21 października 2018
Od Harry CD Galii
Wiedziałam, że mam przechlapane – nie tylko ja, ale także strażnik, który mnie wypuścił. Całe szczęście, powiedziałam Galii jedynie pół prawdy. Byłam pewna, że nie domyślała się, czego tak naprawdę szukałam na statku. Tymczasem słoiczek z krwią zmodyfikowanego bezpiecznie spoczywał w mojej torbie. Już niedługo dowiem się, co zawiera i co mogę z tym zrobić.
Kiedy już w miarę przyzwyczaiłam się do tempa jazdy, ostrożnie wyjrzałam zza ramienia Strażniczki. Pędziłyśmy pustą równiną w stronę wioski, ale droga prowadziła przez Opuszczony Las – ciemne kształty kłębiły się na horyzoncie, nie zwiastując niczego dobrego. Po kręgosłupie przebiegł mi nagły dreszcz. Mimo iż wcześniej przebyłam go bez problemu, teraz miałam wrażenie, że coś jest nie tak.
- Nie możemy jechać na około?! – krzyknęłam, starając się, by wiatr mnie nie zagłuszył.
- Nie, jeśli chcemy zdążyć przed wieczorem. – usłyszałam w odpowiedzi. No trudno, uspokoiłam się. To tylko niepokój po walce z mutantem. W rzeczywistości nie ma realnego zagrożenia.
Jak bardzo się myliłam.
Byłyśmy w połowie drogi przez las, gdy to się stało – koń nagle oszalał. Stanął dęba, zrzucając nas obie na ziemię i pogalopował przed siebie.
- Dorian! – nawoływała Galia, która bez trudu podniosła się po upadku. – Dorian?!
Leżałam w miękkim mchu, nie chcąc wstawać. Czułam, że poobijałam sobie chyba cały kręgosłup.
- Harry. – dziewczyna ostro wymówiła moje imię. – Chodź. Musimy iść.
Stęknęłam cicho. Cóż, z Galią lepiej nie zadzierać. No i, bardzo nie chciałam tu nocować.
Podparłam się rękami, powoli podnosząc się do siadu. W tym samym momencie coś z prędkością światła przeleciało mi przed nosem. Krzyknęłam. W pień drzewa, jakiś metr dalej, wbita była strzała.
Galia spojrzała na mnie. Ona też się niepokoiła.
Podeszła bliżej i chwyciła mnie za ramię.
- Nie ma czasu. – powiedziała. – Chodź szybko.
- Wybieracie się gdzieś?
Zatrzymałyśmy się w pół kroku. Głos, który nas zatrzymał, należał niewątpliwie do mężczyzny. Odwróciłam się, by ujrzeć jego twarz. Galia również to zrobiła.
- Finlay. – wysyczała przez zaciśnięte zęby. Miano to nic mi nie mówiło, ale dla dziewczyny musiało coś znaczyć. – Polujesz?
- Tak się składa. – uśmiechnął się czarująco niebezpiecznie nieznajomy, podchodząc nieco bliżej. – Widzę, że trafiła mi się całkiem niezła zwierzyna.
Galia?
14 października 2018
Od Harry CD Galii
Dziewczyna, nie tracąc czasu, ruszyła na zmodyfikowanego, wyciągając zza pasa dwa kamienne ostrza. Potwór uniósł głowę, a jego usta przybrały wzór na kształt uśmiechu. Byłam pewna, że już nas zobaczył. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałam. Wyglądał jak człowiek skrzyżowany z wielką, obrzydliwą larwą. Posiadał kończyny, ale jego ciało, białe i oślizgłe kurczyło się i rozkurczało na przemian, jak u robala. Ust prawie nie było widać, a oczy miał jak dwa czarne, płaskie kamyki. Włosy, z jakiegoś powodu, przybrały zieloną barwę.
Z przerażeniem pomyślałam, że naukowcy poszli o krok za daleko. Z jednej strony rozumiałam, dlaczego wysłali ich tutaj - gdyby wydostały się na wolność, to prawdopodobnie byłaby apokalipsa. Z drugiej... na jednym poziomie statku naliczyłam siedemdziesiąt klatek. Nie miałam pojęcia, czy damy sobie z tym radę.
Tymczasem potwór wydał z siebie zwierzęcy ryk i ruszył na kobietę, która w porę się uchyliła. Ja nie miałam tyle szczęścia. W ostatniej chwili oprzytomniałam na tyle, żeby złapać wielkie, metalowe drzwi i gwałtownie je zatrzasnąć. Moje ciało przyciśnięte do metalu podskoczyło, kiedy w nie uderzył.
Nie słyszałam swojego krzyku, choć wiedziałam, że krzyczę. Miałam wrażenie, że zaraz umrę. Że potwór dostanie się do środka i rozszarpie mnie na strzępy. Już czułam metaliczny posmak krwi w ustach. Jednak kiedy już miało to nadejść, nagle wszystko się skończyło. Ciężar przestał napierać, a ja osunęłam się na podłogę, obejmując kolana ramionami. Spod drzwi wypłynęła smolista maź.
- Hej, w porządku?
Zamknęłam oczy, żeby otrząsnąć się z szoku, kiedy usłyszałam pytanie zza ściany. Powoli podniosłam się i odeszłam spod wejścia, żeby zrobić dziewczynie przejście. Usłyszałam dźwięki przesuwanego ciała, a następnie zgrzyt metalu. Po sekundzie pojawiła się przede mną, ocierając z twarzy krew potwora.
Dopiero teraz miałam okazję uważniej jej się przyjrzeć. Coś w jej aparycji przywodziło mi na myśl kogoś znajomego. Ogólny chłód, arogancja, umiejętności w walce...
Miałam ochotę palnąć się w głowę.
- Galia. - szepnęłam, a dawna dyktatorka zmierzyła mnie krytycznym spojrzeniem, spod zmarszczonych brwi.
