Jak się pewnie każdy spodziewał, nie udało mu się w porę dogonić siostry. Dziewczynka musiała wziąć sprawy w swoje ręce (i to dosłownie) i zniknąć za drzewami nie pozwalając bratu siebie złapać. Gdy było już tak naprawdę po wszystkim, Renard wleciał do chaty Harry jak wichura i wzrokiem odnalazł Farrah, którą miał zamiar zaraz ochrzanić. Nie zwrócił nawet uwagi jakich problemów przysporzył osadniczce wbiegając w brudnych buciorach do czystego domu. Dzieciak, jak to dzieciak, mało obchodzi go porządek.
- FARRAH! - głośno tupiąc zbliżył się do siostry i patrząc na nią z góry gniewnie zmarszczył brwi chcąc wyglądać groźniej i bardziej stanowczo - Oszalałaś?! Nie mogłaś na mnie przynajmniej zaczekać?! - powarkiwał, a pod wpływem zbyt mocnego uścisku, paznokcie wbijały mu się w wewnętrzną stronę dłoni.
Dziewczynka jednak zignorowała brata nawet nie obdarzając go spojrzeniem. Była powiem zbyt zajęta biedną istotką wykończoną przez niezbyt wygodny transport, jakim została tutaj przyniesiona. Renard tylko przewrócił z irytacją oczami i zdjął ubranie wierzchnie na polecenie cioci Harry. Niechętnie pomógł rozebrać się również Farrah i poszedł odwiesić płaszcze na wieszak, jak przystało. Potem wrócił do siostry i ukucnął obok niej, aby mieć dobry widok na ich małe znalezisko. Nie było w tym nic niezwykłego. Malutki człowieczek z parą równie malutkich skrzydeł, a Farrah ekscytowała się, jakby ujrzała jakieś bóstwo. Może to u niej normalne, przecież dziewczynki powinny interesować się takimi słodkimi rzeczami. Młody lisołak przez chwilę wpatrywał się w dygoczące małe ciałko, ale po dłuższej chwili zaczęło go to nudzić.
- Farrah słyszałaś mnie? Mama będzie się martwić - wzdychał znudzony chłopiec i wywracał oczami bujając się na boki - Jeszcze nie da nam przez ciebie obiadu, zobaczysz - ostatecznie pokazał siostrze język i podniósł się z drewnianej podłogi przy kominku, akurat w porę.
Przed nimi zjawiła się dziewczyna z dwoma kubkami wypełnionymi przepysznym czekoladowym napojem. Renard od razu dobrał się do swojej czekolady i nie zważając na jej wysoką temperaturę, wypił naraz prawie całą. Momentalnie poczuł jak jego przemarznięte ciało zalewa przyjemna fala ciepła i nie trzęsie się już z zimna. Harry przekazała napój jego siostrze, ale ta była zbyt zajęta wróżką, żeby napić się z kubka więcej niż zaledwie jeden łyk. Chłopak przetarł rękawem usta jednocześnie brudząc go czekoladą i niechętnie zbliżył się do siostry. Zerknął przez jej ramię na małe stworzonko, które ku jego zdziwieniu zaczęło się powoli poruszać i mrugać oczkami. Odstawił kubek na mały stolik i na chwilę ukucnął przy kominku przy okazji ciesząc się bijącym od niego ciepłem. Nie spoglądając na siostrę i tak wiedział, że w tym momencie oczy jej się błyszczą jak dwa diamenty. W skupieniu przypatrywał się małej prawdopodobnie dziewczynie, której skrzydła zaczęły się poruszać, a spojrzenie niespokojnie wędrować po pokoju i naszych twarzach.
- Widzisz, obudziła się. Możemy już iść? - chłopiec ocknął się mając dość wgapiania się w takie biedne stworzonko.
- Jak się nazywasz? Ja jestem Farrah. Dobrze się czujesz? Jesteś głodna? Spragniona? Zimno ci? - siostrzyczka wypytała wróżkę chyba o wszystko co jej w tym momencie przyszło do głowy i strasznie przejęta oczekiwała jakiejkolwiek odpowiedzi od nieznajomej.
- Mogę prosić o koc? - zapytała cichutkim głosikiem, ale Farrah była na tyle blisko, że udało jej się to usłyszeć. Dziewczynka szybko pokiwała głową i zdjęła z fotela obok duży koc przez chwilę obawiając się, że będzie za duży. Na prośbę poszkodowanej jednak położyła go obok niej i odsunęła się nieco.
Wróżka wczołgała się pod gruby i ciepły materiał i na chwilę zamilkła. Wszyscy myśleli, że się rozpłynęła, nawet Harry stała i obserwowała całą sytuację z zaciekawieniem. W końcu jednak koc zaczął się ruszać, a potem podnosić coraz wyżej. Spod niego zaraz wychyliła się już normalnych rozmiarów głowa czerwonych, kręconych włosów. Dziewczyna otuliła się kocem i podsunęła bliżej paleniska jakby teraz było jej jeszcze zimniej, niż przed chwilą. Cała nasza trójka wgapiała się w nią zdezorientowana, nie wiedząc co powiedzieć, ani zrobić.
Cyklamen?
28 listopada 2018
26 listopada 2018
Od Sędziego CD Nyx
Spojrzałem w stronę lecącej smoczycy. Nie pozwoliła mi na szybszą reakcję, zaskoczyła mnie. Zacisnąłem szczękę i złapałem za jeden z prętów wbitych w skałę. Zwykły człowiek nie dałby rady go wyciągnąć, jednak byłem wtedy napompowany adrenaliną, poza tym siłą przewyższałem typowego Kowalskiego. Zacisnąłem palce na zimnej stali, pokrytej już lekką rdzą, i pociągnąłem do siebie. Niechętnie, z początku powoli, po sekundzie jednak wyrwałem pręt ze skały. Poprawiłem chwyt, ustawiłem prawą stopę z tyłu, bok ciała skierowałem w stronę lecącej Nyx. Z głośnym rykiem wściekłości, który zawierał też żal, bezsilność, ból i strach przed ponowną samotnością, spiąłem mięśnie. Metalowy pręt, który był dość dobrze wyważony, pognał z oszałamiającą prędkością kilkadziesiąt metrów pod kątem ostrym w górę. Minął skrzydło smoczycy o kilka metrów. Nie wiem co było tego powodem. Wiatr, błąd w obliczeniach, może Nyx odleciała w bok.
Metalowy pręt pognał jeszcze kilkanaście metrów, po czym kąt jego lotu zmienił się i prowizoryczny oszczep zaczął opadać. Moja towarzyszka nawet łba do mnie nie odwróciła. Szybko wróciłem do wnętrza mojej chatki, by zaszyć sobie rany. Rzucałem na prawo i lewo bluzgi, wszystko robiłem w gniewie. Wzmógł się on jeszcze bardziej, gdy zacząłem czuć ból zszywanej ręki.
***
Trzy dni od ucieczki Nyx nie wychodziłem z domku. Jadłem, spałem, leżałem. Jedyne co robiłem poza tym, to doglądanie i dbanie o rękę. Na ranie zastosowałem kilka ziół, które zostały mi z mojego ostatniego przydziału. Nie miałem ochoty na nic, nawet na wyjścia by się umyć. Wart i patroli na szczęście nie miałem mieć przez najbliższe kilka dni.
***
Po trzech dniach spędzonych w ciemnicy, bez świeżej wody i mycia się, postanowiłem ruszyć leniwe dupsku na zewnątrz. Wyszedłem by się przemyć. Ślady łap pozostawał przed moim skalnym mieszkaniem, przypominając tylko o mojej niedawnej towarzyszce, która za całą pomoc mnie opuściła bo chwilowo jej odbiło. Totalna głupota, bo przecież nic takiego się nie stało.
Resztę dnia spędziłem na czyszczeniu mieszkanka i wietrzeniu go, oraz na czyszczeniu paleniska. Nie mogłem zasnąć.
***
Kolejne pięć dni minęło mi bez wychodzenia z domu. Dopiero po upływie pięciu dób udałem się do Osady do lekarza, który miał zająć się moją ręką. Sprawdzić, czy na pewno dobrze ją zszyłem o nią zadbałem.
Gdy wkroczyłem do gabinetu mojego dobrego znajomego, ten zacmokał z niezadowolenia i wyjął z szafki nożyczki, igłę oraz nić, po czym bez słowa zabrał się za poprawę mojego marnego opatrunku. Zajęło mu z kwadrans załatanie mi ręki, dołożenie ziółek i zawinięcie w czystą szmatę, imitującą bandaż.
