24 sierpnia 2018

Od Melody CD Lucan'a

Biegłam ile sił w nogach z powrotem do wioski. Mijałam łyse drzewa Opuszczonego Lasu, które wydawały się być jedynie ciemną plamą, ciągnącą się przez wiele metrów. Przeskakiwałam przez wystające korzenie, by nie zatrzymywać się nawet na chwilę. O kilka z nich potknęłam się. Wstawałam wtedy czym prędzej i biegłam dalej, nie zwracając uwagi na brudne ubranie czy zadrapania, które namnażały się przez gałęzie drzew na mojej drodze. Nie miałam czasu zaprzątać tym sobie głowy. Jedyne, co widziałam w myślach to lśniące, głodne oczy, które patrzyły wprost na mnie z ciemnego lasu. Czułam bijący od nich chłód. Miałam wrażenie, że to spojrzenie przewierca mnie na wylot. Głos w mojej głowie krzyczał "Biegnij! Biegnij! Szybciej!".

Zatrzymałam się dopiero przy Spokojnym Strumieniu. Nie miałam już sił, a od wioski dzielił mnie prawie kilometr. Płuca paliły mnie od środka. Miałam wrażenie, że są podziurawione jak sito, a przez te dziury uciekała każda odrobina powietrza. Oparłam dłonie na ugiętych kolanach i zaczęłam nabierać tlen dużymi haustami. Ciepłe promienie słońca padały na moją głowę jak światła reflektorów w teatrze, które to zdradzały pozycję aktora. Spuściłam wzrok na swoje stopy zanurzone w wodzie. Nawet nie wiem, kiedy do niej wbiegłam. Musiałam zrobić to instynktownie, gdyż przez pot zaczynałam się szybko odwadniać.
Słysząc cichy szelest za plecami, wyprostowałam się gwałtownie, jednak było za późno. Zostałam chwycona za rękę, a zaraz po tym powalone na zarośniętą zieloną trawą ziemię obok strumienia. Mimowolnie zacisnęłam powieki i jęknęłam cicho z powodu bólu, jaki poczułam przy uderzeniu. Nie wiedziałam kim był napastnik, ale podejrzewałam, że to ta sama osoba, którą widziałam na plaży.
Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że się nie myliłam. Spojrzenia naszej dwójki od razu się spotkały. Zaczęłam krzyczeć jak najgłośniej. Mężczyzna szybko chwycił za moje nadgarstki i przycisnął je do podłoża. Instynktownie zaczęłam wierzgać nogami. Jedną z nich trafiłam w bok napastnika, a drugą w jego podbrzusze. Nieznajomy automatycznie obezwładnił mnie własnymi kończynami i naparł na moją osobę. Na próżno wiłam się pod nim, starając się uwolnić. Miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Kiedy tylko mężczyzna zaczął się do mnie zbliżać, jęknęłam zrozpaczona.
- Nie rób mi krzywdy… - wydukałam, ponownie zaciskając powieki. Czułam jak po policzkach spływają mi łzy, dowód mojej bezsilności i strachu. Napastnik ścisnął mocniej moje nadgarstki. Z trudem stłumiłam krzyk bólu. Nieznajomy warknął jak rozzłoszczone zwierzę.
- Otwórz oczy. - zażądał, podniesionym głosem. Zacisnęłam mocniej powieki, roniąc przy tym kolejne łzy. Bałam się spojrzeć na mężczyznę ponownie.
- No spójrz na mnie! - ton głosu nieznajomego wzrósł prawie do krzyku. Mimowolnie zadrżałam i po chwili wykonałam niepewnie polecenie. Mężczyzna długo patrzył w moje oczy w milczeniu. Moje serce powoli się uspokajało. Uścisk na moich nadgarstkach stopniowo słabł, aż nieznajomy puścił mnie całkowicie. Zaraz po tym wstał i odsunął się ode mnie o kilka kroków. Niepewnie zaczęłam podnosić się do siadu. 
- Nie dzisiaj. - mężczyzna pokręcił głową, obserwując moje poczynania. Ja również nie spuszczałam go z oczu, nawet gdy ocierałam swoje łzy, ignorując czerwone nadgarstki.
- Następnym razem nie odpuszczę. - dodał mężczyzna, po czym odwrócił się do mnie plecami i odszedł. Dlaczego puścił mnie wolno? Niczego w tym nie rozumiałam.
Ostrożnie podniosłam się na równe nogi, zebrałam swoje rzeczy i wróciłam do wioski. Postanowiłam, że zachowam całe zajście dla siebie. Nie było, o czym opowiadać. Mężczyzna puścił mnie wolno, a wszystkie zadrapania były dziełem gałęzi drzew.

