Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucio. Pokaż wszystkie posty

28 września 2019

Od Lucia - odejście

    W życiu mężczyzny o kiepskiej przeszłości i rodowodzie miłość mogła okazać się jedynym ratunkiem. Nie sądził nawet, że kiedykolwiek takową znajdzie i zadurzy się w kimś po uszy. Oczywiście nie w jego naturze było przyznawanie się do taki wstydliwych tematów, ale owszem, kochał Galię. Odkąd pierwszy raz ją ujrzał wiedział, że szybko z jego życia nie zniknie. Jak się poznali? Cóż, wszystko zaczęło się od dźgnięcia wilkołaka w żebra. Lucio na pewno sam bardzo dobrze by sobie poradził i się z tego wylizał, ale nie mógł odstąpić od pomocy Galii. Dziewczyna chciała mu pomóc, a on musiał oczywiście skorzystać. Ich ogólna relacja następnymi czasy nie wyglądała zbyt radośnie, ale to nic. Facet nie był idealny i dlatego jego los również nie mógł toczyć się tak jakby on sobie go wymarzył. Często były kłótnie, krzyki, a nawet walki, ale to nie oznacza, że nie było miłych momentów. Takich, które zapadają w pamięci na długie lata późniejszego życia. Było sporo wspaniałych wspomnień, które bardzo często powracały Lucio w pamięć. Szkoda było tylko, że nowych wspomnień nie dało się już kreować. Nie było z kim i po co.

    Kobieta, którą Lucio miał przed sobą była piękna. Jej włosy w połyskującej czerni były miękkie w dotyku, a zaróżowione policzki pełne uroku. Nigdy jej się do tego nie przyznał, ale uwielbiał na nią patrzeć. Często miewali swoje wieczorne pikniki daleko od wioski, od wszystkich, gdzie nikt nie mógł dostrzec, że osadniczka brata się z samotnikiem. Te spotkania były chyba najlepszym co spotykało go na tej potwornej wyspie. Bo co innego mogłoby mu sprawiać przyjemność? Zabójcze zwierzęta krążące dookoła, czy okropna wilgoć i bieda? Mimo, iż Lucio nie umiał odnaleźć się w sytuacji, jego serce przynajmniej na chwilę przystanęło i znalazło swoje miejsce. Podczas pewnego pikniku usiłował odwrócić wzrok od ciemnowłosej, ale nie potrafił, a na jego twarzy zawitał niespodziewany uśmiech. Gdy Galia zwróciła się ku niemu, on oczywiście musiał spojrzeć gdzieś indziej, ale dziewczynie udało się go zdemaskować.

12 listopada 2018

Od Lucia CD Galii

     Zerwałem się z kanapy od razu mocno zaciskając zadziwiająco długie i ostre pazury na poduszkach, przez to niestety je przedziurawiając. Odkleiłem poduszkę od własnych palców i odłożyłem na bok nie przejmując się jakoś bardzo ich obecnym stanem. Począłem rozglądać się po pomieszczeniu, w którym po Galii już nie było śladu. No jasne, po co miałaby tu zostawać? Dobre tyle, że mimo swojego stanu wtargała mnie na kanapę i pozwoliła odpocząć. Nie wiem gdzie poszła, może do siebie. Zresztą na razie mnie to nie obchodzi, a moje słowa potwierdził głośno burczący brzuch. Przyłożyłem do niego aż za bardzo owłosioną rękę i skrzywiłem się na myśl o polowaniu. Dawno tego nie robiłem, a teraz, gdy jest zima będzie to jeszcze bardziej utrudnione. Niechętnie rozprostowałem kości, które od razu zaczęły strzelać i chrupać, ale jeżeli chcę ponownie chodzić, muszę to znieść. W końcu podniosłem się z kanapy i bezzwłocznie skierowałem się w stronę drzwi wyjściowych. Do szafek w kuchni nie było co zaglądać. Podejrzewam, że te zioła były jedynym produktem, który tam posiadałem. Wydostałem się więc na zewnątrz i ze zdziwieniem przyznałem, że wcale nie ma już zimy. Po śniegu zostały gdzieniegdzie małe, białe zaspy, trawa była już widoczna, a nawet całkiem zielona, a na drzewach zaczęły pojawiać się małe pąki. Nie wiedziałem, że wilki zimują... To nie było moim jedynym zdziwieniem. Wiosna na wyspie jest chyba wyjątkowo odczuwalna i intensywna, jeżeli nawet w opuszczonym lesie zaczynało robić się kolorowo. Pokręciłem głową zupełnie wytrącony z rytmu, ale głód nadal dawał o sobie znać, więc w końcu przyjąłem postać futrzaka. Dawno nie zmieniałem się w zwierzę co było dość odczuwalne. Teraz czułem się większy, silniejszy, ale mniej ogarnięty i większość moich myśli w głowie była zastępowana obrazem krwi i pysznego mięsa. To nie zapowiada się dobrze. Chciałem zrezygnować i stanąć znów na dwóch nogach, żeby przez brak doświadczenia zaraz czegoś nie zepsuć, ale nie mogłem. Cztery łapy same pociągnęły mnie w głąb lasu, a były tak szybkie, że zaraz byłem już daleko od domu. Nos i uszy dobrze z nimi współpracowały, gdyż niedługo potem doprowadziły mnie do dorosłego jelona. Uznałem, że nie ma co się siłować z własnym sobą, a gdy już mam okazję na pożywienie się, to skorzystam.

     Otarłem zakrwawiony pysk o sierść na boku i przełknąłem ostatni duży kęs mięsa. Samo upolowanie zwierzęcia nie zajęło mi mniej niż późniejsze spożycie go. Kolejną zadziwiającą obserwacją był fakt, iż nadal byłem przyodziany w grubą, czarną sierść, a minęło znacznie więcej od przemiany niż wcześniej. Dosyć mnie to zaniepokoiło i normalnie zacząłbym panikować, ale gdy dotarłem pod swoją chatę, mogłem się już normalnie wyprostować. Odetchnąłem z ulgą powoli przyzwyczajając się do obecnych zmian w moim ciele i zachowaniu. Miałem jednak nadzieję, że nie nastąpi ich więcej i w końcu będę mógł żyć o wszystkim dostatecznie poinformowany, bo jak na razie sam nie wiedziałem co mogę, a czego nie powinienem. Na chwilę obecną najważniejsze było jednak to, że się najadłem i to porządnie, gdyż wsunąłem całego jelona wielkości dorosłego ogiera. Mimo to, gdzieś w środku odczuwałem niedosyt, ale usiłowałem go stłumić myśleniem o czymś innym, a mianowicie o Galii. Nie wiem, czemu ta dziewczyna jest pierwszym, co pojawia mi się w głowie, gdy chcę zapomnieć o czymś nieprzyjemnym, ale nic na to nie poradzę. Jeżeli już o niej pomyślałem, to oznacza to pewnie, że dzisiaj ją spotkam. Może przypadkowo, może celowo, a zależy to od mojego niezrozumiałego instynktu. Póki co, postanowiłem wykorzystać chwilę spokoju i w końcu się umyć. Nie będę ukrywał, nieźle ode mnie zalatywało, ale co się dziwić, skoro przez ponad dwa miesiące nie ruszałem się z miejsca? Dziwne, że wokół mnie nie latają jeszcze muchy i inne irytujące robactwo. Jak na złość, właśnie jedna przeleciała obok mojego ucha głośno brzęcząc. Powarkując odgoniłem ją ręką i wszedłem do środka, zamykając za sobą drzwi. Zasłoniłem wszystkie zasłony, które jakimś cudem przepuszczały miejscami promienie słoneczne. Ostatnio źle reaguję na słońce, ale to pewnie przez to, że tak długo nie miałem z nim do czynienia. Szybko uporządkowałem salon i kuchnie, a następnie zgarnąłem z małej szafki gruby kawał materiału mający posłużyć mi jako ręcznik. Przerzuciłem go sobie przez ramię i tylnymi drzwiami wyszedłem na zewnątrz udając się w kierunku źródła wody.

     Kąpiel ta nie należała do przyjemnych, ale przynajmniej byłem już czysty. Od razu po powrocie przyodziałem się w czyste ubrania i stwierdziłem, że to ten moment, którego spodziewałem się już wcześniej. Odwiedzę ją i odpowiem na wcześniejsze pytanie, na które odpowiedzi nie zdążyłem udzielić. Wyszedłszy z domu spostrzegłem, że pora nie wczesna i możliwe nieodpowiednia jak na odwiedziny, ale osadniczka i tak zapewne jeszcze nie śpi. W mroku, który nie wywierał na mnie większego wrażenia przedostałem się przez las, aż dotarłem pod chatę żniwiarki. Przez okna było widać palące się światło, więc chyba przyszedłem w odpowiednim momencie. Podszedłem do drzwi i począłem w nie pukać, ale gdy przed dłuższy czas nikt nie odpowiadał, pozwoliłem sobie pociągnąć za klamkę. Drzwi jak się okazało, były otwarte, co znaczy, że to nie będzie włamanie jeżeli Galia zechce postawić mi jakieś zarzuty. Bezkarnie wkroczyłem do domu i skierowałem się w stronę sypialni, w której miałem nadzieję spotkać dziewczynę. Na szczęście ta chyba usłyszała moje kroki i sama wyszła mi na przywitanie.

- Renard - odparłem krzyżując ręce i mierząc ją wzrokiem. Z początku chyba mnie nie zrozumiała, ale potem widocznie przypomniała sobie naszą wcześniejszą rozmowę. Wymyślałem to imię przez całą drogę i byłem pewien, że tak ma się nazywać mój syn. Jeżeli już mam mieć tego syna, to niech ma chociaż przyzwoite imię.

- I musiałeś tu przychodzić w nocy, w dodatku nieproszony? Mogłeś zapukać - oskarżyła mnie otulając się własnymi ramionami.

- Pukałem, a drzwi były otwarte - wzruszyłem ramionami dziwiąc się na jej wkurzone podejście.

- Cokolwiek. Tylko je dobrze domknij, jak już będziesz wychodził - machnęła na mnie ręką i obróciła się, aby wrócić do pokoju, ale nagle zastygła. Zmarszczyłem brwi i chwilę przyglądałem się zaistniałej sytuacji, po pewnym czasie zauważając jak na spodniach dziewczyny pojawiają się długie plamy. Otworzyłem szeroko oczy i cofnąłem się o kilka kroków oczekując jakieś reakcji od strony Galii. Ta natomiast zignorowała chyba oczywisty jej znak i wróciła do łóżka. Spanikowany chciałem jakoś na to zaradzić, ale ja sam zastygłem w miejscu. Nie wiedziałem, czy mam do niej pobiec, czy może sam pobiec po pomoc. Słusznym wyborem byłoby sprowadzenie kogoś doświadczonego w tych sprawach, więc wybiegłem z domu rozglądając się na boki, ale wrócił mój zdrowy rozsądek przypominający o tym, że jako samotnik to wioski tak łatwo nie wejdę. Postanowiłem więc wrócić do dziewczyny i zapytać co robić, chociaż ona sama była przerażona i mało wiedziała.

- Ty... Galia. Trzeba coś z tobą zrobić - pojawiłem się drzwiach jej pokoju i ze stresu masowałem sobie kark - Zaprowadzić cię do wioski? Jak mam ci pomóc? - wypytywałem nawet nie zauważając kiedy mój głos zaczął drżeć.

Galia?

10 listopada 2018

Od Lucia CD Galii [etap 2 > etap 3]

     Uchyliłem przemęczone powieki, które tak ciężkie wolałyby pozostać zamknięte. Jednak ciche pukanie do drzwi nie pozwalało mi dłużej bezczynnie siedzieć w fotelu. Niby było tu cichutkie i niepewne stukanie, lecz po mojej ostatniej zmianie słyszę ciche dźwięki kilka razy głośniej, co jest swoją drogą potwornie wkurzające. Przez to, że słyszę odgłosy, których nie powinienem słyszeć, zaczynam wariować i popadać w paranoję. Usiłuję sobie pozapychać czymś uszy, ale bez skutku. Bardzo nie podobały mi się te zmiany zachodzące w moim ciele i zachowaniu, a po dwóch miesiącach wcale się z nimi nie oswoiłem. Stałem się jedynie bardziej wycieńczony, wkurzony i nadwrażliwy na dosłownie wszystko, co działo się wokół mnie. Zeby aż tak nie wykańczać siebie samego, uznałem, że dobrze będzie zaszyć się wokół swoich czterech ścian i przeczekać najgorsze. Problemem był fakt, iż nie wiedziałem czy najgorsze w ogóle przejdzie. Gdy zmusiłem się do wstania z fotela i powleczenia się pod drzwi, uzyskałem odpowiedź na moje pytanie. Najgorsze dopiero się zaczyna, a całkiem spory brzuch Galii tylko wszystko potwierdzał.

- Czego chcesz? - mruknąłem przecierając zmęczone oczy, gdy promienie słońca, których tak dawno nie widziałem, zaatakowały mnie. Otwierając drzwi osadniczce nie byłem pewien czy jest noc, czy raczej dzień. Od dwóch miesięcy tego nie sprawdzałem. Gdy zajęty byłem tarciem oczu nadgarstkami Galia nie wydała z siebie żadnego dźwięku, więc zirytowany powtórzyłem chcąc przerwać już te męczarnie - Po coś tu przylazła? - warknąłem orientując się, że mój głos stał się groźniejszy i bardziej chrypliwy.

- Pomyślałam, że chcesz wiedzieć co u dzieci - poprawiła torbę na ramieniu i spojrzała na mnie niechętnie zapewne oceniając mój opłakany stan.

- Widzę, że wszystko świetnie, więc możesz wracać do swej szczęśliwej chatki - ukucnąłem przyglądając się dużej wypukłości pod przydużą bluzką, a na moją twarz wpłynął sztuczny uśmiech. Nie czekając na reakcję Galii odsunąłem się od niej i jej brzucha jakby w obawie, że stanie mi się jakaś krzywda gdy dalej będę tak siedział.

Będąc już w środku pchnąłem drzwi dość mocno, aby zamknęły się z trzaskiem, ale zatrzymał je czyjś mały, ale mocny but. Zmarszczyłem gniewnie brwi i uniosłem spojrzenie na pewną siebie minę ciemnowłosej, której twarz oświetlało strasznie jasne słońce.

-  Boże wejdźże już, ale zamknij te cholerne drzwi! - warknąłem odwracając wzrok i zmarszczyłem oczy nie mogąc dłużej znieść nieprzyjemnego bólu.

Galia przewróciła oczami i popychając dosyć głośno skrzypiące drzwi, weszła do środka. Poprowadziłem ją do salonu i niechętnie zaproponowałem swój ulubiony fotel, z którego przed chwilą zostałem niepotrzebnie zgoniony. Dziewczyna bez słowa, lecz z niewielkim trudem zajęła wygrzane wcześniej miejsce. Stanąłem z założonymi rękami i specjalnie zawiesiłem na niej swoje zniesmaczone spojrzenie. Ciemnowłosa zamiast odezwać się choć słowem, po prostu głupio błądziła oczami po mojej raczej skromnej chacie i widać było, że nad czymś namiętnie rozmyśla. Możliwe, że przeliczała szanse na to jak długo dzieci miałyby przeżyć w tych warunkach. Osobiście myślę, że nie długo, a to nawet lepiej dla mnie. Przez te miesiące uświadomiłem sobie, że niepotrzebne mi na wyspie zajęcie w postaci wychowywania dzieciaków. Jak na razie sam muszę o siebie jakoś zadbać i możliwe, że wymyślić jakiś sposób na ucieczkę. Jak na razie jednak wybrnę z przedłużającej się ciszy, która moim zdaniem mogła ciągnąc się dalej, ale jeżeli chce się pozbyć gościa, muszę przynajmniej zaproponować herbatę.

