Spało mi się bardzo przyjemnie, czułam cały czas bijące w moją stronę
ciepło, nie łącząc faktów, że jego źródłem jest nie kto inny, jak Lucio,
z którym to bardzo przyjemnie spędziłam pół nocy. Spałam głębszym snem,
niż zazwyczaj, dopóki nie poczułam nad sobą ruchu blisko mojej twarzy,
co naruszało moją przestrzeń osobistą (i tak już nieźle naderwaną).
Automatycznie się wybudziłam, jak to już miałam w zwyczaju, łapiąc w
powietrzu za nadgarstek zbliżającą się rękę do mojej twarzy.
– Co ty wyprawiasz? – zmarszczyłam brwi, zdezorientowana.
– Tylko chciałem wydłubać ci oczy, a co? – zaśmiał się, a przyszło mu to
z taką łatwością, że aż się zdziwiłam. Po chwili ponowił próbę
zbliżenia ręki, na co mu pozwoliłam. Odgarnął włosy z mojej twarzy, a ja
poczęłam przyglądać się jego obliczu, które było pełne blizn. Nie
uważałam, że go szpeciły, może i miały jakiś swój urok, ale wyglądały
zupełnie neutralnie, jak dla mnie. Czując na sobie jego skonsternowany
wzrok, zaprzestałam oglądania go. – jak się spało? – dodał po chwili.
– Słabo, jakiś gość wepchał mi się do łóżka - prychnęłam rozbawiona,
otulając się szlafrokiem, a następnie wstając z łóżka, jednocześnie
skutecznie umykałam przed bacznym spojrzeniem mężczyzny. – mam dzisiaj
dużo do zrobienia, ale jak chcesz, to w sumie możesz tu zostać, jedzenie
samo nie zniknie, a trzeba się go jakoś pozbyć – ubrałam się za ścianą,
mówiąc głośniej do niego. Kiedy weszłam do sypialni, on jeszcze leżał w
najlepsze, ale w końcu nie miał żadnych obowiązków.
– A co jest tak ważnego? – mruknął.
– Muszę nakarmić najpierw Doriana, spisać raport i zawieźć go Radzie.
Potem pewnie ktoś się nawinie, bo będę potrzebna w wiosce, w końcu
jestem dyktatorką – powiedziałam dumnie, pokazując mu język, po czym
wyszłam z sypialni, a następnie z domu. Wymieszałam paszę, jednocześnie
wlewając świeżej wody do poidła, a jedzenie wsypując do żłobu. Zajęło mi
to tylko stosunkowo krótką chwilę, a więc po chwili kierowałam się z
powrotem do domu. Z naprzeciwka, z błotnistej, wydeptanej ścieżki
wyszedł mężczyzna z naręczem gazet i listów - poczta.
– Dobry, Pani Dyktator – mruknął, pochłonięty szukaniem przesyłki
przeznaczonej dla mnie. Po chwili wyciągnął odpowiednią paczkę, żegnając
się i odchodząc. Lubiłam tego człowieka, był konkretny i profesjonalny.
Zębami rozerwałam list, wchodząc do domu i zamykając za sobą następnie
drzwi. Zaczęłam czytać, a z każdym słowem mój oddech robił się coraz
płytszy i urywany.
„Pragniemy poinformować, że Gabriel Murphy, zwany także jako Jules,
został znaleziony dnia wczorajszego przed północą martwy na terenie
wioski. Z tego powodu oraz, że była to Pani rodzina, zorganizowany
zostanie pogrzeb, a Gabriel zostanie pochowany w należyty sposób” -
przeczytałam, czując jak moje oczy niekontrolowanie wilgotnieją.
Zamrugałam szybko, na szczęście je przeganiając. Jeśli chciałam płakać,
to najpierwsze co, musiałam wygonić z mojego domu Lucia. Nogi miałam jak
z galarety, cała się trzęsłam. Poszłam do kuchni, aby siąść, ale na
moje nieszczęście, siedział tam mężczyzna, z którym spędziłam upojną
noc. Jak na przekór, zobaczyłam parujący garnek wieprzowiny, która była
ulubionym daniem mojego zmarłego brata. Z kamienną twarzą przeszłam
szybkim krokiem do sypialni, kładąc się do łóżka i próbując zasnąć, aby
tylko zapomnieć o felernym liście. Często byłam pozbawiana przyjaciół,
rodziny, ale zawsze znalazł się jeszcze ktoś, kto mi zostawał. Teraz to
ja zostałam sama jak palec.
Lucio?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jules. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jules. Pokaż wszystkie posty
28 sierpnia 2018
23 sierpnia 2018
Od Julesa CD Nyx
Droga była długa, ale chyba tej panience z zakrwawioną nogą nie bardzo to przeszkadzało, a przynajmniej tak sobie wmawiałem, starając się nie zwracać na wkurzające mnie syknięcia dochodzące zza pleców. Szła za mną, zachowując spory dystans, więc wystarczyło, żebym przyspieszył kroku, a ona została by daleko w tyle. Miałem dzisiaj na tyle dobry humor, że szedłem podśpiewując coś ponownie pod nosem i jakoś nieszczególnie przeszkadzała mi kaleka idąca kilka metrów za moimi plecami. I to co, że miała w ręce ostro wyglądającą włócznię, jakoś tak mnie nie obchodziło, co może z nią zrobić. W końcu doszliśmy do granicy wioski, a dziewczyna chyba odczuła znaczną zmianę aury, bo moja siostra była przecież taka kochana, cudowna i uczynna.
Dałem gestem znak dziewczynie, żeby się zatrzymała.
– Galia? – wyszeptałem. Wolałem nie robić jej problemu, zawsze mi pomagała, więc niefajnie by było odwdzięczyć się jej Radą na karku. – jesteś? – dodałem, a po chwili z krzaków wyszła i ona. Po jej mimice twarzy mogłem wywnioskować, że chyba nie był zbytnio zadowolona, co było nowością, bo z jej dziwnych grymasów zazwyczaj nie idzie zupełnie nic odczytać.
– Czy ci kompletnie odbiło? – przywitała się standardowo, z samego startu robiąc mi wyrzuty, a co ja miałem tak na dobrą sprawę poradzić sam? – drugi raz już do mnie dzisiaj przychodzisz. Wiesz czym to grozi? Jeśli wyda się, że ci pomagam to będę miała delikatnie mówiąc przesr*ne. Won mi sio poszedł – po wiązance bliżej nieokreślonych przymiotników podeszłą nieco bliżej, oglądając moją nową - koloryzowane - koleżankę.
– Cichaj, siostra – powiedziałem bez pomysłu, była dzisiaj nadto energiczna i jej aura mi przeszkadzała. - to nie o mnie chodzi tym razem – dodałem po chwili, wskazując na dziewczynę za mną, którą pewnie zauważyła sama już wcześniej bez mojej pomocy.
– Jules – jej głos mroził krew w żyłach. – jeśli przyprowadziłeś mi właśnie kolejnego, nieudolnego samotnika, który nie potrafi sam o siebie zadbać i chcesz, żebym go nakarmiła, to się grubo mylisz.
Kiedy skończyła prawić mi kazanie - a w sumie, to jako starszy brat powinienem robić to ja - spojrzałem na bladą dziewczynę za moimi plecami. Chyba nie czuła się dobrze w towarzystwie Galii, ale pomijając tę jej szkapę (i mnie), to kto by się czuł? W ciągu jednej chwili stała, a następnie runęła na ziemię jak długa, a musicie wiedzieć, że Galia mieszkała na bagnach i nowo przybyła nie wyglądała teraz najlepiej. Błoto miała właściwie wszędzie - na twarzy, rękach, nogach - by w ranie nie, bo ja nie będę chciał patrzeć na jej amputację, a pewnie Galia by mnie do tego zmusiła. Coraz zwoziłem jej pacjentów, mimo że jej lecznicze umiejętności były nikłe. Często musiała kogoś nieudolnie operować albo próbować to zrobić, więc nieczęsto chodziliśmy na pogrzeby, ale miałem nadzieję, że z tą nieznaną mi dziewczyną będzie inaczej.
– No i masz – powiedziałem, rozkładając ręce. – jak się przekręci, to będzie tylko i wyłącznie twoja wina – wskazałem na nią oskarżycielsko palcem.
