Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hayi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hayi. Pokaż wszystkie posty

31 stycznia 2019

Od Hayi do Venti i Nyx

 Czarne plamy krążyły wokół mnie, tańczyły pod moimi powiekami skradając się do mojego umysłu, przejmując go niczym żołnierze tereny królestw. Nie mogłem otworzyć oczu, poruszyć się. Moje ciało było poza zasięgiem. Niczym zaklęty we własnym wnętrzu. Zamknięty w szklanej kuli własnych myśli, wspomnień i doświadczeń. Wszystko się kołysało, pochylało i zbliżało, oddawało cześć ruchom obrotowym całego świata..

 Zamknąłem oczy.. Ale czy nie miałem ich zamkniętych? Czy tylko w mojej wyobraźni potrafiłem coś zrobić?
Uchyliłem powieki i zobaczyłem ją.. Lorret. Była taka prawdziwa i tak boleśnie blisko mnie, choć między nami stała szyba. Zbliżyłem się do niej, moje palce poczuły chłód wytworu, przycisnąłem opuszki jeszcze mocniej.
Napierałem na wytwór mojej wyobraźni czy trafiłem do jakiegoś alternatywnego świata?
Nie chciałem o tym myśleć, po prostu nie potrafiłem. Ona była tak blisko. Mogłem myśleć tylko o niej, chciałem biec za siostrą, która machając mi odchodziła, odpływała w głąb mnie. Zacisnąłem rękę w pięść… Nie mogłem znów zostać bez niej. Jej strata zawieruszyła mi w głowie, nie pozwalała funkcjonować, trawiła mnie mocniej niż jakakolwiek choroba. Była moim marzeniem i utrapieniem.
Krew kapała mi na twarz, każde uderzenie wywoływało ból, zakrwawione kostki na dłoniach a w nich wbite odłamki szkła. Krzyczałem, choć mój głos słyszała tylko cisza wokół mnie, ta przejmująca samotność.
Głęboki oddech.
Świat się obrócił niczym o sto osiemdziesiąt stopni. Spadałem. Wiatr świszczał w moich uszach, a oddech stał się nieuchwytny. Prędkość rozdzierała mnie na kawałki. Coraz bliżej i bliżej ziemi. Chciałem krzyczeć. Ale zostały mi tylko chęci. Kilometry zamieniały się w metry. Tysiące w setki i dziesiątki. Rozpostarłem ręce, choć czy wciąż nimi były?
Skrzydła zamiast dłoni. Aerodynamiczne kości i pióra wypadające jedno za drugim z moich dawnych ramion. Uniesiony do góry latałem. To cudowne uczucie robienia czegoś tak magicznego i nieosiągalnego dla zwykłego człowieka jak lot. Oddałem się jego uzdrowieńczej mocy.
Poczułem wolność własnych działań. Wolność od odpowiedzialności wciąż padających na moje ramiona. Obracałem się w powietrzu, w tej magicznej przestrzeni gwiazd na czarnej przestrzeni. Niczym zamknięty w obrazie namalowanym ręką artysty. Abstrakcyjny obraz pełen bólu i pragnień.

Czas w tej magicznej krainie płynął inaczej.. Nie czułem upływu minut, godzin czy nawet dni. Czułem tylko głód, zmęczenie i bóle mojego ciała do którego nie mogłem wrócić. Odbierałem bodźce z zewnątrz choć nie rozpoznałem ich znaczenia czy przesłania. Słyszałem kobiece głosy pomimo nie rozpoznawania słów. Nie znałem ich znaczenia, nie mogłem przypomnieć sobie co oznaczały. Jakby mój umysł wypełniony znaczeniem tak wielu rzeczy był poza moim zasięgiem. A ja tylko latałem, szybowałem po pustej przestrzeni zapełnionej od czasu do czasu czymś nowych. Jakbym śnił na jawie. Próbowałem się z tego wyrwać, gdy wolność straciła już swoją uzdrowieńczą siłę, moc odrywania od przytłaczającej rzeczywistości, a moje pragnienia zjednały się z potrzebami ciała. Chciało żebym wrócił, ja również. Uderzałem więc w szyby, bezskutecznie szukając “drzwi” w tym dziwnym świecie, szukając choć najmniejszej rysy żeby mieć cień nadziei na wydostanie się.