- Napijesz się herbaty? - wydukałem spoglądając na osadniczkę, która pokiwała głową, a nawet się lekko uśmiechnęła.

Pomaszerowałem do swojej pięknej kuchni i nastawiłem wodę w małym garnku. Po upływie kilku minut rozlałem wodę do dwóch kubków, w których spoczywała już mieszanka różnych liści podwędzona zielarzom, którzy lubili zaszywać się w lesie nieopodal. Zamieszałem płyn w kubkach szybkim ruchem i wróciłem do żniwiarki, która nie ruszyła się z miejsca. Podałem jej herbatę i sam usiadłem na krześle, które sobie przyniosłem z kuchni. Wziąłem łyka napoju i stwierdziłem, że wyszła całkiem obrzydliwie na co uniosłem kącik ust i uniosłem spojrzenie na Galię, oczekując jej zniesmaczonej miny. Ku mojemu zdziwieniu, ta nadal podejrzanie przyglądała się cieczy w kubku aż w końcu dyskretnie go odstawiła. Uśmiech zbledł mi równie szybko, co wystygła herbata odstawiona przez Galię. Sam postanowiłem dokończyć swój napój zadowlony, że w końcu skradzione zioła się na coś przydały.

- Myślałeś nad imionami? - padło pytanie ze strony dziewczyny, a ja niekontrolowanie wyplułem ciepły napój na podłogę. Uniosłem wysoko brwi ocierając mokre od śliny usta, bo przyznam, że jej pytanie nieco zmieniło obecną atmosferę. Jednocześnie poczułem się dosyć dziwnie i nie miałem pojęcia, czy to przez tą dziwną herbatę, czy może przez jej pytanie z nienacka. Chociaż czy to wszystko mogło mnie wprawić w zawroty głowy, mdłości i do tego dziwną ochotę zabicia kogoś i posmakowania jego krwi. Od dwóch miesięcy nic się ze mną nie działo, a teraz, akurat teraz kiedy Galia mnie odwiedziła, znów zaczynam wariować. Zawdzięczać sobie mogłem jedynie to, że bezboleśnie spadłem z krzesła i policzkiem dotknąłem zimnej podłogi. Gdyby nie to, że zemdlałem, Galia i dzieci, które nosi w brzuchu byliby już straceni.

Galia?

21 października 2018

Od Lucia CD Galii

     Wysłuchiwałem tych wszystkich okropnych rzeczy, które swobodnie wypływały z ust Galii i poczułem gniew. Nie taki jak ona, chociaż jakbyśmy mieli się kłócić kto jest tutaj bardziej wkurzony, zdecydowanie wygrałaby żniwiarka. Byłem wściekły na to, jak ona widzi zaistniałą sytuację, jak bardzo jest na wszystko zła i jaka to wielka katastrofa. Oczywiście wiem, że dla niej to podwójny koszmar. Ja mógłbym sobie po prostu zniknąć z jej życia, a ona nie miałaby wyjścia. Jednakże nie mam zamiaru uciekać, ani podkulać ogona przed obecną sytuacją. Doprowadziliśmy do tego oboje, więc teraz oboje musimy ponieść tego konsekwencje, a raczej zmierzyć się z nimi. Nie będzie to łatwe, ale to przecież nie koniec świata. Dla mnie najważniejsze było to, że Galia wyszła cało z tamtego wypadku, a to że nosi w sobie dwa nowe życia mógłbym odłożyć na drugi plan. Zresztą i tak dobrze, że i one są bezpieczne. Obawiałem się tylko, że osadniczkę to przewyższy wnioskując po jej obecnym zachowaniu. Dotąd byłem w stanie tylko wysłuchiwać co złego ma do powiedzenia i wgapiałem się w zaskakująco interesujące panele podłogowe, ale musiałem to przerwać. Zmarszczyłem brwi w irytacji i szybkim ruchem łapiąc Galię za nadgarstki, zmusiłem ją do wstania i spojrzenia mi w oczy. Lekko zacisnęła zęby, gdyż widocznie mój mocny uścisk nie był dla niej komfortowy.

- Przestań w kółko o tym samym! - warknąłem nie luzując uścisku - Wiem, tak nie miało się stać, nikt z nas nie miał tego w planach i nikt się tego nie spodziewał, ale skoro już się to zdarzyło, to nie pora na użalanie się nad sobą. To nie byle jaka sprawa, mówimy tutaj o dwóch nowych życiach, które chcesz od tak sobie zlikwidować. Co jak co, ale ja ci na to nie pozwolę - poluzowałem nieco pięści, gdy zauważyłem jak jej wyraz twarzy łagodnieje - Nie jesteś taka. Ja znam tylko Galię, która walczy do końca i broni swoich, a nie się poddaje i szuka ucieczki. Pomyśl o tym... Niech to nie będzie dla ciebie kara.

Ciemnowłosa powoli wydostała się z moich ramion i ponownie usiadła na fotelu chowając twarz w dłoniach. Nie płakała, jakby śmiała. Widocznie była wszystkim zmęczona, a moja obecność tutaj wcale nie szła jej na rękę, ale muszę jej przemówić do rozsądku. Nie pozwolę jej działać pochopnie, na pewno nie jeżeli chodzi tutaj o nasze wspólne dzieci. Westchnąłem i ukucnąłem przed osadniczką zabierając jej małe dłonie z twarzy. Dziewczyna zmartwiona splotła nasze palce razem i bez wyrazu wgapiała się w różnice naszych dłoni.

- Pamiętaj, że... Będę przy tobie. Oboje zawaliliśmy więc oboje musimy się z tym zmierzyć - dodałem cicho.

Wychodziło na to, że moje słowa powolutku do niej docierają, a gdy otworzyła usta miałem nadzieję, że zgodzi się ze mną i sprawa będzie rozwiązana. Niestety gdy wyrwała swoją dłoń i gwałtownie podniosła się z fotela, straciłem na to nadzieje.

- Bzdura - parsknęła kręcąc głową i chodząc po pokoju jakby nie mogąc się uspokoić - Czy ty siebie słyszysz? Wyobrażasz sobie naszą rodzinkę jak jedną z tych przesłodzonych filmów? Co, może jeszcze kupimy sobie pieska? - rozłożyła ręce z każdym słowem coraz bardziej podnosząc głos.

Zmarszczyłem brwi i głośno tupiąc udałem się bez słowa do wyjścia. Nie miałem zamiaru rozmawiać z nią w ten sposób. Jeżeli nie chce mnie wysłuchać i działać racjonalnie, to nie. Niech zrobi sobie z dzieciakami co chce, a gdy poprosi mnie o pomoc niech nie liczy, że jej udzielę. Zacisnąłem palce na klamce wyczekując jakiejkolwiek odpowiedz ze strony dziewczyny. Miałem skrytą nadzieję, że jeszcze zmieni zdanie. Niestety nie, stała tam w salonie cała się gotując ze złości i nie miała zamiaru nawet mnie zatrzymywać. Zaśmiałem się histerycznie i otworzywszy drzwi, wyszedłem na zewnątrz następnie głośno nimi trzaskając. Musiałem w jakiś sposób dać upust swoim emocjom, których na obecną chwilę nazbierało się we mnie za dużo. Zdecydowanie za dużo jak na jeden wieczór. Pobiegłem w stronę lasu czując w żyłach gotującą się krew, a skóra swędziała domagając się przemiany. Pod tą postacią znacznie więcej będę w stanie zniszczyć. Pozwoliłem więc sierści okryć całe moje ciało, a ja sam zaszyłem się w opuszczonym lesie szukając ofiary, byle silnej i wielkiej.

Galia?

19 października 2018

Od Lucio [etap 1 > etap 2]

     Rzadko zdarza mi się przysiąść gdzieś na chwilę z dala od wszystkich zmartwień i problemów. Zapomniałem już jak poprawnie trzyma się ołówek, a tym bardziej jak przenieść na kartkę głupie, żałosne drzewko. Zniesmaczony wyrzuciłem kawałek węgla do wody, której niewielki zbiornik znajdował się tuż pode mną. Wygodniej usadowiłem się na zadziwiająco wytrzymałej gałęzi prawie pozbawionego liści drzewa i oparem się plecami o pień. Nie była to wygodna pozycja do rysowania, ale w tylko w takich miejscach nie muszę się obawiać żadnej napaści ze strony innych samotników. Nie twierdzę, że nie uchroniłbym się od takiej sytuacji, ale nie potrzebne mi nowe blizny. Tych mam akurat pod dostatkiem w przeciwieństwie do umiejętności rysowniczych. Mało brakowało żebym nie upuścił i szkicownika do wody, ale uznałem, że reszta kartek nie może się zmarnować. Zamiast tego wyrwałem nabazgrane drzewo na pożółkłym kawałku papieru i wypuściłem go z ręki obserwując na powoli spada kręcąc się na wietrze, aż w końcu dotyka tafli wody, ale się nie zanurza. Kartka dryfowała na powierzchni powolutku nasiąkając wodą i wyglądała przy tym, jakby wciąż miała nadzieję na przetrwanie. Niestety skróciłem jej cierpienia zeskakując do stawu, którego poziom sięgał mi do połowy łydek. Wtedy kartkę zalała woda i opłynęła na dno bez najmniejszych szans. Wzruszyłem ramionami nie czując żalu, gdyż rysunek był faktycznie okropny, nieudany i chyba najgorszy z tych, jakie kiedykolwiek narysowałem. Zanim wyszedłem z kałuży zamoczyłem w niej dłonie chcąc przemyć sobie twarz i kark. Gdy lodowata woda dotknęła mojej skóry, przeszedł mnie ostry, ale i przyjemny dreszcz. Odetchnąłem z ulgą czerpiąc ostatnie przyjemne chwile z mojej przerwy, która trwała od śniadania do momentu, aż znowu nie zgłodnieję, a że burczało mi w brzuchu uznałem, że wystarczająco się nasiedziałem. Przeczesałem czarne i jak zwykle nieogarnięte włosy jeszcze wilgotną ręką, dzięki czemu dobrze trzymały się w miejscu i nie opadały mi na oczy utrudniając przy tym widzenie. Wyszedłem w końcu na brzeg wycierając mokre stopy o oszronioną trawę. Nie mam pojęcia jakim cudem nie było mi zimno bez butów, futra i w przykrótkich spodniach, ale myślę, że to jedna z zalet bycia przeklętym wilkołakiem. Ciało mam non stop rozgrzane i nie odczuwam zmian temperatury, a o nadejściu zimy dowiedziałem się, gdy spadł pierwszy na wyspie śnieg. Od tamtego momentu zacząłem spisywać pory roku i czas w jakim po sobie następują. Gdybym był jakkolwiek wykształcony, mógłbym na podstawie moich notatek poznać nasze położenie, ale że nie jestem, chyba na zawsze pozostanie to dla mnie zagadką. Poza tym po co dociekać? Nie wiem, czy moje życie jest tutaj nędzniejsze od tego w przyczepie u boku najgorszych zbirów. Wszystko jest mi już obojętne, bo jakbym się nie postarał, to i tak będę nic niewartym stworem zajmującym niepotrzebne miejsce na planecie. W każdym razie samotność mi nie straszna, podobnie jak zima. Wypuszczając powietrze z płuc i obserwując jak z moich ust wydobywa się słaba para ruszyłem w stronę starych chat, czyli mojej iście bogatej posesji. Nie spieszyło mi się tam, ale na moje nieszczęście ktoś inny chyba też do tego doszedł. Od połowy drogi słyszałem za sobą ciche kroki, ale zdecydowałem się to zignorować mając nadzieję, że głupie plany zaatakowania mnie zaraz przejdą temu komuś. Niestety nie, a dowiedziałem się o tym, gdy poczułem na karku gorący i cuchnący powiew z czyjejś wielkiej, uzębionej paszczy. Nie czekając ani chwili dłużej przemieniłem się w zwierzę i odwróciłem przodem do osobnika na starcie złowrogo do mnie nastawionego. Tygran, o którym słyszałem, aczkolwiek nigdy nie widziałem stał przede mną, a raczej nade mną i chwalił się wielkimi kłami, jakie miał w zanadrzu. Wolałem się nie ośmieszać, więc otworzyłem psyk dopiero, gdy byłem wystarczająco blisko, aby wbić zęby w grubą skórę zwierzęcia. Ten z początku zdezorientowany po moim niespodziewanym ruchu jednak szybko się ogarnął i odepchnął mnie przednimi łapami. Dopiero gdy walnąłem plecami o kamienną ścieżkę doszło do mnie, że przeleciałem przez dom, a jeszcze później, że mój kręgosłup niepokojąco chrupnął i utrudniał przy tym poruszanie się. Niestety to nie była pora na odpoczynek, gdyż przerośnięte monstrum zmierzało w moją stronę, a słoneczne światło odbijało się od jego białych kłów. Przeturlałem się na brzuch, ale nie zdążyłem wstać, ponieważ znowu zostałem odepchnięty. Tym razem nie odleciałem tak daleko, ale za to kości przednich łap uległy pęknięciu, gdy chciałem nimi jakoś złagodzić upadek. Syknąłem z bólu, ale zaciskając zęby wstrzymałem powietrze orientując się, że przeciwnik nie może mnie namierzyć. Nie zwracając uwagi na niesprawne łapy przeturlałem się w bok kryjąc się w gęstych krzakach. Zakląłem sam na siebie nie mogąc pogodzić się z porażką, jakiej zaraz tu doświadczę. Przecież Lucio tak łatwo się nie poddaje. Nie bałem się śmierci, chociaż cały zlany byłem zimnym potem, a serce waliło mi jak młot. Wstrzymałem powietrze słysząc głośne sapanie tygrana mając nadzieję, że mnie nie usłyszy, ale po co mu słuch, skoro ma znakomity węch. Wyciągnął łapę zanurzając ją w krzakach, a przy okazji kilka pazurów w mój brzuch. Głośno zawyłem, gdy podniósł mnie w ten sposób do góry i mogłem dzięki temu poczuć jak ostre szpony dosięgają moich wnętrzności i gotowe są je wypruć. Lucio się przecież nie poddaje, ale czy ma jakieś wyjście? Zamknąłem oczy czując jak zbierają się w nich łzy bólu i byłem przygotowany na najgorsze. Najgorsze jednak wcale nie nadeszło. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że przednie łapy są już sprawne, a nawet silniejsze. Kręgosłup ma się nawet lepiej, a wcześniej obolałe mięśnie pozwalają mi teraz w końcu wykonać kontratak. Zapierając się tylnymi łapami o klatkę piersiową bestii uwolniłem się z jej silnych objęć i wylądowałem tym razem na czterech łapach. Dając radę utrzymać się na tylnych kończynach łatwo spostrzegłem, że nie dzieli już nas tak duża różnica wzrostu. Poczułem się niemal jak nowo narodzony, a wykorzystując zdezorientowaną minę zwierzęcia podbiegłem do niej wywracając ją na plecy i przygniatając do zimnego kamienia. Tym razem to ja wbiłem mu pazury w klatkę piersiową, co sprawiło mu niemały ból, ale wiedziałem, że to nie wystarczy aby go pokonać. Jedną łapę wyjąłem z jego piersi i dosięgnąwszy małej czaszki zacisnąłem na niej łapę i uderzyłem nią o pobliski głaz. Usłyszałem głośne pęknięcie, a przerażony wzrok tygrana tylko potwierdził, że wygrałem. Dla pewności wykonałem wcześniejszą czynność jeszcze kilka razy, a następnie ześlizgnąłem się z martwego cielska obserwując jak bezwładnie opada na bok, a oczy wywracają się ukazując zaczerwienione białka. Odsunąłem się dysząc ciężko, a w trakcie przybierając z powrotem ludzką postać. Chociaż jak się potem zorientowałem, nie przypominałem człowieka tak, jak wcześniej. Moje ciało pokryte było bujniejszym owłosieniem, paznokcie wydłużyły się i zaostrzyły, a zęby stały się mocniejsze i ostrzejsze. Wcześniej miałem tak tylko pod postacią wilka, a teraz będę chodził tak na co dzień. Rozmasowując zmarszczone od zdziwienia czoło zaśmiałem się histerycznie spoglądając na śmierdzące zwłoki naprzeciwko mnie i stwierdziłem, że przynajmniej ten obiad mam już z głowy.