– Dobra – westchnęła zła, przeszła obok mnie uderzając mnie z bara, jak to mieliśmy w zwyczaju jako małe dzieci (kiedyś prawie przez to zwichnąłem jej ramię, ale mniejsza), a następnie podeszła do na wpół żywej nieznajomej. Kazała mi przenieść ją na kanapę w jej chacie, co zrobiłem. Siadłem wygodnie w fotelu przed kominkiem, obserwując jej poczynania. Obmyła dziewczynę z błota, a następnie zajęła się raną, na co wolałem nie patrzeć. W tym czasie taksowałem wzrokiem dom dziewczyny, który mimo, że z zewnątrz przypominał opuszczony, to w środku był naprawdę niezły. Przestronny, z murowaną posadzką, na której leżały wilcze (chyba) skóry, niezwykle puszyste, zresztą. Stary kominek dobrze pełniący swoją rolę, mała, przytulna kuchnia i odgrodzona sypialnia z dwoma łazienkami od reszty domu. Miałem nawet tutaj swoją szafę z uszytymi przez Galię ciuchami!
– Zamiast się gapić wszędzie, tylko nie tu, mógłbyś podać mi jakieś leki przeciwbólowe, bo zaczyna się wybudzać – warknęła, widząc jak bardzo nieprzydatny jestem. Ale obiecuję, że to tylko dzisiaj jest nie mój dzień.
Nyx?
Dałem gestem znak dziewczynie, żeby się zatrzymała.
– Galia? – wyszeptałem. Wolałem nie robić jej problemu, zawsze mi pomagała, więc niefajnie by było odwdzięczyć się jej Radą na karku. – jesteś? – dodałem, a po chwili z krzaków wyszła i ona. Po jej mimice twarzy mogłem wywnioskować, że chyba nie był zbytnio zadowolona, co było nowością, bo z jej dziwnych grymasów zazwyczaj nie idzie zupełnie nic odczytać.
– Czy ci kompletnie odbiło? – przywitała się standardowo, z samego startu robiąc mi wyrzuty, a co ja miałem tak na dobrą sprawę poradzić sam? – drugi raz już do mnie dzisiaj przychodzisz. Wiesz czym to grozi? Jeśli wyda się, że ci pomagam to będę miała delikatnie mówiąc przesr*ne. Won mi sio poszedł – po wiązance bliżej nieokreślonych przymiotników podeszłą nieco bliżej, oglądając moją nową - koloryzowane - koleżankę.
– Cichaj, siostra – powiedziałem bez pomysłu, była dzisiaj nadto energiczna i jej aura mi przeszkadzała. - to nie o mnie chodzi tym razem – dodałem po chwili, wskazując na dziewczynę za mną, którą pewnie zauważyła sama już wcześniej bez mojej pomocy.
– Jules – jej głos mroził krew w żyłach. – jeśli przyprowadziłeś mi właśnie kolejnego, nieudolnego samotnika, który nie potrafi sam o siebie zadbać i chcesz, żebym go nakarmiła, to się grubo mylisz.
Kiedy skończyła prawić mi kazanie - a w sumie, to jako starszy brat powinienem robić to ja - spojrzałem na bladą dziewczynę za moimi plecami. Chyba nie czuła się dobrze w towarzystwie Galii, ale pomijając tę jej szkapę (i mnie), to kto by się czuł? W ciągu jednej chwili stała, a następnie runęła na ziemię jak długa, a musicie wiedzieć, że Galia mieszkała na bagnach i nowo przybyła nie wyglądała teraz najlepiej. Błoto miała właściwie wszędzie - na twarzy, rękach, nogach - by w ranie nie, bo ja nie będę chciał patrzeć na jej amputację, a pewnie Galia by mnie do tego zmusiła. Coraz zwoziłem jej pacjentów, mimo że jej lecznicze umiejętności były nikłe. Często musiała kogoś nieudolnie operować albo próbować to zrobić, więc nieczęsto chodziliśmy na pogrzeby, ale miałem nadzieję, że z tą nieznaną mi dziewczyną będzie inaczej.
– No i masz – powiedziałem, rozkładając ręce. – jak się przekręci, to będzie tylko i wyłącznie twoja wina – wskazałem na nią oskarżycielsko palcem.
– Dobra – westchnęła zła, przeszła obok mnie uderzając mnie z bara, jak to mieliśmy w zwyczaju jako małe dzieci (kiedyś prawie przez to zwichnąłem jej ramię, ale mniejsza), a następnie podeszła do na wpół żywej nieznajomej. Kazała mi przenieść ją na kanapę w jej chacie, co zrobiłem. Siadłem wygodnie w fotelu przed kominkiem, obserwując jej poczynania. Obmyła dziewczynę z błota, a następnie zajęła się raną, na co wolałem nie patrzeć. W tym czasie taksowałem wzrokiem dom dziewczyny, który mimo, że z zewnątrz przypominał opuszczony, to w środku był naprawdę niezły. Przestronny, z murowaną posadzką, na której leżały wilcze (chyba) skóry, niezwykle puszyste, zresztą. Stary kominek dobrze pełniący swoją rolę, mała, przytulna kuchnia i odgrodzona sypialnia z dwoma łazienkami od reszty domu. Miałem nawet tutaj swoją szafę z uszytymi przez Galię ciuchami!
– Zamiast się gapić wszędzie, tylko nie tu, mógłbyś podać mi jakieś leki przeciwbólowe, bo zaczyna się wybudzać – warknęła, widząc jak bardzo nieprzydatny jestem. Ale obiecuję, że to tylko dzisiaj jest nie mój dzień.
Nyx?
Od Julesa CD Nyx
Przemierzałem las jak zawsze, bez celu, najedzony, ciepło ubrany i z zaspokojonymi potrzebami. No, może trochę chciało mi się do łazienki, ale pomijając ten fakt, było bardzo dobrze. Lepiej niż zazwyczaj, bo dzisiaj Galia uraczyła mnie prawdziwym, dobrze usmażonym (a nie tylko podgrzanym) mięsem, na które od tak długiego czasu miałem ochotę. Preferowałem krwiste steki, bo nie zawsze miałem okazję napić się krwi prosto z żyły, po dobroci nikt by mi tego nie dał, nawet gdybym umierał. No, Galia by dała, ale jest żniwiarzem, a oni mają okropne osocze. Podśpiewując sobie pod nosem szedłem jakąś mniej, czy więcej wydeptaną ścieżką, w sumie to nawet nie wiedząc gdzie jestem, ale to było aktualnie moim ostatnim zmartwieniem. Słyszałem co jakiś czas podejrzane, dziwne szumy, których zwykle nie słyszy się w lesie, ale było coraz więcej samotników - nie wiedząc skąd, jak i dlaczego - więc las zaczął powoli obrastać w mieszkańców, tych milszych i tych groźniejszych, ale tym się akurat nie przejąłem, bo nie ma kogoś, z kim nie dałbym sobie rady, a nawet jeśli, jakoś i tak bym sobie poradził. W pewnym momencie, idąc tak (dalej bez konkretniejszego celu), usłyszałem już wyraźniej, były to głównie soczyste przekleństwa, któych najlepszy szewc by się nie powstydził, a potem także jakieś bliżej niezidentyfikowane pomruki, niektóre przepełnione bólem. Coraz bliżej źródła dźwięku byłem, tym bardziej zaintrygowany się czułem, bo kto to mógłby być taki nieporadny i głośny? Może ktoś nowy, kto nie wie, że w lesie trzeba być cicho, jak makiem zasiał, jeśli nie chce się zostać pożarty albo spalony żywcem? Chociaż, jeśli chodzi o spalenie, to mocno wątpię, bo to by było marnotractwo jedzenia. Dla kanibalów, bo takich także tu pewnie mamy. Odgarniając większe krzaki, w końcu zobaczyłem jakąś kobietę, choć pomyślałbym, że to przedstawiciel mojej płci, gdyby nie wcześniejszy, wyraźnie damski głos. Średniego wzrostu, dobrze zbudowana i z krótkimi włosami, w niczym nie przypominała dziewczyny, ale na swój sposób była całkiem, całkiem. Kiedy tylko mnie zobaczyła, nastroszyła się jak do ataku, a ja w tym samym momencie ujrzałem jej nogę w sidłach.