Moje rany w tym świecie praktycznie nie istniały, moje tymczasowe “ciało” absorbowało każde zranienie w tak krótkim, iż nie zauważyłem kiedy się regenerowało.
Pojawiały się przede mną coraz to nowe rzeczy, widziałem moje marzenia, wspomnienia dawnego życia, jakoby ta rzeczywistość chciała mnie zatrzymać na zawsze. Lorret też zacząłem widywać częściej, stała na skraju ziemi i przyglądała się mojej osobie. Wpierw próbowałem do niej podejść, zbliżyć się do marzenia odzyskania jej, ale gdy tylko była już na wyciągnięcie ręki, nikła w otchłaniach czarnej mgły. Mgły, która zabierała moje marzenia i wyobrażenia ich za każdym razem gdy się nimi nie interesowałem zajęty wydostaniem się stąd. W końcu przyszło zmierzyć mi się i z jej pragnieniem. Zacząłem nie zwracać uwagi na wytwór siostry, podchodziła więc coraz bliżej i bliżej. W końcu usłyszałem jej słodki głos mówiący za mną.
“Czemu chcesz to zepsuć Hayden, w końcu tu jestem” Nie chciałem, tak bardzo chciałem być z nią ale wiedziałem, że to nie jest prawdziwe. Spojrzałem na nią. Choć raz nie znikła.
 “Bo Ciebie tu nie ma” odparłem wypełniony po brzegi bólem rzeczywistości i prawdy gnieżdżącej się we mnie. Tak bardzo chciałem, żeby to było realne, ale nie ważne jak tego pragnąłem. Nie było. Nie tutaj.
Poczułem jak wszystko wokół mnie się rozpada na kawałki, szkła rozbijały się. Bańka pękła. Nie mogłem oddychać, jakby to powietrze zacisnęło mi wypełnione nim płuca. Otworzyłem usta próbując bezskutecznie pozostać przy istnieniu. Zapadałem się wraz z tym światem, w otchłań.

Poczułem cały ból od długa nieruchomego ciała. Mięśnie paliły żywym ogniem, a w zastane stawy były niczym rozbite miazgi. Nie mogłem ich użyć by uśmierzyć ból. Zacząłem z całej siły się wyginać próbując zmienić pozycję. Szarpałem się niczym w ataku padaczki.. Napiąłem i rozluźniłem całe ciało. Nagle przeszła przez nie fala ulgi, jak gdyby wtłoczono do moich żył przeciwbólowy narkotyk.
Oddech. Był już tylko przyjemnością.
Nie mogłem sobie przypomnieć gdzie jestem i co się dokładnie stało. Spojrzałem w stronę otwartego okna. Zimny podmuch wiatru wpadł do pomieszczenia niczym przyjaciel próbujący się ze mną przywitać, odetchnąłem głęboko. Lato? Pięknie zielone podwórze widniało na zewnątrz, a bułany koń przewiesił łeb przez parapet, próbując dosięgnąć do jabłka pozostawionego na małym stoliku. Podniosłem się na łokcie.
Łóżko.. Lato.. nic mi się nie zgadzało. Ile byłem nieprzytomny?
Ból przeszył moją czaszkę, gdy próbowałem przypomnieć sobie ostatnie wspomnienie. Leżałem w śniegu, ktoś na mnie nacierał i nic więcej. Pustka przepełniona tylko damskimi głosami.
Usiadłem, koń parsknął w moją stronę uporczywie wpatrując się w przekąskę. Moje stopy chwiejnym krokiem prowadziły mnie do zwierzęcia, obraz obracał się z ogromną szybkością. Zbyt dużo dużo bodźców na raz, mój umysł nie nadążał łączyć wszystkich wiadomości. Dotknąłem jabłka, a koń uderzył kopytem w bok domu.
-Cii - zwróciłem się do niego. Ten posłusznie ustał, choć uszy zastrzygł do tyłu gdy tylko się zbliżałem. Upadłem na kolana, obrazy nacierały na mnie, wolną ręką dotknąłem głowy. Przymknąłem powieki. Pod nimi obrazy przewijały się niczym niedokończony film mojego życia. Szarpałem głową próbując wyrzucić je z niej. Koń porwał jabłko z mojej dłoni i uciekł od okna choć wciąż nie przestawał mnie obserwować.
Poczułem zimno stali dotykającej mojego podbródka. Obróciłem się w stronę potencjalnego zagrożenia i otworzyłem szeroko oczy. Nade Mną stały dwie czarnowłose kobiety. Podniosłem powoli ręce do góry dając sygnał, iż nie mam złych zamiarów.

