O ile kiedyś byłam odludkiem i osadniczką, za którą mnie nie uważano,
tak teraz inni mieszkańcy wioski widzieli we mnie wiedźmę z bagien,
która zabija spojrzeniem. Nie wiem skąd wzięło im się to stwierdzenie,
jak i fakt, że rzekomo jestem czarownicą. Fakt, roztaczana przeze mnie
aura nie była czymś przyjemnym, czym można byłoby się pochwalić, ale
normalne jest to, że nie mam nad nią całkowitej kontroli i
prawdopodobnie nie będę miała.
Od śmierci Julesa stałam się trochę bardziej wyobcowana, a jedynymi
ludźmi, z którymi to miałam kontakt (mocno ograniczony, ale jednak) był
Lucio i Tenebris.
Coraz więcej przebywałam poza granicą lasu, dostając marną wypłatę, gdyż
nie przykładałam się zbytnio do pracy, zaczęła mi ona przeszkadzać i
nie sprawiała już przyjemności. Bardzo dużo podróżowałam na Dorianie,
przemierzając nieosiedlone gęstwiny, kilka razy ocierając się o śmierć,
ale jednak fartem wychodząc z tych sytuacji na plusie.
Wraz z moimi wyprawami odkryłam opuszczony tankowiec, którym to przytachano nowe modyfikacje - nikt się tu nie zapuszczał,
jedynie czasami zdarzyło się kilka nowych osobników, którym to
doszczętnie pomieszano w genech i stworzono coś nie z tej planety -
dotychczas myślałam, że to my jesteśmy dziwni i przerażający, ale
mieszanina genotypów, jaką zobaczyłam ostatnimi czasy była nie do
pojęcia nawet dla mnie.
Ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych - zjadłam jakieś
śniadanie, zamknęłam dom na cztery spusty i odjechałam na Dorianie za
granicę wioski, kierując się do tankowca, który stał się nieoficjalnie
moim drugim domem, czymś, gdzie nie było nikogo, tylko ja sama z moimi
myślami. Swoją drogą, stanowisko strażniczki bardzo ułatwiało mi kilka
spraw, między innymi dzikie podróże.
Zdążyłam przetworzyć biuro pod pokładem w całkiem przyjemny (jak na te
standardy) pokoik, bardzo lubiłam tam przesiadywać. Dorian w tym czasie
najczęściej leżał w jednej z ogromnych, zabezpieczonych skrzyń,
wyłożonych przeze mnie słomą i sianem albo biegał na amatorsko
ogrodzonym terenie niedaleko statku.
Siedziałam przy biurku, wypełniając zaległe raporty i delektując się
dźwiękiem fal odbijanych od drewnianej powłoki, to było coś, czego z
pewnością brakowało mi na moich bagnach, ale na całe szczęście miałam to
tu.
Ptaki co jakiś czas się odzywały, a ja je słyszałam zza otwartego, okrągłego okienka za moimi plecami.
W pewnej chwili usłyszałam coś innego, niż odgłosy morza - skrzypienie
podłogi nade mną, a następnie dziwnie wyrównujący się poziomem dźwięk -
ktoś schodził po schodach, a robił to na tyle świadomie, że
niekoniecznie był to człowiek dotknięty nową modyfikacją.
Usłyszałam jak kieruje się korytarzem prowadzącym do drugiego
pomieszczenia z klatkami, które to chciałam i miałam w planach
zagospodarować, nie mogłam pozwolić, aby cokolwiek tutaj uległo
zniszczeniu z jego winy.
Wzięłam sztylet do ręki, trzymając go w pogotowiu i nasilając
nieprzyjemną aurę, jednocześnie zaczęłam unosić się kilka centymetrów
nad ziemią, poruszając się bezszelestnie. Wychodząc na korytarz
dostrzegłam jedną postać, daleko w jego głębi. Była to dziewczyna, co
poznałam po dłuższych, ciemnych włosach i delikatnej posturze, co było
jasne, w końcu kobiety tym się cechowały, prawda?
Przemierzyłam cały hol, na jego końcu dostrzegając także zmutowanego,
który posilał się czyimiś zwłokami. Śmierdziało okropnie, ale była to
już nieużywana przeze mnie część tankowca, więc nic dziwnego, że to
przeoczyłam. Kobieta stąpająca przede mną jeszcze go nie zauważyła, więc
w mgnieniu oka znalazłam się przy niej, zatykając ręką usta i szepcząc
do ucha:
– Cicho – nie wiem dlaczego to zrobiłam, w końcu pierwszy raz od
długiego czasu mogłam mieć jakąś rozrywkę, patrzeć jak szpony rozrywają
bezbronną dziewczynę, to było coś.
