Mężczyzna spodziewał się wszystkiego, od tego, że kobieta jednak go
zaatakuje, że to tak na prawdę pułapka, ale że zostanie zaproszony do
osady na obiad?! Miał niezwykłe szczęście, albo był to sam cud od Boga.
Był jednak niezwykle głodny, a cóż, darowanemu koniowi nie patrzy się w
zęby. W dodatku przy tej dziewczynie - gdzie potem odkrył, że nazywa się
Avalon, - odczuwał same pozytywne emocje. Nie czuł się przy niej
niebezpiecznie, jak przy innych osadnikach, którzy zapewne od razu by go
zabili. Obawiał się tylko jednej rzeczy... no cóż dwóch. To nie był
jednak czas by się zamartwiać. Poszedł grzecznie za kobietą, a ich droga
minęła niezwykle szybko.
Kiedy byli już na miejscu weszli do domu Avalon, który mężczyzna uznał
za całkiem ładny i przytulny. Każdy po wielu tygodniach spania na
drzewach i gołej ziemi uznałby każdy dom za niezwykły, jednak Reske
naprawdę się spodobał. Chwilę zajęło przygotowanie jedzenia, jednak mu
to nie przeszkadzało. Kiedy zszedł na dół po zwiedzaniu piętra i usiadł
przy stole gdzie zakładał, że będą jedli razem z Avalon, cały pokój był
już przygotowany. Świece dawały bardzo przyjemne i przytulne poczucie.
Tak bardzo się cieszył, że zgodził się tu przyjść!
-Pyszne! - Powiedział po zrobionym gryzie przygotowanego jedzenia.
Szybko je zjadł, chociaż dostał większą porcję. Od dawna nie miał
możliwości zjedzenia porządnego dania, i od dawna tak bardzo się nie
najadł.
-Dziękuję ci bardzo! - Uśmiechnął się do dziewczyny.
-Czuje się zobowiązany, jest coś w czym mogę ci pomóc? - Powiedział dość
poważnie, jednak luźno. Jeśli Avalon miałaby zamiar odrzucić jego
propozycję, chłopak uparcie dążył by do swego.
Avalon? :3
5 września 2018
Od Aven Do Lucan'a
Rozjuszony mężczyzna nie wyglądał na zaskoczonego słowami dziewczyny. Stałam obok, czekając aż dystans dzielący nas od ojca-mutanta kopiącego gniewnie kupki liści zwiększy się odpowiednio, uniemożliwiając mu podsłuchanie rozmowy. Niby nie miałam do powiedzenia nic ważnego, ale jeśli Rada potrzebuje takich raportów to lepiej zachować dyskrecję. Tak na wszelki wypadek. Przy okazji miałam czas na poukładanie w głowie mojej wypowiedzi. W końcu przeniosłam oczy na żniwiarkę, wyprostowaną i znów spokojną.
– Zaniosłam książkę do siedziby Rady, została tam skatalogowana i oddałam ją szamanowi. Urzędnik powiedział, że z pytaniami udadzą się do niego.– Powiedziałam na jednym wdechu, wyliczając na palcach. Zobaczyłam, jak wzrok Galii znów powędrował w stronę szybko oddalającego się ciemnego kształtu.– Tego pana spotkałam wychodząc z Kaplicy. Był zdenerwowany, szukał Pani, więc nie chciałam utrudniać.– Skończyłam mówić, zastanawiając się czy znienawidzona jestem już, czy zostanę w niedługim czasie. Dziewczyna westchnęła, wyglądała na wyczerpaną długim dniem.
