Uczucie ciepła, które zacząłem odczuwać przy tej drobnej, niewinnej istocie, zdawało się nie mieć końca, a za razem było dla mnie tak obce, że czułem się niedobrze. A może wcale nie było obce, tylko po prostu dawno i głęboko zakopane gdzieś wewnątrz mnie? Nie wiem. Patrząc na nią wydawało mi się, że skądś ją znam, najprawdopodobniej z życia, kiedy jeszcze nie byliśmy skazani na cały ten koszmar - bycia wyklętymi istotami podążającymi donikąd. Sapnąłem pod nosem, wgapiając się w jej duże, niebieskie oczy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucan. Pokaż wszystkie posty
13 grudnia 2019
22 sierpnia 2019
Od Lucan'a C.D Renarda
Po krótkiej wymianie zdań z chłopakiem nie czułem potrzeby, zostania w tym miejscu choćby chwili dłużej. Korzystając z chwili gdy odwrócił wzrok, zmyłem się w zarośla, gdzie wcześniej zostawiłem ciało anzaura. Zwierz był świeży i wciąż dobrze pachniał, co tylko pobudzało mój głód. Rozpocząłem długi spacer powrotny, niosąc na ramieniu truchło zwierzęcia. Nie wiedzieć czemu, będąc już u stóp gór zaczęły mnie nękać jakieś wyrzuty sumienia. Przecież to był tylko dzieciak - pomyślałem - niedoświadczony, głupi, mały dzieciak, który zapewne dostał w skórę za to, że nie doniósł łupu do domu….a ja przecież nie jestem i nigdy nie byłem złodziejem. W jednej chwili zalała mnie fala wstydu i chęć ukrycia się przed światem. To zachowanie nie było do mnie podobne, a przynajmniej odkąd trafiłem na wyspę, wcale go nie doświadczałem. Z rozmyśleń wyrwało mnie głośne warknięcie, na które w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Od razu zaprzestałem kroku i podniosłem wzrok na stworzenie, które teraz stało kilka metrów przede mną, szczerząc kły i przyjmując pozycję do ataku. Pumatoperze zazwyczaj wolały osadników, gdyż były to ofiary łatwiejsze do zabicia. Ten osobnik był jeszcze młody, jego skrzydła nie były jeszcze w pełni rozwinięte, przez co skradał się do mnie jak upośledzony kociak. Cofnąłem się o krok chcąc uniknąć konfrontacji oraz pochyliłem głowę, wiedząc, że tak koty ukazują między sobą uległość wobec siebie.
- Pewnie jesteś głodny, co. - mruknąłem, widząc jak dziki kot, wielkością dorównujący dorosłemu dobermanowi, powoli
człapie w moim kierunki, oblizując się. Nie skazując się na zbyt długie myślenie, chwyciłem za nogę truchło anzaura po czym rzuciłem je przed drapieżnika. Nie musiałem długo czekać. Kot momentalnie porwał go w zęby i zaczął wycofywać się w kierunku, z którego przybył.
- Niech to.. - mruknąłem sam do siebie, obserwując jak pumatoperz odchodzi z moją kolacją w swoich zębach. Kiedy już kompletnie zniknął mi z pola widzenia udałem się z powrotem w kierunku domu, po drodze zaczepiając o gorące źródła. Moje ubrania doszczętnie przesiąkły krwią anzaura, co porządnie mnie irytowało, ponadto wywoływało falę mdłości z powodu pustego żołądka. Gdy dotarłem na miejsce, rozebrałem się i od razu wskoczyłem do zbiornika z wodą, co - na moje szczęście- odciągnęło moje myśli od głodu i chęci pożarcia czegokolwiek co przebiegłoby mi przed twarzą. Opierając się plecami o kamienną, gorącą ściankę spojrzałem w górę, na księżyc, który lśnił całą swoją okazałością… Pomyślałem wtedy o Melody i jak bardzo za nią tęsknię.
- Pewnie jesteś głodny, co. - mruknąłem, widząc jak dziki kot, wielkością dorównujący dorosłemu dobermanowi, powoli
człapie w moim kierunki, oblizując się. Nie skazując się na zbyt długie myślenie, chwyciłem za nogę truchło anzaura po czym rzuciłem je przed drapieżnika. Nie musiałem długo czekać. Kot momentalnie porwał go w zęby i zaczął wycofywać się w kierunku, z którego przybył.
- Niech to.. - mruknąłem sam do siebie, obserwując jak pumatoperz odchodzi z moją kolacją w swoich zębach. Kiedy już kompletnie zniknął mi z pola widzenia udałem się z powrotem w kierunku domu, po drodze zaczepiając o gorące źródła. Moje ubrania doszczętnie przesiąkły krwią anzaura, co porządnie mnie irytowało, ponadto wywoływało falę mdłości z powodu pustego żołądka. Gdy dotarłem na miejsce, rozebrałem się i od razu wskoczyłem do zbiornika z wodą, co - na moje szczęście- odciągnęło moje myśli od głodu i chęci pożarcia czegokolwiek co przebiegłoby mi przed twarzą. Opierając się plecami o kamienną, gorącą ściankę spojrzałem w górę, na księżyc, który lśnił całą swoją okazałością… Pomyślałem wtedy o Melody i jak bardzo za nią tęsknię.
***
23 lipca 2019
Od Lucana C.D Renarda
Obserwowałem jak dzieciak, z niebywałą śmiałością i pewnością wykręcał w dłoni stalowym patykiem, próbując odnaleźć w zaroślach moją sylwetkę. Rozbawiło mnie to do tego stopnia, że niemal nie zacząłem śmiać się w głos. Ta zbyt wielka pewność siebie, kpiarski uśmiech do tego postawa, wszystko wyglądało tak bardzo komicznie. Rzuciłem w pobliskie krzewy oderwaną głowę anzaura, zwracając na powstały szelest całą uwagę chłopca. Spojrzał w tamtym kierunku niemalże od razu po wykryciu hałasu, po czym w ogóle nie ostrożnie postawił kilka kroków. Pochylił się do krzewów a po chwili machnął po nich swoim stalowym badylem. Oprócz ścięcia kilku liści i gałązek nie dokonał niczego, co wpłynęło na to iż na jego twarzy ukazał się wyraz zgorzknienia i niezadowolenia. Krzyknął ponownie.
-No, wyłaź! Tchórzysz?! - jego głos echem roznosił się po lesie, dopóki nie odbił się o skalną powierzchnię gór. Wtem
uznałem, że pora się ujawnić. Używając swojego szybkiego kroku oraz zręczności, która notabene dodawała moim ruchom subtelności a także pozbawiała jakiegokolwiek hałasu, podszedłem za jego plecy w jednej chwili. Nie zdążył się obejrzeć, kiedy podciąłem jego nogi długim kijem. Upadł na ziemię, a kilka kręgów znajdujących się w jego ciele, odezwało się po kolei głośnym chórem. Miecz, który jeszcze niedawno spoczywa w jego dłoni, upadł we wcześniej skrzywdzone przez niego krzewy, a chłopak jęknął z bólu, powoli zbierając się z trawy. Gdy wyczuł, że jego napastnik nadal stoi za nim szybkim ruchem porwał wystającą z zarośli rękojeść, by po chwili uczynić mieczem ruch po łuku przewracając się na plecy, jak gdyby odganiał jakiegoś natarczywego owada. Uniosłem brwi lekceważąco, gdyż nawet nie musiałem wykonać najmniejszego ruchu, chłopak minął moją sylwetkę o metr. Wywarczał coś pod nosem i szybko podniósł się na nogi, stając w pozycji gotowości do ataku. Ująłem mocniej kij I przyglądałem się mu uważnie, szczególną uwagę przykuwałem do jego ruchów, które były tak bardzo nieprofesjonalne i niedokładnie, że nawet głupiec przewidział by kolejne posunięcie tego dzieciaka. Warknął, niczym rozdrażniony zwierz, wolną ręką przecierając mokrą od potu twarz. Próbował zajść mnie od boku zataczając powoli koło wokół mojej osoby. Nie musiałem na niego patrzeć by go wyczuć. Szedł niezgrabnie, co tym samym sprawiało, że poruszał się bardzo głośno, bynajmniej jak na moje uszy. Nagle wydał z siebie okrzyk, który kompletnie go zdradził. Chwyciwszy rękojeść miecza obiema rękami wyprowadził mocne pchnięcie, które w ułamku sekundy zablokowałem kijem, odwracając się przodem w jego kierunku. Wtem na twarz chłopaka wpłynęło ogromne zdziwienie a już po chwili dostał kijem w głowę tak mocno, że upadł na ziemię i dłuższą chwilę się nie podnosił. Wyjęczał coś pod nosem, odrzucając na bok broń, co chyba miało oznaczać jego kapitulację. By upewnić się czy aby napewno dobrze zrozumiałem, zakręciłem kijem w dłoni i zamachnąłem się jakbym zaraz miał uderzyć go ponownie. Gdy chłopak w odpowiedzi osłonił twarz ramieniem, wiedziałem, że wygrałem. Uśmiechnąłem się półgębkiem, mając na uwadze, że dałem mu malutką lekcję pokory. Po chwili kij, którym go znokautowałem dorzuciłem na bok i wciąż patrząc na niego powiedziałem.
-Anzaura sobie zostawię, ale niech spotkam Cię raz
jeszcze to przysięgam, że szkapy już nie zobaczysz. Zmiataj do osady bo tam Twoje miejsce chłopcze - zmarszczyłem brwi i odwróciłem się w stronę krzaków gdzie ukryłem skradzioną zdobycz.
- Należę do samotników! - usłyszałem krzyk chłopaka za
moimi plecami. Gdy odwróciłem się na moment, już podnosił się z ziemi, zaś na jego twarzy rosło ogromne, czarne limo. Na jego policzku również pojawił się siny ślad, który bez wątpienia był moją zasługą. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę, lecz mógłbym przysiąc, że widzę go po raz pierwszy.
- Moją matką była Galia, dawna dyktatora to fakt, ale ja
wybrałem życie w samotności. - odparł zaciskając ręce w pięści.
Ah, Galia, słodka, charakterna, nad wyraz irytująca przez co przede wszystkim jedyna taka kobieta z osady. Widziałem ją raz, może dwa, ale nie spodziewałbym się, że przed kopnięciem w kalendarz zdążyła podzielić się swoimi genami. A może o tym wiedziałem, ale ta informacja była na tyle zbędna, że mój mózg samoczynnie ją zutylizował? Mniejsza. W duszy odczuwałem smutek i gorycz, że to nie ja pozbawiłem ją życia, tak, byłaby już drugą dyktatorką na moim koncie.
- Żeby nazywać się samotnikiem trzeba umieć żyć na
własną rękę, walczyć, tropić, oszukiwać. Ty ledwo wyrosłeś z pieleszy a nazywasz się samotnikiem? Nie wiem co cię do tego podkusiło ale dobrze Ci radzę, trzymaj się z dala od głównych szlaków. Mogą się tu trafić gorsi ode mnie, którzy będą chcieli cię okraść, zabić, zjeść a może nawet i zgwałcić, bo jesteś jeszcze młody i czysty. Dla własnego bezpieczeństwa schowaj się w cień, albo wróć do wioski, z której pochodzisz. - wytłumaczyłem spokojnie, nie spuszczając wzroku z jego sylwetki. On natomiast nie opuszczał i dalej brnął w rozmowę.
- W wiosce nie jest już bezpiecznie jak kiedyś. Samotnicy
potrafią bestialsko i z zimną krwią zabijać mieszkańców wioski, wolę tam nie przebywać. - odpowiedział, rozluźniając uścisk w dłoniach.
- A, tak bestialsko, co to jest, jakaś tam dekapitacja raz czy
dwa, bez przesady - kiedy chłopak spojrzał na mnie pytająco, wiedziałem, że zdziwił go fakt iż jestem zorientowany w tym co dzieje się w osadzie. Po chwili dodałem.
- To ja zabiłem Avalon, pierwszą dyktatorkę i gdyby gdzieś
obok znajdowała się Twoja matka, zrobił bym z nią to samo, bo to my mamy prawdziwą władzę na wyspie.. Ja mam władzę. - powiedziałem patrząc głęboko w jego oczy, czując jak tęczówki moich oczu zmieniają barwę na krwistą czerwień. Chcę walczyć? Proszę, zabiję go i zrobię sobie zupę z jego głowy.
Renard? ;>
14 lipca 2019
Od Lucana C.D Melody
Za każdym razem gdy moja zwierzęca strona obejmowała panowanie nad moim ciałem, nie byłem w stanie się powstrzymać. Dzikus, a w zasadzie drapieżnik, który drzemał we mnie był stukrotnie a nawet i więcej razy silniejszy od człowieka, którego cząstkę nadal starałem się zachować gdzieś w sobie. Był moim największym wrogiem, oraz koszmarem, gdyż to co robiłem będąc w jego szponach, nijak nie odnosiło się do mojego naturalnego postępowania. Od czasu tych pieprzonych eksperymentów zawsze byłem i już będę marionetką w jego zachłannych rękach. Tej nocy, gdy przyszedłem do niej w gościnę On pragnął jej. O tak, pragnął jej krwi, jej ciała, chciał jej posmakować i poczuć ją, dotknąć jej, skosztować… i choć ciężko mi przyznać to przed sobą samym, gdzieś tam w środku, ja też jej chciałem. Była piękna, zgrabna i taka inteligentna, może odrobinę zbyt delikatna jak na mój gust ale pomijając to i cofając się myślami wstecz jakieś piętnaście lat byłbym gotów ożenić się z nią, założyć rodzinę, zamieszkać gdzieś na wsi. Ale przecież dawne życie nie wróci, a miłość dla krwiopijcy takiego jak ja, stała się jedynie jednostronnym uczuciem, do tego oddalonym, niemalże wyimaginowanym, jak marzenie małego dziecka. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że gdy On przejmuje kontrolę, ja nie mam wpływu na nic, ba, połowy później nie jestem w stanie odnaleźć w pustce zwanej pamięcią. Tak też zdarzyło się i tego razu, a jedyne co mogło mi dać wskazówkę co uczyniłem będąc odepchnięty od rzeczywistości był metaliczny posmak w jamie ustnej, zaspokojony głód i wiotkie, blade ciało dziewczyny, leżące kilka metrów ode mnie. Przepełniony wyrzutami sumienia i poczuciem winy za krzywdę, którą teoretycznie nie ja jej wyrządziłem, ująłem jej zimne ciało w ramiona i wróciłem z nią do jej domu. Nie mogłem jej przecież od tak zostawić, bo przecież nie była mi obojętna. Zaraz, czy ja właśnie przyznałem, że jakaś byle słaba śmiertelniczka, do tego w połowie ryba zajmuje w moim sercu jakieś specjalne miejsce? Niedorzeczne, ktoś tak okropny jak ja przecież nie może odczuwać uczuć… Pogrążony w myślach dotarłem do wioski szybko, a prześlizgnięcie się na drugą stronę palisady jak zawsze nie sprawiło mi żadnej trudności. Jedyne co można było osadnikom zarzucić to fakt, że warty rozstawiali bezmyślne i ze szkodą dla nich samych. Na szczęście niewielu samotników wiedziało o tym przejściu a ja niespecjalnie zagrażałem większości… Gorzej było z Nim. Dotarłszy do domu zająłem się dziewczyną, starając się jak najlepiej naprawić krzywdę, którą On jej wyrządził. Cholera, tak trudno mi jest przed samym sob powiedzieć, że On… to tak naprawdę też ja, tylko o wiele, wiele gorszy i bardziej zepsuty...Siedziałem koło jej łóżka dzień i noc, opiekując się nią, podając odpowiednie preparaty, żeby tylko wróciła do siebie. Ocknęła się po dwóch nocach a gdy wyczułem, że to nadchodzi, zmyłem się z chaty, chcąc uniknąć jakiejkolwiek dyskusji a przede wszystkim przeprosin, które w tej sytuacji i tak zapewne nie zostałyby przyjęte. Odszedłem do swoich kątów, jakimi były tereny poza wioską postanawiając, że dam jej spokój i nie będę jej nachodził. Choć na początku zdawało się to być dla mnie niemożliwe - bycie z dala od niej, okazało się, że zwykłe codzienne czynności, z którymi musiałem się zmagać odebrały mi jakikolwiek czas. Wiadomo, życie samotnika nie jest łatwe, a kiedy wróciłem okazało się, że dach mojej chaty zapadł się, z powodu zmokniętego drewna, a pozyskanie surowców i naprawa tej usterki, do której musiałem przygotować wszystko sam, zajęła mi odpowiednio wiele czasu, żeby przestać myśleć o kobiecie z osady. Mijały dni, potem tygodnie, a ja nawet nie zauważyłem jak szybko zmienia się klimat na wyspie. Wszystko zaczęło wysychać, ulewy zanikły a zieleni nie było końca. Wiosna weszła w swoją ostateczną fazę, budząc dookoła wszystko co żywe.
1 lipca 2019
Ah Śpij, Kochanie…
Do wszystkich czytelników.
Opowiadanie zawiera sceny drastyczne.
Czytasz na własną odpowiedzialność.
Napisane zostało w 3 osobie liczby pojedynczej z tzw. punktu wszechwiedzącego obserwatora. Wydarzenia zawarte w opowiadaniu mają wpływ na relacje samotnik/osadnik w odniesieniu do całej przestrzeni bloga.Bohaterowie nie zostali wybrani przypadkowo.
21 listopada 2018
Od Lucan'a C.D Melody
- Witaj. – wymruczałem, spoglądając na klęczącą istotę. Z jej twarzy powoli odchodziło zafascynowanie a zastąpiło je dziwne szczęście, którego do końca nie mogłem zrozumieć. Odetchnąłem głośniej, czując w klatce piersiowej dziwny, duszący uścisk. Kobieta wstała i otrzepała kolana ze śniegu, po czym prędko zadarło głowę w górę, jakby w obawie, że w tym krótkim okresie czasu gdy na mnie nie patrzyła, mógłbym zniknąć.
- Dzień Dobry. – odparła, obdarowując mnie szczerym uśmiechem. – Szukałam Cię..- zaczęła, ściągając z ramienia torbę. Przerwałem jej, chwytając dość mocno jej ramię. Kiedy zmierzyła mnie pytającym spojrzeniem rozejrzałem się niespokojnie, strzygąc uszami.
