Zejście siwobrodego do piwniczki uniemożliwiło mu dostrzeżenie delikatnego, krótszego niż ułamek sekundy uśmiechu, który zawitał na twarzy czarnowłosej. Gdyby jednak zdarzyło się, że Sędzia ów uniesienie kącików ust by zauważył, przy czym najprawdopodobniej skomentował, Rita opisała by to zjawisko jako przejaw czystej ironii. W rzeczywistości jednak, był efektem skonfrontowania owego wyznania z osobistym przekonaniem dziewczyny o swojej bezużyteczności w tej mikrospołeczności. Żeby jednak nie skupiać się za bardzo na poczuciu bycia niepotrzebnym pasożytem dragonka zakładała, że jest dla siwego inwestycją na przyszłość. No bo któż nie chciałby mieć zadłużonego u siebie wielkiego, ziejącego ogniem i latającego gada? Z zamyślenia wyrwały ją ciężkie kroki zwiastujące powrót siwego giganta.
- Z głodu to my raczej nie umrzemy - zakomunikował zadowolony mężczyzna. - Prędzej sami się wzajemnie pozabijamy.
- Przed chwilą dziękowałeś za moją obecność - uniosła pytająco brew czarnowłosa zaplątując ręce na piersi. - Teraz zakładasz, że doprowadzimy się wzajemnie do podwójnego samobójstwa?
- Przypominam, że jesteśmy mniej lub bardziej udanymi, zmutowanymi hybrydami, przy czym jedno z nas zieje ogniem, a drugie potrafi zrobić użytek ze swoich mięśni.
Dziewczyna pokiwała głową w milczeniu nie mogąc znaleźć kontrargumentu, po czym powróciła do gotowanej przez siebie potrawy, która przypominała o swojej obecności agresywnie bulgocząc pod przykrywką.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nyx. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nyx. Pokaż wszystkie posty
17 grudnia 2019
9 grudnia 2019
Od Nyx CD Sędziego
Drobna sylwetka dziewczyny siedziała skulona i przygarbiona przy palenisku. Bursztynowe języki ognia, nie niepokojone przez jakiekolwiek wietrzne podmuchy, pląsały dziko i pięły się odważnie ku górze muskając dno żeliwnego naczynia. Swoimi bezkarnymi igraszkami podgrzewały popełniony przez siwowłosego warzywny bulion, który pod wpływem generowanej temperatury bulgotał leniwie. Każdy wyłaniający się na powierzchnię wywaru pęcherzyk gazu uwalniał do atmosfery aromatyczną woń. Z kolei u podnóża tego wszystkiego skwierczały gorliwie, zwęglone już w znacznym stopniu, polana stanowiące siłę napędową plazmowych tancerzy, których intensywna praca objawiała się rzucanymi na nieregularne ściany jaskini przebłyskami. Każdy element tej ukrytej przed oczami ciekawskich scenki rodzajowej posiadał swój cel. Stanowił nieodzowny element niemożliwego do opisania ładu i jakże delikatnej harmonii. Można by odnieść wrażenie, że bierze się udział w starannie zaplanowanej i mistrzowsko rozgrywanej sztuce. Każdy element bezbłędnie wykonywał powierzoną sobie przez bezimiennego reżysera rolę. Trzymał się kurczowo precyzyjnie wykonanego, a jednocześnie idealnego scenariusza, w którym Ritę, odnosiła wrażenie dziewczyna, pominięto. Czuła się, jak gdyby autor spektaklu omyłkowo usunął ją z rejestru w swym procesie twórczym, a scenarzysta zapomniał przygotować spersonalizowany dla dziewczyny skrypt.
5 grudnia 2019
12 grudnia 2018
Od Nyx CD Sędziego
Piekielnie dumna ze swoich, jak i „sędziowskich” zdolności aktorskich smoczyca odleciała z pola bitwy. Jej bok nadal krwawił, a z rany powoli sączyła się jucha spadając niespiesznie ku ziemi niczym szkarłatne krople deszczu. Rita nie przejmowała się zbytnio obrażeniami, czując, że nie są za bardzo poważne. Przede wszystkim cieszyła się, że nie zostały uszkodzone żadne z mięśni odpowiedzialnych za machanie skrzydłami. Wtedy byłaby udupiona. Na samą myśl o radzeniu sobie na tej piekielnej wyspie w roli smoka-nielota przeszły ją ciarki. Obrała kierunek powrotny prowadzący w stronę gór Ungcy. Przelatywała nad powoli pogrążającym się w półmroku lasem podczas, gdy przez cały czas dręczyło ją dziwne uczucie. Jak gdyby potrzeba spłacenia długu. Za Chiny Ludowe nie mogła jednak przypomnieć sobie wizyt jakichkolwiek wierzycieli, a pamięcią żadnego pożyczkodawcy sięgnąć nie dała rady. W końcu pod lecącą bestią zniknęły zielone korony drzew ustępując skalistym szczytom, a gadzina otrząsnęła się z zamyślenia. Miała ważniejsze sprawy na głowie niż dziwne, dręczące ją emocje. Do jednej z nich należało znalezienie swojej jaskini, przyrządzenie kolacji i dokładniejsze oględziny nowych obrażeń.
***
Księżyc widniał już wysoko na nieboskłonie gdy smoczyca zaczęła układać się do snu. Przyjąwszy najbardziej optymalną i najwygodniejszą pozę zamknęła ciężkie powieki. Tym razem sen nie miał jednak ochoty przyjść tak łatwo, jak dotychczas. Resztki adrenaliny pozostałe w krwioobiegu skutecznie odwodziły dziewczynę od błogiego odpoczynku nieustannie przypominając jej o zdarzeniach minionego dnia. Dodatkowo poczucie winy i długu, którego niedawno się wyzbyła powróciło ze zdwojoną siłą. Jednak dopiero obudziwszy się nad ranem z niespokojnego letargu zrozumiała, co ją przez cały ten czas dręczyło.
***
Widok kucającego za krzakami smoka musiał być dość nietypowy. Z kolei widok ogromnej, majestatycznej gadziny skradającej się nieudolnie do małego warsztatu musiał być już najzwyczajniej w świecie śmieszny. Rita stawiała łapy powoli i ostrożnie. Dokładnie planowała każdy kolejny ruch, a pewnie gdyby, nie fakt, że jej pokryta skórą łuska nie posiadała gruczołów potowych dziewczyna zapewne już byłaby cała pokryta ich słoną wydzieliną. Spojrzała szybko, czy nikt się nie zbliża i dodając sobie otuchy głębokim westchnięciem wyskoczyła zza krzaków i potruchtała do drewnianych drzwi po czym zapukała w nie delikatnie. Usłyszawszy ruch wewnątrz i męski głos dopytujący o tożsamość niespodziewanego gościa czmychnęła czym prędzej w bok i schowała się za boczną ścianą budynku. W tym samym momencie, z dokładnością co do tysięcznej sekundy długi, zielony ogon ukrył się za rogiem, a w drzwiach stanął rzemieślnik. Nyx praktycznie nie oddychała próbując usłyszeć ruchy wykonywane przez mężczyznę. Ten, tak jak się tego spodziewała, wydał z siebie zdziwiony okrzyk zaskoczenia połączony z zadowoleniem. Smoczyca nie musiała nawet się wychylać zza bezpiecznej kryjówki, żeby wiedzieć, że uwagę gospodarza domku przykuł dorodny, świeżo upolowany jeleń leżący parę metrów przed chatką. Gadzina odetchnęła z ulgą. Rzemieślnik złapał haczyk będący jednocześnie jego zapłatą. Wszystko szło podejrzliwie zgodnie z planem. Szklarz opuścił warsztat kierując się do padliny zostawiając budynek bez nadzoru. W tym czasie, jak na razie niezauważona Rita, podkradała się do otwartego okna. Nie było wystarczająco duże, żeby mogła przez nie przejść, jednak była w stanie przecisnąć przez nie swoją głowę lub ramię. Użyła najpierw tego pierwszego z zamiarem wykonania rekonesansu. Powoli wsunęła swój pokryty łuską łeb i ostrożnie rozejrzała się w poszukiwaniu celu. Długi rząd szyb o jednakowych, a tym samym idealnych wymiarach znajdował się tuż pod jej gardzielą. Dziękując swojemu podejrzanie sprzyjającemu losowi wyciągnęła głowę i w jej miejsce wsunęła ramię. Musiała się mocno wygimnastykować, żeby sięgnąć celu swojego arcytrudnego questa.
*Byłoby pierdyliard razy łatwiej gdybym nie była cholernym smokiem* przeszło jej przez myśl po raz kolejny.
Nie pozwoliła jednak takim bezsensownym rozważaniom o niesprawiedliwościach tego świata wytrącić się z równowagi. Mając już takie wieloletnie doświadczenie nauczyła się podczas swoich akcji trzymać nerwy na wodzy. Utalentowany złodziej po kilku chwilach wyciągał już delikatny skarb przez okno. Pomimo -300 punktów do zwinności i lepkich palców Nyx wywiązała się ze swojej misji znakomicie nie pozostawiając po sobie praktycznie żadnego śladu, z wyjątkiem zapłaty dla szklarza w postaci jelenia. Wynagradzanie kogoś w zmian za rabunek. To nie było zachowanie typowe dla Rity. Ta jednak była pewna, że osoba, której zamierzała swój łup sprezentować nie byłaby zadowolona z kradzionego podarunku.
***
Nie minęło nawet południe, gdy smoczyca wylądowała przed swoim ostatecznym celem. Dzierżąc prezent w jednej łapie i skacząc na pozostałych trzech jak kulawy pies doczłapała do drewnianych drzwi domku wykutego w skale. Odłożyła podarunek obok drzwi opierając go o kamienną ścianę (?) budynku. Po czym uniosła zgięte szpony z zamiarem zapukania w drewniane wrota. W ostatnim momencie zawahała się jednak zastanawiając się, co wypadałoby powiedzieć Sędziemu. Oczywiście przy założeniu, że zrozumie jej smocze pojękiwania. Nie zdążyła jednak nic sensownego wymyśleć, gdy drzwi z impetem rozwarły się po drodze zahaczając o smoczy pysk, aby ostatecznie gruchnąć o skalną ścianę budynku.
- KTO MI TYM RAZEM DUPĘ ZAWRACA?! – z wnętrza chatki wydobyło się zmęczone, lecz jednocześnie donośne ryknięcie siwobrodego, który po sekundzie już rzucał się z mieczem na masującą obolały nos smoczycę.
Ta zaskoczona takim obrotem spraw stanęła na dwóch łapach, lecz odchyliwszy się za bardzo do tyłu uległa bezlitosnej sile grawitacji i łupnęła grzbietem o ziemię. Gdy jej plecy spotkały się z glebą płuca wyrzuciły w pośpiechu swoją zawartość, co z perspektywy osób trzecich zabrzmiało jakby smok próbował kwiknąć jak świnia. Sędzia zatrzymał się w połowie zamachu swoim bastardem na intruza i zaniemówił dostrzegając, kim był nieproszony gość będący równie sparaliżowany sytuacją co właściciel terenu. Tragicznie kontrastująca z poprzedzającymi ją zdarzeniami cisza zdawała się trwać parę godzin. Przewrócona gadzina wyciągała szyję w kierunku Sędziego łypiąc na niego ślepiami, podczas gdy ten z dziwnym grymasem na twarzy mrugał co chwilę próbując przetrawić sytuację. Brakowało tylko toczącego się krzaczka i zawodzącego wiatru. W końcu gadzina zaczęła kulać się na boki i machać kończynami jak przewrócony chrabąszcz z zamiarem podniesienia się z ziemi. Gdy w końcu z gracją antylopy gnu poderwała się z podłoża, wzbiła w powietrze w akcie czystej, spowodowanej zawstydzeniem paniki. Wtem jednak coś, a raczej ktoś szarpnął jej zwisający ogon z niewyobrażalną siła ściągając nieudolnego lotnika z powrotem na ziemię.
- Nie myśl sobie moja panno – warknął przez zęby siwobrody. – Że pozwolę ci drugi raz mnie tak wykiwać.
Zaskoczona praktycznie wszystkim co miało miejsce w przeciągu ostatnich paru minut Rita podniosła jedynie głowę i obróciła ją w kierunku Sędziego z nieukrywanym mindfuckiem wymalowanym na twarzy.. a raczej pysku. Ten ze zmarszczonymi brwiami odszedł parę kroków i iście po ojcowsku splótł ramiona na piersi. Przez chwilę lustrował surowym wzrokiem smoczycę, która na jego podstawie próbowała przewidzieć następne poczynania mężczyzny. Jednak wyciągnięcie przed siebie ręki, wskazanie miejsca dwa kroki przed sobą i komenda „Siad” nie były tym czego się spodziewała. Nadal będąc w szoku wykonała posłusznie polecenie nie odrywając od siwego zaniepokojonego, zaciekawionego i zawstydzonego zarazem spojrzenia.
- Po pierwsze – zaczął ten po chwili ponownie składając ręce. – Dzięki za pomoc Jaszczurko. Mam na myśli niebieskiego zjeba. Gdybyś się tam wtedy z tak z dupy nie pojawiła, to był bym już bez wątpienia o głowę niższy.
Zrobił chwilę budującej napięcie i atmosferę ciszy, której smoczyca nie śmiała przerwać.
- Po drugie. Naucz ty się cholero jedna manier. Nie odlatuje się bez słowa w ramach podzięki za uratowanie kościstej dupy. W domu cię kultury nie uczyli?
Następna przerwa, podczas której mózg Nyx powoli odparowywał poprzez dziurki od nosa z powodu nadmiaru sprzecznych i groteskowych wręcz bodźców, czy informacji.
- I po trzecie – w tym momencie wskazał palcem opartą o dom szybę, która cudem w całym tym harmidrze nie uległa kompletnej destrukcji. – Co to jest?
- Prezent – wygęgała prawie od razu, po czym machnęła pazurem w kierunku wybitego okna.
Cisza, która w tym momencie nastała była bezwątpienia najdłuższa ze wszystkich poprzednich. Rita z obawą wpatrywała się w Sędziego. Nie próbowała nawet przewidywać jaka będzie jego reakcja doświadczywszy już na własnej skórze, że był to osobnik… krótko mówiąc nieprzewidywalny. Ten zaś wyglądał, a przynajmniej dało się to wyczytać z jego utkwionego w smoczycy spojrzeniu, jak gdyby w jego umyśle odbywała się właśnie wojna stulecia pomiędzy Sędzią, który najchętniej zaciupałby stojącą przed nim gadzinę i zrobił sobie z niej zestaw galanterii, a Sędzią, który zaraz pobiegnie zrobić jej kakałko.
Sędzia? No nie udało się… Mission failed.
***
Księżyc widniał już wysoko na nieboskłonie gdy smoczyca zaczęła układać się do snu. Przyjąwszy najbardziej optymalną i najwygodniejszą pozę zamknęła ciężkie powieki. Tym razem sen nie miał jednak ochoty przyjść tak łatwo, jak dotychczas. Resztki adrenaliny pozostałe w krwioobiegu skutecznie odwodziły dziewczynę od błogiego odpoczynku nieustannie przypominając jej o zdarzeniach minionego dnia. Dodatkowo poczucie winy i długu, którego niedawno się wyzbyła powróciło ze zdwojoną siłą. Jednak dopiero obudziwszy się nad ranem z niespokojnego letargu zrozumiała, co ją przez cały ten czas dręczyło.
***
Widok kucającego za krzakami smoka musiał być dość nietypowy. Z kolei widok ogromnej, majestatycznej gadziny skradającej się nieudolnie do małego warsztatu musiał być już najzwyczajniej w świecie śmieszny. Rita stawiała łapy powoli i ostrożnie. Dokładnie planowała każdy kolejny ruch, a pewnie gdyby, nie fakt, że jej pokryta skórą łuska nie posiadała gruczołów potowych dziewczyna zapewne już byłaby cała pokryta ich słoną wydzieliną. Spojrzała szybko, czy nikt się nie zbliża i dodając sobie otuchy głębokim westchnięciem wyskoczyła zza krzaków i potruchtała do drewnianych drzwi po czym zapukała w nie delikatnie. Usłyszawszy ruch wewnątrz i męski głos dopytujący o tożsamość niespodziewanego gościa czmychnęła czym prędzej w bok i schowała się za boczną ścianą budynku. W tym samym momencie, z dokładnością co do tysięcznej sekundy długi, zielony ogon ukrył się za rogiem, a w drzwiach stanął rzemieślnik. Nyx praktycznie nie oddychała próbując usłyszeć ruchy wykonywane przez mężczyznę. Ten, tak jak się tego spodziewała, wydał z siebie zdziwiony okrzyk zaskoczenia połączony z zadowoleniem. Smoczyca nie musiała nawet się wychylać zza bezpiecznej kryjówki, żeby wiedzieć, że uwagę gospodarza domku przykuł dorodny, świeżo upolowany jeleń leżący parę metrów przed chatką. Gadzina odetchnęła z ulgą. Rzemieślnik złapał haczyk będący jednocześnie jego zapłatą. Wszystko szło podejrzliwie zgodnie z planem. Szklarz opuścił warsztat kierując się do padliny zostawiając budynek bez nadzoru. W tym czasie, jak na razie niezauważona Rita, podkradała się do otwartego okna. Nie było wystarczająco duże, żeby mogła przez nie przejść, jednak była w stanie przecisnąć przez nie swoją głowę lub ramię. Użyła najpierw tego pierwszego z zamiarem wykonania rekonesansu. Powoli wsunęła swój pokryty łuską łeb i ostrożnie rozejrzała się w poszukiwaniu celu. Długi rząd szyb o jednakowych, a tym samym idealnych wymiarach znajdował się tuż pod jej gardzielą. Dziękując swojemu podejrzanie sprzyjającemu losowi wyciągnęła głowę i w jej miejsce wsunęła ramię. Musiała się mocno wygimnastykować, żeby sięgnąć celu swojego arcytrudnego questa.
*Byłoby pierdyliard razy łatwiej gdybym nie była cholernym smokiem* przeszło jej przez myśl po raz kolejny.
Nie pozwoliła jednak takim bezsensownym rozważaniom o niesprawiedliwościach tego świata wytrącić się z równowagi. Mając już takie wieloletnie doświadczenie nauczyła się podczas swoich akcji trzymać nerwy na wodzy. Utalentowany złodziej po kilku chwilach wyciągał już delikatny skarb przez okno. Pomimo -300 punktów do zwinności i lepkich palców Nyx wywiązała się ze swojej misji znakomicie nie pozostawiając po sobie praktycznie żadnego śladu, z wyjątkiem zapłaty dla szklarza w postaci jelenia. Wynagradzanie kogoś w zmian za rabunek. To nie było zachowanie typowe dla Rity. Ta jednak była pewna, że osoba, której zamierzała swój łup sprezentować nie byłaby zadowolona z kradzionego podarunku.
***
Nie minęło nawet południe, gdy smoczyca wylądowała przed swoim ostatecznym celem. Dzierżąc prezent w jednej łapie i skacząc na pozostałych trzech jak kulawy pies doczłapała do drewnianych drzwi domku wykutego w skale. Odłożyła podarunek obok drzwi opierając go o kamienną ścianę (?) budynku. Po czym uniosła zgięte szpony z zamiarem zapukania w drewniane wrota. W ostatnim momencie zawahała się jednak zastanawiając się, co wypadałoby powiedzieć Sędziemu. Oczywiście przy założeniu, że zrozumie jej smocze pojękiwania. Nie zdążyła jednak nic sensownego wymyśleć, gdy drzwi z impetem rozwarły się po drodze zahaczając o smoczy pysk, aby ostatecznie gruchnąć o skalną ścianę budynku.
- KTO MI TYM RAZEM DUPĘ ZAWRACA?! – z wnętrza chatki wydobyło się zmęczone, lecz jednocześnie donośne ryknięcie siwobrodego, który po sekundzie już rzucał się z mieczem na masującą obolały nos smoczycę.
Ta zaskoczona takim obrotem spraw stanęła na dwóch łapach, lecz odchyliwszy się za bardzo do tyłu uległa bezlitosnej sile grawitacji i łupnęła grzbietem o ziemię. Gdy jej plecy spotkały się z glebą płuca wyrzuciły w pośpiechu swoją zawartość, co z perspektywy osób trzecich zabrzmiało jakby smok próbował kwiknąć jak świnia. Sędzia zatrzymał się w połowie zamachu swoim bastardem na intruza i zaniemówił dostrzegając, kim był nieproszony gość będący równie sparaliżowany sytuacją co właściciel terenu. Tragicznie kontrastująca z poprzedzającymi ją zdarzeniami cisza zdawała się trwać parę godzin. Przewrócona gadzina wyciągała szyję w kierunku Sędziego łypiąc na niego ślepiami, podczas gdy ten z dziwnym grymasem na twarzy mrugał co chwilę próbując przetrawić sytuację. Brakowało tylko toczącego się krzaczka i zawodzącego wiatru. W końcu gadzina zaczęła kulać się na boki i machać kończynami jak przewrócony chrabąszcz z zamiarem podniesienia się z ziemi. Gdy w końcu z gracją antylopy gnu poderwała się z podłoża, wzbiła w powietrze w akcie czystej, spowodowanej zawstydzeniem paniki. Wtem jednak coś, a raczej ktoś szarpnął jej zwisający ogon z niewyobrażalną siła ściągając nieudolnego lotnika z powrotem na ziemię.
- Nie myśl sobie moja panno – warknął przez zęby siwobrody. – Że pozwolę ci drugi raz mnie tak wykiwać.
Zaskoczona praktycznie wszystkim co miało miejsce w przeciągu ostatnich paru minut Rita podniosła jedynie głowę i obróciła ją w kierunku Sędziego z nieukrywanym mindfuckiem wymalowanym na twarzy.. a raczej pysku. Ten ze zmarszczonymi brwiami odszedł parę kroków i iście po ojcowsku splótł ramiona na piersi. Przez chwilę lustrował surowym wzrokiem smoczycę, która na jego podstawie próbowała przewidzieć następne poczynania mężczyzny. Jednak wyciągnięcie przed siebie ręki, wskazanie miejsca dwa kroki przed sobą i komenda „Siad” nie były tym czego się spodziewała. Nadal będąc w szoku wykonała posłusznie polecenie nie odrywając od siwego zaniepokojonego, zaciekawionego i zawstydzonego zarazem spojrzenia.
- Po pierwsze – zaczął ten po chwili ponownie składając ręce. – Dzięki za pomoc Jaszczurko. Mam na myśli niebieskiego zjeba. Gdybyś się tam wtedy z tak z dupy nie pojawiła, to był bym już bez wątpienia o głowę niższy.
Zrobił chwilę budującej napięcie i atmosferę ciszy, której smoczyca nie śmiała przerwać.