-Kim jesteś?- zapytała piękność z zielonymi oczami. Przyglądałem się jej odtwarzając w głowie brzmienie jej głosu. Raz za razem, niczym piosenkę, której melodia zapisze się w naszej pamięci.
-To ty mnie uratowałaś- stwierdziłem, coś w mojej głowie mówiło mi, że to ona. Spuściła wzrok. Czyżby wstydziła się swojego uczynku? Może nie chciała, żebym to mówił głośno.-Prze..Przepraszam. Nie wiedziałem.
-Zadała Ci pytanie-warknęła niebieskooka, która choć trzymała się z tyłu wydawała mi się groźniejsza. Postura gotowa do ataku, szeroko rozstawione nogi z lekkością atletyczki dotykające ziemi i napięte całe ciało. Gdyby skoczyła w moim kierunku, nie miałbym szans. 
-Pamiętam-odparłem -Nazywam się Hayden, przybyłem na wyspę niedawno.-Mój wzrok powędrował na letnie podwórze-Chyba niedawno.
Kobiety zerknęły na siebie zdezorientowane. Chyba spałem dłużej niż sądziłem. Stal odsunęła się od mojego gardła choć wciąż była w pogotowiu zatrzymana w dłoni. Stanowiłem dla nich wroga i dobrze o tym wiedziałem. opuściłem ręce wzdłuż ciała, choć wszystko robiłem najwolniej jak się dało by nie miały pretekstu do ataku.
-Co się  ze mną działo?-zapytałem, choć te najwyraźniej nie miały zamiaru odpowiedzieć. Trzeba było uciekać. Zacisnąłem palce kurczowo na rękojeści noża, który zawsze miałem w zapasie schowanego za paskiem spodni. Nie przeszukały mnie dokładnie…

Venti? Nyx? Co wy na  to? Czyżbym przespał praktycznie 2 pory roku? xD

1 listopada 2018

Od Hayi (do Venti lub Nyx)

Na wyspie wszystko było inne, odmienne i stananowiące moje nowe życie, jakiś rodzaj nowego etapu, rozdziału..Choć tak naprawdę nie uporałem się jeszcze z uprzednim.
Gdy pierwszy raz postawiłem moją rozedrganą, nagą nogę na brzegu piaszczystej plaży, a wzrok spostrzegł monumentalne i obdarzone spokojem góry, myślałem, że nie będzie tak źle. Moje optymistyczne postrzeganie świata ciągnęło mnie przez lasy, pokonywało pogrążone w wodzie bagna i zdobywało oczami wyobrażni wszystkie szczyty naokoło mnie.
Jednak z pierwszym zerwanym wiatrem, z pierwszym płatkiem śniegu z troskliwością dotykającym mojego policzka i topiącym się na powierzchni zmarźniętych części ciała, zdałem sobie sprawę,że nie będzie już tak łatwo. Choć tam gdzie ja mieszkałem śnieg był najpiękniejszą rzeczą zdarzającą się tylko raz na kilka lat, wiedziałem, że w tej dziczy to nie będzie zabawa w lepienie bałwanka, a prawdziwa walka o przetrwanie. Pozytywne myśli zastąpiła surowa ocena otoczącej mnie sytuacji. Mijały dni a świat zabierał coraz groźniejszego wyglądu. Zimno doskwierało organizmowi, odmrożone palce nie miały już pełnego zakresu ruchu. By ogień był możliwy do rozpalenia musiałem szukać jaskiń, choć czasem i ich nie było. Kopałem w ziemi małe otwory mieszczące jedynie mnie. Zakryte szałasem gałęzi i liści były nie do wykrycia. Gdy tylko humory matki natury pozwolały mi na to patrzyłem w gwiazdy, myśląc czy Lorret nie spogląda może na tą samą konstelacje.
Wspominałem dni, gdy każdego wieczoru uczyliśmy się nowych gwiazdozbiorów, gdy te migoczące w przestrzeni punkty zbliżały nas do siebie. Gdy dzieciństwo minęło zdawało mi się, że nic więcej nie da się już z nich wyczytać, przecież znałem je wszytkie i każdą z osobna. Jednak okazało się, że Lorret potrafiła każdej nocy spoglądać na nie inaczej, mówiła, że są nieskończone. Jak nasze pokrewieństwo, jest od zawsze i do końca zostanie.