– Kobieto, co się tak wyrywasz? – zadrwiłem, podnosząc ręce w obronnym geście. Ta uważnie zmierzyła mnie wzrokiem, a ja, siadając na trawie i wystawiając się w stronę słońca, kontynuowałem monolog: – taki fajny dzień, szkoda mi czasu na jakąś walkę, którą i tak bym wygrał, nie łudź się. Poza tym, to mi się nie chcę z tobą kłócić, tobie też się nie chce, boli cię noga, tak, tak, wiem lepiej – nadawałem, nie patrząc na nią. – masz wybór, albo cię tu zostawię na pastwę marnego losu albo pójdziesz ze mną i ci coś zrobią z tą nogą. Nie mówię, że moja siostra jest super odlotową medyczką, bo to akurat ostatnie, na czym się zna, ale ma przynajmniej bandaże – wstałem, otrzepując spodnie z liści. Było ciepło, jak na jesień. Ruszyłem w stronę domu Galii, nie czekając na dziewczynę - będzie chciała, to pójdzie, nie będę jej do niczego zmuszać, w dodatku wyglądała na taką z ciężkim charakterem, a ja wbrew pozorom nie lubię problemów i ludzi, którzy je stwarzają.
Nyx?
– Kobieto, co się tak wyrywasz? – zadrwiłem, podnosząc ręce w obronnym geście. Ta uważnie zmierzyła mnie wzrokiem, a ja, siadając na trawie i wystawiając się w stronę słońca, kontynuowałem monolog: – taki fajny dzień, szkoda mi czasu na jakąś walkę, którą i tak bym wygrał, nie łudź się. Poza tym, to mi się nie chcę z tobą kłócić, tobie też się nie chce, boli cię noga, tak, tak, wiem lepiej – nadawałem, nie patrząc na nią. – masz wybór, albo cię tu zostawię na pastwę marnego losu albo pójdziesz ze mną i ci coś zrobią z tą nogą. Nie mówię, że moja siostra jest super odlotową medyczką, bo to akurat ostatnie, na czym się zna, ale ma przynajmniej bandaże – wstałem, otrzepując spodnie z liści. Było ciepło, jak na jesień. Ruszyłem w stronę domu Galii, nie czekając na dziewczynę - będzie chciała, to pójdzie, nie będę jej do niczego zmuszać, w dodatku wyglądała na taką z ciężkim charakterem, a ja wbrew pozorom nie lubię problemów i ludzi, którzy je stwarzają.
Nyx?
Od Julesa CD Harry
Całkowicie nie wiedziałem o co chodziło tej niedoszłej uzdrowicielce, bo co z niej za medyczka, jak sama też jest umierająca. Znaczy, teraz już nie jest, ale wcześniej myślałem, że wykituje w niedługim czasie. Swoją drogą, mógłbym tu zamieszkać, całkiem tu przytulnie, na dodatek pełno tu nieznajomych dla mnie przyrządów, które mogłyby zostać przeze mnie wykorzystane, niekoniecznie do leczenia ludzi. W mojej skromnej chatce, mieszczącej się trochę poza lasem, nie mam takich zabaweczek, a szkoda. Jedyne co tam jest, to spleśniałe siano zupełnie nie nadające się do zjedzenia (chociaż i tak bym tego nie ruszył, ale na czymś spać muszę), a z racji, że to opuszczona stajnia, to i śmierdzi w niej gównami, które kiedyś tam były. Znaczy, tak sobie tłumaczę, gdy trzeba iść do domu Galii na jedzenie. Tym razem mi się poszczęściło i niczym tu nie śmierdzi, pewnie także nic nie jest spleśniałe i brudne, a w powietrzu unosi się całkiem miły zapach lekarstw, choć ich nie lubię. Nie wiem, co za specyfiki tu trzymają i nie chcę wiedzieć, chyba że to ja miałbym je komuś podać, to wtedy mogłoby być ciekawie.
Aktualnie byłem przytwierdzony do ściany i chociaż mi to niespecjalnie przeszkadzało, to coś natrętnie uwierało mnie w plecy, wwiercając się w nie. Kręciłem się ze znudzeniem, patrząc na długą kończynę dziewczyny, która trochę odbierała jej gracji, czyniąc ją niesymetryczną i dziwną, ale gdyby każdy na tej wyspie był tak dziwny, jak ona, to bylibyśmy prawie zupełnie normalni. Nie wiem, czy trzymanie mnie w tej pozie, w której się znajdowałem, było celowym zabiegiem, ale mogłaby mnie już puścić, gdyż ręka zaczęła mi niemiłosiernie drętwieć. Jak na przekór losowi, akurat w tym momencie usłyszałem pukanie do tej drewnianej, rozpadającej się powłoki zwanej drzwiami. Tak, to była jedyna popsuta rzecz tutaj, ale moja głowa w tym, że jakbym tu zamieszkał, zostałyby naprawione. Niekoniecznie przeze mnie. Drzwi się otworzyły, a ja pierwsze co zobaczyłem, to znajomą mi, czarną, powiewającą wiecznie pelerynę Galii.
– Cześć siostrzyczko, co cię tu sprowadza? – uśmiechnąłem się pewnie.
– Widzę, że jesteś już całkowicie zdrowy – uniosła brwi, patrząc ze zdziwieniem na pozycję, w której się znalazłem.
– To niefortunny wypadek przy pracy, wiesz jak jest – niedbale machnąłem ręką, udając, że wcale nie jest mi niewygodnie. – Gdyby ktoś inny tu wlazł, nie byłoby tak przyjemnie, więc zamknij drzwi, poza tym, przeciąg mi robisz i Zielonka zachoruje – dodałem po chwili, czując coraz lżejszy uścisk dziewczyny. Albo drzewa, nie wiem co tym czymś sterowało. W sensie, mówiąc "to coś", miałem na myśli oczywiście jej kończynę, bo to była jedyna dziwna w niej rzecz, a tak to była całkiem ładna.
– O, to już się przyjaźnicie? Rozumiem, to może powiesz mi, co jest twojej Zielonce zanim sobie stąd pójdę zostawiając was na wzajemne pożarcie? – zironizowała, zakładając ręce na piersi, roztaczając dookoła nieprzyjemną aurę, która dotychczas nie była odczuwalna, a przynajmniej nie aż tak. Już miałem się odezwać, gdy wyprzedziła mnie z tym dziewczyna, jednocześnie mnie uwalniając - kiedy ona mówiła, ja począłem rozmasowywać szyję i kończyny.
Harry?
Aktualnie byłem przytwierdzony do ściany i chociaż mi to niespecjalnie przeszkadzało, to coś natrętnie uwierało mnie w plecy, wwiercając się w nie. Kręciłem się ze znudzeniem, patrząc na długą kończynę dziewczyny, która trochę odbierała jej gracji, czyniąc ją niesymetryczną i dziwną, ale gdyby każdy na tej wyspie był tak dziwny, jak ona, to bylibyśmy prawie zupełnie normalni. Nie wiem, czy trzymanie mnie w tej pozie, w której się znajdowałem, było celowym zabiegiem, ale mogłaby mnie już puścić, gdyż ręka zaczęła mi niemiłosiernie drętwieć. Jak na przekór losowi, akurat w tym momencie usłyszałem pukanie do tej drewnianej, rozpadającej się powłoki zwanej drzwiami. Tak, to była jedyna popsuta rzecz tutaj, ale moja głowa w tym, że jakbym tu zamieszkał, zostałyby naprawione. Niekoniecznie przeze mnie. Drzwi się otworzyły, a ja pierwsze co zobaczyłem, to znajomą mi, czarną, powiewającą wiecznie pelerynę Galii.
– Cześć siostrzyczko, co cię tu sprowadza? – uśmiechnąłem się pewnie.
– Widzę, że jesteś już całkowicie zdrowy – uniosła brwi, patrząc ze zdziwieniem na pozycję, w której się znalazłem.