- Po drugie. Naucz ty się cholero jedna manier. Nie odlatuje się bez słowa w ramach podzięki za uratowanie kościstej dupy. W domu cię kultury nie uczyli?
Następna przerwa, podczas której mózg Nyx powoli odparowywał poprzez dziurki od nosa z powodu nadmiaru sprzecznych i groteskowych wręcz bodźców, czy informacji.
- I po trzecie – w tym momencie wskazał palcem opartą o dom szybę, która cudem w całym tym harmidrze nie uległa kompletnej destrukcji. – Co to jest?
- Prezent – wygęgała prawie od razu, po czym machnęła pazurem w kierunku wybitego okna.
Cisza, która w tym momencie nastała była bezwątpienia najdłuższa ze wszystkich poprzednich. Rita z obawą wpatrywała się w Sędziego. Nie próbowała nawet przewidywać jaka będzie jego reakcja doświadczywszy już na własnej skórze, że był to osobnik… krótko mówiąc nieprzewidywalny. Ten zaś wyglądał, a przynajmniej dało się to wyczytać z jego utkwionego w smoczycy spojrzeniu, jak gdyby w jego umyśle odbywała się właśnie wojna stulecia pomiędzy Sędzią, który najchętniej zaciupałby stojącą przed nim gadzinę i zrobił sobie z niej zestaw galanterii, a Sędzią, który zaraz pobiegnie zrobić jej kakałko.
Sędzia? No nie udało się… Mission failed.
4 grudnia 2018
Od Sędzi C.D Nyx
Patrzyłem zdziwiony na Nyx, nie za bardzo rozumiejąc jej nagły atak.
- Co ty jaszczurka, bawić się chcesz? - zapytałem zdziwiony. Smoczyca zaryczała na mnie znowu, ukazując mi swój zakrwawiony bok. - Aa, mam Ci bandaże załatwić?
Jaszczurka zaryczała ponownie i zagęgała coś po smoczemu. Pojąłem te z pozoru nieskładne gdakanie, i zacząłem rozpaczliwie sięgać po swojego bastarda. Gdy wreszcie poczułem chłodną stal pod palcami, wziąłem zamach i moja broń w ułamek sekundy znalazła się przy boku bestii. Zamiast jednak wbić się w jej skórę, poleciała za skrzydło, lekko dotykając boku Nyx aby wymoczyć się we krwi, po czym cofnąłem rękę. Z boku wyglądało to jakbym wyprowadził Nyx normalny cios, a nie tylko udawał.
Smoczyca zawarczała, zaryczała i wzbiła się w powietrze, przesadnie eksponując swój zakrwawiony bok.
Zacząłem szybko oddychać, jakbym był zmęczony długą walką. Nade mną stanął Marek, podając mi dłoń by pomóc wstać.
- Dzięki stary - mruknąłem z udawanym bólem, i wstałem. Spojrzałem na kałużę krwi u moich stóp i wtedy zrozumiałem, że cały jestem we krwi. Płynęła ona ze mojego rozciętego łuku brwiowego i, co gorsza, z otwartej na nowo rany na ramieniu. Nie wyglądało to za dobrze, a dodatkowo groziło wykrwawieniem. Już teraz czułem się trochę słabo.
- Co tu się stało, jak zemdlałem? - zapytał mój dowódca, patrząc na zmasakrowane zwłoki dragona obok nas, oraz dwie połowy Słonego, które dzieliło dobre pięć metrów.
- Ech. Długa historia - stęknąłem, patrząc na martwych towarzyszy. Słony i Galiusz zginęli szybko, i bynajmniej nie na marne. Centaur kupił nam trochę czasu, natomiast osiłek zapewnił mi możliwość przeżycia starcia z dragonem.
Marek przyjrzał się smokowi, patrząc na kilka jego ran i zmiażdżoną szyję.
- To nie jest tylko twoja sprawka, no nie? - zapytał mnie całkiem nieformalnie. Skinąłem głową, opierając bastarda na barku.
- Ano. Gdy już miałem dobić tego skurwiela, pojawiła się tamta smoczyca - powiedziałem, i zaraz ugryzłem się w język - znaczy chyba smoczyca, bo była mniejsza. W każdym razie, gdy zobaczyła w jakim stanie jest towarzysz, zagryzła go. Pewnie by nie musiał cierpieć. - Wzruszyłem ramionami. To było całkiem chamskie, by przypisać sobie zwycięstwo. Ale co miałem zrobić? Powiedzieć, że tamta latająca jaszczurka mi pomogła, bo jesteśmy przy...znajomymi? Nigdy w życiu.
- Czy ty...czy ty zajebałeś tego łuskowatego? - zapytał mnie towarzysz z niedowierzaniem a ja tylko skinąłem głową bez większego przejęcia się. - No, to całkiem dobre osiągnięcie. Na pewno nie każdy ma szanse z takim bydlęciem.
Łagodny wiatr owiał nas, zaczęliśmy czuć zapach śmierci. W milczeniu podszedłem do truchła smoka i przewróciłem jego głowę na bok, wybierając miejsce na szyi, gdzie nie było śladu kłów innego smoka. Wziąłem bastarda w ręce i uderzyłem dwukrotnie, z siłą tak wielką, że oddzieliłem łeb od cielska.
- Będzie dowód - powiedziałem bez skruchy. - Będzie wiadomo, że jedną bestię mniej.
Marek skinął głową i spojrzał na ciało Słonego. Uczynił krótki znak krzyża i zaczął targać dwie połowy w stronę rozgrzebanej ziemi obok chatki. Wyjął ze zgliszczy kilka kawałków drewna i kilka innych materiałów, po czym sporządził dwa krzyże. Na jednym wyrył "Galiusz" na drugim "Słony" i zostawił skromne wspomnienie o towarzyszach. Nie poświęciłem temu większej uwagi. Jak dla mnie byli po prostu martwi, nic więcej.
Podszedłem do studni, gdzie widać było linę. Całe szczęście. Nabrałem całe wiadro wody i wyciągnąłem je, po czym odsunąłem się od studni i wylałem całą zawartość wiadra na głowę. Niezbyt zdrowe rozwiązanie, ale zmyłem z siebie większość krwi, która jeszcze nie zaschła. Dzięki temu Marek mógł powiedzieć mi gdzie i jak wielkie mam szramy, a potem zabandażować je kawałkami szmat z mojego ubrania.
- Dzięki stary. Ale zgaduje, że doktorek mnie ojebie - powiedziałem ze śmiechem, widząc jak zaszyta rana została jeszcze bardziej rozszerzona i poszarpana. Napinanie mięśni zdecydowanie nie idzie w parze ze szwami. Blizna będzie ogromna.
- Powinieneś na siebie bardziej uważać, smokobójco - powiedział zdegustowany Marek. - Jeśli jesteś w stanie pokonać w pojedynkę dragona, to jesteś bardzo drogocennym sposobem obrony dla Osady - dodał.
Wzdrygnąłem się. Zostałem właśnie uprzedmiotowiony. Stwierdziłem jednak, że lepiej będzie znieść to w milczeniu, niż zacząć niepotrzebną wojnę z nim.
- Lepiej skonstruujmy jakieś nosze na ten łeb, bo samemu będzie mi ciężko to nieść - powiedziałem, wskazując na łeb smoka, z którego wciąż wylewała się powoli krew. To cholerstwo troszkę ważyło.
Na spółkę z towarzyszem przywiązaliśmy łeb do dwóch belek, które mieliśmy nieść na barkach. Dzięki temu ciężar, choć zwiększony drewnem, rozłoży się na nas dwóch.
Droga do Osady zajęła nam parę godzin, które spędziliśmy w milczeniu. Drogę przerywaliśmy tylko na kilka krótkich odpoczynków. Około pół godziny po zmierzchu, nasze trofeum legło u wrót Osady.
***
- Zginęli na miejscu? - zapytał szef strażników. Marek przytaknął.
- Walczyli? - Potaknięcie.
- Zranili bestię?
- Tylko Słony.
- Co z Galiuszem?
- Próbował uciec, zginął pożarty przez dragona.
- Stchórzył?
- Nazwałbym to raczej daniem nam okazji na obranie taktyki i rozmieszczenie sił.
Marek i dowódca rozmawiali ze sobą krótkimi, formalnymi zdaniami. Ja tylko słuchałem ich w milczeniu, czasem tylko sycząc gdy doktor wbijał mi za mocno igłę. Bez znieczulenia, ponieważ był to naprawdę deficytowy luksus, ale za to najlepszej jakości nicią. W kilka minut skończył zabieg, wycierając krew spokojnie, po czym nałożył jakąś maść i zawinął bandażem.
- Nie wysyłajcie już Sędzi na misję przez najbliższe dwa tygodnie. Nie chce mi się go już łatać więcej razy przez ichnią głupotę - powiedział zrzędliwie doktor, odbierając zapłatę. Tym razem jednak nie ode mnie, ale od dowódcy. Sponsor się znalazł, psia jego mać.
- Jeśli będziesz musiał, będziesz szył go nawet codziennie - syknął dowódca, patrząc groźnie na doktora. Ten nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, zakłapał tylko dłonią prześmiewczo w stylu "bla bla gadaj se" i zaczął zbierać swoje narzędzia.
- Posłuchaj mnie, synu - powiedział do mnie lekarz, dając mi jakieś małe naczynie z wieczkiem. - Tutaj masz specjalną maść. Daję ją tobie, bo twoja rana jest naprawdę paskudna. Stosuj ją na tę wielką dziarę, ale też na brew. Służy ona do zapobiegania infekcji i szybszemu gojeniu się ran.
Skinąłem głową. a doktor poklepał mnie po barku. Był ode mnie wiele starszy, ale z trzy razy mniejszy. To dziwnie musiało wyglądać, jak taki drągal dostawał reprymendę od osoby starszej, która jednak, przez moje siwe włosy, wyglądała na młodszą ode mnie!
Medyk wyszedł z gabinetu dowódcy bez słowa, na co nasz szefunio się zrobił cały czerwony. Nienawidzili się, i choć dowódca miał teoretycznie większą rangę wojskowo, to jednak doktor cieszył się znacznie większym szacunkiem i sławą. Dowódca w końcu głównie siedział na dupie, doktor natomiast codziennie ratował życia i był wiecznie życzliwy.
- Słuchaj, Sędzia. Zabiłeś smoka, fajnie. Ale nie zapominał, kto tu jest dowódcą - zaczął mój boss. Wstał nawet, by spojrzeć mi w oczy, jednak musiał naprawdę mocno zadrzeć głowę. Konus.
- Co z tego, kto jest dowódcą? - zapytałem z udawanym zdziwieniem, choć już wiedziałem jak skończy się ta rozmowa.
- Jutro przyjdą do mnie robole zamontować głowę nad wejściem do mojego gabinetu. Będę znany jako obrońca Osady! - zaczął mówić w samozachwycie mój rozmówca. Ja i Marek wyszliśmy z pomieszczenia w milczeniu, nie komentując egoistycznego zachowania tego dupka.
Łeb smoka leżał przed wejściem do siedziby strażników, podziwiały go zastępy obrońców i cywili. Przeszedłem w milczeniu, jednak słyszałem wokół siebie szepty typu "to on zabił tego dragona" czy "jak silny musi być ten starzec?". Nie zwróciłem uwagi, przebiłem się tylko przez tłum, idąc w obdartym ubraniu, w bandażach i krwi, jedyne co biorąc ze sobą to stalowy bastard.
***
Droga do domku wcale nie była taka ciekawa. Znużenie, ból i ogólnie wyczerpanie dawały o sobie znaki. Potykałem się na ścieżce, droga niekiedy mi się lekko myliła. Raz nawet złapała mnie zadyszka, co do tej pory się nie zdarzało nawet przy wręcz maratońskim biegu.
Gdy jednak wreszcie dotarłem do swego legowiska i wszedłem do środka, padłem na podłogę i zasnąłem. Nie jadłem, nie rozpaliłem ognia. Po prostu padłem, zamknąłem oczy i zapadłem w sen.
Gdy się rozbudziłem, już nad ranem, zdziwiło mnie to, co mi się śniło. Otóż była to Nyx, jednak jako kobieta. W śnie miała na sobie moją bluzę, siedziała w fotelu i piła herbatę. Przeziębiona, zmarnowana. Po długiej podróży. W śnie zdawało mi się, jakby to było normalne, jakby co kilka dni lub tygodni wracała do mnie, jadła, spała, śmiała i rozmawiała ze mną. I potem znowu znikała.
Gdy się wreszcie się rozbudziłem, zrozumiałem, że śniła mi się dziewczyna, której nie znałem i która zostawiła mnie. Po raz kolejny, choć nie miała wobec mnie żadnych zobowiązań.
- No właśnie, to nad czym rozpaczasz, siwy pacanie? - zapytałem sam siebie i wróciłem do rutyny. Rozpaliłem palenisko, zrobiłem sobie ciepłe śniadanie i zadbałem o rany. Przed południem usiadłem na fotelu i wziąłem jedną z niewielu książek, które miałem w posiadaniu, i rozpocząłem lekturę. Nie miałem co robić, z obowiązków byłem na dzisiaj zwolniony, a wcale nie śpieszyło mi się do Osady na oficjalnie ogłoszenie jak to nasz dowódca pokonał smoka i urwał mu łeb gołymi rękoma.
Mój spokojny, ciepły dzień w zaciszu przerwało głuche stuknięcie na zewnątrz. Spojrzałem na drzwi. Odłożyłem książkę, wstałem i złapałem za bastarda, który leżał obok kominka. Musiałem go naostrzyć, za co miałem zamiar wziąć się wieczorem. Po cichu i powoli zacząłem zbliżać się do drzwi, teraz przeklinając w duchu opóźnienie w wymianie okna. Mógłbym zwyczajnie wyjrzeć przez szkło, by spojrzeć z jakim intruzem mam tym razem do czynienia.
Nyx? A masz tutaj ponad 1500 słówek. Przebij to, ha! XD
- Co ty jaszczurka, bawić się chcesz? - zapytałem zdziwiony. Smoczyca zaryczała na mnie znowu, ukazując mi swój zakrwawiony bok. - Aa, mam Ci bandaże załatwić?
Jaszczurka zaryczała ponownie i zagęgała coś po smoczemu. Pojąłem te z pozoru nieskładne gdakanie, i zacząłem rozpaczliwie sięgać po swojego bastarda. Gdy wreszcie poczułem chłodną stal pod palcami, wziąłem zamach i moja broń w ułamek sekundy znalazła się przy boku bestii. Zamiast jednak wbić się w jej skórę, poleciała za skrzydło, lekko dotykając boku Nyx aby wymoczyć się we krwi, po czym cofnąłem rękę. Z boku wyglądało to jakbym wyprowadził Nyx normalny cios, a nie tylko udawał.
Smoczyca zawarczała, zaryczała i wzbiła się w powietrze, przesadnie eksponując swój zakrwawiony bok.
Zacząłem szybko oddychać, jakbym był zmęczony długą walką. Nade mną stanął Marek, podając mi dłoń by pomóc wstać.
- Dzięki stary - mruknąłem z udawanym bólem, i wstałem. Spojrzałem na kałużę krwi u moich stóp i wtedy zrozumiałem, że cały jestem we krwi. Płynęła ona ze mojego rozciętego łuku brwiowego i, co gorsza, z otwartej na nowo rany na ramieniu. Nie wyglądało to za dobrze, a dodatkowo groziło wykrwawieniem. Już teraz czułem się trochę słabo.
- Co tu się stało, jak zemdlałem? - zapytał mój dowódca, patrząc na zmasakrowane zwłoki dragona obok nas, oraz dwie połowy Słonego, które dzieliło dobre pięć metrów.
- Ech. Długa historia - stęknąłem, patrząc na martwych towarzyszy. Słony i Galiusz zginęli szybko, i bynajmniej nie na marne. Centaur kupił nam trochę czasu, natomiast osiłek zapewnił mi możliwość przeżycia starcia z dragonem.
Marek przyjrzał się smokowi, patrząc na kilka jego ran i zmiażdżoną szyję.
- To nie jest tylko twoja sprawka, no nie? - zapytał mnie całkiem nieformalnie. Skinąłem głową, opierając bastarda na barku.
- Ano. Gdy już miałem dobić tego skurwiela, pojawiła się tamta smoczyca - powiedziałem, i zaraz ugryzłem się w język - znaczy chyba smoczyca, bo była mniejsza. W każdym razie, gdy zobaczyła w jakim stanie jest towarzysz, zagryzła go. Pewnie by nie musiał cierpieć. - Wzruszyłem ramionami. To było całkiem chamskie, by przypisać sobie zwycięstwo. Ale co miałem zrobić? Powiedzieć, że tamta latająca jaszczurka mi pomogła, bo jesteśmy przy...znajomymi? Nigdy w życiu.
- Czy ty...czy ty zajebałeś tego łuskowatego? - zapytał mnie towarzysz z niedowierzaniem a ja tylko skinąłem głową bez większego przejęcia się. - No, to całkiem dobre osiągnięcie. Na pewno nie każdy ma szanse z takim bydlęciem.
Łagodny wiatr owiał nas, zaczęliśmy czuć zapach śmierci. W milczeniu podszedłem do truchła smoka i przewróciłem jego głowę na bok, wybierając miejsce na szyi, gdzie nie było śladu kłów innego smoka. Wziąłem bastarda w ręce i uderzyłem dwukrotnie, z siłą tak wielką, że oddzieliłem łeb od cielska.
- Będzie dowód - powiedziałem bez skruchy. - Będzie wiadomo, że jedną bestię mniej.
Marek skinął głową i spojrzał na ciało Słonego. Uczynił krótki znak krzyża i zaczął targać dwie połowy w stronę rozgrzebanej ziemi obok chatki. Wyjął ze zgliszczy kilka kawałków drewna i kilka innych materiałów, po czym sporządził dwa krzyże. Na jednym wyrył "Galiusz" na drugim "Słony" i zostawił skromne wspomnienie o towarzyszach. Nie poświęciłem temu większej uwagi. Jak dla mnie byli po prostu martwi, nic więcej.
Podszedłem do studni, gdzie widać było linę. Całe szczęście. Nabrałem całe wiadro wody i wyciągnąłem je, po czym odsunąłem się od studni i wylałem całą zawartość wiadra na głowę. Niezbyt zdrowe rozwiązanie, ale zmyłem z siebie większość krwi, która jeszcze nie zaschła. Dzięki temu Marek mógł powiedzieć mi gdzie i jak wielkie mam szramy, a potem zabandażować je kawałkami szmat z mojego ubrania.
- Dzięki stary. Ale zgaduje, że doktorek mnie ojebie - powiedziałem ze śmiechem, widząc jak zaszyta rana została jeszcze bardziej rozszerzona i poszarpana. Napinanie mięśni zdecydowanie nie idzie w parze ze szwami. Blizna będzie ogromna.
- Powinieneś na siebie bardziej uważać, smokobójco - powiedział zdegustowany Marek. - Jeśli jesteś w stanie pokonać w pojedynkę dragona, to jesteś bardzo drogocennym sposobem obrony dla Osady - dodał.
Wzdrygnąłem się. Zostałem właśnie uprzedmiotowiony. Stwierdziłem jednak, że lepiej będzie znieść to w milczeniu, niż zacząć niepotrzebną wojnę z nim.
- Lepiej skonstruujmy jakieś nosze na ten łeb, bo samemu będzie mi ciężko to nieść - powiedziałem, wskazując na łeb smoka, z którego wciąż wylewała się powoli krew. To cholerstwo troszkę ważyło.
Na spółkę z towarzyszem przywiązaliśmy łeb do dwóch belek, które mieliśmy nieść na barkach. Dzięki temu ciężar, choć zwiększony drewnem, rozłoży się na nas dwóch.
Droga do Osady zajęła nam parę godzin, które spędziliśmy w milczeniu. Drogę przerywaliśmy tylko na kilka krótkich odpoczynków. Około pół godziny po zmierzchu, nasze trofeum legło u wrót Osady.
***
- Zginęli na miejscu? - zapytał szef strażników. Marek przytaknął.
- Walczyli? - Potaknięcie.
- Zranili bestię?
- Tylko Słony.
- Co z Galiuszem?
- Próbował uciec, zginął pożarty przez dragona.
- Stchórzył?
- Nazwałbym to raczej daniem nam okazji na obranie taktyki i rozmieszczenie sił.
Marek i dowódca rozmawiali ze sobą krótkimi, formalnymi zdaniami. Ja tylko słuchałem ich w milczeniu, czasem tylko sycząc gdy doktor wbijał mi za mocno igłę. Bez znieczulenia, ponieważ był to naprawdę deficytowy luksus, ale za to najlepszej jakości nicią. W kilka minut skończył zabieg, wycierając krew spokojnie, po czym nałożył jakąś maść i zawinął bandażem.
- Nie wysyłajcie już Sędzi na misję przez najbliższe dwa tygodnie. Nie chce mi się go już łatać więcej razy przez ichnią głupotę - powiedział zrzędliwie doktor, odbierając zapłatę. Tym razem jednak nie ode mnie, ale od dowódcy. Sponsor się znalazł, psia jego mać.
- Jeśli będziesz musiał, będziesz szył go nawet codziennie - syknął dowódca, patrząc groźnie na doktora. Ten nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, zakłapał tylko dłonią prześmiewczo w stylu "bla bla gadaj se" i zaczął zbierać swoje narzędzia.
- Posłuchaj mnie, synu - powiedział do mnie lekarz, dając mi jakieś małe naczynie z wieczkiem. - Tutaj masz specjalną maść. Daję ją tobie, bo twoja rana jest naprawdę paskudna. Stosuj ją na tę wielką dziarę, ale też na brew. Służy ona do zapobiegania infekcji i szybszemu gojeniu się ran.
Skinąłem głową. a doktor poklepał mnie po barku. Był ode mnie wiele starszy, ale z trzy razy mniejszy. To dziwnie musiało wyglądać, jak taki drągal dostawał reprymendę od osoby starszej, która jednak, przez moje siwe włosy, wyglądała na młodszą ode mnie!
Medyk wyszedł z gabinetu dowódcy bez słowa, na co nasz szefunio się zrobił cały czerwony. Nienawidzili się, i choć dowódca miał teoretycznie większą rangę wojskowo, to jednak doktor cieszył się znacznie większym szacunkiem i sławą. Dowódca w końcu głównie siedział na dupie, doktor natomiast codziennie ratował życia i był wiecznie życzliwy.
- Słuchaj, Sędzia. Zabiłeś smoka, fajnie. Ale nie zapominał, kto tu jest dowódcą - zaczął mój boss. Wstał nawet, by spojrzeć mi w oczy, jednak musiał naprawdę mocno zadrzeć głowę. Konus.
- Co z tego, kto jest dowódcą? - zapytałem z udawanym zdziwieniem, choć już wiedziałem jak skończy się ta rozmowa.