- Jestem Uzdrowicielką. - wyjaśniłam. - Z wioski. Pomogłam kiedyś twojemu bratu.
- Tak. - powiedziała po chwili, krzywiąc się. - A teraz on nie żyje.
Nie miałam pojęcia, co mogę jej na to odpowiedzieć, więc zapanowała między nami niezręczna cisza. Galia zaczęła przeszukiwać pomieszczenie, by po chwili znaleźć kawałek jakiejś tkaniny, którą przetarła twarz i ręce.
Choć nie widziałam jej od jakiegoś miesiąca, wydawała się starsza o co najmniej parę lat. Jej rysy zastygły w wyrazie powagi, a pod oczami pojawiły się cienie. Domyślałam się, że przeżywała śmierć brata. Ale co robiła tutaj?
Spojrzałam w stronę korytarza, gdzie leżał zabity stwór. Przypomniałam sobie o swoim celu. Może badając jego krew, czy resztki ciała, uda mi się znaleźć jakieś lekarstwo? Albo broń.
- Dawno cię nie widziałam. - rzuciłam, podchodząc do drzwi. Wciąż nie czułam się pewnie i wolałam zachować z kimś żywym kontakt głosowy. - W wiosce.
Podeszwy moich butów lepiły się do podłogi, wydając nieprzyjemny odgłos.
- Nie mam tam nic do roboty. - odparła i usłyszałam uderzenie odkładanej na stół szmatki. - A ty? Co tu robisz?
Nie odpowiedziałam. I tak się dowie. Wyciągnęłam z plecaka kilka szklanych słoiczków, po czym, zachowując ostrożność, jeden z nich podłożyłam pod ranę zmutowanego. Śluz powoli go napełniał.
- Fuj. - usłyszałam nad głową. - Po co ci to?
- Po to, żebyśmy przeżyli. Widziałaś tu jeszcze jakichś?
Zdążyłam ledwie syknąć, kiedy coś chłodnego oplotło moją szyję. Zakręciło mi się w głowie, wzrok się wyostrzył i po chwili spoglądałam prosto w czarne oczy potwora. Otoczył mnie duszący smród, gdy otworzył usta.
- Będzie... nas więcej. - wycharczał, a po sekundzie jego odcięta głowa potoczyła się po podłodze. Galia natychmiast szarpnęła mną do góry.
- Ty to masz szczęście. - mruknęła, otrzepując mnie z brudu. Po chwili dotarło do mnie, że cała się trzęsę. - Co powiedział?
- Nic dobrego. - wydusiłam. - Nic dobrego.
Galia?
1 października 2018
Od Harry (do ktosia)
Przy bramie, tak jak się spodziewałam, zatrzymał mnie Strażnik.
- 005, Harriet Canova, Uzdrowiciel. - wyrecytowałam znudzonym tonem, kiedy spytał mnie o dane. - Przyszłam nazrywać stokrotek.
Przepuścił mnie bez większych problemów. W końcu, kto podejrzewałby młodą medyczkę o jakieś wznioślejsze ambicje? Tymczasem miałam do wykonania poważną robotę. Na tej mniej uczęszczanej stronie wyspy.
Słyszałam, że rozbił się tam jakiś statek, a od paru tygodni atmosfera w wiosce, była, krótko mówiąc, gęsta. Nie dało się nie zauważyć, że znikali ludzie. A wczoraj Aven przyszła do mnie z prośbą.
- Na tym tankowcu znajdowało się coś złego. - powiedziała. - Chcę, żebyś to zbadała.
- Dlaczego ja? - spytałam, marszcząc ze zdziwieniem brwi. Nie byłam przecież nawet Strażniczką.
- To nowe mutacje. - kontynuowała, przechadzając się w tę i z powrotem po mojej chatce. - Musimy znaleźć ich słabości, żeby skutecznie ich unieszkodliwić. Nie chcę cię oszukiwać. Ludzie i tak już panikują.
- Te zaginięcia... - skojarzyłam. - To... te nowe mutacje?
- Niestety. - westchnęła. - Jesteś Medyczką. Powinnaś tam znaleźć jakieś poszlaki, cokolwiek. Wiem, że wiele zaryzykujesz, ale prawda jest taka... Jesteśmy na skraju wojny. Jeśli szybko czegoś nie wymyślimy, zginiemy.
Do tej pory nie miałam pojęcia, że sytuacja jest tak poważna. Na oczy nie widziałam żadnej z nowych mutacji. A teraz musiałam wejść do wylęgarni i znaleźć na nie antidotum. Pestka.
Szybko przemknęłam przez wyjątkowo dziś spokojny Opuszczony Las i znalazłam się na plaży. W odległości kilku kilometrów widziałam częściowo przesłonięty mgłą kadłub tankowca. Obraz ten wywołał we mnie niepokój, pewnie ze względu na opowieści dyktatorki. Zignorowałam zimne dreszcze i po prostu ruszyłam dalej.
Po drodze nie napotkałam większych problemów. Okolica była opustoszała, nie kręcili się tu nawet Samotnicy. Chociaż mieszkałam w wiosce, pomyślałam o tych, którzy są na zewnątrz. Jeśli ludzi z osady znikali bez śladu, co musiało dziać się z tymi bez domu? Bez miejsca do schowania się? Bez porządnej broni?
Nigdzie nie byliśmy bezpieczni. Rozejrzałam się wkoło podejrzliwie. Nie należałam do zbyt bojaźliwych, jednak wolałam zachować tę minimalną ostrożność.
W końcu stanęłam przy ogromnej, metalowej konstrukcji. Statek lekko bujał się przy uderzających w niego falach, a coś wewnątrz niego wydawało okropne, cierpiące jęki. Na prawej burcie pysznił się biały napis "MOOG". Całość wyglądała na porzuconą.