Musiałem ją znaleźć..
Chciałem tego, za wszelką cenę.. A moje życie stanowiło w tamtym momencie tylko zlepek tętniących we mnie uczuć i wspomnień...

Mówi się, że chęci to połowa zwyciestwa, to wszystko co powinno stanowić dobrą podstawę do działania. W moim wypadku właśnie tak się działo. Trzymany własnym postanowieniem i z czystego instyktu przetrwania każdego dnia próbowałem znaleźć jakiekolwiek oznaki życia i sam przy nim pozostać. Choć mijałem miejsca wypełnione zwierzętami to ludzi wciąż były braki. Marzyłem by na chociaż jednym z mijanych zamażniętych drzew był wyryty napis, oznaka, że gdzieś tutaj jest ktokolwiek. Jednak cisza lasu i samotność coraz mocniej przytłaczały mój umysł i wdzierały się do modlącego się serca.
Drzewa o tej porze roku, byli jak strażnicy w swoich zbrojach, wszyscy tacy sami. Zacząłem się gubić, przytłaczające mnie podobiństwo wszystkich miejsc myliło moją orientacje w terenie. Niebo zaś, jakby próbując mnie zgubić, wciąż i na nowo okrywało się warstwami chmur.
Mrożący krew w żyłach śnieg otulał mnie tego dnia grubą warstwą, z zewnątrz wręcz przymrażając. Otworzyłem oczy otoczony warstawami białego puchu, a moje niezgrabnie wykonujące ruchy dłonie próbowały całego się pozbyć. Mój prowizoryczny szałas załamał się pod ciężarem mrozu i wartw tego jakże pięknego i zabójczego wynalazku natury. Dźwignąłem się na przedramionach próbując wydostać spod spodu. Stając na nogach poczułem uderzające ciepło wysoko położonego słońca. Jego niewidzialne promienie wyższej temperatury spowodowały, że zrobiło się się przyjemnie ciepło. Chwile huśtałem się oddając się tej tymczasowej rozkoszy . Zatopiłem dłoń w warstwie śniegu i łapiąc za sprzączkę wyciągnąłem torbę i zarzuciłem na ramię. W środku było wszystko co pozwalało mi żyć. Jedzenie, futra i „domowo” zrobiony alkohol, wykonany w trakcie moich niezliczonych okrążeń wokół tego samego jeziora. Wciąż nie wiedziałem, dlaczego za każdym razem wydawało mi się inne. Czy to już były halucynacje?
Rozkopywałem śnieg próbując dążyć w jakiś kierunku. W zasadzie nie obrałem żadnego konkretnego. Mój umysł przytłoczony zimnem i wołaniem mojego ciała o odpoczynek, powoli tracił na sile. Posuwałem się do przodu, czas i miejsce w tym zamrożonym świecie wydawały się pojęciami tak absurdalnymi, że nawet nie starałem się już liczyć ich wartości. Mijały minuty.. A może godziny? Kto to wiedział. Torba ciążyła mi na ramieniu coraz mocniej, czyżby przedmioty w jej wnętrzu się namnażały? Otworzyłem ją jednak ta wciąż była przytłaczająco pusta. Brakowało mi zapasów a każdy kolejny krok kosztował mnie coraz więcej wysiłku. Zasłaniając oczy podniosłem wzrok.
Cień biegł w moja stronę. Człowiek? Próbowałem się przyjrzeć ale odbijające się światło odbierało mi możliwość ostrego widzenia. Poczułem uderzenie. Moje? Pod dłońmi czułem zimno.. Czemu leżałem... Zamknąłem oczy, w moim ciele nagle pojawiła się namiastka ciepła, która rozlała się po całym moim organizmie. Podkurczyłem nogi i ręcę jakby to miało przyśpieszyć proces ogrzewania. Czułem, że zapadam w sen.