- Jutro przyjdą do mnie robole zamontować głowę nad wejściem do mojego gabinetu. Będę znany jako obrońca Osady! - zaczął mówić w samozachwycie mój rozmówca. Ja i Marek wyszliśmy z pomieszczenia w milczeniu, nie komentując egoistycznego zachowania tego dupka.
Łeb smoka leżał przed wejściem do siedziby strażników, podziwiały go zastępy obrońców i cywili. Przeszedłem w milczeniu, jednak słyszałem wokół siebie szepty typu "to on zabił tego dragona" czy "jak silny musi być ten starzec?". Nie zwróciłem uwagi, przebiłem się tylko przez tłum, idąc w obdartym ubraniu, w bandażach i krwi, jedyne co biorąc ze sobą to stalowy bastard.
***
Droga do domku wcale nie była taka ciekawa. Znużenie, ból i ogólnie wyczerpanie dawały o sobie znaki. Potykałem się na ścieżce, droga niekiedy mi się lekko myliła. Raz nawet złapała mnie zadyszka, co do tej pory się nie zdarzało nawet przy wręcz maratońskim biegu.
Gdy jednak wreszcie dotarłem do swego legowiska i wszedłem do środka, padłem na podłogę i zasnąłem. Nie jadłem, nie rozpaliłem ognia. Po prostu padłem, zamknąłem oczy i zapadłem w sen.
Gdy się rozbudziłem, już nad ranem, zdziwiło mnie to, co mi się śniło. Otóż była to Nyx, jednak jako kobieta. W śnie miała na sobie moją bluzę, siedziała w fotelu i piła herbatę. Przeziębiona, zmarnowana. Po długiej podróży. W śnie zdawało mi się, jakby to było normalne, jakby co kilka dni lub tygodni wracała do mnie, jadła, spała, śmiała i rozmawiała ze mną. I potem znowu znikała.
Gdy się wreszcie się rozbudziłem, zrozumiałem, że śniła mi się dziewczyna, której nie znałem i która zostawiła mnie. Po raz kolejny, choć nie miała wobec mnie żadnych zobowiązań.
- No właśnie, to nad czym rozpaczasz, siwy pacanie? - zapytałem sam siebie i wróciłem do rutyny. Rozpaliłem palenisko, zrobiłem sobie ciepłe śniadanie i zadbałem o rany. Przed południem usiadłem na fotelu i wziąłem jedną z niewielu książek, które miałem w posiadaniu, i rozpocząłem lekturę. Nie miałem co robić, z obowiązków byłem na dzisiaj zwolniony, a wcale nie śpieszyło mi się do Osady na oficjalnie ogłoszenie jak to nasz dowódca pokonał smoka i urwał mu łeb gołymi rękoma.
Mój spokojny, ciepły dzień w zaciszu przerwało głuche stuknięcie na zewnątrz. Spojrzałem na drzwi. Odłożyłem książkę, wstałem i złapałem za bastarda, który leżał obok kominka. Musiałem go naostrzyć, za co miałem zamiar wziąć się wieczorem. Po cichu i powoli zacząłem zbliżać się do drzwi, teraz przeklinając w duchu opóźnienie w wymianie okna. Mógłbym zwyczajnie wyjrzeć przez szkło, by spojrzeć z jakim intruzem mam tym razem do czynienia.
Nyx? A masz tutaj ponad 1500 słówek. Przebij to, ha! XD
1 grudnia 2018
Od Nyx CD Sędziego
Tydzień od swojej niewdzięcznej ucieczki Nyx spędziła na przemian siejąc postrach wśród wysokogórskiej zwierzyny i próbując panować nad swoim ognistym (hehe) temperamentem. Drobnymi kroczkami dążyła do obranego celu, ale do całkowitej kontroli nad własnym ciałem i umysłem było jeszcze daleko. Na domiar złego każdy dzień dodawał jej sporo decymetrów w kłębie. Tak szybki rozrost ciała i przyrost masy wymagał dużych nakładów pożywienia, a wiązał się z nieustępującym bólem mięśni, kości, czy stawów oraz częstym linieniem. Pełnowartościowego mięsa, stanowiącego podstawę gadziej diety, na stromych zboczach nie było wiele. Zdecydowanie łatwiej byłoby dziewczynie zaspokoić głód osadniczą trzodą, jednak pomimo typowo zbójeckiej, samotniczej natury Starkówna wzbraniała się przed polowaniami w okolicach wioski w obawie przed niekontrolowanym atakiem na zamieszkujących ją mutantów. Gdy równo osiem dób od opuszczenia wykutej w skale chatki smoczyca siedząc na skalnej półce zdrapywała swędzący, łuszczący się stary naskórek ostrymi jak brzytwa pazurami, które mierzyły już więcej centymetrów niż spora finka, rześkie wiosenne powietrze rozdarł przeszywający ryk. Na tyle donośny, że jeszcze przez długie sekundy odbijał się złowieszczym echem pomiędzy poszarpanymi szczytami gór Ungcy. Rita od razu rozpoznała wołanie spragnionego krwi smoka. Nie czekając ani chwili dłużej rozpostarła skrzydła i pchana czysto zwierzęcym instynktem lub wewnętrzną potrzebą niesienia pomocy potencjalnej ofierze brata z innej matki, wzbiła się w powietrze. Leciała ile w skrzydłach nabierając dość sporej prędkości. Z początku kierowała się pamięcią, próbując utrzymać wspomnienie kierunku źródła dźwięku. Czujnym wzrokiem lustrowała gęsty las w poszukiwaniu bestii mając nadzieję, że przypadkiem jej nie minęła. Rozpościerająca się pod nią gęstwina tworzyła lekki, wczesnowiosenny kożuch przysłaniając jednak Ricie wszystko co działo się pod koronami drzew. Po chwili nieprzerwanego lotu do jej uszu dotarł kolejny ryk potwierdzający poprawność obranej trasy. Wtedy kątem czujnego, gadziego oka dostrzegła odległy ruch. Czarna, wypalona niewątpliwie smoczym płomieniem dziura widniała na leśnym dywanie niczym trawiący skórę czerniak. Na środku owego nowotworu rozgrywała się nierówna, zagorzała walka. Rita zaczęła pikować w momencie, gdy niebiesko łuska gadzina powaliła trojga z czterech zapewne niedoszłych napastników i zamykała swoją paszczę na ostatnim z ocalałych. Szmaragdowa smuga przecięła powietrze niczym pocisk i z siłą potężnego tarana zderzyła się z gadem posyłając zarówno jego jak i siebie w mierzącą kilkanaście metrów serię koziołków, która tratowała wszystko na swojej drodze. Zielonołuska wstała jednak zdecydowanie szybciej od niedoszłego konsumenta mutantów, który na zwilżonej od roztapiającego się śniegu ziemi podryfował dalej i uderzył w wysoką sosnę, łamiąc ją u podstawy niczym zapałkę. Smoczyca czuła napływającą do jej żył w absurdalnie wielkich ilościach adrenalinę. Serce zwiększyło obroty, pionowe źrenice rozszerzyły się przybierając niemalże owalny kształt, a z nozdrzy zaczęło intensywnie buchać rozgrzane smoczym oddechem powietrze z towarzyszącym, charakterystycznym świstem. Pod wpływem upojenia buzującym w żyłach hormonem dziewczyna rozwarła swe szczęki ukazując równe rzędy białych, ostrych, szablastych zębów, przy czym z jej gardzieli wydobył się głośny, głęboki i przejmujący, dziki ryk. Można było wręcz odnieść wrażenie, że ziemia zatrzęsła się spłoszona brzmieniem czystej, smoczej furii, a okoliczne drzewa drgnęły chcąc wypłoszyć pobliskie, potencjalnie zagrożone ptaki. Pokryty niebieską łuską gad podniósł się z ziemi sycząc wściekle. Donośne ostrzeżenie samicy nie zrobiło na nim większego wrażenia. Kłapnął ostrzegawczo paszczą, świsnął długim ogonem i machnął agresywnie skrzydłami ukazując swoją gotowość do walki. Dwa gady zaczęły okrążać się wzajemnie niczym lwy z afrykańskiej sawanny starając się znaleźć słabe punkty przeciwnika i szacując swoje szanse. Atmosfera gęstniała i tężała stając się niemalże namacalna, a nie mogący wytrzymać rosnącego napięcia niebieskiołuski przeciwnik zaczął prychać niecierpliwie. Na to właśnie smoczyca czekała. Gdy wreszcie rozjuczony niczym byk na corridzie przeciwnik pogrążony we wściekłym, opętańczym transie ruszył w kierunku Nyx, dziewczyna zgrabnie uniknęła szarży i uderzyła w bok rozpędzoną bestię wytracając ją z równowagi. Ta jednak wykazała się dużą zwinnością i pochwyciła przeciwniczkę zabierając ją ze sobą w szaleńczy danse macabre. Gadziny złączyły się w morderczym, zapaśniczym uścisku rzucając się po czarnych zgliszczach chatki i próbując rozszarpać delikatny brzuch szponami lub zatopić zębiska w krtani oponenta. Makabryczny taniec trwał długo. Obie bestie grały na zwłokę czekając na błąd przeciwnika. Pierwszy pojawił się ze strony szmaragdowego smoka i został skutecznie wykorzystany co zakończyło się zakończeniem pierwszej rundy. Karmazynowa, ciepła ciecz wyciekająca ze świeżej rany na boku, spływała powoli po zielonych łuskach kapiąc na zwęglone drewno areny. Mięsisty język lazurowego gada oblizał zmarszczone w butnym grymasie wargi i ociekające krwią zęby. Odrobina smoczej krwi zadziała na niego niczym ecstasy jeszcze bardziej zachęcając go do walki. Z kolei Nyx, w której żyłach nadal utrzymywał się wysoki poziom adrenaliny nie odczuwała bólu jaki powinna wywołać świeża rana. Nie pozwoliła jednak hormonowi zaciemniać swojego umysłu i podczas gdy oszalały przeciwnik ponownie ruszył w jej kierunku smoczyca sprawnie uniknęła kolejnej szarży wykonując skuteczną kontrę. Tym razem jucha trysnęła z pustego oczodołu pokrytego niebieską łuską gada. Ten ryknął głośno z powodu piekielnego bólu, wypełniającego jego czaszkę. Przez dłuższą chwilę miotał się w dzikim szale na pobojowisku rycząc wściekle i jedną łapą trzymając się za lewe oko, które nieuchronnie wypływało ze swojego pierwotnego miejsca. W tym czasie Rita zdążyła przyjrzeć się swojej ranie i ocenić szkody, jakie wyrządził jej przeciwnik. Trzy długie ślady po pazurach nie były na tyle głębokie, żeby zagrażały jej życiu, czy zdrowiu. Mogły jednak okazać się niebezpieczne, gdyby starcie przedłużyło się znacząco. Popełniła drastyczny błąd odwracając wzrok od przeciwnika. Nie zdążyła zareagować gdy ten wbiegł w nią przewracając na grzbiet. Nyx w akcie desperacji zaczęła wyciągać swoją długą szyję i kłapać zębiskami próbując dosięgnąć wrażliwej krtani przeciwnika. Ten jednak miał wystarczająco masywne kończyny aby przygnieść jej pysk do ziemi. Z kolei pazurami tylniej łapy, czy to specjalnie czy przypadkiem poszerzył widniejącą na jej boku ranę. Szmaragdowa bestia ryknęła z bólu i strachu przed prawdopodobną przegraną. Jej serce biło w rytmie na tyle szybkim, że praktycznie nie dało się określić ilości wykonywanych przez mięsień skurczów. Ogarnęła ją panika. Czysty, iście naturalny strach przed czymś nieuniknionym. Obecnym w cyklu życiowym każdej żywej istoty. Czymś, z czym miała styczność wystarczająco często, aby straciło na swoim znaczeniu. W tamtej jednak chwili śmierć ponownie nabrała dla niej jaskrawych, wyraźnych, mrocznych kolorów. Przypomniała o swojej obecności i zamachała dziewczynie swoją kościstą łapą przekazując jasny komunikat. Nie myśl sobie, że możesz mnie od tak sobie zlekceważyć, kochaniutka. Lepiej by było dla ciebie, gdybyś o mnie nie zapominała. Sekundy, które dzieliły smoczycę od nieuniknionego końca sprawiały wrażenie godzin. Jak gdyby w spowolnionym tempie pokryty lazurową łuską gad rozwierał paszczę i zbliżał ją do nerwowo drgającej od przełykanej śliny grdyce. Cały ten proces trwał na tyle wolno, że Starkówna zdążyła dostrzec zbliżającego się siwego mężczyznę dzierżącego stalowego bastarda. Niedoszły zwycięzca nie spostrzegł nadciągającego z jego lewej strony ataku. Odczuł ludzką obecność dopiero wtedy, gdy żelazo zostało wbite z wielką siłą w jego pusty oczodół. Czas powrócił do standardowego tempa. Bestia podniosła się z rykiem łapiąc się za lewą stronę głowy, zaś jej niedoszła ofiara wykorzystała okazję i resztkę swoich sił aby zatopić zębiska w odsłoniętej szyi przeciwnika. Rita zacisnęła szczęki najmocniej jak potrafiła. Poczuła jak pod naciskiem jej kłów kruszy się kręgosłup, tchawica i tętnice pękają, a krtań ulega całkowitemu zmiażdżeniu. Trzymała uparcie szyję niebieskiego smoka do momentu, gdy ten przestał podrygiwać w agonalnej padaczce, a z jego zmasakrowanych górnych dróg oddechowych wydobył się ostatni, świszczący oddech. Wypluła z pogardą martwe ciało bestii. Zapanowała cisza przerywana jedynie ciężkim sapaniem smoka i siwego mężczyzny. Rita spojrzała na Sędziego masującego swoją rozbitą głowę. Jego rozcięty łuk brwiowy krwawił równie intensywnie co poszerzona rana smoczycy, częściowo zasłaniając mu pole widzenia. Rita usiadła ciężko i jęknęła cicho do mężczyzny.
- Nie ma za co – odparł siadając obok niej na ziemi.
Dwaj zwycięzcy siedzieli w milczeniu i przyglądali się stygnącemu truchłu. Znudzony ciszą mężczyzna zaczął delikatnie dźgać końcówką swojego miecza zwłoki. Z gadziego gardła jego towarzyszki wydobył się cichy warkot.
- Należy się skurwysynowi – odparł siwy.
Po chwili Nyx ponownie wydała z siebie niezrozumiały dźwięk.
- Hm… Powiesić głowę nad kominkiem? – zastanowił się głośno osadnik nie zaprzestając wykonywanej czynności. – Nie głupi pomysł. Szkoda tylko, że wydłubałaś mu oko.
Ciche, krótkie stęknięcie.
- W sumie racja, szklane nie zgniją.
Nietypowy dialog zakończył się w chwili, gdy do czujnych uszu rozmówców dobiegły jęki rannego mężczyzny. Nyx podniosła się na równe nogi i obróciła w kierunku podnoszącego się z ziemi człowieka. Był jednym z towarzyszy Sędziego. Gdy wreszcie chwiejąc się znacząco i trzymając za krwawiącą głowę podniósł się do pozycji, mniej więcej wyprostowanej i otworzył oczy dostrzegając stojącego obok swojego towarzysza smoka upadł z powrotem na ziemię.
- Co ty robisz?! Sędzia?! Zajeb sukinsyna zanim ci łeb urżnie!
Nyx nie wiedziała co zrobić. Mogła po prostu odlecieć, ale wtedy na siwego padły by podejrzenia o zmowę z dragonem-samotnikiem, a to zapewne przysporzyło by mu sporo problemów. Postanowiła więc zaimprowizować i z nadzieją, że Sędzia pojmie jej wymyślony na szybcika, dość szalony plan przygniotła łapą mężczyznę do ziemi. Rozwarła paszczę i ryknęła siwemu prosto w twarz. Ten, delikatne mówiąc, zdziwiony i zaskoczony jej zachowaniem gapił się na smoczycę z nietęgim wyrazem twarzy. Rita warcząc nieustannie przeskakiwała wzrokiem ze swojej rany na miecz siwego, próbując przekazać niezbyt jasny komunikat modląc się w duchu, że zrozumie jej „sprytny” plan.
Sędzia? Tylko jej nie zabij, bo ci szybki nowej nie załatwi.
- Nie ma za co – odparł siadając obok niej na ziemi.
Dwaj zwycięzcy siedzieli w milczeniu i przyglądali się stygnącemu truchłu. Znudzony ciszą mężczyzna zaczął delikatnie dźgać końcówką swojego miecza zwłoki. Z gadziego gardła jego towarzyszki wydobył się cichy warkot.
- Należy się skurwysynowi – odparł siwy.
Po chwili Nyx ponownie wydała z siebie niezrozumiały dźwięk.
- Hm… Powiesić głowę nad kominkiem? – zastanowił się głośno osadnik nie zaprzestając wykonywanej czynności. – Nie głupi pomysł. Szkoda tylko, że wydłubałaś mu oko.
Ciche, krótkie stęknięcie.
- W sumie racja, szklane nie zgniją.
Nietypowy dialog zakończył się w chwili, gdy do czujnych uszu rozmówców dobiegły jęki rannego mężczyzny. Nyx podniosła się na równe nogi i obróciła w kierunku podnoszącego się z ziemi człowieka. Był jednym z towarzyszy Sędziego. Gdy wreszcie chwiejąc się znacząco i trzymając za krwawiącą głowę podniósł się do pozycji, mniej więcej wyprostowanej i otworzył oczy dostrzegając stojącego obok swojego towarzysza smoka upadł z powrotem na ziemię.
- Co ty robisz?! Sędzia?! Zajeb sukinsyna zanim ci łeb urżnie!
Nyx nie wiedziała co zrobić. Mogła po prostu odlecieć, ale wtedy na siwego padły by podejrzenia o zmowę z dragonem-samotnikiem, a to zapewne przysporzyło by mu sporo problemów. Postanowiła więc zaimprowizować i z nadzieją, że Sędzia pojmie jej wymyślony na szybcika, dość szalony plan przygniotła łapą mężczyznę do ziemi. Rozwarła paszczę i ryknęła siwemu prosto w twarz. Ten, delikatne mówiąc, zdziwiony i zaskoczony jej zachowaniem gapił się na smoczycę z nietęgim wyrazem twarzy. Rita warcząc nieustannie przeskakiwała wzrokiem ze swojej rany na miecz siwego, próbując przekazać niezbyt jasny komunikat modląc się w duchu, że zrozumie jej „sprytny” plan.
Sędzia? Tylko jej nie zabij, bo ci szybki nowej nie załatwi.
20 listopada 2018
Od Nyx CD Sędziego
Przyzwyczajenie się do nowego ciała było dla Nyx nie lada wyzwaniem. Co rusz potykała się o swoje własne, długie kończyny, zahaczała o coś ogonem albo uderzała głową. Nie wspominając o barierze komunikacyjnej. Odnosiła wrażenie, jak gdyby coraz większe starania mające na celu artykulację jakiegokolwiek słowa coraz bardziej oddalały ją od iście ludzkiej formy przekazywania infromacji. Gdy jednak jakimś, niezrozumiałym cudem Sędzia zrozumiał dwie wygęgane z trudem prze nią sentencję w smoczycę wstąpiła nadzieja. Może jeszcze dane jej będzie prowadzić iście diaboliczne konwersacje wcielając się w rolę autentycznego Smauga. Na samą myśl kąciki ust, czy raczej pyska dziewczyny uniosły się złowieszczo.
- So tell me thiefff… - wyprężyła się złowieszczo imitując słynnego gada. – How do you chosoe to die?
- Co tam gęgasz? – zapytał siwowłosy znad puszki, oblizując łyżkę czym skutecznie zniszczył starannie zbudowany klimat.
Gadzina syknęła jedynie w odpowiedzi urażona tak pozbawionym wszelkiego szacunku traktowaniem.
- To była twoja odpowiedź? Wyglądała na dość złowrogą…
Smoczyca przekręciła głowę, jak pies reagujący na ciekawy dźwięk. O co mężczyźnie chodziło z tą odpowiedzią?
- Eh… Słuchałabyś mnie przynajmniej – westchnął kręcąc głową niczym niezadowolony z wnuków dziadek. – Ta dzisiejsza młodzież…
- Dziadziejesz Mikołaj – parsknęła, jednak po chwili naszła ją refleksja dotycząca faktycznego wieku rozmówcy.
Zadała więc pytanie z nadzieją, że znowu za sprawą cudu siwobrody zrozumie jej gulgotanie. Bezskutecznie. Sięgnęła więc po prowizoryczny migowy. Machała szponami w powietrzu to wskazując Sędziego, to udając, że liczy na palcach, żeby po chwili unieść smocze łapska w pytającym geście. Mężczyźnie chwilę zajęło odszyfrowanie wiadomości, gdy jednak wyjawił liczbę wynoszącą 29 smoczyca nie ukryła zdziwienia. Podejrzewała go przynajmniej trzydzieści parę. Nawet ewentualnie czterdzieści. W życiu nie pomyślałaby, że ten przeżył zaledwie dziewięć lat dłużej na tym świecie niż ona.
- A ty?
Gadzina wskazała szponami dwa razy dziesięć, na co siwy uniósł brwi w wyrazie szczerego zdziwienia.
- Toż to jeszcze dziecko jesteś! Prawie nieletnia.
Jaszczurka zmarszczyła brwi i syknęła w odpowiedzi. Co jak co, ale ktoś nawet o dekadę od niej nie starszy nie będzie jej nazywać dzieciakiem. Drobne poirytowanie nie wiadomo z jakiego powodu natychmiastowo przerodziło się w narastającą furię. Z gardzieli smoczycy wydobył się poważny i nie wróżący dobrze pomruk, zaś sama bestia podniosła się na cztery łapy i uniosła nieco skrzydła chcąc sprawiać wrażenie większej.
- No coś ty – na twarzy białowłosego malowało się jeszcze większe niż przed chwilą zdziwienie balansujące na granicy z niepokojem. – Chyba się nie wkurwisz o drobny żarcik?
Smok syknął w odpowiedzi i zaczął zbliżać się do mężczyzny na ugiętych kończynach przypominając kota przygotowującego się do ataku na swoją ofiarę. Nyx nie wiedziała co się z nią działo. Była całkowicie świadoma, tego co robi i z jednej strony uważała swoje zachowanie za niedorzeczne, z drugiej zaś czuła nieodpartą ochotę rozerwania mężczyźnie krtani. Ten dostrzegł, że coś jest nie tak, w związku z czym wstał powoli, wyciągając w stronę skradającego się gada dłoń w uspokajającym geście.
- Halo, halo, Nyxiu? Jesteś tam? Ziemia do Nyx.
Warknięcie.
- To ja przecież, Sędzia. Już to przerabialiśmy, nie zaatakujesz mnie. Prawda?
Syk.
- Hej, hej spokojnie. Po co te nerwy?