Później nadeszłaby mniej przyjemna chwila,
czyli sprzątanie zwłok i flaków, ale mniejsza. Niezawsze to robię, czego
dowodem są porozwieszane po belkach tu i ówdzie ścięgna i jelita,
wyglądało źle i przerażająco, ale nie przeszkadzało mi na tyle, aby było
trzeba to sprzątnąć.
Kobieta stała bez ruchu, a ja cofnęłam nas do pomieszczenia obok, póki potwór nie zmierzył nas jeszcze spojrzeniem swoich ślepi.
Odwróciła się, wystawiając w moją stronę marną broń, a ja przewróciłam oczami.
– Nieźle się odwdzięczasz, a teraz pozwól, że kogoś zabiję, zanim on
zrobi to z nami – uśmiechnęłam się fałszywie, opierając rękę na biodrze.
Harry?
7 października 2018
3 października 2018
Od Nyx [etap1 > etap2]
Biały puch otulał delikatnie pogrążoną w zimowym letargu florę tego
przeklętego lasu. Rita miała go już po dziurki w nosie. Nawet tego
ukochanego dla jej oka zimowego, majestatycznego i jednocześnie
tajemniczego krajobrazu. Szczególnie, gdy temperatura spadła
zdecydowanie poniżej zera. Funkcjonowanie w takich warunkach Nyx uważała
za wręcz niemożliwe, co pewnie z biologicznego punktu widzenia mogło
być prawdą. Na nic zdało jej się oglądanie godzinami Bear'a Gryllsa
skoro jej skostniałe z zimna palce odmawiały posłuszeństwa, a z oczu,
jak i z nosa ciekły hektolitry przeróżnych substancji. Pozostawało
jedynie opuścić dotychczas okupowane drzewo i znaleźć schronienie w
lepiej izolującej od niekorzystnych warunków środowiska, ciasnej (ale
własnej) jaskini. Na tyle zamkniętej, by utrzymywać temperaturę wyższą
od zera, a jednocześnie wystarczająco przewiewnej, aby można było w jej
wnętrzu rozpalić ognisko i się nie zaczadzić. To też regularnie
wykonywała Rita pomiędzy krótkimi eskapadami mającymi na celu
znalezienie wszelkich mchów, zaschniętych liści, czy gałęzi
transformowanych przez nią w "karimaty" oraz polowaniami. Zazwyczaj w
swojej smoczej postaci. Mimo braku całkowitej kontroli nad bolesną
przemianą zdobywanie pożywienia było dużo łatwiejsze, gdy posiadało się
ogromne, pokryte łuską cielsko, parę skrzydeł i szeroki arsenał ostrych
jak brzytwy zębów oraz potężnych pazurów. No i oczywiście nie
zapominajmy o umiejętności ziania ogniem. Niezwykle przydatne...
*
To
się zdarzyło w nocy, gdy świat ogarnięty był egipskimi ciemnościami, a
żarzące się już jedynie niegdysiejsze ognisko Rity było jedynym źródłem
światła. Obudził ją niemiłosierny ból. Podobny do tego, który
towarzyszył przemianom, jednak znacznie silniejszy. Gdyby nie fakt, że
dziewczyna już leżała zapewne upadła by na ziemię. Zaczęła kurczyć się i
wić jak wąż mając nadzieję, że w ten sposób ulży cierpieniom. Tak się
jednak nie stało. Czuła jak jej zmutowane komórki szaleją, jakby same
nie wiedziały co robić. Mięśnie, narządy, nawet kości robiły się coraz
gorętsze, a dziewczyna spodziewała się, że prędzej cz później zaczną
żarzyć się piekielną czerwienią od swojego gorąca. Podświadomość
wizualizująca sobie przemianę w tak ciasnej przestrzeni zmusiła
dziewczynę do wyczołgania się na zewnątrz. Dotykany przez czarnowłosą
śnieg ulatniał się z charakterystycznym sykiem, w związku z czym po
chwili wejście do jaskini spowiła gęsta mgła. W środku mlecznobiałej
chmury kolejnym transformacjom ulegało ciało Rity. Palce jej dłoni
wydłużyły się, pogrubiły i pokryły łuską, a na końcu paznokcie przerosły
w ostre, zakrzywione szpony. Jej zęby zaczęły wyrastać i drastycznie
zwężać się ku końcowi tworząc ogromne zębiska. Łamiącym się z bólu
głosem wrzasnęła, gdy z jej pleców wystrzeliła para czarnych,
błoniastych skrzydeł przypominających te należące do nietoperza... I
wtedy nagle wszytko się zatrzymało. Ból równie gwałtownie jak się
pojawił tak zniknął, a temperatura ciała Nyx powróciła do naturalnych 36
stopni Celsjusza. Jedyne co wybiegało ponad normę były smocze cechy
aparycji, które najwyraźniej nie zamierzały ustąpić miejsca pierwotnym
częściom ciała.