Uważając na przeżarte rdzą miejsca, po szczeblach weszłam na górny pokład. Wisząca na zawiasach furtka uprzedziła mnie o jego stanie. Wkoło panowało zupełne pobojowisko, jakby zostało tam wypuszczone stado byków. Dziury w podłodze, wybite szyby, a koło sterowe leżało pośrodku tego wszystkiego, wyrwane z konsoli z wielką siłą. Jako, że nie wiedziałam o istnieniu żadnej góry lodowej w pobliżu, to musiały być mutacje o naprawdę dużej sile.
Zachowując się w miarę cicho, zeszłam do zadaszonej części. Tutaj też panował bałagan, ale przeraziło mnie zupełnie co innego; a mianowicie, dziesiątki otwartych klatek. Drżącymi rękami sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam małą, podręczną pochodnię.
Przyjęłam, że na tym piętrze jest ich koło siedemdziesięciu. Podchodziłam do każdej z osobna, dokładnie ją oglądając. Były podpisane, ale choć niemal całe życie spędziłam w laboratorium, nie potrafiłam przetłumaczyć napisów. Wyglądało na to, że były to całkiem nowe mutacje. I niektóre z nich już w ogóle nie były ludźmi.
Właśnie miałam schodzić na dolny poziom, kiedy coś dotknęło mojego ramienia. Obejrzałam się szybko, ale nikogo nie dojrzałam. Za to moje ramię zrobiło się całe czarne.
Kiedy usłyszałam trzask gdzieś za mną, nie czekałam na zaproszenie do ucieczki. Wybiegłam na pobliski korytarz, szukając wyjścia. Cały czas słyszałam coś za mną. Pobiegłam wgłąb korytarza, ale nie dotarłam do schodów. Ktoś wciągnął mnie do pobliskiego pomieszczenia i zatkał usta dłonią.
- Cicho. - usłyszałam.
Ktoś?
22 września 2018
Od Harry CD Lucan'a
Tymczasem zagrzebałam się bardziej w posłaniu, wzdychając z zadowoleniem. Kiedy ostatnio było mi tak rozkosznie ciepło? Chyba nie na wyspie. W mojej rozklekotanej chacie zawsze szalały przeciągi i jakbym się nie starała, nigdy nie byłam w stanie ogrzać całego wnętrza.
Umarłam?
Z trudem otworzyłam posklejane powieki i natychmiast przeniosłam się do siadu. Stawy mruknęły z niezadowoleniem.
To nie była moja chata.
Znajdowałam się w przestronnym, dużym pomieszczeniu, z paleniskiem pośrodku. Drzewo gdzieś zniknęło. Za zaparowanymi oknami widziałam padający śnieg.
Przez moją głowę zaczęły przemykać rozmazane obrazy. Lód, uczucie przenikliwego zimna na całym ciele, brak powietrza... a potem to cudowne ciepło. Lucan.
Byłam w chacie Lucana.
Samego zainteresowanego jednak nigdzie nie widziałam.
Żeby nie powiedzieć, że całkiem się uspokoiłam, nieco mi ulżyło. Wolałam być tu z wampirem, który najwyraźniej uratował mi życie, niż z jakimś innym Samotnikiem, który nie ograniczył by się tylko do poderżnięcia mi gardła.
Wstałam powoli i podeszłam do wciąż wesoło trzaskającego ognia. Wyciągnęłam ręce do źródła ciepła, wyglądając na zewnątrz. Wyglądało na to, że panowała noc. Gdzie się podział Lucan? Ile czasu spałam? Nie ważne. Tak czy siak, byłam wdzięczna, że nie muszę teraz przebywać na dworze w tym zimnie.
Korzystając z samotności, rozejrzałam się po pokoju. Nie było tutaj niczego, co mogłoby mi powiedzieć coś ważnego na temat właściciela domu. Podeszłam do blatu, podnosiłam różne przedmioty, oglądałam je i odstawiałam na miejsce. Znalazłam same rzeczy, które pomagały w przetrwaniu w tych trudnych warunkach. Kilka noży, jakieś tkaniny, parę bursztynów. Nic osobistego.
Kiedy jeszcze przebywałam w laboratorium, lubiłam włóczyć się po gabinetach pracowników i oglądać należące do nich zdjęcia z rodziną albo pamiątki z wakacji. Wyobrażałam sobie wtedy ich życie poza pracą, tak różne od tego, które spędziłam w zamknięciu poddawana różnym eksperymentom.
Na wyspie zyskałam nieco własnego życia, ale wszystko co miałam, musiałam wytworzyć sama. Nie było kolorowych zdjęć, filmów ani zabawek. Tylko kamień, drewno i rośliny, które nieco osładzały mi żywot.
Nagle z sąsiedniego pokoju dobiegł mnie dźwięk, jakby ktoś jęknął. Natychmiast zostawiłam oglądane rzeczy i ostrożnie ruszyłam w stronę półotwartych drzwi, z których sączyła się smużka światła. Kiedy je uchyliłam, moim oczom ukazała się prosta sypialnia, z łóżkiem i drewnianą szafą. Ciepłą jasność dawała pojedyncza świeczka stojąca na niskim stoliczku nocnym. Drgnęłam, gdy znów usłyszałam podobny dźwięk do tego, który wywabił mnie z pokoju.
I zobaczyłam to.
Lucan siedział skulony pod ścianą, obejmując kolana ramionami i mówił coś cicho do siebie. Nadal nie miał na sobie koszulki. Był cały zlany potem i trząsł się, nie miałam wątpliwości, że jest chory.
- Lucan? - zawołałam go po imieniu, podchodząc trochę bliżej. - Co ci jest?
Podniósł głowę i zmrużył błyszczące, żółte oczy, jakby nie do końca mnie poznawał.
- Harry. - wychrypiał, a jego wzrok przypominał spojrzenie szaleńca. - Taka słodka...
Zamrugałam. No tak. Jak mogłam być taka głupia? Lucan był głodny. Bardzo.
Można powiedzieć, że głód go pożerał.