Każdy krok gadziny w kierunku Sędziego towarzyszył jego krokowi w przeciwną stronę, a raczej w stronę jednego z licznych stalowych prętów powbijanych dookoła chatki. Gdy w końcu dotarł do jednego z nich zaabsorbował materiał w wyniku czego obie ręce mężczyzny zmieniły się w śmiercionośną broń lub piekielnie skuteczną tarczę. Pionowe źrenice nie odrywały się od wielkoluda śledząc każdy jego ruch. Zanotowały również zmianę w jego postawie, która wskazała na większą pewność siebie w obliczu zagrożenia, co zapewne było skutkiem absorpcji metalu.
- Słuchaj, ty nie chcesz zrobić mi krzywdy – ton jego głosu również uległ zmianie. – A ja tobie też nie chciałbym czegoś uszkodzić. Uspokój się więc, jeśli łaska.
Rita, a raczej jej zmutowane ciało sterowane dzikimi instynktami w tym właśnie momencie rzuciło się na mężczyznę. Ten jednak uniknął lecących ku niemu szponów i kłapiących zębów, przy czym odskakując w bok wyprowadził celnie na głowę gada stosunkowo silne uderzenie. Ten odczuł stalowy cios w związku z czym przystanął na chwilę i potrząsnął głową nieco oszołomiony, jednak w żaden sposób taka czynność go nie uspokoiła. Nyx ponownie, z jeszcze większą furią spróbowała sięgnąć bogu ducha winnego mężczyznę, który wykonał tę samą sekwencję ruchów co przy poprzedniej szarży. Jednak tym razem jego pięść nie sięgnęła smoczej skroni, zaś w jego bok z impetem uderzył długi, pokryty grubą łuską ogon posyłając białowłosego parę metrów dalej. Wstał czym prędzej, chwytając się za bok z nietęgą miną, a jego stronę ponownie pędziło paręset kilogramów mięśni, pokryte łuską z otwartą paszczęką pełną ostrych jak brzytwa zębów. Sędzia nie zdążył odskoczyć, lecz udało mu się przygotować na nieuchronny atak chwytając byka za rogi, czy raczej smoka za pysk, i upadając pod jego ciężarem na plecy. Opierał stalowe dłonie na jej policzkach, tuż za ostrymi zębami trzymając ciężki łeb na wystarczającą odległość. Szczęki smoczycy kłapały zaciekle próbując sięgnąć twarzy absorbera. To zdecydowanie im się nie powodziło, jednak czujne oko gada dostrzegło szansę, aby zacisnąć kły na odsłoniętym i niepokrytym stalą lewym ramieniu mężczyzny. Z gardła ofiary wydobył się bolesny, głośny jęk przybierający formę siarczystego przekleństwa. Cieknąca ze świeżej rany krew rozochociła bestię lecz również zwiększyła stężenie adrenaliny atakowanego. Za sprawą tego niepozornego hormonu siwy wykrzesał z sobie niezwykłe pokłady siły, w związku z czym odważył się na zmianę uchwytu pyska owijając dookoła niego swoje stalowe ramiona, a tym samym uniemożliwiając jego otworzenie. Zaskoczony brawurowym i skutecznym atakiem smok zaczął miotać się na wszystkie strony chcąc oswobodzić się z pułapki. A przynajmniej próbował, gdyż niedoszła ofiara skutecznie utrzymywała zdziczałego mutanta w ryzach.
- No już panna, spokojnie – stosunkowo łagodnym głosem, zdecydowanie nie pasującym do sytuacji starał się obłaskawić rozjuszonego stwora. – Hej, hej, no już. Cicho…
Idiotyczny z pozoru sposób okazał się skuteczny, gdyż po paru minutach bestia uspokoiła się przywracając pierwotną naturę mutantki. Gdy Sędzia wyczuł, że smocze bydle nareszcie się uspokoiło puścił pysk odsuwając się dla pewności. Nyx powoli wyprostowała się, lecz nie spojrzała w oczy mężczyzny. Nie potrafiła. Jej wzrok zatrzymał się na czerwonym od juchy barku, z którego ciepła krew sączyła się nieustannie. Siwy dostrzegł zmartwione, pełne poczucia winy spojrzenie smoka.
- Eee tam, małe draśnięcie – zapewnił starając się pocieszyć dziewczynę mężczyzna. - Do wesela się zagoi.
Gdy jednak syknął mimo woli próbując ręką ruszyć nie polepszył samopoczucia dragonki. To była jej wina. Bez dwóch zdań. Ale czy nie było od początku wiadome, że ci, którzy zadają się z Ritą Stark kończą dotkliwie zranieni albo sześć stóp pod ziemią? Dziewczyna oszukiwała się sądząc, że tak nie jest. Oszukiwała się przypisując agresję mutacji. Oszukiwała siebie sądząc, że mogła wybrać życie w Osadzie. Nie było jej to dane. Nie takiemu komuś jak ona.
- Jeśli teraz myślisz sobie, jakim to jesteś potworem w ludzk… znaczy się smoczej skórze, to przestań – Sędzia odgadł myśli smoczycy, co zapewne nie było bardzo trudne zważywszy na nietęgi wyraz jej pyska. – Bo wcale nie jesteś. A takie bzdurne refleksje do niczego nie prowadzą.
Nyx nie oderwała wzroku od rany nawet wtedy, gdy mężczyzna odwrócił się ruszając w kierunku swojej chatki. Szedł wyprostowany, spokojnym, miarowym krokiem, jak gdyby wszelkie wydarzenia z ostatnich kilkunastu minut nigdy nie miały miejsca. Jedynie czerwona struga cieknąca po jego ramieniu zdradzała przebieg ostatnich zdarzeń. Zdarzeń, które mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Skończyć zdecydowanie gorzej.
- Chodź, pomożesz mi – siwowłosy odwrócił się w drzwiach i machnął na stojącą w bezruchu smoczycę. – Wypalisz mi igłę, bo nie mam pewności, czy ta, którą posiadam jest sterylna.
Gadzina nie ruszyła się jednak z miejsca. Podniosła powoli wzrok i spojrzała siwemu w oczy. Chciała przekazać mu komunikat. Prosty. Jasny. Według niej całkowicie zrozumiały. Nie mogła zostać. Od momentu swojej transformacji nie minęło nawet parę godzin, a ona już dwa razy zagroziła życiu mężczyzny. Odejście wydało jej się jedynym możliwym, prawidłowym i bezpiecznym rozwiązaniem nietypowej sytuacji. Nyx miała nadzieję, że Sędzia zrozumiał zarówno komunikat, jak i jej wybór oraz, że sam uzna rozstanie za jedyną słuszną opcję. Nie czekała na potwierdzenie swoich przypuszczeń. Rozpostarła swoje błoniaste skrzydła, nabrała delikatnego rozpędu, po czym wzbiła się w powietrze obejmując kierunek przeciwny do małego domku wykutego w skale.
Sędzia? Tak smętnie, żałobnie, ale trochę dramy nikomu nie zaszkodzi. Oczywiście Nyxio wróci, jak już wspomniałam, z prezentem. Chyba że Sędzia woli być szybszy i znaleźć smoczycę, zanim ta postanowi go odwiedzić…
- So tell me thiefff… - wyprężyła się złowieszczo imitując słynnego gada. – How do you chosoe to die?
- Co tam gęgasz? – zapytał siwowłosy znad puszki, oblizując łyżkę czym skutecznie zniszczył starannie zbudowany klimat.
Gadzina syknęła jedynie w odpowiedzi urażona tak pozbawionym wszelkiego szacunku traktowaniem.
- To była twoja odpowiedź? Wyglądała na dość złowrogą…
Smoczyca przekręciła głowę, jak pies reagujący na ciekawy dźwięk. O co mężczyźnie chodziło z tą odpowiedzią?
- Eh… Słuchałabyś mnie przynajmniej – westchnął kręcąc głową niczym niezadowolony z wnuków dziadek. – Ta dzisiejsza młodzież…
- Dziadziejesz Mikołaj – parsknęła, jednak po chwili naszła ją refleksja dotycząca faktycznego wieku rozmówcy.
Zadała więc pytanie z nadzieją, że znowu za sprawą cudu siwobrody zrozumie jej gulgotanie. Bezskutecznie. Sięgnęła więc po prowizoryczny migowy. Machała szponami w powietrzu to wskazując Sędziego, to udając, że liczy na palcach, żeby po chwili unieść smocze łapska w pytającym geście. Mężczyźnie chwilę zajęło odszyfrowanie wiadomości, gdy jednak wyjawił liczbę wynoszącą 29 smoczyca nie ukryła zdziwienia. Podejrzewała go przynajmniej trzydzieści parę. Nawet ewentualnie czterdzieści. W życiu nie pomyślałaby, że ten przeżył zaledwie dziewięć lat dłużej na tym świecie niż ona.
- A ty?
Gadzina wskazała szponami dwa razy dziesięć, na co siwy uniósł brwi w wyrazie szczerego zdziwienia.
- Toż to jeszcze dziecko jesteś! Prawie nieletnia.
Jaszczurka zmarszczyła brwi i syknęła w odpowiedzi. Co jak co, ale ktoś nawet o dekadę od niej nie starszy nie będzie jej nazywać dzieciakiem. Drobne poirytowanie nie wiadomo z jakiego powodu natychmiastowo przerodziło się w narastającą furię. Z gardzieli smoczycy wydobył się poważny i nie wróżący dobrze pomruk, zaś sama bestia podniosła się na cztery łapy i uniosła nieco skrzydła chcąc sprawiać wrażenie większej.
- No coś ty – na twarzy białowłosego malowało się jeszcze większe niż przed chwilą zdziwienie balansujące na granicy z niepokojem. – Chyba się nie wkurwisz o drobny żarcik?
Smok syknął w odpowiedzi i zaczął zbliżać się do mężczyzny na ugiętych kończynach przypominając kota przygotowującego się do ataku na swoją ofiarę. Nyx nie wiedziała co się z nią działo. Była całkowicie świadoma, tego co robi i z jednej strony uważała swoje zachowanie za niedorzeczne, z drugiej zaś czuła nieodpartą ochotę rozerwania mężczyźnie krtani. Ten dostrzegł, że coś jest nie tak, w związku z czym wstał powoli, wyciągając w stronę skradającego się gada dłoń w uspokajającym geście.
- Halo, halo, Nyxiu? Jesteś tam? Ziemia do Nyx.
Warknięcie.
- To ja przecież, Sędzia. Już to przerabialiśmy, nie zaatakujesz mnie. Prawda?
Syk.
- Hej, hej spokojnie. Po co te nerwy?
Każdy krok gadziny w kierunku Sędziego towarzyszył jego krokowi w przeciwną stronę, a raczej w stronę jednego z licznych stalowych prętów powbijanych dookoła chatki. Gdy w końcu dotarł do jednego z nich zaabsorbował materiał w wyniku czego obie ręce mężczyzny zmieniły się w śmiercionośną broń lub piekielnie skuteczną tarczę. Pionowe źrenice nie odrywały się od wielkoluda śledząc każdy jego ruch. Zanotowały również zmianę w jego postawie, która wskazała na większą pewność siebie w obliczu zagrożenia, co zapewne było skutkiem absorpcji metalu.
- Słuchaj, ty nie chcesz zrobić mi krzywdy – ton jego głosu również uległ zmianie. – A ja tobie też nie chciałbym czegoś uszkodzić. Uspokój się więc, jeśli łaska.
Rita, a raczej jej zmutowane ciało sterowane dzikimi instynktami w tym właśnie momencie rzuciło się na mężczyznę. Ten jednak uniknął lecących ku niemu szponów i kłapiących zębów, przy czym odskakując w bok wyprowadził celnie na głowę gada stosunkowo silne uderzenie. Ten odczuł stalowy cios w związku z czym przystanął na chwilę i potrząsnął głową nieco oszołomiony, jednak w żaden sposób taka czynność go nie uspokoiła. Nyx ponownie, z jeszcze większą furią spróbowała sięgnąć bogu ducha winnego mężczyznę, który wykonał tę samą sekwencję ruchów co przy poprzedniej szarży. Jednak tym razem jego pięść nie sięgnęła smoczej skroni, zaś w jego bok z impetem uderzył długi, pokryty grubą łuską ogon posyłając białowłosego parę metrów dalej. Wstał czym prędzej, chwytając się za bok z nietęgą miną, a jego stronę ponownie pędziło paręset kilogramów mięśni, pokryte łuską z otwartą paszczęką pełną ostrych jak brzytwa zębów. Sędzia nie zdążył odskoczyć, lecz udało mu się przygotować na nieuchronny atak chwytając byka za rogi, czy raczej smoka za pysk, i upadając pod jego ciężarem na plecy. Opierał stalowe dłonie na jej policzkach, tuż za ostrymi zębami trzymając ciężki łeb na wystarczającą odległość. Szczęki smoczycy kłapały zaciekle próbując sięgnąć twarzy absorbera. To zdecydowanie im się nie powodziło, jednak czujne oko gada dostrzegło szansę, aby zacisnąć kły na odsłoniętym i niepokrytym stalą lewym ramieniu mężczyzny. Z gardła ofiary wydobył się bolesny, głośny jęk przybierający formę siarczystego przekleństwa. Cieknąca ze świeżej rany krew rozochociła bestię lecz również zwiększyła stężenie adrenaliny atakowanego. Za sprawą tego niepozornego hormonu siwy wykrzesał z sobie niezwykłe pokłady siły, w związku z czym odważył się na zmianę uchwytu pyska owijając dookoła niego swoje stalowe ramiona, a tym samym uniemożliwiając jego otworzenie. Zaskoczony brawurowym i skutecznym atakiem smok zaczął miotać się na wszystkie strony chcąc oswobodzić się z pułapki. A przynajmniej próbował, gdyż niedoszła ofiara skutecznie utrzymywała zdziczałego mutanta w ryzach.
- No już panna, spokojnie – stosunkowo łagodnym głosem, zdecydowanie nie pasującym do sytuacji starał się obłaskawić rozjuszonego stwora. – Hej, hej, no już. Cicho…
Idiotyczny z pozoru sposób okazał się skuteczny, gdyż po paru minutach bestia uspokoiła się przywracając pierwotną naturę mutantki. Gdy Sędzia wyczuł, że smocze bydle nareszcie się uspokoiło puścił pysk odsuwając się dla pewności. Nyx powoli wyprostowała się, lecz nie spojrzała w oczy mężczyzny. Nie potrafiła. Jej wzrok zatrzymał się na czerwonym od juchy barku, z którego ciepła krew sączyła się nieustannie. Siwy dostrzegł zmartwione, pełne poczucia winy spojrzenie smoka.
- Eee tam, małe draśnięcie – zapewnił starając się pocieszyć dziewczynę mężczyzna. - Do wesela się zagoi.
Gdy jednak syknął mimo woli próbując ręką ruszyć nie polepszył samopoczucia dragonki. To była jej wina. Bez dwóch zdań. Ale czy nie było od początku wiadome, że ci, którzy zadają się z Ritą Stark kończą dotkliwie zranieni albo sześć stóp pod ziemią? Dziewczyna oszukiwała się sądząc, że tak nie jest. Oszukiwała się przypisując agresję mutacji. Oszukiwała siebie sądząc, że mogła wybrać życie w Osadzie. Nie było jej to dane. Nie takiemu komuś jak ona.
- Jeśli teraz myślisz sobie, jakim to jesteś potworem w ludzk… znaczy się smoczej skórze, to przestań – Sędzia odgadł myśli smoczycy, co zapewne nie było bardzo trudne zważywszy na nietęgi wyraz jej pyska. – Bo wcale nie jesteś. A takie bzdurne refleksje do niczego nie prowadzą.
Nyx nie oderwała wzroku od rany nawet wtedy, gdy mężczyzna odwrócił się ruszając w kierunku swojej chatki. Szedł wyprostowany, spokojnym, miarowym krokiem, jak gdyby wszelkie wydarzenia z ostatnich kilkunastu minut nigdy nie miały miejsca. Jedynie czerwona struga cieknąca po jego ramieniu zdradzała przebieg ostatnich zdarzeń. Zdarzeń, które mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Skończyć zdecydowanie gorzej.
- Chodź, pomożesz mi – siwowłosy odwrócił się w drzwiach i machnął na stojącą w bezruchu smoczycę. – Wypalisz mi igłę, bo nie mam pewności, czy ta, którą posiadam jest sterylna.
Gadzina nie ruszyła się jednak z miejsca. Podniosła powoli wzrok i spojrzała siwemu w oczy. Chciała przekazać mu komunikat. Prosty. Jasny. Według niej całkowicie zrozumiały. Nie mogła zostać. Od momentu swojej transformacji nie minęło nawet parę godzin, a ona już dwa razy zagroziła życiu mężczyzny. Odejście wydało jej się jedynym możliwym, prawidłowym i bezpiecznym rozwiązaniem nietypowej sytuacji. Nyx miała nadzieję, że Sędzia zrozumiał zarówno komunikat, jak i jej wybór oraz, że sam uzna rozstanie za jedyną słuszną opcję. Nie czekała na potwierdzenie swoich przypuszczeń. Rozpostarła swoje błoniaste skrzydła, nabrała delikatnego rozpędu, po czym wzbiła się w powietrze obejmując kierunek przeciwny do małego domku wykutego w skale.
Sędzia? Tak smętnie, żałobnie, ale trochę dramy nikomu nie zaszkodzi. Oczywiście Nyxio wróci, jak już wspomniałam, z prezentem. Chyba że Sędzia woli być szybszy i znaleźć smoczycę, zanim ta postanowi go odwiedzić…
14 listopada 2018
Od Nyx CD Venti i Hayi'a
Śnieg prowadziła wewnętrzny monolog Rita. Jedno wielkie kurwa nieporozumienie. Ten, który to badziewie wymyślił zapewne smaży się właśnie w czeluściach Tartaru, piekła, Hadesu, czy innego syfu. I dobrze mu tak. Albo jej. Całkiem prawdopodobne, że była to kobieta. Mroźne, wszędobylskie i wścibskie, a jak wejdzie za kołnierz to tak pali żywym ogniem. Normalnie synonim płci pięknej.
Wtem od jakże wykwintnie filozoficznych, elokwentnych i powalających głębią rozważań oderwał ją, nietypowy dla panujących, niesprzyjających warunków środowiskowych, obraz. Ciemna plama wyróżniająca się pośród białego gówna z początku zdawała się samotniczce być zwykłym krzakiem, śpiącym niedźwiedziem, czy jakimś przeklętym mutantem. Wzbudziła jednak zainteresowanie czarnowłosej na tyle mocno, że przemogła nabyty podczas pobytu na wyspie instynkt samozachowawczy. Młoda dragonka zaczęła zbliżać się do zaiste ekstraordynaryjnej plamy tak szybko, jak tylko była w stanie. Czy raczej na tyle szybko, na ile wcześniej wspominany śnieg jej pozwalał. Czyli w tempie ślimaczym. Gdy znalazła się wystarczająco blisko by zidentyfikować obiekt, będący celem jej wędrówki rozpoznała w nim omdlałego mężczyznę.
Wtem od jakże wykwintnie filozoficznych, elokwentnych i powalających głębią rozważań oderwał ją, nietypowy dla panujących, niesprzyjających warunków środowiskowych, obraz. Ciemna plama wyróżniająca się pośród białego gówna z początku zdawała się samotniczce być zwykłym krzakiem, śpiącym niedźwiedziem, czy jakimś przeklętym mutantem. Wzbudziła jednak zainteresowanie czarnowłosej na tyle mocno, że przemogła nabyty podczas pobytu na wyspie instynkt samozachowawczy. Młoda dragonka zaczęła zbliżać się do zaiste ekstraordynaryjnej plamy tak szybko, jak tylko była w stanie. Czy raczej na tyle szybko, na ile wcześniej wspominany śnieg jej pozwalał. Czyli w tempie ślimaczym. Gdy znalazła się wystarczająco blisko by zidentyfikować obiekt, będący celem jej wędrówki rozpoznała w nim omdlałego mężczyznę.
Gratisowe zaopatrzenie przeszło jej przez myśl, zreflektowała się jednak po chwili dochodząc do wniosku, że wypadałoby nieznajomemu pomóc. A nóż widelec będzie miał czym się odpłacić…
Nie zdążyła jednak zajść zbyt daleko. W pewnym momencie zimowe powietrze przeciął ostry, metaliczny odgłos wyciąganego gwałtownie z pochwy ostrza. Nyx rozejrzała się czujnie dookoła w poszukiwaniu potencjalnego przeciwnika. Dostrzegła go, a raczej ją zbyt późno. Koń pojawił się jakby z nikąd, a dosiadająca go amazonka zaczęła okrążać samotniczkę i mierzyć w jej stronę koniec, ostrego zapewne, miecza, zanim Rita w ogóle zdążyła pomyśleć o tym, żeby odlecieć, czy splunąć swoim ogniem. Nie zdążyła nawet zauważyć, w którym momencie upadła na tyłek spowijając swoją tylną część ciała białym puchem.
- Nie mam zamiaru cię zabijać – przywitała się brunetka. – Chyba, że mnie do tego zmusisz. Odejdź stąd i żyj wedle własnego uznania.
To nie była propozycja, z czego całkowicie zdawała sobie sprawę Starkówna. Ostatnim czego jej było trzeba był konflikt, potyczka, czy raczej samobójczy atak na uzbrojonego jeźdźca. Posłusznie wykonała natychmiastowy odwrót taktyczny, potocznie zwany spierdoleniem w krzaki. Dopiero będąc bezpiecznie ukrytym w niegdyś liściastym gąszczu Nyx zaczęła analizować i interpretować zdarzenie, które właśnie miało miejsce.
I nie spodobało jej się, jak została potraktowana.
***
Wartość swojego przedsięwzięcia Rita pojęła dopiero dostrzegłszy ukrytą pomiędzy czarnymi konarami drzew chatkę, z której kominka zachęcająco sączył się dym płynący z domowego ogniska. Przelotne wspomnienie ciepłego salonu w domu rodzinnym ścisnęło delikatnie, od dawna opustoszałe, serce Brytyjki. Wywołało dawno nie odczuwaną nostalgię przemieszaną z melancholią. Nie trwało jednak długo, tak samo jego negatywne skutki zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Zostało jednak niestosowne pytanie: Dlaczego nie dołączyła do osady?
*
Wrzask. Dźwięk tłuczonego szkła. Krew na rękach. Marmur ich oczu.