/Zaje**ście/ pomyślała Rita leżąc w bezruchu na ziemi.
-
Ja wiem, że jestem dragonem, ale następnym razem, jak coś takiego ma
się dziać, to można by było mnie grzecznie uprzedzić - warknęła do
nieobecnej istoty odpowiedzialnej za cały ten szit.
Resztkami
sił doczołgała się z powrotem do swojej "smoczej jamy" szurając za sobą
nadprogramową parą kończyn. Gdy usadowiła się w jej wnętrzu stosunkowo
wygodnie rozpaliła na powrót palenisko jednym ognistym kaszlnięciem.
Otuliła się błoniastymi skrzydłami tworząc prowizoryczny śpiwór i
nieziemsko zmęczona zaistniałą sytuacją pogrążyła się w błogim,
nieprzerwanym śnie z nadzieją na lepsze jutro.
Koniec
Od Melody CD Lucan'a
Podałam mężczyźnie przygotowaną dla niego porcję. Ten jedynie wbił w nią wzrok.
-
Nie, dziękuję. - powiedział po chwili, co przyznam szczerze, zdziwiło
mnie i to bardzo. Musiał być głodny, więc dlaczego nie chciał jeść?
Zabraniały mu tego jakieś zasady, które sam ustanowił? A może żywił się
czym innym? Jeśli tak było, to czym? Nagle przypomniałam sobie nasze
pierwsze spotkanie. Dlaczego wtedy mnie zaatakował? Wyglądał wtedy na
bardzo głodnego. Dlaczego więc nie zakradł się do wioski, tylko wabił
mnie do siebie.
Miałam wrażenie, że mężczyzna unika mojego wzroku.
-
Nie zrozum mnie źle, nie jadam takich rzeczy. - dodał pospiesznie,
przez co zaniepokoiłam się jeszcze bardziej. Jego wyraz twarzy na nowo
stał się obojętny. Mężczyzna zgarbił się mocniej i odwrócił głowę z
powrotem w stronę płomieni. Ja natomiast przeniosłam wzrok na mięso, nie
bardzo wiedząc, co mam z nim zrobić. Taka porcja była dla mnie
zdecydowanie za duża, a szkoda mi było zmarnować taki kawał mięsa.
- Lucan. - usłyszałam nagle. Szorstki ton głosu gościa wyrwał mnie z moich rozmyślań.
- Słucham? - zapytałam, ponownie spojrzawszy na mężczyznę. Ten westchnął z rezygnacją, przymrużając przy tym nieco powieki.
- Pytałaś jak mnie zwą. Odpowiadam. Lucan. - wyjaśnił z głośnym westchnięciem.
-
Ah, ja jestem Melody. - odparłam z uśmiechem. Dość długa chwila ciszy.
Zaczynałam czuć się niezręcznie. Poruszyłam nadgarstkiem dłoni, w której
trzymałam nóż, chcąc go odłożyć. Nagle poczułam pieczenie i ostry ból,
promieniujący od palca drugiej ręki. Opuściłam na nią wzrok,
dostrzegając całkiem głęboką ranę. Wbiłam ostrze w ziemię obok moich nóg
i zaczęłam ściskać ranę zwolnioną ręką, chcąc zatamować krwawienie.
Zajęta rozcięciem nawet nie zauważyłam, kiedy Lucan uklęknął przede mną
na jedno kolano i zaczął przyglądać się ranie.
- Daj, coś
zaradzę. - powiedział, wyciągając dłoń w moją stronę. Spojrzałam na
niego wystraszona. Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Mężczyzna
westchnął i przewrócił oczami.
- Powiem Ci sekret. Gdybym
chciał zrobić Ci krzywdę, Twoje ciało rozkładało by się już w lesie, a
głowa popłynęłaby w dół rzeki wprost do oceanu. To jak, dasz sobie
pomóc? - Lucan uniósł brwi. Wyraz jego twarzy wciąż jednak był obojętny.