– To niefortunny wypadek przy pracy, wiesz jak jest – niedbale machnąłem ręką, udając, że wcale nie jest mi niewygodnie. – Gdyby ktoś inny tu wlazł, nie byłoby tak przyjemnie, więc zamknij drzwi, poza tym, przeciąg mi robisz i Zielonka zachoruje – dodałem po chwili, czując coraz lżejszy uścisk dziewczyny. Albo drzewa, nie wiem co tym czymś sterowało. W sensie, mówiąc "to coś", miałem na myśli oczywiście jej kończynę, bo to była jedyna dziwna w niej rzecz, a tak to była całkiem ładna.
– O, to już się przyjaźnicie? Rozumiem, to może powiesz mi, co jest twojej Zielonce zanim sobie stąd pójdę zostawiając was na wzajemne pożarcie? – zironizowała, zakładając ręce na piersi, roztaczając dookoła nieprzyjemną aurę, która dotychczas nie była odczuwalna, a przynajmniej nie aż tak. Już miałem się odezwać, gdy wyprzedziła mnie z tym dziewczyna, jednocześnie mnie uwalniając - kiedy ona mówiła, ja począłem rozmasowywać szyję i kończyny.
Harry?
19 sierpnia 2018
Od Julesa CD Harry
Cholerna dziewczyna, czy ona była taka niekompetentna, czy ja byłem taki chory? Owszem, nie pierwszy raz dostałem nożem i nie pierwszy raz mnie bolało, ale nie spodziewałem się po sobie takiej odpowiedzi na jakąś truciznę. W dodatku musiałem udać się do tego, który mnie zaatakował, abym mógł mu po dobroci - albo nie - odebrać to, co miał. Bo przyznaję bez bicia, że przydałaby mi się taka honorowa broń. Nie słyszałem bicia serca dziewczyny przez moją własną krew krążącą w uszach. Głowa mi pulsowała, a miejsce po ranie promieniowało w dalszym ciągu bólem, choć z każdą chwilą nieznacznie się zmniejszając. Niezła była z niej uzdrowicielka, skoro nie pozostała mi nawet blizna. Okaże się jeszcze, czy taka dobra z niej obywatelka jak medyczka - wystarczy mi czekać, aż zgłosi mnie Radzie i znajdę się poszukiwanym z numerem jeden. Jak myślę, gdyby to zrobiła, doszliby moim śladem do Galii, łącząc fakty o naszym pokrewieństwu i o ile moja siostra zdążyła tu zagrzać miejsce, bez wątpienia by ją wykopali poza granice lasu skazując na pewną śmierć z ręki samotników. Jest jeszcze opcja, że wtrącili by ją do lochu blokującego jej aurę - uczynili by ją śmiertelniczką, a tego by nie przeżyła. Powoli dochodziłem do siebie, krew nie szumiała mi już w uszach, czułem równomierne uderzenia mojego serca, które zdawało się zachowywać tak, jakby minutę temu wcale nie chciało wyskoczyć mi z piersi. Otworzyłem oczy, przeciągając się nieznacznie na trochę niewygodnym posłaniu, ale było na pewno lepsze niż to, co miałem w lesie.
– Jak tam, lekareczko? – siadłem, spuszczając nogi odziane w czarne dresy ze ściągaczami i ciężkie buty. Nie odpowiedziała mi jednak, ale czułem jej bijące serce w pobliżu, miała tętno zupełnie tak, jakby spała. Obejrzałem się za siebie zdezorientowany, a kiedy ujrzałem ją leżącą niedaleko mnie, wstałem. Stanąłem nad nią, przechylając głowę w jedną stronę, jak to miałem już w zwyczaju.
– Wiedziałem, że nie masz ochoty ze mną rozmawiać, ale żeby aż tak? – zadrwiłem, podnosząc jej bezwiedne ciało. Ewentualnie, gdybym był tak zdziczały jak każdy inny samotnik zgwałciłbym ją tutaj, a potem zabił, ale Galia ewidentnie nauczyła mnie ludzkich odruchów w tej dziczy. Położyłem ją tu, gdzie dotychczas leżałem ja sam. – nieźle nam się role odwróciły. Pozwolisz, że się rozejrzę – powiedziałem, krążąc po pokoju, a po chwili dodałem, machając ręką: – jasne, wiem że nie masz nic przeciwko.
Zaglądałem do pojedynczych słoików, które tu stały, do wiader i koszy, aż w końcu z nudów opadłem na krzesło niedaleko stolika. Zupełnie nie wiedziałem co robić i prawdę mówiąc, zacząłem się już martwić. I nudzić, trochę bardziej niż martwić. Podszedłem bliżej leżącej nieruchomo dziewczyny pochylając się nad nią. Nie wiem kim była, ale była nawet ładna, podobała mi się. Była blada jak trup, do czasu - zaczęła odzyskiwać kolory na twarzy, więc chyba było lepiej, prawda? Może potrzebowała po prostu odpoczynku?
Oblałbym ją wodą, gdybym wiedział gdzie mają kran. Zamyślony, nie zauważyłem, kiedy zaczęła otwierać oczy. W sumie, to lepiej, nie lubiłem gadać sam do siebie, a do nieprzytomnej medyczki także mi się nie uśmiechało. Teraz przynajmniej będzie do kogo.
– Jak tam, lekareczko? – siadłem, spuszczając nogi odziane w czarne dresy ze ściągaczami i ciężkie buty. Nie odpowiedziała mi jednak, ale czułem jej bijące serce w pobliżu, miała tętno zupełnie tak, jakby spała. Obejrzałem się za siebie zdezorientowany, a kiedy ujrzałem ją leżącą niedaleko mnie, wstałem. Stanąłem nad nią, przechylając głowę w jedną stronę, jak to miałem już w zwyczaju.
– Wiedziałem, że nie masz ochoty ze mną rozmawiać, ale żeby aż tak? – zadrwiłem, podnosząc jej bezwiedne ciało. Ewentualnie, gdybym był tak zdziczały jak każdy inny samotnik zgwałciłbym ją tutaj, a potem zabił, ale Galia ewidentnie nauczyła mnie ludzkich odruchów w tej dziczy. Położyłem ją tu, gdzie dotychczas leżałem ja sam. – nieźle nam się role odwróciły. Pozwolisz, że się rozejrzę – powiedziałem, krążąc po pokoju, a po chwili dodałem, machając ręką: – jasne, wiem że nie masz nic przeciwko.
Zaglądałem do pojedynczych słoików, które tu stały, do wiader i koszy, aż w końcu z nudów opadłem na krzesło niedaleko stolika. Zupełnie nie wiedziałem co robić i prawdę mówiąc, zacząłem się już martwić. I nudzić, trochę bardziej niż martwić. Podszedłem bliżej leżącej nieruchomo dziewczyny pochylając się nad nią. Nie wiem kim była, ale była nawet ładna, podobała mi się. Była blada jak trup, do czasu - zaczęła odzyskiwać kolory na twarzy, więc chyba było lepiej, prawda? Może potrzebowała po prostu odpoczynku?
Oblałbym ją wodą, gdybym wiedział gdzie mają kran. Zamyślony, nie zauważyłem, kiedy zaczęła otwierać oczy. W sumie, to lepiej, nie lubiłem gadać sam do siebie, a do nieprzytomnej medyczki także mi się nie uśmiechało. Teraz przynajmniej będzie do kogo.
Od Harry CD Julesa
- Mam wybór? - mruknęłam, wciągając chłopaka do środka. Zamknęłam za nami drzwi.
Nie odpowiedział mi, za to cicho jęknął z bólu. Musiałam się pospieszyć, jeśli chciałam mu pomóc. Rana wyglądała na poważną.
Ogarnęłam ze stołu wszystkie przedmioty i kazałam mu się położyć. Ostrożnie podciągnęłam jego koszulę, żeby mieć pełny dostęp do rany.
- Modyfikacja? - spytałam badając, jak daleko sięgały uszkodzenia.
- Wampir. - stęknął, przymykając oczy. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Hmm, myślałam, że są bardziej wytrzymałe. Co się stało?
Z podręcznej apteczki wyjęłam chustkę i zrobiony przez Morrigana w zeszłym tygodniu spirytus, którym polałam ranę.
- Nie wiem. - wziął płytki oddech. - Jakiś facet... dźgnął mnie sztyletem.