- Kto cię tak załatwił? - zapytał, odkładając niepotrzebne już medykamenty na bok i wyciągając dłoń po zapłatę.
- Złota rybka - mruknąłem, dorzucając kilkadziesiąt monet. Doktorek skinął głową, chowając pieniądze do szafki. Dodatkowa zapłata za milczenie była tu na porządku dziennym.
- Przyjdź za tydzień, sprawdzę jak się goi. Pamiętaj by opatrunek zmieniać codziennie, zagotuj go we wrzątku i możesz używać kolejny raz. Tylko zioła zmieniaj. Następny!
Wyszedłem z kliniki i skierowałem swoje kroki w stronę zielarza. Musiałem się zaopatrzyć w dodatkowe chwasty na szybsze leczenie.
***
Wieczorem, w drodze do domu, zaczepił mnie jeden ze strażników i zaprowadził mnie do naczelnika wart. Nie było mi to w smak, bo oznaczało dodatkową robotę. Gdy wszedłem do ciemnego, chłodnego gabinetu, przywitało mnie czterech znanych wartowników. Naczelnik siedział przy biurku.
- Och, dotarłeś wreszcie. Siadaj - wskazał mi krzesło - ponieważ czeka nas długa rozmowa. Zapewne słyszałeś o smoku, co to się panoszy po okolicach. No jak nie jak tak.
Usiadłem w spokoju na krześle, przywitałem się z kumplami z zawodu i spojrzałem na przełożonego. W środku jednak szalałem, nie wiem nawet z jakiego powodu.
- Znaleziono dzikiego dragona na północy. Rozpanoszył się troszkę, zaatakował kilka pojedynczych osadników. Jeden został ciężko ranny - powiedział naczelnik, szykując kilka papierów. Inni strażnicy wyglądali na zaznajomionych z całą sprawą.
- I co, mam na niego zapolować? - zażartowałem, krzyżując ręce. Opatrunek na moim lewym ramieniu został dzięki temu idealnie odkryty, co nie uszło uwadze nikomu w tym pokoju.
- Tak, razem z twoimi trzema kumplami po fachu - powiedział naczelnik, głosem który zdradzał, że sprzeciw nie wchodzi w grę. Słabo.
- Jestem troszkę ranny szefie, nie wie...
- Jestem zdrowy, więc możesz walczyć. A ten dragon to poważne zagrożenie. Jutro o świecie, tutaj. Z pierwszymi promieniami słońca ruszacie na północ, macie mi przynieść głowę tego samotnika. - Naczelnik wskazał drzwi. Wstaliśmy wszyscy, zasalutowaliśmy i wyszliśmy. Przez chwilę tylko rozmawiałem z innymi, im też to się nie podobało ale rozkaz to rozkaz.
Wróciłem do chatki i spakowałem do plecaka najważniejsze przedmioty, które przydadzą się na następny dzień i poszedłem spać.
***
Wstałem przed świtem, w nastroju nie lepszym niż ostatnie kilka dni. Najpierw zająłem się ręką, by nie wdała się infekcja a sama kończyna nie zawiodła mnie w walce. Potem zrobiłem sobie syte śniadanie, składające się głównie z mięsa, i spakowałem dodatkowy prowiant do plecaka. Wyszedłem z chaty w ciszy i skierowałem kroki w stronę miejsca zbiórki naszej czteroosobowej ekipy. Wszyscy już czekali, dowództwo objął Marek - najbardziej doświadczony z nas czterech. Bez wahania i opóźnień wyruszyliśmy na północ, po drodze wymieniając się informacjami.
- Wczoraj smok zabił czterech Osadników - powiedział nasz dowódca. Zamarłem na ułamek sekundy. Zastanawiałem się czy Nyx była w stanie zrobić coś takiego. Moje wątpliwości rozwiało moje pokiereszowane ramię.
- Mamy ukatrupić to bydle? We czterech? - zapytał Słony, facet który siłą mógł dorównać mi, jednak był ode mnie wyższy. Ostatnim członkiem ekipy był centaur Galiusz, który specjalizował się w łukach. Nie znałem mutacji Marka i Słonego, jednak wiedziałem, że nie są wybrani do tej misji bez powodu.
Droga zajęła nam półtorej godziny, aż dotarliśmy do na wpół spalonego domku. W drzwiach leżał zwęglony trup. Ekipa przeszła na tyły domostwa.
- Bestia była widziania najczęściej w tej okolicy - zaczął Marek, zachowując powagę. W jego głosie dało się wyczuć napięcie. Już otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak przerwało mu skrzypienie belek. Spojrzeliśmy na chatę, której zawalony strop zaczął się unosić i spod gruzu wychylił opatrzony łuskami łeb i potężne skrzydła.
- Dragon! - ryknął Galiusz, galopując z dala od smoka. To był błąd. Niebieskołuski skoczył ponad pozostałymi członkami ekipy i złapał w paszczę zad naszego parzystokopytnego towarzysza. Nasza trójka już wiedziała, że nie ma dla niego ratunku więc szybko rozpierzchliśmy się na boki szukając osłon. Każdy miał broń własnego wyboru. Ja metalowy miecz półtoraręczny, o nieco stępionym ostrzu. Marek długą włócznie ze stali, a Słony długą maczugę zakończoną kamieniem i ćwiekami. Ta walka raczej nie skończy się naszym zwycięstwem.
Wpadłem pomiędzy osmalone belki, Słony za mną. Marek pobiegł na bok, chowając się za dużym głazem.
Gad rozszarpał pazurami centaura i od razu skoczył w naszą stronę. Wylądował między mną i Słonym a Markiem. Gdy bestia podniosła łeb i rozwarła paszczę, Marek wyskoczył zza głazu i wbił włócznię w bok Samotnika. Słony również wyszedł z ukrycia i zdzielił maczugą naszego wroga w pysk. Trzy zęby padły w błoto, a gad zaryczał. Zanim ja ruszyłem, ogon dragona powalił Marka na ziemię, a łapa uzbrojona w szpony rozdarła ciało Słonego jak szmatę. Szybko pojąłem, że mój miecz nie zrobi większego wrażenia na gadzinie, chyba że od środka.
- Więc to jedyne wyjście - powiedziałem do siebie, skacząc w stronę pyska pełnego w ostre kły, poza trzema wybitymi. Smoczysko zwróciło łeb w moją stronę, gdy ja absorbowałem stal z broni. Dragon ryknął, rozdziawiając paszczę, a ja zanurkowałem w jej stronę. Stal pokryła moje ramiona, dosięgła aż do barków. Zdziwiłem się tym faktem, bo nie zdarzało się to mi do tej pory. I to był właśnie błąd. Dragon odtrącił moją broń w bok, a ja wpadłem do jego paszczy jak przekąska. Moja szyja oparła się na wybitych kłach i poczułem lekkie napięcie mięśni szczęki smoka. Uratowało mnie tylko szczęście - złapałem jedną ręką szczękę, drugą zaparłem się o górne kły i zatrzymałem w pół ruchu gadzie imadło. Czułem jednak, że to tylko sekund, więc szybko przesunąłem swoje ciało tak, by znaleźć się idealnie między wybitymi zębami z góry i z dołu. Gdy już moje ręce zaczęły odpuszczać, usłyszałem trzepot skrzydeł i kątem oka dostrzegłem zielonkawe łuski kolejnego dragona.
Paszcza mojego oponenta zamknęła się. Co prawda, wybite zęby nie wbiły się w moją czaszkę, ale nie przemyślałem jednego - że uderzenie dziąsłami będzie tak silne, że stracę przytomność i cały we krwi runę w błoto u stóp dragona.
Nyx?
Metalowy pręt pognał jeszcze kilkanaście metrów, po czym kąt jego lotu zmienił się i prowizoryczny oszczep zaczął opadać. Moja towarzyszka nawet łba do mnie nie odwróciła. Szybko wróciłem do wnętrza mojej chatki, by zaszyć sobie rany. Rzucałem na prawo i lewo bluzgi, wszystko robiłem w gniewie. Wzmógł się on jeszcze bardziej, gdy zacząłem czuć ból zszywanej ręki.
***
Trzy dni od ucieczki Nyx nie wychodziłem z domku. Jadłem, spałem, leżałem. Jedyne co robiłem poza tym, to doglądanie i dbanie o rękę. Na ranie zastosowałem kilka ziół, które zostały mi z mojego ostatniego przydziału. Nie miałem ochoty na nic, nawet na wyjścia by się umyć. Wart i patroli na szczęście nie miałem mieć przez najbliższe kilka dni.