Mężczyzna cierpliwie czekał na moją decyzję.
Po krótkiej
chwili niepewnie opuściłam zranioną dłoń na jego wyciągniętą rękę. Lucan
skinął głową i spojrzał na obficie krwawiącą ranę. Następnie mężczyzna
uniósł delikatnie rozcięty palec na wysokość swojej twarzy, objął ranę
wargami i zaczął ją ssać, jednocześnie muskając rozcięcie językiem. Z
niemałym zdziwieniem obserwowałam poczynania Lucan'a. Mężczyzna zamknął
oczy, pochłonięty całkowicie przez swoją czynność.
W pewnym
momencie Lucan złożył pocałunek na moim palcu, po czym odsunął moją dłoń
od swojej twarzy i wstał z kolan. Zaczęłam przyglądać się miejscu,
gdzie wcześniej była rana. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Jak ty
to...? - wyszeptałam pod nosem, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Uniosłam
więc wzrok i dopiero wtedy spostrzegłam, że Lucan zniknął. Wstałam z
miejsca i rozejrzałam się po okolicy w poszukiwaniu mężczyzny. Nie udało
mi się go jednak znaleźć.
Westchnęłam ciężko i zabrałam
naczynia oraz nietknięty posiłek do wnętrza domu. Pokroiłam mięso na
kawałki, a następnie umieściłam je w najchłodniejszym miejscu.
Powoli
przeszłam na poddasze i opadłam na łóżko w moim pokoju. Moje myśli
wciąż krążyły wokół tajemniczego Lucan'a. Jednak tym razem ze zdwojoną
siłą. Sama nawet nie wiem, kiedy zasnęłam z dziwnym odczuciem, że
chciałabym spotkać tego mężczyznę jeszcze raz.
Dni
mijały, a Lucan dalej nie pojawiał się w wiosce, ani w jej okolicach.
Coraz więcej liści spadały z drzew, a temperatura otoczenia stopniowo
malała. Między innymi moim zadaniem było przygotowanie Osadników na
okres zimy, która mnie zaskoczyła. Nie sądziłam bowiem, że taka pora
roku może odwiedzić jakąkolwiek wyspę, ale widocznie myliłam się.
Musiałam więc w bardzo szybkim tempie zająć się produkcją ciepłej
odzieży, począwszy od skarpet, a skończywszy na czapkach.
Gdy
tylko się ze wszystkim uporałam, odeszłam od miejsca pracy i przeszłam
do kuchni. Tam zaparzyłam sobie ziołową herbatę, z którą następnie
wróciłam przed gotowe części garderoby. Dopiero wtedy mogłam je
policzyć. Załamałam się, zdając sobie sprawę, że zrobiłam ich za dużo.
Tyle siedzenia i to w dodatku niepotrzebnie. Opadłam zmęczona na
krzesło, zastanawiając się, co mam zrobić w takiej sytuacji. W moim
umyśle na nowo pojawiła się postać Lucan'a. Nie był jednym z Osadników,
więc możliwe, że nie był przygotowany na nową porę roku. A może wręcz
przeciwnie? Nie wiedziałam tego. Nie widziałam go już przez dłuższy
czas. Czułam, że muszę go poszukać i sprawdzić, jak się ma. Inaczej te
pytania dręczyłyby mnie każdego dnia. Z tego względu zaczęłam pakować do
worka wszystko, czego miałam za dużo lub co było dla mnie zbędne, a
jemu mogłoby się przydać.
Na
poszukiwania Lucan'a wyruszyłam z samego rana. Ubrana w biały futrzany
płaszcz wymknęłam się z wioski. Nie wiedziałam jednak, gdzie mam szukać
mężczyzny. Postanowiłam więc iść tam, gdzie nogi mnie poniosą. Z
uśmiechem obserwowałam częściowo pokryte śniegiem drzewa, których
gałęzie zdobiły lodowe krople, lśniące w białych promieniach słońca,
podobnie jak śnieg leżący na ziemi. Nawet nie wiem, kiedy znalazłam się
na lodzie, skrywającym pod sobą strumień. Zsunęłam biały szalik ze
swoich ust i uklęknęłam na nim. Spomiędzy moich warg wydobył się biały
obłok, gdy oczyszczałam ślizgawicę z drobnego śniegu, by móc zobaczyć
ryby pod nią.
Nagle usłyszałam cichy skrzyp na śniegu.
Automatycznie podniosłam głowę. Gdy jednak dostrzegłam Lucan'a,
uspokoiłam się i obdarzyłam go uśmiechem.