Venti/ Nyx?

16 września 2018

Nowy osadnik - Hayi

Claparo-Sans
Miano: Hayi
Imię i nazwisko: Hayden Jarpel
Wiek: 25 lat
Data urodzenia: 12.04
Numer: 021
Modyfikacja genetyczna: Harpia
Etap modyfikacji: etap 1
Status: Osadnik
Stanowisko: Strażnik
Miejsce zamieszkania: Bungalow
Aparycja: Hayden jest mierzącym sto osiemdziesiąt centymetrów młodym mężczyzną, który wbrew swemu pragnieniu nie stanie się wyższy. Choć jego wymagania co do swojego wzrostu, teoretycznie, zostawił dawno za sobą to wciąż ubolewa wewnętrznie nad tym. Jego waga, którą w głównej mierze stanowią mięśnie, waha się między sześćdziesiątym a siedemdziesiątym kilogramem. W świetle dnia jego włosy mienią się kolorytem stanowiącym połączenie miedzianej barwy z kasztanową. Choć w niektórych, jak on to nazywa, niekorzystnych sytuacjach stają się one, aż nazbyt rudawe, co odpycha niejedną osobę, bo któż nie zna stereotypów o rudych?.. Jego zielone oczy błyszczą w trakcie walki, jakoby cieszyłyby się razem z nim. Z natury zaś są o zabarwieniu matowym z domieszką szarości, nadającej im spokojnej barwy. Jasna karnacja stanowi idealny kontrast do jego włosów czy praktycznie hebanowych brwi. Jego skóra pokryta licznymi bliznami występującymi praktycznie wszędzie stanowi dokładne przeciwieństwo pięknego wyglądu czy doskonałości. Świadczą one jednak o jego historii, przebytych przygodach, odbytych wojnach czy podróżach o niejednokrotnie odmiennych od założenia końcach.
Charakter: Hayden jest osobą, którą życie doświadczyło na swoich własnych zasadach. Jego charakter zawieszony pomiędzy prześladującą go przeszłością, a wymykającą się spodmiędzy jego palców przyszłością, wciąż się kształtuje. Jego na ogół uśmiechnięta, promienna twarz; delikatne oblicze osoby nie potrafiącej wyrządzić krzywdy... Nie jest do końca odzwierciedleniem jego wewnętrznego: “ja”. Na ogół jest uczciwym, miłym, młodym człowiekiem, który choć lubi otaczać się ludźmi, to nie przepada za tłumem. Mężczyzna jest broniącym swoich przyjaciół i stawiającym sprawiedliwość na pierwszym miejscu osobnikiem, choć czy tak naprawdę wie czym ona jest...?
Poza tym potrafi się postawić i bronić swojego zdania za wszelką cenę, a jego uszczypliwe komentarze nie zawsze każdemu przypadają do gustu. Łatwo poddaje się targającym nim uczuciom, co doprowadza go do skrajnych zachowań... Jak stawanie się nieokiełznaną maszyną do zabijania, która zdolna jest zadać dowolne cierpienie. Zakochany we własnym, nieskończonym poczuciu siły, nie stawia sobie granic zdrowego rozsądku. Czuje i robi nie myśląc nad konsekwencjami. To jednak często daje mu przewagę w walce, ponieważ staje się tym samym nieprzewidywalny.
Jego umysł rozdarty między tym, co widzą jego oczy, a tym, co spostrzega jego wyobraźnia… Niejednokrotnie doświadczając pomyłki, zaczął wątpić we własną nieomylność. Przerażony wspomnieniami powracającymi na jawie, nie potrafi być szczery sam ze sobą i przyznać, iż sobie nie radzi. Walczący każdego kolejnego dnia z tłumionymi uczuciami oddaje się treningom, jakoby ćwiczenia miały zaniechać jego wewnętrzne walki. Jest tajemniczy ze swoimi myślami nigdy nie oglądającymi światła dnia. W sytuacjach krytycznych niczym słup soli nie potrafi ruszyć nawet najmniejszą częścią swojego ciała, zamrożony wizjami własnej śmierci. Dopada go to najczęściej, kiedy przebywa z dala od wszelkiego przejawu cywilizacji.