*
Ah, no tak. Dlatego. Nyx odgoniła niechciane myśli, które przypałętały się do jej umysłu z zamiarem jego zgubnego zaśmiecenia. Postanowiła podkraść się bliżej. Może uda jej się zajrzeć do środka? TRACH! Ukryty, niczym pierwszej klasy pułapka, konar załamał się z trzaskiem pod ciężarem dziewczyny. Ta przeklęła siarczyście pod nosem i czym prędzej zaczęła wspinać się na najbliższe drzewo wspomagając się błoniastymi skrzydłami. Od czasu, do czasu okazywały się całkiem przydatne. Gdyby jednak porównać ilość sytuacji w których niosły ze sobą korzyść z momentami, kiedy właścicielka bliska była ich samodzielnego, całkowicie świadomego odcięcia okazuje się, że zdecydowanie przeważały historie typu drugiego. Zgodnie z planem drzwi chatki otworzyły się dopiero wtedy, gdy dragonka siedziała bezpiecznie ukryta pomiędzy gęstym igliwiem zimozielonego drzewa służącego jej za schronienie. Brunetka, która w nich stanęła, zgodnie z przewidywaniami, okazała się być tą samą, która parędziesiąt minut wcześniej groziła Starkównie stalą przytkniętą do jej nosa. Rozglądając się czujnie dookoła w poszukiwaniu źródła hałasu przypominała nieco drapieżnego ptaka wypatrującego ofiary.
Nie zdążyła jednak zajść zbyt daleko. W pewnym momencie zimowe powietrze przeciął ostry, metaliczny odgłos wyciąganego gwałtownie z pochwy ostrza. Nyx rozejrzała się czujnie dookoła w poszukiwaniu potencjalnego przeciwnika. Dostrzegła go, a raczej ją zbyt późno. Koń pojawił się jakby z nikąd, a dosiadająca go amazonka zaczęła okrążać samotniczkę i mierzyć w jej stronę koniec, ostrego zapewne, miecza, zanim Rita w ogóle zdążyła pomyśleć o tym, żeby odlecieć, czy splunąć swoim ogniem. Nie zdążyła nawet zauważyć, w którym momencie upadła na tyłek spowijając swoją tylną część ciała białym puchem.
- Nie mam zamiaru cię zabijać – przywitała się brunetka. – Chyba, że mnie do tego zmusisz. Odejdź stąd i żyj wedle własnego uznania.
To nie była propozycja, z czego całkowicie zdawała sobie sprawę Starkówna. Ostatnim czego jej było trzeba był konflikt, potyczka, czy raczej samobójczy atak na uzbrojonego jeźdźca. Posłusznie wykonała natychmiastowy odwrót taktyczny, potocznie zwany spierdoleniem w krzaki. Dopiero będąc bezpiecznie ukrytym w niegdyś liściastym gąszczu Nyx zaczęła analizować i interpretować zdarzenie, które właśnie miało miejsce.
I nie spodobało jej się, jak została potraktowana.
***
Wartość swojego przedsięwzięcia Rita pojęła dopiero dostrzegłszy ukrytą pomiędzy czarnymi konarami drzew chatkę, z której kominka zachęcająco sączył się dym płynący z domowego ogniska. Przelotne wspomnienie ciepłego salonu w domu rodzinnym ścisnęło delikatnie, od dawna opustoszałe, serce Brytyjki. Wywołało dawno nie odczuwaną nostalgię przemieszaną z melancholią. Nie trwało jednak długo, tak samo jego negatywne skutki zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Zostało jednak niestosowne pytanie: Dlaczego nie dołączyła do osady?
*
Wrzask. Dźwięk tłuczonego szkła. Krew na rękach. Marmur ich oczu.
*
Ah, no tak. Dlatego. Nyx odgoniła niechciane myśli, które przypałętały się do jej umysłu z zamiarem jego zgubnego zaśmiecenia. Postanowiła podkraść się bliżej. Może uda jej się zajrzeć do środka? TRACH! Ukryty, niczym pierwszej klasy pułapka, konar załamał się z trzaskiem pod ciężarem dziewczyny. Ta przeklęła siarczyście pod nosem i czym prędzej zaczęła wspinać się na najbliższe drzewo wspomagając się błoniastymi skrzydłami. Od czasu, do czasu okazywały się całkiem przydatne. Gdyby jednak porównać ilość sytuacji w których niosły ze sobą korzyść z momentami, kiedy właścicielka bliska była ich samodzielnego, całkowicie świadomego odcięcia okazuje się, że zdecydowanie przeważały historie typu drugiego. Zgodnie z planem drzwi chatki otworzyły się dopiero wtedy, gdy dragonka siedziała bezpiecznie ukryta pomiędzy gęstym igliwiem zimozielonego drzewa służącego jej za schronienie. Brunetka, która w nich stanęła, zgodnie z przewidywaniami, okazała się być tą samą, która parędziesiąt minut wcześniej groziła Starkównie stalą przytkniętą do jej nosa. Rozglądając się czujnie dookoła w poszukiwaniu źródła hałasu przypominała nieco drapieżnego ptaka wypatrującego ofiary.
Na stówę harpia obstawiła w myśli Rita, przy okazji zastanawiając się co zrobi, jeśli okaże się, że ma rację.
Nie znajdując żadnych niepokojących elementów otoczenia w zasięgu swojego wzroku osadniczka zaczęła powoli zamykać z powrotem drzwi domku. Gdy Nyx podświadomie odetchnęła z ulgą w momencie, gdy wrota zetknęły się z framugą gałąź, która służyła jej za podporę uznała, że warto by było podkręcić nieco akcję, w związku z czym złamała się gwałtownie, posyłając samotniczkę na pokrytą śniegiem ziemię. Jeśli nie głośne plaśnięcie połowicznie smoczego ciała o podłoże dotarło do uszu potencjalnej harpii, na pewno zrobiła to głośna „KURWAJEGOMAĆĆĆĆ”, która towarzyszyła upadkowi. Nie minęła nawet sekunda od zjawiskowego zetknięcia z glebą, a Nyx już wiedziała, że przynajmniej jedną część swojego zmutowanego ciała mocno skręciła, jeśli nie złamała…
Hayi? Venti?
Nie znajdując żadnych niepokojących elementów otoczenia w zasięgu swojego wzroku osadniczka zaczęła powoli zamykać z powrotem drzwi domku. Gdy Nyx podświadomie odetchnęła z ulgą w momencie, gdy wrota zetknęły się z framugą gałąź, która służyła jej za podporę uznała, że warto by było podkręcić nieco akcję, w związku z czym złamała się gwałtownie, posyłając samotniczkę na pokrytą śniegiem ziemię. Jeśli nie głośne plaśnięcie połowicznie smoczego ciała o podłoże dotarło do uszu potencjalnej harpii, na pewno zrobiła to głośna „KURWAJEGOMAĆĆĆĆ”, która towarzyszyła upadkowi. Nie minęła nawet sekunda od zjawiskowego zetknięcia z glebą, a Nyx już wiedziała, że przynajmniej jedną część swojego zmutowanego ciała mocno skręciła, jeśli nie złamała…
Hayi? Venti?
11 listopada 2018
Od Nyx CD Sędziego [Etap 2 -> Etap 3]
Gdy siwobrody, a raczej, jak się później okazało, Sędzia ruszył do drzwi Rita postanowiła schować się w najbardziej banalny i oczywisty sposób, a mianowicie skitrać się pod łóżkiem. Dialog, którego urywki dała radę usłyszeć Nyx, nie sprawiał wrażenia przyjacielskiej pogawędki. Głośne huknięci które nagle rozbrzmiało przyspieszyło jej nieznacznie tętno. Standardowa i naturalna reakcja organizmu na nagłe, intensywne bodźce docierające do organizmu. Nic specjalnego. A jednak mięsień sercowy Rity zamiast spowolnić swoją pracę i powrócić do standardowych sześćdziesięciu uderzeń na minutę stopniowo zaczął zwiększać częstotliwość skurczów. Czarnowłosa znała to uczucie, które nią owładnęło. Znała wręcz zbyt dobrze. Noc podczas której wyrosły jej te cholerne, smocze części ciała wyryła się w jej mózgu, jakby ktoś w tym celu zrobił jej lobotomię. Przeklinając siarczyście pod nosem i nie zważając jaki hałas przy tym wykonywała dziewczyna rzuciła się w stronę okna. Całe, dotychczas towarzyszące jej zmęczenie spowodowane chorobą opuściło ją, jakby za sprawą jakiejś przeklętej, laboratoryjnej magii. Otworzyła pospiesznie szybę i wyskoczyła na rześkie wiosenne powietrze. Pokryta rosą trawa przytuliła jej nagie stopy, a niepewne promienie słońca musnęły nieśmiało jej bladą skórę. Gdyby nie zaistniałe okoliczności Rita zapewne zaczęła by kontemplować zaistniały krajobraz, jednak jej ciało przeczuwając nadciągającą przemianę zaczęło drżeć i odmawiać posłuszeństwa. Nyx opadła na kolana w tym samym momencie gdy jeden z niezapowiedzianych gości opuścił chatkę. Szczur rozejrzał się dookoła, a gdy dostrzegł podpierającą się o ziemię dragonkę jego przebiegły pysk wykrzywił się w obrzydliwym grymasie przypominającym uśmiech.
- A co my tu mamy? – mutant powoli zbliżył się do dziewczyny splatając ramiona na piersi. – Jakaś niedojrzała gadzinka, jeśli mnie wzrok nie myli.
Mężczyzna kopnął kobietę w brzuch przewracając ją na plecy. Czarnowłosa jęknęła. Jej ulegający przemianie organizm wariował nie pozwalając na wykonanie jakiegokolwiek ruchu.
- Żałosne – skomentował mutant. – Zawsze uważałem, że smoki są przereklamowane.
Zbliżył się do wijącej się na ziemi Rity i swój brudną od błota, pokrytą szczecinowatą sierścią i zakończoną pazurkami stopę do jej szyi odcinając dopływ tlenu do płuc. Czarnowłosa odruchowo chwyciła jego owłosioną łydkę. Nie no, nie zginie chyba uduszona przez szczura. Przetrwała praktycznie wszytko. Od zranienia nogi sidłami, przez zamknięcie w lochu Osady, aż po nieomal zamarznięcie w tym przeklętym lesie. Nie wspominając o niezliczonych potyczkach ze znacznie groźniejszymi przeciwnikami niż ten zasrany szczur. Poziom adrenaliny drastycznie podskoczył. Czy z powodu nadchodzącej przemiany, czy duszącego jej przeciwnika, tego Rita nie wiedziała. Jasnym okazało się jednak to, że ów hormon wyzwolił zakorzenione w niej odruchy i umiejętności. Przypomniawszy sobie, że posiada długie, ostre pazury postanowiła wykorzystać je i wpiła je głęboko w nogę szczura. Głośne „kurwy” przecięły powietrze ostrą salwą, a napastnik odkuśtykał od dziewczyny, która właśnie podnosiła się z ziemi na równe nogi i przyjmowała pozycję do walki.
- Ty suko – wysyczał samotnik wyciągając z, bozia wie skąd, sztylet.
Rita nie czekała, aż napastnik zaatakuje. Zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć czarnowłosa pozbawiła szczura broni. Ten jednak okazał się być szybszy niż dziewczyna zakładała, w związku z czym nie zauważyła lewego sierpowego skierowanego na jej skroń. Zatoczyła się do tyłu oszołomiona ciosem, lecz nie straciła równowagi. Podniosła wyżej gardę, zgarbiła się, ugięła kolana i zaczęła pracować na nogach, tak jak uczyli ją w klubie.
- Co ty królik, że tak kicasz? – parsknął sarkastycznie, po czym ruszył ku dziewczynie z tym samym lewym sierpem.
Szybkość to jedno. Ale, w walce potrzebne jest nieco więcej. Szybki unik i przekierowanie rozpędzonego ciała na wyprowadzone z biodra kolano. Stękający szczur zatoczył się do tyłu łapiąc oddech. Nyx już czuła smak wygranej w ustach. Mutant był kolejnym przypadkiem klasycznego, mylnego zapatrzenia w nabyte umiejętności. Nic wielkiego. A jednak gdy ponownie ruszył wykonując ten sam zamach lewą ręką Rita nie zdążyła ani uniknąć uderzenia, ani go zablokować. Lecz to nie pod wpływem ciosu upadła na ziemię, a pod wpływem mutujących komórek. Mięśnie Nyx zaczęły rosnąć, kości wydłużać się, a skóra pokrywać się twardą, gadzią łuską. Smukła szyja dziewczyny wyciągnęła się, tak samo jak jej twarz tworząc pysk, który wypełniły ostre jak brzytwa zęby. Jęki cierpiącej z powodu przemiany dragonki przerodziły się w gardłowy pomruk przypominający warkot tyranozaura z Jurassic Parku. Gdy transformacja dobiegła końca Rita podniosła się na cztery łapy i syknęła groźnie na przerażonego zjawiskiem szczura. Smok zaczął powoli zbliżać się do sparaliżowanego strachem samotnika. Z jego nozdrzy dymiło, a skrzydła unosił delikatnie sprawiając wrażenie większego niż był w rzeczywistości. Ogromne, pozbawione ludzkiego pierwiastka ślepia przecięte pionową źrenicą czujnie obserwowały okolicę i potencjalną ofiarę, która nadal stała nieruchomo popiskując tylko w bezsensownym wołaniu o pomoc. Widać było, że próbował krzyczeć i błagać o ratunek, czy wybaczenie. Pysk gryzonia rozwarł się jednak dopiero, gdy jego ciało owinęły śmiercionośne płomienie. Praktycznie martwy już samotnik w akompaniamencie dzikich wrzasków biegł w stronę strumienia, gdy z chatki wynurzyła się kolejna postać. Uskrzydlony gad odwrócił się w jej stronę i warknął ostrzegawczo. Zaślepiona smoczą osobowością Rita nie rozpoznała swojego niegdysiejszego wybawcy. Mężczyzna coś mówił, lecz bestia nie była w stanie zinterpretować jego wypowiedzi. Podczas gdy zaczęła zbliżać się do niego powoli ten pochwycił metalowy pręt absorbując jego właściwości. Całą swoją postawą zdradzał obawę przed potencjalnym atakiem ze strony zbliżającego się gada, który zaczął wydawać ostrzegawczy warkot.
- Hej, to przecież ja – kontynuował monolog siwy mężczyzna. – Nie pamiętasz? Kluski z mięsem? Rosołek? Cholera, może lepiej żebym nie kojarzył się z jedzeniem.
Nyx rozwarła paszczę ukazując swój arsenał.
- No piękne masz te ząbki, mogę ci wyszorować jeśli chcesz.
Krok za krokiem, gadzina była coraz bliżej.
- Słuchaj no, ja wiem, że miłością to się nie darzyliśmy, ale po co te nerwy od razu?
W zwykle opanowanym i pewnym siebie głosie mężczyzny dało się teraz usłyszeć nutę zaniepokojenia.
- Do chuja Wacława, weź się ogarnij Jaszczurka!
Jaszczurka. To niepozorne, stosunkowo nowe przezwisko zadziałało niczym magiczne zaklęcie. Za jego sprawą do kontroli nad swoim odmienionym ciałem powróciła ludzka cząstka Nyx. Smoczyca zamknęła paszczę i usiadła na ziemi przed Sędzia, który odetchnął głęboko.
- Weź mnie tak nie strasz na przyszłość – wziął się pod boki mężczyzna. – Jeszcze bym ci coś zrobił.
- Chciałabym to zobaczyć – zażartowała Rita.
A raczej chciała zażartować, gdyż z jej ust, a raczej pyska nie wydobyło się ani jedno słowo, jedynie niemożliwe do przetłumaczenia gulgoczące pomruki i syknięcia.
- Przepraszam, ale nie umiem po smoczemu – zaśmiał się siwy i odwrócił w kierunku powrotnym do swojej chatki.
Nyx parsknęła jedynie w odpowiedzi, lecz podążyła za mężczyzną. Nie spróbowała jednak wejść za nim do środka. Wsunęła jedynie za nim głowę żeby dostrzec burdel będący skutkiem poprzedniej walki oraz jej dwie ofiary. Patzyła wymownie to na Sędziego, to na zwłoki. Ten jednak wzruszył tylko ramionami i wytłumaczył, że była to obrona konieczna.
- Poza tym, ja przynajmniej nie spaliłem ich żywcem – odparł z drwiącym uśmieszkiem, czarnowłosa, czy raczej czarnołuska nie wiedziała co tak mężczyznę śmieszyło.
- To nie to samo – miała na myśli smoczyca znowu wydając jedynie nieartykułowalne dźwięki.
- Powtarzam, nie znam smoczego – rozłożył bezradnie ręce. – Cholera, w takiej formie nie pomożesz mi posprzątać.
- Nie mój problem – warknęła niezrozumiale, lecz żeby przekazać odpowiedni komunikat zamknęła oczy, uniosła brwi, przekręciła łeb i wzruszyła ramionami wycofując swoją głowę z budynku.
Sędzia? Znowu takie nijakie opo. Obiecuję się poprawić.
7 listopada 2018
Od Nyx CD Sędziego
Przerośnięty gospodarz nie był wystarczająco przekonywujący aby odgonić gorączkowe majaki Rity i przekonać ją, że tak naprawdę nikt nie płonie żywym ogniem. W związku z powyższym, gdy mężczyzna opuścił chatkę Nyx zaczynała wyzywać go od najgorszych szumowin zostawiających towarzyszy niedoli w środku, jarającego się niczym pieprzone ognisko, domku. Efekt spotęgował dźwięk przekręcanego w zamku klucza upewniający czarnowłosą o słuszności swojej teorii, a raczej wersji wydarzeń. Oprócz tajemniczych okoliczności skazania Ritę na karę śmierci przez spalenie, „ofiarę” nurtował akt zarzucenia na jej rozpalone ramiona koca. Czyżby owa wełniana powłoka posiadała niezwykłe, ognioodporne właściwości? Dziewczyna zsunęła się ciężko z fotela pozostawiając mistyczny koc na ziemi i w nieokreślony sposób dotarła do drzwi. Zaczęła się z nimi mocować, ale wiadomym było, że w takim stanie, w jakim się znajdowała ich nie wyważy. Gdy obmacywała wrota w poszukiwaniu sposobu na ich sforowanie jej szponiaste dłonie natrafiły na jakiś metalowy element. Przysunąwszy znalezisko Starkówna poczuła radość i nadzieję budząca się w jej sercu, rozpoznając klucz. Czym prędzej otworzyła wrota wypadając na zewnątrz chatki i z impetem zanurzając się w przykrywającym ziemię śniegu. Ten otuliwszy jej rozgrzane gorączką ciało ochłodził nieco umysł dziewczyny. Nie wpłynął jednak w żaden sposób na percepcję rzeczywistości, w związku z czym Rita całkowicie przekonana, że właśnie ledwo uszła z życiem, któremu nadal zagraża zapewne grasujący w okolicy siwobrody mężczyzna powstała i czym prędzej zaczęła się oddalać od „płonącej” chatki. Nie zaszła za daleko. Nie całe sto metrów dalej padła wycieńczona w śnieżną zaspę twarzą do ziemi. Musiała wyglądać komicznie, jednak to nie było aktualnym zmartwieniem dziewczyny. Jej zmysły doprowadzały ją do szaleństwa. Całe jej ciało płonęło żywym ogniem, jednocześnie trzęsąc się z zimna. Rita miała wrażenie, że z pozoru agonalny stan, w którym znajdowała się dragonka, trwał godzinami. W pewnym momencie ktoś lub coś chwyciło ją w pasie i podniosło bez wysiłku do góry. W swojej wyobraźni czarnowłosa kopała, okładała pięściami i gryzła oprawcę, którym okazał się nie kto inny, lecz sam Pan Cross-over-Świętego-Mikołaja-z-Rambo, lecz w rzeczywistości jej ciało zwisało bezwładnie, gdy mężczyzna przerzucił ją sobie przez ramię jak worek mąki i zaniósł z powrotem do swojego domu, pod nosem przysięgając, że dziewczyna skończy jako buty, paski, rękawiczki, czy inne części garderoby.
*
W ciągu następnych kilku godzin gorączka wreszcie zaprzestała mieszać w głowie młodej smoczycy, lecz całkowicie ją unieruchomiła. Wbrew swojej woli, lecz z łaski właściciela nieruchomości leżała przykuta chorobą do łóżka, trawiona przez wysoką temperaturę. Nie było łatwo. Dziewczyna na przemian spała, kaszlała jakby miała płuca wypluć i jęczała przewracając się z boku na bok czując każdy bolesny centymetr swojego ciała. W takim właśnie stanie przeleżała całe pięć długich dni. Gdy wreszcie powróciła do świata żywych i zaczęła normalnie myśleć jej sumienie poczęło ciążyć niemiłosiernie. Zdecydowanie nie stanowiła podręcznikowego przykładu, wzorowego gościa robiąc awanturę z powodu wyimaginowanych płomieni, uciekając z domostwa, a o wkradaniu się do niego (co zresztą zainicjowało całą historię) nie wspominając. Na dodatek prawie tydzień spędziła na utrzymaniu obcego osobnika, który postanowił nie wywalać nieporadnego samotnika na zbity pysk, lecz się nim przykładnie zająć. Gdy jednak po raz dziesięciotysięczny powtórzyła swoje żałosne „Dziękuję i przepraszam, że sprawiam tyle problemów” z miną zbitego maltańczyka, gdy jegomość podawał czarnowłosej zdrowotny napar imbirowy, mężczyzna nie wytrzymał i wybuchnął nagromadzonym poirytowaniem.
- NOŻ DO CH*JA WACŁAWA, KOBIETO! – ryknął mężczyzna. – Przestań mi tu biadolić tylko pij, zdrowiej i możesz wypierd*lać.
Postawiwszy kubek z parującym napojem obok łóżka, które od dłuższego czasu okupowała dragonka opuścił z przytupem pomieszczenie. Dziewczyna usiadła na łóżku i opuściła niepewnie nogi. Zdecydowanie większość sił witalnych powróciła do jej organizmu. Nadal była jednak osłabiona, a z nosa jej ciekło. Mimo wszystko postanowiła wstać. Z pozoru wszystko było w porządku, gdy jednak zaczęła stawiać pierwsze kroki zakręciło jej się w głowie na tyle mocno, że musiała podeprzeć się o ścianę. Tak się złożyło, że jej ręka wylądowała tuż obok okna, przez które wyjrzawszy Rita nie była w sanie uwierzyć własnym oczom. Z wszechobecnego śniegu, który do niedawna dominował na tej zafajdanej wyspie pozostały nieliczne wysepki gdzieniegdzie skrzące się pod wpływem wiosennych promieni słonecznych. Chorobliwie zielona trawa kontrastująca z jeszcze czarnymi, nieulistnionymi drzewami skrzyła się od porannej rosy. Dodatkowo, wytężywszy mocno słuch Nyx była w stanie usłyszeć ćwierkające wesoło ptaki uradowane ze zmiany pory roku. Mimo tak pięknej scenerii szerzącej się za szybą w pionie i w poziomie, dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nigdy nie liczyła dni, ani nie prowadziła pamiętnika, nie kontrolowała wysokości słońca na horyzoncie próbując określić porę roku a jej i tak nikłą orientacją czasoprzestrzenną zdecydowanie zaburzyła trawiąca ją choroba. W skrócie, nie miała bladego pojęcia jaki był dzień, czy chociażby miesiąc, nie była nawet w stu procentach aktualnego roku. Jednak wiosenny krajobraz za bardzo kontrastował jej z ostatnimi wydarzeniami utrzymanymi w pamięci. To było aż nienaturalne. Czyżby efekt cieplarniany został aż tak działalnością ludzką rozwinięty? Może jest jeszcze pierdzielnięty styczeń, ale Matce Naturze coś się j*bło? A może ta pieprzona wyspa była tak naprawdę całkowicie kontrolowana przez szaleńców, którzy stworzyli cały ten cyrk? A co jeśli z*eby nawet klimat kontrolują?
