będę w najprawdziwszym lesie przez kilka dni i nocy z rzędu, w co ja się wpakowałam?!
Tenebris?
Jechałam na Dorianie do mojego domu, korzystając z okazji, że mężczyzna wziął na siebie zadanie mające na celu zmylenie ich, nie chciałam robić mu problemów, jednocześnie nie wpędzając ich na siebie. Ze zdziwieniem poczułam w kościach (oraz usłyszałam) tętent końskich kopyt, z przerażeniem odkrywając, że tamten musiał wezwać wparcie, skoro czepili się także i mnie. Popędziłam Doriana, zauważając pierwsze krople potu na jego szyi. Z niezadowoleniem obrałam niebezpieczniejszą drogę, ale z większą możliwością na zgubienie straży. Jeden z nich zrobił się na tym terenie bardziej pewny siebie i chyba w głowie zaświatała mu nagroda za złapanie mnie, bo w szybkim tempie ruszył w moją stronę, rzucając ostrzem, któro trafiło w moją wiejącą kurtkę, rozrywając ją, przez co cały puch wypełniający wnętrze opadł na ściółkę leśną, a po moich plecach automatycznie przeszedł dreszcz spowodowany zimnym wiatrem. Drugi strażnik także wydobył broń, ale został w tyle. Poprzedni usiłował zepchnąć mnie z siodła, nabijając jeden siniak na drugim oraz tnąc materiał ubrań. W tym momencie cieszyłam się, że miałam zbyt grube warstwy, a strażnik nie mógł zamachnąć się na tyle, aby coś mi zrobić. W pewnym momencie skręciłam nagle w stronę gór, a ten, nieogarniając - pojechał prosto, robiąc duży łuk i na szczęście już do mnie nie dojeżdżając. Widziałam jego sylwetkę, majaczyła między drzewami, a krzyki i świst wiatru wypełniał mi uszy, boleśnie dając znać, że jest zima. W końcu wjechałam w góry, opatulając się pozostałością z mojej kurtki i jechałam kompletnie bez celu, mając szczerą nadzieję, że Tenebris sam mnie znajdzie, skoro mnje tu wysłał. Po części miałam rację i wcale nie musiałam długo krążyć, aby go spotkać - stał, oparty nonszalancko o pień jednego z zaśnieżonych drzew, na co prychnęłam, podjeżdżając.
– Widzieli mnie. Mogę już nie wracać, a ty możesz pokazać mi jak to jest być rodem z Tarzana – powiedziałam, odganiając od siebie łzy. Było zimno, jeszcze by mi zamarzły!
– Nie jest tak źle, wbrew pozorom, da się przyzwyczaić. Za jakiś czas wrócisz do siebie i dalej będziesz straszyć innych swoją osobowością – powiedział, na co zmierzyłam go spojrzeniem.
– Ja straszę, ale to ty odstraszasz – podsumowałam. – to gdzie jedziemy? Tylko szybko, jak Dorian zachoruje, to sam go będziesz leczył! Masz derkę? Albo owijki, tak, owijki też by się przydały. I pasza, w końcu musi coś jeść. Bo masz co jeść, prawda? – spytałam, patrząc na niego przerażona. Będę w najprawdziwszym lesie przez kilka dni i nocy z rzędu, w co ja się wpakowałam?!
Tenebris?
19 września 2018
Od Galii CD Lucia
Podświadomie czułam, że wystarczy chwila, abym straciła całkowity
kontakt z rzeczywistością, który i tak był już mocno ograniczony. Ból
przejmował całe moje ciało, a spływająca strużkami krew nieprzyjemnie
drażniła rany, które otwierały się coraz bardziej przy najmniejszym
ruchu. W pierwszej chwili nie zarejestrowałam przybycia Lucia i tego, że
wziął mnie na ręce, ale kiedy dotknął moich ran, podwajając cierpienie,
wiedziałam, że niestety lub stety jeszcze żyje. Z jękiem przyjmowałam
zimniejsze podmuchy wiatru, czując jak tracę przytomność przez utratę
krwi, od dryfowania między dwoma światami dzieliło mnie dłuższe
przymknięcie powiek, jestem pewna, że gdybym się poddała, to już więcej
bym ich nie otworzyła. Słyszałam dudnienie, które - pewnie ciche - to
rozsadzało moją głowę i umysł, a ciepły powiew ogarnął moje ciało.
Zostałam ułożona na czymś twardym, a ubranie zerwane. Nie wiem w czym
zostałam, czułam że mam opuchniętą twarz i otworzenie oczu na pełną
szerokość graniczy z cudem. Przez cienkie, zamazane szparki widziałam
tylko drewniany dach. Do moich nozdrzy dopadł zapach leków i innych
specyfików, a ktoś niedelikatnie wbił długą igłę w ramię, nakrywając
moje drżące ciało czymś nadzwyczaj miękkim, co o dziwo nie podrażniało
niepotrzebnie ran, z których w dalszym ciągu sączyła się krew. W oddali
słyszałam krzątaninę i rozgorączkowane głosy, ale miałam wrażenie, że
znajduję się pod wodą, a wszystko dzieje się na powierzchni. Ktoś
poklepał mnie lekko po spuchniętym policzku, na co się skrzywiłam,
odwracając głowę w przeciwnym kierunku. Co jakiś czas pewną część ciała
obejmowało zimno, a rany szczypały, aby potem zostały owinięte i
zostawione w spokoju, co niesamowicie mnie denerwowało, przez co się
niespokojnie kręciłam. Ktoś mnie przytrzymał za ramiona, chyba w
miejscu, w którym ran nie było, bo niespecjalnie mnie zabolało. Chwilę
później nic nie czułam, oddychając ciężko. Nie wiem co zrobili, ale nie
bolało, jedyne co, to czułam pewien dyskomfort w okolicy brzucha, a
niedługo później krew przestała wypływać, a przynajmniej tego nie
czułam. Po długim czasie, podczas którego mój kontakt ze światem był
bardzo znikomy, ktoś zaczął mi pomagać i przekonywać, abym podniosła się
do pozycji na wpół leżącej. Miałam ochotę krzyknąć z bólu, ale koniec
końców nie wiem czy to zrobiłam. Uchyliłam oczy, czując jak ktoś
przemywa z krwi moje nogi, ręce i brzuch, doprowadzając mnie do
przysłowiowego ładu, a jakaś dziewczyna podała dziwnie pachnące zioła
prosto pod nos, zachęcając je do wypicia, jednak kiedy ja odmówiłam,
odwracając na siłę głowę, po prostu wlano mi je wprost do gardła.