12 października 2018

Od Lucio CD Galii

     Przez wszystkie dni nieobecności Galii panoszyłem się jak bezpański pies pod jej domem. Co chwila niepewnie zaglądałem do środka mając głupią nadzieję, że już jest w środku, ale logicznie na to patrząc... Jak mogła pojawić się niezauważona w przeciągu kilku sekund we własnym łóżku. Zaczynałem tracić swój zdrowy rozsądek i stwierdziłem, że pierwszy raz nie wiem co ze sobą zrobić, no i pierwszy raz tak mi kogoś brakuje. Jak na mnie przystało, starałem się wybić to sobie z głowy, spokojnie zniechęcić samego siebie do tej toksycznej relacji, ale nic z tego. Uparte uczucia wydawały się pozostać niezmienione na długi czas, a ja nie mogłem nic z tym zrobić. Dlatego więc odpuściłem, co jest równie dziwnym i niespotykanym zjawiskiem. Bo jak to tak, że Lucio odpuszcza, a nie brnie dalej i dalej, tak do skutku. Co ta młoda dziewczyna robi z jego sercem i specyficznym ego.
     Rany postrzałowe już dawno się ogarnęły. Nie lada wyzwaniem było wyciągnięcie metalowych kul spod skóry, a w pewnym momencie zabrakło nawet pomocnej ręki Galii, która ostatnio tak ładnie zszyła mi dźgnięcie nożem. Teraz igła gubiła się pomiędzy wielkimi paluchami, a co dopiero nitka, na której porobiło się milion małych supełków. Lekarzem to ja nie byłem, a chociaż Galia też nie, to i tak brakowało mi jej sprawnych i zawsze pomocnych rąk. Poza stanem zdrowia, zrobiłem się nieco rozszalały psychicznie. Czułem, że coś we mnie zmienia, a niektóre ludzkie instynkty dotąd posiadane, po prostu zanikały. Nie wiem, czy ona miała tak samo, ale nawet nie mogłem z nią o tym porozmawiać. Chyba naprawdę zwariowałem.
      Dni mijały, a ja zaczynałem zapominać jak wygląda gładka i jasna twarz Galii. Dopiero wtedy uświadamiałem sobie, że prawie nigdy nie widziałem jak się uśmiecha, a na pewno nie szczerze. Pewnego dnia rozmyślając o jej zdrowiu, czy jeszcze w ogóle żyje, zjawiłem się pod jej domem o tej samej porze co zwykle i serce zabiło mi dwa razy szybciej, gdy ujrzałem zapalone świece przez brudne okno. Od razu zjawiłem się pod drzwiami i poprawiając nieco ścięte włosy (z tego wszystkiego, ściąłem długie i całkiem wkurzające kudły) niespokojnie przestawałem z nogi na nogę. Sekundy okropnie się dłużyły i zaczynałem już myśleć, że tylko mi się coś przewidziało, dopóki nie zobaczyłem jak klamka opada. Stałem tym razem sztywno w miejscu i czekałem, aż zza drzwi wyłoni się znów żywa buźka dziewczyny i zastanawiałem się jak mam zareagować. Tak bardzo mi jej brakowało, ale czy jej mnie również? Galia prawie w ogóle się nie zmieniła. W sumie to nic dziwnego, w końcu nie było jej przez góra dwa tygodnie, a ja to przeżywam jak wieczność. Byłem też przekonany, że się na mnie wydrze, jak zawsze gdy mnie widzi. Ale zamiast tego jej twarz nieco pobladła i złagodniała, chociaż drzwi usiłowała zamknąć mi przed nosem. O nie, tyle czekałem, że teraz nie odpuszczę. Odepchnąłem drzwi i wtargnąłem do środka zamykając je dopiero od środka. Zbliżyłem się do żniwiarki spoglądając w dół, aby móc spojrzeć jej w oczy. Niestety ona unikała kontaktu wzrokowego, patrzyła gdzieś w przestrzeń, a po jej mimice twarzy można było wywnioskować, że nie będzie skora do konwersacji. Co oni jej zrobili w tej osadzie?

- Galia - zacząłem cichym głosem kładąc jej rękę na ramieniu, która niestety równie szybko została strącona.

- Jestem zmęczona. Nie czuję się jeszcze najlepiej, jeżeli to chcesz wiedzieć - wyjaśniła spokojnym głosem i zwróciła się w kierunku małego salonu. Powolnym krokiem doszła do fotelu, na którym przysiadła lekko się krzywiąc. Faktycznie poruszanie się jeszcze sprawia jej ból i niewielkie trudności. Chyba niepotrzebnie się jej narzucałem, skoro ona chciała tylko odpocząć i dojść do sił, ale bałem się, że gdy wydobrzeje jeszcze trudniej będzie mi się z nią skontaktować. Chciałem się już wycofać i dać jej więcej przestrzeni, ale spostrzegłem jej podejrzane zachowanie. Ułożyła jedną rękę na brzuchu, który jak się zorientowałem nieco spuchł. Może ją tam po prostu dobrze karmili. Jednak jej spojrzenie znowu utkwiło gdzieś w oddali jakby ciągle o czymś zawzięcie myślała.

- Zatrułaś się czymś? - zmarszczyłem brwi podchodząc nieco bliżej Galii przyglądając się jej uważnie.

- Co? - prawdopodobnie wyrwałem ją ze stanu skupienia, w który tak bardzo próbowała uciec - A.. Tak, to pewnie to - szybko przytaknęła zabierając rękę z brzucha, aby przeczesać nią sobie czarne pasma prostych włosów.

- Nie kłam - odparłem stanowczo zaciskając ręce w pięści powoli wszystkiego się domyślając. Nie chciałem... Bałem się przyjąć to do wiadomości, ale musiałem usłyszeć to od niej. Ręce zaczęły niebezpiecznie dygotać, a nogi zrobiły się jak z waty, ale stałem tam dalej i czekałem. Tyle czekałem na Galię, ale nie spodziewałem się, że wróci do mnie z czymś takim.

Galia?

7 października 2018

Od Lucio CD Galii

     Wysunąłem trzęsące się ręce przed siebie, gdy drzwi przestronnej chatki się otworzyły. Dziewczyna w moich ramionach była coraz mniej przytomna. Ledwo dychała, jej ciało było wątłe i obezwładnione, a zimna temperatura jeszcze od czasu do czasu wprawiała je w dreszcze. Myślałem, że zacznę skakać ze szczęścia gdy drobna osadniczka stanęła u progu, a na widok Galii szybko zaprosiła nas do środka. Na razie nie pytała mnie o nic, no chyba, że o Galię i przyczynę jej krytycznego stanu.

- Ona... Miała wypadek - pierwszy raz w życiu język ze mną nie współpracował, a słowa stawały w gardle - To chyba samotnik... Jakieś zwierzę - wydukałem stojąc przy drzwiach nie mogąc dłużej znieść okropnego widoku żniwiarki, która wyglądała jak trup. I to okropnie stratowany trup.

Kobieta ułożyła ciemnowłosą na twardym, drewnianym stole wysłanym prześcieradłami i zawołała mężczyznę, który zaraz wybiegł z pokoju obok. Od razu uniósł na mnie wzrok i podejrzanie zmarszczył brwi. Kobieta ciągle wywoływała jego imię i prosiła o pomoc przy Galii, ale ten za bardzo skupił na mnie swoje spojrzenie. Powoli się zbliżając wciąż ignorował krzyki osadniczki, a jego groźna mina z kroku na krok coraz bardziej mroziła mi krew w żyłach. W tej sytuacji byłem bezbronny i czułem się przed nim nagi i żałosny.

- Kim jesteś? Nie wyglądasz mi na osadnika z tej wioski - zmarszczył brwi popychając mnie palcem w stronę drzwi.

- Ja... - zdołałem wykrztusić zaledwie tyle, gdyż zaraz straciłem na wzroście, wadze, a ubrania bezwładnie opadły na brudną ziemię.

Przednimi łapami pchnąłem słabe w zawiasach drzwi i wyleciałem na lodowaty i śliski śnieg. Zanim przybrałem odpowiedni kierunek, obok ucha usłyszałem głuchy świst. Kula wbiła się w gruby śnieg tuż obok mnie i dopiero wtedy wrócił mój zdrowy rozsądek. Ruszyłem pędem w stronę lasu nie oglądając się więcej za siebie. Wiatr dudnił mi w uszach, a zamiast niego dało się jeszcze wyłapać nawoływania. Alarm. Samotnik w osadzie. Z chat zaczęli wychodzić zaniepokojeni ludzie, a niektórzy nawet wycelowywali we mnie ze swych broni. Przyspieszyłem jeszcze, aby nie dostać od żadnego z nich, ale nie przewidziałem, że przy murach ochronnych stoją jeszcze bardziej uzbrojeni strażnicy. Dobiegłszy do najbliższego muru odbiłem się od tylnych, silniejszych łap usiłując przeskoczyć dosyć wysoką konstrukcję. Gdy pazurami zaczepiłem się o metalowe poręcze na górze, ktoś wcelował metalowym nabojem prosto w moje żebra. Jedno z nich pękło, a ja wydając z siebie głośny ryk puściłem się poręczy i walnąłem plecami o twardy grunt. Usłyszałem głośne chrupnięcie kręgosłupa, ale zagłuszył to dźwięk kolejnych wystrzałów. Niezdarnie przekręciłem się na cztery łapy i mocno zaciskając zęby pobiegłem do dalszego, ale niższego muru. Strażnicy deptali mi po piętach, przez co zarobiłem kolejne dwie kulki. Jedna przebiła mi cienki płatek ucha, a druga utkwiła w prawym udzie. Teraz miałem tylko trzy łapy, ale to wciąż dawało mi jakiekolwiek nadzieje na ucieczkę. Zebrałem w sobie ostatki sił czując, że niedługo cała ta przemoczona sierść zniknie wraz z moją wolnością. Udało mi się w miarę szybko dobiec do muru, który dzielił mnie od wygranej. Pod nim na szczęście stały wysokie bele siana, dzięki którym wspiąłem się na górę muru o wiele łatwiej. Przeskoczyłem na drugą stronę wykonując przez przypadek kilka fikołków w śniegu. Zaraz przeczołgałem się pod najbliższe drzewo i spojrzałem za siebie upewniając się, że nikt już nie zrobi mi krzywdy. Na szczęście wszyscy pozostali za murem i mam nadzieję, że nie mają w planach mnie szukać i dobić. Zacząłem ciężko dyszeć, ale szczerze ulżyło mi. Najważniejsze było dla mnie teraz bezpieczeństwo Galii, która otrzymała pomoc. Oby tylko przeżyła i okazała się tak silna, za jaką się podaje. Mną się nawet nie przejmuję. Wątpię, że ktokolwiek by za mną tęsknił gdybym umarł tutaj oparty o pień spróchniałego drzewa. Dosadnie poczułem przemianę, gdy zimny śnieg dotknął mojej nagiej skóry i zaczął wchodzić do krwawiących ran. Nieco zapiekło, ale dało też ogromnej ulgi. Uchyliłem niezmiernie ciężkie powieki orientując się, że śnieg wokół mnie już nie jest biały, lecz czerwony.

- Dawaj Lucio... Nie bądź cipa - wychrypiałem powoli podnosząc się na chwiejnych nogach. Muszę jakoś dostać się do swojej chaty i opatrzyć te rany, które zostawili po sobie osadnicy na pamiątkę. Obym tylko po drodze nie stracił przytomności ani nie zamarzł na kość lodu.

Galia? nie bij...

19 września 2018

Od Lucia CD Galii

     Pierwszy raz w życiu jechałem takim dziwnie skonstruowanym powozem. No, w końcu czego można się spodziewać po materiałach budowlanych na wyspie. Chyba i tak najbardziej liczy się to, że przyczepa się jeszcze nie roztrzaskała po najechaniu na większy kamień lub korzeń drzewa wystający z ziemi. W ciszy obserwowałem widoki zza małego okna i stwierdziłem, że jedziemy dość szybko jak na taki powóz. Dzięki temu przynajmniej szybciej zjawimy się w wiosce i szybciej będę mógł załatwić swoje interesy. Na szczęście Galia mnie w miarę dobrze przyodziała. Dzięki temu płaszczowi Julesa wyglądałem prawie, że jak szlachcic, a włosy estetycznie spięte na karku nie dawały po sobie poznać małego jeszcze przetłuszczenia. Spoglądając na ciepły szarawy płaszcz, wepchnąłem rękę w kieszeń, aby wydobyć z niej kilka koron od osadniczki, którymi miałem zapłacić za podwózkę. Przeliczyłem drobne monety akurat w momencie dojechania do celu. Nieuważnie pchnąłem drzwiczki ala karocy zaraz słysząc ich głośne i dokuczliwe skrzypienie i podszedłem do przewoźnika, aby przekazać mu odpowiednią ilość monet. Zanim odjechał poprosiłem go jednak, aby zatrzymał się niedaleko i niedługo mógł przewieźć moje zakupy z powrotem do domu Galii. Nie obeszło się bez negocjacji, ale tak czy siak wygrałem. Powóz wycofał, a ja rozejrzałem się po wiosce, na której terenie znajdowałem się pierwszy raz. Ze zdziwieniem też stwierdziłem, że jadąc powozem ominęło mnie meldowanie się u strażników, jak to Galia mnie przed tym ostrzegała. W takim razie wystarczy ładnie się ubrać oraz uczesać i od razu jesteś brany za tego dobrego, osadnika? Parsknąłem pod nosem zapinając kilka guzików płaszcza, gdyż zaczął wiać słaby, ale zimny wiatr. Otuliłem się puchowym materiałem i rozejrzałem po okolicy szukając wzrokiem miejsca docelowego dzisiejszej wycieczki. Zmarszczyłem nos marznąc coraz bardziej, a rzeźni jak nie było, tak nie ma. Począłem krążyć po osadzie i przechadzać się uliczkami przy okazji nawet nie zwracając mniejszej uwagi na osadników czy ich krzywe spojrzenia. Za bardzo się wczułem i nakręciłem na swoją misję, żeby przejmować się podejrzliwymi szeptami innych, i tak wiele nie zdołają mi zrobić. Po kilku minutach bezczynnego łażenia w końcu odnalazłem ten przeklęty budynek, ale przynajmniej osadzony był na obrzeżach wioski, co ułatwiało mi tylko akcję. Okręciłem się, aby zbadać teren i wykryć potencjalne zagrożenia, ale tu na szczęście ciekawskich oczu było najmniej. Mimo małego niebezpieczeństwa przywarłem do chropowatej ściany rzeźni i zakradłem się do niskiego okna. Dyskretnie zajrzałem przez nie do środka i z zadowoleniem stwierdziłem, że w środku nikogo nie ma. Jednak zdecydowałem się poczekać jeszcze chwilę, może ktoś stoi na zapleczu albo w magazynie. Po upływie kolejnych kilku minut byłem przekonany, że jestem w okolicy sam, a dziwne to, gdyż był środek dnia i ktoś powinien tu pracować i pilnować towaru. Pilnować go przed takimi wygłodniałymi wilkami jak ja. Rozluźniłem nieco spięte ramiona i zakradłem się do tylnych drzwi prowadzących od razu do chłodzonego pokoju ze sporymi zapasami mięsa. Szybkim krokiem wsunąłem się do środka i bezgłośnie zamknąłem za sobą drzwi. Dziwne, że w ogóle nie były zamknięte, ani jakkolwiek zabezpieczone. Na chwilę zastygłem upewniając się o braku obecności jakiegoś osadnika, tak na wszelki wypadek. Odetchnąłem z ulgą i wyjąłem z dużej, wewnętrznej kieszeni płaszcza dwa spore, materiałowe worki złożone w kostkę. Zwinnym ruchem je rozłożyłem i przystąpiłem do pakowania w nie tyle mięsa, ile będzie w stanie się tam pomieścić, a także ile sam zdołam unieść. W mgnieniu oka jeden wór był już pełny, więc zawiązałem go grubym sznurem, po czym przystąpiłem do upychania mięsa do drugiego. Takim sposobem opróżniłem dwie półki zmrożonego, przepysznego mięsa. Nie ma mowy, żebym w zimę miał głodować przez głupie zwierzęta chowające się we własnych norkach. Zapasy się same nie zrobią, a żeby teraz robić je samodzielnie w lesie, jest zdecydowanie za późno. Gdy wiązałem sznur na drugim, a jednocześnie ostatnim worku usłyszałem trzaśnięcie głównych drzwi i wzdrygnąłem się czując gęsią skórkę na karku. W pośpiechu dokończyłem robotę, ale ręce odmawiały posłuszeństwa i ze stresu zaczęły głupio latać. Uniosłem nieco zmieszany wzrok na główne drzwi do mrożonego pokoju, których klamka delikatnie się poruszyła. Gdy po dłuższej chwili jednak drzwi ani drgnęły, klamka zaczęła latać o wiele mniej spokojnie.