***
Po trzech dniach spędzonych w ciemnicy, bez świeżej wody i mycia się, postanowiłem ruszyć leniwe dupsku na zewnątrz. Wyszedłem by się przemyć. Ślady łap pozostawał przed moim skalnym mieszkaniem, przypominając tylko o mojej niedawnej towarzyszce, która za całą pomoc mnie opuściła bo chwilowo jej odbiło. Totalna głupota, bo przecież nic takiego się nie stało.
Resztę dnia spędziłem na czyszczeniu mieszkanka i wietrzeniu go, oraz na czyszczeniu paleniska. Nie mogłem zasnąć.
***
Kolejne pięć dni minęło mi bez wychodzenia z domu. Dopiero po upływie pięciu dób udałem się do Osady do lekarza, który miał zająć się moją ręką. Sprawdzić, czy na pewno dobrze ją zszyłem o nią zadbałem.
Gdy wkroczyłem do gabinetu mojego dobrego znajomego, ten zacmokał z niezadowolenia i wyjął z szafki nożyczki, igłę oraz nić, po czym bez słowa zabrał się za poprawę mojego marnego opatrunku. Zajęło mu z kwadrans załatanie mi ręki, dołożenie ziółek i zawinięcie w czystą szmatę, imitującą bandaż.
- Kto cię tak załatwił? - zapytał, odkładając niepotrzebne już medykamenty na bok i wyciągając dłoń po zapłatę.
- Złota rybka - mruknąłem, dorzucając kilkadziesiąt monet. Doktorek skinął głową, chowając pieniądze do szafki. Dodatkowa zapłata za milczenie była tu na porządku dziennym.
- Przyjdź za tydzień, sprawdzę jak się goi. Pamiętaj by opatrunek zmieniać codziennie, zagotuj go we wrzątku i możesz używać kolejny raz. Tylko zioła zmieniaj. Następny!
Wyszedłem z kliniki i skierowałem swoje kroki w stronę zielarza. Musiałem się zaopatrzyć w dodatkowe chwasty na szybsze leczenie.
***
Wieczorem, w drodze do domu, zaczepił mnie jeden ze strażników i zaprowadził mnie do naczelnika wart. Nie było mi to w smak, bo oznaczało dodatkową robotę. Gdy wszedłem do ciemnego, chłodnego gabinetu, przywitało mnie czterech znanych wartowników. Naczelnik siedział przy biurku.
- Och, dotarłeś wreszcie. Siadaj - wskazał mi krzesło - ponieważ czeka nas długa rozmowa. Zapewne słyszałeś o smoku, co to się panoszy po okolicach. No jak nie jak tak.
Usiadłem w spokoju na krześle, przywitałem się z kumplami z zawodu i spojrzałem na przełożonego. W środku jednak szalałem, nie wiem nawet z jakiego powodu.
- Znaleziono dzikiego dragona na północy. Rozpanoszył się troszkę, zaatakował kilka pojedynczych osadników. Jeden został ciężko ranny - powiedział naczelnik, szykując kilka papierów. Inni strażnicy wyglądali na zaznajomionych z całą sprawą.
- I co, mam na niego zapolować? - zażartowałem, krzyżując ręce. Opatrunek na moim lewym ramieniu został dzięki temu idealnie odkryty, co nie uszło uwadze nikomu w tym pokoju.
- Tak, razem z twoimi trzema kumplami po fachu - powiedział naczelnik, głosem który zdradzał, że sprzeciw nie wchodzi w grę. Słabo.
- Jestem troszkę ranny szefie, nie wie...
- Jestem zdrowy, więc możesz walczyć. A ten dragon to poważne zagrożenie. Jutro o świecie, tutaj. Z pierwszymi promieniami słońca ruszacie na północ, macie mi przynieść głowę tego samotnika. - Naczelnik wskazał drzwi. Wstaliśmy wszyscy, zasalutowaliśmy i wyszliśmy. Przez chwilę tylko rozmawiałem z innymi, im też to się nie podobało ale rozkaz to rozkaz.
Wróciłem do chatki i spakowałem do plecaka najważniejsze przedmioty, które przydadzą się na następny dzień i poszedłem spać.
***
Wstałem przed świtem, w nastroju nie lepszym niż ostatnie kilka dni. Najpierw zająłem się ręką, by nie wdała się infekcja a sama kończyna nie zawiodła mnie w walce. Potem zrobiłem sobie syte śniadanie, składające się głównie z mięsa, i spakowałem dodatkowy prowiant do plecaka. Wyszedłem z chaty w ciszy i skierowałem kroki w stronę miejsca zbiórki naszej czteroosobowej ekipy. Wszyscy już czekali, dowództwo objął Marek - najbardziej doświadczony z nas czterech. Bez wahania i opóźnień wyruszyliśmy na północ, po drodze wymieniając się informacjami.
- Wczoraj smok zabił czterech Osadników - powiedział nasz dowódca. Zamarłem na ułamek sekundy. Zastanawiałem się czy Nyx była w stanie zrobić coś takiego. Moje wątpliwości rozwiało moje pokiereszowane ramię.
- Mamy ukatrupić to bydle? We czterech? - zapytał Słony, facet który siłą mógł dorównać mi, jednak był ode mnie wyższy. Ostatnim członkiem ekipy był centaur Galiusz, który specjalizował się w łukach. Nie znałem mutacji Marka i Słonego, jednak wiedziałem, że nie są wybrani do tej misji bez powodu.
Droga zajęła nam półtorej godziny, aż dotarliśmy do na wpół spalonego domku. W drzwiach leżał zwęglony trup. Ekipa przeszła na tyły domostwa.
- Bestia była widziania najczęściej w tej okolicy - zaczął Marek, zachowując powagę. W jego głosie dało się wyczuć napięcie. Już otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak przerwało mu skrzypienie belek. Spojrzeliśmy na chatę, której zawalony strop zaczął się unosić i spod gruzu wychylił opatrzony łuskami łeb i potężne skrzydła.
- Dragon! - ryknął Galiusz, galopując z dala od smoka. To był błąd. Niebieskołuski skoczył ponad pozostałymi członkami ekipy i złapał w paszczę zad naszego parzystokopytnego towarzysza. Nasza trójka już wiedziała, że nie ma dla niego ratunku więc szybko rozpierzchliśmy się na boki szukając osłon. Każdy miał broń własnego wyboru. Ja metalowy miecz półtoraręczny, o nieco stępionym ostrzu. Marek długą włócznie ze stali, a Słony długą maczugę zakończoną kamieniem i ćwiekami. Ta walka raczej nie skończy się naszym zwycięstwem.
Wpadłem pomiędzy osmalone belki, Słony za mną. Marek pobiegł na bok, chowając się za dużym głazem.
Gad rozszarpał pazurami centaura i od razu skoczył w naszą stronę. Wylądował między mną i Słonym a Markiem. Gdy bestia podniosła łeb i rozwarła paszczę, Marek wyskoczył zza głazu i wbił włócznię w bok Samotnika. Słony również wyszedł z ukrycia i zdzielił maczugą naszego wroga w pysk. Trzy zęby padły w błoto, a gad zaryczał. Zanim ja ruszyłem, ogon dragona powalił Marka na ziemię, a łapa uzbrojona w szpony rozdarła ciało Słonego jak szmatę. Szybko pojąłem, że mój miecz nie zrobi większego wrażenia na gadzinie, chyba że od środka.
- Więc to jedyne wyjście - powiedziałem do siebie, skacząc w stronę pyska pełnego w ostre kły, poza trzema wybitymi. Smoczysko zwróciło łeb w moją stronę, gdy ja absorbowałem stal z broni. Dragon ryknął, rozdziawiając paszczę, a ja zanurkowałem w jej stronę. Stal pokryła moje ramiona, dosięgła aż do barków. Zdziwiłem się tym faktem, bo nie zdarzało się to mi do tej pory. I to był właśnie błąd. Dragon odtrącił moją broń w bok, a ja wpadłem do jego paszczy jak przekąska. Moja szyja oparła się na wybitych kłach i poczułem lekkie napięcie mięśni szczęki smoka. Uratowało mnie tylko szczęście - złapałem jedną ręką szczękę, drugą zaparłem się o górne kły i zatrzymałem w pół ruchu gadzie imadło. Czułem jednak, że to tylko sekund, więc szybko przesunąłem swoje ciało tak, by znaleźć się idealnie między wybitymi zębami z góry i z dołu. Gdy już moje ręce zaczęły odpuszczać, usłyszałem trzepot skrzydeł i kątem oka dostrzegłem zielonkawe łuski kolejnego dragona.