Prychnęłam ze złością, odganiając obolałą ręką tego kogoś. Czułam, jak
powoli wracam do życia, głównie za sprawą dziwnie śmierdzących
specyfików, którymi mnie szprycowano od dłuższego czasu, przez który tu
leżałam. Odetchnęłam głęboko, czując obejmujące mnie zmęczenie, a
zapadnięcie w sen,
odrętwienie albo zemdlenie - nie wiem - przyszło szybko.
***
– Ma szczęście, że nie straciła dziecka, na szczęście łożysko zostało nienaruszone, ale sama ciąża jest zagrożona – usłyszałam w śnie, wybudzając się. Nie kojarzyłam faktów, nie znałam zgromadzonych wokół mnie ludzi, a podwinięty skrawek materiału odsłaniał mój brzuch, to jakieś usg? Zdziwiona rozejrzałam się na tyle, na ile mogłam, a medyczka siedząca obok nagle się odezwała:
– Twoje dziecko nadal żyje, gratuluje – jej pokrzepiający uśmiech strwożył mnie na chwilę, jednocześnie zamrugałam nieporadnie.
– Co? – wychrypiałam, czując nasilający się ból całego ciała. Gdzie są przeciwbólowe gówna, gdy ich potrzebuję?
– Jesteś w ciąży. Zagrożonej. Trzeci tydzień? Jakoś tak – powiedziała życzliwie.
Skuliłam się, obejmując ramionami. Nie przejmowałam się bólem ran i ryzykiem, że otworzą się na nowo, krwawiąc. Miałam szeroko otwarte oczy, tak bardzo, że aż niemożliwie przy opuchliźnie. Byłam w szoku, no bo jak? Nie umiałam zadbać o samą siebie, a pod moją opiekę miało trafić dziecko, z jakim ja nie miałam nigdy wcześniej styczności? Nie pojmowałam tego, że mam w sobie rozwijające się, nowe życie i mam to życie później karmić, przewijać, wychować, a co dopiero - kochać. W ogóle, jestem w stanie to zrobić? Bo skoro ciąża jest zagrożona, to mogę jej nie donosić, szczęście w nieszczęściu, prawda? Wystarczy się trochę postarać, a wszystko wróci do normy i po jednej przygodzie z Luciem nie będzie ani śladu. W ogóle, on wie?
Lucio?
odrętwienie albo zemdlenie - nie wiem - przyszło szybko.
***
– Ma szczęście, że nie straciła dziecka, na szczęście łożysko zostało nienaruszone, ale sama ciąża jest zagrożona – usłyszałam w śnie, wybudzając się. Nie kojarzyłam faktów, nie znałam zgromadzonych wokół mnie ludzi, a podwinięty skrawek materiału odsłaniał mój brzuch, to jakieś usg? Zdziwiona rozejrzałam się na tyle, na ile mogłam, a medyczka siedząca obok nagle się odezwała:
– Twoje dziecko nadal żyje, gratuluje – jej pokrzepiający uśmiech strwożył mnie na chwilę, jednocześnie zamrugałam nieporadnie.
– Co? – wychrypiałam, czując nasilający się ból całego ciała. Gdzie są przeciwbólowe gówna, gdy ich potrzebuję?
– Jesteś w ciąży. Zagrożonej. Trzeci tydzień? Jakoś tak – powiedziała życzliwie.
Skuliłam się, obejmując ramionami. Nie przejmowałam się bólem ran i ryzykiem, że otworzą się na nowo, krwawiąc. Miałam szeroko otwarte oczy, tak bardzo, że aż niemożliwie przy opuchliźnie. Byłam w szoku, no bo jak? Nie umiałam zadbać o samą siebie, a pod moją opiekę miało trafić dziecko, z jakim ja nie miałam nigdy wcześniej styczności? Nie pojmowałam tego, że mam w sobie rozwijające się, nowe życie i mam to życie później karmić, przewijać, wychować, a co dopiero - kochać. W ogóle, jestem w stanie to zrobić? Bo skoro ciąża jest zagrożona, to mogę jej nie donosić, szczęście w nieszczęściu, prawda? Wystarczy się trochę postarać, a wszystko wróci do normy i po jednej przygodzie z Luciem nie będzie ani śladu. W ogóle, on wie?
Lucio?
Od Galii CD Lucia
Nie wiedziałam, czy zabranie Lucia do wioski jest dobrym pomysłem,
mogłam to śmiało porównać do wejścia w paszczę lwa i prawdę mówiąc,
obawiałam się tego, co może się wydarzyć. Już jedną ucieczkę z
samotnikiem w roli głównej niedawno zaliczyłam i moje kontakty z Radą i
innymi osadnikami oziębiły się. Jak przedtem były skute lodem, tak teraz
nie widziałam szansy na poprawienie ich. Zostałam odciągnięta od moich
obowiązków, a pensja obniżona, prawdopodobnie ktoś, kto mnie wtedy
widział, wydał i mnie, i Tenebrisa. Utrzymanie domu, konia, ubrania dla
mnie - to wszystko kosztowało, ostatnimi czasy, nie za mało, a brak
gotówki widocznie się na mnie odbił. Zawsze, gdy byłam w potrzebie,
zjawiał się Jules - ale tym razem nie miał już jak mi pomóc.
Siedziałam w ciepłym powozie ciągniętym przez dwa skarogniade konie, szczelnie okute w polarowe derki i przeciwpoślizgowe, nowowynalezione podkowy, bo nie tylko nam zima dawała się we znaki. Ciągnąc nosem czułam przenikający do moich nozdrzy mróz, a wszechobecna biel iskrzyła się w oczach. Niedalej niż cztery powozy w przód jechał Lucio, moje emocje w stosunku do niego także były sprzeczne. Nie wiedziałam jakie relacje panują między nami, jedna noc pewnie niewiele znaczyła, a oprócz niej nie było między nami żadnych zbliżeń, więc mogłam go narazie nazywać tylko sojusznikiem. Ba, nie wiem nawet, czy nim był, nie do końca mu ufałam.