Po odkażeniu, zajęłam się zszywaniem. Nie mieliśmy tutaj specjalistycznych nici, ale bawełniane musiały wystarczyć. Cierpliwie przeciągałam igłę w tę i z powrotem, przy akompaniamencie jęków chłopaka.
- Jak masz na imię? - zapytałam, nie przerywając zadania. Nie miałam wielu roślinnych środków przeciwbólowych, a rozmową mogłam chociaż trochę odwrócić jego uwagę od bólu. I zachować go przy świadomości.
- Jules.
- Niesławny brat Galii, co? Nie wiedziałam, że ma rodzeństwo.
- I dobrze. Im mniej świadków, tym lepiej.
Nie pytałam o to, kim jest, chociaż domyślałam się. Nie obchodziło mnie to. Dopóki nie próbował mnie zabić, wszystko było w porządku. Musiałam wykonać tylko swoją pracę.
Kiedy wreszcie uporałam się z szyciem, obłożyłam ranę roślinami wzmagającymi gojenie i podałam chłopakowi wodę z ziołami dodającymi sił. Na koniec okryłam go kocem.
- Spróbuj zasnąć. Będę niedaleko.
Zostawiłam świeczki dające nikłe światło i weszłam do pokoju obok, który niejako był moją sypialnią. W pierwszym pomieszczeniu zwykle przyjmowałam chorych, jak teraz brata Blair. Tutaj mogłam liczyć na chwilę samotności. Ułożyłam się na łóżku w załomie drzewa wrastającego w dom i dłonią pogłaskałam jego konar. Zaraz spłynął na mnie spokój i poczułam się senna. Moją ostatnią myślą było, że muszę wstać w nocy, żeby sprawdzić, jak przebiega leczenie.
Otworzyłam oczy w kompletnej ciemności, instynktem wyczuwając, że coś jest nie tak. Za oknem siedziała ogromna sowa, pohukiwaniem ostrzegając mnie o niebezpieczeństwie. Natychmiast pognałam do drugiego pokoju.
Widok, który ujrzałam, sparaliżował mnie; chłopak wił się na stole, cały siny i zroszony potem. Jeszcze zanim dotknęłam jego czoła wiedziałam już, że ma poważną gorączkę.
- Jules? Jules? - zawołałam go po imieniu, potrząsając jego ramionami, jednak nie ocknął się.
- Co zrobiłam źle? - zastanawiałam się, chodząc w kółko. Przecież robiłam wszystko tak, jak zawsze. Jak należy. Zatrzymałam się nagle, przypominając sobie jego wcześniejsze słowa. Mężczyzna dźgnął go sztyletem. A co jeśli... jeśli ostrze było zatrute?
Wcześniej nie brałam takiej możliwości pod uwagę, z tej prostej przyczyny, że na wyspie po prostu nie można było wyprodukować każdej trucizny. A na te, które można było, miałam antidota. Zaraz wyczułabym je po zapachu. Nie. To było coś innego.
Uchyliłam nieco koc i odgarnęłam lecznicze rośliny. Tak, jak myślałam, rana nie goiła się, a wokół niej powstała brzydka, żółta obwódka. I jeszcze zioła... te, które dotykały zranienia, były niemal czarne, jakby spalone.
Tylko w jeden sposób mogłam się dowiedzieć, z czym miałam do czynienia.
Wzięłam nożyczki i rozcięłam nimi szwy, które sama wcześniej zakładałam. Ostrożnie wyjęłam resztki nitek, po czym biorąc głęboki oddech, rozszerzyłam ranę. Pomieszczenie przeszył okrzyk bólu.
- Przepraszam. - szepnęłam, choć wiedziałam, że mój pacjent mnie nie słyszy.
Skupiłam się na cięciu. Było teraz o wiele głębsze, a powinno się powoli zasklepiać. Ze środka wypłynęła krew, wraz z ropą i... coś czarnego. Zamoczyłam w tym palce i powąchałam.
Pokój zawirował. Ledwo zdążyłam chwycić się stołu, uważając na pobrudzoną płynem dłoń. Co to do cholery było?
Odpowiedź była prosta: nic z wyspy. Nic dobrego.
Spojrzałam na wijącego się w agonii chłopaka, a potem na drzewo, przechodzące przez środek mojej chatki. Wiedziałam, co muszę zrobić. Tylko w ten sposób mogłam go uratować. Jakby w odpowiedzi, gałęzie dębu zakołysały się zachęcająco.
Podeszłam bliżej, kładąc czystą dłoń na chropowatej korze. Po chwili poczułam moc, rozlewającą się ciepłem od koniuszków moich palców aż do serca. Skóra pokryła się zielonym mchem, ramię wydłużyło w giętką gałąź. Kiedy zyskałam więcej miejsca, przesunęłam się tak, żeby mieć dostęp do rany. Zanurzyłam w niej pokryte zielenią palce i zaczęłam pochłaniać truciznę. Momentami robiło mi się słabo, ale walczyłam z tym. Wszystko zależało teraz ode mnie.
Moja przemieniona skóra ostatecznie dała sobie radę z toksyną. Moja dłoń była teraz o wiele cięższa i na dodatek paliła ogniem. Ze łzami w oczach uniosłam ją nad szklanym naczyniem stojącym na stole i mozolnie zaczęłam przelewać wydobytą z rany ciecz. Chwilami miałam wrażenie, że tracę przytomność, ale drzewo pomagało mi utrzymać się na nogach. Trucizna była lepka jak smoła, nie chciała opuścić mojego organizmu. Kiedy wreszcie się z nią uporałam, było jej kilkanaście mililitrów.
Zachwiałam się, ale udało mi się utrzymać równowagę. Przykryłam czymś szklankę i ponownie przyłożyłam dłoń do rany. Energia popłynęła jeszcze raz, uzdrawiając Jules'a. Na moich oczach zranienie zasklepiało się, aż pozostała po nim lekko zaróżowiona, świeża skóra. Zsiniała twarz powoli zaczynała wracać do normalnego stanu.
Przymknęłam oczy. W końcu mogłam pozwolić sobie na odpoczynek. Osunęłam się po dębie na podłogę, jednocześnie wracając do pełnej ludzkiej postaci. Przyłożyłam policzek do chłodnego drewna i wszystko ogarnęła ciemność.
Nie odpowiedział mi, za to cicho jęknął z bólu. Musiałam się pospieszyć, jeśli chciałam mu pomóc. Rana wyglądała na poważną.
Ogarnęłam ze stołu wszystkie przedmioty i kazałam mu się położyć. Ostrożnie podciągnęłam jego koszulę, żeby mieć pełny dostęp do rany.
- Modyfikacja? - spytałam badając, jak daleko sięgały uszkodzenia.
- Wampir. - stęknął, przymykając oczy. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Hmm, myślałam, że są bardziej wytrzymałe. Co się stało?
Z podręcznej apteczki wyjęłam chustkę i zrobiony przez Morrigana w zeszłym tygodniu spirytus, którym polałam ranę.
- Nie wiem. - wziął płytki oddech. - Jakiś facet... dźgnął mnie sztyletem.
Po odkażeniu, zajęłam się zszywaniem. Nie mieliśmy tutaj specjalistycznych nici, ale bawełniane musiały wystarczyć. Cierpliwie przeciągałam igłę w tę i z powrotem, przy akompaniamencie jęków chłopaka.
- Jak masz na imię? - zapytałam, nie przerywając zadania. Nie miałam wielu roślinnych środków przeciwbólowych, a rozmową mogłam chociaż trochę odwrócić jego uwagę od bólu. I zachować go przy świadomości.
- Jules.
- Niesławny brat Galii, co? Nie wiedziałam, że ma rodzeństwo.
- I dobrze. Im mniej świadków, tym lepiej.
Nie pytałam o to, kim jest, chociaż domyślałam się. Nie obchodziło mnie to. Dopóki nie próbował mnie zabić, wszystko było w porządku. Musiałam wykonać tylko swoją pracę.
Kiedy wreszcie uporałam się z szyciem, obłożyłam ranę roślinami wzmagającymi gojenie i podałam chłopakowi wodę z ziołami dodającymi sił. Na koniec okryłam go kocem.
- Spróbuj zasnąć. Będę niedaleko.