- Zaraz porozmawiamy, najpierw zejdźmy z lodu i z widoku, jesteśmy tu wystawieni jak na dłoni. – puściłem jej rękę by przenieść dłoń na jej plecy. Dziewczyna widocznie zrozumiała moje zamiary, gdyż szybko zarzuciła torbę na ramię i pozwoliła się poprowadzić, szczelnie przylegając do mojego torsu. Odeszliśmy kilkanaście metrów, wkraczając w gęstwinę pokrytych śniegiem świerków. Przyglądając się krajobrazowi, powoli kontynuowałem spacer ścieżką, ówcześnie sytuując dłoń z powrotem w kieszeni spodni.
- Dlaczego tu jesteś, Melody? – spytałem obojętnie, wbijając wzrok w ścieżkę przed siebie. Dziewczyna drgnęła i jakby wyrwana z transu, szybko zaczęła grzebać w swoim bagażu. Nie przerywając spaceru, spoglądałem na jej niezdarne ruchy.
- Pomyślałam, że możesz marznąć w zimę, mam tu dla Ciebie kilka rzeczy!- zaczęła radośnie, uśmiechając się od ucha do ucha. W tym momencie zacząłem zastanawiać się, co sprawia, że ludzie mogą aż tak tryskać pozytywną energią. Przecież ona przyniosła mi tylko czapkę i szalik, a to nic nie zwykłego, bynajmniej w moich oczach. Nie żebym nie doceniał jej pracy, po prostu mi nie dawało szczęścia dzielenie się z ludźmi, nie czułem tego. Widząc jednak jej minę, dotarło do mnie, że to jednak ze mną jest coś nie tak, a nie na odwrót. Kiedy kobieta zaczęła wydobywać z torby wydziergane szaliki i berety, skonfundowany spojrzałem po sobie. Nic poza jedwabną koszulą zapinaną na guziki, skórzanych spodni, starego, zbitego i niedziałającego już zegarka oraz butów nie miałem na sobie. Wszędzie wokoło był śnieg, a ja nawet nie odczuwałem minusowej temperatury. Delikatnie ująłem szalejące dłonie Melody i zmusiłem ją do spojrzenia mi w oczy.
- Melody, ja nie marznę. Ciepłe ubrania są mi zbędne. – powiedziałem to najdelikatniej jak tylko potrafiłem. Mimo to, dostrzegłem, że tknęło to nieco dziewczynę, gdyż momentalnie jej uśmiech zrzedł. – Ale dziękuję za Twoje chęci. – dodałem mając nadzieję, że może chociaż to nieco poprawi sytuację. Bezskutecznie, dziewczyna zgrymasiła się i wyswobadzając ręce z mojego uścisku, schowała je do kieszeni puchowego płaszcza.
- Jasne. –odparła przywdziewając sztuczny uśmiech. Schrzaniłem. Mimo że jakoś specjalnie nie zależało mi na relacjach z tą osadniczką, coś mnie do niej pchało, nie żadne uczucie, ani pożądanie. Ona miała w sobie po prostu to coś.
- Okej, czapek nienawidzę, ale szalik może by się mi przydał. – uniosłem lekko kąciki ust, spoglądając w stronę mojej towarzyszki. Udało się. Kobieta podzieliła mój uśmiech i już po chwili, owinęła wokół mojej szyi granatowy, dziergany, w dodatku ciepły choć nie za gruby szalik.
- Śliczny, dziękuję. – odparłem obdarowując ją serdecznym uśmiechem. Kolejne pół godziny przespacerowaliśmy po lesie, rozmawiając o tym jak osadnicy znoszą tę paskudnę porę roku i jakie kolejne problemy się tam dzieją. Z czasem zaczęło się ściemniać, a podczas tej niedługiej przechadzki, odprowadziłem moją towarzyszkę niemalże pod samą granicę osadników.
- Tu się rozstajemy, nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty. – odklepałem standardową regułkę, nawet nie spoglądając na istotkę stojącą obok. Bardziej zaintrygowali mnie strażnicy, chodzący w tę i we w tę, bacznie obserwując otoczenie. Nagle poczułem dziwny ścisk i ciepło w okolicy klatki piersiowej. Spojrzałem w dół a to co ujrzałem było dość… zabawne. Mała, odziana w puch Melody przylgnęła do mnie, by mnie uścisnąć. Nie odwzajemniłem tego gestu, nie czując zwyczajnie na to potrzeby. Kiedy już się odczepiła, spojrzała na mnie raz jeszcze z tym swoim serdecznym uśmiechem.
- Uważaj na siebie. –powiedziała półszeptem, jakby w obawie, że strażnicy mogliby ją usłyszeć. W odpowiedzi jedynie skinąłem głową. A potem odeszła. Odprowadziłem ją wzrokiem dopóki nie zniknęła z mojego pola widzenia. Jeszcze chwilę stałem tak z rękami w kieszeniach, obserwując psy na warcie, niedługo potem zaczął mnie wzywać mój własny dom.
Wskoczyłem przez okno, mocno uderzając stopami o ziemię, starając się nie stracić równowagi. Od razu zrzuciłem z ramienia ciężki bagaż wypełniony suvenirami. Rozejrzałem się po chatce nadstawiając uszu. Cisza. Czyżbym jej nie zastał. Wszędzie dookoła był bałagan, co mogło jedynie świadczyć o nawale pracy, jaki spadł na Melody przez zmianę pogody. Śnieg już zniknął a zastąpiły go równie irytujące ulewne deszcze. Powoli przeszedłem na schody, a tam udało mi się w końcu coś usłyszeć, coś co sugerowało, że nie przebywałem w chacie sam. Odczuwając pewnego rodzaju ulgę wdrapałem się po schodach na górę, kierując się dźwiękiem chlupoczącej wody. Wtem moim oczom ukazał się parawan, do nozdrzy dotarł zapach ziołowych olejków, zaś uszy zaszczycone zostały pięknym, kobiecym głosem. Powoli podszedłem do parawanu, zupełnie nie zważając na to, jaką reakcję mogę u dziewczyny wywołać. Zamoczona po piersi w parującej wodzie, rozczesywała smukłymi palcami mokre włosy. Drugą ręką subtelnie nacierała obojczyk różanym olejem, który pozostawiał na jej skórze kawałeczki różanych płatków. Widok ten bezsprzecznie ucieszył moje oko. Uśmiechnąłem się półgębkiem, krzyżując ramiona na piersi i nie chcąc wyjść na podglądacza głośno odchrząknąłem. Dziewczyna momentalnie wzdrygnęła się, chlapiąc wodą poza balię. Gdy spostrzegła moją sylwetkę, momentalnie zakryła rękoma miejsca intymne, czerwieniąc się na całej twarzy.
- To ja poczekam na dole. – powiedziałem z szerokim uśmiechem i odmaszerowałem na parter. Cały czas myślałem o perfekcyjnym zapachu jej ciała, krwi, która płynęła jej w żyłach, która była tak subtelna i czysta jak ona sama. Odchrząknąłem mimowolnie, czując wzbierające pieczenie w krtani. Chcąc przestać myśleć o narastającym głodzie, zacząłem wypakowywać na stół zawartość plecaka, który ze sobą przywlokłem. Skóry różnych zwierząt układałem na stole, segregując je ze względu na wielkość i stan. Uporałem się z tym prędko, co tylko przywróciło moje myśli o posiłku. Spojrzałem za okno. Księżyc wisiał już ponad chmurami, zmrok zapadł jakiś czas temu. Lecz jedynie na czym mogłem się skupić, to swoje odbicie w oknie, na ślepiach, które biły szkarłatnym światłem i swoim wyglądem oznajmiały „uwaga, budzi się potwór”. Zawarczałem, starając się pozbyć miliona igieł wbijających się w mój przełyk.
Drewniane stopnie schodów zaskrzypiały.
- Dzień Dobry. – odparła, obdarowując mnie szczerym uśmiechem. – Szukałam Cię..- zaczęła, ściągając z ramienia torbę. Przerwałem jej, chwytając dość mocno jej ramię. Kiedy zmierzyła mnie pytającym spojrzeniem rozejrzałem się niespokojnie, strzygąc uszami.
- Zaraz porozmawiamy, najpierw zejdźmy z lodu i z widoku, jesteśmy tu wystawieni jak na dłoni. – puściłem jej rękę by przenieść dłoń na jej plecy. Dziewczyna widocznie zrozumiała moje zamiary, gdyż szybko zarzuciła torbę na ramię i pozwoliła się poprowadzić, szczelnie przylegając do mojego torsu. Odeszliśmy kilkanaście metrów, wkraczając w gęstwinę pokrytych śniegiem świerków. Przyglądając się krajobrazowi, powoli kontynuowałem spacer ścieżką, ówcześnie sytuując dłoń z powrotem w kieszeni spodni.
- Dlaczego tu jesteś, Melody? – spytałem obojętnie, wbijając wzrok w ścieżkę przed siebie. Dziewczyna drgnęła i jakby wyrwana z transu, szybko zaczęła grzebać w swoim bagażu. Nie przerywając spaceru, spoglądałem na jej niezdarne ruchy.
- Pomyślałam, że możesz marznąć w zimę, mam tu dla Ciebie kilka rzeczy!- zaczęła radośnie, uśmiechając się od ucha do ucha. W tym momencie zacząłem zastanawiać się, co sprawia, że ludzie mogą aż tak tryskać pozytywną energią. Przecież ona przyniosła mi tylko czapkę i szalik, a to nic nie zwykłego, bynajmniej w moich oczach. Nie żebym nie doceniał jej pracy, po prostu mi nie dawało szczęścia dzielenie się z ludźmi, nie czułem tego. Widząc jednak jej minę, dotarło do mnie, że to jednak ze mną jest coś nie tak, a nie na odwrót. Kiedy kobieta zaczęła wydobywać z torby wydziergane szaliki i berety, skonfundowany spojrzałem po sobie. Nic poza jedwabną koszulą zapinaną na guziki, skórzanych spodni, starego, zbitego i niedziałającego już zegarka oraz butów nie miałem na sobie. Wszędzie wokoło był śnieg, a ja nawet nie odczuwałem minusowej temperatury. Delikatnie ująłem szalejące dłonie Melody i zmusiłem ją do spojrzenia mi w oczy.
- Melody, ja nie marznę. Ciepłe ubrania są mi zbędne. – powiedziałem to najdelikatniej jak tylko potrafiłem. Mimo to, dostrzegłem, że tknęło to nieco dziewczynę, gdyż momentalnie jej uśmiech zrzedł. – Ale dziękuję za Twoje chęci. – dodałem mając nadzieję, że może chociaż to nieco poprawi sytuację. Bezskutecznie, dziewczyna zgrymasiła się i wyswobadzając ręce z mojego uścisku, schowała je do kieszeni puchowego płaszcza.
- Jasne. –odparła przywdziewając sztuczny uśmiech. Schrzaniłem. Mimo że jakoś specjalnie nie zależało mi na relacjach z tą osadniczką, coś mnie do niej pchało, nie żadne uczucie, ani pożądanie. Ona miała w sobie po prostu to coś.
- Okej, czapek nienawidzę, ale szalik może by się mi przydał. – uniosłem lekko kąciki ust, spoglądając w stronę mojej towarzyszki. Udało się. Kobieta podzieliła mój uśmiech i już po chwili, owinęła wokół mojej szyi granatowy, dziergany, w dodatku ciepły choć nie za gruby szalik.
- Śliczny, dziękuję. – odparłem obdarowując ją serdecznym uśmiechem. Kolejne pół godziny przespacerowaliśmy po lesie, rozmawiając o tym jak osadnicy znoszą tę paskudnę porę roku i jakie kolejne problemy się tam dzieją. Z czasem zaczęło się ściemniać, a podczas tej niedługiej przechadzki, odprowadziłem moją towarzyszkę niemalże pod samą granicę osadników.
- Tu się rozstajemy, nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty. – odklepałem standardową regułkę, nawet nie spoglądając na istotkę stojącą obok. Bardziej zaintrygowali mnie strażnicy, chodzący w tę i we w tę, bacznie obserwując otoczenie. Nagle poczułem dziwny ścisk i ciepło w okolicy klatki piersiowej. Spojrzałem w dół a to co ujrzałem było dość… zabawne. Mała, odziana w puch Melody przylgnęła do mnie, by mnie uścisnąć. Nie odwzajemniłem tego gestu, nie czując zwyczajnie na to potrzeby. Kiedy już się odczepiła, spojrzała na mnie raz jeszcze z tym swoim serdecznym uśmiechem.
- Uważaj na siebie. –powiedziała półszeptem, jakby w obawie, że strażnicy mogliby ją usłyszeć. W odpowiedzi jedynie skinąłem głową. A potem odeszła. Odprowadziłem ją wzrokiem dopóki nie zniknęła z mojego pola widzenia. Jeszcze chwilę stałem tak z rękami w kieszeniach, obserwując psy na warcie, niedługo potem zaczął mnie wzywać mój własny dom.
***
Wskoczyłem przez okno, mocno uderzając stopami o ziemię, starając się nie stracić równowagi. Od razu zrzuciłem z ramienia ciężki bagaż wypełniony suvenirami. Rozejrzałem się po chatce nadstawiając uszu. Cisza. Czyżbym jej nie zastał. Wszędzie dookoła był bałagan, co mogło jedynie świadczyć o nawale pracy, jaki spadł na Melody przez zmianę pogody. Śnieg już zniknął a zastąpiły go równie irytujące ulewne deszcze. Powoli przeszedłem na schody, a tam udało mi się w końcu coś usłyszeć, coś co sugerowało, że nie przebywałem w chacie sam. Odczuwając pewnego rodzaju ulgę wdrapałem się po schodach na górę, kierując się dźwiękiem chlupoczącej wody. Wtem moim oczom ukazał się parawan, do nozdrzy dotarł zapach ziołowych olejków, zaś uszy zaszczycone zostały pięknym, kobiecym głosem. Powoli podszedłem do parawanu, zupełnie nie zważając na to, jaką reakcję mogę u dziewczyny wywołać. Zamoczona po piersi w parującej wodzie, rozczesywała smukłymi palcami mokre włosy. Drugą ręką subtelnie nacierała obojczyk różanym olejem, który pozostawiał na jej skórze kawałeczki różanych płatków. Widok ten bezsprzecznie ucieszył moje oko. Uśmiechnąłem się półgębkiem, krzyżując ramiona na piersi i nie chcąc wyjść na podglądacza głośno odchrząknąłem. Dziewczyna momentalnie wzdrygnęła się, chlapiąc wodą poza balię. Gdy spostrzegła moją sylwetkę, momentalnie zakryła rękoma miejsca intymne, czerwieniąc się na całej twarzy.
- To ja poczekam na dole. – powiedziałem z szerokim uśmiechem i odmaszerowałem na parter. Cały czas myślałem o perfekcyjnym zapachu jej ciała, krwi, która płynęła jej w żyłach, która była tak subtelna i czysta jak ona sama. Odchrząknąłem mimowolnie, czując wzbierające pieczenie w krtani. Chcąc przestać myśleć o narastającym głodzie, zacząłem wypakowywać na stół zawartość plecaka, który ze sobą przywlokłem. Skóry różnych zwierząt układałem na stole, segregując je ze względu na wielkość i stan. Uporałem się z tym prędko, co tylko przywróciło moje myśli o posiłku. Spojrzałem za okno. Księżyc wisiał już ponad chmurami, zmrok zapadł jakiś czas temu. Lecz jedynie na czym mogłem się skupić, to swoje odbicie w oknie, na ślepiach, które biły szkarłatnym światłem i swoim wyglądem oznajmiały „uwaga, budzi się potwór”. Zawarczałem, starając się pozbyć miliona igieł wbijających się w mój przełyk.
Drewniane stopnie schodów zaskrzypiały.
Melody?
4 listopada 2018
Od Lucan'a CD Fafnir'a
Z krótkiego i dość nieprzyjemnego snu wybudził mnie głos chłopaka. Słowa skierowane do mnie w trybie rozkazującym niemal natychmiastowo wyrwały mnie z koszmaru. Powoli uchyliłem powieki, chcąc przyzwyczaić oczy do buchającego od ognia światła. Siedział tam, przed kominkiem, bacznie obserwując intruza- mnie. Odchrząknąłem cicho, prostując plecy. Kręgi strzelały po kolei, niczym salwy wystrzelonych armat. Chłopak poruszył się niespokojnie, a ja zdążyłem zauważyć jak jedna z jego dłoni szybko zaciska się na włóczni. Nic sobie z tego nie robiąc przeciągnąłem się, po czym skierowałem wzrok w jego kierunku.
- Smacznego. – mruknąłem, nieco przymrużając oczy.
- Tu jest dla Ciebie. – odpowiedział w tej samej tonacji, trącając palcem miskę, jak zdążyłem wyczuć, ze świeżym, surowym mięsem. W odpowiedzi szybko pokręciłem głową na boki i powoli wstałem.