Historia: Jako mały chłopiec miał dość przyzwoite życie. Wychowany przez typową, małomiasteczkową rodzinę zastępczą, do której trafił wraz ze swoją siostrą Lorret. Codzienna zabawa na okolicznym placu zabaw, miłość od prawie prawdziwych rodziców i każdego sobotniego ranka ta sama przepyszna jajecznica. Wymarzone życie kilkuletniego chłopca.. A bajka trwała i trwała, zdając się nie kończyć. Hayden zapatrzony we wszechświat przez swoje różowe okulary nie wierzył, iż to marzenie mogłoby się kiedykolwiek skończyć.Przecież wszechświat nie chciał jego krzywdy
W szkole był przeciętnym uczniem choć jego ciekawość świata sprawiała, że z chęcią poświęcał się kolejnym lekturom. Choć jego siostra każdego tygodnia próbowała przekonać go, iż to wszystko to kłamstwo, a rodzice coś ukrywają. On nie słuchał. A być może po prostu nie chciał, bo któż chciałby zrezygnować z takiego życia, nawet jeśli miałoby się okazać fikcją?...
Jego życie jednak zmieniło się, czy tego chciał czy nie, wraz z nadejściem okresu licealnego. Jego na wpół dorosła siostra, od zawsze buntownicza i próbująca postawić na swoim, wyprowadziła się wraz z nadejściem pierwszej po osiemnastkowej wolności. On jednak został wciąż zauroczony pięknem wczesnego dzieciństwa, które jednak szybko się skończyło. Wraz z odejściem Lorret dom opustoszał, rodzice praktycznie przestali przebywać w domu, tłumacząc to pracą. On zaś udając, że jego bajka wciąż trwa starał się to ratować. Urządzał wciąż te same święta, choć obchodził je w samotności. Jednak czy jedzenie samemu jajecznicy w sobotnie poranki wciąż było takie same?...
Sobotni poranek jednak go zdradził i zmienił jego życie nie do poznania. Jak zawsze smażył swoja cotygodniową jajecznice, mówił sam do siebie w trakcie jej robienia. Nie chciał już czuć tej pustki ogarniającej coraz bardziej jego serce...
Nagle drzwi frontowe otworzyły się z trzaskiem. Mężczyźni w wybielanych kombinezonach rzucający się w jego stronę. Jego nogi obijające kafelki w kuchni, panele w korytarzu. Ciągnięty przez nich wyrywał się coraz mocniej, jednak jego wątłe ciało nie miało siły stawiać oporu. Świeże powietrze na podwórku uderzyło go w nozdrza, od tak dawna nie czujące zapachu dworu. Jego rodzice uśmiechający się do niego, niczym nie zmartwieni. Zaczął z całych sił do nich krzyczeć. Jego matka wykonała ruch by dwóch rosłych mężczyzn trzymających go za ramiona się zatrzymało. Pogłaskała delikatnie jego twarz, wręcz współczująco. Czarny samochód, którego wcześniej nie zauważył wyłonił się niczym z podziemi. Ostatkami sił próbował się uwolnić. Nagle strzał. Huk pocisku… Jeden… Drugi.. Trzeci. Przyłożył dłonie do uszu, zacisnął oczy, ogłuszony i otumaniony nie mógł zmusić się do ruchu. Poczuł szarpanie za rękaw ubrania. Otworzył szeroko oczy. Lorret… z bronią w ręku.. skąd ona.. A wokół nich ciała mężczyzn i jego matki. Jej ręka wyciągnięta w jego stronę by pomóc mu wstać. Musiał dokonać tylko wyboru...