Zostawiłam świeczki dające nikłe światło i weszłam do pokoju obok, który niejako był moją sypialnią. W pierwszym pomieszczeniu zwykle przyjmowałam chorych, jak teraz brata Blair. Tutaj mogłam liczyć na chwilę samotności. Ułożyłam się na łóżku w załomie drzewa wrastającego w dom i dłonią pogłaskałam jego konar. Zaraz spłynął na mnie spokój i poczułam się senna. Moją ostatnią myślą było, że muszę wstać w nocy, żeby sprawdzić, jak przebiega leczenie.
Otworzyłam oczy w kompletnej ciemności, instynktem wyczuwając, że coś jest nie tak. Za oknem siedziała ogromna sowa, pohukiwaniem ostrzegając mnie o niebezpieczeństwie. Natychmiast pognałam do drugiego pokoju.
Widok, który ujrzałam, sparaliżował mnie; chłopak wił się na stole, cały siny i zroszony potem. Jeszcze zanim dotknęłam jego czoła wiedziałam już, że ma poważną gorączkę.
- Jules? Jules? - zawołałam go po imieniu, potrząsając jego ramionami, jednak nie ocknął się.
- Co zrobiłam źle? - zastanawiałam się, chodząc w kółko. Przecież robiłam wszystko tak, jak zawsze. Jak należy. Zatrzymałam się nagle, przypominając sobie jego wcześniejsze słowa. Mężczyzna dźgnął go sztyletem. A co jeśli... jeśli ostrze było zatrute?
Wcześniej nie brałam takiej możliwości pod uwagę, z tej prostej przyczyny, że na wyspie po prostu nie można było wyprodukować każdej trucizny. A na te, które można było, miałam antidota. Zaraz wyczułabym je po zapachu. Nie. To było coś innego.
Uchyliłam nieco koc i odgarnęłam lecznicze rośliny. Tak, jak myślałam, rana nie goiła się, a wokół niej powstała brzydka, żółta obwódka. I jeszcze zioła... te, które dotykały zranienia, były niemal czarne, jakby spalone.
Tylko w jeden sposób mogłam się dowiedzieć, z czym miałam do czynienia.
Wzięłam nożyczki i rozcięłam nimi szwy, które sama wcześniej zakładałam. Ostrożnie wyjęłam resztki nitek, po czym biorąc głęboki oddech, rozszerzyłam ranę. Pomieszczenie przeszył okrzyk bólu.
- Przepraszam. - szepnęłam, choć wiedziałam, że mój pacjent mnie nie słyszy.
Skupiłam się na cięciu. Było teraz o wiele głębsze, a powinno się powoli zasklepiać. Ze środka wypłynęła krew, wraz z ropą i... coś czarnego. Zamoczyłam w tym palce i powąchałam.
Pokój zawirował. Ledwo zdążyłam chwycić się stołu, uważając na pobrudzoną płynem dłoń. Co to do cholery było?
Odpowiedź była prosta: nic z wyspy. Nic dobrego.
Spojrzałam na wijącego się w agonii chłopaka, a potem na drzewo, przechodzące przez środek mojej chatki. Wiedziałam, co muszę zrobić. Tylko w ten sposób mogłam go uratować. Jakby w odpowiedzi, gałęzie dębu zakołysały się zachęcająco.
Podeszłam bliżej, kładąc czystą dłoń na chropowatej korze. Po chwili poczułam moc, rozlewającą się ciepłem od koniuszków moich palców aż do serca. Skóra pokryła się zielonym mchem, ramię wydłużyło w giętką gałąź. Kiedy zyskałam więcej miejsca, przesunęłam się tak, żeby mieć dostęp do rany. Zanurzyłam w niej pokryte zielenią palce i zaczęłam pochłaniać truciznę. Momentami robiło mi się słabo, ale walczyłam z tym. Wszystko zależało teraz ode mnie.
Moja przemieniona skóra ostatecznie dała sobie radę z toksyną. Moja dłoń była teraz o wiele cięższa i na dodatek paliła ogniem. Ze łzami w oczach uniosłam ją nad szklanym naczyniem stojącym na stole i mozolnie zaczęłam przelewać wydobytą z rany ciecz. Chwilami miałam wrażenie, że tracę przytomność, ale drzewo pomagało mi utrzymać się na nogach. Trucizna była lepka jak smoła, nie chciała opuścić mojego organizmu. Kiedy wreszcie się z nią uporałam, było jej kilkanaście mililitrów.
Zachwiałam się, ale udało mi się utrzymać równowagę. Przykryłam czymś szklankę i ponownie przyłożyłam dłoń do rany. Energia popłynęła jeszcze raz, uzdrawiając Jules'a. Na moich oczach zranienie zasklepiało się, aż pozostała po nim lekko zaróżowiona, świeża skóra. Zsiniała twarz powoli zaczynała wracać do normalnego stanu.
Przymknęłam oczy. W końcu mogłam pozwolić sobie na odpoczynek. Osunęłam się po dębie na podłogę, jednocześnie wracając do pełnej ludzkiej postaci. Przyłożyłam policzek do chłodnego drewna i wszystko ogarnęła ciemność.
Od Julesa CD Różanookiej
Życie w lesie i na własną rękę z pewnością mogłoby być czymś, co mógłbym polubić i może nawet wkręcić w to Galię, moją młodszą siostrę - oczywiście, gdyby nie fakt, że na każdym kroku czekała śmierć. Wystarczało na chwilę zamknąć oczy, stojąc w najbardziej uczęszczanym przez samotników miejscu, aby już nigdy ich nie otworzyć. W dodatku, nie mielibyśmy szans na godny pochówek, z racji, że nie należymy do osady, tak więc, rozszarpane trupy w krzakach są tu na porządku dziennym, aż do tego stopnia, że zapach zgnilizny i rozkładanego ciała przestał mi przeszkadzać, a przynajmniej z reguły, bo normalnie - nienawidzę tego. Dzisiejszy dzień również nie był wyjątkiem. Miałem ochotę na prysznic, w miarę ciepły, więc wybrałem się do Galii, która uraczyła mnie również sałatką i dobrym, przysmażanym mięsem żaląc mi się przy okazji, że z jej kochanym koniem coś jest nie tak i, że to sprawka "takich, jak ja". Możliwe, ale nikt nie kazał jej opuszczać bezpiecznych granic osady. Swoją drogą, lepiej, że nie jest samotnikiem - pomijając fakt, że by sobie nie poradziła, a w wiosce nie muszę się o nią martwić, to miałem całkiem dobry dom, do którego mogłem w razie czego wrócić - dom Galii. Była za dobra na bycie samotnikiem i za dobra, aby mnie do swojej chaty nie wpuścić. Wracałem właśnie od niej, było po zmroku, a ja w świetnym humorze, więc szedłem, przedzierając się przez krzaki na tyle, na ile mogłem. Do pewnego momentu.
Mój świetny, wyczulony słuch od razu wyłapał coś intrygującego w krzakach nieopodal, a nos zarejestrował nowy zapach. W sumie, to akurat nie za sprawą mojego wampiryzmu, ja po prostu byłem taki dobry.
– A kto tu się ukrywa, hm? – spytałem drwiąco, doskonale widząc mój obiekt zainteresowania. Była nim dziewczyna o delikatnej urodzie i różowych oczach. Na pewno nie mogę powiedzieć, że była brzydka, bo bym zgrzeszył, ale widziałem ładniejsze dziewczyny. Mimo wszystko, ta także była interesująca. Tylko dlaczego taka przestraszona? – wyjdź, i tak cię widzę – przewróciłem oczami, a ona zaczęła się wiercić niespokojnie. – daj spokój, jak zabijam to bezboleśnie – zaśmiałem się, ale chyba przeraziłem ją jeszcze bardziej. – nie lubię zabawy w kotka i myszkę, w ogóle to w nic nie lubię się bawić. Zamierzasz tutaj tak siedzieć w krzakach, czy wyjdziesz, bo właśnie idę do domu na przepyszną kolację? Wiesz, wyznaję zasadę "gość w dom, Bóg w dom", a w Boga nie wierzę. To jak będzie?