- Nie jestem w stanie tego zjeść. Za to ty pachniesz o wiele lepiej. – chłopak uniósł oszczep, układając go w dłoni wygodniej. – Spokojnie, nie zrobię Ci krzywdy. Mam hamulce. – odparłem nad wyraz spokojnie podchodząc do niedźwiedziej skóry rozwieszonej w miejscu wejścia do chaty. Już miałem pociągnąć za przemarznięty materiał, gdy do moich uszu dotarło donośne warknięcie. Momentalnie skierowałem wzrok na chłopaka, a spostrzegając jego minę, nie miałem wątpliwości, że on również to usłyszał. Powoli uniosłem dłoń na wysokość twarzy, by ułożyć pionowo na ustach palec wskazujący. Wytężyłem słuch i unormowałem oddech, starając się określić, czy stworzenie, które wydawało te odgłosy oddaliło się, czy może wciąż kręci się wokół chaty. Nie mogłem się skupić, szumiało mi w uszach jakby wewnątrz mojej głowy szalała najprawdziwsza wichura, co tylko wyprowadzało mnie z równowagi i rujnowało skupienie, które tak desperacko próbowałem nadbudować. Gałąź trawiona w kominku przez ogień strzeliła po raz kolejny, uwalniając w ciemność błyszczące i ostre iskry, mój towarzysz oddychał głośno, a jego serce waliło z takim impetem jakby miało wyskoczyć mu z piersi, wiatr przeciskając się przez najmniejsze szczeliny chaty świszczał głośno. Nie mogłem znieść tego hałasu, tych dźwięków, które mieszając się z szumem wewnątrz mojej czaszki doprowadzały mnie do szaleństwa, wyzwalały nieopisany gniew i podsycały furię, która tak bardzo pragnęła teraz opuścić moje ciało. Szarpnąłem mocno za futro i jednym krokiem pokonałem próg chaty, od razu wpadając w zaspę, którą naniosła burza. Odetchnąłem, słysząc tylko ciszę dookoła. Wzrokiem przesunąłem się od podłoża, wzdłuż linii drzew, do góry aż po zachmurzone niebo. Cisza. Tak upragniona i wyczekiwana, wyczuwalna była niemal zewsząd. A może to ja ogłuchłem? Wypatrywałem gwiazd za grubą warstwą chmur. Tak, na pewno słuch mnie zawodził, tak jak przed chwilą, spłatał mi figiel w chacie. Byłem głodny. Umierałem z głodu. Wciągnąłem do płuc mroźne powietrze, chcąc poczuć jak miliony igieł ranią ich powłokę przedzierając się przez nie na drugą stronę, by potem zniknąć i powrócić z kolejnym oddechem. Lubiłem ten ból. Postawiłem dwa kroki przed siebie, potem kolejne dwa i jeszcze jeden. Moje stopy zapadały się pod grubą, puszystą powłoką co powodowało zachwiania i kilkusekundową utratę równowagi. Wtem, moje ciało przeszył ból, rwący i zupełnie nieoczekiwany, nadszedł nagle i momentalnie rozszedł się on po całym ciele, jak gdyby zostało ono oblane żrącym kwasem. Oderwany od przemyśleń, wzrok skierowałem na jego epicentrum, przedramię, z którego na boki tryskała szkarłatna posoka. Ostre, pożółkłe już zębiska zatapiały się głęboko w mą aksamitną skórę, szarpały ją, rozrywały mięsień, wszystko to zalewając strumieniami krwi, której wylewający się nadmiar barwił śnieg pode mną. Wilkołak rozluźnił swoje szczęki i wypuścił z nich moją kończynę, a przez opór, który działał w tym wypadku tylko na moją niekorzyść, upadłem w zaspę za sobą, uwydatniając kolejne kawałki swego ciała. Zawarczał głośno, szorstko, nim ponownie rzucił się do ataku. Tuman suchego śniegu uniósł się, gdy używając swej zwinności, stokroć przeważającej ludzką, przemknąłem za napastnika, wprawiając go w zakłopotanie. Nie dał się oszukać. W jednej chwili odwrócił się i przygarbił, zawarczał raz jeszcze, uwalniając z pyska fałdy piany, która skapywała na śnieg, topiąc go. Czując, że nadchodzi kolejny atak zaparłem się nogami, szykując się na odparcie ciężaru. Wtem ciało przerośniętego psa wygięło się w łuk, a z jego paszczy wydobył się agoniczny skowyt. Ciemna ciecz rozlała się, barwiąc kolejny skraw białego puchu a po chwili po wilkopodobnym nie było już śladu. Albinos stał przy wejściu do chaty drżąc i oddychając szybko. Jego oszczep poniekąd uratował mnie z opresji. Zaciekawiło mnie, co go podkusiło do tego działania.
- Twoja ręka..- zaczął drżącym głosem, stawiając w moim kierunku kilka kroków.
- To nic.- odparłem natychmiastowo, nie dając mu dokończyć. Nasze spojrzenia spotkały się jeszcze na moment, a potem zmyłem się stamtąd tak, jak obiecałem.
Tej zimy nasze drogi się już nie skrzyżowały. Nadeszła wiosna.
Fafnir?
- Smacznego. – mruknąłem, nieco przymrużając oczy.
- Tu jest dla Ciebie. – odpowiedział w tej samej tonacji, trącając palcem miskę, jak zdążyłem wyczuć, ze świeżym, surowym mięsem. W odpowiedzi szybko pokręciłem głową na boki i powoli wstałem.
- Nie jestem w stanie tego zjeść. Za to ty pachniesz o wiele lepiej. – chłopak uniósł oszczep, układając go w dłoni wygodniej. – Spokojnie, nie zrobię Ci krzywdy. Mam hamulce. – odparłem nad wyraz spokojnie podchodząc do niedźwiedziej skóry rozwieszonej w miejscu wejścia do chaty. Już miałem pociągnąć za przemarznięty materiał, gdy do moich uszu dotarło donośne warknięcie. Momentalnie skierowałem wzrok na chłopaka, a spostrzegając jego minę, nie miałem wątpliwości, że on również to usłyszał. Powoli uniosłem dłoń na wysokość twarzy, by ułożyć pionowo na ustach palec wskazujący. Wytężyłem słuch i unormowałem oddech, starając się określić, czy stworzenie, które wydawało te odgłosy oddaliło się, czy może wciąż kręci się wokół chaty. Nie mogłem się skupić, szumiało mi w uszach jakby wewnątrz mojej głowy szalała najprawdziwsza wichura, co tylko wyprowadzało mnie z równowagi i rujnowało skupienie, które tak desperacko próbowałem nadbudować. Gałąź trawiona w kominku przez ogień strzeliła po raz kolejny, uwalniając w ciemność błyszczące i ostre iskry, mój towarzysz oddychał głośno, a jego serce waliło z takim impetem jakby miało wyskoczyć mu z piersi, wiatr przeciskając się przez najmniejsze szczeliny chaty świszczał głośno. Nie mogłem znieść tego hałasu, tych dźwięków, które mieszając się z szumem wewnątrz mojej czaszki doprowadzały mnie do szaleństwa, wyzwalały nieopisany gniew i podsycały furię, która tak bardzo pragnęła teraz opuścić moje ciało. Szarpnąłem mocno za futro i jednym krokiem pokonałem próg chaty, od razu wpadając w zaspę, którą naniosła burza. Odetchnąłem, słysząc tylko ciszę dookoła. Wzrokiem przesunąłem się od podłoża, wzdłuż linii drzew, do góry aż po zachmurzone niebo. Cisza. Tak upragniona i wyczekiwana, wyczuwalna była niemal zewsząd. A może to ja ogłuchłem? Wypatrywałem gwiazd za grubą warstwą chmur. Tak, na pewno słuch mnie zawodził, tak jak przed chwilą, spłatał mi figiel w chacie. Byłem głodny. Umierałem z głodu. Wciągnąłem do płuc mroźne powietrze, chcąc poczuć jak miliony igieł ranią ich powłokę przedzierając się przez nie na drugą stronę, by potem zniknąć i powrócić z kolejnym oddechem. Lubiłem ten ból. Postawiłem dwa kroki przed siebie, potem kolejne dwa i jeszcze jeden. Moje stopy zapadały się pod grubą, puszystą powłoką co powodowało zachwiania i kilkusekundową utratę równowagi. Wtem, moje ciało przeszył ból, rwący i zupełnie nieoczekiwany, nadszedł nagle i momentalnie rozszedł się on po całym ciele, jak gdyby zostało ono oblane żrącym kwasem. Oderwany od przemyśleń, wzrok skierowałem na jego epicentrum, przedramię, z którego na boki tryskała szkarłatna posoka. Ostre, pożółkłe już zębiska zatapiały się głęboko w mą aksamitną skórę, szarpały ją, rozrywały mięsień, wszystko to zalewając strumieniami krwi, której wylewający się nadmiar barwił śnieg pode mną. Wilkołak rozluźnił swoje szczęki i wypuścił z nich moją kończynę, a przez opór, który działał w tym wypadku tylko na moją niekorzyść, upadłem w zaspę za sobą, uwydatniając kolejne kawałki swego ciała. Zawarczał głośno, szorstko, nim ponownie rzucił się do ataku. Tuman suchego śniegu uniósł się, gdy używając swej zwinności, stokroć przeważającej ludzką, przemknąłem za napastnika, wprawiając go w zakłopotanie. Nie dał się oszukać. W jednej chwili odwrócił się i przygarbił, zawarczał raz jeszcze, uwalniając z pyska fałdy piany, która skapywała na śnieg, topiąc go. Czując, że nadchodzi kolejny atak zaparłem się nogami, szykując się na odparcie ciężaru. Wtem ciało przerośniętego psa wygięło się w łuk, a z jego paszczy wydobył się agoniczny skowyt. Ciemna ciecz rozlała się, barwiąc kolejny skraw białego puchu a po chwili po wilkopodobnym nie było już śladu. Albinos stał przy wejściu do chaty drżąc i oddychając szybko. Jego oszczep poniekąd uratował mnie z opresji. Zaciekawiło mnie, co go podkusiło do tego działania.
- Twoja ręka..- zaczął drżącym głosem, stawiając w moim kierunku kilka kroków.
- To nic.- odparłem natychmiastowo, nie dając mu dokończyć. Nasze spojrzenia spotkały się jeszcze na moment, a potem zmyłem się stamtąd tak, jak obiecałem.
Tej zimy nasze drogi się już nie skrzyżowały. Nadeszła wiosna.
Fafnir?
16 września 2018
Od Lucan'a CD Harry
Po wyjściu dziewczyny z trudem stanąłem na proste nogi po czym niezwykle ociężale podszedłem do posłania, na które ległem niczym spróchniała kłoda. Przez dłuższą chwilę mój wzrok utkwiony był w białym zawiniątku, które pozostawiła na stole dziewczyna. Zabawne. Donosi na mnie, potem ratuje by potem uciec. Była nadzwyczajnie zagmatwaną istotką, ale właśnie to mnie do niej przekonywało, inność. Pozwoliłem powiekom opaść, mój organizm potrzebował odpoczynku i to nie byle jakiego.
Kiedy ocknąłem się z nieprzyjemnego koszmaru w chacie panował niewyobrażalny chłód. Wzdrygnąłem się, czując pieczenie na skórze, spowodowane zimnem. Pomimo tego, że nie byłem już narażony na zamarznięcie, tak jak zwykli ludzie, temperatura oddziaływała na mnie w kompletnie inny sposób również irytując i sprawiając dyskomfort. Podniosłem się do siadu, moje oczy momentalnie powędrowały do paleniska, z którego pozostał jedynie srebrny popiół. Podszedłem bliżej i kucnąłem obok. Ku mojemu zdziwieniu resztki ogniska nie były nawet ciepłe, ba, były tak samo lodowate, jak podłoga czy ściany. Ile spałem? W głowie wciąż zadawałem sobie to pytanie. Dojrzawszy białą chustę pokrytą przymrozkiem wiedziałem, że letarg w który popadłem trwał co najmniej kilka dni. Rozchyliłem nieco materiał, by dojrzeć kompletnie już zwiędnięte listki leczniczej rośliny. Widząc niezdatne już na nic lekarstwo, przypomniała mi się rana, która jeszcze nie dawno odebrała mi możliwość prawidłowego poruszania się. Powoli odwinąłem bandaż, oczekując… w sumie sam nie wiem czego. Tak jak przypuszczałem, po ranie zadanej zatrutym ostrzem pozostała tylko ciemna, długa blizna. W takich chwilach docierało do mnie, że nieważne jak bym nienawidził wampiryzmu, tak cieszę się, że niektóre możliwości, które są z nim związane, czasem mogą nawet przytrzymać mnie przy życiu. Spojrzałem za oszklone okno. Śnieg pokrywał już całe podłoże, drzewa do końca wyłysiały z liści, a dzień zdawał się być czysty i nieskalany złem. Co najmniej tydzień spałem. Mój żołądek zaburczał głośno, jakby słyszał moje myśli. Dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo nieprzyjemne kłucie zatrzymało się w mojej krtani i pomimo ogromu przełykanej śliny nie chciało zniknąć. Przebrałem się w świeże ubranie, składające się z białej, zapinanej na guziki koszuli oraz ciemnych, przylegających materiałowych spodni, które niegdyś udało mi się zwinąć i butów traperskich, odnalezionych w jednym z wraków. Wyszedłem z chaty, podkaszając rękawy koszuli. Przerażająca cisza, która zawisła w powietrzu napełniała mnie niepokojem. Nawet najlżejszy powiew nie musnął mojego ciała, a temperatura, która zdecydowanie była poniżej zera, spowodowała, że moje palce oraz nos poróżowiały nieco. Mimo, że nie specjalnie odczuwałem mróz, dobrze wiedziałem, że nadszedł i szybko się stąd nie zawinie. Swoje kroki zacząłem kierować w stronę lasu, w poszukiwaniu czegoś na zaspokojenie głodu. Na moje szczęście, zwierzęta dopiero co zaczęły ukrywać się do swoich nor, dzięki czemu udało mi się nasycić. Jednak to nie było to. Mój organizm domagał się czegoś innego. Domagał się krwi ludzkiej, nie zwierzęcej. Na samą myśl o ciepłej, słodkiej, dziewiczej krwi miałem zawroty głowy. Oblizałem usta ciężko dysząc. Pragnąłem tego właśnie w tej chwili, posmakować czegoś zakazanego, czegoś, co dałoby mi o wiele więcej siły i pomogłoby przetrwać zimę bez uszczerbku na zdrowiu. Musiałem przytrzymać się drzewa by nie upaść. Mój organizm znacznie osłabił się, kiedy byłem skazany jedynie na wegańską krew. Dlaczego wegańską? Dla nas dieta zwierzęca, jest jak weganizm dla zwykłego człowieka. Pozbawiona niezbędnych substancji odżywczych krew, nie zaspokajała nas tak dobrze, jak ta ludzka, perfekcyjna. Mimo wszystko nie do przyjęcia było dla mnie choć pomyśleć o zabiciu niewinnego człowieka, tylko w celu zadowolenia własnej potrzeby. Pod tym względem byłem słaby. Patrząc po sobie, nie ugiął bym się przed niczym, wskoczyłbym nawet w ogień gdybym musiał, ale perspektywa zabicia istoty ludzkiej, do tego czystej i nieskalanej grzechem, była dla mnie po prostu nierealna. Wyprostowałem plecy, przytykając czoło do kory drzewa. Weź się w garść, tu już nie liczą się prawa moralne, Lucan. Żeby przeżyć musisz zabijać. Powtarzałem sobie, jakby miało mi to pomóc w jakiś sposób. Mimo że zdołałem już napełnić swój żołądek do syta coś podpowiadało mi, aby zapuścić się dalej w las, sam nie do końca wiedziałem co. Ciszę przerywał jedynie skrzypiący pod moimi butami śnieg, co notabene doprowadzało mnie do szaleństwa. Wtem, wśród drzew dostrzegłem coś, a raczej kogoś. Nieduża istota, stała na środku zamarzniętej sadzawki, z rękoma rozpostartymi przed sobą. Jej ruchy były powolne, nieco niepewne. Podszedłem bliżej, zaciekawiony sytuacją. Drzewa na sekundę zasłoniły mi widok, lecz gdy z powrotem odzyskałem widoczność na miejsce, które tak bardzo skupiało moją uwagę, istotka zniknęła. Rozejrzałem się na boki w jej poszukiwaniu, lecz nie przyniosło to żadnego skutku, nikogo ani niczego poza mną nie było w zasięgu wzroku. Podszedłem o kolejne kilka kroków, tak, że teraz dokładnie widziałem całą sadzawkę. I wtedy to do mnie dotarło. Mniej więcej na środku zamarzniętego zbiornika, utworzył się dużych rozmiarów otwór, z którego woda chlapała na wszystkie boki. Nie wiele czasu musiało minąć, abym zorientował się, że tajemnicza istotka, musiała wpaść do ów przerębli. Wsłuchałem się, wyszukując czegokolwiek, powoli wkraczając na zamarznięty lód. Serce. Biło słabo, wolno. Ale nadal biło. Traciłem czas, lecz gdybym przyśpieszył, ryzykowałem własnym upadkiem w zimną toń. Tak prędko na ile pozwalały mi na to okoliczności, poruszałem się bo najgrubszej części lodu, coraz szybciej docierając do dziury. Kiedy byłem wystarczająco blisko, położyłem się na brzuchu, rozkładając swój ciężar. Bingo. Otwór znajdował się pod moim nosem. Zanurzyłem w lodowatej wodzie obie ręce, licząc na to, że osoba, która jeszcze przed chwilą szamotała się, usiłując się wydostać, wciąż pływa blisko powierzchni. Miliony ostrych igieł atakowały moją skórę, co skutecznie mnie irytowało. Pusto, chyba utonęła. Nie! Jest! Palcami zdołałem wyczuć jakąś nieprzyjemną strukturę, którą bez większego namysłu ująłem w drugą dłoń i pociągnąłem do góry. Lód zatrzeszczał lecz zdołałem wyłowić istotę i niemal w ostatniej chwili, używając sporej dawki siły, przesunąć ją prawie do samego brzegu. Dzięki nadprzyrodzonej szybkości, od razu znalazłem się przy – jak już zauważyłem dziewczynce, kiedy lód, w miejscu gdzie się przed chwilą znajdowałem zapadł się w lodowatą toń. Kucnąłem przed kobietą, chcąc sprawdzić czy oddycha. Z nieludzką wręcz delikatnością odgarnąłem z jej twarzy kosmyki ciemnych włosów, które poprzyklejały się z powodu spotkania z wodą i wtedy mnie olśniło. Przede mną leżał nie kto inny, jak Harry, we własnej, kruchej osóbce. Położyłem ją na plecach po czym usytuowałem pod jej nosem dwa palce, wyczekując choć najmniejszego powiewu powietrza. Nic. Chwilę wahałem się, czy aby na pewno chcę ją uratować. Patrzyłem na jej nienaturalnie bladą skórę, tak bardzo podobną do mojej własnej, na sine cienie pod oczami, które pojawiły się z powodu lodowatego zimna. Z drugiej strony, była młoda, na pewno młodsza ode mnie, mogłaby jeszcze tyle przeżyć. Odchyliłem jej głowę, po czym przystąpiłem do wykonania sztucznego oddychania. Dobrze wiedziałem, jak powinienem się zachować w chwili ratowania topielca. Dziewczyna na szczęście zareagowała już po trzecim wdechu. Jej ciało drgnęło a już po chwili odkrztusiła nadmiar wody, który do tej pory zalegał jej w płucach. Zadziałało. Uwolniłem ją z namokniętego lodowatą wodą futra, pozostawiając w długiej tunice i cienkich spodniach, wykonanych z elastycznego materiału, po czym dźwignąłem ją na ręce. Wpół przytomna dziewczyna niemal natychmiast przylgnęła do mojego rozgrzanego ciała. Tak działała moje mutacja, zmiennocieplność była mi na rękę, to dlatego w zimę mróz nie był mi straszny, a latem upały nie dawały w kość. Przytulając ciało dziewczyny do siebie, by móc jak najmocniej ją ogrzać zacząłem podążać do swojej chaty, która zdecydowanie znajdowała się bliżej niż wioska osadników. Podczas wędrówki wciąż wsłuchiwałem się bacznie w oddech oraz bicie serca dziewczyny. Gdy dotarliśmy na miejsce, delikatnie ułożyłem dziewczynę na pierzastym posłaniu, przykrywając ją najcieplejszymi materiałami, jakie posiadałem w domu, wśród nich znalazł się między innymi wełniany koc. Podczas gdy była nieprzytomna, rozpaliłem w kominku oraz przyszykowałem ciepłą strawę, której na pewno dziewczyna będzie potrzebowała gdy się przebudzi. A potem usiadłem na krześle i gapiłem się w ogień czekając.