Od razu skierowałam się do swojego domu, a następnie pracowni. Położyłam swoje zbiory na drewnianym biurku i zdjęłam z siebie brudne ubrania, po czym przeszłam do łazienki.
Przez całą, długą kąpiel myślałam o zajściu na plaży oraz w drodze powrotnej do wioski. Wciąż widziałam żółte oczy nieznajomego, wpatrujące się we mnie. Mimo lęku, jaki we mnie wzbudziły, było w nich coś intygującego.

Po kąpieli przebrałam się w białą tunikę i od razu zabrałam się za pranie. Gdy skończyłam, rozwiesiłam czyste bluzki przed domem. Powoli zaczynało się ściemniać.
Wróciłam do swojej pracowni i spojrzałam na przechylony worek, z którego wysypały się kamienie, muszle i bursztyny. Zebrałam te ostatnie, a następnie je obejrzałam. Ruszyłam z nimi na poddasze do swojej sypialni. Tam usiadłam na brzegu łóżka, by po chwili się na nim położyć. Oglądałam bursztyny, leżące na mojej otwartej dłoni, muskając je przy tym opuszkami palców. Poznawałam ich kształt, fakturę i kolor. Wciąż jednak myślami byłam w lesie razem z nieznajomym. Wciąż czułam na sobie jego spojrzenie. Nawet nie zauważyłam, kiedy zapadła noc.
Gdy tylko dostrzegłam księżyc za oknem, wstałam z łóżka i odłożyłam stwardniałą żywicę na małą szafkę obok. Postanowiłam wrócić do pracowni z zamiarem otworzenia muszli w poszukiwaniu pereł. Przyspieszyłam, słysząc cudze kroki.

Gdy tylko otworzyłam drzwi od wspomnianego pokoju na parterze, znieruchomiałam. Przede mną stał ten sam mężczyzna, który zaatakował mnie przy strumieniu. Niepewnie zrobiłam krok naprzód. Samotnik obrócił się w moją stronę i zmierzył mnie wzrokiem. Z obojętnością wymalowaną na twarzy rzucił mi szpulę z białą nicią, którą chwilę temu miętosił w dłoniach. 
- Staraj się nie krzyczeć, nie chcę mieć kłopotów. Podczas szarpaniny z Tobą, byłaś na tyle nieostrożna i porwałaś mi koszulę, zechciałabyś może teraz ją naprawić? - zapytał spokojnie i płynnym ruchem zdjął z siebie uszkodzoną część ubioru. Następnie mężczyzna przewiesił biały materiał przez oparcie krzesła. Bez problemu dostrzegłam rozdarcie. Mężczyzna włożył dłonie do kieszeni spodni i zbliżył się do okna, przez które następnie wyjrzał. Niepewnie podeszłam do niego, a dokładniej biurka obok. Otworzyłam szufladę i wyciągnęłam ze środka swój zestaw do szycia. Wróciłam z nim do koszuli, której rozdarcie następnie zaczęłam zszywać. Gdy skończyłam, oddałam ubranie jego właścicielowi wraz ze szpulą białej nici. Mężczyzna włożył na siebie koszulę. Nie był już tak straszny, jak za pierwszym razem. Zachowywał się jak każdy inny mieszkaniec wioski. Uniosłam lekko kącik ust, widząc jego zadowolenie z czegoś tak małego, jak naprawa koszuli, którą równie dobrze mógł zaszyć sam. Po krótkim namyśle zbliżyłam się do wieszaków na ścianie i zdjęłam z jednego z nich kurtkę ze skóry jelenia. Podałam ją mężczyźnie.
- To za bursztyny i darowanie życia. - powiedziałam, zawijając ręce na piersi - Jesteś głodny? - dodałam, widząc twarz nieznajomego. Odpowiedziało mi milczenie, które uznałam za "tak".
- Chodź za mną. - rzuciłam, wychodząc z pracowni. Zdjęłam rzemyk z nadgarstka i związałam nim włosy, kierując się do kuchni. Tam zajęłam się przyrządzaniem mięsa, które następnie upiekłam nad ogniskiem przed domem. Mężczyzna usiadł na kłodzie obok mnie. Przez dłuższy czas siedzieliśmy w milczeniu.
- Jak cię zwą? - zapytałam, krojąc gotowe mięso na dwie porcje. Mniejszą zostawiłam dla siebie, a większą oddałam gościowi.

