Chodziła rozdrażniona niczym osa po salonie swojej walącej się chatki.
Ostatnia wichura poczyniła ogromne spustoszenia a lejący deszcz
przemoczył wszystko doszczętnie. Choć gdy wychodziła na polowanie
wszystko było w jak najlepszym porządku, po powrocie zastała niemały
bałagan. Warknęła parę niecenzuralnych słów pod nosem, nie wiedząc co z
tym zrobić, po czym uderzyła z rozmachem w jedną ze zwisających belek.
Rozległ się huk, kolejne drewniane elementy jej domiszcza zwaliły się
jej na głowę. Wrzasnęła wściekła, a echo poniosło się w dal
przypominając bardziej ryk dzikiego zwierzęcia. Kruki siedzące na
pobliskich drzewach poderwały się do lotu.
Miała już po dziurki w nosie tego spróchniałego drewna, który każdy
kaprys pogody doprowadzał do coraz większej ruiny. Co prawda gdy się
wprowadzała, miejsce to wydawało się dość porządne i odpowiednie na
schronienie, jednakże im dłużej tu przebywała, tym było gorzej.
„Koniec z tym” pomyślała wygrzebując się spod resztek pomieszczenia.
Strzepując ostatnie odłamki drewna, była już w znacznej odległości dalej
przeklinając pod nosem swój wcześniejszy wybór lokum. Skierowała swoje
kroki ku wiosce, bo na razie nie miała lepszego pomysłu. Jedyny plan
jaki rodził jej się w głowie to przenocowanie w jednym z domów
osadników, lecz jak miałaby to zrobić? Skoro wszyscy już znali ją
dobrze, choć nie z tej dobrej strony. Musiałaby wybrać dom kogoś, kto
dopiero co przybył na wyspę. Co prawda, miało to być tymczasowe
rozwiązanie, jednak mimo to wolałaby by nikt nie rzucił się jej od razu
do gardła. Samotnicy bowiem nie są mile widziani. Całą drogę myślała
gdzie skierować swe kroki, aż w końcu dotarła do granicy gdzie las
spotykał się z murem. Chowając się w cieniu drzewa zwinnie przeobraziła
się w nietoperza by nie wracać zbytniej uwagi, przecież takie niewinne
stworzonko, na dodatek w nocy, nie mogła nikogo zaniepokoić. Wzbiła się w
powietrze, bez trudu przelatując między strażnikami, nie niepokojąc
ich.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lunaye. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lunaye. Pokaż wszystkie posty
14 lipca 2019
14 grudnia 2018
Od Lunaye CD Fafnira
"Niechcący" słowo zawisło w zaistniałej ciszy. Zmierzyłam mężczyznę od stóp do głów. "Nie dziwię się, że "niechcący", skoro wyglądasz jak totalna łamaga" - pomyślałam, ale ugryzłam się w język zawczasu, kiedy znowu poczułam wzmożone łaknienie. W powietrzu unosił się zapach świeżej krwi, niezbyt wyraźny by poczuł go normalny człowiek, ale dla mnie to było jak mocna kawa w kubku zaraz pod nosem. To wystarczyło by jakiś wewnętrzny głos z tyłu głowy pobudził do działania instynkt, który od niedawna mocno dawał o sobie znać. Zawirowało mi w żyłach a po plecach przeszedł dreszcz. Spojrzałam jeszcze raz na mężczyznę, był cały posiniaczony i poharatany. Uśmiechnęłam się sama do siebie i spojrzałam prosto w jego oczy. On zaś cały czas patrzył się na mnie a trwająca między nami chwilowa cisza robiła się wręcz krępująca.
- Słuchaj, "przepraszam" nie zrekompensuje mi kolacji, ani tegoż faktu, że w dalszym ciągu jestem głodna. Czekałam na jego reakcje, wydawał się intensywnie myśleć.
- To może... ja ugotuje ci jakąś kolacje? Zorganizuje szybko jakieś ognisko i...
Nie dałam mu dokończyć. Pochyliłam się nad nim i oparłam ręce na jego ramionach, wbijając mu przy tym palce na tyle mocno, że za parę chwil pojawią się siniaki.
- Nie rozumiesz powagi sytuacji... - moje usta wygięły się zadziornie - Ja nie jem takich "specjałów" - zniżyłam głos do subtelnego szeptu i przybliżyłam usta do jego ucha - Trochę twojej własnej krwi i zapomnimy o sprawie... Zanim białowłosy wyrwał się gwałtownie do tyłu zdążyłam poczuć dobitnie jak pachniała jego krew, powoli przestawałam nad sobą panować. "Rozegraj to dobrze" powtarzałam sobie w głowie.