Wyszłam z powozu, gdy ten się zatrzymał i dałam przewoźnikowi należne. Wywiózł mnie dokładnie tam, gdzie chciałam, mimo że wcale nie musiał - na przeciwległą do mojej, linię graniczną, gdzie mieścił się (mniej lub więcej legalny) rynek. Kupiłam tam leki, od dłuższego czasu męczyły mnie mdłości, niemiłosierne bóle głowy i brzucha, a i okres chyba wyjechał na wakacje. U medyków dostałabym tylko niepewne zioła, które niezawsze uśmierzają tak mocny ból, a tabletki są niezawodne.
Kupiłam to, co miałam w interesie, po czym zaczęłam wracać na główny rynek wioski, w celu odszukania Lucia, mimo że nie wiedziałam czemu to robię, w końcu poradzi sobie beze mnie. Niefortunny zbieg okoliczności wygonił mnie na drugi koniec wioski, a że granice nie były ostatnimi czasy bezpieczne, usłyszałam zbliżający się w moim kierunku tupot ogromnych łap. Nigdy w życiu nie widziałam takiego zwierzęcia, jakie aktualnie stało kilka kroków za mną. Siłą rzeczy powstrzymywałam drżenie ciała, gdy zimny pot spływał mi po plecach.
Gigantyczny potwór z czarnymi, mętnymi oczami zasłoniętymi rządzą krwi, ze sklejoną przez bordową substancję sierścią i błoniastymi skrzydłami. Naparł na mnie, a ja poczułam smród zgnilizny i padliny, gdy tylko się zbliżył. Jego ryk zagłuszył wszystkie moje zmysły, a strach przysłonił wzrok. Z przerażeniem chwyciłam za największe i najostrzejsze sztylety, jakie przy sobie miałam. Wziął rozbieg, kilkoma krokami pokonując odległość, jaka nas dzieliła, a piach wzbił się w powietrze przez ogromne łapy sunące po ziemi. Był na wyciągnięcie ręki, kiedy bezwiednie zatopiłam sztylet w jego ciele, wypruwając jedną z idealnie ukrwionych żył, w których płynęła życiodajna, bordowa, lekko czarna krew o innej konsystencji niż nasza. W tym samym momencie ból przeszył mój brzuch, a ja praktycznie poczułam wypływające wnętrzności, choć przez obezwładniające cierpienie wiedziałam, że to tylko mój wymysł, w rzeczywistości rana nie była aż tak głęboka i szybko odzyskałam rezon, wbijając nóż jeszcze głębiej, a moja dłoń zatopiła się w cielsku zwierzęcia. Doskonale czułam przepływające pod moimi palcami ścięgna i żyły, wypruwając je jeszcze mocniej, niż poprzednio. Mój krzyk, gdy jego zęby zatopiły się w mojej ręce, został zagłuszony przez chrzęst kości, a zmiażdżona noga spoczywała pod ciałem zwierzęcia, któro straciło równowagę przez umykające z niego życie. Musiałam trafić na tętnice. Ten z rozmachem odrzucił mnie łapą na drzewo kilka metrów dalej, a ja odbiłam się od niego z głuchym hukiem, raniąc boleśnie całe ciało. Opadłam na ziemię, na resztki ścięgien i żył stworzenia, z obrzydzeniem widząc, że pozostałości znalazły się na jego pozlepianej sierści. Rzucił się na moje bezwiedne już ciało, a ja coraz słabiej czułam ból i coraz mniej widziałam, wiedząc że zwierzę dopiero zaczęło rozpruwać moją skórę i za wszelką cenę chciało dobrać się do wnętrzności, aż nagle poczułam, jak padł nieruchomo na mnie, zalewając mnie lepką krwią, która zaś mieszała się z moją, wydobywającą się obficie z wszystkich ran, które pokrywały mnie od stóp do głów. Bordowa ciecz w dalszym ciągu torowała sobie drogę po naszych skatowanych ciałach, spływając w dół, a metaliczny smak sprawił, że zachciało mi się wymiotować.
Najpierw umarł Jules, a dzień później umrę ja.
Wypadki chodzą po ludziach, ale u nas to chyba rodzinne.
Lucio?
Siedziałam w ciepłym powozie ciągniętym przez dwa skarogniade konie, szczelnie okute w polarowe derki i przeciwpoślizgowe, nowowynalezione podkowy, bo nie tylko nam zima dawała się we znaki. Ciągnąc nosem czułam przenikający do moich nozdrzy mróz, a wszechobecna biel iskrzyła się w oczach. Niedalej niż cztery powozy w przód jechał Lucio, moje emocje w stosunku do niego także były sprzeczne. Nie wiedziałam jakie relacje panują między nami, jedna noc pewnie niewiele znaczyła, a oprócz niej nie było między nami żadnych zbliżeń, więc mogłam go narazie nazywać tylko sojusznikiem. Ba, nie wiem nawet, czy nim był, nie do końca mu ufałam.
Wyszłam z powozu, gdy ten się zatrzymał i dałam przewoźnikowi należne. Wywiózł mnie dokładnie tam, gdzie chciałam, mimo że wcale nie musiał - na przeciwległą do mojej, linię graniczną, gdzie mieścił się (mniej lub więcej legalny) rynek. Kupiłam tam leki, od dłuższego czasu męczyły mnie mdłości, niemiłosierne bóle głowy i brzucha, a i okres chyba wyjechał na wakacje. U medyków dostałabym tylko niepewne zioła, które niezawsze uśmierzają tak mocny ból, a tabletki są niezawodne.
Kupiłam to, co miałam w interesie, po czym zaczęłam wracać na główny rynek wioski, w celu odszukania Lucia, mimo że nie wiedziałam czemu to robię, w końcu poradzi sobie beze mnie. Niefortunny zbieg okoliczności wygonił mnie na drugi koniec wioski, a że granice nie były ostatnimi czasy bezpieczne, usłyszałam zbliżający się w moim kierunku tupot ogromnych łap. Nigdy w życiu nie widziałam takiego zwierzęcia, jakie aktualnie stało kilka kroków za mną. Siłą rzeczy powstrzymywałam drżenie ciała, gdy zimny pot spływał mi po plecach.