Lucan? :3 Wybacz, że tak długo :/

Od Nyx CD Jules'a

Nieprzytomna była tylko przez chwilę, jednak sen, który zdążyła wyśnić sprawiał wrażenie długiego i bardzo realnego. W związku z czym otworzywszy oczy niezmiernie się zdziwiła nie widząc swoich pokrytych plakatami ścian, zawalonej ciuchami podłogi, czy zasypanego nie tykanymi od dawna podręcznikami biurka. Gdy zamiast tego ukazało jej się wnętrze drobnej, acz przytulnej chatki zaczęła gorączkowo wytężać umysł starając się przypomnieć sobie uprzednie zdarzenia. Oświecił ją dopiero wizerunek nieznajomego, za którego sprawą, a raczej dzięki któremu się tam znalazła. Mężczyzna bez słowa wręczył jej coś do ręki i kazał połknąć. Chyba miał ją za idiotkę, jeśli sądził, że czarnowłosa posłusznie zażyje nieznaną substancję od kompletnie obcej osoby, której zarówno tożsamości, jak i zamiarów nie znała.
- Co się tak patrzysz - zapytał oschle brunet.- Łykaj lepiej zamiast się tak gapić. To nie grzeczne.
Już miała prychnąć ironicznie w odpowiedzi, gdy o swojej obecności boleśnie przypomniała rana na nodze. Dziewczyna nie była w stanie powstrzymać syknięcia, które wydobyło się przez jej zaciśnięte zęby.
- Weź, to tabletki przeciwbólowe - wtrąciła stojąca obok dziewczyna.
Jeśli dobrze zapamiętała była jego siostrą. Gdy stali obok siebie była w stanie dostrzec podobieństwo. Chociaż milutkim charakterem też za bardzo się nie różnili. Przyganiał kocioł garnkowi. Nyx pod wpływem nieustępliwego, mroźnego spojrzenia niebieskich oczu dziewczyny oraz kolejnej fali bólu uległa i zażyła lek. Substancja zadziałała wyjątkowo szybko.
- Jak się nazywasz - padło pytanie ze strony chłopaka, które dziewczyna zbyła milczeniem. - Jak chcesz. W takim razie jak wolisz, żebym na ciebie wołał? Istoto? Czy może per Stworzenie?
- Nyx - burknęła poirytowana.
- Nic? Też jakaś opcja.
- Nyx - powtórzyła głośniej. - N-Y-X. Nyx.
Nikt nie podawał tu swojego prawdziwego imienia. Czemu ona miał być wyjątkiem.
- Niech będzie, Nyx. Ja jestem Jules, a ta urocza osóbka, która uratowała ci du*ę to Galia.
Nie doszło do uprzejmych kiwnięć głową, wymian uścisków dłoni czy jakichkolwiek uprzejmości.
- Ależ nie ma za co - przerwał chwilę niezręcznej ciszy Jules.
Rita nie uległa wyraźnej sugestii, że należałoby podziękować w takiej sytuacji. Zamiast tego zaczęła kaszleć. Gardło drapało ją niemiłosiernie, jakby napiła się detergentu. Znała to uczucie i wiedziała co zwiastowało.