A ja najwyraźniej mogłam go zaspokoić.
Nie spuszczając wzroku z jego oczu, jak u drapieżnika, powoli zaczęłam się wycofywać. Kiedy znalazłam się przy drzwiach, złapałam jakąś kurtkę wiszącą na kołku i wybiegłam na zewnątrz. Krzyknęłam, kiedy za moimi plecami, w drewno uderzyło coś z impetem.
- Możesz uciekać!
To jasne, że podczas ostatniej fazy głodu, nie był sobą. Musiałam jednak coś z tym zrobić, bo w przeciwnym razie zostanę jego obiadem. Z jakiegoś powodu chyba postanowił na mnie zapolować.
Nie zauważyłam obniżenia terenu, wskutek czego pośliznęłam się i kilka metrów zjechałam na tyłku. Obok mnie pojawiła się plama światła.
- Ale raczej nie zdołasz.
Nie tracąc czasu, wbiegłam w las. Nie spieszyło mu się. Szedł za mną powoli, pewny swego. Kiedy udało mi się nieco zwiększyć dystans, schowałam się w spróchniałym pniu przewróconego drzewa, licząc, że jeśli mnie nie zauważy, odpuści sobie.
- No, mała, powiedz, gdzie się schowałaś?
Krążył po polanie, zaglądając za każdy kamień i drzewo. Przesunęłam się nieco dalej, by w razie czego mieć otwartą drogę ucieczki.
- Tutaj! - krzyknął, rozkopując zaspę śniegu. - Hmm. Nie tutaj.
Zamarłam. Drewno pode mną poruszyło się. Chyba natrafiłam na kolejną lodową ślizgawkę.
- Wiesz, że to nieładnie, tak się chować przed dorosłymi. Chodź tutaj, żebym mógł dać ci całusa na dobranoc.
Wyczuwałam go. Zbliżał się, odwrócony plecami, mierzył las czujnym wzrokiem. Rozległ się głośny trzask i kłoda w której się chowałam, rozleciała się w drzazgi.
- Tu cię mam.
Spojrzałam mu prosto w głodne oczy. Już miał mnie złapać, kiedy lód pod nami załamał się i oboje runęliśmy w dół. W przepaść.
Lucan nie bij pls
2 września 2018
Od Harry CD Lucan'a
- Na twoim miejscu - wycedziłam, próbując się nieco przesunąć. - nie zastanawiałabym się nad moimi moralnymi pobudkami, a raczej nad tym, co się stanie, kiedy mnie wkurzysz.
Musiałam jedynie dotknąć czegoś żywego. Wtedy mogłabym cisnąć nim na drugi koniec chaty i spokojnie uciec. Na razie jednak nie mogłam nic takiego znaleźć, a pomimo tego, że mężczyzna nie przytrzymywał mnie zbyt mocno, ruchy miałam... nieco ograniczone.
- Czytałem trochę o nimfach. - na poły zaśmiał się, na poły dyszał z bólu. - Potrzebujesz natury, żeby się zmienić, co? Wielka szkoda, że tu wszędzie jest podłoga.
Patrząc mu prosto w dziwne, żółte oczy, oceniłam nasze szanse. Następne pół minuty zajęło mi gwałtowne wyrywanie się i kopanie, ale choć ranny, Lucan dalej był niezwykle silny. Kiedy znieruchomiałam, sapiąc ze zmęczenia, tylko uśmiechnął się lekko.
- Przysięgam, że jak tylko się stąd wydostanę, to stracisz to i owo. - rzuciłam nienawistnie, zdając sobie sprawę z tego, jak śmiesznie to wyglądało. Nastolatka grożąca dorosłemu, dobre sobie.
- Uważaj, piękności. Takich obietnic strasznie trudno jest dotrzymać.
- Już moja w tym głowa.
Popatrzył na mnie znacząco, oczekując odpowiedzi na pytanie. Zacisnęłam usta, zdecydowana, że nie pójdzie mu tak łatwo.
- No, już. Zaręczam Ci, że mam dziś ciekawsze rzeczy do roboty. Bądź grzeczną dziewczynką i odpowiedz na moje pytania, a puszczę cię wolno.
- To chyba logiczne. - syknęłam w końcu. - Jeśli Samotnik dostanie się na teren wioski, mamy obowiązek kogoś o tym poinformować.
- Myślałem, że mamy umowę.
- Umowę? - prychnęłam. - Z Samotnikiem? Wiem doskonale, jacy jesteście. Dałabym ci, czego potrzebujesz, a ty w zamian poderżnąłbyś mi gardło. Nie, dzięki, wolę nie wchodzić w takie układy.
Przez jego twarz przemknął wyraz zdziwienia, ale zaraz zastąpiła go maska obojętności.
- Uratowałem cię.
- I ja ciebie. - odparłam. - Jesteśmy kwita. A teraz jeśli możesz, z łaski swojej, wypuść mnie.
Lucan westchnął, po czym powoli podniósł się na kolana, krzywiąc z bólu. Wydostałam się szybko, chcąc pobiec w kierunku drzwi, ale coś mnie zatrzymało. Mężczyzna wcale mnie nie gonił. Nie chciał zrobić mi krzywdy. W każdym razie teraz.
Usiadłam powoli naprzeciwko niego, podciągając kolana do brody. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Oddychał ciężko, co przypomniało mi o jego stanie.
- Przyniosłam liście żyworódki pierzastej. - skinęłam głową w stronę białego zawiniątka leżącego na stole. Spojrzał w tamtą stronę. - Nie znalazłam jeszcze antidotum na tę truciznę, ale nie masz jej już w organizmie, nie powinna ci zagrażać. Ta roślina pomoże ci poczuć się lepiej.
- Dlaczego? - spytał z goryczą. - Dlaczego mi pomagasz, skoro jestem takim wielkim, groźnym Samotnikiem?
Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią.