Gigantyczny potwór z czarnymi, mętnymi oczami zasłoniętymi rządzą krwi, ze sklejoną przez bordową substancję sierścią i błoniastymi skrzydłami. Naparł na mnie, a ja poczułam smród zgnilizny i padliny, gdy tylko się zbliżył. Jego ryk zagłuszył wszystkie moje zmysły, a strach przysłonił wzrok. Z przerażeniem chwyciłam za największe i najostrzejsze sztylety, jakie przy sobie miałam. Wziął rozbieg, kilkoma krokami pokonując odległość, jaka nas dzieliła, a piach wzbił się w powietrze przez ogromne łapy sunące po ziemi. Był na wyciągnięcie ręki, kiedy bezwiednie zatopiłam sztylet w jego ciele, wypruwając jedną z idealnie ukrwionych żył, w których płynęła życiodajna, bordowa, lekko czarna krew o innej konsystencji niż nasza. W tym samym momencie ból przeszył mój brzuch, a ja praktycznie poczułam wypływające wnętrzności, choć przez obezwładniające cierpienie wiedziałam, że to tylko mój wymysł, w rzeczywistości rana nie była aż tak głęboka i szybko odzyskałam rezon, wbijając nóż jeszcze głębiej, a moja dłoń zatopiła się w cielsku zwierzęcia. Doskonale czułam przepływające pod moimi palcami ścięgna i żyły, wypruwając je jeszcze mocniej, niż poprzednio. Mój krzyk, gdy jego zęby zatopiły się w mojej ręce, został zagłuszony przez chrzęst kości, a zmiażdżona noga spoczywała pod ciałem zwierzęcia, któro straciło równowagę przez umykające z niego życie. Musiałam trafić na tętnice. Ten z rozmachem odrzucił mnie łapą na drzewo kilka metrów dalej, a ja odbiłam się od niego z głuchym hukiem, raniąc boleśnie całe ciało. Opadłam na ziemię, na resztki ścięgien i żył stworzenia, z obrzydzeniem widząc, że pozostałości znalazły się na jego pozlepianej sierści. Rzucił się na moje bezwiedne już ciało, a ja coraz słabiej czułam ból i coraz mniej widziałam, wiedząc że zwierzę dopiero zaczęło rozpruwać moją skórę i za wszelką cenę chciało dobrać się do wnętrzności, aż nagle poczułam, jak padł nieruchomo na mnie, zalewając mnie lepką krwią, która zaś mieszała się z moją, wydobywającą się obficie z wszystkich ran, które pokrywały mnie od stóp do głów. Bordowa ciecz w dalszym ciągu torowała sobie drogę po naszych skatowanych ciałach, spływając w dół, a metaliczny smak sprawił, że zachciało mi się wymiotować.
Najpierw umarł Jules, a dzień później umrę ja.
Wypadki chodzą po ludziach, ale u nas to chyba rodzinne.
Lucio?
16 września 2018
Od Galii CD Tenebris'a
Na wyspie już tak było i doskonale o tym wiedziałam, więc dlaczego dopiero teraz jest mi przykro, skoro wcześniej także nieraz straciłam bliskiego? Jules był ostatnim członkiem rodziny, który mógłby podtrzymać nazwisko, ostatnią osobą, na której mogłam polegać i wiedziałam, że w razie czego otrzymam pomoc. Może nie był na co dzień najlepszym bratem i wydawało się, że to ja jestem ta zaradniejsza i starsza z naszej dwójki, ale skrycie wiedziałam, że to nieprawda, a porównywanie nas jest głupstwem.
Zawiał mocny wiatr, przez co zadrżałam, stojąc obok Doriana. Automatycznie objęłam swoje chude ramiona, pocierając je, aby zrobiło się cieplej. Miażdżąca aura nie opuszczała tego przeklętego miejsca ani na chwilę. Poczułam ciepło bijące od mężczyzny za mną, który mnie objął.
– Chodźmy może do baru – zaproponował, na co się zgodziłam niemym skinieniem głowy. Zostawiłam Doriana i sprzęt w prowizorycznej, zakrytej stajni stojącej niedaleko, bo nasz cel, do którego zmierzaliśmy mieścił się ulicę dalej.
W barze nie było dużo ludzi, panowała miła cisza i atmosfera, wewnątrz był półmrok. Kuso ubrane kelnerki latały od stolika do stolika, zachowując się co najmniej tak, jakby gościli tłumy w nieswoich skromnych progach. Po zajęciu stolika zamówiliśmy napoje, a że nikt z nas nic nie mówił, postanowiłam zacząć temat, aby przerwać ciszę, mimo że nie była ona niekomfortowa.
– Dziękuję, że poszedłeś ze mną. Nie musiałeś – odparłam, czując potrzebę okazania minimalnej wdzięczności, co było w moim przypadku dziwne. Zwykle nijak nie odpowiadałam na miłe gesty skierowane w moją stronę, po prostu je ignorowałam, potajemnie czerpiąc korzyść, ale chyba to była sytuacja pod tytułem „inne”.
Już miał mi odpowiedzieć, kiedy do naszego stolika podszedł dobrze zbudowany, ale niski mężczyzna, na oko trochę starszy, z kilkudniowym zarostem.
Nie wyglądał mi na kelnerkę z naszymi zamówieniami.
– A pan, co? – spytałam wyczekująco, unosząc prawą brew w zdziwieniu. Nieczęsto jestem zaczepiana, raczej wszyscy patrzą na mnie z oddali, tylko obserwując.
– Dlaczego on nie był wylegitymowany? – spytał dziwnym głosem, patrząc na strażników, którzy weszli właśnie do baru w wiadomym celu.
– Ja to zrobiłam – podałam mu moją legitymację, aby wiedział kim jestem i że mam do tego prawo, a ten tylko skinął głową, mrużąc podejrzliwie oczy. Strażnicy zbliżali się do naszego stolika nieubłaganie szybko, a ja w tym momencie żałowałam, że w barze praktycznie nie ma ludzi. Nieznajomy odszedł od naszego stolika, a ja przeklęłam siarczyście, wstając od stolika i narzucając na siebie czarną pelerynę.
– Może innym razem tutaj przyjdziemy, musimy uciekać – powiedziałam, widząc że mężczyzna, który z nami rozmawiał, wyszedł z baru. Drzwi budynku były zamknięte i nikt więcej nie wiedział, kim jesteśmy. Z tego powodu musieliśmy po prostu podjąć się biegu, a następnie ucieczki na Dorianie. Strażnicy wiedzieli, że legitymacja Aarona jest fałszywa, bo ten od dawien dawna już nie żył, co mogli łatwo sprawdzić, a nie myślałam, że akurat dzisiaj trafimy na kontrolę, zwykle wiedziałam kiedy i jaka będzie, ale chyba zostałam minimalnie odsunięta przez Radę od moich obowiązków przez śmierć brata, aktualnie na niekorzyść.