Paszcza mojego oponenta zamknęła się. Co prawda, wybite zęby nie wbiły się w moją czaszkę, ale nie przemyślałem jednego - że uderzenie dziąsłami będzie tak silne, że stracę przytomność i cały we krwi runę w błoto u stóp dragona.
Nyx?
23 listopada 2018
Od Fafnir'a CD Lunaye
Przez kilka dni ćwiczyłem latanie. Zarówno w praktyce, jak i
teorii. Raczej nie trudno się domyślić, co szło mi lepiej, a co wręcz
przeciwnie. Na moich egzaminach, że względu na bezpieczeństwo, pojawiały
się niewielkie wysokości, począwszy na dywanie, a skończywszy na
skakaniu z dachu mojego domu. W bibliotece Osadników udało mi się nieco
dowiedzieć o tej zdolności oraz prawach fizyki, dzięki którym ciało
unosi się w powietrzu. Teraz trzeba było jedynie nieco podnieść
poprzeczkę i sprawdzić, czy spędzenie kilku dni w otoczeniu książek było
czegoś warte.
Zmieniłem ustawienie swoich stóp, strącając
przy tym z półki skalnej kilka mniejszych kamieni w żywo zieloną dolinę,
w którą się właśnie wpatrywałem. Grupa drzew powinna zagwarantować mi
nieco lepsze lądowanie niż skały. Tak przynajmniej mi się wydawało.
Pochyliłem
się nieco do przodu, zacisnąłem powieki i skupiłem się na wprowadzeniu
niedawno pojawionych się skrzydeł w ruch. Dopiero po dłuższej chwili
poruszyły się one leniwie. Z czasem machałem nimi coraz szybciej. Kiedy
uznałem, że ich prędkość jest wystarczająca, by wzbić się w powietrze,
zeskoczyłem ze skały. Od razu jednak zacząłem spadać, kręcąc się przy
tym wokół własnej osi.
Nie pamiętam ile zderzeń z drzewami
zaliczyłem, zanim wylądowałem na gałęzi jednego z nich. Wziąłem głęboki
oddech, ciesząc się, że przynajmniej udało mi się przeżyć, mimo że mój
poziom latania jakoś specjalnie się nie podniósł. Mój spokój jednak
szybko został na nowo zastąpiony przez panikę, kiedy zacząłem zsuwać się
z gałęzi. Bezskutecznie próbowałem się na niej utrzymać, drapiąc przy
tym pazurami korę, bo w efekcie i tak wylądowałem na trawie, stoczyłem
się ze wzgórza, lądując finalnie w krzakach. Byłem pewien, że nie prędko
powtórzę swoją lekcję.
Do moich uszu dotarł trzepot ptasich
skrzydeł. Prawdopodobnie spłoszyłem jakiegoś. Z trudem wyczołgałem się z
zarośli i podparłem na przedramionach. Przede mną nagle wylądowała
młoda kobieta, prawdopodobnie Samotniczka. Automatycznie cofnąłem się
nieco. Nieznajoma wyprostowała się.
- Zepsułeś mi kolację,
wiesz? - zapytała, opierając ręce na biodrach i zarzucając przy tym
rudymi lokami do tyłu. Wbiłam we mnie wzrok, wyraźnie czekając na jakąś
odpowiedź.
-...Przeepraszam? - wymamrotałem, otrząsnowszy się
nieco z szoku. Spróbowałem się podnieść, ale szybko zrezygnowałem z tej
czynności z sykiem. Na mojej skórze nie było miejsca wolnego od zadrapań
zadanych przez iglaki oraz połamane gałęzie. Pod pazurami natomiast
miałem całą masę sosnowej kory.
- To było niechcący... -
jęknąłem, chcąc się jakoś usprawiedliwić. Mimo tego jednak miałem
wrażenie, że to nic nie da. Ale co innego miałem powiedzieć? Że
wynagrodzę jej to? Nie miałem nic specjalnego do zaoferowania.
Lunaye?
Od Venti do Hayi'a i Nyx
Trzask drewna. Uderzenie dość sporego ciała o ziemię. Siarczyste przekleństwa, które znałam w języku angielskim z akcentem brytyjskim aż za dobrze. To wszystko złożyło się w jedną falę dźwięku, co zmusiło mnie do ponownego wyjrzenia przez otwarte drzwi. Tym razem musiałam przekroczyć ich próg, odruchowo kierując zdrową dłoń w kierunku rękojeści u pasa. Ujrzenie znajomej postaci samotniczki pod drzewem i przed moim domem postawiło mnie na baczność, dlatego w skupieniu przyglądałam się jej z odpowiedniej odległości. Stęknięcie z bólu. Zapach krwi, odór potu. Nie mogła wstać.
Zaalarmowany nieproszoną obecnością Ishtar wylądował na dachu mojego domostwa za mną. Rozpiętość jego skrzydeł wynosiła łącznie, jeśli się nie myliłam, to pięć metrów żywych płomieni. Wiedziałam, że był wystarczająco inteligentny oraz dociekliwy, żeby widzieć smoczycę przekraczającą granice moich skromnych jeszcze gruntów. Wytrenowałam go przed tą sytuacją w ten sposób, by nie atakował od razu wszystkiego, co chodzi, chociaż dzikich zwierząt już tu nie było. Zdążył większość upolować, dlatego wszelkie większe gatunki jak slogrysy - zmieniły miejsce żeru na znacznie dalsze. Fenryf wydał z siebie dudniący, niski pomruk, który zbudziłby wszystkich mieszkańców w okolicy, gdyby nie to, że otaczał mnie zewsząd las. W ten sposób wyraźnie dawał upust swojej irytacji i jednocześnie grzecznie pytał, czy może w końcu wykonać swoją powinność jako mój obrońca. Mógł bowiem atakować tylko wtedy, gdyby Nyx rzuciłaby się w stronę budynków lub mnie, czego na swoje szczęście jeszcze nie zrobiła. Niewiele by z niej wtedy zostało…
Twarz czarnowłosej Brytyjki zupełnie straciła barwy po ujrzeniu mojego zwierzęcego towarzysza, aczkolwiek jej wyraz pozostał ten sam - zirytowany do głębi jej duszy.
Uniosłam chorą dłoń nad siebie. Zmusiłam się, żeby zamknąć ją delikatnie w pięść. Ishtar z lekkością skowronka odbił się od jakże marnej przy nim konstrukcji, zatrzepotał skrzydłami w powietrzu i pojawił się na stałym gruncie po mojej lewej. W kłębie miał jakiś metr pięćdziesiąt, więc nadal był ode mnie nieco niższy, aczkolwiek był to dopiero półtoraroczniak. Jeszcze nie osiągnął dojrzałości.
Złamałaś nogę. - starałam się brzmieć spokojnie, bowiem każda zmiana mojej tonacji mogłaby zostać wychwycona przez fenryfa... Przez co stanowić ogromną zachętę do ataku.
Jeszcze jakby cię to specjalnie obchodziło, osadniczko. - odwarknęła mi, usiłując się powstrzymywać kolejne drżenia głosu. -To byłoby cudownie.
Bo nie obchodziło. Była mi całkowicie zbędna przez to, kim była i jak traktowałam jej podobnych. Stanowiła problem, który na moim obecnym stanowisku był więcej, niż niebezpieczny. Podobnie jak Lucan. Z jakiegoś jednak powodu, którego nie chciałam sobie powiedzieć nawet w myślach, zbliżyłam się do niej…
To było złamanie otwarte.
Szkarłatna posoka zdążyła już zabarwić jej spodnie w okolicy łydki doszczętnie, nieco skapło na śnieg. Przez moment straciłam możliwość oddechu, stanęłam jak wryta. Wspomnienie samoistnie przemknęło mi przed oczami:
“Nie wszystkich da się uratować, ale mają sześć godzin zanim wejdzie infekcja. Dlatego działamy natychmiast. Zdarza się, że operacje się przedłużają, Artena.”.
Podniosłam ją, biorąc na ręce, nim zdążyła faktycznie zareagować. Kompletnie zszokowana takim zwrotem akcji najpierw chciała się bronić, ale była już zbyt słaba. Straciła za dużo krwi. Kopnięciem zamknęłam za sobą drzwi i położyłam ją na stole, na którym na szczęście leżały tylko papiery. Szybko je spod niej zabrałam, aby pomimo sztywności miała chociaż równo. Podłożyłam jej pod głowę swoją pelerynę. Rozerwałam łachmany przypominające spodnie, żeby zobaczyć spektrum zniszczeń, jakie sobie zrobiła.
Matko... - tylko tyle wydusiłam z siebie na ten widok, zmuszając się do szybszych ruchów w stronę składziku po leki, olejki i narzędzia, jakie sama sobie wytworzyłam przez ostatnie osiem lat.