- Cholera, znowu przymarzło - usłyszałem głośne warknięcie i kroki oddalające się od drzwi.

Stałem w miejscu zadowolony, że udało mi się uniknąć nakrycia przez właściciela rzeźni, ale przypomniałem sobie, że facet mógł pomyśleć racjonalnie. Osadnik właśnie zbliżaj się do drzwi, przez które wszedłem do środka. Szybko zareagowałem i dziękując przypływie adrenaliny wyleciałem przez drzwi jak strzała i ukryłem się po drugiej stronie budynku. Drzwi nie zdążyły się domknąć, a rzeźnik zaniepokojony wbiegł przez nie do środka. Skorzystałem z sytuacji i ruszyłem pędem w stronę blisko znajdującego się lasu jeszcze na terenie wioski. Zdołałem usłyszeć tylko głośną wiązkę wulgaryzmów dobiegającą z rzeźni. Zaśmiałem się pod nosem zadowolony, że misja się powiodła i rzuciłem wory z mięsem pod drzewa zmęczony już dźwiganiem ich. Uniosłem głowę z jeszcze większym szczęściem spostrzegając, że przewoźnik podjechał swoją ''karocą'' pod wyznaczone miejsce. Zza drzew udało się dostrzec konie i podniszczoną przyczepę. Nabrałem jeszcze trochę powietrza i strzepując z ubrań szron pociągnąłem za wory i ruszyłem do przyczepy. Przywitałem się z tym samym przewoźnikiem, co wcześniej przywiózł mnie do wioski i zgodnie z moją prośbą pozwolił mi zapakować ''zakupy'' do przyczepy. W normalnych okolicznościach wsiadłbym tam wraz z towarem, ale przypomniałem sobie o Galii i mimo, iż miała wrócić sama, chciałem ją znaleźć. Zamknąłem drzwi przyczepy i nakazałem facetowi zostawić worki pod drzwiami posiadłości osadniczki. Musiałem za to zapłacić więcej koron, ale pieniądze i tak należały do Galii, więc dla mnie to żadna różnica. Przewoźnik przyjął pieniądze, zlecenie i zaraz zniknął za drzewami. Zazgrzytałem zębami odwracając wzrok od głębi lasu, w którą wjechał powóz i ruszyłem brzegiem lasu planując odnalezienie żniwiarki. Nie miałem pojęcia, gdzie mogła teraz być. Oczywiście opowiadała mi o swoich planach na dzisiaj, ale ledwo się znajduję w tej wiosce i nie wiem gdzie mogą być te jej siedziby. Z drugiej strony wolę tam nawet nie wracać, możliwe, że rzeźnik coś podejrzewa. Miałem już rezygnować i wracać do domu Galii żeby tam się z nią spotkać, ale do nozdrzy wdał mi się ostry i siarczysty zapach krwi. Świeżej, na pewno nie ludzkiej krwi. Zmarszczyłem brwi idąc w wyznaczonym przez ostrą woń kierunku zastanawiałem się, na co mogę się tam natknąć. Może jakiś samotnik upolował sobie śniadanie, albo zwierzętom zachciało się walki urządzać, ale to wciąż tereny wioski, więc obie opcje są mało prawdopodobne. Gdy zapach robił się bardziej wyrazisty, przyspieszyłem, aż w końcu biegłem zwinnie przeskakując wszystkie przeszkody napotkane na drodze. Nawet gruby, przewrócony pień mi nie przeszkodził, a dobrze się składa, że właśnie za nim był owy nadawca nieznośnego dla mojego nosa zapachu. Wystarczyła mi sekunda, aby zorientować się, co tu się właściwie odpierdala. Bestia, pod którą leżała zmasakrowana Galia rzuciła się na mnie, ale za późno, gdyż ja już przyczepiony byłem pazurami do jej pleców. Pysk z ostrymi kłami szybko się rozwinął, co pozwoliło mi wbić zębiska w grubą skórę na grzbiecie kotowatego. Zacisnąłem szczęki na skórze i mięśniach pod nią sprawiając przy tym przeciwnikowi niespory ból. Galia i tak go już porządnie zmasakrowała, ale to ja musiałem wykonać ostateczny ruch. Nadal solidnie trzymając się zębami skóry przy karku przerzuciłem tylne łapy nad prawym ramieniem bestii i zaparłem się pazurami o silnie uzębiony pysk przeciwnika. Groziła mi utrata łapy, ale zanim pantera zdążyła jakkolwiek zareagować, mocno pchnąłem łapami w przód, nienaturalnie mocno przekręcając jej łeb, a gdy usłyszałem głośny trzask, wyjąłem bolące już zęby spod skóry bestii i zeskoczyłem z niej. Niby cała akcja była szybka, ale przez stres wszystko się przeciągnęło. Moja wilcza postać ledwo wytrzymała, gdyż po zabiciu zwierzęcia od razu przybrałem na powrót ludzką postać. Rozwścieczony, ale też strasznie spłoszony przypomniałem sobie o zmasakrowanej osadniczce leżącej pod zwłokami przed chwilą zabitego zwierzęcia. Zepchnąłem śmierdzące cielsko ofiary na bok i padłem na kolana tuż przy Galii. Ująłem w dłonie jej twarz i czując łzy napływające do oczu lekko nią potrząsałem chcąc sprawdzić, czy jeszcze dycha.

- Przestań mną targać... I pomóż mi - wysyczała cicho, a przez krew bulgoczącą w buzi była jeszcze mniej zrozumiała, ale doszedłem do tego, co powiedziała.

Narzuciłem na siebie płaszcz Julesa odrzucony na bok przed przemianą i szybko, ale ostrożnie wziąłem dziewczynę na ręce. Ta momentami cicho syczała, ale wiedziałem, że gdyby miała siły to darłaby się w niebo głosy. Chociaż co ja opowiadam, przecież to Galia. Cudem jeszcze dychała, po tym co zrobiła jej bestia. Z histerycznym śmiechem przyznałem, że jednak na coś przydało się moje błądzenie po wiosce, gdy bez problemu odnalazłem dom uzdrowicielki. Nie wiem, co sobie pomyśli o mnie, ale teraz najważniejsze jest zdrowie żniwiarki i mam nadzieję, że ona też to weźmie pod uwagę. Z przejęciem waliłem pięścią w drzwi czując, że każda sekunda się liczy i że z każdą sekundą trzymam w rękach mniej żywe ciało. A na tym ciele akurat mi wyjątkowo zależało, chciałem żeby przeżyło. Tak strasznie chciałem, żeby Galia z tego wyszła. Chociaż co ja opowiadam, przecież to Galia.

Galia?

16 września 2018

Od Lucia CD Galii

     Na polecenie dziewczyny przyjąłem od niej smakołyki dla konia i udałem się do jego boksu. Popychając drzwi nie zważyłem na to, że zaraz trzasnęły za mną dość głośno. Podreptałem do małego budynku za domem i przeszedłszy przez furtkę stanąłem naprzeciw konia. To ten sam ogier, na którego jeszcze niedawno polowałem i przyznam, że dokończyłbym swoją robotę, gdyby nie to, że już jestem najedzony, a w kuchni pichci się kolejny posiłek. Cóż, jeżeli nie planuję już zjadać konia Galii, może mogę się z nim nieco zakolegować. Powoli wyciągnąłem z woreczka pokrojony kawałek marchewki i podstawiłem otwartą dłoń pod nozdrza konia. Ten pociągnął nimi upewniając się co do zapachu tego, co mu podaję. Po krótkiej chwili namysłu w końcu sprzątnął z mojej ręki warzywo i ucieszony powolnie przeżuwał. Usatysfakcjonowany uniosłem jedną brew, a na moją twarz wpłynął delikatny uśmiech. Jak dobrze, że to tylko głupi koń, którego nie może zadziwiać mój wyjątkowy wyraz twarzy, który jest tak rzadko spotykany. W końcu przypomniałem sobie o osadniczce przygotowującej dla nas śniadanie, więc wysypałem resztę warzyw do paśnika zapełnionego sianem i wróciłem do domu żniwiarki. Gdy wchodziłem Galia nadal mieszała zawartość garnka, ale była tak znieruchomiała jakby pochłonął ją świat nieprzyjemnych myśli. Zresztą nawet jej się nie dziwię. Strata kogoś bliskiego to słaba sprawa, a coś o tym wiem.

- Jestem pewien, że śniadanie jest już gotowe - odparłem chcąc wybudzić dziewczynę z dziwnego transu i podszedłem do stołu. Galia się nieco wzdrygnęła, ale pokiwała głową i zdjęła garnek z ognia, następnie nakładając trochę mikstury na oddzielne talerze. Postawiła mi talerz parującej mazi przed nosem, a sama usiadła obok ze swoją porcją.

- Napisz ten raport, a potem przejadę się z tobą do wioski, potrzebuję coś załatwić - odparłem przeżuwając już pierwszy kęs posiłku, a obawiając się odpowiedzi ciemnowłosej, nawet nie podniosłem na nią wzroku.

- I sądzisz, że tak po prostu cię tam wpuszczę? Tutaj, okej, bo nie ma ludzi. O wiosce możesz pomarzyć - zdziwiona od razu mi odmówiła, ale potrzebowałem czegoś bardziej, niż się jej wydaje, więc nie mogę odpuścić.

- Sądzę, że i tak niewiele masz do powiedzenia, bo jeśli nie pojadę tam z tobą, to sam i nawet mnie nie zauważysz - wzruszyłem ramionami prawie kończąc posiłek, który nie wyszedł tak źle jak wydawało mi się na początku.

- Jedziesz osobnym powozem, nie znamy się i nie widzieliśmy nigdy na oczy - warknęła widocznie zniesmaczona tym, że udało mi się ją przekonać - i zmywasz naczynia - rzuciła kpiąco i odsuwając krzesło, wstała od stołu żeby zaraz zniknąć w innym pokoju.

Przewróciłem oczami i również się podniosłem. Jeżeli to ma mi zapewnić przepustkę do wioski to chyba mogę się raz zniżyć do poziomu sprzątaczki. Westchnąłem i zebrałem ze stołu dwa brudne talerze po czym włożyłem je do zlewu zalewając ciepłą wodą. Szybko znalazłem gąbkę i zwinnym ruchem zmywałem resztki jedzenia z talerzy. Ze zdziwieniem przyznałem, że to pierwszy raz odkąd zmywam naczynia, a przecież to taka normalna i codzienna czynność. Najwidoczniej moje życie nigdy nie było na tyle normalne, żebym miał okazję po sobie posprzątać. Gdy umyłem talerze, przy okazji oczyściłem też garnek i postawiłem wszystko obok zlewu, aby się osuszyło.

- Ja już - usłyszałem dźwięk zasuwanego krzesła, więc odwróciłem się w stronę drzwi, w których stanęła Galia - A ty?

Pokiwałem głową i wytarłem ścierką mokre dłonie, które od nadmiaru wody zrobiły się nieco pomarszczone. Żniwiarka pomaszerowała w stronę drzwi, ale przed wyjściem przyodziała jeszcze ciepłe obuwie i pelerynę. Na dworze panowała już zima, która całkiem szybko nas zaskoczyła w ogóle tym, że się zjawiła. Nikt chyba nie przypuszczał, że na tej wyspie występują takie pory roku i nikt chyba nie jest dobrze przygotowany na takie warunki, jakie przynosi ze sobą zima. Zresztą z tego też powodu planuję udać się do wioski. Większość zwierząt zapada w sen zimowy, albo po prostu ukrywają się gdzieś, aby przeczekać zimę, co równa się utrudnione polowanie, więc ponowna głodówka i nieprzyjemny odgłos burczenia w brzuchu. Z wioski chcę zwinąć nieco zapasów, które są już zapewne dosyć obfite. W podpierdzielaniu cennych rzeczy jestem ekspertem, więc nie będzie to dla mnie wielkie wyzwanie. Skinąłem głową sam do siebie czując już te lekkie podekscytowanie, które towarzyszyło mi zawsze przed obrabowaniem jakiegoś sklepu lub banku. Po chwili Galia była już ciepło ubrana, a gdy miałem zamiar wychodzić, zatrzymała mnie i zjechała wzrokiem.

- Nie możesz tak jechać - stwierdziła krzywiąc się - Po pierwsze jest zima i jakieś dwadzieścia stopni na minusie, a po drugie wyglądasz nawet gorzej niż zwykły samotnik - przyznała na co zamordowałem ją spojrzeniem, lecz ona nie bardzo przejęła się moimi fochami. Podeszła bliżej, zdjęła mi z ręki cienką linkę i stanąwszy na palcach zebrała moje włosy w niski, dobrze ułożony kucyk i związała go linką. Następnie otarła kciukiem wargi i brodę z resztek jedzenia, po czym z wieszaka obok drzwi zdjęła duży, szary, męski płaszcz i podała mi go. Zakładam, że było to odzianie Jules'a, które bezczynnie spoczywało zawsze na wieszaku Galii. Podziękowałem skinięciem głowy i narzuciłem na siebie gruby materiał od spodu podszyty ciepłym puchem. Takim sposobem na pewno nie zmarznę, a stylówa nawet przypadła mi do gustu. W końcu gotowi, wyszliśmy na ośnieżony trawnik przed domem, a na głowy zaczęły spadać nam pojedyncze, lekkie płatki śniegu. Oby się tylko nie zapowiadało na śnieżycę, moja operacja może wtedy nie wypalić.

Galia?

29 sierpnia 2018

Od Lucia CD Galii

- Muszę nakarmić najpierw Doriana, spisać raport i zawieźć go Radzie. Potem pewnie ktoś się nawinie, bo będę potrzebna w wiosce, w końcu jestem dyktatorką - wymądrzyła się co najwidoczniej sprawiło jej niezłą satysfakcję. Nie pożałowała nawet pokazać mi język, na co tylko prychnąłem i machnąłem na nią ręką, aby już szła robić to co chce.