– Jeden z nich miał ostatnio skręconą kostkę, nie pobiegnie za nami, ale drugi już tak, więc mam nadzieję, że szybko biegasz – powiedziałam, jednym ruchem naciągając mocno kaptur na twarz, aby nie było jej widać i sama zrobiłam to samo. Aktualnie Tenebrisowi groziły w najlepszym wypadku lochy do końca życia, w najgorszym śmierć, a mnie wygnanie z wioski, co także, niestety, wiązało się ze śmiercią, niekoniecznie z rąk kata osady.
Tenebris?
11 września 2018
Od Galii CD Tenebris'a
Dosiadłam Doriana, a samotnik szedł obok. Wiedziałam, że w tym tempie
dojdziemy do wioski na jutrzejszy dzień, a ja nie lubiłam się spóźniać.
Przewróciłam oczami, wyciągając do niego rękę, a ten popatrzył na mnie
niezrozumiale.
– Wsiadasz, czy wolisz za mną biec? – spytałam teoretycznie, bo wiedziałam, co wybierze. Ten nie odpowiedział nic, chwytając moją dłoń, a po chwili siedział już za mną. Nie martwiłam się o Doriana, był dobrze zbudowanym, umięśnionym i dużym koniem, więc z pewnością nasza masa nie przekraczała dwudziestu procent jego, nie działa mu się żadna krzywda.
– Nawet jakbym musiał biec, to bym wam dotrzymał kroku – zakpił, oplatając mnie lekko w pasie, a ja bez słowa ruszyłam galopem z miejsca. Dwa razy prawie wysadziłam go z grzbietu, gdy przeskoczyliśmy zawalone drzewo, a mężczyzna wylądował na zadzie pędzącego konia. Jadąc nie byłabym sobą, gdybym nie podziwiała moich mało urokliwych (dla innych) widoków. Słońce leniwie sunęło po niebie i pewnie czułabym tego skutki, gdyby korony drzew nie przeszkadzały promieniom słonecznym w dotarciu do mnie. Pewnie dlatego byłam taka blada, co w mniemaniu innych wyglądało dosyć niezdrowo, ale osobiście czułam się jak okaz zdrowia, tym samym może niekoniecznie jako wzór do naśladowania. Ściągnęłam wodze, powstrzymując tym samym konia od galopu. Wjechaliśmy wolnym kłusem na rynek główny, a ludzie automatycznie rozstąpili się przed Dorianem, mimo że nie byłam już dyktatorką, a zastąpił mnie ktoś równie kompetentny, przynajmniej tyle o nich doszło do moich uszu. Stępując wzdłuż kamiennej drogi prowadzącej na cmentarz wsłuchiwałam się w stukot podkutych kopyt konia, a równy odgłos i ciepło bijące od mężczyzny siedzącego za mną, minimalnie sprawił, że zapomniałam o tym, gdzie i po co jadę. Niestety musiałam wyrwać się z letargu, gdy zatrzymałam konia, a Tenebris z niego zsiadł. Podał mi rękę, pewnie z grzeczności, ale jej sobie użyczyłam, zeskakując z gracją z końskiego grzbietu. Zdjęłam sprzęt, zostawiając go w samym kantarze, a ten pognał na łąkę obok. Stając przed czarną, ogromną, skrzypiącą bramą z wyrzeźbionymi aniołami, poczułam po co naprawdę tu jestem. Odszedł mój brat, moje jedyne oparcie, a teraz przyszła pora go godnie pożegnać. Widziałam ludzi tutaj zgromadzonych, którzy wcale nie byli skruszeni czy zasmuceni jego śmiercią, bo go nie znali, a na tym samym nie wiedziałam, po co tu przyszli, ale wyganianie ich całkowicie mijało się z celem.
– Chodź, zaraz się zacznie – mrugnęłam, słysząc głęboki głos mężczyzny, po czym skinęłam głową i weszłam na teren przepełniony negatywną, mroczną aurą, którą odczuliśmy mocniej niż inni przebywający tutaj ludzie. Zgarbiłam się, czując jej napór, a następnie podeszłam niechętnie do zamkniętej (na moją prośbę) trumny. Moja rasa, choć żywiła się śmiercią, to nie czerpała przyjemności, gdy odszedł bliski i miałam właśnie się o tym przekonać. Nie miałam zamiaru witać zmasakrowanych zwłok brata. Szaman wszedł na podest, aby ostatecznie pożegnać Julesa, a ja czułam na sobie spojrzenia innych.
Tenebris?
– Wsiadasz, czy wolisz za mną biec? – spytałam teoretycznie, bo wiedziałam, co wybierze. Ten nie odpowiedział nic, chwytając moją dłoń, a po chwili siedział już za mną. Nie martwiłam się o Doriana, był dobrze zbudowanym, umięśnionym i dużym koniem, więc z pewnością nasza masa nie przekraczała dwudziestu procent jego, nie działa mu się żadna krzywda.
– Nawet jakbym musiał biec, to bym wam dotrzymał kroku – zakpił, oplatając mnie lekko w pasie, a ja bez słowa ruszyłam galopem z miejsca. Dwa razy prawie wysadziłam go z grzbietu, gdy przeskoczyliśmy zawalone drzewo, a mężczyzna wylądował na zadzie pędzącego konia. Jadąc nie byłabym sobą, gdybym nie podziwiała moich mało urokliwych (dla innych) widoków. Słońce leniwie sunęło po niebie i pewnie czułabym tego skutki, gdyby korony drzew nie przeszkadzały promieniom słonecznym w dotarciu do mnie. Pewnie dlatego byłam taka blada, co w mniemaniu innych wyglądało dosyć niezdrowo, ale osobiście czułam się jak okaz zdrowia, tym samym może niekoniecznie jako wzór do naśladowania. Ściągnęłam wodze, powstrzymując tym samym konia od galopu. Wjechaliśmy wolnym kłusem na rynek główny, a ludzie automatycznie rozstąpili się przed Dorianem, mimo że nie byłam już dyktatorką, a zastąpił mnie ktoś równie kompetentny, przynajmniej tyle o nich doszło do moich uszu. Stępując wzdłuż kamiennej drogi prowadzącej na cmentarz wsłuchiwałam się w stukot podkutych kopyt konia, a równy odgłos i ciepło bijące od mężczyzny siedzącego za mną, minimalnie sprawił, że zapomniałam o tym, gdzie i po co jadę. Niestety musiałam wyrwać się z letargu, gdy zatrzymałam konia, a Tenebris z niego zsiadł. Podał mi rękę, pewnie z grzeczności, ale jej sobie użyczyłam, zeskakując z gracją z końskiego grzbietu. Zdjęłam sprzęt, zostawiając go w samym kantarze, a ten pognał na łąkę obok. Stając przed czarną, ogromną, skrzypiącą bramą z wyrzeźbionymi aniołami, poczułam po co naprawdę tu jestem. Odszedł mój brat, moje jedyne oparcie, a teraz przyszła pora go godnie pożegnać. Widziałam ludzi tutaj zgromadzonych, którzy wcale nie byli skruszeni czy zasmuceni jego śmiercią, bo go nie znali, a na tym samym nie wiedziałam, po co tu przyszli, ale wyganianie ich całkowicie mijało się z celem.