Nie było sensu dłużej jej przeszkadzać, więc pożegnałam się i ruszyłam zpowrotem w "mój" teren wioski. Właściwie to "nasz", bo inni myśliwi też tam urzędowali i mieli tam swoje domy, oraz co ważniejsze warsztat gdzie mogłam rozebrać zwierzynę i zostawić mój sprzęt. Nie kojarzyłam obecnie, w którą dokładnie stronę mam iść, więc skierowałam się na rynek, stamtąd trafić mogłam w każdy kąt wioski. No, może prawie każdy. Po dotarciu na miejsce przygotowałam kosz na ryby, upleciony jeszcze przed moim przybyciem, przepatrzyłam sieć w poszukiwaniu dziur, później ułożyłam ją w koszu i korzystając z ostatnich promieni naturalnego światła zajęłam się ostrzeniem ościenia z gałęzi tonkowca o jasnym, kamiennym grocie. Najbardziej nadawał się do łowienia masywnych, drapieżnych ryb, które z łatwością rozerwały by sieć na strzępy. Zmieniłam się i rozebrałam, złożyłam ubrania w mojej szafie, jeśli można było zaszczycić tym mianem wyjątkowo niezdarnie wyciosany mebel. Potrzebne mi rzeczy zostawiłam przy drzwiach i udałam się na spoczynek do mojego ukochanego drzewa, z którego spadały ostatnie tego roku liście.
Tyle czasu myślałam o zagubionym w lesie chłopcu, że aż pojawił się w moim śnie. Czułam, jakby o moje własne gałęzie ocierały się małe rączki, a po moich korzeniach deptały drobne stópki, co chwilę przyspieszając do biegu i dając mi poczucie oglądania trasy. Rano obudziłam się wcześniej niż zwykle, szybko zapominając o dziwnym śnie, zanim nawet rozległ się dźwięk dzwonka rozpoczynającego dzień pracy. Słońce nie zdążyło jeszcze wstać, tylko tlące się lampy dawały odrobiny światła. Przez przymrozek wszystko było śliskie, a chodzenie po trawie wymagało zapuszczenia kory na podeszwach stóp. Na moje szczęście nimfie atrybuty dawały mi dużo lepszą mobilność od pozostałych mutantów, co miałam nadzieję umożliwiło by mi ucieczkę, jeśli nie zdołałabym na czas wejść w jakieś drzewo. Zabrałam mój rybacki sprzęt i podreptałam ku zachodniej granicy wioski. W porannej szarówce zobaczyłam patrol strażników więc pomachałam moim prymitywnym narzędziem demaskując moje pobudki. Musieli być dość zajęci, ponieważ tylko skinęli w moją stonę głowami i kontynuowali swój szybki marsz. Ja również przyśpieszyłam kroku. Wiedziałam, jak dostać się na Zalane Bagna, jednak wolałam pojawić się tam jak najszybciej w nadzieji, że o tak wczesnej porze nie spotkam tam żadnego typa z pod ciemnej gwiazdy.
Kiedy wyczułam, jak grunt pod moimi nogami staje się coraz miększy i wilgotniejszy poczułam ulgę. W końcu dotarłam na miejsce. Rodzina dzików korzystająca właśnie z chłodnego wodopoju jedynie podniosła na mnie wszystkie dziesięć par oczu, gdy wyłoniłam się zza drzew. Nawet ryby niespecjalnie uciekały gdy brodziłam szukając odpowiedniego miejsca. Podskubywały moje lekko brązowe już liście i spłoszyła je dopiero sieć lądująca w wodzie. Równie dobrze mogłabym łapać je jedna po drugiej i rzucać do kosza, ale czułam, że to godziło by w zaufanie jakim naturalnie obdarzają mnie zwierzęta. Można by nawet powiedzieć, że natura trzymała dla mnie straż. Dopóki nic nie rzucało się do ucieczki, wiedziałam że jestem bezpieczna. Siadłam na stromym, gliniastym brzegu pośród kolan masywnego cyprysa, kosz odsunęłam za siebie i czekałam na połów bawiąc się ościeniem i przeczesując liście na głowie, zastanawiawiając się czy co roku te kolory będą się zmieniać, czy to coś podobne do łysienia.