- Bo jesteś wielkim, groźnym Samotnikiem. - odparłam powoli. - A ja chcę jeszcze pożyć.
Pozwoliłam słowom zawisnąć w powietrzu, po czym ostrożnie wstałam i wycofałam się do drzwi. Całą drogę powrotną przebiegłam, nie zatrzymując się na chwilę.
Lucan?
25 sierpnia 2018
Od Harry CD Jules'a
Po trzech głębokich oddechach udało mi się dźwignąć na nogi. Podeszłam do półek na ścianie i z jednej z nich zdjęłam mały, zamykany słoiczek.
- Dobrze, a ta trucizna? - pytała Galia. - Wiesz, co to jest?
- Tutaj mamy problem. - odparłam, patrząc jej w oczy. - Nie mam zielonego pojęcia, ale jestem niemal pewna, że to nie zostało stworzone na wyspie.
We wzroku Strażniczki widziałam, że zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Dałam jej to wszystko przemyśleć, a sama zajęłam się przenoszeniem cieczy do słoiczka. Kiedy skończyłam, włożyłam go do zamykanej szafki, a szklankę dokładnie, na ile pozwalały mi warunki, umyłam.
- Masz jakiś pomysł?
- Niewykluczone, że to sprawka naukowców. Mogli przecież przysłać na wyspę prototyp, razem z jakimś przemienionym.
- Ale... po co mieliby to robić?
- Mamy dwa wyjścia. - powiedziałam z westchnieniem, siadając na krześle. - Po pierwsze, to może być ich kolejny wynalazek, który chcą wypróbować. A druga opcja jest taka... że chcą zmniejszyć populację na wyspie.
Stalowego wzroku Galii nie roztopiłby wybuch wulkanu.
- Chcą nas zabić.
- Nie wiem. Ale mogę się dowiedzieć, z czego złożona jest trucizna, opracować odtrutkę. Trochę to potrwa, ale zrobię, co w mojej mocy.
Zapadła między nami cisza. W końcu dziewczyna rzekła szeptem:
- Czy mogłabyś... jakoś się z nimi skontaktować?
Zesztywniałam.
- Nie. - zaprzeczyłam twardo. - Skończyłam z tym. Znajdę inny sposób, nawet jeśli musiałabym...
Nawet jeśli musiałabym zrobić coś, na co bardzo nie mam ochoty, pomyślałam ponuro.
- Mogę znaleźć tego faceta.
Zerknęłam na Jules'a, który dalej stał pod ścianą z opuszczoną głową, ale do tej pory się nie odzywał.
- Jeśli to Samotnik, mnie będzie najłatwiej do niego dotrzeć. Schwytamy go i przesłuchamy.
Galia spojrzała na brata z troską.
- Musisz wziąć ze sobą jeszcze kogoś. To dość... potężny facet, z opisu.
- Nie ma problemu. - odparł chłopak z lekkim uśmiechem. - Jest wielu chętnych do brudnej roboty, jeśli się im dobrze zapłaci.
- Dam ci, czego potrzebujesz. - oznajmiła jego siostra pewnym tonem. - Ja porozmawiam o tym z radą. Musimy podjąć pewne środki zapobiegawcze. Jednak w żadnym wypadku, nie rozmawiajcie o tym z ludźmi. Szczególnie ty, Harry.
Zmarszczyłam brwi.
- Czy ja wyglądam, jakbym często gawędziła z osadnikami? - mruknęłam pod nosem.
- No to załatwione. - postanowiła dziewczyna napiętym głosem. Wszyscy wiemy, co mamy robić. Tylko proszę, uważajcie na siebie.
Jules?
24 sierpnia 2018
Od Harry CD Lucan'a
To była moja pierwsza myśl zaraz po tym, gdy otrząsnęłam się z szoku. Nie wyszło mu. Właśnie zostałam napadnięta oraz byłam świadkiem brutalnego zabójstwa dokonanego przez wampira. Byłam przerażona jak chole*a.
Skupiłam się na głębokich, jednostajnych oddechach. Było mi słabo, jednak utrata przytomności w takim momencie była jak skazanie się na samobójstwo. Mężczyzna dalej siedział na krześle z zamkniętymi oczami, jakby sam nie mógł przyjąć do wiadomości tego, co się tu stało.
- W porządku. - szepnęłam, wstając powoli na drżących nogach. - W porządku.
Ledwie dotarłam do stołu, kiedy znów niemal osunęłam się na podłogę, z niemym krzykiem w ustach. Oderwana głowa leżała pod ścianą, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Posprzątam to. - zaoferował znienacka wampir i krzywiąc się z bólu, stanął przede mną. Pobieżnie zerknęłam na ranę w jego nodze i uniosłam rękę. Oczywiście, kiedy przemiana była mi potrzebna, ja nie mogłam się przeistoczyć. Na palcach normalna skóra walczyła z tą zieloną. Samotnik dostrzegł to, a ja zobaczyłam zdziwienie w jego oczach. Uniósł obie dłonie wnętrzem do góry, w geście pokoju.
- Jestem Lucan. - oznajmił spokojnym tonem, jakby mówił do dziecka. - Jak masz na imię?
- Harry. - wychrypiałam.
- Dobrze, Harry. Nie zrobię ci krzywdy, słyszysz?
Zmierzyłam go nieufnym wzrokiem. Słyszałam o wampirach, że są niezrównoważone, kiedy doskwiera im głód. Jednak twarz tego tutaj, wyrażała niemal ludzką szczerość. No i w końcu mnie uratował... A ja nie chciałam doprowadzać do walki, kiedy byłam na przegranej pozycji. Pokiwałam głową powoli zastanawiając się, czy jest to moja ostatnia decyzja w życiu.
- Potrzebuję kilku rzeczy. Kiedy je dostanę, pójdę sobie. Będziesz mogła mi je przynieść?