Pamiętałam, iż przede wszystkim należało zacząć od oczyszczenia nowo powstałej rany. Celem tego wszystkiego miało być niedopuszczenie do infekcji kostnej, rekonstrukcja uszkodzonych tkanek miękkich i połączenie złamanych fragmentów kości. Tylko tyle wiedziałam. Nigdy tego tak naprawdę nie robiłam. Zawołanie medyków z wioski było jak wystawienie jej związanej na pal, a potem rzucenie pochodni. Była całkowicie zdana na moją pamięć oraz umiejętności medyczne, które mało rozwinęłam przed pojawieniem się na tym skrawku lądu. Próba pomocy mogła okazać się równie beznadziejna w efekcie, co pozostawienie jej na śniegu przed domem.
Jednak to i tak było więcej, niż chciałam dla niej zrobić za pierwszym naszym spotkaniem.
Podałam jej środek przeciwbólowy, a także nasenny, to też szybko odpłynęła.
Operowałam ją przez pół nocy aż do świtu, niekiedy ucząc się na własnych błędach. Mogłam mieć tylko nadzieję, że modyfikacja genetyczna będzie w stanie jej w tym pomóc. Leżała teraz na stole, mając w miarę stabilny oddech. Po wschodzie słońca umyłam ręce od smoczej krwi przy zlewie, zastanawiając się kiedy tak dokładnie jej widok czy zapach przestał mnie w życiu obrzydzać. Większość kobiet nie patrzyła tak na nią, z takim spokojem. Obojętnością. Wróciłam po tym, aby przykryć nastoletnią Nyx nowo upraną derką wiosenną mojej Idris. Na szczęście bardziej przypominała koco-podobny twór, aniżeli faktyczny element ekwipunku mojej kobyły, dlatego nie wyglądało to aż tak na niej fatalnie.
Posprzątałam po wszystkim, zmuszając się do tego resztkami swojej silnej woli. Zmęczone ciało żądało ode mnie odpoczynku i to w przyspieszonym tempie. Podreptałam ze składziku niemrawym krokiem w stronę swojej sypialni, przypominając sobie dopiero na widok Rudego o jego obecności w moim łóżku. Westchnęłam ciężko, wydalając z siebie tym samym potęgującą się frustrację.
Z jednej strony mogłam ułożyć się na fotelu lub kanapie przy kominku, albo iść na strych stodoły, gdzie zazwyczaj przez ogromny otwór dla Ishtara wlatuje zimno i często śnieg. W tym drugim byłabym znacznie bardziej bezpieczna, za to w pierwszym odzyskałabym o wiele więcej energii na następny dzień.
Logiczne myślenie w moim wykonaniu zakończyło się, gdy padłam na kanapę.
Nienawidziłam gotować.
Uzupełniłam opał do kominka. Zawiesiłam z powrotem ochłodzony kocioł, przykryty wieczkiem. Zamiast zacząć robić coś dla siebie, ruszyłam do stodoły, aby dać śniadanie i obiad w jednym kobyle.
Przepraszam, że tak późno. Wczoraj miałam ciężki dzień. - pogłaskałam ją po szyi, mierzwiąc nieco czarną grzywę z białym pasemkiem. Zastrzygła uszami, jak to miała w zwyczaju, gdy słyszała mój głos.
Bułana sierść połyskwiała w świetle zakratowanego kominka, jaki zamontowałam dla niej specjalnie w stodole. Do drugiego wiadra wlałam jej nagrzaną wodę, ponieważ od zimnej potrafiła szybko się przeziębić… Miałam dość spore wyrzuty sumienia, że nie mogłam wstać dla swojej kopytnej przyjaciółki wcześniej.
Po jej posiłku założyłam jej kantar i wypuściłam na padok obok domku, gdzie od razu zaczęła sobie brykać wesoło. Ishtar, dzięki mojemu zapachowi na niej, oduczył się zakradać na nią lub próbować polować.
Wróciłam do wnętrza swojego lokum, gdzie czekało mnie nakarmienie na wpół przytomnego Rudego, siedząc na przysuniętym do łóżka stołku. Dopiero po dłuższym czasie zauważyłam, że przez pozostawioną szeroko szparę z otwartych drzwi do sypialni przyglądają mi się z zaciekawieniem dwoje smoczych oczu. Po tym, jak Rudy pożarł ostatnią łyżkę rosołu, wstałam i z pustym naczyniem udałam się do mojego salonu połączonego z aneksem kuchennym oraz jadalnią. Chociaż to i tak było wielce górnolotne słownictwo w porównaniu do tego, w jakich to warunkach żyłam przed laty.
Dlaczego mi pomogłaś? - wychrypiała ze ściśniętym gardłem, kiedy przeszłam spokojnie obok niej, aby włożyć naczynia do zlewu.
Nie mam w zwyczaju zostawiać nikogo, kto nie jest w stanie sobie samodzielnie poradzić, Nyx. - odpowiedziałam jej zdystansowanym tonem, pełnym spokoju.
Zaczęłam nalewać jej zupy, ignorując pełne szoku spojrzenie błękitnych tęczówek.
- Nawet jeśli to nowy lub samotnik. - dodałam, stając przed nią i kładąc jej na kolanach ciepłą miskę zupy. W dłoń wcisnęłam jej kromkę chleba. - Nogę masz w fatalnym stanie, dlatego lepiej jedz, żeby szybciej się kość zrosła.
- Co to znaczy fatalnym?
Zastanowiłam się, jak to ująć w słowa.
Złamanie nastąpiło w czterech miejscach pod różnymi kątami. Dwa kawałki przecięły ci mięśnie wraz ze skórą łydki. Nie możesz nią praktycznie ruszać, dopóki nie zacznie rosnąć w włożonym przeze mnie miejscu. Dlatego masz ją w...Nazwijmy to szyną. - wskazałam na związane dookoła dwa pręty w kluczowych miejscach.
Jesteś tutaj medykiem? - spojrzała z nawet nie udawanym podziwem na to, co stworzyłam.
Nie. Handlarką. Na ten miesiąc dyktatorką.
Pieczywo chyba stanęło jej w gardle z wrażenia, a w oczach pojawił się jakby strach zmieszany z jeszcze większym niedowierzaniem lub podziwem. Po tym jadła dalej normalnie. Przynajmniej się starała. Wkrótce wzięłam od niej sztuciec wraz z pustym naczyniem i zaczęłam je myć w zlewie z tymi użytymi dla Rudego.
Hayi? Nyx?
Zaalarmowany nieproszoną obecnością Ishtar wylądował na dachu mojego domostwa za mną. Rozpiętość jego skrzydeł wynosiła łącznie, jeśli się nie myliłam, to pięć metrów żywych płomieni. Wiedziałam, że był wystarczająco inteligentny oraz dociekliwy, żeby widzieć smoczycę przekraczającą granice moich skromnych jeszcze gruntów. Wytrenowałam go przed tą sytuacją w ten sposób, by nie atakował od razu wszystkiego, co chodzi, chociaż dzikich zwierząt już tu nie było. Zdążył większość upolować, dlatego wszelkie większe gatunki jak slogrysy - zmieniły miejsce żeru na znacznie dalsze. Fenryf wydał z siebie dudniący, niski pomruk, który zbudziłby wszystkich mieszkańców w okolicy, gdyby nie to, że otaczał mnie zewsząd las. W ten sposób wyraźnie dawał upust swojej irytacji i jednocześnie grzecznie pytał, czy może w końcu wykonać swoją powinność jako mój obrońca. Mógł bowiem atakować tylko wtedy, gdyby Nyx rzuciłaby się w stronę budynków lub mnie, czego na swoje szczęście jeszcze nie zrobiła. Niewiele by z niej wtedy zostało…
Twarz czarnowłosej Brytyjki zupełnie straciła barwy po ujrzeniu mojego zwierzęcego towarzysza, aczkolwiek jej wyraz pozostał ten sam - zirytowany do głębi jej duszy.
Uniosłam chorą dłoń nad siebie. Zmusiłam się, żeby zamknąć ją delikatnie w pięść. Ishtar z lekkością skowronka odbił się od jakże marnej przy nim konstrukcji, zatrzepotał skrzydłami w powietrzu i pojawił się na stałym gruncie po mojej lewej. W kłębie miał jakiś metr pięćdziesiąt, więc nadal był ode mnie nieco niższy, aczkolwiek był to dopiero półtoraroczniak. Jeszcze nie osiągnął dojrzałości.
Złamałaś nogę. - starałam się brzmieć spokojnie, bowiem każda zmiana mojej tonacji mogłaby zostać wychwycona przez fenryfa... Przez co stanowić ogromną zachętę do ataku.