Intensywne rozważania przyćmiły zmysły Rity, w związku z czym dziewczyna nie zauważyła ogromnego gospodarza stojącego w drzwiach. Czym prędzej, w popłochu odeszła od okna i chwiejnym krokiem dotarła z powrotem do łóżka z towarzyszącym jej, nie wiedząc czemu, poczuciu winy.
- Widzę, że już się lepiej czujemy? – siwy jegomość skrzyżował ramiona i oparł się o ścianę, swojej tylko z nazwy, sypialni.
Dziewczyna kiwnęła potwierdzająco głową. Nagle dotarło do niej, że nie zna imienia gospodarza, u którego spędziła prawie tydzień. Uznała jednak, że skoro on nie zna jej, to są kwita. Siwobrody przytaknął krótko jakby na znak, że przyjął podany komunikat i odwrócił się w kierunku drzwi zapewne z zamiarem wyjścia.
- Już wiem, że o to pytałam – zatrzymała go jednak czarnowłosa.
Mężczyzna powoli obrócił się z powrotem w jej stronę, a jego brew powędrowała do góry nadając mu pytającego wyrazu twarzy.
- Dlaczego się mną zająłeś?
- No naprawdę – odparł poirytowany, jak zwykle zresztą jegomość. – Nie wiem dlaczego zakładasz, że człowiek z natury jest zły, a potrzebującemu zamiast pomóc to naszcza na wyciągniętą rękę. To czysto ludzki odruch, pomagać komuś definitywnie umierającemu.
- No dobrze – przyznała mu rację smoczyca. - Ale mogłeś przecież oddać mnie do lekarza z osady. Nie dałeś mi tylko schronienia. Kupiłeś leki i gotowałeś rosołek. To już wykracza poza naturalny, jak to ująłeś, ludzki odruch.
- Nie udawaj, że nie wiesz, co by się z tobą stało, gdybym zaniósł cię do wioski. Owszem pomogli by ci, a później albo odcięli łeb, albo zamknęli dożywotnio w klatce. Świnią to ja też wbrew pozorom nie jestem.
- Z tym ścięciem to chyba trochę przesadziłeś – spojrzała pytająco na rozmówcę. Czyżby osadnicy stali się brutalniejsi, niż zazwyczaj?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Niezłą sobie renomę wyrobiłaś, nie powiem. Praktycznie większość rolników i handlarzy narzeka na, uwaga cytuję, „ch*dożoną dragonkę-złodziejkę”. Nawet strażnicy mają się na baczności. Nie wiedziałem, że mam do czynienia z tak sławną personą. Ale mnie zaszczyt kopnął.
Rita nie skomentowała. Nie była świadoma swojej popularności w wiosce. Fakt, że pola rolników i stoiska handlarzy stanowiły jej podstawowe źródło pożywienia. Dotychczas wydawało jej się jednak, że w taki sposób funkcjonuje większość samotników…
Już miała się wytłumaczyć, gdy we drzwi chatki ktoś donośnie zapukał…
Sędzia? Sorry, że tak długo nie pisałam, a opo to lanie wody.
*
W ciągu następnych kilku godzin gorączka wreszcie zaprzestała mieszać w głowie młodej smoczycy, lecz całkowicie ją unieruchomiła. Wbrew swojej woli, lecz z łaski właściciela nieruchomości leżała przykuta chorobą do łóżka, trawiona przez wysoką temperaturę. Nie było łatwo. Dziewczyna na przemian spała, kaszlała jakby miała płuca wypluć i jęczała przewracając się z boku na bok czując każdy bolesny centymetr swojego ciała. W takim właśnie stanie przeleżała całe pięć długich dni. Gdy wreszcie powróciła do świata żywych i zaczęła normalnie myśleć jej sumienie poczęło ciążyć niemiłosiernie. Zdecydowanie nie stanowiła podręcznikowego przykładu, wzorowego gościa robiąc awanturę z powodu wyimaginowanych płomieni, uciekając z domostwa, a o wkradaniu się do niego (co zresztą zainicjowało całą historię) nie wspominając. Na dodatek prawie tydzień spędziła na utrzymaniu obcego osobnika, który postanowił nie wywalać nieporadnego samotnika na zbity pysk, lecz się nim przykładnie zająć. Gdy jednak po raz dziesięciotysięczny powtórzyła swoje żałosne „Dziękuję i przepraszam, że sprawiam tyle problemów” z miną zbitego maltańczyka, gdy jegomość podawał czarnowłosej zdrowotny napar imbirowy, mężczyzna nie wytrzymał i wybuchnął nagromadzonym poirytowaniem.
- NOŻ DO CH*JA WACŁAWA, KOBIETO! – ryknął mężczyzna. – Przestań mi tu biadolić tylko pij, zdrowiej i możesz wypierd*lać.
Postawiwszy kubek z parującym napojem obok łóżka, które od dłuższego czasu okupowała dragonka opuścił z przytupem pomieszczenie. Dziewczyna usiadła na łóżku i opuściła niepewnie nogi. Zdecydowanie większość sił witalnych powróciła do jej organizmu. Nadal była jednak osłabiona, a z nosa jej ciekło. Mimo wszystko postanowiła wstać. Z pozoru wszystko było w porządku, gdy jednak zaczęła stawiać pierwsze kroki zakręciło jej się w głowie na tyle mocno, że musiała podeprzeć się o ścianę. Tak się złożyło, że jej ręka wylądowała tuż obok okna, przez które wyjrzawszy Rita nie była w sanie uwierzyć własnym oczom. Z wszechobecnego śniegu, który do niedawna dominował na tej zafajdanej wyspie pozostały nieliczne wysepki gdzieniegdzie skrzące się pod wpływem wiosennych promieni słonecznych. Chorobliwie zielona trawa kontrastująca z jeszcze czarnymi, nieulistnionymi drzewami skrzyła się od porannej rosy. Dodatkowo, wytężywszy mocno słuch Nyx była w stanie usłyszeć ćwierkające wesoło ptaki uradowane ze zmiany pory roku. Mimo tak pięknej scenerii szerzącej się za szybą w pionie i w poziomie, dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nigdy nie liczyła dni, ani nie prowadziła pamiętnika, nie kontrolowała wysokości słońca na horyzoncie próbując określić porę roku a jej i tak nikłą orientacją czasoprzestrzenną zdecydowanie zaburzyła trawiąca ją choroba. W skrócie, nie miała bladego pojęcia jaki był dzień, czy chociażby miesiąc, nie była nawet w stu procentach aktualnego roku. Jednak wiosenny krajobraz za bardzo kontrastował jej z ostatnimi wydarzeniami utrzymanymi w pamięci. To było aż nienaturalne. Czyżby efekt cieplarniany został aż tak działalnością ludzką rozwinięty? Może jest jeszcze pierdzielnięty styczeń, ale Matce Naturze coś się j*bło? A może ta pieprzona wyspa była tak naprawdę całkowicie kontrolowana przez szaleńców, którzy stworzyli cały ten cyrk? A co jeśli z*eby nawet klimat kontrolują?
Intensywne rozważania przyćmiły zmysły Rity, w związku z czym dziewczyna nie zauważyła ogromnego gospodarza stojącego w drzwiach. Czym prędzej, w popłochu odeszła od okna i chwiejnym krokiem dotarła z powrotem do łóżka z towarzyszącym jej, nie wiedząc czemu, poczuciu winy.
- Widzę, że już się lepiej czujemy? – siwy jegomość skrzyżował ramiona i oparł się o ścianę, swojej tylko z nazwy, sypialni.
Dziewczyna kiwnęła potwierdzająco głową. Nagle dotarło do niej, że nie zna imienia gospodarza, u którego spędziła prawie tydzień. Uznała jednak, że skoro on nie zna jej, to są kwita. Siwobrody przytaknął krótko jakby na znak, że przyjął podany komunikat i odwrócił się w kierunku drzwi zapewne z zamiarem wyjścia.
- Już wiem, że o to pytałam – zatrzymała go jednak czarnowłosa.
Mężczyzna powoli obrócił się z powrotem w jej stronę, a jego brew powędrowała do góry nadając mu pytającego wyrazu twarzy.
- Dlaczego się mną zająłeś?
- No naprawdę – odparł poirytowany, jak zwykle zresztą jegomość. – Nie wiem dlaczego zakładasz, że człowiek z natury jest zły, a potrzebującemu zamiast pomóc to naszcza na wyciągniętą rękę. To czysto ludzki odruch, pomagać komuś definitywnie umierającemu.
- No dobrze – przyznała mu rację smoczyca. - Ale mogłeś przecież oddać mnie do lekarza z osady. Nie dałeś mi tylko schronienia. Kupiłeś leki i gotowałeś rosołek. To już wykracza poza naturalny, jak to ująłeś, ludzki odruch.
- Nie udawaj, że nie wiesz, co by się z tobą stało, gdybym zaniósł cię do wioski. Owszem pomogli by ci, a później albo odcięli łeb, albo zamknęli dożywotnio w klatce. Świnią to ja też wbrew pozorom nie jestem.
- Z tym ścięciem to chyba trochę przesadziłeś – spojrzała pytająco na rozmówcę. Czyżby osadnicy stali się brutalniejsi, niż zazwyczaj?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Niezłą sobie renomę wyrobiłaś, nie powiem. Praktycznie większość rolników i handlarzy narzeka na, uwaga cytuję, „ch*dożoną dragonkę-złodziejkę”. Nawet strażnicy mają się na baczności. Nie wiedziałem, że mam do czynienia z tak sławną personą. Ale mnie zaszczyt kopnął.
Rita nie skomentowała. Nie była świadoma swojej popularności w wiosce. Fakt, że pola rolników i stoiska handlarzy stanowiły jej podstawowe źródło pożywienia. Dotychczas wydawało jej się jednak, że w taki sposób funkcjonuje większość samotników…
Już miała się wytłumaczyć, gdy we drzwi chatki ktoś donośnie zapukał…
Sędzia? Sorry, że tak długo nie pisałam, a opo to lanie wody.
25 października 2018
Od Nyx CD Sędziego
Nieważne jak bardzo by się starała, przyzwyczajeń i zachowań, które wyniosła z rodzinnego domu Rita wytępić nie mogła. Gdy gospodarz opuścił swoją chatkę w poszukiwaniu czegoś, co mogło zastąpić okno, które sama zresztą skutecznie skasowała, dziewczyna poczuła wewnętrzną potrzebę odpokutowania za swoje grzechy. Czując się wystarczająco o siłach wstała i rozejrzała się dookoła zastanawiając się od czego by zacząć. Okna i tak nie naprawi. Zebrała jednak potłuczone szkło. Początkowo planowała wyrzucić je do kosza, jednak odkopawszy z pamięci internetowe filmiki, które oglądała będąc jeszcze normalnym nastolatkiem przypomniała sobie, że w procesie robienia szkła bierze udział ogień. Może dałaby radę jakoś te kawałki zespawać? Wtedy pomysł wydawał się wcale nie głupi w związku z czym zamiast odłamki zutylizować Rita zgarnęła je wszystkie w kupkę przed niegdysiejszym oknem, czyli teraźniejszą szafą. Następnie zabrała się za wszechobecne kluski. Z tym zadaniem było trochę trudniej, nie tylko ze względu na ilość produktu, ale również na konieczność wyrzucenia wszystkiego do śmietnika. A dzieci w Afryce głodują. I samotnicy na wyspie też. Nie minął jednak kwadrans, gdy powrócił właściciel przybytku. Był pod wrażeniem tempa, z jakim uwinęła się z porządkami dziewczyna. Gdy jednak kazał jej wypierdalać czarnowłosą zamurowało.
- Do łóżka - dodał po budującej napięcie pauzie. - Powinnaś wypocząć. Ja już posprzątam do końca.
Nyx bez słowa, niepewnie opuściła stanowisko ustępując miejsca siwej górze mięśni. Uśmieszek, który jej posłał może i miał być uprzejmy, lecz dziewczyny ani trochę nie uspokoił. Przechodząc obok nieznajomego dostrzegła, że owe piętnaście minut dało mu się we znaki. Nie znacznie, ale zawsze. Podeszła do gasnącego paleniska i dołożyła drwa, po czym rozpaliła polana jednym ognistym kichnięciem.
- Do łóżka - nie odwracając się od wykonywanej czynności rozkazał siwobrody. - Nie będę się powtarzać.
Nie musiał. Cały organizm Rity domagał się snu. Dziewczyna szybko znalazła sypialnię. Nie chcąc robić gospodarzowi przykrości posłusznie położyła się na materacu. Jednak coś jej nie pasowało. Wierciła się, przewracała z boku na bok nie mogąc znaleźć dogodnej pozycji. Łóżko nie było nie wygodne. Wręcz przeciwnie. Było za miękkie. Od przybycia na wyspę Nyx nie miała jeszcze okazji spać na czymkolwiek wygodniejszym od leśnego mchu. Stoczyła się z materaca na podłogę i natychmiastowo, jak za sprawą magicznej różdżki pogrążyła się w głębokim, nieprzerwanym śnie.
***
Wrzask. Dźwięk tłuczonego szkła i kobiety upadającej na kolana z płaczem. Na ziemi dwa ciała. Jeszcze ciepłe. Karmazynowa krew wyciekała z nich powoli zabarwiając posadzkę rubinową barwą. Chcę biec. Uciekać. Ale nie mogę. Zesztywniałe w agonalnym grymasie twarze wpatrują się pusto w przestrzeń, lecz jednocześnie na mnie. Przyciągają swoim nieobecnym spojrzeniem. Jakaś magnetyczna siła nie pozwala mi się ruszyć wprowadzając komórki mięśniowe w stan odrętwienia. Powinnam była wtedy uciec. Nie było żadnych śladów. Żadnych dowodów. Żadnych świadków. Jedynie moja obecność na miejscu zbrodni. Moje dłonie pokryte posoką po łokcie. Moje nieludzkie, pozbawione wyrazu spojrzenie. Moja powłoka ciała stojąca nad truchłami lecz pozbawiona tego co powinno ją wypełniać.
***
Obudziła się z gorączką. Wydawało jej się, że jest w swoim domu w Anglii. W swoim pokoju na piętrze. Dlaczego leżała na podłodze. Dlaczego było tak gorąco. Usiadła niepewnie jedną ręka podpierając sie o podłogę, drugą odgarniając czarne kłaki z oczu. Jej dłonie pokryte były niemożliwą do zmycia krwią. Rita zaczęła je wycierać chcąc zetrzeć makabryczne pamiątki z poprzedniego życia, jednak ręce nie stawały się białe. Wtedy zauważyła, że jej dłonie i ramiona nie były pokryte gęstą posoką, lecz twardymi, gadzimi łuskami. Cofnęła się z przerażeniem czując narastającą panikę. Wtedy poczuła jakby coś ciągnęło ją za plecy. Prawie krzyknęła dostrzegając parę błoniastych skrzydeł, którą przyskrzyniła uciekając przed swoimi nieludzkimi łapami. Jednak po chwili zamulony podwyższoną temperaturą mózg zaczął wolno, lecz skutecznie pracować. Jęknęła przypomniawszy sobie kim jest, co robi i gdzie się znajduje. Przetarła rozżarzone powieki i opadła z powrotem na podłogę. Przyjemną, chłodną. Zrzuciła z siebie koc, który służył jej za kołdrę, lecz to nie wystarczyło. Gorąco ją dobijało. Miała wrażenie, że gdyby ktoś dotknął jej skóry oparzył by się dotkliwie. Próbowała ponownie pogrążyć się we śnie, lecz wszelkie próby kończyły się fiaskiem.
/Pali się/ przeszło jej przez myśl niedorzeczne stwierdzenie, które rozgorączkowanemu umysłowi wydawało się śmiertelnie prawdziwe. /Chata płonie! Trzeba uciekać!/
Z trudem dźwignęła się na nogi. Chwiejnym krokiem podeszła do łóżka, lecz nie zastała na nim gospodarza. Z trudem doczłapała do drzwi. Jej gardło zaczęło palić żywym ogniem, co skutkowało atakiem kaszlu. Ogarnięta chorobą Nyx pomyślała, że nie może wdychać gorącego powietrza, w związku z czym zasłoniła usta rękawem ubrania. Pod wpływem wyimaginowanych odczuć zmysłowych jej wzrok również zaczął płatać figle tworząc boleśnie realistyczne obrazy płomieni pożerających łapczywie drewniany domek. Gospodarz, tak jak przypuszczała, spał w fotelu. Rita nie mogła pojąć, jak mężczyzna był w stanie spać w tak niekorzystnych warunkach. Zaczęła trząść jego potężnymi ramionami.
- Pożar! - chciała krzyknąć, lecz z jej gardła wydobywał się tyko ochrypnięty, skrzeczący szept. - Pali się! Wstawaj!
Białowłosy otworzył w końcu leniwie oczy.
- Co kurwa? - zapytał zaspany i zdecydowanie poirytowany zaistniała sytuacją.
- Twój dom płonie! - przekonywała mężczyznę Rita. - Trzeba uciekać!
Sędzia? Trochę "dramatyzmu" nikomu nie zaszkodzi.
- Do łóżka - dodał po budującej napięcie pauzie. - Powinnaś wypocząć. Ja już posprzątam do końca.
Nyx bez słowa, niepewnie opuściła stanowisko ustępując miejsca siwej górze mięśni. Uśmieszek, który jej posłał może i miał być uprzejmy, lecz dziewczyny ani trochę nie uspokoił. Przechodząc obok nieznajomego dostrzegła, że owe piętnaście minut dało mu się we znaki. Nie znacznie, ale zawsze. Podeszła do gasnącego paleniska i dołożyła drwa, po czym rozpaliła polana jednym ognistym kichnięciem.
- Do łóżka - nie odwracając się od wykonywanej czynności rozkazał siwobrody. - Nie będę się powtarzać.
Nie musiał. Cały organizm Rity domagał się snu. Dziewczyna szybko znalazła sypialnię. Nie chcąc robić gospodarzowi przykrości posłusznie położyła się na materacu. Jednak coś jej nie pasowało. Wierciła się, przewracała z boku na bok nie mogąc znaleźć dogodnej pozycji. Łóżko nie było nie wygodne. Wręcz przeciwnie. Było za miękkie. Od przybycia na wyspę Nyx nie miała jeszcze okazji spać na czymkolwiek wygodniejszym od leśnego mchu. Stoczyła się z materaca na podłogę i natychmiastowo, jak za sprawą magicznej różdżki pogrążyła się w głębokim, nieprzerwanym śnie.
***
Wrzask. Dźwięk tłuczonego szkła i kobiety upadającej na kolana z płaczem. Na ziemi dwa ciała. Jeszcze ciepłe. Karmazynowa krew wyciekała z nich powoli zabarwiając posadzkę rubinową barwą. Chcę biec. Uciekać. Ale nie mogę. Zesztywniałe w agonalnym grymasie twarze wpatrują się pusto w przestrzeń, lecz jednocześnie na mnie. Przyciągają swoim nieobecnym spojrzeniem. Jakaś magnetyczna siła nie pozwala mi się ruszyć wprowadzając komórki mięśniowe w stan odrętwienia. Powinnam była wtedy uciec. Nie było żadnych śladów. Żadnych dowodów. Żadnych świadków. Jedynie moja obecność na miejscu zbrodni. Moje dłonie pokryte posoką po łokcie. Moje nieludzkie, pozbawione wyrazu spojrzenie. Moja powłoka ciała stojąca nad truchłami lecz pozbawiona tego co powinno ją wypełniać.
***
Obudziła się z gorączką. Wydawało jej się, że jest w swoim domu w Anglii. W swoim pokoju na piętrze. Dlaczego leżała na podłodze. Dlaczego było tak gorąco. Usiadła niepewnie jedną ręka podpierając sie o podłogę, drugą odgarniając czarne kłaki z oczu. Jej dłonie pokryte były niemożliwą do zmycia krwią. Rita zaczęła je wycierać chcąc zetrzeć makabryczne pamiątki z poprzedniego życia, jednak ręce nie stawały się białe. Wtedy zauważyła, że jej dłonie i ramiona nie były pokryte gęstą posoką, lecz twardymi, gadzimi łuskami. Cofnęła się z przerażeniem czując narastającą panikę. Wtedy poczuła jakby coś ciągnęło ją za plecy. Prawie krzyknęła dostrzegając parę błoniastych skrzydeł, którą przyskrzyniła uciekając przed swoimi nieludzkimi łapami. Jednak po chwili zamulony podwyższoną temperaturą mózg zaczął wolno, lecz skutecznie pracować. Jęknęła przypomniawszy sobie kim jest, co robi i gdzie się znajduje. Przetarła rozżarzone powieki i opadła z powrotem na podłogę. Przyjemną, chłodną. Zrzuciła z siebie koc, który służył jej za kołdrę, lecz to nie wystarczyło. Gorąco ją dobijało. Miała wrażenie, że gdyby ktoś dotknął jej skóry oparzył by się dotkliwie. Próbowała ponownie pogrążyć się we śnie, lecz wszelkie próby kończyły się fiaskiem.
/Pali się/ przeszło jej przez myśl niedorzeczne stwierdzenie, które rozgorączkowanemu umysłowi wydawało się śmiertelnie prawdziwe. /Chata płonie! Trzeba uciekać!/
Z trudem dźwignęła się na nogi. Chwiejnym krokiem podeszła do łóżka, lecz nie zastała na nim gospodarza. Z trudem doczłapała do drzwi. Jej gardło zaczęło palić żywym ogniem, co skutkowało atakiem kaszlu. Ogarnięta chorobą Nyx pomyślała, że nie może wdychać gorącego powietrza, w związku z czym zasłoniła usta rękawem ubrania. Pod wpływem wyimaginowanych odczuć zmysłowych jej wzrok również zaczął płatać figle tworząc boleśnie realistyczne obrazy płomieni pożerających łapczywie drewniany domek. Gospodarz, tak jak przypuszczała, spał w fotelu. Rita nie mogła pojąć, jak mężczyzna był w stanie spać w tak niekorzystnych warunkach. Zaczęła trząść jego potężnymi ramionami.
- Pożar! - chciała krzyknąć, lecz z jej gardła wydobywał się tyko ochrypnięty, skrzeczący szept. - Pali się! Wstawaj!