Z zamyśleń wyrwał mnie cichy pomruk, a po chwili głośne kaszlnięcie. Spoglądnąłem w kierunku skąd wydobył się dźwięk. Wtem ujrzałem – jeszcze bardziej pobladłą niż wcześniej dziewczynę, która nieudolnie starała się podnieść. Jej ręce drżały, próbując podnieść resztę ciała. W mgnieniu oka pojawiłem się obok łóżka, kierując nań swój wzrok, nieco przekrzywiając głowę w lewo. Moje oczy lśniły, co sam zauważałem w tych ciemnościach.
- Spokojnie, musisz leżeć, Twoje ciało przemarzło do szpiku kości. – powiedziałem ze stoickim spokojem, naciągając na jej ramię koc. Dziewczyna złapała mnie za rękę, co zapewne miało być ostrzeżeniem, lecz gdy poczuła ciepło mojej skóry, na jej twarz wstąpiło zdziwienie i to nie małe.
- Jesteś rozpalony. – powiedziała ochryple, zabierając rękę.
- A ty lodowata. Sądziłem, że koce pomogą. Przesuń się. – mruknąłem prostując nogi. Dziewczyna ponownie tej nocy posłała mi mordercze spojrzenie, ale to jakoś na mnie nie działało. – Nie każ mi używać siły. – dodałem, gdy ściągnąłem buty i koszulę, która wylądowała na krześle. Zdezorientowana Harry podniosła się nieco, co pozwoliło mi zająć miejsce obok. Usadowiłem się w pół siadzie i przyciągnąłem dziewczynę nieco do siebie. Ta była wyraźnie zniesmaczona, leczy gdy dotknęła mojej klatki piersiowej, zaraz przylgnęła do niej niczym magnes do drogocennego metalu.
- A niech cię diabli wezmą Lucan. – wycedziła niezadowolona, przyciskając policzek do mojej piersi. Dobrze wiedziałem, jak wiele dawało jej teraz takie ciepło. Mimo tego, że odezwała się do mnie ze szczerą nienawiścią w głosie, ja wyczytałem w jej słowach coś zgoła innego, mianowicie „dzięki za uratowanie tyłka”.
- Proszę.. – mruknąłem, naciągając na jej ramiona koc. Sam nie wiedziałem, dlaczego to dla niej uczyniłem, ale coś w głębi mnie podpowiadało mi, że dzięki właśnie takim uczynkom, na końcu nie trafię do piekła.
Kiedy ocknąłem się z nieprzyjemnego koszmaru w chacie panował niewyobrażalny chłód. Wzdrygnąłem się, czując pieczenie na skórze, spowodowane zimnem. Pomimo tego, że nie byłem już narażony na zamarznięcie, tak jak zwykli ludzie, temperatura oddziaływała na mnie w kompletnie inny sposób również irytując i sprawiając dyskomfort. Podniosłem się do siadu, moje oczy momentalnie powędrowały do paleniska, z którego pozostał jedynie srebrny popiół. Podszedłem bliżej i kucnąłem obok. Ku mojemu zdziwieniu resztki ogniska nie były nawet ciepłe, ba, były tak samo lodowate, jak podłoga czy ściany. Ile spałem? W głowie wciąż zadawałem sobie to pytanie. Dojrzawszy białą chustę pokrytą przymrozkiem wiedziałem, że letarg w który popadłem trwał co najmniej kilka dni. Rozchyliłem nieco materiał, by dojrzeć kompletnie już zwiędnięte listki leczniczej rośliny. Widząc niezdatne już na nic lekarstwo, przypomniała mi się rana, która jeszcze nie dawno odebrała mi możliwość prawidłowego poruszania się. Powoli odwinąłem bandaż, oczekując… w sumie sam nie wiem czego. Tak jak przypuszczałem, po ranie zadanej zatrutym ostrzem pozostała tylko ciemna, długa blizna. W takich chwilach docierało do mnie, że nieważne jak bym nienawidził wampiryzmu, tak cieszę się, że niektóre możliwości, które są z nim związane, czasem mogą nawet przytrzymać mnie przy życiu. Spojrzałem za oszklone okno. Śnieg pokrywał już całe podłoże, drzewa do końca wyłysiały z liści, a dzień zdawał się być czysty i nieskalany złem. Co najmniej tydzień spałem. Mój żołądek zaburczał głośno, jakby słyszał moje myśli. Dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo nieprzyjemne kłucie zatrzymało się w mojej krtani i pomimo ogromu przełykanej śliny nie chciało zniknąć. Przebrałem się w świeże ubranie, składające się z białej, zapinanej na guziki koszuli oraz ciemnych, przylegających materiałowych spodni, które niegdyś udało mi się zwinąć i butów traperskich, odnalezionych w jednym z wraków. Wyszedłem z chaty, podkaszając rękawy koszuli. Przerażająca cisza, która zawisła w powietrzu napełniała mnie niepokojem. Nawet najlżejszy powiew nie musnął mojego ciała, a temperatura, która zdecydowanie była poniżej zera, spowodowała, że moje palce oraz nos poróżowiały nieco. Mimo, że nie specjalnie odczuwałem mróz, dobrze wiedziałem, że nadszedł i szybko się stąd nie zawinie. Swoje kroki zacząłem kierować w stronę lasu, w poszukiwaniu czegoś na zaspokojenie głodu. Na moje szczęście, zwierzęta dopiero co zaczęły ukrywać się do swoich nor, dzięki czemu udało mi się nasycić. Jednak to nie było to. Mój organizm domagał się czegoś innego. Domagał się krwi ludzkiej, nie zwierzęcej. Na samą myśl o ciepłej, słodkiej, dziewiczej krwi miałem zawroty głowy. Oblizałem usta ciężko dysząc. Pragnąłem tego właśnie w tej chwili, posmakować czegoś zakazanego, czegoś, co dałoby mi o wiele więcej siły i pomogłoby przetrwać zimę bez uszczerbku na zdrowiu. Musiałem przytrzymać się drzewa by nie upaść. Mój organizm znacznie osłabił się, kiedy byłem skazany jedynie na wegańską krew. Dlaczego wegańską? Dla nas dieta zwierzęca, jest jak weganizm dla zwykłego człowieka. Pozbawiona niezbędnych substancji odżywczych krew, nie zaspokajała nas tak dobrze, jak ta ludzka, perfekcyjna. Mimo wszystko nie do przyjęcia było dla mnie choć pomyśleć o zabiciu niewinnego człowieka, tylko w celu zadowolenia własnej potrzeby. Pod tym względem byłem słaby. Patrząc po sobie, nie ugiął bym się przed niczym, wskoczyłbym nawet w ogień gdybym musiał, ale perspektywa zabicia istoty ludzkiej, do tego czystej i nieskalanej grzechem, była dla mnie po prostu nierealna. Wyprostowałem plecy, przytykając czoło do kory drzewa. Weź się w garść, tu już nie liczą się prawa moralne, Lucan. Żeby przeżyć musisz zabijać. Powtarzałem sobie, jakby miało mi to pomóc w jakiś sposób. Mimo że zdołałem już napełnić swój żołądek do syta coś podpowiadało mi, aby zapuścić się dalej w las, sam nie do końca wiedziałem co. Ciszę przerywał jedynie skrzypiący pod moimi butami śnieg, co notabene doprowadzało mnie do szaleństwa. Wtem, wśród drzew dostrzegłem coś, a raczej kogoś. Nieduża istota, stała na środku zamarzniętej sadzawki, z rękoma rozpostartymi przed sobą. Jej ruchy były powolne, nieco niepewne. Podszedłem bliżej, zaciekawiony sytuacją. Drzewa na sekundę zasłoniły mi widok, lecz gdy z powrotem odzyskałem widoczność na miejsce, które tak bardzo skupiało moją uwagę, istotka zniknęła. Rozejrzałem się na boki w jej poszukiwaniu, lecz nie przyniosło to żadnego skutku, nikogo ani niczego poza mną nie było w zasięgu wzroku. Podszedłem o kolejne kilka kroków, tak, że teraz dokładnie widziałem całą sadzawkę. I wtedy to do mnie dotarło. Mniej więcej na środku zamarzniętego zbiornika, utworzył się dużych rozmiarów otwór, z którego woda chlapała na wszystkie boki. Nie wiele czasu musiało minąć, abym zorientował się, że tajemnicza istotka, musiała wpaść do ów przerębli. Wsłuchałem się, wyszukując czegokolwiek, powoli wkraczając na zamarznięty lód. Serce. Biło słabo, wolno. Ale nadal biło. Traciłem czas, lecz gdybym przyśpieszył, ryzykowałem własnym upadkiem w zimną toń. Tak prędko na ile pozwalały mi na to okoliczności, poruszałem się bo najgrubszej części lodu, coraz szybciej docierając do dziury. Kiedy byłem wystarczająco blisko, położyłem się na brzuchu, rozkładając swój ciężar. Bingo. Otwór znajdował się pod moim nosem. Zanurzyłem w lodowatej wodzie obie ręce, licząc na to, że osoba, która jeszcze przed chwilą szamotała się, usiłując się wydostać, wciąż pływa blisko powierzchni. Miliony ostrych igieł atakowały moją skórę, co skutecznie mnie irytowało. Pusto, chyba utonęła. Nie! Jest! Palcami zdołałem wyczuć jakąś nieprzyjemną strukturę, którą bez większego namysłu ująłem w drugą dłoń i pociągnąłem do góry. Lód zatrzeszczał lecz zdołałem wyłowić istotę i niemal w ostatniej chwili, używając sporej dawki siły, przesunąć ją prawie do samego brzegu. Dzięki nadprzyrodzonej szybkości, od razu znalazłem się przy – jak już zauważyłem dziewczynce, kiedy lód, w miejscu gdzie się przed chwilą znajdowałem zapadł się w lodowatą toń. Kucnąłem przed kobietą, chcąc sprawdzić czy oddycha. Z nieludzką wręcz delikatnością odgarnąłem z jej twarzy kosmyki ciemnych włosów, które poprzyklejały się z powodu spotkania z wodą i wtedy mnie olśniło. Przede mną leżał nie kto inny, jak Harry, we własnej, kruchej osóbce. Położyłem ją na plecach po czym usytuowałem pod jej nosem dwa palce, wyczekując choć najmniejszego powiewu powietrza. Nic. Chwilę wahałem się, czy aby na pewno chcę ją uratować. Patrzyłem na jej nienaturalnie bladą skórę, tak bardzo podobną do mojej własnej, na sine cienie pod oczami, które pojawiły się z powodu lodowatego zimna. Z drugiej strony, była młoda, na pewno młodsza ode mnie, mogłaby jeszcze tyle przeżyć. Odchyliłem jej głowę, po czym przystąpiłem do wykonania sztucznego oddychania. Dobrze wiedziałem, jak powinienem się zachować w chwili ratowania topielca. Dziewczyna na szczęście zareagowała już po trzecim wdechu. Jej ciało drgnęło a już po chwili odkrztusiła nadmiar wody, który do tej pory zalegał jej w płucach. Zadziałało. Uwolniłem ją z namokniętego lodowatą wodą futra, pozostawiając w długiej tunice i cienkich spodniach, wykonanych z elastycznego materiału, po czym dźwignąłem ją na ręce. Wpół przytomna dziewczyna niemal natychmiast przylgnęła do mojego rozgrzanego ciała. Tak działała moje mutacja, zmiennocieplność była mi na rękę, to dlatego w zimę mróz nie był mi straszny, a latem upały nie dawały w kość. Przytulając ciało dziewczyny do siebie, by móc jak najmocniej ją ogrzać zacząłem podążać do swojej chaty, która zdecydowanie znajdowała się bliżej niż wioska osadników. Podczas wędrówki wciąż wsłuchiwałem się bacznie w oddech oraz bicie serca dziewczyny. Gdy dotarliśmy na miejsce, delikatnie ułożyłem dziewczynę na pierzastym posłaniu, przykrywając ją najcieplejszymi materiałami, jakie posiadałem w domu, wśród nich znalazł się między innymi wełniany koc. Podczas gdy była nieprzytomna, rozpaliłem w kominku oraz przyszykowałem ciepłą strawę, której na pewno dziewczyna będzie potrzebowała gdy się przebudzi. A potem usiadłem na krześle i gapiłem się w ogień czekając.
Z zamyśleń wyrwał mnie cichy pomruk, a po chwili głośne kaszlnięcie. Spoglądnąłem w kierunku skąd wydobył się dźwięk. Wtem ujrzałem – jeszcze bardziej pobladłą niż wcześniej dziewczynę, która nieudolnie starała się podnieść. Jej ręce drżały, próbując podnieść resztę ciała. W mgnieniu oka pojawiłem się obok łóżka, kierując nań swój wzrok, nieco przekrzywiając głowę w lewo. Moje oczy lśniły, co sam zauważałem w tych ciemnościach.
- Spokojnie, musisz leżeć, Twoje ciało przemarzło do szpiku kości. – powiedziałem ze stoickim spokojem, naciągając na jej ramię koc. Dziewczyna złapała mnie za rękę, co zapewne miało być ostrzeżeniem, lecz gdy poczuła ciepło mojej skóry, na jej twarz wstąpiło zdziwienie i to nie małe.
- Jesteś rozpalony. – powiedziała ochryple, zabierając rękę.
- A ty lodowata. Sądziłem, że koce pomogą. Przesuń się. – mruknąłem prostując nogi. Dziewczyna ponownie tej nocy posłała mi mordercze spojrzenie, ale to jakoś na mnie nie działało. – Nie każ mi używać siły. – dodałem, gdy ściągnąłem buty i koszulę, która wylądowała na krześle. Zdezorientowana Harry podniosła się nieco, co pozwoliło mi zająć miejsce obok. Usadowiłem się w pół siadzie i przyciągnąłem dziewczynę nieco do siebie. Ta była wyraźnie zniesmaczona, leczy gdy dotknęła mojej klatki piersiowej, zaraz przylgnęła do niej niczym magnes do drogocennego metalu.
- A niech cię diabli wezmą Lucan. – wycedziła niezadowolona, przyciskając policzek do mojej piersi. Dobrze wiedziałem, jak wiele dawało jej teraz takie ciepło. Mimo tego, że odezwała się do mnie ze szczerą nienawiścią w głosie, ja wyczytałem w jej słowach coś zgoła innego, mianowicie „dzięki za uratowanie tyłka”.
- Proszę.. – mruknąłem, naciągając na jej ramiona koc. Sam nie wiedziałem, dlaczego to dla niej uczyniłem, ale coś w głębi mnie podpowiadało mi, że dzięki właśnie takim uczynkom, na końcu nie trafię do piekła.
Harry? Rozpala mnie Twój widok, mała XDD.
15 września 2018
Od Lucan'a CD Fafnira
Jego reakcja szczerze mnie rozbawiła. Rzucanie błotem, a potem prześmieszna próba zadania mi bólu sprawiła, że zaczynałem go lubić. Kiedy jednak zmęczony opadł na moją klatkę piersiową, szybko zrzuciłem go z siebie na trawę obok i podniosłem się na równe nogi, rozprostowując dłońmi pogniecioną na piersi koszulę. Gdy udało mi się uporać z nierównymi kantami, podniosłem wzrok na chłopaka. Trafiłem akurat na moment, kiedy ponownie starał się na mnie rzucić. Wykonałem szybki unik, a już po chwili usłyszałem plusk wody. Spoglądnąłem w stronę płynącego strumienia i ledwo stłumiłem śmiech, widząc przemoczonego do suchej nitki chłopaka. Szybko wyskoczył z rzeczki na drugi brzeg i wytarmosił włosy, strącając z nich nadmiar zimnej wody. Nie wytrzymałem. Zaśmiałem się cicho, raczej do siebie, widząc jego ruchy. Chłopak najwidoczniej usłyszał to, gdyż skierował na mnie swój – zapewne jak sądził, morderczy wzrok.
- No, przynajmniej umyłeś się z błota. Dam Ci radę, w lesie jest wiele dzikich i niebezpiecznych stworzeń, o których nawet Ci się nie śniło. Musisz wybrać, czy chcesz być drapieżnikiem, czy ofiarą. Dla ścisłości, powiem Ci, że gdy wybierzesz tę drugą opcję, nie dożyjesz wiosny. Hasta la vista chłopcze.- zasalutowałem i zniknąłem wśród drzew. Tym razem nie słyszałem pretensjonalnych krzyków z jego strony, co tylko umiliło mi drogę powrotną do mojego lokum.