Galia opuściła posiadłość, a ja stwierdziłem, że nie mogę się tak wylegiwać cały dzień. A może mogę? Zdecydowanie mogę robić to co chcę, ale przydałoby się wrzucić coś na ząb. Wykorzystam jej nieograniczony dostęp do jedzenia i to, że jest nieobecna w swoim domu. Zwlokłem się z łóżka wskakując w długie spodnie podtrzymywane lepiej przez czarny pasek. Następnie przeczesując przydługie włosy w tył, udałem się do kuchni przy okazji rozglądając się po pomieszczeniach. Było tu całkiem przytulnie i zaczynałem nawet żałować, że od razu nie wstąpiłem do wioski. Niby wciąż mógłbym to zrobić, ale po co komu życie pełne obowiązków? Trzeba by znaleźć sobie pracę, a następnie ją wykonywać i jeszcze gospodarować zarobionymi, marnymi pieniędzmi. Pokręciłem głową dochodząc do wniosku, że życie jako samotnik odpowiada mi sto razy bardziej i jestem wystarczająco jak na ten tryb życia, samowystarczalny. No, może nie na tyle, żeby móc upichcić coś dobrego w sporej kuchni żniwiarki. Bezwstydnie zabrałem się za przeszukiwanie szafek, aby znaleźć jakieś składniki, z których uda mi się coś wyczarować. Mięso i kilka warzyw mi wystarczyły, a nadal nie mając pomysłu na potrawę, po prostu wszystko pokroiłem. Następnie wrzuciłem wszystko do garnka na ogniu i doprawiłem przypadkowymi przyprawami, które posiadała Galia. Nie miałem pojęcia co się gotuje w tym garnku, ale naszła mnie ochota na kuchenne eksperymenty, a jako, że miałem do dyspozycji kuchnię, o której se można pomarzyć, to kto zabroni. Dobre też to, że gospodyni nie ma w domu, bo inaczej zabroniłaby mi czegokolwiek dotykać, ale przynajmniej ugotowałaby coś pewniejszego i lepszego. O wilku mowa, gdyż właśnie wparowała przez drzwi wejściowe i z ręką zaciśniętą na jakiejś kartce papieru spojrzała na mnie bez wyrazu. Zdążyłem przysiąść na krześle akurat gdy stanęła w kuchni i momentalnie przeniosła wzrok ze mnie, na garnek pełen warzyw i wieprzowiny. Tak jak myślałem, chyba jej się nie spodobało, ponieważ szybko pokręciła głową i pomaszerowała w stronę swojego pokoju. Zmarszczyłem brwi nic nie rozumiejąc. Gdyby miała do mnie jakiś problem, powiedziałaby mi to od razu i to z jej wszechobecnym przekonaniem w głosie. Coś mi tu śmierdzi i nie chodzi o dziwny zapach wydobywający się z garnka. W pośpiechu odsunąłem krzesło, zostawiając mięso na ogniu i ruszyłem za Galią. Całkiem odważnie wparowałem do jej pokoju, w którym na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że dziewczyny nie ma. Po chwili jednak zauważyłem, jak koc na łóżku lekko się porusza. Powoli podszedłem i przysiadłem na rogu materaca ciągnąc za koc, aby uwolnić spod niego osadniczkę. Ta nie stawiała żadnych oporów, gdyż leżała zwinięta na poduszkach, a w rękach nadal trzymała tą kartkę, wyglądającą na list. Jej twarz była zakryta przez ciemne włosy, więc nie wiedziałem jaki jest jej wyraz, ale coś mi mówiło, że nie najlepszy. Skrzywiłem się przypominając sobie, że nie jestem dobry w te klocki i najlepiej będzie, jeżeli się w ogóle nie odezwę.

- O co ci chodzi? - zapytałem zimnym tonem, po czym od razu ugryzłem się w język. To chyba wyszło z przyzwyczajenia, ale nie wiedzieć czemu miałem dobre intencje. Na pewno nie chciałem dopiec dziewczynie, nie teraz. Nie otrzymałem jednak odpowiedzi, więc uznałem, że sam się dowiem. Sięgnąłem ręką po list i wyrwałem go Galii z rąk. Dziewczyna od razu zareagowała i podniosła się, aby odebrać mi kartkę, ale odsunąłem się nieco, aby szybko przeczytać jego zawartość. Wystarczyło mi zwrócić uwagę na raptem jedno zdanie, a już zrozumiałem. Przeniosłem zdezorientowany wzrok na siostrę zmarłego wampira i zdołałem zauważyć krople łez, które jednak silnie trwały pod powiekami i nie chciały po prostu spłynąć.

- To ten krwiopijca? - zdołałem wydusić i zabrzmiało to na szczęście troskliwiej. Wiedziałem, że nie spodobało jej się to określenie, ale zamiast odzywki, doczekałem się jedynie ślepego skinięcia głową. Oddałem dziewczynie list i podsunąłem się, aby dotknąć jej ramienia - Ja... To jest... Szkoda, że... - dosłownie nie wiedziałem co powiedzieć. Nigdy mi nie przyszło nikogo pocieszać, a teraz czułem, że bez tego się nie obędzie.

- Zostaw mnie już i proszę, idź sobie - wydukała po czym od razu zamknęła usta, gdyż jej dolna warga za bardzo drżała. Byłem zmieszany, jednak pokręciłem głową oznajmiając, że się stąd nie ruszam, ale nie było takiej opcji - Proszę cię... Proszę cię, abyś stąd spieprzał! - krzyknęła w końcu podnosząc się na równe nogi i wybiegła z pokoju w kierunku kuchni. Zwróciła uwagę na garnek, z którego wydobywała się gęsta chmura i okropny smród - Litości. Następnym razem nie majstruj w mojej kuchni. Zmarnowałeś mięso, cholera... - mamrotała coś pod nosem, po policzkach spływały jej pojedyncze łzy, a garnek, którego głupia nie złapała za uchwyty, upadł na ziemię. Przypalona i śmierdząca breja wylała się na podłogę, a wraz z nią Galia, która uklęknęła chowając twarz w dłoniach.

Szybko do niej podbiegłem i kucnąłem przed nią, aby jakoś zareagować. Zmarnowany gulasz rozprzestrzeniał się i zdążył już dopłynąć do moich stóp. Był jeszcze gorący, ale postarałem się zignorować ten ból, skupiając się obecnie na ważniejszej rzeczy. Moja ręka była uniesiona i skierowana w stronę Galii, ale nie wiedziałem, co mam z nią zrobić i czy dziewczyna sobie tego życzy. Może faktycznie powinienem się wynieść i dać jej spokój? Z drugiej strony chciałbym mieć pewność, że wszystko u niej dobrze. Chyba pierwszy raz poczułem, co to znaczy współczucie, ale nie sądzę, że gdyby innej osobie przydarzyło się to samo, zareagowałbym podobnie.

Galia?

25 sierpnia 2018

Od Lucia CD Galii

     Całkiem szybko i konkretnie najadłem się zaserwowanym posiłkiem, po którym pusty talerz odsunąłem od siebie. Było smaczne, jak na obiad przygotowany na szybko w małej chacie. Znudzony, przyglądając się dziewczynie zbierającej naczynia wyprostowałem nogi i podłożyłem ręce pod głowę cicho mrucząc. Fajnie było popatrzeć na kogoś pracującego, kiedy samemu siedzi się wygodnie na krześle.

- Chyba będę częstszym gościem - przyznałem uśmiechając się prawie niewidocznie - nie tęsknisz przypadkiem za zmywarką? - dodałem, widząc jak starannie zmywa naczynia po posiłku.

Nie uzyskałem odpowiedzi, ale się tym jakoś bardzo nie przejąłem. Jedyne co zrobiła, to nieme wzruszenie ramionami, po czym wróciła do mycia naczyń. Przekrzywiłem głowę przyznając w duchu, że nudno mi, a atmosfera w pokoju nie tak powinna wyglądać. Po cichu podniosłem się z krzesła i podszedłem bliżej do Galii. Stanąłem nad nią i schylając się nieco, musnąłem ustami jej szyję. Zostawiłem na niej kilka delikatnych pocałunków, a kiedy chciałem posunąć się dalej, zostałem odepchnięty.

- Co ci odbiło? Tamte dwa razy nic nie znaczyły - oznajmiła szybko Galia i odwróciła się do mnie przodem, ale ja nie zdjąłem rąk z jej bioder.

- A ja myślałem, że przyszliśmy tutaj w wiadomym celu - udałem zdziwienie, po czym zostałem pociągnięty za kołnierz bluzki. No, najwidoczniej dobrze myślałem.

Ciemnowłosa na powrót złączyła nasze usta, a zrobiła to z takim impetem, że nie mogłem powstrzymać cichego parsknięcia. Ta jakoś się tym nie przejęła i owinęła drugą rękę wokół mojej szyi. Oddając jej gorące pocałunki ująłem ją pod udami, aby przenieść nas w nieco wygodniejsze miejsce. Uniosłem dziewczynę na rękach, a gdy byliśmy już przy łóżku, powoli ją na nim położyłem. Podczas tej całej kooperacji nie oderwaliśmy się od siebie nawet na chwilę. Coś czułem, że tym razem tak szybko się to nie skończy, a dobrze, bo szkoda by było przerwać w takim momencie. Gdy miałem pewność, że nie zostanę odepchnięty, postanowiłem działać dalej. Wsunąłem swoją sporą dłoń pod bluzkę dziewczyny mając zamiar się jej pozbyć. Od początku była jakaś zbędna. Galia nie miała nic przeciwko i nawet sama mi w tym pomogła odrzucając ubranie w róg pokoju. Przesunąłem zimnymi palcami po jej rozgrzanym ciele i dostrzegłem, jak wzdryga się od dreszczu, który ją przeszedł. Po chwili mnie również zrobiło się ciepło, więc usunąłem z siebie koszulkę odrzucając ją w to samo miejsce, co wcześniejsza część garderoby. Przylgnąłem do dziewczyny powoli tracąc dech w piersi, więc postanowiłem się jednak na chwilę odsunąć. Pierwszy raz od pobytu w kuchni oderwałem się od jej miękkich warg i już zaczęło mi ich cholernie brakować. Nie pozostawiłem jej jednak bez niczego. Całowałem kolejno każdy skrawek jej nagiej skóry, aby poczuć jej słodki smak. Chciałem zapamiętać z jej kształtów jak najwięcej, bo szczerze się bałem, że to się już nie powtórzy. Teraz, to faktycznie musiałem wyglądać jak zdesperowany pies błagający o pieszczoty. Mówisz, masz jak to powiadają. Galia przejęła inicjatywę i odepchnęła mnie tak, że wylądowałem na plecach, a ona zwinnym ruchem usiadła na mnie. Schyliła się aby ponownie złączyć nasze wargi, a ja nawet nie protestowałem. Oddawałem każdy jej namiętny pocałunek, a gdy to zaczęło się nam nudzić, postanowiliśmy powiększyć [rodzinę] kupkę ubrań w rogu pokoju. Na resztę długiej nocy znaleźliśmy już sobie zajęcie. Korzystaliśmy z namiętnej chwili i jakbyśmy zapomnieli kim jesteśmy, gdzie się znajdujemy i co właściwie wyprawiamy.

     Uchyliłem nieco zmęczone powieki od razu rozglądając się po pokoju, w którym się znajdywałem. Szybko go rozpoznałem, a gdy skierowałem spojrzenie na mniejszą osóbkę leżącą obok, skojarzyłem wszystkie fakty. Odetchnąłem na swój sposób zadowolony, a na widok smacznie śpiącej groźnej Galii zaśmiałem się cicho. Kto by pomyślał, że taka dziewczynka potrafi wyrządzić takie niewyobrażalne krzywdy? Na pewno nie ja, na pewno nie teraz. Po chwili żniwiarka przekręciła się przez sen tak, że nasze nosy prawie się stykały. Ułożyła się na moim bicepsie i cicho zamruczała coś pod nosem. Podczas przewracania się na bok, na jej twarz opadło kilka czarnych pasemek, więc wyciągnąłem rękę, aby je odsunąć. Niestety moja ręka została zatrzymana w połowie drogi przez silny uchwyt dziewczyny, która dopiero później otworzyła oczy z podejrzanym spojrzeniem.

- Co ty wyprawiasz? - zapytała lekko zaspanym głosem, ale nie rozluźniła uścisku na moim nadgarstku.

- Tylko chciałem wydłubać ci oczy, a co? - uśmiechnąłem się wesoło i wyrwałem rękę, aby móc dokonać tego, co chciałem. Zdziwiona osadniczka w końcu mi na to pozwoliła. Po chwili skierowała spojrzenie na moją twarz, a dokładniej na blizny na niej. Widać było, że o tym rozmyśla. Każdy zawsze zwraca na nie uwagę na samym początku i niepotrzebnie mnie po tym ocenia. Chociaż właściwie, te blizny mówią o mnie całą prawdę - Jak się spało? - dodałem po chwili zaczynając czuć się niekomfortowo będąc tak obserwowanym.

Galia? bedo bachory?

24 sierpnia 2018

Od Lucia CD Galii

     Zdołałem jedynie parsknąć na śmieszny gest Galii, która ruszyła dalej w wysoką trawę. Zaszywając się tam igrała z niebezpieczeństwem, ale jej to już chyba nie straszne. Dla tej kobiety nic nie jest przeszkodą, jak widać. Westchnąłem tylko i obserwowałem jak oddala się pod postacią żniwiarki. Ta postura przyprawiała mnie o niejakie poczucie lęku, ale to pewnie dlatego, że to dla mnie coś nowego. Wilki się jeszcze w życiu spotykało, ale na wpół niewidzialne kreatury były czymś nieodkrytym i po prostu dziwnym. Zakładam, że samej dziewczynie nie jest z tym łatwo, ale przynajmniej stara się poskładać te sprawy do kupy. Obserwowałem ze spokojem, jak żniwiarka oddala się wśród szamoczących traw, ale szczerze szarpałem się z myślami, czy za nią nie pójść. W końcu, gdyby coś jej się stało, to kto byłby ją uratował? Z drugiej strony, dlaczego myślę o jej bezpieczeństwie i przejmuję się, czy wyjdzie z tego cało? Zaśmiałem się sam do siebie kręcąc głową i skrzyżowałem ręce na piersi opierając się plecami o pień drzewa. Niespokojnie stukałem piętą w korzeń wystający z ziemi i rozglądałem się dookoła starając się nie myśleć o ciemnowłosej, której już nawet nie słyszałem. Wokół mnie nastała cisza, dopóki nie została naruszona przez ciche rżenie konia. Odsunąłem się od drzewa starając się wyłapać ogiera, który kręcił się gdzieś w pobliżu. Będę się musiał nieźle postarać, żeby go nie spłoszyć. Jeżeli mnie pamięta, to raczej nie będzie skory do współpracy. Mimo to, postanowiłem spróbować. Przynajmniej jakoś spłacę dług u osadniczki i możliwe jest, że tym sposobem nasze drogi już ponownie się nie zejdą. Pokiwałem głową sam do siebie, tak, to będzie dobre rozwiązanie całego tego pogmatwanego teatrzyku. Nie mogąc zauważyć konia, ''nastawiłem uszu' i starałem się wyłapać jego kroki. Wiedziałem jedynie, że wciąż się do mnie zbliża, a to dziwne, bo pewnie już dawno mnie wyczuł. Specjalnie znieruchomiałem, ale nie kucnąłem, aby przypadkiem nie wyglądać jakbym polował. Postanowiłem spokojnie poczekać aż ogier sam do mnie podejdzie, a wszystko wskazywało na to, że tak się właśnie stanie. Długo nie musiałem czekać, a ujrzałem jak wyłania się zza gęstych krzewów i na chwilę przystaje, aby zaraz zacząć niespokojnie wierzgać. Jeszcze na mnie nie spojrzał, więc wydawało mi się, że mnie nie zauważył. Postanowiłem skorzystać z sytuacji i powoli się do niego zbliżyć wciąż będąc pewnie wyprostowanym. Będąc wystarczająco blisko wyciągnąłem rękę przed siebie, aby złapać się uzdy, ale koń zaczął się cofać i niespokojnie rżeć. Nie mogłem dać za wygraną, więc wychyliłem się i lekkim szarpnięciem dosięgnąłem linki. Ogier zaczął się wyrywać i wymachiwać przednimi kopytami, ale ja nadal powstrzymywałem go przed ucieczką tak długo, dopóki się nie uspokoił. Nie wiem, czy to dlatego, że się zmęczył, czy naprawdę udało mi się nad nim zapanować przynajmniej na chwilę. Zdobyłem się nawet na to, że pogłaskać go po nosie, ale na za dużo pieszczot już nie pozwolił. Szybko odsunąłem rękę i obejrzałem się za siebie przypominając sobie o Galii, która udała się w wysokie trawy w poszukiwaniu jej towarzysza, którego miałem pod ręką. Zakląłem pod nosem uderzając pięścią o korę drzewa. Nie miałem zamiaru pałętać się dzisiaj po przeróżnych gąszczach w poszukiwaniu wkurzonej dziewczyny. Udałem się nad strumień tylko po to, aby o niej zapomnieć. Och ironio, a tu właśnie ją spotykam.
     Byłem pewny, że ja również zbłądzę w tej trawie. Ten spacer na pewno nie mogę zaliczyć do najprzyjemniejszych, gdyż dodatkowo musiałem ciągnąć za sobą konia, który był niezmiernie oporny. Zapierał się kopytami i starał się wyrwać uprząż z moich rąk. Ja, jak to ja, nie dawałem za wygraną, a więc wyglądało to jak co chwilowe dokuczanie sobie w ogóle bez sensu. Byłem już zmęczony, wkurzony i sfrustrowany na tyle, że zacząłem nawoływać. Guzik mnie obchodzą bestie, które tym sposobem pobudzę. Inaczej nigdy jej nie znajdę.