Jeszcze jakby cię to specjalnie obchodziło, osadniczko. - odwarknęła mi, usiłując się powstrzymywać kolejne drżenia głosu. -To byłoby cudownie.
Bo nie obchodziło. Była mi całkowicie zbędna przez to, kim była i jak traktowałam jej podobnych. Stanowiła problem, który na moim obecnym stanowisku był więcej, niż niebezpieczny. Podobnie jak Lucan. Z jakiegoś jednak powodu, którego nie chciałam sobie powiedzieć nawet w myślach, zbliżyłam się do niej…
To było złamanie otwarte.
Szkarłatna posoka zdążyła już zabarwić jej spodnie w okolicy łydki doszczętnie, nieco skapło na śnieg. Przez moment straciłam możliwość oddechu, stanęłam jak wryta. Wspomnienie samoistnie przemknęło mi przed oczami:
“Nie wszystkich da się uratować, ale mają sześć godzin zanim wejdzie infekcja. Dlatego działamy natychmiast. Zdarza się, że operacje się przedłużają, Artena.”.
Podniosłam ją, biorąc na ręce, nim zdążyła faktycznie zareagować. Kompletnie zszokowana takim zwrotem akcji najpierw chciała się bronić, ale była już zbyt słaba. Straciła za dużo krwi. Kopnięciem zamknęłam za sobą drzwi i położyłam ją na stole, na którym na szczęście leżały tylko papiery. Szybko je spod niej zabrałam, aby pomimo sztywności miała chociaż równo. Podłożyłam jej pod głowę swoją pelerynę. Rozerwałam łachmany przypominające spodnie, żeby zobaczyć spektrum zniszczeń, jakie sobie zrobiła.
Matko... - tylko tyle wydusiłam z siebie na ten widok, zmuszając się do szybszych ruchów w stronę składziku po leki, olejki i narzędzia, jakie sama sobie wytworzyłam przez ostatnie osiem lat.
Pamiętałam, iż przede wszystkim należało zacząć od oczyszczenia nowo powstałej rany. Celem tego wszystkiego miało być niedopuszczenie do infekcji kostnej, rekonstrukcja uszkodzonych tkanek miękkich i połączenie złamanych fragmentów kości. Tylko tyle wiedziałam. Nigdy tego tak naprawdę nie robiłam. Zawołanie medyków z wioski było jak wystawienie jej związanej na pal, a potem rzucenie pochodni. Była całkowicie zdana na moją pamięć oraz umiejętności medyczne, które mało rozwinęłam przed pojawieniem się na tym skrawku lądu. Próba pomocy mogła okazać się równie beznadziejna w efekcie, co pozostawienie jej na śniegu przed domem.
Jednak to i tak było więcej, niż chciałam dla niej zrobić za pierwszym naszym spotkaniem.
Podałam jej środek przeciwbólowy, a także nasenny, to też szybko odpłynęła.
Operowałam ją przez pół nocy aż do świtu, niekiedy ucząc się na własnych błędach. Mogłam mieć tylko nadzieję, że modyfikacja genetyczna będzie w stanie jej w tym pomóc. Leżała teraz na stole, mając w miarę stabilny oddech. Po wschodzie słońca umyłam ręce od smoczej krwi przy zlewie, zastanawiając się kiedy tak dokładnie jej widok czy zapach przestał mnie w życiu obrzydzać. Większość kobiet nie patrzyła tak na nią, z takim spokojem. Obojętnością. Wróciłam po tym, aby przykryć nastoletnią Nyx nowo upraną derką wiosenną mojej Idris. Na szczęście bardziej przypominała koco-podobny twór, aniżeli faktyczny element ekwipunku mojej kobyły, dlatego nie wyglądało to aż tak na niej fatalnie.
Posprzątałam po wszystkim, zmuszając się do tego resztkami swojej silnej woli. Zmęczone ciało żądało ode mnie odpoczynku i to w przyspieszonym tempie. Podreptałam ze składziku niemrawym krokiem w stronę swojej sypialni, przypominając sobie dopiero na widok Rudego o jego obecności w moim łóżku. Westchnęłam ciężko, wydalając z siebie tym samym potęgującą się frustrację.
Z jednej strony mogłam ułożyć się na fotelu lub kanapie przy kominku, albo iść na strych stodoły, gdzie zazwyczaj przez ogromny otwór dla Ishtara wlatuje zimno i często śnieg. W tym drugim byłabym znacznie bardziej bezpieczna, za to w pierwszym odzyskałabym o wiele więcej energii na następny dzień.
Logiczne myślenie w moim wykonaniu zakończyło się, gdy padłam na kanapę.
***
Spałam do po południa. Rudy i Nyx dalej byli pochłonięci przez sen, więc miałam czas przygotować dla nas wszystkich posiłek. Należało zająć się też Idris. Z wczoraj zostało jeszcze sporo zupy w kotle dla obojga moich nieszczęśliwców, aczkolwiek wiedziałam, że sobie samej będę musiała przygotować coś innego. Inaczej nie starczyłoby dla nich na dwie większe porcje.Nienawidziłam gotować.
Uzupełniłam opał do kominka. Zawiesiłam z powrotem ochłodzony kocioł, przykryty wieczkiem. Zamiast zacząć robić coś dla siebie, ruszyłam do stodoły, aby dać śniadanie i obiad w jednym kobyle.
Przepraszam, że tak późno. Wczoraj miałam ciężki dzień. - pogłaskałam ją po szyi, mierzwiąc nieco czarną grzywę z białym pasemkiem. Zastrzygła uszami, jak to miała w zwyczaju, gdy słyszała mój głos.
Bułana sierść połyskwiała w świetle zakratowanego kominka, jaki zamontowałam dla niej specjalnie w stodole. Do drugiego wiadra wlałam jej nagrzaną wodę, ponieważ od zimnej potrafiła szybko się przeziębić… Miałam dość spore wyrzuty sumienia, że nie mogłam wstać dla swojej kopytnej przyjaciółki wcześniej.
Po jej posiłku założyłam jej kantar i wypuściłam na padok obok domku, gdzie od razu zaczęła sobie brykać wesoło. Ishtar, dzięki mojemu zapachowi na niej, oduczył się zakradać na nią lub próbować polować.
Wróciłam do wnętrza swojego lokum, gdzie czekało mnie nakarmienie na wpół przytomnego Rudego, siedząc na przysuniętym do łóżka stołku. Dopiero po dłuższym czasie zauważyłam, że przez pozostawioną szeroko szparę z otwartych drzwi do sypialni przyglądają mi się z zaciekawieniem dwoje smoczych oczu. Po tym, jak Rudy pożarł ostatnią łyżkę rosołu, wstałam i z pustym naczyniem udałam się do mojego salonu połączonego z aneksem kuchennym oraz jadalnią. Chociaż to i tak było wielce górnolotne słownictwo w porównaniu do tego, w jakich to warunkach żyłam przed laty.
Dlaczego mi pomogłaś? - wychrypiała ze ściśniętym gardłem, kiedy przeszłam spokojnie obok niej, aby włożyć naczynia do zlewu.
Nie mam w zwyczaju zostawiać nikogo, kto nie jest w stanie sobie samodzielnie poradzić, Nyx. - odpowiedziałam jej zdystansowanym tonem, pełnym spokoju.
Zaczęłam nalewać jej zupy, ignorując pełne szoku spojrzenie błękitnych tęczówek.
- Nawet jeśli to nowy lub samotnik. - dodałam, stając przed nią i kładąc jej na kolanach ciepłą miskę zupy. W dłoń wcisnęłam jej kromkę chleba. - Nogę masz w fatalnym stanie, dlatego lepiej jedz, żeby szybciej się kość zrosła.
- Co to znaczy fatalnym?
Zastanowiłam się, jak to ująć w słowa.
Złamanie nastąpiło w czterech miejscach pod różnymi kątami. Dwa kawałki przecięły ci mięśnie wraz ze skórą łydki. Nie możesz nią praktycznie ruszać, dopóki nie zacznie rosnąć w włożonym przeze mnie miejscu. Dlatego masz ją w...Nazwijmy to szyną. - wskazałam na związane dookoła dwa pręty w kluczowych miejscach.
Jesteś tutaj medykiem? - spojrzała z nawet nie udawanym podziwem na to, co stworzyłam.
Nie. Handlarką. Na ten miesiąc dyktatorką.