Nie uśmiechało mi się wchodzenie w układ z kolejnym Samotnikiem, jednak bałam się, co może się stać, jeśli odmówię. Znów więc ostrożnie skinęłam głową.
- Przede wszystkim, muszę mieć trochę ciepłych ubrań. Idzie zima.
Tym razem pokręciłam głową.
- Nie jestem krawcem, tylko medykiem.
- To dobrze, leki też się przydadzą.
Postanawiając być posłuszną, przeszłam do drugiego pokoju, zostawiając go z tym całym pobojowiskiem. Tutaj w końcu byłam w stanie pozbierać myśli. Podeszłam w kierunku szafy, z zamiarem wyciągnięcia z niej szpuli wełny, którą niedawno dostałam od Melody, ale mój wzrok pomknął w stronę okna. Gdyby udało mi się przez nie uciec, pobiegłabym do strażnika, albo chociaż zyskałabym możliwość przemiany. Z lękiem spojrzałam w kierunku drzwi. Co, jeśli ten Samotnik chce po prostu mnie okraść, a potem zabić, jak tego napastnika wcześniej?
Tak czy siak, moje życie było zagrożone. Musiałam działać szybko. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce.
Nie wydając dźwięków, podstawiłam krzesło pod okno i weszłam na nie. Pociągnęłam za zasuwę, która odskoczyła z lekkim szczękiem, otwierając szybę. Raz kozie śmierć, pomyślałam, przekładając jedną nogę za parapet i skacząc na trawę dwa metry niżej.
Malfoy? Chodźmy podjąć złe decyzje.
23 sierpnia 2018
Od Harry CD Julesa
- Pobudeczka! - zawołał czyjś wesoły głos. - Witaj wśród żywych.
Otworzyłam oczy szerzej, a świat nabrał barw. Nade mną pochylał się niedawno nieprzytomny chłopak, bawiąc się jednym z narzędzi, których używałam do poważniejszych operacji. No cóż, przynajmniej jedno z nas czuło się dobrze.
- Zostaw to. - wychrypiałam, próbując zmusić ciało do ruchu. Bezskutecznie. Przeklęłam tę nędzną, ludzką powłokę.
Jules spojrzał na mnie z rozbawieniem, po czym odłożył rzecz na miejsce. Zdecydowanie nie podobał mi się ten nowy układ. W każdej innej okoliczności nie bałabym się walki, ale chwilowo nie byłam w stanie się podnieść, a co dopiero przeistoczyć. Pozostawało mi liczyć na śladowe ilości człowieczeństwa chłopaka lub nie zdradzać mu wszystkiego i grać na zwłokę do odzyskania sił. Zdecydowanie skłaniałam się ku tej drugiej możliwości.
- Nudziło mi się, a ty postanowiłaś uciąć sobie drzemkę. Nieodpowiedzialne. - rzucił na swoje marne usprawiedliwienie. Nieodpowiedzialne było to, że wpuściłam Samotnika do swojego domu, pomyślałam, ale nie podzieliłam się tym ze światem.
- Jak się czujesz? - spytałam zamiast tego.
Jules poruszył ramionami, jakby sprawdzał czy ma wszystkie kości na właściwym miejscu.
- Żywy. - mruknął w końcu. - Wiesz, co to jest?
Sięgnął po coś ręką i po chwili moim oczom ukazała się szklanka z czarną jak smoła cieczą.
- Oszalałeś?! Zostaw to natychmiast! - krzyknęłam i drgnęłam, jakbym chciała wstać, jednak zamiast tego, moje plecy przeszył ostry ból. Co się ze mną działo?
- Nie panikuj. - odparł, przyglądając się płynowi. - Nie zamierzam tego pić.
- Nie wiem, co to jest. - syknęłam, poruszając lekko palcami, nad którymi odzyskałam władzę. - Wiem tyle, że jest niebezpieczne i najlepiej tego nie dotykać. Nawet nie patrzeć.
Ku mojej uldze, odłożył truciznę na bok.
- Wcale nie jesteś zabawna, z tym całym "zostaw!". "Nie dotykaj!".
Zignorowałam jego uwagę.
- To nawet dobrze, bo musimy porozmawiać o czymś poważnym. A konkretnie o tym, że mnie nie wydasz.
Podszedł bliżej z małym, kamiennym nożem i szalonym uśmiechem. Roześmiałam się pogardliwie na ten widok.
- Jeśli myślisz, że czymś takim zrobisz mi krzywdę, to grubo się mylisz. - ostrzegłam, czując nieprzyjemne mrowienie w nadgarstku. Dobry znak.
- Przynajmniej dowiem się, z czym mam do czynienia. - mruknął, przybliżając się do mnie o pół kroku. - Harpia, a może... szczurek? Tak mi się zdawało, że przypominasz...
Poczułam napływ mocy, a moja przekształcona w drzewo ręka wystrzeliła do przodu i chwyciła Julesa za gardło, przygważdżając do ściany. Skrzywiłam się nieco. Maksymalne wydłużenie małego fragmentu ciała nie było zbyt przyjemne.
Chłopak zakaszlał.
- Zielona. No tak, jak mogłem o tym zapomnieć.
W tamtym momencie rozległo się głośne pukanie do drzwi. Oboje spojrzeliśmy w tamtą stronę, zastanawiając się, kto to mógłby być.
19 sierpnia 2018
Od Harry CD Julesa
Nie odpowiedział mi, za to cicho jęknął z bólu. Musiałam się pospieszyć, jeśli chciałam mu pomóc. Rana wyglądała na poważną.
Ogarnęłam ze stołu wszystkie przedmioty i kazałam mu się położyć. Ostrożnie podciągnęłam jego koszulę, żeby mieć pełny dostęp do rany.
- Modyfikacja? - spytałam badając, jak daleko sięgały uszkodzenia.
- Wampir. - stęknął, przymykając oczy. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Hmm, myślałam, że są bardziej wytrzymałe. Co się stało?