Dni mijały normalnie. Dzień noc, dzień noc. Spadłe pierwsze śniegi, a mróz dawał się we znaki i choć nie odczuwałem go jak kiedyś, nadal mocno irytowała mnie jego obecność. Nie ze względu na chłód, a raczej na to, że wszystkie stworzenia, jakie kiedykolwiek znajdowały się na terenach wyspy, zapadły się jak kamień w wodę. Już trzeci dzień poszukiwań nie przyniósł skutku, a niebezpiecznie narastający głód powodował, że pokusa odwiedzenia osady stawała się niemal nie do zwalczenia. To nie była moja pierwsza zima w tym miejscu, a myśl o tym, że wszystkie poprzednie jako tako udało mi się przeżyć, dodawała mi otuchy. Przedzierałem się przez zaspy, poszukując czegoś co mogłoby zaspokoić mój głód. Minęła jedna godzina, później druga i trzecia. Padałem ze zmęczenia, a wiatr, który do tego czas był ledwo odczuwalny wezbrał na sile. Ciosał moje ciało niczym bicz, chcący rozerwać skórę na kawałki, pragnął porwać w dal moje długie, płowe włosy. Wiedziałem, że zbliża się burza, lecz do domu miałem kawał drogi. Choć moja perfekcyjna orientacja w terenie była niezawodna, zimą przechodziła zaburzenia, przez co nie do końca byłem pewny, gdzie powinienem zmierzać. Wiatr nasilał się z każdą minutą, do tego z nieba zaczął sypać lepki śnieg. Rozejrzałem się, w poszukiwaniu jakiegokolwiek schronu, byleby przeczekać burzę. Prędko spostrzegłem zarysy chaty, więc czym prędzej zacząłem przedzierać się przez zaspy puchu, aby tam dotrzeć. Kiedy udało mi się wejść na wzniesienie, okazało się, że nie była to zwykła, samotnie stojąca chata, to była cała wioska do tego definitywnie opuszczona. Rozejrzałam się raz jeszcze, w tym samym czasie stawiając uszy. Moje oczy wybrały jedną z największych chat i tam właśnie zaprowadziły mnie nogi. Zamiast drzwi, nad framugą rozwieszona była płachta ze skóry niedźwiedzia, która poniekąd miała za nie służyć. Przemknąłem do środka, spodziewając się opustoszałego do cna domu. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie był pusty. Posłanie, palenisko, broń i coś przypominającego ubrania.. Ktoś tu mieszkał, a ja po prostu zwaliłem się na chama do jego domu. Przez chwilę biłem się z myślami, czy by nie wyjść i udać się do mniejszego domku, jednak burza wezbrała na tyle, że przez gęsty opad śniegu, nie było nic widać. Westchnąłem ze zrezygnowaniem i przycupnąłem w pustym kącie. Jedno z kolan podkurczyłem nieco w stronę klatki piersiowej, by móc oprzeć na nim rękę, głowę zaś oparłem o ścianę za sobą, po czym przymknąłem oczy. Nie wiedzieć czemu, ogromnie zmęczenie wstąpiło we mnie, a walka z nim była niemal niemożliwa. Pozwoliłem więc powiekom opaść i odpłynąłem w półsen. Wybudziło mnie głośne i szybkie bicie czyjegoś serca. Otworzyłem jedno oko. Tuż przed swoim nosem dostrzegłem ostry koniec oszczepu. Uniosłem brew do góry, dłonią odsuwając na bok ostry koniec broni.
- Spokojnie, przeczekam tylko burzę i się stąd zawijam. Nic nie ukradłem, jak nie wierzysz, sam sprawdź. – odparłem ze stoickim spokojem, z powrotem zamykając oczy.
- Idź precz – zawarczał chłopak.
- Chciałbym, ale ta burza jest mi jakoś nie w smak, wolę się nie gubić. Po prostu mnie zignoruj i staraj się nie skaleczyć, gdy będziesz oporządzał to co przyniosłeś. – dodałem, czując woń starego zająca.
- Niby czemu. – prychnął, a raczej chciał by tak to zabrzmiało.
- Bo jestem wampirem, który od tygodnia nie miał nic z ustach. – odpowiedziałem szorstko, otwierając oczy. Kiedy spoglądnąłem na chłopaka, dojrzałem lekkie wzdrygnięcie jego ciała. Mocniej zacisnął ręce na swojej włóczni, co tylko zasugerowało mi, że nie czuł się bezpiecznie w mojej obecności. I dobrze. Na jego miejscu, też bym się bał. Zamknąłem oczy.
- No, przynajmniej umyłeś się z błota. Dam Ci radę, w lesie jest wiele dzikich i niebezpiecznych stworzeń, o których nawet Ci się nie śniło. Musisz wybrać, czy chcesz być drapieżnikiem, czy ofiarą. Dla ścisłości, powiem Ci, że gdy wybierzesz tę drugą opcję, nie dożyjesz wiosny. Hasta la vista chłopcze.- zasalutowałem i zniknąłem wśród drzew. Tym razem nie słyszałem pretensjonalnych krzyków z jego strony, co tylko umiliło mi drogę powrotną do mojego lokum.
Dni mijały normalnie. Dzień noc, dzień noc. Spadłe pierwsze śniegi, a mróz dawał się we znaki i choć nie odczuwałem go jak kiedyś, nadal mocno irytowała mnie jego obecność. Nie ze względu na chłód, a raczej na to, że wszystkie stworzenia, jakie kiedykolwiek znajdowały się na terenach wyspy, zapadły się jak kamień w wodę. Już trzeci dzień poszukiwań nie przyniósł skutku, a niebezpiecznie narastający głód powodował, że pokusa odwiedzenia osady stawała się niemal nie do zwalczenia. To nie była moja pierwsza zima w tym miejscu, a myśl o tym, że wszystkie poprzednie jako tako udało mi się przeżyć, dodawała mi otuchy. Przedzierałem się przez zaspy, poszukując czegoś co mogłoby zaspokoić mój głód. Minęła jedna godzina, później druga i trzecia. Padałem ze zmęczenia, a wiatr, który do tego czas był ledwo odczuwalny wezbrał na sile. Ciosał moje ciało niczym bicz, chcący rozerwać skórę na kawałki, pragnął porwać w dal moje długie, płowe włosy. Wiedziałem, że zbliża się burza, lecz do domu miałem kawał drogi. Choć moja perfekcyjna orientacja w terenie była niezawodna, zimą przechodziła zaburzenia, przez co nie do końca byłem pewny, gdzie powinienem zmierzać. Wiatr nasilał się z każdą minutą, do tego z nieba zaczął sypać lepki śnieg. Rozejrzałem się, w poszukiwaniu jakiegokolwiek schronu, byleby przeczekać burzę. Prędko spostrzegłem zarysy chaty, więc czym prędzej zacząłem przedzierać się przez zaspy puchu, aby tam dotrzeć. Kiedy udało mi się wejść na wzniesienie, okazało się, że nie była to zwykła, samotnie stojąca chata, to była cała wioska do tego definitywnie opuszczona. Rozejrzałam się raz jeszcze, w tym samym czasie stawiając uszy. Moje oczy wybrały jedną z największych chat i tam właśnie zaprowadziły mnie nogi. Zamiast drzwi, nad framugą rozwieszona była płachta ze skóry niedźwiedzia, która poniekąd miała za nie służyć. Przemknąłem do środka, spodziewając się opustoszałego do cna domu. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie był pusty. Posłanie, palenisko, broń i coś przypominającego ubrania.. Ktoś tu mieszkał, a ja po prostu zwaliłem się na chama do jego domu. Przez chwilę biłem się z myślami, czy by nie wyjść i udać się do mniejszego domku, jednak burza wezbrała na tyle, że przez gęsty opad śniegu, nie było nic widać. Westchnąłem ze zrezygnowaniem i przycupnąłem w pustym kącie. Jedno z kolan podkurczyłem nieco w stronę klatki piersiowej, by móc oprzeć na nim rękę, głowę zaś oparłem o ścianę za sobą, po czym przymknąłem oczy. Nie wiedzieć czemu, ogromnie zmęczenie wstąpiło we mnie, a walka z nim była niemal niemożliwa. Pozwoliłem więc powiekom opaść i odpłynąłem w półsen. Wybudziło mnie głośne i szybkie bicie czyjegoś serca. Otworzyłem jedno oko. Tuż przed swoim nosem dostrzegłem ostry koniec oszczepu. Uniosłem brew do góry, dłonią odsuwając na bok ostry koniec broni.
- Spokojnie, przeczekam tylko burzę i się stąd zawijam. Nic nie ukradłem, jak nie wierzysz, sam sprawdź. – odparłem ze stoickim spokojem, z powrotem zamykając oczy.
- Idź precz – zawarczał chłopak.
- Chciałbym, ale ta burza jest mi jakoś nie w smak, wolę się nie gubić. Po prostu mnie zignoruj i staraj się nie skaleczyć, gdy będziesz oporządzał to co przyniosłeś. – dodałem, czując woń starego zająca.
- Niby czemu. – prychnął, a raczej chciał by tak to zabrzmiało.
- Bo jestem wampirem, który od tygodnia nie miał nic z ustach. – odpowiedziałem szorstko, otwierając oczy. Kiedy spoglądnąłem na chłopaka, dojrzałem lekkie wzdrygnięcie jego ciała. Mocniej zacisnął ręce na swojej włóczni, co tylko zasugerowało mi, że nie czuł się bezpiecznie w mojej obecności. I dobrze. Na jego miejscu, też bym się bał. Zamknąłem oczy.
Fafnir?
7 września 2018
Od Lucan'a CD Melody
Płomienie ogniska subtelnie rozpraszały panującą wszędzie wokół ciemność, poszerzając nieco zakres widocznej przestrzeni przed domem. Ogień łapczywie pożerał duże kłody drewna, raz na jakiś czas charakterystycznie strzelając. Potrawka, która była właśnie przyrządzana tuż przed moimi oczami przez kobietę, skutecznie odstraszała mnie swoim zapachem. Oczywiście, to żadna sugestia, że dziewczyna nie potrafiła gotować, lub dobierać przypraw, zapach pieczonego mięsa najzwyczajniej mnie odrzucał, zdecydowanie gustowałem w uciekających posiłkach. Trwałem w milczeniu, pozwalając umysłowi odprężyć się wśród ciszy, nieco zakłócanej przez przyjemnie trzaskające gałęzie. Ciepło uderzało mocno w moją twarz, zaś opuszki palców będące najbliżej zdradliwych płomieni, powoli zaczynały piec. Zdążyłem na tyle zatracić się w swoich przemyśleniach, że ledwo dosłyszałem głos mojej gospodyni.
- Jak Cię zwą? – spytała grzecznie, biorąc na kolana drewnianą deskę. Z chwilą zabrała się do porcjowania swojego dania, najwidoczniej chcąc mnie nim poczęstować. Kiedy wysunęła rękę w moją stronę, chwilę przypatrywałem się dużemu kawałkowi dziczyzny, próbując określić z jakiej części ciała został on wyselekcjonowany.
- Nie, dziękuję. – odparłem zbywając jej pytanie. Serdeczny uśmiech momentalnie rozpłynął się, a na twarz dziewczyny wstąpiło zdziwienie, z nutką strachu w oczach… tych pięknych, błękitnych, ogromnych oczach, od których z bólem odrywałem swój wzrok. – Nie zrozum mnie źle, nie jadam takich rzeczy. – dodałem pośpiesznie, starając się jej nie urazić. Z wymalowaną na twarzy obojętnością przygarbiłem się mocniej, po czym odwróciłem głowę z powrotem w stronę płomieni. Kątem oka dostrzegłem, iż kobieta przez chwilę gryzie się z myślami, co ma uczynić. Nie wiedzieć czemu, wzruszyłem ramionami. – Lucan.- powiedziałem szorstko.
- Słucham? – spytała, jak gdyby wyrwana z jakiegoś transu. Jej oczy ponownie zwróciły się ku mnie. Westchnąłem z rezygnacją, przymrużając nieco powieki.
- Pytałaś jak mnie zwą. Odpowiadam. Lucan. – głośno pozbyłem się powietrza z płuc.
- Ah, ja jestem Melody. – rzekła moja towarzyszka, nieco pewniej, co bez problemu wywnioskowałem z tonu jej głosu. Nie miałem ochotę na rozmowę, co nie trudno było zauważyć. Niemniej jednak zachowanie kobiety, pewność, której nabrała niemal w ułamku sekundy dawała mi przedsmak tego, z kim mogę mieć do czynienia i jak ten wieczór może się dla nas obojga skończyć. Szczerze powiedziawszy nic nie trzymało mnie w wiosce, już dostałem to, czego chciałem. Już byłem gotowy wstać i odejść w ciemność, gdy dosłyszałem jak z ust dziewczyny wydobywa się ciche syknięcie. Moje nozdrza w jednej chwili przechwyciły intensywny zapach słodkiej, ciepłej krwi. Nie mogąc się powstrzymać, spojrzałem w stronę jego źródła mocno zaciskając przy tym zęby. Najwidoczniej kobieta była nie do końca obeznana z używaniem ogromnego, stalowego noża, gdyż podczas czynności krojenia, zdołała porządnie rozciąć sobie niemałą połać palca wskazującego lewej ręki. Teraz nóż, który był prowodyrem całego zamieszania, leżał wbity w ziemię tuż obok jej nóg, a dziewczyna ściskała palec drugą dłonią, jakby umyślnie chcąc wycisnąć z niego posokę. Mój instynkt wziął górę. Mozolnie podniosłem się i przeszedłem dwa kroki, by klęknąć przed dziewczyną na jedno kolano i móc przyjrzeć się ranie z bliska.
- Daj, coś zaradzę. – wysunąłem prawicę w jej stronę, lecz w odpowiedzi dostałem tylko jej przepełnione strachem spojrzenie, na co zareagowałem westchnięciem i przewróceniem oczami. Bądźmy dorośli, to zwykła wymiana przysług.
- Powiem Ci sekret. Gdybym chciał zrobić Ci krzywdę, Twoje ciało rozkładało by się już w lesie, a głowa popłynęłaby w dół rzeki wprost do oceanu. To jak, dasz sobie pomóc? – uniosłem brwi, wciąż utrzymując na twarzy wyraz obojętności. Nie chciałem wyjść na jakiegoś pierwszego lepszego z brzegu czubka, więc czekałem na akceptację lub odtrącenie. Na moje szczęście nie trwało to długo. Kobieta wolno opuściła rękę na moją otwartą dłoń, wyraźnie pozwalając mi na działanie. Skinąłem do niej głową po czym opuściłem wzrok na ranę. Krwawiła obficie, co tylko potwierdzało moje przypuszczenia co do jej głębokości. Sam nie wiedząc, dlaczego zdecydowałem się udzielić małej pomocy mojej gospodyni, zacząłem działać. Delikatnie uniosłem palec kobiety pod swój nos, a po chwili objąłem ranę wargami. Ssąc delikatnie, połykałem niewielki ilości ciepłej posoki, tym samym izolując z rany wszelkie bakterie, subtelnie poruszałem językiem po rozcięciu. Przymknąłem oczy, czując w ustach perfekcyjny smak, delektując się nim. Z upływem minuty, rana przestała broczyć za sprawą mojej śliny. Składając na palcu krótki całus oddaliłem dłoń dziewczyny od swojej twarzy, w tym samym momencie podnosząc się z kolan. Kobieta przyjrzała się bacznie rozcięciu. Gołym okiem można było określić jego głębokość, a była ona większa niż byle zacięcie naskórka. Odetchnąłem, czując niewyobrażalny ciężar na barkach, który wręcz zmuszał mnie aby runąć prosto na kobietę i skosztować jej, tyle że tym razem do cna. Szybko pokręciłem głową i zbierając się w sobie przeniosłem się za dom. Dla niej po prostu zniknąłem, rozpłynąłem się, gdyż tak inne gatunki spostrzegały naszą nieludzką szybkość. Oddalony od źródła kuszącego zapachu, mogłem odetchnąć, ale to jeszcze nie była ulga. Prędko pokonałem palisadę, i ruszyłem w drogę do swojego lokum. Nigdy wcześniej droga aż tak mi się nie dłużyła.
Po powrocie długo nie zapuszczałem się do wioski, mijały dni, tygodnie. Spadł śnieg. Kto by pomyślał, że nawet w tym okresie, poza tereny wioski mógł zapuścić się jakiś osadnik, do tego w ogóle do tego nie powołany. A mimo tego stała tam, na lodzie, okryta ciepłymi łachmanami, jasna i czysta, lśniąca, jak gdyby sama królowa śniegu w swym królestwie.
Melody?
- Jak Cię zwą? – spytała grzecznie, biorąc na kolana drewnianą deskę. Z chwilą zabrała się do porcjowania swojego dania, najwidoczniej chcąc mnie nim poczęstować. Kiedy wysunęła rękę w moją stronę, chwilę przypatrywałem się dużemu kawałkowi dziczyzny, próbując określić z jakiej części ciała został on wyselekcjonowany.
- Nie, dziękuję. – odparłem zbywając jej pytanie. Serdeczny uśmiech momentalnie rozpłynął się, a na twarz dziewczyny wstąpiło zdziwienie, z nutką strachu w oczach… tych pięknych, błękitnych, ogromnych oczach, od których z bólem odrywałem swój wzrok. – Nie zrozum mnie źle, nie jadam takich rzeczy. – dodałem pośpiesznie, starając się jej nie urazić. Z wymalowaną na twarzy obojętnością przygarbiłem się mocniej, po czym odwróciłem głowę z powrotem w stronę płomieni. Kątem oka dostrzegłem, iż kobieta przez chwilę gryzie się z myślami, co ma uczynić. Nie wiedzieć czemu, wzruszyłem ramionami. – Lucan.- powiedziałem szorstko.
- Słucham? – spytała, jak gdyby wyrwana z jakiegoś transu. Jej oczy ponownie zwróciły się ku mnie. Westchnąłem z rezygnacją, przymrużając nieco powieki.
- Pytałaś jak mnie zwą. Odpowiadam. Lucan. – głośno pozbyłem się powietrza z płuc.