- Nie ma mowy! - krzyknął. Dopadłam go ponownie, tym razem wbijając mu swoje długie paznokcie. Uśmiechnęłam się najładniej jak umiałam.
- Obiecuję, że nie będzie bolało.. no prawie. Ale mogę przyrzec, że twoje życie będzie bezpieczne, to na pewno. Coś za coś. Mężczyzna zagryzł wargę, co wydało mi się nawet pociągające, ale nie powiedział nic. Uznałam to za niemą zgodę, w końcu nie usłyszałam ani jednego słowa sprzeciwu. Albo go zaskoczyłam, albo moje argumenty naprawdę były przekonujące. Błyskawicznie oblizałam wargi i najsubtelniej jak umiałam wbiłam kły w bladą skórę na jego szyi. Mężczyzna wydał stłumione jęknięcie i ponowił próbę wyrwania się, lecz powoli zaczynały opuszczać go siły. Jego krew była cudownie ciepła, miała metaliczny posmak i lekko słodkawą nutę. Jego krew była dla mnie tak niesamowitym aromatem, a sprawiała, że czułam się co najmniej jak uzależniony po dobrej porcji dragów. Oderwałam się niechętnie, nie chciałam go przecież zabić. Obiecałam mu to w końcu, a słowo, rzecz święta. Nie przyszło mi to z łatwością, omdlenie chłopaka było na to najlepszym dowodem. Strużka krwi spłynęła jeszcze ze świeżej rany gdy odsunęłam się i usiadłam obok niego. Starłam ją delikatnie ręką i spojrzałam na nieprzytomnego nieznajomego. Wyglądał dość niewinnie, ale nie można było odmówić mu urody. Przejechałam delikatnie palcami po jego policzku i odgarnęłam kilka białych kosmyków z czoła. "Jeśli go tu zostawię, to może go coś dopaść, las jest pełen głodnych stworzeń. A one nie są takie miłe jak ja" Westchnęłam. Nie mogłam go tu zostawić. Podjęłam więc decyzje by zabrać go do swojej chaty. "Po cholerę ja mówiłam, że jego życie będzie bezpieczne... Ja wale" Myślałam sobie ciągnąc go przez las. Co prawda odkąd byłam na wyspie moja siła ciągle rosła, lecz w tym momencie nie miałam jej na tyle, by ciągnięcie, nawet takiego chudzielca była totalną łatwością. Kiedy w końcu dotarłam na miejsce odetchnęłam z ulgą. Ułożyłam go na moim prowizorycznym łóżku zrobionym ze szmat znalezionych w chacie. "Musze je kiedyś ulepszyć bo wygląda to tragicznie" zanotowałam w myślach i przykryłam go kolejnym materiałem. Przyjrzałam się ponownie, teraz już śpiącemu, mężczyźnie. "Przesadziłam... powinnam bardziej nad sobą panować". W głowie zaświtała mi myśl, że to jednak z lekka przerażające, co ze mnie zrobili ci ludzie w kitlach. Stałam się drapieżnikiem na dwóch nogach, ale nic już tym nie mogłam zrobić. Nakrywając białowłosego znowu poczułam zapach krwi, jednak już nie tak silny, a pod palcami małe już powoli gojące się ranki. "No tak, przecież był cały poharatany, a ja jeszcze ciągnęłam go przez las" przypomniałam sobie. Było w tym więc trochę mojej winy. Zabrałam z chaty stary, wyszczerbiony dzban i udałam się do pobliskiego małego jeziorka. Umyłam naczynie, napełniłam wodą. Gdy wróciłam zamoczyłam w nim ostatni materiał jaki znalazłam i zaczęłam przemywać mu zadrapania. Jak sama wcześniej powiedziałam "Coś za coś". Uśmiechnęłam się. Było to miłe, bardzo ludzkie uczucie, robić coś prawie, że bezinteresownie.
Fafnir?
- Słuchaj, "przepraszam" nie zrekompensuje mi kolacji, ani tegoż faktu, że w dalszym ciągu jestem głodna. Czekałam na jego reakcje, wydawał się intensywnie myśleć.
- To może... ja ugotuje ci jakąś kolacje? Zorganizuje szybko jakieś ognisko i...
Nie dałam mu dokończyć. Pochyliłam się nad nim i oparłam ręce na jego ramionach, wbijając mu przy tym palce na tyle mocno, że za parę chwil pojawią się siniaki.
- Nie rozumiesz powagi sytuacji... - moje usta wygięły się zadziornie - Ja nie jem takich "specjałów" - zniżyłam głos do subtelnego szeptu i przybliżyłam usta do jego ucha - Trochę twojej własnej krwi i zapomnimy o sprawie... Zanim białowłosy wyrwał się gwałtownie do tyłu zdążyłam poczuć dobitnie jak pachniała jego krew, powoli przestawałam nad sobą panować. "Rozegraj to dobrze" powtarzałam sobie w głowie.