– Chodź, zaraz się zacznie – mrugnęłam, słysząc głęboki głos mężczyzny, po czym skinęłam głową i weszłam na teren przepełniony negatywną, mroczną aurą, którą odczuliśmy mocniej niż inni przebywający tutaj ludzie. Zgarbiłam się, czując jej napór, a następnie podeszłam niechętnie do zamkniętej (na moją prośbę) trumny. Moja rasa, choć żywiła się śmiercią, to nie czerpała przyjemności, gdy odszedł bliski i miałam właśnie się o tym przekonać. Nie miałam zamiaru witać zmasakrowanych zwłok brata. Szaman wszedł na podest, aby ostatecznie pożegnać Julesa, a ja czułam na sobie spojrzenia innych.
Tenebris?
1 września 2018
Od Galii CD Lucia
Nie wiem, co Lucio sobie myślał idąc za mną, mimo że ja chciałam
spokoju. Płacząc przy nim wiedziałam, że w przyszłości (o ile będziemy
ją ze sobą dzielić), wypominanie mi tego stanie się na porządku
dziennym, a tego, rzecz jasna, nie chciałam. Strata bliskiego jest czymś
okropnym i mimo, że doświadczyłam tego uczucia tyle razy, to wciąż było
mi obce i za każdym razem bolało mnie tak samo, a może i bardziej. Nie
wiem, co w życiu stracił Lucio (a skoro znajdował się na wyspie, to coś
kiedyś na pewno musiał stracić), więc także nie wiedziałam, czy zrozumie
mnie w tym momencie, czy po prostu wyśmieje i w taki oto sposób nasze
drogi się rozejdą. Myślałam nawet, czy tak by nie było lepiej, miłość,
przyjaźń, czy przywiązanie traktowałam jako słabość, a na to nie mogłam
sobie pozwolić, przynajmniej nie tutaj, na wyspie. Siedząc na podłodze, w
kuchni, ukryta głęboko za kurtyną włosów, jakby w nadziei, że w ten
sposób uniknę bacznego spojrzenia mężczyzny, poczułam rękę gdzieś tam w
pobliżu, która następnie ułożona została na moich plecach, które unosiły
się nieprzyjemnie w płaczu.
Po chwili uniosłam głowę, przecierając oczy i policzki, a następnie wstałam. Mógł mnie wziąć za nienormalną lub co gorsza, bipolarną, ale ja właśnie w taki sposób radziłam sobie z problemami - ignorując je.
Podjęłam ścierkę z blatu, jednym sprawnym ruchem ścierając podłogę, na szczęście nie było na niej dużo zmarnowanego jedzenia. Nastawiłam ponownie zapełniony po brzegi garnek, widząc, że chcąc niechcąc, zapasy powoli się kończyły, a że nastała zima i pierwszy śnieg już spadł, musiałam się wybrać na drobne zakupy, bo polowanie w takich warunkach z pewnością nie byłoby przyjemne.
– Zanieś to Dorianowi – rzuciłam, podając mu zawiniątko pełne skrojonych uprzednio przeze mnie warzyw, które miałam w zamiarze dodać do potrawy, jednak niespecjalnie się przydały.
Ten bez słowa wstał, zabierając ze sobą to, co mu dałam i poszedł, a trzask drzwi objaśnił mi, że wyszedł. Mieszałam zawzięcie zawartość garnka, nie zauważając, że Lucio wrócił, skutecznie odrywałam się od porażającej rzeczywistości.
– Jestem pewien, że śniadanie jest już gotowe – zmierzył mnie spojrzeniem, przywracając mnie do rzeczywistości. Skinęłam tylko głową, doprawiając jedzenie i nakładając na lśniące talerze. Postawiłam je na stole, przysiadając się do niego i zaczynając w spokoju jeść.
– Napisz ten raport, a potem przejadę się z tobą do wioski, potrzebuję coś załatwić – mruknął w pewnym momencie, a ja zatrzymałam widelec w połowie drogi do moich ust.
– I sądzisz, że tak po prostu cię tam wpuszczę? Tutaj, okej, bo nie ma ludzi. O wiosce możesz pomarzyć – ostudziłam jego zapał.
– Sądzę, że i tak niewiele masz do powiedzenia, bo jeśli nie pojadę tam z tobą, to sam i nawet mnie nie zauważysz – skończył dyskusję, a ja w duchu przyznałam mu rację, bo wprost nigdy bym tego nie zrobiła.
– Jedziesz osobnym powozem, nie znamy się i nie widzieliśmy nigdy na oczy – warknęłam, czując, że ma nade mną przewagę. – i zmywasz naczynia – uśmiechnęłam się kpiąco, zostawiając po sobie przybrudzony, pusty talerz, a sama odeszłam do drewnianego biurka stojącego wytrwale w rogu domu. Wyłożyłam potrzebne mi papiery oraz zaczęłam bazgrać na jednym z nich piórem, maczając go co jakiś czas w tuszu. Dobrze, że dzisiaj był oficjalny koniec mojej miesięcznej, wykańczającej dyktatury. Skończyłam pisać, wkładając ubogi raport do koperty i załamując jej róg, jak to miałam w zwyczaju.
– Ja już – wstałam, zasuwając po sobie krzesło. – A ty?
Lucio?