Lucan?
2 października 2018
Od Fafnir'a CD Lucan'a
Rozbawiony mężczyzna od razu wykorzystał moment i zrzucił mnie na
trawę, po czym poderwał się na równe nogi. Następnie poprawił swoje
wygniecione ubranie. Tym razem to ja chciałem wykorzystać jego chwilę
nieuwagi. Chwilę, bo nieznajomy szybko poznał moje zamiary i zrobił
unik, w efekcie czego wylądowałem w strumieniu. Czym prędzej wyskoczyłem
z niego na drugi brzeg, następnie otrzepując włosy z nadmiaru wody,
którą nasiąkły podobnie jak ubrania. Byłem zły, osłabiony, a na dodatek
całkowicie przemoczony. Zaczynałem mieć serdecznie dość tego dnia.
Śmiech mężczyzny dodatkowo mnie drażnił. Przeniosłem na niego wzrok,
usiłując wlać w to spojrzenie całą swoją wściekłość.
- No,
przynajmniej umyłeś się z błota. - zadrwił - Dam Ci radę, w lesie jest
wiele dzikich i niebezpiecznych stworzeń, o których nawet Ci się nie
śniło. Musisz wybrać, czy chcesz być drapieżnikiem, czy ofiarą. Dla
ścisłości, powiem Ci, że gdy wybierzesz tę drugą opcję, nie dożyjesz
wiosny. Hasta la vista, chłopcze. - po tych słowach wampir zasalutował i
zniknął za drzewami.
Jakiś czas stałem nieruchomo, wpatrując
się w miejsce, gdzie wcześniej stał nieznajomy. Co miał na myśli? Czy
miał rację? Być może. Prawdą było to, że wciąż ruszało mnie cierpienie
zwierząt, co bardzo utrudniało życie na tym odludziu. Musiałem się
zmienić dla własnego dobra.
Przez
całą drogę powrotną rozmyślałem nad tym, co miało miejsce w lesie. Nie
wiem, ile czasu zajęło mi dotarcie do domu. Miałem wrażenie, że czas się
zatrzymał, a ja teleportowałem się przed swoją chatkę. Zmierzyłem ją
wzrokiem, by się upewnić, czy to na pewno mój dom, a zobaczywszy znajome
ozdoby, wszedłem do środka. Od razu podszedłem do naprawionego przeze
mnie kominka. Zamierzałem rozpalić ogień, co znacznie utrudniały mi
mokre dłonie oraz ubrania.
Nagle zamknąłem oczy i kichnąłem. Z
moich ust wyleciał płomień, który od razu zajął się suchymi gałązkami.
Taki plus tych eksperymentów.
Zdjąłem z siebie mokre ubrania,
po czym zastąpiłem je suchymi. Następnie opatuliłem się kocem i usiadłem
przed kominkiem. Kiedy wróciło mi czucie w palcach, zająłem się
przygotowywaniem posiłku z tego, co mi zostało.
Zima
zaskoczyła mnie swoim nagłym pojawieniem się. Nie sądziłem nawet, że ta
pora roku mogłaby występować w takim miejscu, więc kompletnie nie byłem
na nią przygotowany.
Zwierzęta pochowały się, by w spokoju
zapaść w sen zimowy, a rośliny przysypał śnieg. Powoli spacerowałem po
lesie, szukając czegokolwiek. Śnieg zatrzymał się w większości na igłach
drzew, dzięki czemu na ziemi było go mniej. Zbierałem wszystko, co
tylko udało mi się znaleźć i co mogłem w jakikolwiek sposób wykorzystać.
W pewnym momencie dostrzegłem starego zająca. Przyczaiłem się za
drzewami, wycelowałem i rzuciłem w niego oszczepem. Broń przebiła jego
ciało zanim zdążył uciec. Ze smutkiem zbliżyłem się do zwierzęcia i
wyjął z jego ciała oszczep. Następnie schowała zająca do worka.
Gdy
już przez dłuższy czas niczego nowego nie dostrzegałem, udałem się nad
brzeg strumienia z zamiarem złowienia kilku ryb. Po kilku godzinach
stania w wodzie złowiłem trzy ryby. Niby żadnego szoku nie było, ale
lepsze to niż nic.