- Nie ma mowy! - krzyknął. Dopadłam go ponownie, tym razem wbijając mu swoje długie paznokcie. Uśmiechnęłam się najładniej jak umiałam.
- Obiecuję, że nie będzie bolało.. no prawie. Ale mogę przyrzec, że twoje życie będzie bezpieczne, to na pewno. Coś za coś. Mężczyzna zagryzł wargę, co wydało mi się nawet pociągające, ale nie powiedział nic. Uznałam to za niemą zgodę, w końcu nie usłyszałam ani jednego słowa sprzeciwu. Albo go zaskoczyłam, albo moje argumenty naprawdę były przekonujące. Błyskawicznie oblizałam wargi i najsubtelniej jak umiałam wbiłam kły w bladą skórę na jego szyi. Mężczyzna wydał stłumione jęknięcie i ponowił próbę wyrwania się, lecz powoli zaczynały opuszczać go siły. Jego krew była cudownie ciepła, miała metaliczny posmak i lekko słodkawą nutę. Jego krew była dla mnie tak niesamowitym aromatem, a sprawiała, że czułam się co najmniej jak uzależniony po dobrej porcji dragów. Oderwałam się niechętnie, nie chciałam go przecież zabić. Obiecałam mu to w końcu, a słowo, rzecz święta. Nie przyszło mi to z łatwością, omdlenie chłopaka było na to najlepszym dowodem. Strużka krwi spłynęła jeszcze ze świeżej rany gdy odsunęłam się i usiadłam obok niego. Starłam ją delikatnie ręką i spojrzałam na nieprzytomnego nieznajomego. Wyglądał dość niewinnie, ale nie można było odmówić mu urody. Przejechałam delikatnie palcami po jego policzku i odgarnęłam kilka białych kosmyków z czoła. "Jeśli go tu zostawię, to może go coś dopaść, las jest pełen głodnych stworzeń. A one nie są takie miłe jak ja" Westchnęłam. Nie mogłam go tu zostawić. Podjęłam więc decyzje by zabrać go do swojej chaty. "Po cholerę ja mówiłam, że jego życie będzie bezpieczne... Ja wale" Myślałam sobie ciągnąc go przez las. Co prawda odkąd byłam na wyspie moja siła ciągle rosła, lecz w tym momencie nie miałam jej na tyle, by ciągnięcie, nawet takiego chudzielca była totalną łatwością. Kiedy w końcu dotarłam na miejsce odetchnęłam z ulgą. Ułożyłam go na moim prowizorycznym łóżku zrobionym ze szmat znalezionych w chacie. "Musze je kiedyś ulepszyć bo wygląda to tragicznie" zanotowałam w myślach i przykryłam go kolejnym materiałem. Przyjrzałam się ponownie, teraz już śpiącemu, mężczyźnie. "Przesadziłam... powinnam bardziej nad sobą panować". W głowie zaświtała mi myśl, że to jednak z lekka przerażające, co ze mnie zrobili ci ludzie w kitlach. Stałam się drapieżnikiem na dwóch nogach, ale nic już tym nie mogłam zrobić. Nakrywając białowłosego znowu poczułam zapach krwi, jednak już nie tak silny, a pod palcami małe już powoli gojące się ranki. "No tak, przecież był cały poharatany, a ja jeszcze ciągnęłam go przez las" przypomniałam sobie. Było w tym więc trochę mojej winy. Zabrałam z chaty stary, wyszczerbiony dzban i udałam się do pobliskiego małego jeziorka. Umyłam naczynie, napełniłam wodą. Gdy wróciłam zamoczyłam w nim ostatni materiał jaki znalazłam i zaczęłam przemywać mu zadrapania. Jak sama wcześniej powiedziałam "Coś za coś". Uśmiechnęłam się. Było to miłe, bardzo ludzkie uczucie, robić coś prawie, że bezinteresownie.
Fafnir?
14 listopada 2018
Od Lunaye do ktosia
Czy życie na wsypie jest trudne? Zadaje sobie to pytanie od pierwszej chwili przybycia na ten skrawek ziemi i codziennie rano powtarzam. Bawi mnie dźwięk tych słów, bo na początku myślałam, że umrę po najwyżej godzinie. Zalewała mnie wściekłość na wszystkie ostatnie wydarzenia w moim dawnym życiu. Dawnym? Tak, dawnym. Wole to tak nazywać. Zawsze myślałam, że jestem wolna i niezależna. Dopiero teraz dostrzegam jak bardzo myliłam się przez ten cały czas. Największym plusem jaki widzę to brak przymusu chodzenia w szpilkach, które moja matka tak miłowała, i które były obowiązkiem w mojej pracy.