- Podziękowanie utknęło ci w gardle? - zadrwił brunet, jednak gdy zobaczył, że dziewczyna nadal kaszle i próbuje wstać grymasik przypominający uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Co się dzieje? - do akcji wkroczył Galia. - zakrztusiłaś się? Chcesz rzygnąć? Przynieść ci wiadro?
Rita podkręciła tylko głową i zaczęła kuśtykać do drzwi, nadal w akompaniamencie gruźliczego kaszlu.
- Otwórz jej - rozkazała czarnowłosa stojącemu najbliżej wyjścia bratu.
Ten niechętnie posłuchał siostry, a Rita czym prędzej opuszczając budynek "wypluła" czające się od jakiegoś czasu płomienie. Ogień buchął na dwa metry prawie zapalając pobliskie rośliny. Gdy atak minął Statkówna odetchnęła głęboko parę razy i pokuśtykała z powrotem do chatki. Spodziewała się przerażenia w oczach jej wybawców, jednak całe wydarzenie nie zrobiło na nich większego wrażenia.
- Nie strasz tak - bąknął tylko Jules.
- Zaraz - Nyx była delikatnie mówiąc zaskoczona stoickim spokojem rozmówców. - Nie wydaje wam się to trochę dziwne, że rzygam ogniem na dwa metry?
Rodzeństwo spojrzało po sobie, a potem na Ritę. Po ich wzroku można było wywnioskować, że zastanawiali się, czy dziewczyna nie uderzyła się za mocno w głowę upadając przy omdleniu.
- A powinno? - Jules uniósł brwi do góry. - Każdemu Dragonowi może się zdarzyć.
- Że niby czemu? - dziewczyna nie wierzyła własnym uszom.
- Dragonowi. No bo chyba jesteś Dragonem, czyż nie? Ogień by zdecydowanie na to wskazywał, tak samo twoja gojąca się już powoli rana.
- Co ty mi tutaj insynuujesz? Że niby jestem jakimś piepr*onym smokiem? Porąbało?
- Słuchaj, nie wiem co ci powiedzieli wysadzając cię na tej wyspie, ale tu wszyscy są jakimiś mutantami, hybrydami, czy innym wybrykiem natury będącym dziełem chorych naukowców. Nie myśl sobie, że jesteś jakaś wyjątkowa pod tym względem.
Rita nie miała siły kontynuować dyskusji. Usiadła z powrotem intensywnie analizując to co właśnie powiedział nieznajomy i konfrontując ze znanymi sobie faktami. Chciała znaleźć coś co pozwoliłoby jej zanegować tę szaloną historię zerżniętą prosto z jakiegoś taniego filmu science-fiction, ale nie mogła. W głębi swojej czarnej, zepsutej duszy czuła, że to prawda, nie ważne jak bardzo irracjonalna mogła się jej wydawać. 