Stałem przez dłuższy czas w jednym miejscu, podpierając się o jedno z miliona drzew tutaj - większego gąszczu wybrać sobie nie mogła. Kiedy mój pobratymiec pijący krew, komar, zaczął mnie podgryzać, dałem sobie słowo, że jeszcze chwila i trafi mnie jasny szlag, a ją zostawię tutaj na pastwę losu. I już, gdy miałem odchodzić, w najbardziej odpowiednim momencie - choć mogłaby szybciej - wyszła, mierząc mnie nieufnym spojrzeniem.
– Wiesz co, przestań mnie denerwować i chodź na to żarcie, zanim się rozmyślę, a ty umrzesz z głodu, albo cię rozszarpie ktoś mniej przyjemny, niż ja. Albo wiesz co? Jeszcze lepiej, zaprowadzę cię do Galii, ona będzie wiedziała, co z tobą zrobić, bo ja nie umiem się chyba obchodzić z kobietami – przewróciłem oczami, idąc w stronę wioski, kiedy usłyszałem drobne, powolne kroki za sobą.
Różanooka? akurat teraz się najadłam
Mój świetny, wyczulony słuch od razu wyłapał coś intrygującego w krzakach nieopodal, a nos zarejestrował nowy zapach. W sumie, to akurat nie za sprawą mojego wampiryzmu, ja po prostu byłem taki dobry.
– A kto tu się ukrywa, hm? – spytałem drwiąco, doskonale widząc mój obiekt zainteresowania. Była nim dziewczyna o delikatnej urodzie i różowych oczach. Na pewno nie mogę powiedzieć, że była brzydka, bo bym zgrzeszył, ale widziałem ładniejsze dziewczyny. Mimo wszystko, ta także była interesująca. Tylko dlaczego taka przestraszona? – wyjdź, i tak cię widzę – przewróciłem oczami, a ona zaczęła się wiercić niespokojnie. – daj spokój, jak zabijam to bezboleśnie – zaśmiałem się, ale chyba przeraziłem ją jeszcze bardziej. – nie lubię zabawy w kotka i myszkę, w ogóle to w nic nie lubię się bawić. Zamierzasz tutaj tak siedzieć w krzakach, czy wyjdziesz, bo właśnie idę do domu na przepyszną kolację? Wiesz, wyznaję zasadę "gość w dom, Bóg w dom", a w Boga nie wierzę. To jak będzie?
Stałem przez dłuższy czas w jednym miejscu, podpierając się o jedno z miliona drzew tutaj - większego gąszczu wybrać sobie nie mogła. Kiedy mój pobratymiec pijący krew, komar, zaczął mnie podgryzać, dałem sobie słowo, że jeszcze chwila i trafi mnie jasny szlag, a ją zostawię tutaj na pastwę losu. I już, gdy miałem odchodzić, w najbardziej odpowiednim momencie - choć mogłaby szybciej - wyszła, mierząc mnie nieufnym spojrzeniem.
– Wiesz co, przestań mnie denerwować i chodź na to żarcie, zanim się rozmyślę, a ty umrzesz z głodu, albo cię rozszarpie ktoś mniej przyjemny, niż ja. Albo wiesz co? Jeszcze lepiej, zaprowadzę cię do Galii, ona będzie wiedziała, co z tobą zrobić, bo ja nie umiem się chyba obchodzić z kobietami – przewróciłem oczami, idąc w stronę wioski, kiedy usłyszałem drobne, powolne kroki za sobą.
Różanooka? akurat teraz się najadłam
13 sierpnia 2018
Od Julesa do Harry
Życie na własną rękę, choć cieszyło, to bywało niebezpieczne. Przez
pierwsze dni na wyspie, przyzwyczajenie się do tego, było ciężkie.
Budziłem się w środku nocy, spałem pod gwiazdami, zwierzyna mi uciekała
między palcami i niekiedy przymierałem z głodu. Wraz z biegiem czasu,
wszystko zaczęło się robić prostsze, czasem pomagała mi w tym wszystkim
moja młodsza siostra, dzięki której dalej jestem tu, gdzie jestem, nie
oszalałem i jestem w pełni sił. Mieszkała w osadzie, bo tam czuła się
bezpieczniej i myślę, że za nic nie chciałaby pozostać sama. Ja na
odwrót. Jak na początku bałem się każdego najmniejszego szelestu, tak
teraz, słysząc coś, czułem się dobrze i jak w domu. W końcu. A musicie
wiedzieć, że zadomowienie się tutaj, jest trudne. Często przemykałem
uliczkami osady, mimo że nienawidziłem tych ludzi, to po części
wykorzystując posadę Galii, miałem tutaj wstęp. Inaczej, gdyby to nie
ona była strażniczką, nie wpuszczono by mnie tu, a zabito, a z reguły
miałem pokojowe nastawienie, a raczej neutralne. W obowiązku Galii
leżało wylegitymowanie każdego, kto przekracza granicę lasu - nieważne,
czy idzie poza nie, czy wchodzi do osady - musi zostać spisany. Ja
miałem takie szczęście, że posiadałem w miarę fałszywy dowód (z którego
jednak nie korzystałem, bo po prostu za szybko szło się zorientować, że w
świetle prawa po prostu dla wioski nie istnieję), więc i nigdy nie
przyznawałem się kim jestem. Potencjalnych świadków ogłuszałem, a
następnie uciekałem, gdyż tak było prościej. Nie chciałem, aby zaczęły
się polowania na moją osobę oraz nie chciałem, aby mnie zabito - nigdy
nie zostawiłbym mojej siostry, która, choć wkurzająca, to rodzina.
Tego akurat dnia, gdy obudziłem się w środku nocy, czując innego "człowieka" działającego na własną rękę, wstałem i udałem się za zapachem w miarę smakowitej krwi, bo w końcu co się nie ma to się lubi co się ma. Z taką myślą powędrowałem za drzewo, przypatrując się nieznajomej, ciężkiej, męskiej sylwetce. Nie wiedziałem kim jest, bo zupełnie było mi to niepotrzebne, ja nie miałem w obowiązku wylegitymować moich ofiar. Podszedłem do niego od tyłu, korzystając z tego, że był czymś tak zajęty, że prawdopodobnie mnie nie słyszał. W mgnieniu oka założyłem dźwignię, następnie wgryzając się w jego tętnicę na nadgarstku, bo akurat to miałem pod ręką. Szamotał się, więc zablokowałem jego ruchy chwytając za szyję, a on nagle uwolnił drugą rękę i odepchnął mnie. Na początku myślałem, że po prostu zwieje, zakręciło mi się w głowie, gdyż za szybko mnie od siebie oderwał, byłem zamroczony jego smakiem krwi. Pod wpływem adrenaliny nic nie czułem, kiedy z całej siły wbił ostrze ponad biodrem, całkowicie na ślepo. Potem uciekł. Upadłem, czując coraz bardziej doskwierający ból, jednocześnie uciskając mocno ranę, bo wiedziałem, że właśnie to powinno się robić. Chyba. Miałem szczęście, że byłem dosłownie przy granicy - ostatkiem sił doczołgałem się do chatki Galii, mocno waląc w drzwi. Pewnie nie spała, rzadko kiedy śpi w nocy - raczej odsypia to nad ranem. Otworzyła je, zirytowana, ale kiedy zobaczyła mnie, leżącego, złapała się za głowę, pomagając mi. Obwiązała mi ranę szmatą, mocno ją zaciskając, a następnie osiodłała konia i posadziła mnie na nim, a raczej sam się posadziłem, bo ona była na to zbyt słaba. Czasami mnie tym denerwowała. Sama siadła z przodu, ruszając galopem, bo ten nie wybijał, gdy poprawnie się siedziało - co innego kłus, w którym to prawdopodobnie moja rana by się powiększyła dwukrotnie. Albo trzykrotnie.
Zamroczony tym razem bólem, a nie krwią, oddychałem ciężko, gdy zwlekła mnie zza siodła i zastukała do drzwi doszczętnie zarośniętego domu, ale nadal bardziej zadbanego, niż jej. Kiedy nikt nie otworzył, zaczęła walić pięścią, jak ja przedtem, chcąc się do niej dostać. Po chwili otworzyła jakaś młoda dziewczyna, ale nie miałem czasu, żeby się nią pozachwycać. Dodatkowo, nie wiem, czy było czym, bo przez mroczki niewiele widziałem.