Białowłosy otworzył w końcu leniwie oczy.
- Co kurwa? - zapytał zaspany i zdecydowanie poirytowany zaistniała sytuacją.
- Twój dom płonie! - przekonywała mężczyznę Rita. - Trzeba uciekać!
Sędzia? Trochę "dramatyzmu" nikomu nie zaszkodzi.
24 października 2018
Od Nyx CD Sędziego
- Ożeszkurwa - przeklęła siarczyście pod nosem widząc gabaryty potencjalnego przeciwnika.
Nie tego się spodziewała. Z podobnymi miśkami walczyła już nie raz w "poprzednim życiu" i zazwyczaj z takich pojedynków wychodziła zwycięsko. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że jej organizm znajdował się na skraju całkowitego wyczerpania, a pokaźnych rozmiarów skrzydła zdecydowanie ograniczały mobilność i dawały -20 do szybkości szanse na wygraną wynosiły mniej więcej jeden do pierdyliona. W akcie czystej desperacji chwyciła co miała pod ręką i rzuciła celnie w kierunku rozwścieczonego człowieka-niedźwiedzia sekundę później posyłając również krótką salwę smoczego ognia. Tak dla pewności. Niestety zarówno jedno jak i drugie okazało się nieskuteczne i pewnie gdyby Rita nie biegła na złamanie karku w kierunku wybitnego okna zareagowałaby kiwnięciem szacunku w stronę niespodziewanie zwinnego jegomościa. Już miała wolność na wyciągnięcie ręki, gdy nagle poczuła jak coś ciągnie ją w kierunku przeciwnym do docelowego. Minąwszy się z czynnikiem uniemożliwiającym jej ucieczkę posłała siwemu mężczyźnie nienawistne lecz jednocześnie zdziwione spojrzenie. Czarnowłosa łupnęła plecami o ścianę lecz ani na moment nie straciła przeciwnika z oczu. pochyliła się nieco do przodu i ugięła kolana, a ręce uniosła wystarczająco wysoko by w razie czego móc szybko zasłonić potencjalny atak. Bojowy właściciel chatki również przyjął waleczną pozycję i sięgnął po stalowy pręt. Gdyby Rita nie spotkała się już wcześniej z podobnym zjawiskiem zapewne wybałuszyła by oczy z niedowierzaniem patrząc jak ręka brodacza staje się metalowa. Szanse na wygranie pojedynku zmalały o kolejny pierdyliard. Następna szarpanina zakończyła sie ponownym posłaniem płomiennego pocisku, który został bez większego wysiłku odparty i ponownym odepchnięciem włamywaczki tym razem w kierunku kuchni.
- Stali nie spali taka marna pokraka - zrymował ironicznie wielkolud.
Rita już szykowała równie błyskotliwą ripostę, lecz z jej ust zamiast obelgi wyskoczyło niespodziewane kichnięcie. To wystarczyło by diametralnie zmienić atmosferę.
- Boże, dziecko – mężczyzna przyjrzał się dokładniej dziewczynie. – Przecież ty jesteś chora!
Nietypowa komenda, którą chwilę później wydał czarnowłosej jegomość całkowicie zbiła dziewczynę z pantałyku, co również zrobiłaby kolejne czynności "niedźwiadka", gdyby nie fakt, że w między czasie została bez pardonu ogłuszona.
***
Gdy w końcu otworzyła oczy pierwszym co dotarło do jej świadomości był tępy ból głowy, kłucie w gardle i ogólnie kiepskie samopoczucie. Podniosła się powoli do pozycji siedzącej starając przypomnieć sobie wydarzenia sprzed drzemki. Z perspektywy czasu całą sytuacja wydała jej się niepoprawnie śmieszna. Pocierając skronie czarnowłosa rozejrzała się dookoła, a jej oczom ukazał się postapokaliptyczny burdel, śpiący w fotelu siwy gigant i miska wystygłych klusek z mięsem cierpliwie leżąca obok niej. Ze smakiem spałaszowała posiłek wycierając niekulturalnie brudną twarz w rękaw. Bliskość ogniska, pełny żołądek i odrobina zażytego snu całkowicie ulotniły adrenalinę z krwioobiegu, w związku z czym Nyx odczuła wszystkie skutki jej dokonań z ostatnich kilku godzin. W akompaniamencie cichych pojękiwań podniosła się z ziemi i chwyciwszy po drodze swój ukochany plecak poczłapała w kierunku drzwi. Miała zamiar po cichutku je otworzyć i równie bezszelestnie opuścić miejsce swoich licznych zbrodni, jednak gdy tylko uchyliła drewniane wrota rozpędzony, potężny wiatr rozwarł je z hukiem całkowicie wpuszczając do środka kilometry sześcienne lodowatego wiatru i śniegu. Nyx zaczęła mocować się z nieustępliwą siłą żywiołu. W końcu zaparłwszy się plecami udało jej się z trudem dokonać czynu. Gdy drzwi na powrót były zamknięte czarnowłosa powoli zsunęła się na podłogę zdyszana. Łapczywie pobierając nowe partie tlenu uspokoiła rozbiegane myśli, żeby po chwili przypomnieć sobie o śpiącym gospodarzu, którego hałas bez wątpienia musiał zbudzić. Powoli podniosła wzrok na jegomościa w fotelu, który w spokoju jej się przyglądał. Nie skomentował sytuacji. Jednie bez słowa wskazał uprzednio okupowane przez dziewczynę miejsce przy palenisku. Ta posłusznie, zawstydzona z powodu przyłapania na gorącym uczynku powróciła na przypisany jej skrawek podłogi. Gdy usiadła zapanowała niezręczna cisza przerywana jedynie żałobnym wyciem wiatru panującego za murami budynku. Wyraźnie niezadowolony z zaistniałego stanu rzeczy mężczyzna westchnął donośnie z poirytowaniem.
- Jak się nazywasz? - padło w końcu z jego strony pytanie.
Rita nie odpowiedziała unikając kontaktu wzrokowego jak ognia, który zaś okazał się niezwykle interesującym i przykuwającym uwagę zjawiskiem.
- Nie to nie - wzruszył potężnymi ramionami rozsiadając się wygodniej w fotelu. - W takim razie będę na ciebie mówił jaszczurka. Co ty na to?
Czarnowłosa uparcie milczała przeczuwając jakiś podstęp.
- To powiedz mi w takim razie jaszczurko, co cię podkusiło, żeby się do mnie włamywać?
Cisza.
- Czyżby głucha jaszczurka mi się trafiła? A może po prostu tępa?
Nic.
- Dlaczego - burknęła w końcu ochrypniętym głosem Rita. - Żeś mnie nie wywalił za drzwi?
Sędzia? Dlaczego?
23 października 2018
Od Nyx do Sędziego
Zima dawała się wszystkim we znaki. Nawet tym co w przyszłości mieli siać postrach jako przerośnięte, latające i ziejące ogniem jaszczurki. Tym, którym niedawno wyrosły skrzydła i mogli zacząć naukę latania. I tym, którzy przegrywali nieuczciwą walkę z grawitacją lądując co rusz w zaspie mroźnego, morderczego i znienawidzonego do szpiku kości śniegu. I nie było na tym świecie przekleństw, które byłyby w stanie w odpowiedni sposób oddać uczucia, które w takich momentach ogarniały młodego dragona. Albo raczej młodą dragonkę…? Czyżby kolejne seksizmy w tym pozbawionym równouprawnienia świecie? Noż naprawdę, żeby nawet ta przeklęta wyspa padła ofiarą patriarchalnej klątwy... No, ale wróćmy na ziemię. A raczej jej drobny, ośnieżony skrawek, na którym toczył się i działał cały ten groteskowy cyrk. Wróćmy do jednej z bohaterek tej czarnej komedii, która właśnie psikała i kaszlała na przemian przeczuwając nadchodzące przeziębienie. Pełna nadziei grzała jednak przemarznięty tyłek przy rozpalonym przez się ognisku nie zważając na konsekwencje, które mogły wyniknąć z bezczynnego siedzenia na dupie w środku lasu. Zwłaszcza, jeśli pięć metrów obok biegł intensywnie nawiedzany przez mieszkańców wyspy szlak.
/J**ać to/ olewała fakt Rita wyciągając ręce bliżej ogniska.
Czerwono pomarańczowe języki lizały jej dłonie pokryte twardą, ognioodporną łuską. Kolejne propsy bycia pół smokiem. Można wpychać łapska w płomienie i się nie oparzyć, a skutecznie ogrzać. Z zadowolenia westchnęła czując jak przyjemna fala gorąca biegnie od czubków jej palców, a raczej szponów, przez ramiona, aż do klatki piersiowej rozsyłając przyjemne ciepło dalej na odleglejsze części ciała dziewczyny. Przyjemnie zaskoczone miłą odmianą błoniaste skrzydła sterczące z pleców czarnowłosej drgnęły niespodziewanie, przypominając właścicielce o swoim istnieniu. Rita postanowiła z nich skorzystać owijając się jak nietoperz tworząc termoizolacyjną powłokę, a jednocześnie bardzo dobre przebranie Draculi. Zawinięta w kokon siedziałaby pewnie przy ognisku przez długie godziny, gdyby nie nagła i niezwykle drastyczna zmiana pogody. Zaczęło się od drobnego, niepozornego puszku leniwie spadającego z szarego nieba. Gdyby nie doświadczenie Nyx zapewne zignorowałaby, zdawałoby się, niegroźne zjawisko, jednak przypomniawszy sobie, że praktycznie zawsze niby drobny śnieżek kończył się zamiecią stulecia uznała, że czas najwyższy wrócić do swojej jaskini. Niechętnie, lecz żwawo wstała, zgasiła ognisko śniegiem, zebrała swoje manatki i ruszyła w kierunku powrotnym. A raczej tak jej się zdawało…
Nie minęła nawet godzina, a (zgodnie z przypuszczeniami Rity) niezauważalny śnieżek zwiększył intensywność opadu i w połączeniu z przeszywającym, lodowatym wiatrem stworzył niezwykle wk**wiajace kombo. Czarnowłosa sapiąc i dysząc z wysiłku brnęła uparcie przez sięgające pachwin zaspy. Nie zważała jednak na trudności napędzana wizją rychłego powrotu do cieplutkiej jaskini…
Gdy jednak minęła trzecia godzina Nyx pogodziła się z faktem, że się zgubiła. W pierwszym odruchu chciała usiąść bezradnie na ziemi i dokończyć żywota pozwalając znienawidzonemu śniegowi dokończyć dzieła, jednak odrzuciła niedorzeczną myśl na korzyść innej. Bardziej niedorzecznej. Zrzuciła plecak z ramion i przytuliła mocno rękami do tułowia zwiększając mobilność skrzydeł. Machnęła nietuzinkowymi kończynami parę razy odgarniając nieco śnieg w promieniu kilkunastu metrów. Korzystając z prowizorycznego pasa startowego rozpędziła się i machając histerycznie skrzydłami wzbiła się w powietrze. Nad estetyką wykonania należało jeszcze popracować. Z początku pomysł wydawał się sukcesem. Wystarczyło bowiem wznieść się ponad korony drzew, żeby kontrolę nad torem lotu przejął szalejący wicher. W tym starciu niedoświadczony Dragon był bez szans. Im bardziej starała się oprzeć niemiłosiernej sile żywiołu tym bardziej była przez eń unoszona w zupełnie innym kierunku. Walka trwała zaledwie kilka minut, lecz całkowicie wycieńczyła młodą mutantkę, a widok niebezpiecznie szybko zbliżającego się skalistego zbocza góry zmusił ja do desperackiego złożenia skrzydeł. Skutek był oczywisty. Rita zaczęła spadać i stopniowo nabierać prędkości. Nie odważyła się jednak ponowić próby lotu, czy chociażby szybowania zanim wkroczyła w bezpieczną strefę koron drzew, gdzie wiatr był zdecydowanie słabszy. Praktycznie w ostatnim momencie i ostatkami sił rozłożyła błoniaste kończyny amortyzując tym samym nieuchronne zderzenie z ziemią. Poobijana, przemarznięta do szpiku kości i pozbawiona wszelkiej chęci do dalszego życia Starkówna leżała bezwładnie na ziemi otoczona białym dziełem samego Szatana. Wydawało by się, że zimniej już być nie może. Gdyby śnieg mógł się ironicznie śmiać zapewne właśnie by to zrobił. Tym co zmusiło dziewczynę do podniesienia głowy był czysty instynkt samozachowawczy, szósty zmysł, przeczucie, los, przeznaczenie… Któryś z tych szitów. W każdym razie coś, co zachęciło ją do spojrzenia przed siebie właśnie uratowało jej dupę. Wykuta w skale chatka aż zapraszała czarnowłosą do środka, a ta czując natychmiastowy przypływ energii wymieszanej z nadzieją dźwignęła się na równe nogi i szurając czterema z sześciu dostępnych kończyn, w ślimaczym tempie dotarła do domku. Nie sprawdzała, czy był pusty, czy drzwi były otwarte, czy w środku nie czekał rottweiler z k*rwicą, po prostu wzięła wybiła z łokcia okno i nie zważając na ostre kawałki szkła rozdzierające zarówno jej stare szmaty, służące za ubranie, jak i skórę, służącą za naturalną powłokę ciała, przecisnęła się przez nie wpadając z impetem do środka. Przeleżała w bezruchu parę sekund. Nikt nie wydarł się z krzykiem wołając o pomoc, a żaden rottweiler nie rozszarpał jej tchawicy. Czyli pusto. Kątem oka dostrzegła palenisko. Doczłapała do niego na czworaka i zapaliła ognistym rzygiem leżące w nim kawałki drewna. Poczucie bezpieczeństwa i stopniowo rozgrzewające pomieszczenie ognisko magicznie zwróciło dziewczynie siły. Usiadła po turecku niebezpiecznie blisko płomieni i próbując powstrzymać nieustające drżenie sięgnęła po leżący obok, wierny plecak, z którego wyciągnęła resztki skradzionego niedawno, osadniczego pokarmu. Już miała wbić ostre, smocze zęby w zamarznięty chleb, gdy jej oczom ukazała się kuchnia. Bez zastanowienia odrzuciła skamieniały bochen i podreptała do przyzwoicie wyglądających szafek. Po brzegi wypełnione nie były, ale wszystko, począwszy od pieczywa, przez zakonserwowaną żywność po suszone kawałki mięsa były stosunkowo świeże. Fakt ten nieco zaniepokoił samotniczkę, jednak wizja opuszczenia ciepłej chatki była zdecydowanie bardziej odpychająca od wizji spotkania jej właściciela. Nieważne kim miał, tudzież miała się okazać, nic nie było straszniejsze od powrotu na łono złowrogiej i morderczej natury.
Sędzia? Co zrobisz włamywaczowi?
/J**ać to/ olewała fakt Rita wyciągając ręce bliżej ogniska.
Czerwono pomarańczowe języki lizały jej dłonie pokryte twardą, ognioodporną łuską. Kolejne propsy bycia pół smokiem. Można wpychać łapska w płomienie i się nie oparzyć, a skutecznie ogrzać. Z zadowolenia westchnęła czując jak przyjemna fala gorąca biegnie od czubków jej palców, a raczej szponów, przez ramiona, aż do klatki piersiowej rozsyłając przyjemne ciepło dalej na odleglejsze części ciała dziewczyny. Przyjemnie zaskoczone miłą odmianą błoniaste skrzydła sterczące z pleców czarnowłosej drgnęły niespodziewanie, przypominając właścicielce o swoim istnieniu. Rita postanowiła z nich skorzystać owijając się jak nietoperz tworząc termoizolacyjną powłokę, a jednocześnie bardzo dobre przebranie Draculi. Zawinięta w kokon siedziałaby pewnie przy ognisku przez długie godziny, gdyby nie nagła i niezwykle drastyczna zmiana pogody. Zaczęło się od drobnego, niepozornego puszku leniwie spadającego z szarego nieba. Gdyby nie doświadczenie Nyx zapewne zignorowałaby, zdawałoby się, niegroźne zjawisko, jednak przypomniawszy sobie, że praktycznie zawsze niby drobny śnieżek kończył się zamiecią stulecia uznała, że czas najwyższy wrócić do swojej jaskini. Niechętnie, lecz żwawo wstała, zgasiła ognisko śniegiem, zebrała swoje manatki i ruszyła w kierunku powrotnym. A raczej tak jej się zdawało…
Nie minęła nawet godzina, a (zgodnie z przypuszczeniami Rity) niezauważalny śnieżek zwiększył intensywność opadu i w połączeniu z przeszywającym, lodowatym wiatrem stworzył niezwykle wk**wiajace kombo. Czarnowłosa sapiąc i dysząc z wysiłku brnęła uparcie przez sięgające pachwin zaspy. Nie zważała jednak na trudności napędzana wizją rychłego powrotu do cieplutkiej jaskini…
Gdy jednak minęła trzecia godzina Nyx pogodziła się z faktem, że się zgubiła. W pierwszym odruchu chciała usiąść bezradnie na ziemi i dokończyć żywota pozwalając znienawidzonemu śniegowi dokończyć dzieła, jednak odrzuciła niedorzeczną myśl na korzyść innej. Bardziej niedorzecznej. Zrzuciła plecak z ramion i przytuliła mocno rękami do tułowia zwiększając mobilność skrzydeł. Machnęła nietuzinkowymi kończynami parę razy odgarniając nieco śnieg w promieniu kilkunastu metrów. Korzystając z prowizorycznego pasa startowego rozpędziła się i machając histerycznie skrzydłami wzbiła się w powietrze. Nad estetyką wykonania należało jeszcze popracować. Z początku pomysł wydawał się sukcesem. Wystarczyło bowiem wznieść się ponad korony drzew, żeby kontrolę nad torem lotu przejął szalejący wicher. W tym starciu niedoświadczony Dragon był bez szans. Im bardziej starała się oprzeć niemiłosiernej sile żywiołu tym bardziej była przez eń unoszona w zupełnie innym kierunku. Walka trwała zaledwie kilka minut, lecz całkowicie wycieńczyła młodą mutantkę, a widok niebezpiecznie szybko zbliżającego się skalistego zbocza góry zmusił ja do desperackiego złożenia skrzydeł. Skutek był oczywisty. Rita zaczęła spadać i stopniowo nabierać prędkości. Nie odważyła się jednak ponowić próby lotu, czy chociażby szybowania zanim wkroczyła w bezpieczną strefę koron drzew, gdzie wiatr był zdecydowanie słabszy. Praktycznie w ostatnim momencie i ostatkami sił rozłożyła błoniaste kończyny amortyzując tym samym nieuchronne zderzenie z ziemią. Poobijana, przemarznięta do szpiku kości i pozbawiona wszelkiej chęci do dalszego życia Starkówna leżała bezwładnie na ziemi otoczona białym dziełem samego Szatana. Wydawało by się, że zimniej już być nie może. Gdyby śnieg mógł się ironicznie śmiać zapewne właśnie by to zrobił. Tym co zmusiło dziewczynę do podniesienia głowy był czysty instynkt samozachowawczy, szósty zmysł, przeczucie, los, przeznaczenie… Któryś z tych szitów. W każdym razie coś, co zachęciło ją do spojrzenia przed siebie właśnie uratowało jej dupę. Wykuta w skale chatka aż zapraszała czarnowłosą do środka, a ta czując natychmiastowy przypływ energii wymieszanej z nadzieją dźwignęła się na równe nogi i szurając czterema z sześciu dostępnych kończyn, w ślimaczym tempie dotarła do domku. Nie sprawdzała, czy był pusty, czy drzwi były otwarte, czy w środku nie czekał rottweiler z k*rwicą, po prostu wzięła wybiła z łokcia okno i nie zważając na ostre kawałki szkła rozdzierające zarówno jej stare szmaty, służące za ubranie, jak i skórę, służącą za naturalną powłokę ciała, przecisnęła się przez nie wpadając z impetem do środka. Przeleżała w bezruchu parę sekund. Nikt nie wydarł się z krzykiem wołając o pomoc, a żaden rottweiler nie rozszarpał jej tchawicy. Czyli pusto. Kątem oka dostrzegła palenisko. Doczłapała do niego na czworaka i zapaliła ognistym rzygiem leżące w nim kawałki drewna. Poczucie bezpieczeństwa i stopniowo rozgrzewające pomieszczenie ognisko magicznie zwróciło dziewczynie siły. Usiadła po turecku niebezpiecznie blisko płomieni i próbując powstrzymać nieustające drżenie sięgnęła po leżący obok, wierny plecak, z którego wyciągnęła resztki skradzionego niedawno, osadniczego pokarmu. Już miała wbić ostre, smocze zęby w zamarznięty chleb, gdy jej oczom ukazała się kuchnia. Bez zastanowienia odrzuciła skamieniały bochen i podreptała do przyzwoicie wyglądających szafek. Po brzegi wypełnione nie były, ale wszystko, począwszy od pieczywa, przez zakonserwowaną żywność po suszone kawałki mięsa były stosunkowo świeże. Fakt ten nieco zaniepokoił samotniczkę, jednak wizja opuszczenia ciepłej chatki była zdecydowanie bardziej odpychająca od wizji spotkania jej właściciela. Nieważne kim miał, tudzież miała się okazać, nic nie było straszniejsze od powrotu na łono złowrogiej i morderczej natury.
Sędzia? Co zrobisz włamywaczowi?
3 października 2018
Od Nyx [etap1 > etap2]
Biały puch otulał delikatnie pogrążoną w zimowym letargu florę tego
przeklętego lasu. Rita miała go już po dziurki w nosie. Nawet tego
ukochanego dla jej oka zimowego, majestatycznego i jednocześnie
tajemniczego krajobrazu. Szczególnie, gdy temperatura spadła
zdecydowanie poniżej zera. Funkcjonowanie w takich warunkach Nyx uważała
za wręcz niemożliwe, co pewnie z biologicznego punktu widzenia mogło
być prawdą. Na nic zdało jej się oglądanie godzinami Bear'a Gryllsa
skoro jej skostniałe z zimna palce odmawiały posłuszeństwa, a z oczu,
jak i z nosa ciekły hektolitry przeróżnych substancji. Pozostawało
jedynie opuścić dotychczas okupowane drzewo i znaleźć schronienie w
lepiej izolującej od niekorzystnych warunków środowiska, ciasnej (ale
własnej) jaskini. Na tyle zamkniętej, by utrzymywać temperaturę wyższą
od zera, a jednocześnie wystarczająco przewiewnej, aby można było w jej
wnętrzu rozpalić ognisko i się nie zaczadzić. To też regularnie
wykonywała Rita pomiędzy krótkimi eskapadami mającymi na celu
znalezienie wszelkich mchów, zaschniętych liści, czy gałęzi
transformowanych przez nią w "karimaty" oraz polowaniami. Zazwyczaj w
swojej smoczej postaci. Mimo braku całkowitej kontroli nad bolesną
przemianą zdobywanie pożywienia było dużo łatwiejsze, gdy posiadało się
ogromne, pokryte łuską cielsko, parę skrzydeł i szeroki arsenał ostrych
jak brzytwy zębów oraz potężnych pazurów. No i oczywiście nie
zapominajmy o umiejętności ziania ogniem. Niezwykle przydatne...