Po chwili uniosłam głowę, przecierając oczy i policzki, a następnie wstałam. Mógł mnie wziąć za nienormalną lub co gorsza, bipolarną, ale ja właśnie w taki sposób radziłam sobie z problemami - ignorując je.
Podjęłam ścierkę z blatu, jednym sprawnym ruchem ścierając podłogę, na szczęście nie było na niej dużo zmarnowanego jedzenia. Nastawiłam ponownie zapełniony po brzegi garnek, widząc, że chcąc niechcąc, zapasy powoli się kończyły, a że nastała zima i pierwszy śnieg już spadł, musiałam się wybrać na drobne zakupy, bo polowanie w takich warunkach z pewnością nie byłoby przyjemne.
– Zanieś to Dorianowi – rzuciłam, podając mu zawiniątko pełne skrojonych uprzednio przeze mnie warzyw, które miałam w zamiarze dodać do potrawy, jednak niespecjalnie się przydały.
Ten bez słowa wstał, zabierając ze sobą to, co mu dałam i poszedł, a trzask drzwi objaśnił mi, że wyszedł. Mieszałam zawzięcie zawartość garnka, nie zauważając, że Lucio wrócił, skutecznie odrywałam się od porażającej rzeczywistości.
– Jestem pewien, że śniadanie jest już gotowe – zmierzył mnie spojrzeniem, przywracając mnie do rzeczywistości. Skinęłam tylko głową, doprawiając jedzenie i nakładając na lśniące talerze. Postawiłam je na stole, przysiadając się do niego i zaczynając w spokoju jeść.
– Napisz ten raport, a potem przejadę się z tobą do wioski, potrzebuję coś załatwić – mruknął w pewnym momencie, a ja zatrzymałam widelec w połowie drogi do moich ust.
– I sądzisz, że tak po prostu cię tam wpuszczę? Tutaj, okej, bo nie ma ludzi. O wiosce możesz pomarzyć – ostudziłam jego zapał.
– Sądzę, że i tak niewiele masz do powiedzenia, bo jeśli nie pojadę tam z tobą, to sam i nawet mnie nie zauważysz – skończył dyskusję, a ja w duchu przyznałam mu rację, bo wprost nigdy bym tego nie zrobiła.
– Jedziesz osobnym powozem, nie znamy się i nie widzieliśmy nigdy na oczy – warknęłam, czując, że ma nade mną przewagę. – i zmywasz naczynia – uśmiechnęłam się kpiąco, zostawiając po sobie przybrudzony, pusty talerz, a sama odeszłam do drewnianego biurka stojącego wytrwale w rogu domu. Wyłożyłam potrzebne mi papiery oraz zaczęłam bazgrać na jednym z nich piórem, maczając go co jakiś czas w tuszu. Dobrze, że dzisiaj był oficjalny koniec mojej miesięcznej, wykańczającej dyktatury. Skończyłam pisać, wkładając ubogi raport do koperty i załamując jej róg, jak to miałam w zwyczaju.
– Ja już – wstałam, zasuwając po sobie krzesło. – A ty?
Lucio?
29 sierpnia 2018
Od Galii CD Tenebrisa
– A więc, Galio, pozwól, że potowarzyszę ci tego paskudnego dnia na uroczystości pogrzebowej – powiedział, a ja przystanęłam zdziwiona. Mój umysł automatycznie zaczął węszyć podstęp, ale może to był po prostu miły gest z jego strony? To, że nigdy takich nie zaznawałam, nie znaczyło to, że one nie istniały. Zmrużyłam oczy, mierząc go wzrokiem, ale koniec końców postanowiłam odpuścić i odwróciłam się, kierując w stronę komody. Otworzyłam pierwszą szufladę z brzegu, grzebiąc w niej. Z samego dołu wyciągnęłam mały świstek papieru, wkładając go w folię, podałam chłopakowi.
– Naprawdę? Aż tak się o mnie martwisz, że dajesz mi fałszywe papiery? – zaśmiał się, a ja uderzyłam go lekko z pięści w ramię.
– To ważne, weź to. Z tym nic ci nie mogą zrobić i możesz być w wiosce ile chcesz. W razie, gdyby ktoś nie wierzył, to przyjdzie do mnie, a ja potwierdzę. Gorzej, jak dyktator się zmieni, ale wątpię, że będzie z tego jakaś grubsza afera. I żebyśmy się zrozumieli, nie rozdaję na prawo i lewo fałszywych dowodów – warknęłam, mając nadzieję, że zrozumiał mój przekaz i nikt się nie dowie, że zdobył lewą przynależność do wioski od jednej z dyktatorek, wtedy to dopiero zostałabym wygnana, a bez Julesa bym nie przeżyła. Co ja mówię, z nim by było ciężko, a co dopiero samej.
– Rozumiem, masz słowo Aarona – powiedział, nawiązując do legitymacji trzymanej w dłoni. – jestem rolnikiem, mam czterdzieści lat, wdowiec. Musiałem dużo przespać – zażartował, chowając papierek do kieszeni. Bez wątpienia może mu się to przydać.
– Przysługa za przysługę, teraz jesteśmy kwita.
– Nie wiem czy wiesz, ale istnieje coś takiego jak bezinteresowność.
– Ja także nie wiem, nie doświadczyłam – powiedziałam, czesząc coraz dłuższe włosy do pasa. Zostawiłam je rozpuszczone, bo dzisiaj ostatnie co chciałam, to zmagać się z fryzurami. Poszłam do sypialni i wyciągnęłam z szafy czarną, prostą sukienkę z długim rękawem lekko za połowę uda. Nie miałam bardziej pasujących do tej sytuacji ubrań, ale czułam powinność ubrania się na czarno, nieważne że to ludzkie obrzędy, a my ludzi już dawno nie przypominamy.
– Pewnie się rozeszły plotki, że zabiłam go wzrokiem – zadrwiłam, będąc jednak całkowicie poważna. – na pogrzebie będzie praktycznie cała wioska, bo w końcu nie przepuszczą okazji, żeby mnie zobaczyć. Wiesz, traktują mnie jak zwierzę w zoo – wzruszyłam ramionami. – dlatego nie odchodź daleko, bo może się zrobić nieprzyjemnie. I w razie czego, przepraszam za nich i wiedz, że się nie przyznaję do ludzi tutaj mieszkających – urwałam kierując się w stronę kuchni.
Tenebris?