Schowałem je do swojej skórzanej torby i
wyszedłem na brzeg strumienia. Włożyłem na nowo wcześniej zdjęte buty,
po czym ruszyłem w drogę powrotną. Chłodne powiewy wiatru wywoływały u
mnie dreszcze. Musiałem się pospieszyć, jeśli nie chciałem na nowo się
przeziębić. Pogoda pogarszała się z każdą chwilą. Delikatny wiaterek
szybko zmienił się w zamieć. Z trudem przedzierałem się przez zaspy
śniegu. Kilka razy prawie straciłem równowagę, wpadając w dziury
przykryte białym puchem.
Kiedy
w końcu dotarłem na miejsce, zobaczyłem, że mam gościa. Bez problemu
rozpoznałem w nim wampira z lasu. Moje wystraszone serce biło coraz
szybciej, zupełnie jakby chciało wyrwać się z piersi i wziąć nogi za
pas. Ale nie mogłem wiecznie uciekać. To był mój dom i musiałem o niego
walczyć. Chwyciłem więc oszczep, a następnie wycelowałem nim w głowę
mężczyzny. Ten otworzył jedno oko, uniósł brew i odsunął dłonią na bok
ostry koniec broni.
- Spokojnie, przeczekam tylko burzę i się
stąd zawijam. Nic nie ukradłem, jak nie wierzysz, sam sprawdź. -
powiedział i na nowo zamknął oczy. Nie miałem powodów, żeby mu wierzyć.
Mógł ponownie mnie zaatakować, ale tym razem nie musiało to się skończyć
happy endem.
- Idź precz. - warknąłem.
- Chciałbym,
ale ta burza jest mi jakoś nie w smak, wolę się nie gubić. Po prostu
mnie zignoruj i staraj się nie skaleczyć, gdy będziesz oporządzał to co
przyniosłeś. - dodał.
- Niby czemu? - prychnąłem, starając się być odważny.
-
Bo jestem wampirem, który od tygodnia nie miał nic z ustach. - odparł
szorstko mężczyzna i otworzył oczy. Wzdrygnąłem się, czując
przebiegający mi po plecach dreszcz. Mocniej zacisnąłem palce na broni.
Wampir natomiast ponownie zamknął oczy.
Długo biłem się z myślami, by w końcu podjąć decyzję.
-
Dobra, możesz zostać. Ale do ustania zamiecie. Potem wypad. A jeśli
zaczniesz kombinować, zabiję. - warknąłem i opuściłem oszczep. Udałem
się do kuchni, by tam zająć się rybami oraz zającem. Zdarte z niego
futerko odłożyłem na bok. Mięso natomiast pokroiłem na kawałki. Część
odłożyłem na bok dla wampira. Może woli krwiste?
Swoją porcję
natarłem ziołami, a następnie udałem się z nią przed kominek. Wrzuciłem
mięso do garnka i zalałem je wodą. Stopniowo dodawałem warzywa do
gotującej się potrawy. W międzyczasie przygotowywała sos, dodatki oraz
herbatę z igieł sosny. Gotowy posiłek rozłożyłem na stole przy kominku,
na którym również położyłem miskę z surowym mięsem.
- Chodź tu. - mruknąłem. Wampir uchylił powieki i spojrzał na mnie.
- Jedz. - dodałem, nakładając sobie do miski trochę przygotowanego mięsa i sałatki ze znalezionych jadalnych roślin.
Lucan?
1 października 2018
Od Harry (do ktosia)
Tego dnia wstałam wcześnie rano. Mając w pamięci instrukcje dyktatorki,
spakowałam do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy i opuściłam chatkę,
schodząc na dół po pniu drzewa.
Przy bramie, tak jak się spodziewałam, zatrzymał mnie Strażnik.
- 005, Harriet Canova, Uzdrowiciel. - wyrecytowałam znudzonym tonem, kiedy spytał mnie o dane. - Przyszłam nazrywać stokrotek.
Przepuścił mnie bez większych problemów. W końcu, kto podejrzewałby młodą medyczkę o jakieś wznioślejsze ambicje? Tymczasem miałam do wykonania poważną robotę. Na tej mniej uczęszczanej stronie wyspy.
Słyszałam, że rozbił się tam jakiś statek, a od paru tygodni atmosfera w wiosce, była, krótko mówiąc, gęsta. Nie dało się nie zauważyć, że znikali ludzie. A wczoraj Aven przyszła do mnie z prośbą.
- Na tym tankowcu znajdowało się coś złego. - powiedziała. - Chcę, żebyś to zbadała.
- Dlaczego ja? - spytałam, marszcząc ze zdziwieniem brwi. Nie byłam przecież nawet Strażniczką.