- Galia! Galia, cholera! - krzyczałem co chwila przestając, aby może usłyszeć odpowiedź. Niestety, nie odpowiedzi nie otrzymałem żadnej, a dodatkowo ogier się rozwścieczył. Tym razem nie udało mi się go tak łatwo uspokoić i zanim zdążyłem się obrócić, dostałem kopytem w plecy - Ała, ku*wa! - syknąłem lecąc na twarz, a po kręgosłupie rozniósł się okropny ból poprzedzony głośnym chrupnięciem. Świetnie, niech jeszcze mi kręgosłup połamie. Dobrze chociaż, że przez przemianę w wilka nauczyłem się już ustawiać go w odpowiedni sposób.

Lecąc w przód, nie wylądowałem jednak zębami w piachu. Zgarnąłem ze sobą jakąś osobę, która walnęła plecami o twardą ziemię i zmuszona była leżeć pod moim ciężarem. Szybko podniosłem się na rękach, aby nie udusić mojego nowego materaca i otworzyłem oczy po to, aby ujrzeć przed sobą Galię. Zguba się wreszcie znalazła.

- Znalazłem ci konia - odparłem lekko chrypliwym głosem i kiwnięciem głowy wskazałem na ogiera, który na widok swojej właścicielki zupełnie się opanował - Przydałaby się jakaś rekompensata - dodałem unosząc kącik ust.

- Nie prosiłam o to, a poza tym, to uwaliłeś mi ubranie błotem i dodatkowo pozbawiłeś tlenu na kilka chwil, więc wydaje mi się, że jesteśmy kwita - odparła nadal leżąc pode mną, ale żeby pokazać, że może mieć nade mną przewagę, skrzyżowała ręce na piersi.

- A ty zrobiłaś mi dziurę w brzuchu - kontynuowałem bezsensowną gierkę, która mogła się ciekawie potoczyć.

- Którą potem załatałam, a nawet dałam ci jeść - dodała wyrozumiale i zmrużyła powieki, a gdy spostrzegła, że otwieram usta, aby coś powiedzieć, szybko dodała - Potem może i cię wywaliłam z domu, ale to dlatego, że zrobiłeś...

Nie dałem jej dokończyć zatykając jej usta własnymi wargami. Nie miałem cholernego pojęcia, dlaczego to robię, ale widok jej bezbronnej osóbki pod moim ciężarem nie dawał mi wyboru. Jest taka przekonująca, gdy się wkurza lub zaczyna wymieniać swoje racje. Solidnie przywarłem do jej ust pewnie dlatego, iż spodziewałem się odrzucenia i jeżeli ta chwila ma trwać krótko, to niech chociaż będzie godna zapamiętania. Galia nadal nie odwzajemniła pocałunku, ale nie czułem też, aby wytwarzała swoją zabójczą aurę. Byłem ciekaw, co sobie teraz myśli, ale wiedziałem tyle, że nie chcę jej obciążać. Co za dużo, to nie zdrowo. Powoli odsunąłem się od niej, ale tylko troszkę. Nasze twarze dzieliło kilka centymetrów, a wargi nadal miałem lekko rozchylone. Nie chciałem się odsuwać, dopóki nie wiedziałem czego tak naprawdę chce ciemnowłosa.


Galia? wena sie w tej trawie zgubila

21 sierpnia 2018

Od Lucia CD Galii

     Kobieta, której dosyć ciekawe imię miałem zaszczyt już poznać, całkiem dobrze załatała dziurę nad moim brzuchem. Czułem, że było to zrobione na pewno lepiej, niż moje marne zaszycie i choć Galia widocznie nie była doświadczona, odwaliła kawał niezłej roboty. Oczywiście nie przyszło mi mówić prawdy, więc do tego też się nie przyznam. Nie dotykając rany, chciałem ją po prostu obejrzeć więc wyprostowałem się, ale nie było mi dane ocenić roboty, gdyż za chwilę ponownie zostałem przygwożdżony do materaca. Jedna dłoń ciemnowłosej spoczęła na mojej klatce piersiowej, niedaleko opatrunku, pod którym skóra mnie jeszcze nieco bolała, ale nie miałem teraz czasu na użalanie się nad sobą. Jedyne na co mogłem obecnie patrzeć, to błyszczące, ale zdezorientowane niebieskie oczy Galii. Przyległa swoim ciałem do mojego, a jej ciężki oddech owiewał moją twarz i odwiewał z niej pojedyncze włosy. Chciałem ją odepchnąć, naprawdę chciałem, ale czułem się jak w transie i nie mogłem się ruszyć, ani nic z siebie wydusić. Zostałem zupełnie strącony z tropu. Wiedziałem, że był to tylko wypadek i dziewczyna niczego ode mnie nie oczekiwała, ale ciężko było tak nie skorzystać z zaistniałej sytuacji. Z drugiej strony nie przywykłem do takich sytuacji, kobiety raczej trzymały się ode mnie z daleka i przyznam, że chciałem poczuć jak to jest, pierwszy raz zrobić coś z własnej woli. Zagryzłem dolną wargę domyślając się już, że potem będę tego żałował i wyjdę na starego zwyrola. W końcu postanowiłem jakoś zareagować, gdy Galia zmieszana zaczęła się podnosić. Szybko położyłem jej rękę na plecach i ponownie przysunąłem do siebie. Nie dałem jej za bardzo wyboru, gdy przycisnąłem swoje usta, do jej lekko drżących warg. Z początku opierała się i chciała mnie odepchnąć, ale gdy przesunąłem swoją dłonią po jej plecach jakby się uspokoiła. Można było powiedzieć, że nawet się zaangażowała, gdyż odwzajemniła pocałunek i jedną dłonią nawet ujęła mój policzek. Broda musiała ją kłuć, chociaż nie zabrała ręki widocznie tym nie wzruszona. Dziwnie, ale od samego jej dotyku zrobiło mi się gorąco, a po ciele przeszły mnie ciarki. Nie było to to samo uczucie, gdy spałem z przypadkową kobietą, której zachciało się niegrzecznego faceta. Tutaj nie miałem ochoty się od niej oderwać i mimo, iż czułem się z tym źle, bo może ją zmusiłem, nie chciałem tego przerywać. Trwało to jednak na tyle długo, iż myślałem, że jest to nieprawdziwe i po prostu siedzę w swojej chacie, a wyobrażam sobie te brednie, bo utraciłem za dużo krwi. Gdy jednak moja ręka zaczyna powoli podwijać koszulkę dziewczyny, a z moich ust wydobywa się ciche parsknięcie, ta jakby odzyskawszy swój zdrowy rozsądek, odpycha mnie i wycofuje się na drugi koniec pokoju. Siadam na łóżku zaczerpując powietrza, gdyż dotąd nie miałem za bardzo jak tego zrobić. Moja klatka piersiowa powoli się unosi, a jestem tak rozgrzany, że mam ochotę zanurzyć się w lodowatej wodzie i najchętniej w ogóle z niej nie wychodzić. Uniosłem zmrużone oczy na dziewczynę, która stała przyciśnięta do ściany i bez wyrazu wgapiała się w podłogę.

- Będziemy to kontynuować? - mruknąłem szczerząc się głupio, ale niepotrzebnie. Tą odzywką wzbudziłem w dziewczynie gniew, albo coś do tego podobnego. Nie do końca wiedziałem, co sobie myśli o całym zajściu, ale miałem nadzieję, że nie czuje odrazy. A może nie miałem nadziei? Im szybciej to się skończy, tym lepiej.

- Wyjdź, zanim coś ci zrobię - odparła ostrym głosem i momentalnie poczułem, jak moje samopoczucie się zmienia. Skrzywiłem się szczerze nie chcąc stąd wychodzić, ale jeżeli chcę, żeby szycie ponownie się nie zerwało, muszę to zrobić.

Szybkim krokiem wyszedłem z chaty głucho trzaskając drzwiami. Co ja sobie myślałem? Co ona sobie teraz pomyśli? Wiadomo, że jestem na tej wyspie zależny sam od siebie, ale moje czyny, podobnie jak w poprzednim życiu, będą miały swoje skutki. A raczej konsekwencje... Warknąłem sam na siebie pospiesznie przemierzając las, aby jak najszybciej dotrzeć do własnej rozwalającej się chaty, żeby móc się w niej zaszyć i poczekać tam do śmierci. Tym sposobem przynajmniej nie narobię sobie niepotrzebnych problemów. Po takich akcjach zacznę przejmować się jakąś małolatą, która tak naprawdę powinna mnie zabić przy pierwszym spotkaniu? Moje wątpliwości zaczęły się już, gdy przekroczyłem próg jej domu, ustały gdy na mnie leżała, a wróciły teraz, w najgorszym momencie. Mnie się tam podobało i najchętniej wróciłbym do niej i to kontynuował, ale nie chciałem jej jeszcze bardziej namieszać w głowie. Zastanawiam się właściwie, dlaczego tak przejmuję się jej losem. Pokręciłem głową zrezygnowany i obciążony nawałem tylu wrażeń jak na jeden dzień. Ukryłem twarz w dłoniach i głośno westchnąłem. Nadal czułem jej charakterystyczny i przyjemny zapach i poczułem, że muszę to wszystko z siebie zmyć. Nie byłby to taki zły pomysł, pomyślałem i niezwłocznie zmieniłem kierunek. Daleko nie miałem, może dlatego, że przez połowę drogi biegłem. Na brzegu zimnego źródła u stóp gór Ungcy zostawiłem bluzkę i buty, ale spodnie pozostawiłem. Na dworze było strasznie zimno, gdyż słońce było coraz niżej, a sama woda, do której zaraz wskoczę przyprawi mnie o niezłą gęsią skórkę, więc jakikolwiek ubiór postanowiłem zostawić. Stanąłem na krawędzi śliskiego kamienia i niebawem się od niego odbiłem. Zanurkowałem czując, jak lodowata woda zmywa ze mnie wszystkie dzisiejsze wrażenia i pozwala odetchnąć. Siedziałem pod wodą rozkoszując się przyjemnym i całkiem odprężającym dreszczem, ale gdy zaczęło brakować mi tchu, zmuszony byłem się wynurzyć. Odrzuciłem mokre włosy do tyłu, aby nie zalegały mi na twarzy i przetarłem oczy, aby cokolwiek zobaczyć. Uchyliłem powieki i z początku myślałem, że mam zwidy, ale na brzegu widziałem ciemną, prawie niewidoczną sylwetkę konia, a na jego grzbiecie zgrabnego jeźdźca. Nie mógłby być to nie kto inny, jak kobieta, która przed chwilą tak chamsko zawładnęła moją głową.

Galia? icoteraz

19 sierpnia 2018

Od Lucia CD Galii

Posiłek, którym się zajadałem, choć mało obfity, był dobry i przynajmniej po części ukoił mój głód. Muszę nauczyć się polować, bo inaczej będę zmuszony przychodzić tutaj na obiadki, a zakładam, że kolejny nie zostanie mi tak prosto zaserwowany. Szybko dokończyłem mięso i czując ulgę na żołądku, cicho odetchnąłem. Począłem oblizywać palce, kiedy cwaniara raczyła ponownie wkroczyć do gry.

- To co, może teraz pora na mój posiłek? - zaproponowała, a na jej twarzyczkę wpłynął chytry uśmiech.

- Bierz mnie - parsknąłem oblizując palce z resztek jedzenia i zerknąłem na dziewczynę kątem oka.

- Mówisz, masz - wzruszyła ramionami, a ja zacząłem żałować swojej wypowiedzi.

Nie to, że było to bolesne. Samo uczucie niepokoju, lęku czy zgubienia wystarczało, aby wytrącić mnie z równowagi. Zacisnąłem powieki jak i ręce w pięści chcąc nie dać po sobie poznać niczego, co mogłoby ją usatysfakcjonować. Warknąłem, gdy poczułem, jak pod bluzką pękają cienkie nitki, a rana ponownie się otwiera. Nie chciałem tutaj od tak się wykrwawiać, więc musiałem zareagować inaczej niż tylko głupie nie dawanie po sobie niczego poznać. Gdybym uciekł, wyszedłbym na tchórza, a wiadomo, że kolejny raz tak nie postąpię. Zamiast wycofania się spoza zasięgu mocy ciemnowłosej, wstałem uderzając pięściami o stół i szybkim krokiem do niej podszedłem. Ująłem w mocne uściski jej oba nadgarstki i lekko nią szarpnąłem wydając z siebie przypadkowe warknięcie. Mój niespodziewany ruch tylko na chwilę zdołał wytrącić żniwiarkę z równowagi, a dziwne uczucia zostawiły mnie w spokoju. Spojrzała na mnie zdezorientowana, a gdy uniosłem wzrok, nasze spojrzenia się skrzyżowały. Poczułem jak jej delikatne ręce lekko drżą pod wpływem mojego uściski, przez co na mojej twarzy zagościł sarkastyczny uśmieszek. Po chwili jednak przeciwniczka się ocknęła i nasiliła swoje moce, a ja nie wytrzymując już więcej wycofałem się cicho stękając. Oddaliłem się na tyle daleko, ażeby jej moce mnie nie dosięgały, ale możliwe też, że przestała ich już używać. Spuściłem wzrok na koszulkę przesiąkniętą krwią w miejscu wcześniejszej rany i pokręciłem zrezygnowany głową.

- Najedzona? - zapytałem i uniosłem lekko rozciętą brew.

Osadniczka tylko wzruszyła ramionami, a na jej twarzy pojawił się grymas, jakby właściwie nie była pewna. Może i miała wątpliwości, ale ja jej na więcej nie pozwolę. Miałem już wycofywać się do lasu, no bo co tu po mnie? Brat dziewczyny już dawno opuścił jej chatę nawet nie dając o sobie znać. Dlatego też ja tym bardziej powinienem się zmyć i w końcu załatać tą ranę porządniej. Postawiłem krok w tył, ale przed postawieniem kolejnego powstrzymała mnie propozycja nieznajomej.