Długi czas oglądałam siwe biegusy dłubiące w podmokłej ziemi. Coś zwróciło ich uwagę, ciągle spoglądały na lewo ode mnnie przekrzywiając maleńkie łebki. Wychyliłam się z ukrycia i zobaczyłam wysokiego blondyna patrzącego na wodę. Nie pamiętałam, czy widziałam go kiedyś w wiosce, ale był zdecydowanie zbyt elegancki, żeby można było go uznać za jednego z tych samotnych dzikusów, przed którymi przestrzegano mnie od momentu postawienia stopy na terenie wioski, a z pewnością niczym nie przypominał potwora z wczorajszego ataku. Zbliżył się do brzegu, a brodzące ptaszki, na które patrzył ze stoickim spokojem zaczęły szybko iść w moją stronę. Zobaczył mnie, uczepioną wystających korzeni oddechowych drzewa z bardzo zdziwioną miną. On też niespodziewał się towarzystwa.
–Uhm...Dzień dobry?– powiedziałam z lekkim zająknięciem, nie wiedząc jak powinnam odezwać się do kogoś, kto mógł okazać się śmiertelnym zagrożeniem. Czułam nieprzyjemne ukłucie, gdy z moich stóp wyrzynały się kolce, nie wiedząc, czy zaraz nie będę musiała dać dyla.
Lucan?
2 września 2018
Od Harry CD Lucan'a
- Na twoim miejscu - wycedziłam, próbując się nieco przesunąć. - nie zastanawiałabym się nad moimi moralnymi pobudkami, a raczej nad tym, co się stanie, kiedy mnie wkurzysz.
Musiałam jedynie dotknąć czegoś żywego. Wtedy mogłabym cisnąć nim na drugi koniec chaty i spokojnie uciec. Na razie jednak nie mogłam nic takiego znaleźć, a pomimo tego, że mężczyzna nie przytrzymywał mnie zbyt mocno, ruchy miałam... nieco ograniczone.
- Czytałem trochę o nimfach. - na poły zaśmiał się, na poły dyszał z bólu. - Potrzebujesz natury, żeby się zmienić, co? Wielka szkoda, że tu wszędzie jest podłoga.
Patrząc mu prosto w dziwne, żółte oczy, oceniłam nasze szanse. Następne pół minuty zajęło mi gwałtowne wyrywanie się i kopanie, ale choć ranny, Lucan dalej był niezwykle silny. Kiedy znieruchomiałam, sapiąc ze zmęczenia, tylko uśmiechnął się lekko.
- Przysięgam, że jak tylko się stąd wydostanę, to stracisz to i owo. - rzuciłam nienawistnie, zdając sobie sprawę z tego, jak śmiesznie to wyglądało. Nastolatka grożąca dorosłemu, dobre sobie.
- Uważaj, piękności. Takich obietnic strasznie trudno jest dotrzymać.
- Już moja w tym głowa.
Popatrzył na mnie znacząco, oczekując odpowiedzi na pytanie. Zacisnęłam usta, zdecydowana, że nie pójdzie mu tak łatwo.
- No, już. Zaręczam Ci, że mam dziś ciekawsze rzeczy do roboty. Bądź grzeczną dziewczynką i odpowiedz na moje pytania, a puszczę cię wolno.
- To chyba logiczne. - syknęłam w końcu. - Jeśli Samotnik dostanie się na teren wioski, mamy obowiązek kogoś o tym poinformować.
- Myślałem, że mamy umowę.
- Umowę? - prychnęłam. - Z Samotnikiem? Wiem doskonale, jacy jesteście. Dałabym ci, czego potrzebujesz, a ty w zamian poderżnąłbyś mi gardło. Nie, dzięki, wolę nie wchodzić w takie układy.
Przez jego twarz przemknął wyraz zdziwienia, ale zaraz zastąpiła go maska obojętności.
- Uratowałem cię.