Jules?

Od Tenebris'a CD Raven

Wstałem tradycyjnie wraz ze słońcem. Zajrzałem do swojej spiżarni. Jaskinia świeciła pustkami. Nie byłem zadowolony z faktu, że po raz kolejny muszę iść na polowanie, ale kiedyś musiał nadejść ten dzień. Czyż nie?
Wróciłem do domu i od razu przebrałem się w strój do polowań. Zarzuciłem kołczan na plecy, schowałem nóż do kieszeni i chwyciłem łuk. Tak przygotowany opuściłem swoje miejsce zamieszkania. Jak zawsze przed oddaleniem się od domu, zamknąłem bramę ukrytą w wysokim ogrodzeniu. Dopiero wtedy poczułem, że spokojnie mogę udać się do lasu. Tak też zrobiłem.

Przechadzałem się głównie w odległości kilku kilometrów od miejsca mojego zamieszkania. Nie zamierzałem ciągać obiadu przez góry, pola, łąki i lasy. Za dużo roboty jak na jedno upolowane zwierzę. To się zwyczajnie nie opłacało. Straciłbym więcej sił, niż bym zyskał po zjedzeniu.
Powoli zbliżało się południe, a ja zaczynałem już myśleć, że niczego nie znajdę. Wtem usłyszałem cudze kroki. Na moim terenie.
Jako żniwiarz żywiłem się również strachem oraz śmiercią, dlatego bez zastanowienia ruszyłem w stronę, z której dobiegały odgłosy cudzej obecności. Moim oczom ukazała się brunetka. Proste włosy opadały na jej plecy oraz ramiona, a białe dłonie wiązały sidła. Te dwie części ciała dziewczyny sprawiały, że wyglądała nieco mrocznie.
Usłyszawszy cichy trzask, uniosłem wzrok wyżej. Kilka metrów za nieznajomą dostrzegłem sarnę. Przyjąłem pozycję, naciągnąłem cienciwę strzałą i po wycelowaniu, oddałem pierwszy strzał. Pocisk przeciął powietrze, minął brunetkę i trafił w udo zwierzęcia. Dziewczyna nagle poderwała się z miejsca, strasząc łanię. Coś tam mamrotała pod nosem, ale zignorowałem ją. Bardziej zależało mi na zrywającej się do ucieczki sarnie. Czym prędzej przygotowałem kolejną strzałę i po raz kolejny wystrzeliłem. Tym razem pocisk wbił się w bok zwierzęcia. Wyciągnąłem nóż, a następnie podbiegłem do padającej łani, mijając brunetkę. Czym prędzej dobiłem stworzenie, kończąc tym samym jego cierpienie.
Trzeba pomyśleć o założeniu farmy, bo jeśli każdy ma wyspie będzie zabijał masowo wszystkie zwierzęta, to kiedyś ich zabraknie. A tego bym nie chciał.
Wydobyłem z ran sarny swoje strzały, po czym dodałem je do pozostałych. Następnie urwałem kilka twardszych, ale wciąż giętkich łodyg roślin i związałem nimi kończyny łani. Osobno te przednie, a osobno te tylne. Usłyszałem, że dziewczyna odwraca się w moją stronę. Przeniosłem wzrok na jej zdziwiony wyraz twarzy, a następnie noże w jej rękach. 
- Odłóż je, Morgan, bo zrobisz sobie krzywdę. - powiedziałem drwiąco, unosząc przy tym kącik ust. Brunetka wyraźnie nie spodziewała się takich słów z moich ust. Podniosłem się na równe nogi i zmróżyłem oczy. 
- Nie powinno cię tu być. Ten teren jest już zajęty. - powiedziałem już poważniej. Temperatura otoczenia zaczęła spadać, gdy wzmocniłem swoją aurę. Ze wszystkich stron powoli nadciągała mgła. Tak, jak woda po tsunami, tak białe kłęby zajmowały coraz więcej miejsca. Sięgały nam do kolan, a były tak gęste, że nawet osoba z doskonałym wzrokiem nie potrafiłaby dostrzec, co jest pod nimi. 
- Co tu robisz? - zapytałem z groźbą w głosie. Aktualnie jednak nie krzywdziłem nieznajomej. Czekałem na jej wyjaśnienia. Prawdą było jednak to, że niecierpliwiłem się coraz bardziej, przez co dziewczyna miała coraz mniej czasu, żeby mnie przekonać, że nie należy jej zabijać. 

 Raven? :