Pieczywo chyba stanęło jej w gardle z wrażenia, a w oczach pojawił się jakby strach zmieszany z jeszcze większym niedowierzaniem lub podziwem. Po tym jadła dalej normalnie. Przynajmniej się starała. Wkrótce wzięłam od niej sztuciec wraz z pustym naczyniem i zaczęłam je myć w zlewie z tymi użytymi dla Rudego.
Hayi? Nyx?
21 listopada 2018
Od Lucan'a C.D Melody
- Witaj. – wymruczałem, spoglądając na klęczącą istotę. Z jej twarzy powoli odchodziło zafascynowanie a zastąpiło je dziwne szczęście, którego do końca nie mogłem zrozumieć. Odetchnąłem głośniej, czując w klatce piersiowej dziwny, duszący uścisk. Kobieta wstała i otrzepała kolana ze śniegu, po czym prędko zadarło głowę w górę, jakby w obawie, że w tym krótkim okresie czasu gdy na mnie nie patrzyła, mógłbym zniknąć.
- Dzień Dobry. – odparła, obdarowując mnie szczerym uśmiechem. – Szukałam Cię..- zaczęła, ściągając z ramienia torbę. Przerwałem jej, chwytając dość mocno jej ramię. Kiedy zmierzyła mnie pytającym spojrzeniem rozejrzałem się niespokojnie, strzygąc uszami.
- Zaraz porozmawiamy, najpierw zejdźmy z lodu i z widoku, jesteśmy tu wystawieni jak na dłoni. – puściłem jej rękę by przenieść dłoń na jej plecy. Dziewczyna widocznie zrozumiała moje zamiary, gdyż szybko zarzuciła torbę na ramię i pozwoliła się poprowadzić, szczelnie przylegając do mojego torsu. Odeszliśmy kilkanaście metrów, wkraczając w gęstwinę pokrytych śniegiem świerków. Przyglądając się krajobrazowi, powoli kontynuowałem spacer ścieżką, ówcześnie sytuując dłoń z powrotem w kieszeni spodni.
- Dlaczego tu jesteś, Melody? – spytałem obojętnie, wbijając wzrok w ścieżkę przed siebie. Dziewczyna drgnęła i jakby wyrwana z transu, szybko zaczęła grzebać w swoim bagażu. Nie przerywając spaceru, spoglądałem na jej niezdarne ruchy.
- Pomyślałam, że możesz marznąć w zimę, mam tu dla Ciebie kilka rzeczy!- zaczęła radośnie, uśmiechając się od ucha do ucha. W tym momencie zacząłem zastanawiać się, co sprawia, że ludzie mogą aż tak tryskać pozytywną energią. Przecież ona przyniosła mi tylko czapkę i szalik, a to nic nie zwykłego, bynajmniej w moich oczach. Nie żebym nie doceniał jej pracy, po prostu mi nie dawało szczęścia dzielenie się z ludźmi, nie czułem tego. Widząc jednak jej minę, dotarło do mnie, że to jednak ze mną jest coś nie tak, a nie na odwrót. Kiedy kobieta zaczęła wydobywać z torby wydziergane szaliki i berety, skonfundowany spojrzałem po sobie. Nic poza jedwabną koszulą zapinaną na guziki, skórzanych spodni, starego, zbitego i niedziałającego już zegarka oraz butów nie miałem na sobie. Wszędzie wokoło był śnieg, a ja nawet nie odczuwałem minusowej temperatury. Delikatnie ująłem szalejące dłonie Melody i zmusiłem ją do spojrzenia mi w oczy.
- Melody, ja nie marznę. Ciepłe ubrania są mi zbędne. – powiedziałem to najdelikatniej jak tylko potrafiłem. Mimo to, dostrzegłem, że tknęło to nieco dziewczynę, gdyż momentalnie jej uśmiech zrzedł. – Ale dziękuję za Twoje chęci. – dodałem mając nadzieję, że może chociaż to nieco poprawi sytuację. Bezskutecznie, dziewczyna zgrymasiła się i wyswobadzając ręce z mojego uścisku, schowała je do kieszeni puchowego płaszcza.
- Jasne. –odparła przywdziewając sztuczny uśmiech. Schrzaniłem. Mimo że jakoś specjalnie nie zależało mi na relacjach z tą osadniczką, coś mnie do niej pchało, nie żadne uczucie, ani pożądanie. Ona miała w sobie po prostu to coś.
- Okej, czapek nienawidzę, ale szalik może by się mi przydał. – uniosłem lekko kąciki ust, spoglądając w stronę mojej towarzyszki. Udało się. Kobieta podzieliła mój uśmiech i już po chwili, owinęła wokół mojej szyi granatowy, dziergany, w dodatku ciepły choć nie za gruby szalik.
- Śliczny, dziękuję. – odparłem obdarowując ją serdecznym uśmiechem. Kolejne pół godziny przespacerowaliśmy po lesie, rozmawiając o tym jak osadnicy znoszą tę paskudnę porę roku i jakie kolejne problemy się tam dzieją. Z czasem zaczęło się ściemniać, a podczas tej niedługiej przechadzki, odprowadziłem moją towarzyszkę niemalże pod samą granicę osadników.
- Tu się rozstajemy, nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty. – odklepałem standardową regułkę, nawet nie spoglądając na istotkę stojącą obok. Bardziej zaintrygowali mnie strażnicy, chodzący w tę i we w tę, bacznie obserwując otoczenie. Nagle poczułem dziwny ścisk i ciepło w okolicy klatki piersiowej. Spojrzałem w dół a to co ujrzałem było dość… zabawne. Mała, odziana w puch Melody przylgnęła do mnie, by mnie uścisnąć. Nie odwzajemniłem tego gestu, nie czując zwyczajnie na to potrzeby. Kiedy już się odczepiła, spojrzała na mnie raz jeszcze z tym swoim serdecznym uśmiechem.
- Uważaj na siebie. –powiedziała półszeptem, jakby w obawie, że strażnicy mogliby ją usłyszeć. W odpowiedzi jedynie skinąłem głową. A potem odeszła. Odprowadziłem ją wzrokiem dopóki nie zniknęła z mojego pola widzenia. Jeszcze chwilę stałem tak z rękami w kieszeniach, obserwując psy na warcie, niedługo potem zaczął mnie wzywać mój własny dom.
Wskoczyłem przez okno, mocno uderzając stopami o ziemię, starając się nie stracić równowagi. Od razu zrzuciłem z ramienia ciężki bagaż wypełniony suvenirami. Rozejrzałem się po chatce nadstawiając uszu. Cisza. Czyżbym jej nie zastał. Wszędzie dookoła był bałagan, co mogło jedynie świadczyć o nawale pracy, jaki spadł na Melody przez zmianę pogody. Śnieg już zniknął a zastąpiły go równie irytujące ulewne deszcze. Powoli przeszedłem na schody, a tam udało mi się w końcu coś usłyszeć, coś co sugerowało, że nie przebywałem w chacie sam. Odczuwając pewnego rodzaju ulgę wdrapałem się po schodach na górę, kierując się dźwiękiem chlupoczącej wody. Wtem moim oczom ukazał się parawan, do nozdrzy dotarł zapach ziołowych olejków, zaś uszy zaszczycone zostały pięknym, kobiecym głosem. Powoli podszedłem do parawanu, zupełnie nie zważając na to, jaką reakcję mogę u dziewczyny wywołać. Zamoczona po piersi w parującej wodzie, rozczesywała smukłymi palcami mokre włosy. Drugą ręką subtelnie nacierała obojczyk różanym olejem, który pozostawiał na jej skórze kawałeczki różanych płatków. Widok ten bezsprzecznie ucieszył moje oko. Uśmiechnąłem się półgębkiem, krzyżując ramiona na piersi i nie chcąc wyjść na podglądacza głośno odchrząknąłem. Dziewczyna momentalnie wzdrygnęła się, chlapiąc wodą poza balię. Gdy spostrzegła moją sylwetkę, momentalnie zakryła rękoma miejsca intymne, czerwieniąc się na całej twarzy.
- To ja poczekam na dole. – powiedziałem z szerokim uśmiechem i odmaszerowałem na parter. Cały czas myślałem o perfekcyjnym zapachu jej ciała, krwi, która płynęła jej w żyłach, która była tak subtelna i czysta jak ona sama. Odchrząknąłem mimowolnie, czując wzbierające pieczenie w krtani. Chcąc przestać myśleć o narastającym głodzie, zacząłem wypakowywać na stół zawartość plecaka, który ze sobą przywlokłem. Skóry różnych zwierząt układałem na stole, segregując je ze względu na wielkość i stan. Uporałem się z tym prędko, co tylko przywróciło moje myśli o posiłku. Spojrzałem za okno. Księżyc wisiał już ponad chmurami, zmrok zapadł jakiś czas temu. Lecz jedynie na czym mogłem się skupić, to swoje odbicie w oknie, na ślepiach, które biły szkarłatnym światłem i swoim wyglądem oznajmiały „uwaga, budzi się potwór”. Zawarczałem, starając się pozbyć miliona igieł wbijających się w mój przełyk.