Z podręcznej apteczki wyjęłam chustkę i zrobiony przez Morrigana w zeszłym tygodniu spirytus, którym polałam ranę.
- Nie wiem. - wziął płytki oddech. - Jakiś facet... dźgnął mnie sztyletem.
Po odkażeniu, zajęłam się zszywaniem. Nie mieliśmy tutaj specjalistycznych nici, ale bawełniane musiały wystarczyć. Cierpliwie przeciągałam igłę w tę i z powrotem, przy akompaniamencie jęków chłopaka.
- Jak masz na imię? - zapytałam, nie przerywając zadania. Nie miałam wielu roślinnych środków przeciwbólowych, a rozmową mogłam chociaż trochę odwrócić jego uwagę od bólu. I zachować go przy świadomości.
- Jules.
- Niesławny brat Galii, co? Nie wiedziałam, że ma rodzeństwo.
- I dobrze. Im mniej świadków, tym lepiej.
Nie pytałam o to, kim jest, chociaż domyślałam się. Nie obchodziło mnie to. Dopóki nie próbował mnie zabić, wszystko było w porządku. Musiałam wykonać tylko swoją pracę.
Kiedy wreszcie uporałam się z szyciem, obłożyłam ranę roślinami wzmagającymi gojenie i podałam chłopakowi wodę z ziołami dodającymi sił. Na koniec okryłam go kocem.
- Spróbuj zasnąć. Będę niedaleko.
Zostawiłam świeczki dające nikłe światło i weszłam do pokoju obok, który niejako był moją sypialnią. W pierwszym pomieszczeniu zwykle przyjmowałam chorych, jak teraz brata Blair. Tutaj mogłam liczyć na chwilę samotności. Ułożyłam się na łóżku w załomie drzewa wrastającego w dom i dłonią pogłaskałam jego konar. Zaraz spłynął na mnie spokój i poczułam się senna. Moją ostatnią myślą było, że muszę wstać w nocy, żeby sprawdzić, jak przebiega leczenie.
Otworzyłam oczy w kompletnej ciemności, instynktem wyczuwając, że coś jest nie tak. Za oknem siedziała ogromna sowa, pohukiwaniem ostrzegając mnie o niebezpieczeństwie. Natychmiast pognałam do drugiego pokoju.
Widok, który ujrzałam, sparaliżował mnie; chłopak wił się na stole, cały siny i zroszony potem. Jeszcze zanim dotknęłam jego czoła wiedziałam już, że ma poważną gorączkę.
- Jules? Jules? - zawołałam go po imieniu, potrząsając jego ramionami, jednak nie ocknął się.
- Co zrobiłam źle? - zastanawiałam się, chodząc w kółko. Przecież robiłam wszystko tak, jak zawsze. Jak należy. Zatrzymałam się nagle, przypominając sobie jego wcześniejsze słowa. Mężczyzna dźgnął go sztyletem. A co jeśli... jeśli ostrze było zatrute?
Wcześniej nie brałam takiej możliwości pod uwagę, z tej prostej przyczyny, że na wyspie po prostu nie można było wyprodukować każdej trucizny. A na te, które można było, miałam antidota. Zaraz wyczułabym je po zapachu. Nie. To było coś innego.
Uchyliłam nieco koc i odgarnęłam lecznicze rośliny. Tak, jak myślałam, rana nie goiła się, a wokół niej powstała brzydka, żółta obwódka. I jeszcze zioła... te, które dotykały zranienia, były niemal czarne, jakby spalone.
Tylko w jeden sposób mogłam się dowiedzieć, z czym miałam do czynienia.
Wzięłam nożyczki i rozcięłam nimi szwy, które sama wcześniej zakładałam. Ostrożnie wyjęłam resztki nitek, po czym biorąc głęboki oddech, rozszerzyłam ranę. Pomieszczenie przeszył okrzyk bólu.
- Przepraszam. - szepnęłam, choć wiedziałam, że mój pacjent mnie nie słyszy.
Skupiłam się na cięciu. Było teraz o wiele głębsze, a powinno się powoli zasklepiać. Ze środka wypłynęła krew, wraz z ropą i... coś czarnego. Zamoczyłam w tym palce i powąchałam.
Pokój zawirował. Ledwo zdążyłam chwycić się stołu, uważając na pobrudzoną płynem dłoń. Co to do cholery było?
Odpowiedź była prosta: nic z wyspy. Nic dobrego.
Spojrzałam na wijącego się w agonii chłopaka, a potem na drzewo, przechodzące przez środek mojej chatki. Wiedziałam, co muszę zrobić. Tylko w ten sposób mogłam go uratować. Jakby w odpowiedzi, gałęzie dębu zakołysały się zachęcająco.
Podeszłam bliżej, kładąc czystą dłoń na chropowatej korze. Po chwili poczułam moc, rozlewającą się ciepłem od koniuszków moich palców aż do serca. Skóra pokryła się zielonym mchem, ramię wydłużyło w giętką gałąź. Kiedy zyskałam więcej miejsca, przesunęłam się tak, żeby mieć dostęp do rany. Zanurzyłam w niej pokryte zielenią palce i zaczęłam pochłaniać truciznę. Momentami robiło mi się słabo, ale walczyłam z tym. Wszystko zależało teraz ode mnie.
Moja przemieniona skóra ostatecznie dała sobie radę z toksyną. Moja dłoń była teraz o wiele cięższa i na dodatek paliła ogniem. Ze łzami w oczach uniosłam ją nad szklanym naczyniem stojącym na stole i mozolnie zaczęłam przelewać wydobytą z rany ciecz. Chwilami miałam wrażenie, że tracę przytomność, ale drzewo pomagało mi utrzymać się na nogach. Trucizna była lepka jak smoła, nie chciała opuścić mojego organizmu. Kiedy wreszcie się z nią uporałam, było jej kilkanaście mililitrów.