- I ja ciebie. - odparłam. - Jesteśmy kwita. A teraz jeśli możesz, z łaski swojej, wypuść mnie.
Lucan westchnął, po czym powoli podniósł się na kolana, krzywiąc z bólu. Wydostałam się szybko, chcąc pobiec w kierunku drzwi, ale coś mnie zatrzymało. Mężczyzna wcale mnie nie gonił. Nie chciał zrobić mi krzywdy. W każdym razie teraz.
Usiadłam powoli naprzeciwko niego, podciągając kolana do brody. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Oddychał ciężko, co przypomniało mi o jego stanie.
- Przyniosłam liście żyworódki pierzastej. - skinęłam głową w stronę białego zawiniątka leżącego na stole. Spojrzał w tamtą stronę. - Nie znalazłam jeszcze antidotum na tę truciznę, ale nie masz jej już w organizmie, nie powinna ci zagrażać. Ta roślina pomoże ci poczuć się lepiej.
- Dlaczego? - spytał z goryczą. - Dlaczego mi pomagasz, skoro jestem takim wielkim, groźnym Samotnikiem?
Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią.
- Bo jesteś wielkim, groźnym Samotnikiem. - odparłam powoli. - A ja chcę jeszcze pożyć.
Pozwoliłam słowom zawisnąć w powietrzu, po czym ostrożnie wstałam i wycofałam się do drzwi. Całą drogę powrotną przebiegłam, nie zatrzymując się na chwilę.
Lucan?
1 września 2018
Podsumowanie miesiąca - sierpień
Blog został założony całkiem niedawno i w bardzo szybkim czasie się porządnie rozwinął. Jesteśmy bardzo szczęśliwe i dumne, że coś, nad czym sporo pracowałyśmy (i nadal pracujemy) tak dobrze się przyjęło. Chciałyśmy podziękować wam za taką aktywność, a także za wszelką pomoc, rady i nowe pomysły, które rozsądnie przemyślimy. Dziękujemy również za wszelkie wykonane przez was grafiki na naszego bloga.
Wrzesień się oficjalnie zaczął, a z nim nowy rok szkolny, dlatego przesyłamy wam dużo cierpliwości i siły na kolejne świetne dni spędzone w szkole [zamknij się]. Mamy nadzieję, że znajdziecie jednak trochę czasu na bloga i od czasu do czasu coś tutaj napiszecie!
Przypominam również, że event nadal trwa, więc zachęcamy do wzięcia w nim udziału!
Takim sposobem też doczekaliśmy się pierwszego podsumowania miesiąca:
Stan osadników:
- 8 kobiet
- 2 mężczyzn
Stan samotników:
- 3 kobiety
- 5 mężczyzn
Łączna liczba postaci na blogu:
17
Dyktatorzy na wrzesień:
- Morrigan (9 głosów)
- Aven (4 głosy)
Stan opowiadań:
- Galia: 19
- Lucio: 7
- Jules: 7
- Tenebris: 6
- Aven: 4
- Reske: 4
- Chakori: 4
- Harry: 4
- Lucan: 4
- Nyx: 4
- Morrigan: 3
- Avalon: 3
- Nilla: 2
- Raven: 2
- Różanooka: 2
- Melody: 2
- Fafnir: 2
- Ancymon: 2
- Anaya: 1
Osoby, które nie napisały jeszcze opowiadania lub napisały tylko jedno, przypominamy o aktywnym udzielaniu się na blogu i w nagłych przypadkach zgłaszaniu nieobecności.
~
Wraz z początkiem września, na blogu nastąpiła zmiana pogody z jesieni na zimę, dlatego też zalecane są kąpiele we wrzątku.
Niedługo możecie spodziewać się nowych gatunków magicznych zwierząt, do których przygarnięcia również namawiamy.
Dziękuję za uwagę, jeszcze raz wam dziękujemy i mamy nadzieję, że wrzesień, mimo rozpoczęcia roku szkolnego będzie tak samo udany.