Od Raven CD Ancymona

Życie w tym miejscu nie było tak kolorowe, jak wyobrażałam sobie przed snem. Sprawy miały się inaczej, gdy trafiłam na wyspę, niczym śmieć wywalony przez burtę statku. Niejednokrotnie miałam w zwyczaju wymyślać zemstę na ludziach, którzy tak krzywdzą niewinnych. Zadając ból na resztę marnego życia.
Gdy trafiłam w to miejsce, miesiące należały do najcieplejszych. Cień rzucane przez gałęzie drzewa, stawały się schronieniem przed słońcem. Wraz z nadejściem pierwszego ochłodzenia i rzęsistych deszczy, każda jego kropla zmywa sen z powiek. Przyroda uświadomiła, iż nie zawsze jest dobrym sprzymierzeńcem. Gorsza była świadomość radzenia sobie w warunkach, jakie zimna potrafiła zafundować.
Jednak obecna pora roku miała kilka plusów. Przechadzając się lasem, aż miło zawiesić na chwilę oko na piękno drzew. Gałęzie oblepione kolorowymi liśćmi urozmaiciły krajobraz, po wszechobecnej zieleni, która długo królowała na wyspie.
Minusem było ochłodzenie i deszcze przychodzące znienacka. Te przeważnie umiały zaskoczyć człowieka w najmniej oczekiwanym momencie. Ten moment nastał właśnie teraz, gdy byłam oddalona od miejsca zamieszkania, dość długi kawałek drogi. Grubsze odzienie wierzchnie, które przeważnie nosiłam w jesienne dni, od dłuższego czasu straciło swoje przeznaczenie. Przez materiał kaptura woda spokojnie przesiąkała, spływając po długich, hebanowych już dawno przemoczonych włosach. Z każdym krokiem czułam wodę, która chlupotała w butach.
Jedyna rzecz, z której tego dnia byłam zadowolona w pełni, to zebrane łupy. Były to najpotrzebniejsze do przeżycia drobiazgi, chodź niektóre zebrane, zostały w szemrany sposób. Do świętych osób nie należałam, a wrodzony spryt tylko ułatwił mi robotę. Uczucie adrenaliny krążącej w żyłach, był niczym narkotyk dla ciała. Najlepsze uczucie, jakiego w życiu można zaznać. Nie pomijając faktu, iż w każdej chwili mogę zostać nakryta przez osadników, nakręca mnie jeszcze bardziej.
- Arleight tylko się nie denerwuj… - westchnęłam pod nosem, po raz kolejny tego dnia. Błoto nie było sprzymierzeńcem, a jeżdżące podeszwy butów niczym po lodzie, jeszcze bardziej psuły sprawę. I moje zszargane nerwy.
Spojrzałam w niebo, z lekkim uśmiechem na twarzy. Słońce zdołało przedostać się przez chmury, zwiastując tymczasową zmianę pogody. Odsłaniając krzaki stojące mi na drodze, omotałam wzrokiem mały rynek. Zawiązując sznurówki typowych butów wojskowych, wkroczyła na teren osadników. Zachowując się w miarę naturalnie, zaczęła iść pomiędzy straganami. Przyświecał mi tylko jeden cel-kupić jedną rzecz i zniknąć stąd. Po zakupie jednej z ważniejszych rzeczy spojrzałam do wnętrza prymitywnej torby, która znajdowała się na plecach. Jednej sprawy nie przewidziałam, we wnętrzu panował tam istny chaos.
- Zawsze coś. - wyszeptałam przez zaciśnięte wargi, wyciągając dotychczasową zawartość. Szybka ewakuacja z tego terenu zakończyła się niepowodzeniem. Czy jeszcze coś zdoła się spieprzyć? Istnieje jedna, możliwa odpowiedź: tak.
Wszystko rozegrało się bardzo szybko. Pchnięta przez kogoś, w jednej chwili wylądowałam tyłkiem na ziemi, wśród porozrzucanych rzeczy. Kaptur opadł, ukazując w pełni moją twarz. Będzie źle, kiedy jakaś osoba mnie rozpozna. Kradłam. Dość często. Przez co wśród osadników, miałam sporo wrogów.
Mrugając oczami, rozglądałam się dookoła, usiłując zrozumieć sytuację. Uwagę skupiłam na facecie, który mrucząc coś pod nosem, zbierał dotychczasową zawartość mojej torby, której stan nie wyglądał dobrze. Upadając razem ze mną, musiała zahaczyć o coś ostrego. Od razu przypomniałam sobie o kołczanie, który od dawna prosił się o porządne łatanie.
- Czy w moim życiu, wszystko musi się spieprzyć!? - warknęłam, wstając z ziemi. Sięgnęłam do pasa po nóż, gromiąc wzrokiem obcego osobnika. Uwadze nie umknęło mi, iż garstka ludzi obserwowała zdarzenie. - Matka nie nauczył Cię normalnie chodzić?!