- To nowe mutacje. - kontynuowała, przechadzając się w tę i z powrotem po mojej chatce. - Musimy znaleźć ich słabości, żeby skutecznie ich unieszkodliwić. Nie chcę cię oszukiwać. Ludzie i tak już panikują.
- Te zaginięcia... - skojarzyłam. - To... te nowe mutacje?
- Niestety. - westchnęła. - Jesteś Medyczką. Powinnaś tam znaleźć jakieś poszlaki, cokolwiek. Wiem, że wiele zaryzykujesz, ale prawda jest taka... Jesteśmy na skraju wojny. Jeśli szybko czegoś nie wymyślimy, zginiemy.
Do tej pory nie miałam pojęcia, że sytuacja jest tak poważna. Na oczy nie widziałam żadnej z nowych mutacji. A teraz musiałam wejść do wylęgarni i znaleźć na nie antidotum. Pestka.
Szybko przemknęłam przez wyjątkowo dziś spokojny Opuszczony Las i znalazłam się na plaży. W odległości kilku kilometrów widziałam częściowo przesłonięty mgłą kadłub tankowca. Obraz ten wywołał we mnie niepokój, pewnie ze względu na opowieści dyktatorki. Zignorowałam zimne dreszcze i po prostu ruszyłam dalej.
Po drodze nie napotkałam większych problemów. Okolica była opustoszała, nie kręcili się tu nawet Samotnicy. Chociaż mieszkałam w wiosce, pomyślałam o tych, którzy są na zewnątrz. Jeśli ludzi z osady znikali bez śladu, co musiało dziać się z tymi bez domu? Bez miejsca do schowania się? Bez porządnej broni?
Nigdzie nie byliśmy bezpieczni. Rozejrzałam się wkoło podejrzliwie. Nie należałam do zbyt bojaźliwych, jednak wolałam zachować tę minimalną ostrożność.
W końcu stanęłam przy ogromnej, metalowej konstrukcji. Statek lekko bujał się przy uderzających w niego falach, a coś wewnątrz niego wydawało okropne, cierpiące jęki. Na prawej burcie pysznił się biały napis "MOOG". Całość wyglądała na porzuconą.
Uważając na przeżarte rdzą miejsca, po szczeblach weszłam na górny pokład. Wisząca na zawiasach furtka uprzedziła mnie o jego stanie. Wkoło panowało zupełne pobojowisko, jakby zostało tam wypuszczone stado byków. Dziury w podłodze, wybite szyby, a koło sterowe leżało pośrodku tego wszystkiego, wyrwane z konsoli z wielką siłą. Jako, że nie wiedziałam o istnieniu żadnej góry lodowej w pobliżu, to musiały być mutacje o naprawdę dużej sile.
Zachowując się w miarę cicho, zeszłam do zadaszonej części. Tutaj też panował bałagan, ale przeraziło mnie zupełnie co innego; a mianowicie, dziesiątki otwartych klatek. Drżącymi rękami sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam małą, podręczną pochodnię.
Przyjęłam, że na tym piętrze jest ich koło siedemdziesięciu. Podchodziłam do każdej z osobna, dokładnie ją oglądając. Były podpisane, ale choć niemal całe życie spędziłam w laboratorium, nie potrafiłam przetłumaczyć napisów. Wyglądało na to, że były to całkiem nowe mutacje. I niektóre z nich już w ogóle nie były ludźmi.
Właśnie miałam schodzić na dolny poziom, kiedy coś dotknęło mojego ramienia. Obejrzałam się szybko, ale nikogo nie dojrzałam. Za to moje ramię zrobiło się całe czarne.
Kiedy usłyszałam trzask gdzieś za mną, nie czekałam na zaproszenie do ucieczki. Wybiegłam na pobliski korytarz, szukając wyjścia. Cały czas słyszałam coś za mną. Pobiegłam wgłąb korytarza, ale nie dotarłam do schodów. Ktoś wciągnął mnie do pobliskiego pomieszczenia i zatkał usta dłonią.
- Cicho. - usłyszałam.
Ktoś?
Przy bramie, tak jak się spodziewałam, zatrzymał mnie Strażnik.
- 005, Harriet Canova, Uzdrowiciel. - wyrecytowałam znudzonym tonem, kiedy spytał mnie o dane. - Przyszłam nazrywać stokrotek.
Przepuścił mnie bez większych problemów. W końcu, kto podejrzewałby młodą medyczkę o jakieś wznioślejsze ambicje? Tymczasem miałam do wykonania poważną robotę. Na tej mniej uczęszczanej stronie wyspy.