~Szanowna administracja [chociaż i tak Mashi wszystko napisała c;]
Od Galii CD Lucia
Nie wiem, co Lucio sobie myślał idąc za mną, mimo że ja chciałam
spokoju. Płacząc przy nim wiedziałam, że w przyszłości (o ile będziemy
ją ze sobą dzielić), wypominanie mi tego stanie się na porządku
dziennym, a tego, rzecz jasna, nie chciałam. Strata bliskiego jest czymś
okropnym i mimo, że doświadczyłam tego uczucia tyle razy, to wciąż było
mi obce i za każdym razem bolało mnie tak samo, a może i bardziej. Nie
wiem, co w życiu stracił Lucio (a skoro znajdował się na wyspie, to coś
kiedyś na pewno musiał stracić), więc także nie wiedziałam, czy zrozumie
mnie w tym momencie, czy po prostu wyśmieje i w taki oto sposób nasze
drogi się rozejdą. Myślałam nawet, czy tak by nie było lepiej, miłość,
przyjaźń, czy przywiązanie traktowałam jako słabość, a na to nie mogłam
sobie pozwolić, przynajmniej nie tutaj, na wyspie. Siedząc na podłodze, w
kuchni, ukryta głęboko za kurtyną włosów, jakby w nadziei, że w ten
sposób uniknę bacznego spojrzenia mężczyzny, poczułam rękę gdzieś tam w
pobliżu, która następnie ułożona została na moich plecach, które unosiły
się nieprzyjemnie w płaczu.
Po chwili uniosłam głowę, przecierając oczy i policzki, a następnie wstałam. Mógł mnie wziąć za nienormalną lub co gorsza, bipolarną, ale ja właśnie w taki sposób radziłam sobie z problemami - ignorując je.
Podjęłam ścierkę z blatu, jednym sprawnym ruchem ścierając podłogę, na szczęście nie było na niej dużo zmarnowanego jedzenia. Nastawiłam ponownie zapełniony po brzegi garnek, widząc, że chcąc niechcąc, zapasy powoli się kończyły, a że nastała zima i pierwszy śnieg już spadł, musiałam się wybrać na drobne zakupy, bo polowanie w takich warunkach z pewnością nie byłoby przyjemne.
– Zanieś to Dorianowi – rzuciłam, podając mu zawiniątko pełne skrojonych uprzednio przeze mnie warzyw, które miałam w zamiarze dodać do potrawy, jednak niespecjalnie się przydały.
Ten bez słowa wstał, zabierając ze sobą to, co mu dałam i poszedł, a trzask drzwi objaśnił mi, że wyszedł. Mieszałam zawzięcie zawartość garnka, nie zauważając, że Lucio wrócił, skutecznie odrywałam się od porażającej rzeczywistości.
– Jestem pewien, że śniadanie jest już gotowe – zmierzył mnie spojrzeniem, przywracając mnie do rzeczywistości. Skinęłam tylko głową, doprawiając jedzenie i nakładając na lśniące talerze. Postawiłam je na stole, przysiadając się do niego i zaczynając w spokoju jeść.
– Napisz ten raport, a potem przejadę się z tobą do wioski, potrzebuję coś załatwić – mruknął w pewnym momencie, a ja zatrzymałam widelec w połowie drogi do moich ust.
– I sądzisz, że tak po prostu cię tam wpuszczę? Tutaj, okej, bo nie ma ludzi. O wiosce możesz pomarzyć – ostudziłam jego zapał.
– Sądzę, że i tak niewiele masz do powiedzenia, bo jeśli nie pojadę tam z tobą, to sam i nawet mnie nie zauważysz – skończył dyskusję, a ja w duchu przyznałam mu rację, bo wprost nigdy bym tego nie zrobiła.