I tak zaczął się kolejny rozdział jego życia. Wraz z siostrą uciekł i zaciągnął się do wojska, gdzie po odpowiednim szkoleniu nabrał pewności siebie, umiejętności walki a jego wątłe ciałko zamieniło się w prawdziwą maszynę do mordowania na dowolnym terenie. Choć z początku na misje chodził z siostrą, to ta jednak z czasem, ze względu na płeć, została przydzielona do innego oddziału. Pozostawiony sam sobie, bez kontroli…W walce stał się lekkoduchem, który rzucał się do przodu, praktycznie bez pomyślunku. Jego blizny opowiadały historię jego kolejnych misji, przygód i nieprzemyślanych posunięć. Każdy kolejny dzień na wyprawach to kolejne widoki krwi i rozerwanych ciał. Wspomnienia budowały swoje wielkie pałace w jego głowie, układały się w historię zapisaną za pomocą obrazów i zapachów krwi oraz prochu. Nękały go po nocach i z czasem zaczęły przenikać do rzeczywistości stając się wizjami na jawie. Widział śmierć swoich kompanów, słyszał ich przedśmiertne marzenia i plany przyszłego życia. Każda kolejna strata stawała się dla niego coraz trudniejsza do zaakceptowania i poradzenia sobie z nią...
Jedynym jego odpoczynkiem były spotkania z siostrą, ta zaś wtajemniczała go w sekretne życie ich przyszywanych rodziców, ich plany wobec nich i wspólne wspomnienia nie tak dawno, normalnego życia...
A jak trafił na wyspę? Mijały tygodnie i miesiące odkąd jego siostra przestała się pojawiać. Z początku wyjaśniał to sobie logicznymi argumentami jej misji czy choroby. Jednak wraz z minięciem 3 lata bez niej postanowił znaleźć przyczynę. Wiedział jedno, jego siostra nie zniknęłaby bez wyjaśnienia. Otrzymawszy przepustkę udał się do rodzinnego domu i zażądał dostania się na wyspę, święcie przekonany, iż jego siostra została złapana i przewieziona zgodnie z planem...
Partner: brak
Wyposażenie:
*Skórzana torba przewieszana przez ramię
*3 bukłaki na wodę
*mały bukłak wypełniony wykonanym przez niego winem
*sztylet-Katar
*fiolki z preparatami medycznymi wykonanymi ze znalezionych na wyspie roślin
*wykonana z futra i skóry znalezionego zwierzęcia narzuta do spania
*elementy ubioru wykonane z lnu oraz futer
*drewniany młotek i wykonana z liany 10 metrowa lina
Inne:
^Po wydarzeniach z sobotniego poranka nigdy więcej nie zjadł jajecznicy.
^Potrafi własnoręcznie wytwarzać wino oraz inne produkty wysokoprocentowe, choć jego ulubionym jest biały rum.
^Wisiorek, który tak nagminnie nosi dostał od swojego pierwszego, wojennego przyjaciela.
^Zna około 10 sztuk walki, z których jego ulubioną jest aikido.
^Kiedyś próbował przefarbować włosy, jednakże rudy pigment jest dominujący i nigdy mu się to nie udało.
^Nosi szkła kontaktowe, ponieważ niedowidzi na jedno oko.
^Kocha zwierzęta zaś one szybko się do niego przekonują.
^Nie posiada fobii, chyba że przed jajecznicą.
^Jego ulubionym autorem jest Edgar Allan Poe, choć w gruncie rzeczy na wojnie nie miał możliwości i dostępu do literatury.
^Wraz z siostrą, każdego lata mordowali małe kurczaki, nie zdając sobie sprawy, iż zamykając je w pudełku należy wykonać dziurki dla cyrkulacji powietrza.
Kieruje: emika6751@gmail.com