*
To
się zdarzyło w nocy, gdy świat ogarnięty był egipskimi ciemnościami, a
żarzące się już jedynie niegdysiejsze ognisko Rity było jedynym źródłem
światła. Obudził ją niemiłosierny ból. Podobny do tego, który
towarzyszył przemianom, jednak znacznie silniejszy. Gdyby nie fakt, że
dziewczyna już leżała zapewne upadła by na ziemię. Zaczęła kurczyć się i
wić jak wąż mając nadzieję, że w ten sposób ulży cierpieniom. Tak się
jednak nie stało. Czuła jak jej zmutowane komórki szaleją, jakby same
nie wiedziały co robić. Mięśnie, narządy, nawet kości robiły się coraz
gorętsze, a dziewczyna spodziewała się, że prędzej cz później zaczną
żarzyć się piekielną czerwienią od swojego gorąca. Podświadomość
wizualizująca sobie przemianę w tak ciasnej przestrzeni zmusiła
dziewczynę do wyczołgania się na zewnątrz. Dotykany przez czarnowłosą
śnieg ulatniał się z charakterystycznym sykiem, w związku z czym po
chwili wejście do jaskini spowiła gęsta mgła. W środku mlecznobiałej
chmury kolejnym transformacjom ulegało ciało Rity. Palce jej dłoni
wydłużyły się, pogrubiły i pokryły łuską, a na końcu paznokcie przerosły
w ostre, zakrzywione szpony. Jej zęby zaczęły wyrastać i drastycznie
zwężać się ku końcowi tworząc ogromne zębiska. Łamiącym się z bólu
głosem wrzasnęła, gdy z jej pleców wystrzeliła para czarnych,
błoniastych skrzydeł przypominających te należące do nietoperza... I
wtedy nagle wszytko się zatrzymało. Ból równie gwałtownie jak się
pojawił tak zniknął, a temperatura ciała Nyx powróciła do naturalnych 36
stopni Celsjusza. Jedyne co wybiegało ponad normę były smocze cechy
aparycji, które najwyraźniej nie zamierzały ustąpić miejsca pierwotnym
częściom ciała.
/Zaje**ście/ pomyślała Rita leżąc w bezruchu na ziemi.
-
Ja wiem, że jestem dragonem, ale następnym razem, jak coś takiego ma
się dziać, to można by było mnie grzecznie uprzedzić - warknęła do
nieobecnej istoty odpowiedzialnej za cały ten szit.
Resztkami
sił doczołgała się z powrotem do swojej "smoczej jamy" szurając za sobą
nadprogramową parą kończyn. Gdy usadowiła się w jej wnętrzu stosunkowo
wygodnie rozpaliła na powrót palenisko jednym ognistym kaszlnięciem.
Otuliła się błoniastymi skrzydłami tworząc prowizoryczny śpiwór i
nieziemsko zmęczona zaistniałą sytuacją pogrążyła się w błogim,
nieprzerwanym śnie z nadzieją na lepsze jutro.
Koniec
30 sierpnia 2018
Od Nyx do ktosia
Gdyby ktoś przechodziwszy w okolicy ogromnego, starego jak wyspa drzewa przypominającego fenotypem mahoniowca zatrzymał się, żeby poprzyglądać się jego koronie oraz miał sokoli wzrok dostrzegłby siedzącą pośród gałęzi dziewczynę . Czarnowłosą Nyx, o bladej karnacji i chorobliwie niebieskich włosach i… porastających ją gdzieniegdzie czarnych łuskach. Dziewczyna uporczywie drapała nietypowe wytwory skóry z nietęgą miną. Wyrastające i zanikające sporadycznie łuski piekielnie swędziały, szczypały, kłuły i bolały na przemian. Krótko mówiąc były niczym wrzód na dupie. Fakt, że jest jak to mówią Dragonem, czyli hybrydą człowieka z mitycznym smokiem już jej nie przeszkadzał. Prawdę mówiąc zaczęła traktować swoją przypadłość jako zaletę. No bo przecież kto by nie chciał być wielką, latającą i ziejącą ogniem jaszczurką z ogromną paszczą wyposażoną w gigantyczne zębiska oraz ostre jak brzytwa szpony? No właśnie. Tak też bez większego planu na przyszłość Starkówna siedziała na gałęzi, rozważała o swojej mutacji i próbowała przypomnieć sobie Smaugowe kwestie z filmowej wersji Hobbita, żeby móc je później cytować. Pewnie następne parę godzin przepuszczałaby właśnie w ten sposób, gdyby nagle jej żołądek nie skurczył się do rozmiarów orzeszka ziemnego domagając się uzupełnienia. Rita westchnąwszy zgrabnie zeszła z drzewa i ruszyła w kierunku zastawionych uprzednio przez siebie pułapek.
Słońce chyliło się ku zachodowi wskazując na godzinę późno popołudniową, gdy Nyx upewniła się po raz piąty, że wszystkie jej pułapki uległy kompletnej dewastacji. Zwierzę, które się na nie natknęło musiało być wielkości co najmniej tygrysa. Takie też wrażenie po sobie pozostawiło. Ślady pazurów pozostawione zarówno na niegdysiejszych pułapkach jak i pobliskiej roślinności wskazywały na podły charakter bestii, którą próba schwytania zapewne, delikatnie mówiąc, rozwścieczyła. Rita zdecydowanie nie chciała mieć z nią nic do czynienia. W związku z czym gdy usłyszała coś brzmiącego niczym groźny pomruk zerwała się czym prędzej i ruszyła bez zastanowienia zapominając o nietrafionych pułapkach.
Było już ciemno gdy Nyx powoli wyszła z ukrycia. W chatce na obrzeżach osady, którą obserwowała od dłuższego czasu nie zapaliło się światło, w związku z czym stwierdziła, że jej mieszkaniec akurat był nieobecny. Powoli i cicho niczym kot podkradła się do domostwa. Drzwi były zamknięte na klucz, lecz mechanizm był wyjątkowo stary i sforsowanie go nie sprawiło czarnowłosej większego problemu. Dostawszy się do środka i upewniwszy się, że chatka była pusta rozpoczęła kontrolę inwentarza. Przedmioty bardziej wartościowe i użyteczne wykładała na drewnianą, przeżutą przez korniki posadzkę. Gdy skończyła przyjrzała się dokładnie swojemu łupowi. Nie wyglądał zbyt zachęcająco. Trzy świeczki, połowicznie pusta paczka zapałek, dwa jabłka, suszona wołowina i kilka ziemniaków. Wszystko zapakowała do swojej wiernej, wysłużonej torby i już miała wyjść, gdy usłyszała za sobą podenerwowany, kobiecy głos.
- Kim jesteś i co tu robisz?! – właścicielka domku spanikowana stała w wejściu do chatki.
Przez chwilę obie kobiety patrzyły na siebie w milczeniu. Rita niczym karaluch, którego zaskoczyło nagle zapalone światło stała w bezruchu czekając nie wiadomo na co. Już chciała grozić obcej i nakazywać, żeby była cicho, ale ta jakby czytała jej w myślach i zaczęła niemiłosiernie wrzeszczeć oraz wołać o pomoc.
- Samotnik! – wydzierała się w niebogłosy. – Pomocy!
Nyx przeklęła siarczyście i w trybie natychmiastowym opuściła budynek po drodze przewracając jego właścicielkę. Niestety raban, który kobieta zdążyła narobić zaowocował szybkim pojawieniem się strażników. Rita biegła ile sił w nogach, jednak w porównaniu z kotołakiem nie miała najmniejszych szans.
Do ciasnej, ciemnej klitki z hukiem wleciała czarnowłosa twardo upadając na brudną posadzkę, a tuż za nią ciężkie, drewniane, okute żelazem drzwi celi zamknęły się z trzaskiem. Rita nawet nie próbowała w nie bezsensownie walić krzycząc przy okazji, aby ją wypuszczono. To nigdy nie działało. Jedynie dodawało zbędnego dramatyzmu, a z więźnia robiło idiotę. Zamiast tego podeszła do małego, okratowanego okna i zaczęła sprawdzać jego wytrzymałość. Nie raz uciekała z aresztu. Prowizoryczne lochy nie powinna więc stanowić dla niej większego problemu. Zajęta obmyślaniem planu ucieczki nawet nie zauważyła obecności współwięźnia w swojej celi.
Ktoś, coś pomoże uciec? Może niesłusznie skazany przedstawiciel nowej mutacji?
Słońce chyliło się ku zachodowi wskazując na godzinę późno popołudniową, gdy Nyx upewniła się po raz piąty, że wszystkie jej pułapki uległy kompletnej dewastacji. Zwierzę, które się na nie natknęło musiało być wielkości co najmniej tygrysa. Takie też wrażenie po sobie pozostawiło. Ślady pazurów pozostawione zarówno na niegdysiejszych pułapkach jak i pobliskiej roślinności wskazywały na podły charakter bestii, którą próba schwytania zapewne, delikatnie mówiąc, rozwścieczyła. Rita zdecydowanie nie chciała mieć z nią nic do czynienia. W związku z czym gdy usłyszała coś brzmiącego niczym groźny pomruk zerwała się czym prędzej i ruszyła bez zastanowienia zapominając o nietrafionych pułapkach.
Było już ciemno gdy Nyx powoli wyszła z ukrycia. W chatce na obrzeżach osady, którą obserwowała od dłuższego czasu nie zapaliło się światło, w związku z czym stwierdziła, że jej mieszkaniec akurat był nieobecny. Powoli i cicho niczym kot podkradła się do domostwa. Drzwi były zamknięte na klucz, lecz mechanizm był wyjątkowo stary i sforsowanie go nie sprawiło czarnowłosej większego problemu. Dostawszy się do środka i upewniwszy się, że chatka była pusta rozpoczęła kontrolę inwentarza. Przedmioty bardziej wartościowe i użyteczne wykładała na drewnianą, przeżutą przez korniki posadzkę. Gdy skończyła przyjrzała się dokładnie swojemu łupowi. Nie wyglądał zbyt zachęcająco. Trzy świeczki, połowicznie pusta paczka zapałek, dwa jabłka, suszona wołowina i kilka ziemniaków. Wszystko zapakowała do swojej wiernej, wysłużonej torby i już miała wyjść, gdy usłyszała za sobą podenerwowany, kobiecy głos.
- Kim jesteś i co tu robisz?! – właścicielka domku spanikowana stała w wejściu do chatki.
Przez chwilę obie kobiety patrzyły na siebie w milczeniu. Rita niczym karaluch, którego zaskoczyło nagle zapalone światło stała w bezruchu czekając nie wiadomo na co. Już chciała grozić obcej i nakazywać, żeby była cicho, ale ta jakby czytała jej w myślach i zaczęła niemiłosiernie wrzeszczeć oraz wołać o pomoc.
- Samotnik! – wydzierała się w niebogłosy. – Pomocy!
Nyx przeklęła siarczyście i w trybie natychmiastowym opuściła budynek po drodze przewracając jego właścicielkę. Niestety raban, który kobieta zdążyła narobić zaowocował szybkim pojawieniem się strażników. Rita biegła ile sił w nogach, jednak w porównaniu z kotołakiem nie miała najmniejszych szans.
Do ciasnej, ciemnej klitki z hukiem wleciała czarnowłosa twardo upadając na brudną posadzkę, a tuż za nią ciężkie, drewniane, okute żelazem drzwi celi zamknęły się z trzaskiem. Rita nawet nie próbowała w nie bezsensownie walić krzycząc przy okazji, aby ją wypuszczono. To nigdy nie działało. Jedynie dodawało zbędnego dramatyzmu, a z więźnia robiło idiotę. Zamiast tego podeszła do małego, okratowanego okna i zaczęła sprawdzać jego wytrzymałość. Nie raz uciekała z aresztu. Prowizoryczne lochy nie powinna więc stanowić dla niej większego problemu. Zajęta obmyślaniem planu ucieczki nawet nie zauważyła obecności współwięźnia w swojej celi.
Ktoś, coś pomoże uciec? Może niesłusznie skazany przedstawiciel nowej mutacji?
24 sierpnia 2018
Od Nyx CD Jules'a
Nieprzytomna była tylko przez
chwilę, jednak sen, który zdążyła wyśnić sprawiał wrażenie długiego i
bardzo realnego. W związku z czym otworzywszy oczy niezmiernie się
zdziwiła nie widząc swoich pokrytych plakatami ścian, zawalonej ciuchami
podłogi, czy zasypanego nie tykanymi od dawna podręcznikami biurka. Gdy
zamiast tego ukazało jej się wnętrze drobnej, acz przytulnej chatki
zaczęła gorączkowo wytężać umysł starając się przypomnieć sobie
uprzednie zdarzenia.
Oświecił ją dopiero wizerunek nieznajomego, za którego sprawą, a raczej
dzięki któremu się tam znalazła. Mężczyzna bez słowa wręczył jej coś do
ręki i kazał połknąć. Chyba miał ją za idiotkę, jeśli sądził, że
czarnowłosa posłusznie zażyje nieznaną substancję od kompletnie obcej
osoby, której zarówno tożsamości, jak i zamiarów nie znała.
- Co się tak patrzysz - zapytał oschle brunet.- Łykaj lepiej zamiast się tak gapić. To nie grzeczne.
Już miała prychnąć ironicznie w odpowiedzi, gdy o swojej obecności boleśnie przypomniała rana na nodze. Dziewczyna nie była w stanie powstrzymać syknięcia, które wydobyło się przez jej zaciśnięte zęby.
- Weź, to tabletki przeciwbólowe - wtrąciła stojąca obok dziewczyna.
Jeśli dobrze zapamiętała była jego siostrą. Gdy stali obok siebie była w stanie dostrzec podobieństwo. Chociaż milutkim charakterem też za bardzo się nie różnili. Przyganiał kocioł garnkowi. Nyx pod wpływem nieustępliwego, mroźnego spojrzenia niebieskich oczu dziewczyny oraz kolejnej fali bólu uległa i zażyła lek. Substancja zadziałała wyjątkowo szybko.
- Jak się nazywasz - padło pytanie ze strony chłopaka, które dziewczyna zbyła milczeniem. - Jak chcesz. W takim razie jak wolisz, żebym na ciebie wołał? Istoto? Czy może per Stworzenie?
- Nyx - burknęła poirytowana.
- Nic? Też jakaś opcja.
- Nyx - powtórzyła głośniej. - N-Y-X. Nyx.
Nikt nie podawał tu swojego prawdziwego imienia. Czemu ona miał być wyjątkiem.
- Niech będzie, Nyx. Ja jestem Jules, a ta urocza osóbka, która uratowała ci du*ę to Galia.
Nie doszło do uprzejmych kiwnięć głową, wymian uścisków dłoni czy jakichkolwiek uprzejmości.
- Ależ nie ma za co - przerwał chwilę niezręcznej ciszy Jules.
Rita nie uległa wyraźnej sugestii, że należałoby podziękować w takiej sytuacji. Zamiast tego zaczęła kaszleć. Gardło drapało ją niemiłosiernie, jakby napiła się detergentu. Znała to uczucie i wiedziała co zwiastowało.
- Podziękowanie utknęło ci w gardle? - zadrwił brunet, jednak gdy zobaczył, że dziewczyna nadal kaszle i próbuje wstać grymasik przypominający uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Co się dzieje? - do akcji wkroczył Galia. - zakrztusiłaś się? Chcesz rzygnąć? Przynieść ci wiadro?
Rita podkręciła tylko głową i zaczęła kuśtykać do drzwi, nadal w akompaniamencie gruźliczego kaszlu.
- Otwórz jej - rozkazała czarnowłosa stojącemu najbliżej wyjścia bratu.
Ten niechętnie posłuchał siostry, a Rita czym prędzej opuszczając budynek "wypluła" czające się od jakiegoś czasu płomienie. Ogień buchął na dwa metry prawie zapalając pobliskie rośliny. Gdy atak minął Statkówna odetchnęła głęboko parę razy i pokuśtykała z powrotem do chatki. Spodziewała się przerażenia w oczach jej wybawców, jednak całe wydarzenie nie zrobiło na nich większego wrażenia.
- Nie strasz tak - bąknął tylko Jules.
- Zaraz - Nyx była delikatnie mówiąc zaskoczona stoickim spokojem rozmówców. - Nie wydaje wam się to trochę dziwne, że rzygam ogniem na dwa metry?
Rodzeństwo spojrzało po sobie, a potem na Ritę. Po ich wzroku można było wywnioskować, że zastanawiali się, czy dziewczyna nie uderzyła się za mocno w głowę upadając przy omdleniu.
- A powinno? - Jules uniósł brwi do góry. - Każdemu Dragonowi może się zdarzyć.
- Że niby czemu? - dziewczyna nie wierzyła własnym uszom.
- Dragonowi. No bo chyba jesteś Dragonem, czyż nie? Ogień by zdecydowanie na to wskazywał, tak samo twoja gojąca się już powoli rana.
- Co ty mi tutaj insynuujesz? Że niby jestem jakimś piepr*onym smokiem? Porąbało?
- Słuchaj, nie wiem co ci powiedzieli wysadzając cię na tej wyspie, ale tu wszyscy są jakimiś mutantami, hybrydami, czy innym wybrykiem natury będącym dziełem chorych naukowców. Nie myśl sobie, że jesteś jakaś wyjątkowa pod tym względem.
Rita nie miała siły kontynuować dyskusji. Usiadła z powrotem intensywnie analizując to co właśnie powiedział nieznajomy i konfrontując ze znanymi sobie faktami. Chciała znaleźć coś co pozwoliłoby jej zanegować tę szaloną historię zerżniętą prosto z jakiegoś taniego filmu science-fiction, ale nie mogła. W głębi swojej czarnej, zepsutej duszy czuła, że to prawda, nie ważne jak bardzo irracjonalna mogła się jej wydawać.
- Co się tak patrzysz - zapytał oschle brunet.- Łykaj lepiej zamiast się tak gapić. To nie grzeczne.
Już miała prychnąć ironicznie w odpowiedzi, gdy o swojej obecności boleśnie przypomniała rana na nodze. Dziewczyna nie była w stanie powstrzymać syknięcia, które wydobyło się przez jej zaciśnięte zęby.
- Weź, to tabletki przeciwbólowe - wtrąciła stojąca obok dziewczyna.
Jeśli dobrze zapamiętała była jego siostrą. Gdy stali obok siebie była w stanie dostrzec podobieństwo. Chociaż milutkim charakterem też za bardzo się nie różnili. Przyganiał kocioł garnkowi. Nyx pod wpływem nieustępliwego, mroźnego spojrzenia niebieskich oczu dziewczyny oraz kolejnej fali bólu uległa i zażyła lek. Substancja zadziałała wyjątkowo szybko.
- Jak się nazywasz - padło pytanie ze strony chłopaka, które dziewczyna zbyła milczeniem. - Jak chcesz. W takim razie jak wolisz, żebym na ciebie wołał? Istoto? Czy może per Stworzenie?
- Nyx - burknęła poirytowana.
- Nic? Też jakaś opcja.
- Nyx - powtórzyła głośniej. - N-Y-X. Nyx.
Nikt nie podawał tu swojego prawdziwego imienia. Czemu ona miał być wyjątkiem.
- Niech będzie, Nyx. Ja jestem Jules, a ta urocza osóbka, która uratowała ci du*ę to Galia.
Nie doszło do uprzejmych kiwnięć głową, wymian uścisków dłoni czy jakichkolwiek uprzejmości.
- Ależ nie ma za co - przerwał chwilę niezręcznej ciszy Jules.
Rita nie uległa wyraźnej sugestii, że należałoby podziękować w takiej sytuacji. Zamiast tego zaczęła kaszleć. Gardło drapało ją niemiłosiernie, jakby napiła się detergentu. Znała to uczucie i wiedziała co zwiastowało.
- Podziękowanie utknęło ci w gardle? - zadrwił brunet, jednak gdy zobaczył, że dziewczyna nadal kaszle i próbuje wstać grymasik przypominający uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Co się dzieje? - do akcji wkroczył Galia. - zakrztusiłaś się? Chcesz rzygnąć? Przynieść ci wiadro?
Rita podkręciła tylko głową i zaczęła kuśtykać do drzwi, nadal w akompaniamencie gruźliczego kaszlu.
- Otwórz jej - rozkazała czarnowłosa stojącemu najbliżej wyjścia bratu.
Ten niechętnie posłuchał siostry, a Rita czym prędzej opuszczając budynek "wypluła" czające się od jakiegoś czasu płomienie. Ogień buchął na dwa metry prawie zapalając pobliskie rośliny. Gdy atak minął Statkówna odetchnęła głęboko parę razy i pokuśtykała z powrotem do chatki. Spodziewała się przerażenia w oczach jej wybawców, jednak całe wydarzenie nie zrobiło na nich większego wrażenia.
- Nie strasz tak - bąknął tylko Jules.
- Zaraz - Nyx była delikatnie mówiąc zaskoczona stoickim spokojem rozmówców. - Nie wydaje wam się to trochę dziwne, że rzygam ogniem na dwa metry?
Rodzeństwo spojrzało po sobie, a potem na Ritę. Po ich wzroku można było wywnioskować, że zastanawiali się, czy dziewczyna nie uderzyła się za mocno w głowę upadając przy omdleniu.
- A powinno? - Jules uniósł brwi do góry. - Każdemu Dragonowi może się zdarzyć.
- Że niby czemu? - dziewczyna nie wierzyła własnym uszom.
- Dragonowi. No bo chyba jesteś Dragonem, czyż nie? Ogień by zdecydowanie na to wskazywał, tak samo twoja gojąca się już powoli rana.
- Co ty mi tutaj insynuujesz? Że niby jestem jakimś piepr*onym smokiem? Porąbało?
- Słuchaj, nie wiem co ci powiedzieli wysadzając cię na tej wyspie, ale tu wszyscy są jakimiś mutantami, hybrydami, czy innym wybrykiem natury będącym dziełem chorych naukowców. Nie myśl sobie, że jesteś jakaś wyjątkowa pod tym względem.
Rita nie miała siły kontynuować dyskusji. Usiadła z powrotem intensywnie analizując to co właśnie powiedział nieznajomy i konfrontując ze znanymi sobie faktami. Chciała znaleźć coś co pozwoliłoby jej zanegować tę szaloną historię zerżniętą prosto z jakiegoś taniego filmu science-fiction, ale nie mogła. W głębi swojej czarnej, zepsutej duszy czuła, że to prawda, nie ważne jak bardzo irracjonalna mogła się jej wydawać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