– Jedziesz osobnym powozem, nie znamy się i nie widzieliśmy nigdy na oczy – warknęłam, czując, że ma nade mną przewagę. – i zmywasz naczynia – uśmiechnęłam się kpiąco, zostawiając po sobie przybrudzony, pusty talerz, a sama odeszłam do drewnianego biurka stojącego wytrwale w rogu domu. Wyłożyłam potrzebne mi papiery oraz zaczęłam bazgrać na jednym z nich piórem, maczając go co jakiś czas w tuszu. Dobrze, że dzisiaj był oficjalny koniec mojej miesięcznej, wykańczającej dyktatury. Skończyłam pisać, wkładając ubogi raport do koperty i załamując jej róg, jak to miałam w zwyczaju.
– Ja już – wstałam, zasuwając po sobie krzesło. – A ty?
Lucio?
Po chwili uniosłam głowę, przecierając oczy i policzki, a następnie wstałam. Mógł mnie wziąć za nienormalną lub co gorsza, bipolarną, ale ja właśnie w taki sposób radziłam sobie z problemami - ignorując je.
Podjęłam ścierkę z blatu, jednym sprawnym ruchem ścierając podłogę, na szczęście nie było na niej dużo zmarnowanego jedzenia. Nastawiłam ponownie zapełniony po brzegi garnek, widząc, że chcąc niechcąc, zapasy powoli się kończyły, a że nastała zima i pierwszy śnieg już spadł, musiałam się wybrać na drobne zakupy, bo polowanie w takich warunkach z pewnością nie byłoby przyjemne.
– Zanieś to Dorianowi – rzuciłam, podając mu zawiniątko pełne skrojonych uprzednio przeze mnie warzyw, które miałam w zamiarze dodać do potrawy, jednak niespecjalnie się przydały.
Ten bez słowa wstał, zabierając ze sobą to, co mu dałam i poszedł, a trzask drzwi objaśnił mi, że wyszedł. Mieszałam zawzięcie zawartość garnka, nie zauważając, że Lucio wrócił, skutecznie odrywałam się od porażającej rzeczywistości.
– Jestem pewien, że śniadanie jest już gotowe – zmierzył mnie spojrzeniem, przywracając mnie do rzeczywistości. Skinęłam tylko głową, doprawiając jedzenie i nakładając na lśniące talerze. Postawiłam je na stole, przysiadając się do niego i zaczynając w spokoju jeść.
– Napisz ten raport, a potem przejadę się z tobą do wioski, potrzebuję coś załatwić – mruknął w pewnym momencie, a ja zatrzymałam widelec w połowie drogi do moich ust.
– I sądzisz, że tak po prostu cię tam wpuszczę? Tutaj, okej, bo nie ma ludzi. O wiosce możesz pomarzyć – ostudziłam jego zapał.
– Sądzę, że i tak niewiele masz do powiedzenia, bo jeśli nie pojadę tam z tobą, to sam i nawet mnie nie zauważysz – skończył dyskusję, a ja w duchu przyznałam mu rację, bo wprost nigdy bym tego nie zrobiła.
– Jedziesz osobnym powozem, nie znamy się i nie widzieliśmy nigdy na oczy – warknęłam, czując, że ma nade mną przewagę. – i zmywasz naczynia – uśmiechnęłam się kpiąco, zostawiając po sobie przybrudzony, pusty talerz, a sama odeszłam do drewnianego biurka stojącego wytrwale w rogu domu. Wyłożyłam potrzebne mi papiery oraz zaczęłam bazgrać na jednym z nich piórem, maczając go co jakiś czas w tuszu. Dobrze, że dzisiaj był oficjalny koniec mojej miesięcznej, wykańczającej dyktatury. Skończyłam pisać, wkładając ubogi raport do koperty i załamując jej róg, jak to miałam w zwyczaju.
– Ja już – wstałam, zasuwając po sobie krzesło. – A ty?
Lucio?
Subskrybuj:
Posty (Atom)