- Nie chcesz nic z tym zrobić? - zapytała wskazując brodą na ranę pod koszulką - Widać, że wcześniejsza próba była na nic.


Nie wiem jakim cudem i z jakiej racji pojawiłem się w jej chacie, ale nie podobało mi się to. Nie potrzebuję od nikogo pomocy, sam mogę to zrobić. Wcześniej po prostu żałowałem nici, a supeł na końcu był celowo niestaranny. Byłem święcie przekonany, że rozwiązałbym ten problem sam, ale ja w tym lesie nie mam nic, a ona ma dostęp do leków i ziół, jak na osadniczkę przystało. Od razu gdy wszedłem do jej domu, bezwstydnie rozsiadłem się na łóżku, które było w o wiele lepszym stanie niż moje, więc chciałem skorzystać. Obserwowałem bacznie każdy ruch dziewczyny, która szukała czegoś w szafkach.

- Znów ta sama śpiewka - parsknąłem - Robisz komuś krzywdę, a następnie mu pomagasz. Takie masz hobby, o ile dobrze się orientuję? - dodałem opierając się łokciami o materac.

- Jest jednym z wielu. Ty za to masz zdolność do ciągłego i niepotrzebnego kręcenia się ludziom pod nosem - pokręciła głową odwracają się do mnie z kilkoma przyrządami w rękach.

- Taka rola psów, czyż nie? Sama mnie takowym mianowałaś - wzruszyłem ramionami spoglądając na bok, gdzie odłożone zostały przez nią leki.

Żniwiarka westchnęła widocznie mając mnie już dość i zapewne żałowała, że zaproponowała mi pomoc. Nie dziwie jej się. Przyczepiłem się do niej i jestem jak wrzód na tyłku, ale przeznaczenia nie oszukasz. Chociaż nie jestem pewien czy nie można tego nazwać zwykłym przypadkiem. Zawsze wpadam jej pod nogi, zawsze obrywam, a ona i tak oferuje mi pomoc, jakby było jej szkoda takiego kulawego kundla. To trochę zabawne, że kogoś obchodzę i chodzi o coś innego, jak o chęć poderżnięcia mi gardła, chociaż dziewczyna pewnie miewała już takie zamiary. Skąd mogę mieć pewność, że nie uknuła tutaj czegoś przeciwko mnie? W końcu jednam ukucnęła przy mnie wyciągając rękę w stronę zakrwawionej koszulki. Zerknęła na mnie jakby prosząc abym usunął niepotrzebnie zalegający materiał, ale ja tylko zmrużyłem oczy nie odrywając łokci od materaca. Łaskawa wybawczyni westchnęła z irytacją i sama podwinęła koszulkę odkrywając na nowo krwawiącą, a nawet ropiącą ranę.

- Hm, nieźle cię urządziłam - przyznała z satysfakcją uśmiechając się przy tym szyderczo.

- Nie ekscytuj się tak, tylko rób swoje - odparłem znudzony opierając głowę o ramię.

Po jej poirytowanym spojrzeniu mogłem się tylko domyślać, że za te moje odzywki spotka mnie kara. Teraz to ona ma nade mną zupełną przewagę, a nie wiem do czego jeszcze może być zdolna. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zamknięcie się i przeczekanie, aż skończy. Ale po co, gdy można przy okazji pouprzykrzać jej życie, co jakoś poprawia mi tylko humor.

Galia?

13 sierpnia 2018

Od Lucia CD Galii

Znalazłem swoje ubrania i o dziwo nie zajęło mi to dużo czasu. Spodnie nadal utrzymywały się na moich biodrach chociaż były podarte w niektórych miejscach. To dobrze, że przynajmniej dzięki temu nie muszę łazić nago po lesie. Opaska uciskowa z peleryny nieznajomej okazała się bardzo dobra i spełniała swoją rolę, ale zdążyła już całkiem przesiąknąć krwią i zrobiła się lepka. Dalekiej drogi do chaty nie miałem, więc w mgnieniu oka się w niej znalazłem. Odłożyłem rzeczy na stolik przy wejściu i zacząłem grzebać w szufladach niskiej komody. W końcu z jednej wyciągnąłem zardzewiałą igłę i szpulkę nici. Nie będzie to zbyt przyjemne doznanie, ale muszę zaszyć tą ranę, jeżeli chcę żeby w ogóle się zrosła. Przed przystąpieniem do zabiegu przygotowałem sobie jeszcze ścierkę i nieco wody w płytkim naczyniu. Usadowiłem się na zimnej podłodze i odwiązałem skórzany pas, spod którego powoli zaczęła sączyć się krew. Od razu przyłożyłem do rany wilgotną ścierkę i lekko przycisnąłem. Syknąłem gdy pod skórę dostała się zimna woda. Szybko jednak do tego przywykłem, większy ból będzie przy szyciu. Zostawiłem ścierkę na ranie dopóki nie nawlokłem nici na igłę. Muszę przyznać, że było to ciężkie z takimi wielkimi łapskami i o mało co nie puściły mi nerwy. W końcu jednak udało mi się wszystko przygotować więc odsunąłem ścierkę nasiąkniętą krwią i przystąpiłem do działania. Ręce mi się nieco trzęsły ni to ze stresu, ni z bólu, ale po chwili przebiłem igłą skórę. Nie było tak źle, jak mi się wydawało więc kontynuowałem czynność, dopóki nie załatałem rany całkowicie. Nie zajęło mi to dużo czasu, ponieważ rana była krótka, ale głęboka i wypadało coś z nią zrobić. Ostatni raz przemyłem obolałe miejsce wodą i założyłem cienką koszulkę z większym dekoltem. Miałem już usiąść i zapomnieć o całej sprawie, ale głośne burczenie w brzuchu przypomniało mi o czymś bardzo ważnym. Warknąłem zniechęcony do jakiejkolwiek już walki, zresztą nie byłem nawet w stanie. Drugi raz się nie będę tak poświęcał. Ponownie przepiąłem się pasem i schowałem do niego wszelkie ostrza, po czym opuściłem chatę mocno trzaskając drzwiami. Mam nadzieję, że swoją wściekłość w końcu wyładuję na porządnym mięchu. Skierowałem się przypadkowo w tą samą stronę, gdzie zostałem zaatakowany. Możliwe, że natknę się na te konisko, które planowałem wcześniej unieruchomić. Jeżeli jest ranny i osłabiony to daleko mi nie ucieknie. W ciszy przedzierałem się przez las rozglądając się dookoła i szukając jakichś ładnych widoczków, które potem mógłbym uwiecznić na rysunku. Niestety teraz nic nie wydawało mi się wystarczająco ładne, nie umiem rozsądnie myśleć, gdy jestem wściekły, głodny i do tego ranny. Starałem się ignorować swoje włosy, z których spadła gumka, a one same beztrosko bujały się na wietrze. Przysięgam, że jestem coraz bardziej skłonny do tego, aby je ściąć. Walkę z własnymi kołtunami zakłócił mi donośny zapach pieczonego mięsa. Zaciągnąłem więcej powietrza, aby sprawdzić czy przez pusty żołądek nic mi się nie wydaje. Nie, ewidentnie ktoś coś pichcił w pobliżu. Zignorowałem wszelkie przeszkody i pomaszerowałem w tamtą stronę wyciągając zza pasa poręczny nóż. Byłem coraz bliżej, a potwierdziła mi to wyłaniająca się zza krzaków niewielka chata. Skryłem się pomiędzy liśćmi obserwując co się dzieje i gdy ujrzałem dwie sylwetki siedzące przed domem nieco się wycofałem, ale gdy okazało się, że to ta żałosna osadniczka, wyprostowałem się i wyszedłem bez żadnych obaw. Już nawet zapomniałem, jak mnie wcześniej urządziła. Postawiłem krok do przodu, kiedy to ciemnowłosa ujrzała mnie, a niedługo później poczułem przeszywający mnie ból. Syknąłem i wycofałem się o krok, ale w tym momencie to głód przeważył i nie poddam się bez walki. Jej towarzysz nie zwrócił na mnie większej uwagi, tylko dalej zajadał się swoim posiłkiem.
- Będziesz miała coś przeciwko, jeżeli dokończę swój posiłek, który mi wcześniej uciekł? - zapytałem unosząc kącik ust ukazując przy tym jednego ze swoich ostrych kłów.
- Wydaje mi się, że będzie miała - zakaszlał facet siedzący przy stole.
- W najgorszym przypadku mogę zadowolić się również tobą, aczkolwiek wolałbym tego uniknąć - stwierdziłem zbliżając się w ich kierunku.
- Już podkulasz ogonek? - parsknął przeżuwając mięso.
W tym momencie nerwy mi puściły i zbliżyłem się do niego unosząc go za fraki ku górze. Zacisnąłem rękę na jego kołnierzu i przysunąłem do siebie ukazując kły, które jak na razie były jedynym, czym mogę wystraszyć.
- Nie, tylko żeby zjeść twoje blade i wątłe mięso musiałbym pękać z głodu, a przyznam, że tak właśnie jest - warknąłem marszcząc złowrogo brwi, ale gdy ujrzałem w jego szczerze podłym uśmiechu parę kłów, o wiele ostrzejszych od moich, otworzyłem dłoń żeby odsunąć się od faceta - Cholerny krwiopijca - dodałem zaciskając pięści.
Trzeba przyznać, że relacje pomiędzy wampirami, a wilkołakami nigdy nie były zbyt dobre i każdy o tym wie. Jednak gdybym miał go teraz zabić, ale się najeść, to nie wahałbym się. Z drugiej strony coś mi mówiło żeby tego nie robić, gdyż mógłbym pozostawić traumę jego jak przypuszczam siostrze, która stała z boku z założonymi rękami i obserwowała naszą dwójkę, jakby patrzyła na kłócące się dzieci. Gdy puściłem wampira, upadł płasko na drewnianą ławkę i zacisnął zęby patrząc na mnie równie złośliwie. W końcu postanowiłem odwrócić wzrok na kobietę, którą widocznie wykluczyliśmy z naszego pola bitwy.
- Możesz oddać mi konia po dobroci, albo patrzeć jak zżeram twojego braciszka - zaproponowałem chytrze unosząc jedną brew.
Wiadomo, że nie pójdzie na taki układ, ale nie mam już pojęcia co robić. Przez ten głód zaraz oszaleję, albo szybciej umrę. Przynajmniej nie będę się już męczył na tej wyspie.

Galia? Widzimy sie w sondzie!

10 sierpnia 2018

Od Lucia CD Galii

     Poranki w opuszczonym lesie bywają okropnie frustrujące. Nie przyzwyczaiłem się jeszcze do życia w dziczy i wszelkie świergoczące ptaki i cykające insekty przyprawiają o prawdziwy zawrót głowy. Przewracając się na porwanym materacu usiłowałem odciąć się od tych hałasów zaciskając dłonie na uszach, ale nie przynosiło to zadowalających skutków. Myślałem, że zaraz oszaleję. Zerwałem się z materaca ruszając w stronę drewnianych drzwi. Pchnąłem je z całej siły, słysząc tylko jak z hukiem uderzają o ścianę z zewnętrznej strony i wybiegłem z drewnianej chaty, zatrzymując się niedaleko. Upewniłem się tylko, że wszystkie te okropne szkodniki mnie usłyszą i biorąc głęboki wdech, wydarłem się najgłośniej jak mogłem. Sekundę potem wyłem już groźnie ukazując przy tym rzędy ostrych, wilczych zębisk. Ryk odbijał się echem od każdego pobliskiego drzewa i wracał do mnie jeszcze bardziej dodając mi siły. Gdy poczułem ostre pieczenie w płucach i w gardle, a w piersi zabrakło mi tchu, opadłem na cztery łapy powolnie dysząc. Uniosłem łeb w górę, aby przyjrzeć się ptakom, nietoperzom i innym pasożytom, które w popłochu opuszczały wszystkie drzewa i kierowały się w niewiadomą zapewne nawet im stronę. Parsknąłem zadowolony ze swojej roboty i spuściłem łeb zwracając szczególną uwagę na moje łapy. Były wielkie, czarne i potężne, a z nich wyrastały równie groźnie wyglądające, ostre pazury. Jaka szkoda, że nie mogę widzieć tego wiecznie, a moje ciało nie może być tak świetnie wyposażone. Za kilka zapewne krótkich chwil ponownie przemienię się w tego żałosnego człowieka, który może postraszyć innych jedynie głupimi kłami wystającymi z gęby. Usiadłem na ogonie nie przejmując się, że mój ciężar za bardzo na niego naciskał. W końcu poczułem w środku dziwne uczucie i nie odrywając wzroku od łap, obserwowałem jak czarna sierść się rozpływa, palce się wydłużają, a paznokcie stają się strasznie krótkie i brudne. Nie naciskałem już tyłkiem na ogon, który również wrósł z powrotem i upewniając się, że przemiana dobiegła końca, przejechałem językiem po zębach. Gdy wyczułem tylko dwa ostre kły charknąłem i splunąłem w ziemię, podnosząc się na równe nogi. Wyprostowałem się, gdyż musiałem rozprostować kości, które podczas przemiany nieco się poprzestawiały i pokurczyły. Każda taka chwilowa zmiana kosztowała mnie sporo cierpienia, ale przy zaciśniętych zębach nie boli aż tak bardzo i jest do wytrzymania. Gdy usłyszałem już strzyknięcie każdej możliwej kości otrzepałem ręce z piachu i udałem się do swojej chaty. Otworzyłem stary kufer wygrzebując z niego jakieś przyzwoite ubrania i szybko się w nie przyodziałem. Mam nadzieję, że nie będę zmuszony ponownie się przemieniać, bo porozrywać taki ładny materiał aż szkoda. Za gruby, skórzany pas w spodniach wsunąłem dwa sztylety oraz nóż do mięsa, którym postaram się coś upolować i wyszedłem z chaty już na dobre. Rozejrzałem się jeszcze dookoła upewniając się, że nieproszeni goście nie wrócili. Po takim teatrzyku, jaki odwaliłem na pewno nie wrócą prędko. Tym lepiej dla mnie. Zanim ruszyłem w głąb lasu, związałem czarne włosy cienką gumką w niski kucyk aby kosmyki nie opadały mi na oczy, ale i tak kilka z nich musiało wyplątać się z gumki. Wyciągnąłem z pasa ostre sztylety i przecinając co chwila jakieś gałęzie, liany i krzaki, przedostawałem się coraz to dalej i dalej. Ominąłem kilka królików i jaszczurek, których mięso wcale mnie nie zadowalało, wolałem znaleźć sobie coś większego i pożywniejszego. Bez względu na moją wilczą naturę, węch jeszcze miałem do dupy i nie wyczuwałem żadnego dobrego mięsa w pobliżu. Jedyne, co pozwoliło mi wyczuć moją ofiarę, to stukot jej kopyt gdzieś niedaleko. Mocniej zacisnąłem dłonie na rękojeści sztyletów i ruszyłem pędem w stronę zwierzęcia. Przy okazji musiałem czaić się za drzewami, aby nie go nie spłoszyć. W końcu zza liści udało mi się dostrzec dużego ogiera, który niestety miał jeźdźca. Dwie pieczenie na jednym ogniu, tym lepiej dla mnie. Przyspieszyłem po chwili biegnąc już na czterech łapach. Nie wiem, czy to dlatego, że było mi tak wygodniej, czy temu, iż chęć mordu tak mną zawładnęła, że zaczęła się przemiana. Warknąłem sam do siebie, gdyż wcale nie miałem tego w planach, ale dwoma nożykami nie zabiję takiej bestii. Szybko zrzuciłem z siebie bluzkę i skórzane buty, aby chociaż ich nie rozerwać i pozwoliłem swojemu ciału się zmienić. W ruchu cała przemiana była jeszcze bardziej bolesna, ale czułem jeszcze więcej siły, więc przyspieszyłem. Spodnie jakimś cudem jeszcze się na mnie utrzymywały, ale pas z bronią zniknął gdzieś w tyle. Gdy byłem już wystarczająco blisko ofiary, wyskoczyłem zza krzaków i przywarłem pazurami do jej zadu. Koń zawył i biegł dalej, choć trochę zwolnił, za to napastnik w siodle wykonał cios. Sztylet zaszył się głęboko pod moimi żebrami, przez co spadłem z konia, zresztą podobnie jak jeździec. Przeczołgałem się nieco w tył po drodze przybierając postać tego żałosnego faceta. Przyłożyłem ręce do brzucha i mocno ścisnąłem chcąc jakoś zatamować krew lub chociaż uśmierzyć ból. Obraz zasłaniały mi kruczoczarne włosy, których część jakimś cudem jeszcze trzymała się w kucyku. Uniosłem wzrok na długowłosą i groźnie wyszczerzyłem kły, które jeszcze bolały mnie od przemiany. Dziewczyna lekko zakłopotana patrzyła to na mnie, to na swojego ogiera, ale w końcu podeszła do swojego towarzysza. O dziwo nie została przy nim długo, gdyż tylko wzięła kilka przyrządów i zbliżyła się do mnie. Uklęknęła niedaleko mnie upuszczając na trawę wodę i szmatę. Gdy była blisko mnie czułem się dziwnie, nie chodzi tutaj o jakieś uczucie, ale o lęk, którego nigdy nie doświadczam. Poczułem się zakłopotany i jakby zamknięty w klatce, ale zacząłem się domyślać, że to sprawka jej drugiego wcielenia. Mimo to po moim ciele zaczął spływać zimny pot, a rana zapiekła jeszcze bardziej więc wycofałem się chcąc wydostać się spoza tej dziwnej aury.
- Co z ciebie za wojownik, najpierw ranisz, a potem ratujesz? - odparłem zachrypniętym głosem dając jej do zrozumienia, że ze mną i tak nie wygra.
- To było w obronie własnej - odparła obojętnie, a kolejna nieprzyjemna fala bólu ogarnęła moje ciało, przez co cofnąłem się jeszcze bardziej.
- Kim ty do cholery jesteś? - warknąłem wypluwając z buzi krew, której zdążyło mi się tam zebrać już sporo uniemożliwiając mówienie albo chociaż oddychanie - oprócz tego, że osadniczką bez powodzenia. Musisz być naprawdę głupia, żeby tu się zapuszczać, ale czego mogę się spodziewać.
-  Może i jestem głupia, ale na pewno nie jestem łatwym przeciwnikiem, jak widzisz. To ty się wykrwawiasz, nie ja - zauważyła i obdarzając mnie ostatnim pogardliwym spojrzeniem, wstała i podeszła do konia.
Na pewno nie będzie tak, że jakaś drobna, głupia osadniczka będzie mi tu podważać mój autorytet. Wyjąłem sztylet z brzucha od razu czując jak upływa ze mnie jeszcze więcej krwi, ale znalazłem nieco siły, aby ustać na własnych nogach. Ciężkim krokiem podszedłem do dziewczyny, która była znacznie bardziej spłoszona, niż wtedy kiedy to ona nade mną stała. Teraz patrzyłem na nią z góry z jej ostrym sztyletem w ręku i tylko zacisnąłem zęby powstrzymując się, aby jej nie zabić. Ująłem w rękę jeden koniec jej peleryny i zamachując się ostrzem, odciąłem spory kawał materiału. Sztylet wbiłem w ziemię tuż obok jej stopy, a skórzanym paskiem materiału przewiązałem sobie pas tworząc dobrą opaskę uciskową. Wróciłem po butelkę wody, z której upiłem dwa duże hausty opróżniając ją do dna i ją również podrzuciłem dziewczynie pod nogi. Woda wypłukała wszelką krew w moich ust i złagodziła ostre pieczenie w gardle. Na koniec ukłoniłem się zdezorientowanej dziewczynie i głośno warcząc wycofałem się. Bardzo mnie śmieszą takie odważniaki, a zastanawiam się jak może smakować ich mięso. Dlaczego nie zabiłem jej, kiedy miałem taką okazję? Sztylet okazał się całkiem niezłą bronią, a w brzuchu nadal mi burczy. Co ze mnie za egoista, żeby nie skorzystać z darmowego posiłku. Dlaczegoż oszczędziłem tak naiwną duszyczkę? Parsknąłem udając się w drogę powrotną do chaty, szukając przy tym swoich ubrań porzuconych gdzieś w lesie.
 