Ancymon?

Od Harry CD Lucan'a

Nie wyszło.
To była moja pierwsza myśl zaraz po tym, gdy otrząsnęłam się z szoku. Nie wyszło mu. Właśnie zostałam napadnięta oraz byłam świadkiem brutalnego zabójstwa dokonanego przez wampira. Byłam przerażona jak chole*a.
Skupiłam się na głębokich, jednostajnych oddechach. Było mi słabo, jednak utrata przytomności w takim momencie była jak skazanie się na samobójstwo. Mężczyzna dalej siedział na krześle z zamkniętymi oczami, jakby sam nie mógł przyjąć do wiadomości tego, co się tu stało.
- W porządku. - szepnęłam, wstając powoli na drżących nogach. - W porządku.
Ledwie dotarłam do stołu, kiedy znów niemal osunęłam się na podłogę, z niemym krzykiem w ustach. Oderwana głowa leżała pod ścianą, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Posprzątam to. - zaoferował znienacka wampir i krzywiąc się z bólu, stanął przede mną. Pobieżnie zerknęłam na ranę w jego nodze i uniosłam rękę. Oczywiście, kiedy przemiana była mi potrzebna, ja nie mogłam się przeistoczyć. Na palcach normalna skóra walczyła z tą zieloną. Samotnik dostrzegł to, a ja zobaczyłam zdziwienie w jego oczach. Uniósł obie dłonie wnętrzem do góry, w geście pokoju.
- Jestem Lucan. - oznajmił spokojnym tonem, jakby mówił do dziecka. - Jak masz na imię?
- Harry. - wychrypiałam.
- Dobrze, Harry. Nie zrobię ci krzywdy, słyszysz?
Zmierzyłam go nieufnym wzrokiem. Słyszałam o wampirach, że są niezrównoważone, kiedy doskwiera im głód. Jednak twarz tego tutaj, wyrażała niemal ludzką szczerość. No i w końcu mnie uratował... A ja nie chciałam doprowadzać do walki, kiedy byłam na przegranej pozycji. Pokiwałam głową powoli zastanawiając się, czy jest to moja ostatnia decyzja w życiu.
- Potrzebuję kilku rzeczy. Kiedy je dostanę, pójdę sobie. Będziesz mogła mi je przynieść?
Nie uśmiechało mi się wchodzenie w układ z kolejnym Samotnikiem, jednak bałam się, co może się stać, jeśli odmówię. Znów więc ostrożnie skinęłam głową.
- Przede wszystkim, muszę mieć trochę ciepłych ubrań. Idzie zima.
Tym razem pokręciłam głową.
- Nie jestem krawcem, tylko medykiem.
- To dobrze, leki też się przydadzą.
Postanawiając być posłuszną, przeszłam do drugiego pokoju, zostawiając go z tym całym pobojowiskiem. Tutaj w końcu byłam w stanie pozbierać myśli. Podeszłam w kierunku szafy, z zamiarem wyciągnięcia z niej szpuli wełny, którą niedawno dostałam od Melody, ale mój wzrok pomknął w stronę okna. Gdyby udało mi się przez nie uciec, pobiegłabym do strażnika, albo chociaż zyskałabym możliwość przemiany. Z lękiem spojrzałam w kierunku drzwi. Co, jeśli ten Samotnik chce po prostu mnie okraść, a potem zabić, jak tego napastnika wcześniej?
Tak czy siak, moje życie było zagrożone. Musiałam działać szybko. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce.
Nie wydając dźwięków, podstawiłam krzesło pod okno i weszłam na nie. Pociągnęłam za zasuwę, która odskoczyła z lekkim szczękiem, otwierając szybę. Raz kozie śmierć, pomyślałam, przekładając jedną nogę za parapet i skacząc na trawę dwa metry niżej.

Malfoy? Chodźmy podjąć złe decyzje.