Słyszałam, że rozbił się tam jakiś statek, a od paru tygodni atmosfera w wiosce, była, krótko mówiąc, gęsta. Nie dało się nie zauważyć, że znikali ludzie. A wczoraj Aven przyszła do mnie z prośbą.
- Na tym tankowcu znajdowało się coś złego. - powiedziała. - Chcę, żebyś to zbadała.
- Dlaczego ja? - spytałam, marszcząc ze zdziwieniem brwi. Nie byłam przecież nawet Strażniczką.
- To nowe mutacje. - kontynuowała, przechadzając się w tę i z powrotem po mojej chatce. - Musimy znaleźć ich słabości, żeby skutecznie ich unieszkodliwić. Nie chcę cię oszukiwać. Ludzie i tak już panikują.
- Te zaginięcia... - skojarzyłam. - To... te nowe mutacje?
- Niestety. - westchnęła. - Jesteś Medyczką. Powinnaś tam znaleźć jakieś poszlaki, cokolwiek. Wiem, że wiele zaryzykujesz, ale prawda jest taka... Jesteśmy na skraju wojny. Jeśli szybko czegoś nie wymyślimy, zginiemy.
Do tej pory nie miałam pojęcia, że sytuacja jest tak poważna. Na oczy nie widziałam żadnej z nowych mutacji. A teraz musiałam wejść do wylęgarni i znaleźć na nie antidotum. Pestka.
Szybko przemknęłam przez wyjątkowo dziś spokojny Opuszczony Las i znalazłam się na plaży. W odległości kilku kilometrów widziałam częściowo przesłonięty mgłą kadłub tankowca. Obraz ten wywołał we mnie niepokój, pewnie ze względu na opowieści dyktatorki. Zignorowałam zimne dreszcze i po prostu ruszyłam dalej.
Po drodze nie napotkałam większych problemów. Okolica była opustoszała, nie kręcili się tu nawet Samotnicy. Chociaż mieszkałam w wiosce, pomyślałam o tych, którzy są na zewnątrz. Jeśli ludzi z osady znikali bez śladu, co musiało dziać się z tymi bez domu? Bez miejsca do schowania się? Bez porządnej broni?
Nigdzie nie byliśmy bezpieczni. Rozejrzałam się wkoło podejrzliwie. Nie należałam do zbyt bojaźliwych, jednak wolałam zachować tę minimalną ostrożność.
W końcu stanęłam przy ogromnej, metalowej konstrukcji. Statek lekko bujał się przy uderzających w niego falach, a coś wewnątrz niego wydawało okropne, cierpiące jęki. Na prawej burcie pysznił się biały napis "MOOG". Całość wyglądała na porzuconą.
Uważając na przeżarte rdzą miejsca, po szczeblach weszłam na górny pokład. Wisząca na zawiasach furtka uprzedziła mnie o jego stanie. Wkoło panowało zupełne pobojowisko, jakby zostało tam wypuszczone stado byków. Dziury w podłodze, wybite szyby, a koło sterowe leżało pośrodku tego wszystkiego, wyrwane z konsoli z wielką siłą. Jako, że nie wiedziałam o istnieniu żadnej góry lodowej w pobliżu, to musiały być mutacje o naprawdę dużej sile.
Zachowując się w miarę cicho, zeszłam do zadaszonej części. Tutaj też panował bałagan, ale przeraziło mnie zupełnie co innego; a mianowicie, dziesiątki otwartych klatek. Drżącymi rękami sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam małą, podręczną pochodnię.
Przyjęłam, że na tym piętrze jest ich koło siedemdziesięciu. Podchodziłam do każdej z osobna, dokładnie ją oglądając. Były podpisane, ale choć niemal całe życie spędziłam w laboratorium, nie potrafiłam przetłumaczyć napisów. Wyglądało na to, że były to całkiem nowe mutacje. I niektóre z nich już w ogóle nie były ludźmi.
Właśnie miałam schodzić na dolny poziom, kiedy coś dotknęło mojego ramienia. Obejrzałam się szybko, ale nikogo nie dojrzałam. Za to moje ramię zrobiło się całe czarne.
Kiedy usłyszałam trzask gdzieś za mną, nie czekałam na zaproszenie do ucieczki. Wybiegłam na pobliski korytarz, szukając wyjścia. Cały czas słyszałam coś za mną. Pobiegłam wgłąb korytarza, ale nie dotarłam do schodów. Ktoś wciągnął mnie do pobliskiego pomieszczenia i zatkał usta dłonią.
- Cicho. - usłyszałam.
Ktoś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)