Zachwiałam się, ale udało mi się utrzymać równowagę. Przykryłam czymś szklankę i ponownie przyłożyłam dłoń do rany. Energia popłynęła jeszcze raz, uzdrawiając Jules'a. Na moich oczach zranienie zasklepiało się, aż pozostała po nim lekko zaróżowiona, świeża skóra. Zsiniała twarz powoli zaczynała wracać do normalnego stanu.
Przymknęłam oczy. W końcu mogłam pozwolić sobie na odpoczynek. Osunęłam się po dębie na podłogę, jednocześnie wracając do pełnej ludzkiej postaci. Przyłożyłam policzek do chłodnego drewna i wszystko ogarnęła ciemność.
12 sierpnia 2018
Nowy osadnik - Harry
![]() |
| anndr |
Imię i nazwisko: Harriet Canova
Wiek: 16 lat
Data urodzenia: 29.01.
Numer: 005
Modyfikacja genetyczna: Nimfa leśna
Status: Osadnik
Stanowisko: Uzdrowiciel
Aparycja: W postaci człowieczej Harry jest drobną, chudą dziewczyną o niskim wzroście. Krzywo obcięte kasztanowe włosy niemal dotykają jej ramion, częściowo zasłaniając również oczy o intensywnie zielonym kolorze. Cera jest gładka i blada, delikatną czerwienią odznaczają się wysokie kości policzkowe i cienkie usta. Pomimo nastoletniego wieku, jej urodę można by zaliczyć do dziecięcej. Ubiera się skromnie i wygodnie, zazwyczaj w tuniki i legginsy, najlepsze do biegania po lesie.
Po przemianie jej skóra staje się zielona, z daleka może wydawać się pokryta błyszczącym mchem, intensywniejszym w miejscach intymnych. Czasem na twardej skórze wyrastają również kawałki prawdziwej kory drzewnej. Włosy porastają kwiatami, a niekiedy nawet owocami. Ze skroni wyrastają dwa, niezbyt duże rogi, podobne do jelenich, które ułatwiają kontakt z różnymi zwierzętami. Gatunek ten nie posiada skrzydeł, za to potrafi dosłownie wrastać w drzewa, czy ziemię, co czyni go czasem w pewnym sensie niewidzialnym. Koło nimfy leśnej często można spotkać drobne zwierzęta, na przykład wesoło ćwierkające ptaki czy motyle.
Charakter: Harry często jest postrzegana jako przemądrzała małolata, co wynika z faktu, że dużo wie o świecie, w tym o naturze. Nauczona niechęcią ze strony mieszkańców wyspy, zwykle nie chwali się swoją wiedzą. Jest dosyć małomówna, ale gdy się odzywa, często zdarza jej się być cyniczną. Nie przepada za ludźmi, których uważa za zagrożenie zarówno dla natury, jak i dla siebie. Ma własne spojrzenie na świat. Tak czy siak, zgodziła się na zamieszkanie w wiosce, co znaczyło, że musi robić coś dla społeczności. Została więc uzdrowicielką, co pozwalało jej zmieniać nastawienie ludzi do przyrody, jednocześnie nie tracąc z nią kontaktu. Uważa, że natura jest lekarstwem na wszystko.
Nie ufa ludziom do końca, tak samo jak ludzie nie ufają jej. Wynika to z faktu, że kiedyś była na wyspie wtyką naukowców, jednak zrezygnowała z tego, na rzecz pomocy osadzonym. Preferuje przebywanie wśród przyrody lub w samotności w swojej chatce, w otoczeniu książek.
Historia: Harry urodziła się w laboratorium, jak córka pary naukowców, którzy nigdy się nie ujawnili. Od dziecka przeprowadzano na niej eksperymenty, czasami bolesne. Nawet jeśli w głębi duszy dziewczyna ich nienawidziła, pozostawała posłuszna. Odkąd nauczyła się chodzić i zaglądać do laboratoryjnego ogrodu, poczuła wielką więź z przyrodą. Biolodzy to wykorzystali, podając jej mieszankę genów stworzonych specjalnie dla niej. Pierwsza przemiana, która odbyła się w kilka dni potem, była niezwykle trudna i bolesna. Efekt końcowy nie tyle wystraszył, co zaskoczył Harriet. Czuła się silniejsza, szybsza, a jej kontakt z przyrodą był niemal nieograniczony. Kiedy zabiła pierwszego człowieka w ramach eksperymentu, naukowcy stwierdzili, że trzeba usunąć ją z ośrodka badawczego, w razie buntu. Obiecali jej życie wśród przyrody, na wyspie, w zamian za informacje o jej mieszkańcach. Harry przystała na to chętnie, koniecznie chcąc wyrwać się ze sterylnych i ciasnych pomieszczeń laboratorium. Przez jakiś czas wysyłała uczonym raporty, jednak gdy porozmawiała z osadzonymi dowiedziała się, czym naprawdę jest wyspa. Zerwała z przełożonymi wszelkie kontakty i zaoferowała swoją pomoc w pobliskiej wiosce.
Partner: Brak
Wyposażenie: Jako nimfa, Harry doskonale potrafi o siebie zadbać, jednak jej ludzkie ciało nie jest tak silne. Żeby je chronić, na wyspie wyposażyła się w dwa małe, poręczne ostrza, schowane w butach.
Inne: W ciele nimfy Harry potrafi poderżnąć wrogu gardło pazurami lub udusić go, owijając jego szyję pnączami wyrastającymi z rąk.
Oprócz fauny i flory, jej pasją jest czytanie.
Ciało nimfy ma właściwości uzdrawiające, co wynika z umiejętności regeneracji.
Nimfę można pokonać ogniem lub magią.
Ludzka postać Harriet jest bardzo słaba i podatna na zranienia.
Przemianę ułatwia jej obecność przyrody, trudno jest jej zmienić się w wiosce.
Jest weganką.
Kieruje: kat.fell103@gmail.com