Galia?

Nowy samotnik - Lucio

Miano: Lucio
Valentina-Remenar
Imię i nazwisko: Leverick Stone
Wiek: 30 lat
Data urodzenia: 05.10
Numer: 001
Modyfikacja genetyczna: Wilkołak
Etap modyfikacji: 2
Status: Samotnik
Miejsce zamieszkania: Upiorna chata
Aparycja: Leverick ma dosyć ostry typ urody i swoim wyglądem nie zachęca do siebie a wcale. Jest wysoki i dobrze zbudowany, przez co wygląda na potężnego i silnego, jakim zresztą jest. Ze względu na jego gatunek jest wielki i umięśniony. Jego karnacja jest dosyć jasna i blada, facet jest raczej odporny na słońce i nigdy nie udało mu się opalić. Przechodząc do detali, jego twarz ma ostre i charakterystyczne kształty. Jego brodę i policzki pokrywa ciemny zarost kolorem adekwatnym do czarnych, długich i prostych włosów, które zazwyczaj są rozpuszczone, choć czasami upięte w niski kucyk. Wyjątkowy kolor tęczówek Lucia po wstąpieniu w pierwszy etap, nie uległ wielkiej zmianie. Zielonkawo żółte oczy stały się jeszcze jaśniejsze i bardziej błyszczące. Jego wzrok stał się jeszcze bardziej tajemniczy, ale i przyciągający. W przeszłości był nałogowym palaczem, co o dziwo nie wpłynęło jakoś bardzo na stan jego zębów. Mają nieco gorszy kolor, ale nadal przyjemnie jest widzieć je w uśmiechu, którym Lucio rzadko się chwali. No, chyba, że uśmiech ten jest nieszczery i zupełnie podły. W pierwszym etapie jego kły znacznie się wydłużyły, a cała szczęka stała się silniejsza i wytrzymalsza. Facet posiada wiele odpychających swoim wyglądem blizn, które nabył podczas walk z jego dawnego życia. Jedno rozcięcie na brwi, drugie pod okiem, trzecie na czole i wiele, wiele więcej na różnych częściach jego ciała. Mimo, iż na wyspie panuje raczej bieda, on ma swoje sposoby, aby zdobywać dobre ubrania. Są to przeważnie czarne koszule lub bluzy ze skóry, oraz materiałowe, długie spodnie.
Charakter: Leverick to bardzo specyficzna osoba, której ego sięga zenitu. Jest zapatrzonym w siebie dupkiem, który sądzi, że nic oprócz niego nie powinno istnieć. Widzi w sobie potencjalny ideał i uważa za spełnienie marzeń każdego mądrego osobnika. Nigdy nie zważał na zdanie innych, zawsze wiedział swoje i był przekonany tylko swoich racji. Nikomu nie udało się jeszcze go przegadać lub przekonać. Z tym człowiekiem nie da się pójść na kompromis, a na pewno nie bez walki. Jest strasznie problematyczny i lubi prowokować. Nie można się z nim dogadać nie używając sarkastycznych gadek lub wydzierania się na niego. Czasami tylko krzyk do niego dotrze i może jakoś wpłynie na jego przemyślenia. Usta Levericka otwierają się dosyć rzadko, a jak już to w najmniej odpowiednich momentach w celu wypowiedzenia jak najmniej sensownych słów. Lubi działać innym na nerwy poprzez głupie, dogryzające gadki lub słowa, którymi potrafi wjechać innym na ambicje. Nie wie co to współczucie, a tym bardziej empatia. Może i nauczył się kiedyś co to praca zespołowa, ale zawsze tak naprawdę liczył tylko na siebie i gdyby coś miało pójść nie tak, uratuje tylko własny tyłek. Jest samowystarczalny i niezależny co daje mu wielką przewagę w życiu samotnika. Do szczęścia nie potrzebne mu żadne, nawet najlepsze towarzystwo. Facet po prostu nie potrzebuje się komuś wygadać lub wyznać co go trapi. Możliwe, iż to dlatego, że nigdy nic go nie trapi. Nie jest typem człowieka, który będzie użalać się nad samym sobą. Potrafi sobie poradzić z każdym problemem bez względu na jego powagę. Działanie innym na nerwy jest wręcz jego hobby. Zawsze prowokuje innych do bójki, gdyż ma pewność, że to on wygra i zgarnie wszelkie nagrody. Nie umie inaczej porozumiewać się z innymi. Nigdy nie wypowiedział na głos żadnego komplementu, ani chociaż słów otuchy. Kompletnie nie wie co to znaczy dobre relacje z innym człowiekiem. Można powiedzieć, że jest totalnie bez serca, ponieważ nie zna litości nawet wobec kobiet i małych dzieci. Traktuje wszystkich na tym samym, bardzo niskim poziomie. Jego duma nigdy nie została tknięta, a dobre mniemanie o sobie, zaniżone. Poza tymi wszystkimi, okropnymi cechami, może pochwalić się również niesamowitą odwagą. Nie straszna mu żadna przeszkoda. Kiedy ma coś zrobić, po prostu to robi nie zważając na konsekwencje. Zresztą nawet się ich nie boi. Umie przyjąć wszystko na klatę i zrównać się z problemem. Jest wspaniałym wojownikiem i stanowi najlepszą możliwą obronę, z której korzysta niestety tylko on. Zawsze zacięcie dąży do celu i nie chadza skrótami. Wybiera główną, chociaż trudną ścieżkę, ale wiadomo, że ryzyko to jego drugie ja. Nie straszne mu żadne niebezpieczeństwo, a przynajmniej on sam tak twierdzi. Uwielbia czuć adrenalinę, która jeszcze bardziej popędza go do pracy. Bez względu na jego egoizm, jest bardzo pracowity i przeważnie zacięcie dąży do celu. Umie postawić sobie cel w życiu żeby potem go realizować. Sam Leverick nigdy nie dowiedział się, co to empatia czy inne uczucie do innych, niż nienawiść, ale możliwe, że jeszcze się to w nim zachowało. Kiedyś, bardzo dawno temu umiał cieszyć się z życia i dogadywać się z ludźmi, a nawet im pomagać, więc możliwe, że teraz też potrafi. Problem w tym, że jest uparty i nigdy nie pozwoli sobie tego przyznać. Zadziwiające jest jednak to, że gdy wilkołak jest sam, jego myśli potrafią być pozytywne. Umie cieszyć się ładnym otoczeniem lub przyjemnymi doznaniami. Jest marzycielem, który lubi wyobrażać sobie niestworzone rzeczy i sytuacje. O tym obliczu wie niestety on jeden i nikt nawet nie przypuszcza, że taki egoista umie myśleć pozytywnie. Jednymi słowy jest okrutnym, ale i dumnym, samotnym wilkiem, który zaufanie, uczucia i pozytywne emocje trzyma na wodzy, nie pozwalając nikomu do siebie dotrzeć.
Historia: Leverick Stone zamieszkiwał obrzeża Kalifornii, gdzie o dziwo nie było tak spokojnie, jak się można tego spodziewać. Facet nigdy się nie zakochał, więc nawet nie miał żony, a jedyni jego krewni wydziedziczyli go, gdy stał się pełnoletni. Leverick zawsze stwarzał problemy i był na tyle okropnym człowiekiem, że żadna rodzina nie chciała utrzymywać z nim kontaktu. Takim też sposobem znalazł się w starej, skradzionej przyczepie w dzielnicy bezdomnych i nic nie wartych gangsterów. Z początku facet unikał jakiegokolwiek kontaktu z sąsiadami, ale gdy zaczęło burczeć mu w brzuchu, a portfel świecił pustkami, postanowił jakoś zainterweniować w sprawy kradzieży. Zaczął prosty, ale i okropny tryb życia u boku kilku kanciarzy. Każda noc równała się włamywanie się do stacji lub sklepów na poboczach, gdzieś, gdzie nikt nawet nie zagląda. Później zaczęło się to robić gorsze i bardziej ryzykowne. Zaczęli rabować galerie, co przynosiło im o wiele więcej zysków. Za kradzione pieniądze wyposażyli się dobrze, co pozwalało im być jeszcze bardziej niewidzialnymi podczas włamań. Przyszła pora na banki, z którymi nie szło tak źle, aż do czasu, gdy zostali przyłapani. Wszędzie radiowozy, psy policyjne i sami policjanci uzbrojeni od stóp do głów. Mogło się wydawać, że Leverick i jego współpracownicy nie mają szans, ale zaskoczyli samych siebie. Połowa wykradła się z pieniędzmi, a reszta została walczyć. Na ulicach Kalifornii miało miejsce niezłe pobojowisko. Gliny kontra niebezpieczni złodzieje, a cała ta scena przypominała bardziej walkę zwierząt o głupi kawał mięsa. Gangsterzy wygrali i uciekli, a po sobie zostawili tylko martwe ciała policjantów na zimnym i wilgotnym od krwi betonie. Po całej akcji chcieli dać sobie spokój na jakiś czas, ale gotówka tak bardzo nimi zawładnęła, że chcieli jej więcej i więcej. Kradzieżom nie było końca, aż w końcu ktoś postanowił się tym zająć. Nikt inny, jak sam prezydent nakablował na Levericka i jego pomocników jakiemuś bardzo zdolnemu agentowi. Jednej nocy zaaresztowano wszystkich i wysłano do więzienia. Tam zastanawiano się nawet, czy nie zrzucić na nich kary śmierci, bo jakim cudem tacy ludzie mogą się nawrócić? O dziwo kilku złodziei spotkał taki los, ale dla Stone'a mianowanego specjalnym przypadkiem, przygotowano coś gorszego. Chcieli dać mu nauczkę na całe życie i wysłano go do tajnych laboratoriów. Nauczka na całe życie, czyli właściwie odcięcie go od normalnego życia na ziemi oraz przemiana w zwierzę i wysłanie na bezludną wyspę, o której istnieniu wie góra dziesięć osób. To się dopiero nazywa nauczka.
Partner: Nie widzi siebie w tej roli
Wyposażenie: dwa krótkie sztylety, nóż do mięsa, ubrania ze skóry i cienkiego materiału
Inne: Lucio nie ma zainteresowań, a przynajmniej taki daje pozór. W rzeczywistości jest wspaniałym artystą. Uwielbia rysować, a przeważnie szkicować krajobrazy, zwierzęta i twarze. Nienawidzi rysować kwiatów, albo małych, słodkich zwierzątek. Fascynują go bardziej wielkie, majestatyczne obiekty, takie jak niedźwiedzie, jelenie, krajobrazy gór i wodospadów. Jedyne co wychodzi mu w miarę łagodnie, to twarze, które i tak bardzo rzadko rysuje. Ogólnie te hobby go zawstydza i na wszelką cenę stara się je ukryć przed innymi. Rysowanie czasami pomaga mu się odciąć od złych myśli i nieprzyjemnych wspomnień z przyszłości. To jest jego jedyne zainteresowanie, ponieważ palenia chyba nie można tutaj zaliczyć. Nałóg palenia nie zniknął i obecnie facet sięga po każdą możliwą fajkę, aby się jakoś odstresować. Gdy przez dłuższy czas nie ma kontaktu z zielskiem, zaczyna wariować i robić się niespokojny, co w jego przypadku jest całkiem niebezpieczne. Uwielbia żywić się niedźwiedzim mięsem, ale innym również nie pogardzi.
Kieruje: natigrati@gmail.com | natik880 [hw]