- Ah, ja jestem Melody. – rzekła moja towarzyszka, nieco pewniej, co bez problemu wywnioskowałem z tonu jej głosu. Nie miałem ochotę na rozmowę, co nie trudno było zauważyć. Niemniej jednak zachowanie kobiety, pewność, której nabrała niemal w ułamku sekundy dawała mi przedsmak tego, z kim mogę mieć do czynienia i jak ten wieczór może się dla nas obojga skończyć. Szczerze powiedziawszy nic nie trzymało mnie w wiosce, już dostałem to, czego chciałem. Już byłem gotowy wstać i odejść w ciemność, gdy dosłyszałem jak z ust dziewczyny wydobywa się ciche syknięcie. Moje nozdrza w jednej chwili przechwyciły intensywny zapach słodkiej, ciepłej krwi. Nie mogąc się powstrzymać, spojrzałem w stronę jego źródła mocno zaciskając przy tym zęby. Najwidoczniej kobieta była nie do końca obeznana z używaniem ogromnego, stalowego noża, gdyż podczas czynności krojenia, zdołała porządnie rozciąć sobie niemałą połać palca wskazującego lewej ręki. Teraz nóż, który był prowodyrem całego zamieszania, leżał wbity w ziemię tuż obok jej nóg, a dziewczyna ściskała palec drugą dłonią, jakby umyślnie chcąc wycisnąć z niego posokę. Mój instynkt wziął górę. Mozolnie podniosłem się i przeszedłem dwa kroki, by klęknąć przed dziewczyną na jedno kolano i móc przyjrzeć się ranie z bliska.
- Daj, coś zaradzę. – wysunąłem prawicę w jej stronę, lecz w odpowiedzi dostałem tylko jej przepełnione strachem spojrzenie, na co zareagowałem westchnięciem i przewróceniem oczami. Bądźmy dorośli, to zwykła wymiana przysług.
- Powiem Ci sekret. Gdybym chciał zrobić Ci krzywdę, Twoje ciało rozkładało by się już w lesie, a głowa popłynęłaby w dół rzeki wprost do oceanu. To jak, dasz sobie pomóc? – uniosłem brwi, wciąż utrzymując na twarzy wyraz obojętności. Nie chciałem wyjść na jakiegoś pierwszego lepszego z brzegu czubka, więc czekałem na akceptację lub odtrącenie. Na moje szczęście nie trwało to długo. Kobieta wolno opuściła rękę na moją otwartą dłoń, wyraźnie pozwalając mi na działanie. Skinąłem do niej głową po czym opuściłem wzrok na ranę. Krwawiła obficie, co tylko potwierdzało moje przypuszczenia co do jej głębokości. Sam nie wiedząc, dlaczego zdecydowałem się udzielić małej pomocy mojej gospodyni, zacząłem działać. Delikatnie uniosłem palec kobiety pod swój nos, a po chwili objąłem ranę wargami. Ssąc delikatnie, połykałem niewielki ilości ciepłej posoki, tym samym izolując z rany wszelkie bakterie, subtelnie poruszałem językiem po rozcięciu. Przymknąłem oczy, czując w ustach perfekcyjny smak, delektując się nim. Z upływem minuty, rana przestała broczyć za sprawą mojej śliny. Składając na palcu krótki całus oddaliłem dłoń dziewczyny od swojej twarzy, w tym samym momencie podnosząc się z kolan. Kobieta przyjrzała się bacznie rozcięciu. Gołym okiem można było określić jego głębokość, a była ona większa niż byle zacięcie naskórka. Odetchnąłem, czując niewyobrażalny ciężar na barkach, który wręcz zmuszał mnie aby runąć prosto na kobietę i skosztować jej, tyle że tym razem do cna. Szybko pokręciłem głową i zbierając się w sobie przeniosłem się za dom. Dla niej po prostu zniknąłem, rozpłynąłem się, gdyż tak inne gatunki spostrzegały naszą nieludzką szybkość. Oddalony od źródła kuszącego zapachu, mogłem odetchnąć, ale to jeszcze nie była ulga. Prędko pokonałem palisadę, i ruszyłem w drogę do swojego lokum. Nigdy wcześniej droga aż tak mi się nie dłużyła.
Po powrocie długo nie zapuszczałem się do wioski, mijały dni, tygodnie. Spadł śnieg. Kto by pomyślał, że nawet w tym okresie, poza tereny wioski mógł zapuścić się jakiś osadnik, do tego w ogóle do tego nie powołany. A mimo tego stała tam, na lodzie, okryta ciepłymi łachmanami, jasna i czysta, lśniąca, jak gdyby sama królowa śniegu w swym królestwie.
Melody?
29 sierpnia 2018
Od Lucan'a CD Harry
Czekałem minutę, potem drugą, trzecią. Dziewczyna jak zniknęła za rogiem, tak ślad po niej zaginął. Wyostrzyłem słuch, chcąc wyłapać odgłos jej bijącego serca. Na próżno starałem się go usłyszeć. Przeszedłem do pomieszczenia obok, podążając za zapachem dziewczyny. Wtedy spostrzegłem otwarte okno i już wiedziałem, że mi zwiała. Mogłem stać jak głupek i czekać aż do domu wparują uzbrojeni po zęby strażnicy, chcący nabić moją głowę na pal. Nie mogłem dać się tak po prostu złapać. Spojrzałem za siebie, na głowę, oddzieloną od reszty ciała, leżącą pod ścianą, bladą. W te pędy doskoczyłem do otwartej na oścież półki z medykamentami i zgarnąłem z niej rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydawały się najważniejsze. Skoro postanowiła mnie wsypać, nic nie powstrzymywało mnie od bycia „bezwzględnym i niebezpiecznym samotnikiem”… który tak naprawdę uratował jej życie. Z rozmyślenia wyrwał mnie donośny odgłos uderzania w drzwi wejściowe. Uskoczyłem w górę jak rażony piorunem, sięgając idealnie okna, dalsza wspinaczka i prześlizgnięcie się przez nie, to był pikuś. Nie oglądając się za siebie, przeskoczyłem przez balustradę, po czym gładko wylądowałem na ziemi, by zaraz wziąć nogi za pas i popędzić ile sił w nogach w stronę lasu. Dzięki moim zdolnościom zajęło mi to dosłownie ułamek sekundy. Równie szybko przedostałem się na drugą stronę palisady, po czym ruszyłem prosto w stronę swojego lokum. Nie oglądałem się za siebie i choć wiedziałem, że dziewczyna na mnie doniosła, coś w środku mnie podpowiadało mi aby jej to wybaczyć. Ale dlaczego towarzyszyło mi właśnie takie uczucie? Nagle poczułem niewyobrażalny ból, który poskładał mnie na łopatki. Upadłem na twardą ziemię, która nieco zadrżała pod moim ciężarem. Przytrzymałem powietrze w płucach, czując ciepło spływające w dół mojego uda. Rana otworzyła się ponownie, jątrząc się i krwawiąc obficie. Do tego ten zapach. Starałem się podnieść, lecz w tej jednej, krótkiej chwili straciłem władzę w okaleczonej nodze. Podczołgałem się do pobliskiego drzewa. Gdyby nie przydługie, zaostrzone szpony, nie dałbym rady podnieść się do pionu. Po kilku dłużących się minutach walki z korą drzewną udało mi się stanąć do pionu. Zlany zimnym potem i dręczony dziwnym uściskiem w centrum klatki piersiowej, starałem się dociec, co tak naprawdę działo się z moim ciałem w tej właśnie chwili. Zazwyczaj rany tego typu, goiły się szybko i bezboleśnie, a ta zapaskudziła się, co jeszcze nigdy podczas mojego wieloletniego pobytu na wyspie się nie przytrafiło. Opierając się o każde drzewo po drodze dotarłem do podnóża góry, gdzie już kompletnie opadłem z sił. Widziałem już swoją chatę, ale sen zmorzył mnie a chęć zamknięcia oczu była nie do opanowania. Powoli zsunąłem się po gładkim kamieniu na kupę pomarańczowych liści, po czym przygarbiłem się i przymknąłem oczy.
Wyprostowałem gwałtownie plecy, czując jak coś rozrywa mój mięsień udowy. Spomiędzy moich warg wydobył się nie do końca stłumiony lęk. Momentalnie ocuciłem się, a moje dłonie instynktownie powędrowały w stronę rany. Oczy otwarły się nieco szerzej, kiedy spostrzegłem drobne dłonie, zaciskające bandaż na mojej nodze. Uniosłem oczy wyżej, to była ona, ta sama drobna brunetka, którą poznałem po sinej prędze na szyi. Ku mojemu zdziwieniu nie byliśmy przy wygodnym kamieniu, który zapamiętałem jako ostatni, byliśmy w chacie, mojej chacie. W jednej chwili zapragnąłem się podnieść, żądałem słów, wyjaśnień, mimo to ręce dziewczyny wcisnęły mnie w plusz prowizorycznego materaca. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo kręci mi się w głowie.
- Co ty tu robisz, do cholery.. – spytałem, spoglądając w dół, moją uwagę przykuł słoiczek z czarną mazią w środku. Zrobiło mi się gorąco.
- Spłacam dług. – sapnęła, po czym zorientowała się na co patrzę i dodała – To trucizna, jeszcze kilka godzin i leżałbyś tam martwy, poza tym krążyły już wokół Ciebie dzikie koty. – skinąłem głową ze zrozumieniem, podkurczając drugą nogę pod brodę.
- W takim razie zawdzięczam Ci życie piękności. – odparłem, uśmiechając się szarmancko. – Ale wciąż mamy jeden problem. – dziewczyna spojrzała na mnie pytająco.
- Nie wyjdziesz stąd dopóki nie wytłumaczysz mi, co Tobą pokierowało aby tak po prostu uciec i dodatkowo wsypać mnie. – W ułamku sekundy dziewczyna wylądowała na plecach, a ja znalazłem się nad nią, umiejscowiwszy kolana na zewnątrz jej bioder, oraz opierając dłonie po obu stronach jej głowy.
– Tutaj gramy na moich zasadach i nawet leśna nimfa mi się nie wywinie. Tak, wiem czym jesteś, zdziwiona? – Ból dawał mi w kość, ale w tej chwili liczyła się tylko ta dziewczynka, leżąca pode mną.
Harry?
Wyprostowałem gwałtownie plecy, czując jak coś rozrywa mój mięsień udowy. Spomiędzy moich warg wydobył się nie do końca stłumiony lęk. Momentalnie ocuciłem się, a moje dłonie instynktownie powędrowały w stronę rany. Oczy otwarły się nieco szerzej, kiedy spostrzegłem drobne dłonie, zaciskające bandaż na mojej nodze. Uniosłem oczy wyżej, to była ona, ta sama drobna brunetka, którą poznałem po sinej prędze na szyi. Ku mojemu zdziwieniu nie byliśmy przy wygodnym kamieniu, który zapamiętałem jako ostatni, byliśmy w chacie, mojej chacie. W jednej chwili zapragnąłem się podnieść, żądałem słów, wyjaśnień, mimo to ręce dziewczyny wcisnęły mnie w plusz prowizorycznego materaca. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo kręci mi się w głowie.
- Co ty tu robisz, do cholery.. – spytałem, spoglądając w dół, moją uwagę przykuł słoiczek z czarną mazią w środku. Zrobiło mi się gorąco.
- Spłacam dług. – sapnęła, po czym zorientowała się na co patrzę i dodała – To trucizna, jeszcze kilka godzin i leżałbyś tam martwy, poza tym krążyły już wokół Ciebie dzikie koty. – skinąłem głową ze zrozumieniem, podkurczając drugą nogę pod brodę.
- W takim razie zawdzięczam Ci życie piękności. – odparłem, uśmiechając się szarmancko. – Ale wciąż mamy jeden problem. – dziewczyna spojrzała na mnie pytająco.
- Nie wyjdziesz stąd dopóki nie wytłumaczysz mi, co Tobą pokierowało aby tak po prostu uciec i dodatkowo wsypać mnie. – W ułamku sekundy dziewczyna wylądowała na plecach, a ja znalazłem się nad nią, umiejscowiwszy kolana na zewnątrz jej bioder, oraz opierając dłonie po obu stronach jej głowy.
– Tutaj gramy na moich zasadach i nawet leśna nimfa mi się nie wywinie. Tak, wiem czym jesteś, zdziwiona? – Ból dawał mi w kość, ale w tej chwili liczyła się tylko ta dziewczynka, leżąca pode mną.
Harry?
26 sierpnia 2018
Od Lucan'a CD Fafnira
Przyglądałem się bacznie kropli wody, mozolnie spływającej w dół okna. Pięćset siedemdziesiąta czwarta, była ona pięćset siedemdziesiątą kroplą, którą zdążyłem dziś zaobserwować, siedząc z nosem przy szybie, od ładnych kliku godzin. Wiatr wciskał się we wszystkie zakamarki chaty, sprawiając iż pogwizdywała z cicha, szczególnie od frontu. Westchnąłem cicho, słysząc siódme już z kolei burknięcie żołądka. Moje ciało domagało się jedzenia, a ja nie chciałem mu go dostarczać. Nie potrafiłem zrozumieć własnego organizmu, choć przymieranie głodem stało się dla mnie rzeczą codzienną, wciąż nie potrafiłem do tego przywyknąć. Nie mogłem przyzwyczaić się również do tego, że zwykłe, ludzkie jedzenie, nie syciło mnie tak jak kiedyś, nie dawało tyle sił. Odchrząknąłem, czując w gardle nieprzyjemne pieczenie. Nie dam rady, dłużej tego nie zniosę. Cały płonąłem w środku. W jednej chwili znalazłem się za drzwiami chaty po czym w te pędy pognałem w stronę lasu. Uskakiwałem nad każdym korzeniem oraz leżącą na ziemi kłodą, nad każdym kamieniem lub dołem. Przystanąłem, łapiąc kilka głębszych oddechów, po czym obejrzałem się dookoła. Starałem się wychwycić jakikolwiek dźwięk, wyczuć jakikolwiek zapach, było mi wszystko jedno, kto dziś stanie się moją ofiarą. Przykucnąłem raptownie, dostrzegając jak liście pobliskiego krzewu zaczynają się nienaturalnie szybko poruszać. Zaraz spomiędzy ów liści wysunął się łeb, a po chwili również ciało młodej łani. Zupełnie nieświadoma niebezpieczeństwa, zaczęła przechodzić wolno tuż przed moim nosem. Stąpała z gracją i wysoko uniesioną głową. Przez chwilę miałem wrażenie, że dławię się jej zapachem. Nie mogłem odpuścić, nie w tym stanie. Zacisnąłem szczęki i rzuciłem się do ataku, zwierzę nie miało nawet czasu na reakcję. Gdy tylko udało mi się ją powalić, gołymi rękami rozerwałem jej brzuch, by po chwili zanurzyć dłonie w jej ciepłych wnętrznościach. Wierzgnęła na to tylnymi kopytami i zaczęła wydawać z siebie odgłosy rozpaczy, w których cierpienie było aż czuć. Dobrze wiedziałem, czego szukam, lecz nie dane było mi dotrzeć do celu. Usłyszałem szelest za sobą, na co poderwałem się gwałtownie, po czym z nadludzką szybkością i zwinnością wdrapałem się na pobliskie drzewo. Ukryty wśród korony gęstych liści, widziałem obszar wokół zwierzęcia jak na wyciągnięcie dłoni. Po chwili zjawił się chuchro, do tego jakiś taki blady, na pewno słaby, legł obok konającego zwierzęcia, tuląc się do jego szorstkiej sierści. Obserwowałem z góry sytuację, czekając na odpowiedni moment aby zaatakować. Ciężko było mi powstrzymać rządzę, pachniał tak smacznie, do tego miał tak delikatną skórę, której pragnąłem spróbować, dotknąć i jeszcze te serce, bijące mocno i równomiernie. Zeżrę go, rozpłatam mu gardło, oddzielę głowę od reszty ciała, a później pożrę jego serce – pomyślałem, oblizując usta z zachłanności. Zeskoczyłem szybko z drzewa i począłem skradać się za mężczyzną. Kompletnie oszołomiony jego zapachem, nie zwracałem nawet uwagi na to, czy zdradzam swoją pozycję, lub czy ktoś nas nie obserwuje. Obejrzał się przez ramię, lustrując wzrokiem mą nagą klatkę piersiową, dopiero po chwili podniósł wzrok a nasze spojrzenia spotkały się. Albinos, rzadki osobnik, dlatego pachniał tak smakowicie. Na mój widok, obcy mocniej objął zwierzę, jakby bojąc się, w sumie słusznie, że mógłbym go z nią rozdzielić. Otumaniony mieszanką posoki, której intensywny zapach unosił się w powietrzu postanowiłem działać. Musiałem znów odchrząknąć czując narastające palenie w gardle. Mocno naciskając szyję łani, płynnym ruchem odepchnąłem chłopaka do tyłu, on jednak zamiast puścić głowę zwierzęcia, nieustannie trzymał ją w ramionach. Dopiero po chwili zorientował się, że w ramionach obejmuje oddzielony od reszty ciała łeb. Krzyknął odrzucając głowę w krzaki, a jego przerażone spojrzenie wylądowało na mojej twarzy. Momentalnie znalazłem się obok i łapiąc go za ubrudzoną koszulę, podniosłem na równe nogi, by po chwili nie trwającej nawet sekundy zatopić kły w jego delikatnej, bladej skórze szyi. Trafiłem perfekcyjnie, tuż obok tętnicy. Przyparłem chłopaka do drzewa, jedną dłoń mocno przyciskając do jego ust. Czułem jak jego palce zaciskają się na moich nagich plecach, jak jego krzyk nadaremnie stara się uciec z jego krtani, jak próbuje mnie z siebie ściągnąć, używając do tego całej swojej siły. Minęła minuta, potem druga. Mięśnie mężczyzny rozluźniły się, co wyraźnie czułem pod naporem własnego ciała, a jego nogi, zaczynały poddawać się pod jego ciężarem. Musiałem przytrzymać go własnymi rękami, i choć wiedziałem, że jeżeli zaraz nie przestanę, to go zabiję, nie mogłem się powstrzymać. Wciąż wpijał w moje plecy swoje paznokcie, co tylko bardziej mnie podniecało, chciałem czegoś więcej niż tylko go skosztować, chciałem go posiąść. Z chwilą wyrwałem zęby z jego gardła, mocno nadrywając przy tym podrażnioną już skórę. Z rozkoszą zlizałem ostatnie strugi krwi, które wypłynęły z rany, po czym zacząłem muskać ją wargami, wiedząc, że uśmierzy to ból. Z ust chłopaka wydobył się cichy jęk bólu, gdy mocniej docisnąłem wargi do podrażnionego miejsca. Jego palce powoli rozluźniały swój ścisk, by w efekcie gładko spocząć na moich łopatkach, kiedy to ja czyniłem to co do mnie należało. Nie zwykłem zostawiać swoich ofiar żywych, ale jeżeli taki wypadek zdarzył się raz na jakiś czas, zawsze wynagradzałem wyrządzoną przez siebie krzywdę. Mocno ściskając jego biodra, poczułem jak po jego ciele przeszedł dreszcz, a po chwili na jego skórze pojawiła się również gęsia skórka, co było bardzo dobrym znakiem. Pocałowałem ranę ostatni raz, po czym powoli puściłem chłopaka. Jego ręce powoli opadły, a on sam zsunął się na ziemię po korze drzewa. Teraz jedyne czego potrzebował to sen. Spoglądnąłem jeszcze raz na ślad zębów, który pozostał po moim wyczynie, po czym nasunąłem mu kapelusz na oczy. Moja robota tu się kończyła, jeżeli trafiłby na gorszego nie miałby tyle szczęścia. Wciąż przepełniony ekstazą zacząłem wycofywać się głębiej w las, walcząc sam ze sobą, czy aby nie zawrócić i nie przywłaszczyć sobie jego serca.