Drewniane stopnie schodów zaskrzypiały.
- Dzień Dobry. – odparła, obdarowując mnie szczerym uśmiechem. – Szukałam Cię..- zaczęła, ściągając z ramienia torbę. Przerwałem jej, chwytając dość mocno jej ramię. Kiedy zmierzyła mnie pytającym spojrzeniem rozejrzałem się niespokojnie, strzygąc uszami.
- Zaraz porozmawiamy, najpierw zejdźmy z lodu i z widoku, jesteśmy tu wystawieni jak na dłoni. – puściłem jej rękę by przenieść dłoń na jej plecy. Dziewczyna widocznie zrozumiała moje zamiary, gdyż szybko zarzuciła torbę na ramię i pozwoliła się poprowadzić, szczelnie przylegając do mojego torsu. Odeszliśmy kilkanaście metrów, wkraczając w gęstwinę pokrytych śniegiem świerków. Przyglądając się krajobrazowi, powoli kontynuowałem spacer ścieżką, ówcześnie sytuując dłoń z powrotem w kieszeni spodni.
- Dlaczego tu jesteś, Melody? – spytałem obojętnie, wbijając wzrok w ścieżkę przed siebie. Dziewczyna drgnęła i jakby wyrwana z transu, szybko zaczęła grzebać w swoim bagażu. Nie przerywając spaceru, spoglądałem na jej niezdarne ruchy.
- Pomyślałam, że możesz marznąć w zimę, mam tu dla Ciebie kilka rzeczy!- zaczęła radośnie, uśmiechając się od ucha do ucha. W tym momencie zacząłem zastanawiać się, co sprawia, że ludzie mogą aż tak tryskać pozytywną energią. Przecież ona przyniosła mi tylko czapkę i szalik, a to nic nie zwykłego, bynajmniej w moich oczach. Nie żebym nie doceniał jej pracy, po prostu mi nie dawało szczęścia dzielenie się z ludźmi, nie czułem tego. Widząc jednak jej minę, dotarło do mnie, że to jednak ze mną jest coś nie tak, a nie na odwrót. Kiedy kobieta zaczęła wydobywać z torby wydziergane szaliki i berety, skonfundowany spojrzałem po sobie. Nic poza jedwabną koszulą zapinaną na guziki, skórzanych spodni, starego, zbitego i niedziałającego już zegarka oraz butów nie miałem na sobie. Wszędzie wokoło był śnieg, a ja nawet nie odczuwałem minusowej temperatury. Delikatnie ująłem szalejące dłonie Melody i zmusiłem ją do spojrzenia mi w oczy.
- Melody, ja nie marznę. Ciepłe ubrania są mi zbędne. – powiedziałem to najdelikatniej jak tylko potrafiłem. Mimo to, dostrzegłem, że tknęło to nieco dziewczynę, gdyż momentalnie jej uśmiech zrzedł. – Ale dziękuję za Twoje chęci. – dodałem mając nadzieję, że może chociaż to nieco poprawi sytuację. Bezskutecznie, dziewczyna zgrymasiła się i wyswobadzając ręce z mojego uścisku, schowała je do kieszeni puchowego płaszcza.
- Jasne. –odparła przywdziewając sztuczny uśmiech. Schrzaniłem. Mimo że jakoś specjalnie nie zależało mi na relacjach z tą osadniczką, coś mnie do niej pchało, nie żadne uczucie, ani pożądanie. Ona miała w sobie po prostu to coś.
- Okej, czapek nienawidzę, ale szalik może by się mi przydał. – uniosłem lekko kąciki ust, spoglądając w stronę mojej towarzyszki. Udało się. Kobieta podzieliła mój uśmiech i już po chwili, owinęła wokół mojej szyi granatowy, dziergany, w dodatku ciepły choć nie za gruby szalik.
- Śliczny, dziękuję. – odparłem obdarowując ją serdecznym uśmiechem. Kolejne pół godziny przespacerowaliśmy po lesie, rozmawiając o tym jak osadnicy znoszą tę paskudnę porę roku i jakie kolejne problemy się tam dzieją. Z czasem zaczęło się ściemniać, a podczas tej niedługiej przechadzki, odprowadziłem moją towarzyszkę niemalże pod samą granicę osadników.
- Tu się rozstajemy, nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty. – odklepałem standardową regułkę, nawet nie spoglądając na istotkę stojącą obok. Bardziej zaintrygowali mnie strażnicy, chodzący w tę i we w tę, bacznie obserwując otoczenie. Nagle poczułem dziwny ścisk i ciepło w okolicy klatki piersiowej. Spojrzałem w dół a to co ujrzałem było dość… zabawne. Mała, odziana w puch Melody przylgnęła do mnie, by mnie uścisnąć. Nie odwzajemniłem tego gestu, nie czując zwyczajnie na to potrzeby. Kiedy już się odczepiła, spojrzała na mnie raz jeszcze z tym swoim serdecznym uśmiechem.
- Uważaj na siebie. –powiedziała półszeptem, jakby w obawie, że strażnicy mogliby ją usłyszeć. W odpowiedzi jedynie skinąłem głową. A potem odeszła. Odprowadziłem ją wzrokiem dopóki nie zniknęła z mojego pola widzenia. Jeszcze chwilę stałem tak z rękami w kieszeniach, obserwując psy na warcie, niedługo potem zaczął mnie wzywać mój własny dom.
***
Wskoczyłem przez okno, mocno uderzając stopami o ziemię, starając się nie stracić równowagi. Od razu zrzuciłem z ramienia ciężki bagaż wypełniony suvenirami. Rozejrzałem się po chatce nadstawiając uszu. Cisza. Czyżbym jej nie zastał. Wszędzie dookoła był bałagan, co mogło jedynie świadczyć o nawale pracy, jaki spadł na Melody przez zmianę pogody. Śnieg już zniknął a zastąpiły go równie irytujące ulewne deszcze. Powoli przeszedłem na schody, a tam udało mi się w końcu coś usłyszeć, coś co sugerowało, że nie przebywałem w chacie sam. Odczuwając pewnego rodzaju ulgę wdrapałem się po schodach na górę, kierując się dźwiękiem chlupoczącej wody. Wtem moim oczom ukazał się parawan, do nozdrzy dotarł zapach ziołowych olejków, zaś uszy zaszczycone zostały pięknym, kobiecym głosem. Powoli podszedłem do parawanu, zupełnie nie zważając na to, jaką reakcję mogę u dziewczyny wywołać. Zamoczona po piersi w parującej wodzie, rozczesywała smukłymi palcami mokre włosy. Drugą ręką subtelnie nacierała obojczyk różanym olejem, który pozostawiał na jej skórze kawałeczki różanych płatków. Widok ten bezsprzecznie ucieszył moje oko. Uśmiechnąłem się półgębkiem, krzyżując ramiona na piersi i nie chcąc wyjść na podglądacza głośno odchrząknąłem. Dziewczyna momentalnie wzdrygnęła się, chlapiąc wodą poza balię. Gdy spostrzegła moją sylwetkę, momentalnie zakryła rękoma miejsca intymne, czerwieniąc się na całej twarzy.
- To ja poczekam na dole. – powiedziałem z szerokim uśmiechem i odmaszerowałem na parter. Cały czas myślałem o perfekcyjnym zapachu jej ciała, krwi, która płynęła jej w żyłach, która była tak subtelna i czysta jak ona sama. Odchrząknąłem mimowolnie, czując wzbierające pieczenie w krtani. Chcąc przestać myśleć o narastającym głodzie, zacząłem wypakowywać na stół zawartość plecaka, który ze sobą przywlokłem. Skóry różnych zwierząt układałem na stole, segregując je ze względu na wielkość i stan. Uporałem się z tym prędko, co tylko przywróciło moje myśli o posiłku. Spojrzałem za okno. Księżyc wisiał już ponad chmurami, zmrok zapadł jakiś czas temu. Lecz jedynie na czym mogłem się skupić, to swoje odbicie w oknie, na ślepiach, które biły szkarłatnym światłem i swoim wyglądem oznajmiały „uwaga, budzi się potwór”. Zawarczałem, starając się pozbyć miliona igieł wbijających się w mój przełyk.
Drewniane stopnie schodów zaskrzypiały.
Melody?
Subskrybuj:
Posty (Atom)