– Masz pacjenta. To mój brat i uwierz mi, nie chcę ci grozić, więc po dobroci po prostu mu pomóż, zamiast sprawdzać tożsamość – powiedziała Galia drżącym głosem, po czym wróciła na konia. – wrócę tu jutro sprawdzić jak się czujesz, a ty, Harriet, lepiej żebyś go nie wydała – zmierzyła ją wzrokiem, a ja zaśmiałem się cynicznie, patrząc na siostrę. Kiedy odjechała, zostałem sam z dziewczyną.
– To co? Masz ochotę na małą zabawę? – podniosłem prowokacyjnie brwi, wskazując palcem na ranę. Cholernie bolącą ranę.
Harry?
Tego akurat dnia, gdy obudziłem się w środku nocy, czując innego "człowieka" działającego na własną rękę, wstałem i udałem się za zapachem w miarę smakowitej krwi, bo w końcu co się nie ma to się lubi co się ma. Z taką myślą powędrowałem za drzewo, przypatrując się nieznajomej, ciężkiej, męskiej sylwetce. Nie wiedziałem kim jest, bo zupełnie było mi to niepotrzebne, ja nie miałem w obowiązku wylegitymować moich ofiar. Podszedłem do niego od tyłu, korzystając z tego, że był czymś tak zajęty, że prawdopodobnie mnie nie słyszał. W mgnieniu oka założyłem dźwignię, następnie wgryzając się w jego tętnicę na nadgarstku, bo akurat to miałem pod ręką. Szamotał się, więc zablokowałem jego ruchy chwytając za szyję, a on nagle uwolnił drugą rękę i odepchnął mnie. Na początku myślałem, że po prostu zwieje, zakręciło mi się w głowie, gdyż za szybko mnie od siebie oderwał, byłem zamroczony jego smakiem krwi. Pod wpływem adrenaliny nic nie czułem, kiedy z całej siły wbił ostrze ponad biodrem, całkowicie na ślepo. Potem uciekł. Upadłem, czując coraz bardziej doskwierający ból, jednocześnie uciskając mocno ranę, bo wiedziałem, że właśnie to powinno się robić. Chyba. Miałem szczęście, że byłem dosłownie przy granicy - ostatkiem sił doczołgałem się do chatki Galii, mocno waląc w drzwi. Pewnie nie spała, rzadko kiedy śpi w nocy - raczej odsypia to nad ranem. Otworzyła je, zirytowana, ale kiedy zobaczyła mnie, leżącego, złapała się za głowę, pomagając mi. Obwiązała mi ranę szmatą, mocno ją zaciskając, a następnie osiodłała konia i posadziła mnie na nim, a raczej sam się posadziłem, bo ona była na to zbyt słaba. Czasami mnie tym denerwowała. Sama siadła z przodu, ruszając galopem, bo ten nie wybijał, gdy poprawnie się siedziało - co innego kłus, w którym to prawdopodobnie moja rana by się powiększyła dwukrotnie. Albo trzykrotnie.
Zamroczony tym razem bólem, a nie krwią, oddychałem ciężko, gdy zwlekła mnie zza siodła i zastukała do drzwi doszczętnie zarośniętego domu, ale nadal bardziej zadbanego, niż jej. Kiedy nikt nie otworzył, zaczęła walić pięścią, jak ja przedtem, chcąc się do niej dostać. Po chwili otworzyła jakaś młoda dziewczyna, ale nie miałem czasu, żeby się nią pozachwycać. Dodatkowo, nie wiem, czy było czym, bo przez mroczki niewiele widziałem.
– Masz pacjenta. To mój brat i uwierz mi, nie chcę ci grozić, więc po dobroci po prostu mu pomóż, zamiast sprawdzać tożsamość – powiedziała Galia drżącym głosem, po czym wróciła na konia. – wrócę tu jutro sprawdzić jak się czujesz, a ty, Harriet, lepiej żebyś go nie wydała – zmierzyła ją wzrokiem, a ja zaśmiałem się cynicznie, patrząc na siostrę. Kiedy odjechała, zostałem sam z dziewczyną.
– To co? Masz ochotę na małą zabawę? – podniosłem prowokacyjnie brwi, wskazując palcem na ranę. Cholernie bolącą ranę.
Harry?
10 sierpnia 2018
Nowy samotnik - Jules
![]() |
| trixdraws |
Imię i nazwisko: Gabriel Murphy
Wiek: 21
Data urodzenia: 21.10
Numer: 003
Modyfikacja genetyczna: wampir
Status: samotnik
Aparycja: Jules od zawsze był przystojny i nie ukrywał tego, że dużo dziewczyn za nim się swego czasu uganiało. Dłuższe włosy przed ucho w czarnym, hebanowym kolorze, głęboko osadzone oczy o matowym, brązowym spojrzeniu i brwi o idealnym kształcie ponad nimi. Spiczasty nos dodawał mu uroku, zamiast go odbierać, idealnie komponował się z resztą twarzy, podobnie jak wydatne usta, żuchwa i kości policzkowe, które jednak mogą zwodzić innych, że chłopak jest po prostu wychudzony, ale taka jest już jego uroda. Do wychudzenia z pewnością bardzo dużo mu brakuje, gdyż chłopak jest dobrze zbudowany, z widocznymi mięśniami tam, gdzie być powinny i ze wzrostem przekraczającym sto osiemdziesiąt pięć centymetrów. Najczęściej ubrany w to, co uszyje mu siostra, gdyż pod tym względem Blair nie może na nim polegać i dać mu wolnej ręki, bo po prostu nie ubierze się stosownie. Może i ładnie i przyzwoicie, ale na pewno ne stosownie. Tak więc Jules najczęściej chodzi ubrany na czarno, w zwykłe spodnie lub dresy, bluzę albo pelerynę.
Charakter: Jules ma okropny charakter, a Blair z pewnością wdała się w brata. Jeśli chodzi o dyskusje, jest bezkonkurencyjny i nie wpoisz mu swojego zdania, choćbyś mu zapłacił. Nie umie współpracować, dlatego też nie przyjął propozycji siostry, aby dołączyć do wioski. Nie umiałby robić czegoś dla innych, gdyż z reguły martwi się tylko o siebie i swoją siostrę. Nie odzywa się nieproszony, tylko wtedy, gdy musi bronić swojego, jest zdystansowany i oschły, nie przywykł do okazywania emocji osobom, na którym mu nie zależy albo są dla niego obojętne. Nie lituje się i nie współczuje, a to z pewnością odróżnia go od jego siostry, która w głębi duszy jest wrażliwa. On nie, nawet na dnie tej duszy. Od kiedy zaczął pić ludzką krew, wydaje mu się, że stał się kimś ważniejszym i lepszym od takiego pomiota, jakim jest człowiek. Dzięki swojej nadprzyrodzonej sile (między innymi) nie rozumie, jak słabym można być w ludzkim ciele, to i przez to jego szacunek do reszty świata zmalał.
Historia: Po śmierci Elizabeth, która była ogromnym ciosem dla rodzeństwa, Jules, jako starszy brat starał się pracować za ich dwoje i nie załamywać się, ale był tylko człowiekiem, w dodatku był młody, więc niespecjalnie mu się to udało. Skończyli tak, jak zaczęli. Na ulicy. Ludzie nie zwracali na nich uwagi, pewnie myśleli, że są zwykłymi narkomanami i nie zamierzali im pomagać. Wkrótce skończyło się pożywienie, woda, wszystko, za sprawą czego mogliby przeżyć. naukowcy szukali właśnie takich - słabych ogniw w społeczeństwie, których zniknięcie pozostałoby na zawsze niezauważone.
Partner: brak
Wyposażenie: kamienna broń od Galii
Inne: Jules z pewnością jest muzycznie uzdolniony, potrafi wydobyć muzykę ze wszystkiego i ma bardzo ładny głos. Byłoby dobrze, gdyby to było pomocne w przetrwaniu na wyspie, ale cóż, nie jest. Oprócz tego umie jeździć konno, więc często użycza od Blair Doriana i nałogowo ćwiczy wszystkie możliwe sztuki walki, które jego postać wampira mu ułatwia.
Kieruje: justynar010203@wp.pl, *Justine* (howrse)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