Tego dnia nie spotkaliśmy się ponownie, lecz gdy tylko nastała noc, jego pozbawione pigmentu oczy wychwyciły moje żółte źrenice. Staliśmy po dwóch stronach rzeki. W jego oczach widziałem strach.
- Mogłeś mnie zabić…- zaczął półgłosem, cofając się o jeden drobny krok.
- Mogłem, to prawda. Ale jakimś cudem wciąż jesteś tu i z tego co zauważyłem, trzymasz się wyśmienicie. – odparłem, przybierając obojętność.
Fafnir?
Tego dnia nie spotkaliśmy się ponownie, lecz gdy tylko nastała noc, jego pozbawione pigmentu oczy wychwyciły moje żółte źrenice. Staliśmy po dwóch stronach rzeki. W jego oczach widziałem strach.
- Mogłeś mnie zabić…- zaczął półgłosem, cofając się o jeden drobny krok.
- Mogłem, to prawda. Ale jakimś cudem wciąż jesteś tu i z tego co zauważyłem, trzymasz się wyśmienicie. – odparłem, przybierając obojętność.
Fafnir?
22 sierpnia 2018
Od Lucan'a do Harry
Siedziałem na piasku, przyglądając się falom, które z każdą kolejną chwilą, zalewały coraz to większą część brzegu, sygnalizując, że zbliża się przypływ. Raz na jakiś czas większa fala, z charakterystycznym hukiem uderzała w wystający fragment klifu, jakby starając się go złamać i zabrać ze sobą głęboko, w zdradziecką toń. Wiał zimny, porywisty wiatr, który drażnił moją skórę. Roznosił on słony zapach oceanu, oraz przynosił ze sobą woń przyszłego sztormu. Wdychałem głęboko do płuc oceaniczne powietrze, ciesząc się chwilą. Nagle noc przeciął chwilowy rozbłysk światła. Srebrna pajęczyna elektryczności przecięło niebo na wskroś, jednym ze swoich końców uderzając w szczyt góry. Uśmiechnąłem się szeroko, przyglądając się temu zjawisku. Obserwowanie burzy od zawsze dawało mi satysfakcję. Ten niemożliwe do okiełznania przez człowieka zjawisko, było dla mnie czymś fascynującym, czymś co przywracało mi chęć do życia, szczególnie po tym jak uległem wypadkowi. Siła destrukcji jaką niósł ze sobą sztorm była czymś wspaniałym. Kolejna błyskawica odbiła się w moich oczach. Wiatr zerwał się ze wszystkich stron i szarpał moim ubraniem, oraz włosami, które teraz okalały całą moją twarz. Przyglądałem się jeszcze chwilę oceanowi, który stawał się co raz bardziej burzliwy. Dopiero, gdy słona woda zmoczyła moje nagie stopy, a stałem spory kawałek od brzegu, postanowiłem udać się w bezpieczniejsze miejsce. Swoje kroki skierowałem do lasu, lecz kiedy odwróciłem się aby nacieszyć oczy po raz ostatni, wiedziałem, że za niedługi czas lunie deszcz, i nigdzie nie będzie bezpiecznie. Głośny grzmot rozgonił ptaki z lasu, które uniosły się w górę rwąc się do ucieczki. Wsunąłem stopy w buty, po czym zawiązałem sznurówki na perfekcyjne kokardki. Robiło się zimno, co wiązało się z tym, że będę zmuszony do wykombinowania sobie cieplejszych ubrań, a noszenie skór ze zwierząt gigantów, jakoś było mi nie w smak i choć nienawidziłem kraść, nic innego jak słowo „wioska” nie przychodziło mi do głowy. Pierwej jednak skierowałem kroki do swojej kryjówki, jednak żeby dotrzeć tam przed deszczem, musiałem ostro zagęścić ruchy. Ruszyłem truchtem na wskroś lasu, dobrze wiedząc gdzie się kierować. Świadomość, że znam wyspę na pamięć, oraz wiem którymi ścieżkami trafię najszybciej w obrane za cel miejsca, sprawiała mi satysfakcję i wydzielała dzikie endorfiny. Uskoczyłem nad powalonym drzewem i zatrzymałem się. Stanąłem jak wryty, zaciągając się słodkim unoszącym się w powietrzu zapachem. Przymknąłem oczy, próbując dociec skąd wydobywał się ów zapach. Kilka metrów dalej, w wyżłobionym pniu wiekowego drzewa spał jakiś człowiek, którego jeszcze nigdy na wyspie nie spotkałem. Zbliżyłem się powoli i cicho, starając się nie nastąpić na żadną gałązkę, która mogłaby mnie zdradzić, a co gorsza obudzić śpiocha. Będąc niecałe dwa metry przed nim mogłem mu się dokładniej przyjrzeć. Przez długie włosy, okalające delikatną, owalną twarz, dałbym sobie uciąć rękę, że niemiał więcej niż osiemnaście lat. Obejrzałem go dokładnie, próbując znaleźć na jego ciele ranę, która tak bardzo kusiła moje zmysły. Kiedy zbliżyłem się o kolejny metr chłopak poderwał się gwałtownie, głową uderzając o kawał drewna nad nim. Skulił się a jego ręka powędrowała w kierunku głowy. Spoglądnął na mnie zmieszany, próbując sprawić by jego wzrok stał się groźny.
- Krwawisz. – mruknąłem, cofając się o dwa kroki. Powoli wyprostowałem plecy oczywiście jak to zwykle bywało w akompaniamencie strzelających kręgów. – Poza tym idzie burza, a to nie najlepsza kryjówka. Zrób coś z tym i schowaj się, za chwilę może zjawić się ktoś skuszony tym zapachem, ale nie tak miły jak ja. – skinąłem na jego łydkę porozumiewawczo. Mężczyzna również spojrzał w to miejsce po czym szybko pokiwał głową. Rana nie była duża, ale zapach krwi unosił się w powietrzu bardzo mocno drażniąc moje nozdrza. No, to na tyle było z mojej dobroci serca, pozostawiłem nieznajomego i ruszyłem dalej, kierując się do swojego lokum. Do podnóża gór dotarłem perfekcyjnie z deszczem. Ukryłem się w swojej krypcie, niemalże natychmiast przebierając się w suche ubrania. Chmury do końca zasłoniły miesiąc, który tego wieczoru lśnił tylko połowicznie. Panująca wszędzie wokół woń burzy mieszała mi w głowie, miksując ze sobą wszystkie zapachy z kilku mil. Narastające pieczenie w krtani rozeźliło mnie. Wiedziałem, że w taką pogodę w lesie i okolicach niczego sobie nie znajdę. Zwierzyna ukrywała się i uciekała w tereny suche, gdzie ja nie miałem ochoty się zapuszczać. Zostało mi tylko jedno – osada. Niegłupia myśl, szczególnie, że miałem w planach się tam udać w przeciągu kilku dni. Rozejrzałem się po pieczarze, zastanawiając się, czy niczego nie potrzebuje, a już po chwili wyszedłem na zewnątrz. Zimne krople jesiennego deszczu obijały się o moją skórę, powodując na niej gęsią skórkę. Mimo tego, że nie odczuwałem już zimna tak jak kiedyś, mokre ciało i lepkie od deszczu, zimne ubrania dawały mi uczucie dyskomfortu. W tę pogodę przemknięcie przez prowizoryczne mury osady nie było trudne, jednakże wystarczyła chwila nieuwagi, abym rozciął sobie skórę nieco ponad prawym biodrem, zahaczając o zaostrzony koniec palisady. Umorusany w błocie i całe przemoczony przemykałem z cienia do cienia, poszukując potencjalnej ofiary. W wiosce panowała cisza, przerywana odgłosami ulewy, oraz grzmotami. Strażnicy poruszali się w tę i we w tę wzdłuż granicy, co tylko ułatwiało mi zadanie. Wyszukiwałem hałasu, domku, w którym nie wszyscy jeszcze zapadli w sen. Zdecydowanie wolałem tuż przed posiłkiem uświadomić ofiarę, że jej żywot za chwilę dobiegnie końca, niźli zabijać ją bezbronną we śnie, tak czynią tylko słabi. Przytrzymałem się przy chacie, która przyciągnęła moje zainteresowanie. Wysoko ponad dach domku, wystawało drzewo o gęstym ulistwieniu. Kołysało się na boki, poruszane przez dziki wiatr, a wraz z nim lekko poruszała się cała chatka, przyjemnie skrzypiąc. Ciekawe, jaki as inżynierii wpadł na pomysł, aby budować lokum wokół wielkiego drzewa. Już miałem odchodzić w dalsze poszukiwanie, gdy nagle usłyszałem dźwięk bitego szkła, dochodzący właśnie z ów chaty. Zastrzygłem uszami unosząc delikatnie kąciki ust. A więc domownik nie spał, co dawało mi idealną okazję na kolację. Powoli podszedłem do drzwi domku, po czym przyłożyłem do nich ucho, próbując ustalić co wyprawia moja potencjalnie przyszła ofiara. Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się usłyszeć jakieś przekleństwa, zwłaszcza, że coś przed chwilą roztrzaskało się w tej chacie w drobny mak. Zamiast tego do moich uszy doszło dziwne stękanie, oraz ciche, stłumione jęki, oraz powarkiwanie. W pierwszej chwili pomyślałem, że zastałem kogoś podczas zwyczajnych nocnych zabaw, i w sumie wszystko było mi jedno, jeżeli tak właśnie by było, najadłbym się na co najmniej trzy dni. Z chwilą pchnąłem za klamkę drzwi, wolno zaglądając do środka. Wewnątrz jednak nie spotkałem pary kochanków, miast tego moim oczom ukazała się dwójka ludzi. Dziewczyna, a raczej dziecko o blado-sinym kolorze skóry, klęczało na ziemi, z jedną ręką wyciągniętą do ogromnego drzewa, usilnie próbując złapać oddech. Nad nią stał o wiele większy, i groźniej wyglądający osobnik. Oplótłszy coś na wzór garoty wokół jej szyi, ciągnął do tyłu, odbierając dziewczynie jakiekolwiek szanse na zaczerpnięte tlenu. Nie wiem, czemu odezwał się we mnie bohater, ale w mgnieniu oka złapałem za stojące obok krzesło i z impetem uderzyłem w głowę napastnika posyłając go na podłogę. Prowizoryczne, drewniane krzesełko rozpadło się na kawałki. Usłyszałem dźwięk gwałtownie nabieranego powietrza, oraz suchy kaszel, co przyniosło mi pewnego rodzaju ulgę. Spojrzałem w tym kierunku. Dostrzegłem malutką istotę, która teraz przytulała się do drzewa jakby to była jej ostatnia deska ratunku. Wtem moje ciało przeszył ból. Wzdrygnąłem się i skrzywiłem w grymasie, gdy zorientowałem się do czego tak naprawdę doszło. Lewe udo pulsowało, przyprawiając moje ciało o drgawki. Stanąłem na palcach chcąc odciążyć nogę. Wzrokiem odszukałem intruza, który przeczołgał się niemal do samych drzwi. Doskoczyłem do niego w moment, po czym mocno ująłem go za ramiona i uniosłem do góry. Gdy stanął na nogi nie czekałem długo. Łapiąc go za kark przyciągnąłem blisko i utopiłem zęby w jego skórze, drugą ręką zasłaniając mu usta, uniemożliwiając mu zaalarmowanie kogokolwiek przez krzyk. Połykałem posokę haustami, doprowadzając się do ekstazy. Była taka gorzka a zarazem słodka, że nie potrafiłem się opamiętać. Z chwili na chwilę było dla mnie za mało, wgryzałem się coraz dalej, szarpiąc zębami coraz to większą połać jego skóry. Dotarłem do krtani, przełyku, twardej kości. Gorąca ciecz spływała po mojej brodzie, brudząc ubranie, lecz dla mnie się to nie liczyło. Woń świeżej krwi doprowadzała mnie do szaleństwa. Z chwilą nie czułem już nic. Dom zatrząsnął się, kiedy ciało uderzyło z łoskotem o ziemię. W mojej ręce została tylko jego głowa, dosłownie oderwana od reszty ciała. Spojrzałem z gniewem w niebieskie oczy, które z chwili na chwilę straciły kolor. Bez wahania odrzuciłem ją pod ścianę, wzrokiem wracając do dziewczyny. Patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach, wtedy już wiedziałem, że widzi we mnie nic innego jak tylko potwora, lub bestię. Nie śmiałem do niej podchodzić. Wzrok przeniosłem na udo, z którego wystawała rękojeść sztyletu, wtedy dotarło do mnie, jak cholernie bolało. Zamrugałem szybciej, przelatując oczami po pokoju. Gdy odnalazłem drugie z krzeseł, stojące pod ścianą, przycupnąłem na nim. W jednej chwili wyrwałem z nogi kawał źle opiłowanego metalu i odrzuciłem go pod ścianę. Odetchnąłem głębiej podczas tej czynności, po czym przymknąłem oczy, odchylając głowę do tyłu, tym samym opierając ją o ścianę za mną.
- Wybacz, nie chciałem Cię wystraszyć. – odparłem z cicha, nie otwierając oczu, aby przypadkiem bardziej nie przerazić dziewczyny.
Potter?