– Naprawdę? Aż tak się o mnie martwisz, że dajesz mi fałszywe papiery? – zaśmiał się, a ja uderzyłam go lekko z pięści w ramię.
– To ważne, weź to. Z tym nic ci nie mogą zrobić i możesz być w wiosce ile chcesz. W razie, gdyby ktoś nie wierzył, to przyjdzie do mnie, a ja potwierdzę. Gorzej, jak dyktator się zmieni, ale wątpię, że będzie z tego jakaś grubsza afera. I żebyśmy się zrozumieli, nie rozdaję na prawo i lewo fałszywych dowodów – warknęłam, mając nadzieję, że zrozumiał mój przekaz i nikt się nie dowie, że zdobył lewą przynależność do wioski od jednej z dyktatorek, wtedy to dopiero zostałabym wygnana, a bez Julesa bym nie przeżyła. Co ja mówię, z nim by było ciężko, a co dopiero samej.
– Rozumiem, masz słowo Aarona – powiedział, nawiązując do legitymacji trzymanej w dłoni. – jestem rolnikiem, mam czterdzieści lat, wdowiec. Musiałem dużo przespać – zażartował, chowając papierek do kieszeni. Bez wątpienia może mu się to przydać.
– Przysługa za przysługę, teraz jesteśmy kwita.
– Nie wiem czy wiesz, ale istnieje coś takiego jak bezinteresowność.
– Ja także nie wiem, nie doświadczyłam – powiedziałam, czesząc coraz dłuższe włosy do pasa. Zostawiłam je rozpuszczone, bo dzisiaj ostatnie co chciałam, to zmagać się z fryzurami. Poszłam do sypialni i wyciągnęłam z szafy czarną, prostą sukienkę z długim rękawem lekko za połowę uda. Nie miałam bardziej pasujących do tej sytuacji ubrań, ale czułam powinność ubrania się na czarno, nieważne że to ludzkie obrzędy, a my ludzi już dawno nie przypominamy.
– Pewnie się rozeszły plotki, że zabiłam go wzrokiem – zadrwiłam, będąc jednak całkowicie poważna. – na pogrzebie będzie praktycznie cała wioska, bo w końcu nie przepuszczą okazji, żeby mnie zobaczyć. Wiesz, traktują mnie jak zwierzę w zoo – wzruszyłam ramionami. – dlatego nie odchodź daleko, bo może się zrobić nieprzyjemnie. I w razie czego, przepraszam za nich i wiedz, że się nie przyznaję do ludzi tutaj mieszkających – urwałam kierując się w stronę kuchni.
Tenebris?
Od Galii CD Tenebrisa
Mój zamroczony snem umysł połączył fakty - on tu jest, siedzi, oddycha, funkcjonuje, zobaczył mnie w takim wydaniu i jeszcze nie uciekł, w dodatku w kuchni czeka na mnie śniadanie. To ostatnie sprawiło, że miałam ochotę go wyściskać, choćby na śmierć, ale moja twarz przyprawiona gorącymi rumieńcami dalej pozostała niewzruszona. Miał rację, na miejscu czekały na mnie moje ulubione, pyszne i dobrze zrobione ryby, których to ja nie jadałam, bo wstyd się przyznać, ale nie umiałam ich złowić. Wzięłam porcję przeznaczoną dla mnie, po czym wróciłam do salonu, tym razem przypominając już bardziej człowieka. Chłopak krzątał się po pokoju, raz wychodząc, raz wchodząc, ale zupełnie nie zwracałam na niego uwagi, zajadając się w najlepsze jedzeniem, którego mi tak ostatnimi czasy brakowało. W pewnym momencie powiedział coś, więc chcąc, niechcąc oderwałam się, patrząc na niego niezrozumiale, a ten stał opierając się barkiem o kominek i w spokoju pijąc kawę.
– Co? – spytałam głupio, wyrywając się z letargu, na co ten się uśmiechnął.
– Pytałem, jak się spało – dokończył.
– A, tak – powiedziałam automatycznie, po chwili zdając sobie sprawę, że oczekuje odpowiedzi na zadane pytanie, więc dodałam: – dobrze, ciepło, a tobie? – wróciłam do jedzenia, które nieubłaganie ubywało z talerza.
– Też. Chyba nawet wiem, czemu ciepło – popatrzyłam na niego niezrozumiale.
– Przywłaszczyłaś sobie coś mojego – nawiązał, aż w końcu załapałam.
– Jakoś ci to nie przeszkadzało, tak jak zresztą paradowanie przede mną bez koszulki. Pewnie to zaplanowałeś i w sumie, całkiem spoko, bo ja nie kontaktuję jak chce mi się spać – wzruszyłam luźno ramionami, nie czując się już w jego towarzystwie tak dziwnie i obco. Wstałam z fotela i ruszyłam do kuchni, aby zanieść naczynie. Po chwili wróciłam na zajmowane przeze mnie wcześniej miejsce.
– Co dzisiaj będziesz robił? Bo ja niedługo wychodzę, mam pogrzeb i idę do Rady – uniosłam jedną brew oczekując odpowiedzi.
Tenebris?
– Co? – spytałam głupio, wyrywając się z letargu, na co ten się uśmiechnął.
– Pytałem, jak się spało – dokończył.
– A, tak – powiedziałam automatycznie, po chwili zdając sobie sprawę, że oczekuje odpowiedzi na zadane pytanie, więc dodałam: – dobrze, ciepło, a tobie? – wróciłam do jedzenia, które nieubłaganie ubywało z talerza.
– Też. Chyba nawet wiem, czemu ciepło – popatrzyłam na niego niezrozumiale.
– Przywłaszczyłaś sobie coś mojego – nawiązał, aż w końcu załapałam.
– Jakoś ci to nie przeszkadzało, tak jak zresztą paradowanie przede mną bez koszulki. Pewnie to zaplanowałeś i w sumie, całkiem spoko, bo ja nie kontaktuję jak chce mi się spać – wzruszyłam luźno ramionami, nie czując się już w jego towarzystwie tak dziwnie i obco. Wstałam z fotela i ruszyłam do kuchni, aby zanieść naczynie. Po chwili wróciłam na zajmowane przeze mnie wcześniej miejsce.
– Co dzisiaj będziesz robił? Bo ja niedługo wychodzę, mam pogrzeb i idę do Rady – uniosłam jedną brew oczekując odpowiedzi.
Tenebris?
Subskrybuj:
Posty (Atom)