Fala śmiechu łechta mnie w gardło jak tylko przypomnę sobie swoje myśli po przebudzeniu na plaży. Jedyne o czym potrafiłam myśleć to ten obrzydliwy typ, który śmierdział gorzej niż jego tony zielska. Myślałam tylko i wyłącznie o tym jak go nienawidzę i jak bardzo mnie skrzywdził. Nienawidzę go dalej, muszę przyznać, ale nie skrzywdził mnie on tylko ludzie, którzy mnie zabrali. Chociaż jak się teraz zastanowić, to wyświadczyli mi przysługę. Bo jeśli jeszcze kiedykolwiek spotkam go na swojej drodze, a dla niego byłoby lepiej by tak się nie stało, przyprę go do muru i słodko szepcząc do uszka „Wróciła twoja ukochana suczka, i jak ci się teraz podoba? Hm?” wbije mu dłoń prosto w płuca i wyrwę to brudne serce za jednym zamachem. Mogłabym na tym skorzystać, ale tak zepsutej krwi się nie tykam, źle mi działa na żołądek. Mdłości i zgaga, nie jest wart takich rzeczy.
- Ah… - westchnęłam z zachwytu nad swoim planem. O tak był, słodki jak jeszcze cieplutka krew młodego Sowórka. Oblizując usta zsunęłam się z belki stropowej, a raczej tego co kiedyś nią było, a teraz opadało swobodnie na podłogę tworząc mini zjeżdżalnie. Siedząc na niej można było zobaczyć gwiazdy. A niebo widziane z tej wyspy oczarowywało nawet takiego laika w tym temacie jak ja. A może właśnie szczególnie z tego powodu. W końcu im mniej coś rozumiemy tym bardziej nas zadziwia.
Burczenie brzucha przywołało mnie do rzeczywistości i przerwało rozmyślania nad gwiazdozbiorami, które widziałam zeszłej nocy, a nadałam im własne nazwy. Wyślizgnęłam się z chaty przez otwór przysłoniony drzwiami poluzowanymi na zawiasach. Udałam się nad Spokojny Strumień. Anzury powinny tam nocować, a nic nie smakuje tak dobrze na przystawkę jak taki mały cielaczek… Nazwijmy to cielaczkiem, bo bliżej temu do takiego pospolitego zwierzaka niż do jakiegokolwiek innego, przynajmniej jak na moje mniemanie.
Dotarłam tam szybciej niż ostatniej nocy. Chyba moja kondycja zaczynała wspinać się na następny poziom, uśmiechnęłam się sama do siebie.
Na szczęście te wyrośnięte kozy są tak naiwne, że złapanie dobrej przekąski zajęło mi dosłownie kilka sekund. Zaciągnęłam migiem malucha na pobliskie pochylone konary i już miałam wbić w niego kły, kiedy usłyszałam charakterystyczne pohukiwanie. Przypomniało mi się moje porównanie o słodkości krwi tego stworzonka. Sowórka. Wypuściłam swoją dotychczasową ofiarę i ponownie oblizałam usta. Jak się dobrze postaram to ten deserek będzie mój. Podskoczyłam zwinnie w górę i skupiając się zamieniłam w nietoperza. Wyszło mi to dość niezdarnie bo zanim złapałam równowagę skrzydeł prawie spadłam z powrotem na ziemię. Nie opanowałam jeszcze tej specyficznej zdolności do perfekcji, udało się jednak. Jak dobrze mieć taką „drugą twarz”, która ma uszy wielkości patelni do tortilli i węch jakiego nie powstydziłoby się stado psów tropiących. Dość szybko wytropiłam swój posiłek, przycupnęłam więc nieopodal by móc obserwować niczym wytrawny łowca, czekałam tylko na dogodny moment.
Jeszcze chwilka… jeszcze momencik …. iiii…
Usłyszałam nagle szelest pod gałęzią na której siedziałam.
Co jest?!
Sowórka też go usłyszała i spłoszona odleciała szybciej niż zdążyłam mrugnąć.
Zeskoczyłam na dół czym prędzej by policzyć się z osobnikiem zakłócającym mój idealny plan na kolację. W połowie drogi zamieniając się z powrotem w dwunożną postać, wylądowałam prosto przed czyjąś twarzą. Mężczyzna cofnął się o krok. Westchnęłam.
- Zepsułeś mi kolację, wiesz? - zapytałam nonszalancko popierając się o biodra i zarzucając lokami do tyłu. Wbiłam wzrok w nieznajomego i czekałam na jego odpowiedź.
<ktoś coś??>
Subskrybuj:
Posty (Atom)