- Krwawisz. – mruknąłem, cofając się o dwa kroki. Powoli wyprostowałem plecy oczywiście jak to zwykle bywało w akompaniamencie strzelających kręgów. – Poza tym idzie burza, a to nie najlepsza kryjówka. Zrób coś z tym i schowaj się, za chwilę może zjawić się ktoś skuszony tym zapachem, ale nie tak miły jak ja. – skinąłem na jego łydkę porozumiewawczo. Mężczyzna również spojrzał w to miejsce po czym szybko pokiwał głową. Rana nie była duża, ale zapach krwi unosił się w powietrzu bardzo mocno drażniąc moje nozdrza. No, to na tyle było z mojej dobroci serca, pozostawiłem nieznajomego i ruszyłem dalej, kierując się do swojego lokum. Do podnóża gór dotarłem perfekcyjnie z deszczem. Ukryłem się w swojej krypcie, niemalże natychmiast przebierając się w suche ubrania. Chmury do końca zasłoniły miesiąc, który tego wieczoru lśnił tylko połowicznie. Panująca wszędzie wokół woń burzy mieszała mi w głowie, miksując ze sobą wszystkie zapachy z kilku mil. Narastające pieczenie w krtani rozeźliło mnie. Wiedziałem, że w taką pogodę w lesie i okolicach niczego sobie nie znajdę. Zwierzyna ukrywała się i uciekała w tereny suche, gdzie ja nie miałem ochoty się zapuszczać. Zostało mi tylko jedno – osada. Niegłupia myśl, szczególnie, że miałem w planach się tam udać w przeciągu kilku dni. Rozejrzałem się po pieczarze, zastanawiając się, czy niczego nie potrzebuje, a już po chwili wyszedłem na zewnątrz. Zimne krople jesiennego deszczu obijały się o moją skórę, powodując na niej gęsią skórkę. Mimo tego, że nie odczuwałem już zimna tak jak kiedyś, mokre ciało i lepkie od deszczu, zimne ubrania dawały mi uczucie dyskomfortu. W tę pogodę przemknięcie przez prowizoryczne mury osady nie było trudne, jednakże wystarczyła chwila nieuwagi, abym rozciął sobie skórę nieco ponad prawym biodrem, zahaczając o zaostrzony koniec palisady. Umorusany w błocie i całe przemoczony przemykałem z cienia do cienia, poszukując potencjalnej ofiary. W wiosce panowała cisza, przerywana odgłosami ulewy, oraz grzmotami. Strażnicy poruszali się w tę i we w tę wzdłuż granicy, co tylko ułatwiało mi zadanie. Wyszukiwałem hałasu, domku, w którym nie wszyscy jeszcze zapadli w sen. Zdecydowanie wolałem tuż przed posiłkiem uświadomić ofiarę, że jej żywot za chwilę dobiegnie końca, niźli zabijać ją bezbronną we śnie, tak czynią tylko słabi. Przytrzymałem się przy chacie, która przyciągnęła moje zainteresowanie. Wysoko ponad dach domku, wystawało drzewo o gęstym ulistwieniu. Kołysało się na boki, poruszane przez dziki wiatr, a wraz z nim lekko poruszała się cała chatka, przyjemnie skrzypiąc. Ciekawe, jaki as inżynierii wpadł na pomysł, aby budować lokum wokół wielkiego drzewa. Już miałem odchodzić w dalsze poszukiwanie, gdy nagle usłyszałem dźwięk bitego szkła, dochodzący właśnie z ów chaty. Zastrzygłem uszami unosząc delikatnie kąciki ust. A więc domownik nie spał, co dawało mi idealną okazję na kolację. Powoli podszedłem do drzwi domku, po czym przyłożyłem do nich ucho, próbując ustalić co wyprawia moja potencjalnie przyszła ofiara. Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się usłyszeć jakieś przekleństwa, zwłaszcza, że coś przed chwilą roztrzaskało się w tej chacie w drobny mak. Zamiast tego do moich uszy doszło dziwne stękanie, oraz ciche, stłumione jęki, oraz powarkiwanie. W pierwszej chwili pomyślałem, że zastałem kogoś podczas zwyczajnych nocnych zabaw, i w sumie wszystko było mi jedno, jeżeli tak właśnie by było, najadłbym się na co najmniej trzy dni. Z chwilą pchnąłem za klamkę drzwi, wolno zaglądając do środka. Wewnątrz jednak nie spotkałem pary kochanków, miast tego moim oczom ukazała się dwójka ludzi. Dziewczyna, a raczej dziecko o blado-sinym kolorze skóry, klęczało na ziemi, z jedną ręką wyciągniętą do ogromnego drzewa, usilnie próbując złapać oddech. Nad nią stał o wiele większy, i groźniej wyglądający osobnik. Oplótłszy coś na wzór garoty wokół jej szyi, ciągnął do tyłu, odbierając dziewczynie jakiekolwiek szanse na zaczerpnięte tlenu. Nie wiem, czemu odezwał się we mnie bohater, ale w mgnieniu oka złapałem za stojące obok krzesło i z impetem uderzyłem w głowę napastnika posyłając go na podłogę. Prowizoryczne, drewniane krzesełko rozpadło się na kawałki. Usłyszałem dźwięk gwałtownie nabieranego powietrza, oraz suchy kaszel, co przyniosło mi pewnego rodzaju ulgę. Spojrzałem w tym kierunku. Dostrzegłem malutką istotę, która teraz przytulała się do drzewa jakby to była jej ostatnia deska ratunku. Wtem moje ciało przeszył ból. Wzdrygnąłem się i skrzywiłem w grymasie, gdy zorientowałem się do czego tak naprawdę doszło. Lewe udo pulsowało, przyprawiając moje ciało o drgawki. Stanąłem na palcach chcąc odciążyć nogę. Wzrokiem odszukałem intruza, który przeczołgał się niemal do samych drzwi. Doskoczyłem do niego w moment, po czym mocno ująłem go za ramiona i uniosłem do góry. Gdy stanął na nogi nie czekałem długo. Łapiąc go za kark przyciągnąłem blisko i utopiłem zęby w jego skórze, drugą ręką zasłaniając mu usta, uniemożliwiając mu zaalarmowanie kogokolwiek przez krzyk. Połykałem posokę haustami, doprowadzając się do ekstazy. Była taka gorzka a zarazem słodka, że nie potrafiłem się opamiętać. Z chwili na chwilę było dla mnie za mało, wgryzałem się coraz dalej, szarpiąc zębami coraz to większą połać jego skóry. Dotarłem do krtani, przełyku, twardej kości. Gorąca ciecz spływała po mojej brodzie, brudząc ubranie, lecz dla mnie się to nie liczyło. Woń świeżej krwi doprowadzała mnie do szaleństwa. Z chwilą nie czułem już nic. Dom zatrząsnął się, kiedy ciało uderzyło z łoskotem o ziemię. W mojej ręce została tylko jego głowa, dosłownie oderwana od reszty ciała. Spojrzałem z gniewem w niebieskie oczy, które z chwili na chwilę straciły kolor. Bez wahania odrzuciłem ją pod ścianę, wzrokiem wracając do dziewczyny. Patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach, wtedy już wiedziałem, że widzi we mnie nic innego jak tylko potwora, lub bestię. Nie śmiałem do niej podchodzić. Wzrok przeniosłem na udo, z którego wystawała rękojeść sztyletu, wtedy dotarło do mnie, jak cholernie bolało. Zamrugałem szybciej, przelatując oczami po pokoju. Gdy odnalazłem drugie z krzeseł, stojące pod ścianą, przycupnąłem na nim. W jednej chwili wyrwałem z nogi kawał źle opiłowanego metalu i odrzuciłem go pod ścianę. Odetchnąłem głębiej podczas tej czynności, po czym przymknąłem oczy, odchylając głowę do tyłu, tym samym opierając ją o ścianę za mną.
- Wybacz, nie chciałem Cię wystraszyć. – odparłem z cicha, nie otwierając oczu, aby przypadkiem bardziej nie przerazić dziewczyny.
Potter?
19 sierpnia 2018
Od Lucan’a CD Melody
To już trzeci dzień. Już trzeci dzień pod rząd nie miałem niczego w ustach. Z powodu wielkiej zawieruchy, która miała miejsce około tygodnia temu, osadnicy przestali zapuszczać się na te tereny. Zrobiło się mokro, grunt pod stopami był niepewny, a poprzewracane drzewa uniemożliwiały przejście przez najbardziej uczęszczane ścieżki. Zwierzęta również rozproszyły się w suche rejony, przez co las od kilku dni był niemal opustoszały. Poruszałem się bezszelestnie między konarami, próbując wywęszyć cokolwiek, co nadawałoby się do skonsumowania. Psia mać, w tym stanie zadowoliłbym się nawet szczurem, albo mewą. Właśnie, mewą. W mojej głowie zaświeciła się lampka, szybko schowałem do buta kościane ostrze i zwinnie zacząłem poruszać się w stronę plaży, wciąż nasłuchując i węsząc. Gdy tylko na myśl przychodził mi ohydny smak ptasiej krwi i mięsa, wzdrygałem się w duchu, i zastanawiałem, czy na pewno nie chcę jeszcze trochę poczekać. Czułem jakby w środku mojego gardła żarzyła się ogniem najprawdziwsza pochodnia zaś w podniebienie wbijało się tysiące pinezek, tak odczuwałem głód. Wiedziałem, że jeżeli nie uda mi się go poskromić, moje drugie ja samo za siebie zadecyduje, a wtedy znalezienie ofiary będzie najmniejszym problemem. Nie chciałem tego. Nie chciałem być drapieżnikiem przekładającym instynkt i głód ponad swoje człowieczeństwo. To nie byłem ja. Wyciszyłem się ponaglając swoje ruchy. Już niedługo znalazłem się na plaży. Chłodna, aczkolwiek przyjemna bryza rozwiała moje włosy. Czułem ją na swoich policzkach, rozkoszowałem się jej zapachem. Przymknąłem oczy i uśmiechnąłem się lekko, zapominając po co w ogóle tu przyszedłem. Nagle, ni stąd ni zowąd coś szarpnęło moim ciałem. Odchyliłem głowę do tyłu, czując w powietrzu coś oprócz oceanicznej woni. Krew, w dodatku pochodzenia ludzkiego. Na samą myśl oblizałem wargi. Przykucnąłem w zaroślach i czekałem, aż moje oczy odnajdą to, czego mój żołądek tak bardzo się domagał. W końcu pojawiła się. Ładna, zgrabna, o tak intensywnym zapachu, że nawet nie musiałem się wysilać, aby określić jej grupę. B Rh +, słodka z odrobiną goryczy. Odchrząknąłem, czując narastające pieczenie w krtani. Zaczaiłem się. Wiedziałem, że dziewczyna planuje coś, chociażby po tym, że zbliżając się do brzegu kilka razy obejrzała się, chcąc się upewnić czy nikt jej nie obserwuje. Po chwili mogłem obejrzeć ją w całej krasie i nie powiem, miałem czym nacieszyć oczy. Dopiero gdy zniknęła w oceanicznej toni, uśmiech mi zrzedł i postanowiłem działać. Słońce było wysoko na niebie i drażniło mnie swoimi promieniami, więc najlepiej byłoby, gdybym jakimś sposobem zwabił ją w swoje sidła. Po tylu latach bez towarzystwa, zapomniałem czym mógłbym zainteresować kobietę. Wtedy na myśl przyszło mi jedno słowo - błyskotki. Wybiegłem z krzewów jak poparzony, nie wiedząc ile czasu mi pozostało, dopóki dziewczyna nie postanowi się wynurzyć. Zatrzymałem się przy brzegu, kilkanaście metrów od niej i zacząłem przegarniać dłońmi mokry piach. Wśród wyrzuconych przez fale wodorostach znalazłem to, czego szukałem, mianowicie były to bursztyny, wielkością dorównującą moim paznokciom. Jeden z nich miał nawet podobny kształt, jak kropla, dlatego postanowiłem go sobie zostawić. W jednej chwili pojawiłem się przy pozostawionych przez dziewczynę rzeczach. Rozrzuciłem błyszczące kamienie w odległości kilku metrów od siebie, kierując je oczywiście w stronę ciemnego lasu, po czym ponownie się tam ukryłem. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że tego dnia najem się do syta. Skrzyżowałem ramiona na piersi i czekałem, wgapiając się w sporych rozmiarów głaz, przytrzymujący jej rzeczy. Wyszła. Na mojej twarzy zawitał szyderczy uśmiech, gdy mój plan zaczął działać. Dziewczyna niczym sroka, zaciekawiona świecącymi w słońcu kamieniami, zaczęła zbliżać się w moim kierunku, a po chwili stało się coś, na co kompletnie nie byłem przygotowany. Podniosła głowę, wtem nasze spojrzenia się spotkały. W jej błyszczących, ogromnych oczach spostrzegłem niewyobrażalny strach. Przekonałem się o nim, kiedy blondyna zerwała się i zaczęła pędzić w przeciwnym kierunku, omal nie gubiąc swojego bagażu. Niech to, w tych ciemnościach jedyne co mogło mnie zdradzić to tylko oczy. Westchnąłem ze zrezygnowaniem, widząc jak oddala się coraz bardziej. Nie będę pędził za nią jak ten pies, ale jeżeli dobrze myślę i dziewczyna jest mieszkanką wioski, to bezproblemowo uda mi się ją przechytrzyć. Znałem tę okolicę jak własną kieszeń, co ułatwiało mi wyobrażenie sobie jej potencjalnej trasy. W mgnieniu oka zerwałem się i popędziłem w las, dotarło do mnie, że nie mogłem stracić okazji, pożywienia się na silnym, zdrowym organizmie. Organizm wiedząc, że niedługo dostanie swój upragniony pokarm, wyciskał z siebie ostatnie dawki energii, przez co nawet nie odczuwałem zmęczenia. Znów ją spostrzegłem. Stała nabierając gwałtownie powietrze, opierając się dłońmi o swoje kolana. Wąską smuga światła padająca na jej włosy, sprawiała, że lśniły one, jakby wykonane ze szlachetnego metalu. Jej stopy zanurzone były w strumieniu, który wydawał z siebie przyjemne dla ucha, kojące odgłosy. Zakradłem się do niej, a kiedy byłem wystarczająco blisko, złapałem ją za dłoń i cisnąłem jej ciało na kawałek trawy obok. Jęknęła cicho zdezorientowana. Nasze spojrzenia ponownie spotkały się, a z jej płuc wydobył się okrzyk strachu. Szybko dopadłem jej dłonie, przygwożdżając je za nadgarstki do twardego podłoża. Wierzgnęła nogami, jedną trafiając w bok zaś drugą w podbrzusze. Szybko ją jednak obezwładniłem używając siły swoich własnych nóg. Pomimo tego dziewczyna wiła się pod naporem mojego ciała, starając się uwolnić, jednakże na próżno. Odgłos jej dudniącego serca odbijał się po ścianach mojej czaszki. Już miałem zatopić zęby w jej aksamitnej, perfekcyjnej skórze, kiedy usłyszałem jęk rozpaczy.
- Nie rób mi krzywdy… - wydukała, zaciskając mocno powieki. Na jej policzkach dostrzegłem mokre smugi, ciągnące się aż do uwydatnionej szyi. Gryzłem się z własnymi myślami. Mocniej ścisnąłem jej nadgarstki, na co stłumiła cichy krzyk. Spomiędzy moich warg wyrwało się ciche warknięcie, takie samo jakie można usłyszeć u zwierząt, tuż przed zaatakowaniem swojej ofiary.
- Otwórz oczy. – zażądałem, podnosząc ton swojego głosu. Przestraszona dziewczyna jeszcze mocniej zacisnęła swoje powieki, z których wypłynęło kilka kolejnych ciepłych łez.
- No spójrz na mnie!- niemalże krzyknąłem. Jej ciało pode mną drgnęło i już wiedziałem, że mój przekaz dotarł. Za chwilę mogłem patrzeć w te przepiękne tęczówki dłużej, niż wcześniej było mi to dane. Milczałem, utrzymując kontakt wzrokowy. Z chwilą rozluźniłem uścisk na jej rękach i podniosłem się, po czym cofnąłem się kilka kroków.
- Nie dzisiaj. – pokręciłem głową stanowczo, obserwując jak dziewczyna powoli podnosi się do siadu. Poczerwieniałą dłonią przetarła mokrą twarz, nie spuszczając z oka mojej sylwetki. – Następnym razem nie odpuszczę. – dodałem i odwróciłem się plecami do jej osoby. Minąłem jedno drzewo, potem drugie, zaraz nie słyszałem już jej łomoczącego ze strachu serca. Dlaczego odpuściłem? Nie miałem pojęcia, ale pewna część mnie chciała ją jeszcze raz ujrzeć a raczej skosztować jej… Mieszkała w wiosce, co do tego nie miałem wątpliwości.
Przewracałem w dłoniach szpulę z białą nicią, poszukując jej początku. Księżyc wisiał już wysoko, a niemal cała wioska pogrążona była już we śnie. Przechadzałem się po warsztacie krawca, poszukując tego co najbardziej było mi potrzebne. I wtedy to zobaczyłem. Na stole leżał worek, z którego wysypywały się kolorowe kamienie i muszle. Wiedziałem do kogo należały. Znów poczułem pieczenie w gardle. Mimo że udało mi się pożywić na wilku, to wciąż było dla mnie za mało, do tego ciągnęło mnie na wymioty. Usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi oraz odgłos wstrzymywanego powietrza. Obróciłem spokojnie w tamtym kierunku, lustrując dziewczynę, która weszła do pomieszczenia. Z miną przedstawiającą obojętność podrzuciłem w jej stronę nić, którą jeszcze przed chwilą memłałem w dłoniach.
- Staraj się nie krzyczeć, nie chcę mieć kłopotów. Podczas szarpaniny z Tobą, byłaś na tyle nieostrożna i porwałaś mi koszulę, zechciałabyś może teraz ją naprawić? – spytałem grzecznie i płynnym ruchem ściągnąłem z pleców kawał białego materiału. Przewiesiłem koszulę przez oparcie krzesła w ten sposób, że nawet ślepy zauważyłby rozdarcie. Wsunąłem ręce w kieszenie i podszedłem w stronę okna, dając jej przestrzeń. Zacząłem przyglądać się wysoko wiszącemu miesiącowi, który teraz lśnił całą swoją krasą.
Melody, psujo c;?
- Nie rób mi krzywdy… - wydukała, zaciskając mocno powieki. Na jej policzkach dostrzegłem mokre smugi, ciągnące się aż do uwydatnionej szyi. Gryzłem się z własnymi myślami. Mocniej ścisnąłem jej nadgarstki, na co stłumiła cichy krzyk. Spomiędzy moich warg wyrwało się ciche warknięcie, takie samo jakie można usłyszeć u zwierząt, tuż przed zaatakowaniem swojej ofiary.
- Otwórz oczy. – zażądałem, podnosząc ton swojego głosu. Przestraszona dziewczyna jeszcze mocniej zacisnęła swoje powieki, z których wypłynęło kilka kolejnych ciepłych łez.
- No spójrz na mnie!- niemalże krzyknąłem. Jej ciało pode mną drgnęło i już wiedziałem, że mój przekaz dotarł. Za chwilę mogłem patrzeć w te przepiękne tęczówki dłużej, niż wcześniej było mi to dane. Milczałem, utrzymując kontakt wzrokowy. Z chwilą rozluźniłem uścisk na jej rękach i podniosłem się, po czym cofnąłem się kilka kroków.
- Nie dzisiaj. – pokręciłem głową stanowczo, obserwując jak dziewczyna powoli podnosi się do siadu. Poczerwieniałą dłonią przetarła mokrą twarz, nie spuszczając z oka mojej sylwetki. – Następnym razem nie odpuszczę. – dodałem i odwróciłem się plecami do jej osoby. Minąłem jedno drzewo, potem drugie, zaraz nie słyszałem już jej łomoczącego ze strachu serca. Dlaczego odpuściłem? Nie miałem pojęcia, ale pewna część mnie chciała ją jeszcze raz ujrzeć a raczej skosztować jej… Mieszkała w wiosce, co do tego nie miałem wątpliwości.
Przewracałem w dłoniach szpulę z białą nicią, poszukując jej początku. Księżyc wisiał już wysoko, a niemal cała wioska pogrążona była już we śnie. Przechadzałem się po warsztacie krawca, poszukując tego co najbardziej było mi potrzebne. I wtedy to zobaczyłem. Na stole leżał worek, z którego wysypywały się kolorowe kamienie i muszle. Wiedziałem do kogo należały. Znów poczułem pieczenie w gardle. Mimo że udało mi się pożywić na wilku, to wciąż było dla mnie za mało, do tego ciągnęło mnie na wymioty. Usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi oraz odgłos wstrzymywanego powietrza. Obróciłem spokojnie w tamtym kierunku, lustrując dziewczynę, która weszła do pomieszczenia. Z miną przedstawiającą obojętność podrzuciłem w jej stronę nić, którą jeszcze przed chwilą memłałem w dłoniach.
- Staraj się nie krzyczeć, nie chcę mieć kłopotów. Podczas szarpaniny z Tobą, byłaś na tyle nieostrożna i porwałaś mi koszulę, zechciałabyś może teraz ją naprawić? – spytałem grzecznie i płynnym ruchem ściągnąłem z pleców kawał białego materiału. Przewiesiłem koszulę przez oparcie krzesła w ten sposób, że nawet ślepy zauważyłby rozdarcie. Wsunąłem ręce w kieszenie i podszedłem w stronę okna, dając jej przestrzeń. Zacząłem przyglądać się wysoko wiszącemu miesiącowi, który teraz lśnił całą swoją krasą.
Melody, psujo c;?
Subskrybuj:
Posty (Atom)