11 grudnia 2018

Od Cyklamen CD Renarda do Farrah

Cała ta sytuacja należała do dziwnych, jakkolwiek by na nią nie spojrzeć. Z jednej strony, przybycie obcej istoty do osady nie mogło zbytnio szokować, bo MOOG nie planowało przerwania eksperymentów. Każdego dnia na wyspę wyrzucano kolejnych zmodyfikowanych ludzi, z czego spora część nie przeżywała pierwszej doby. Niektórzy radzili sobie całkiem dobrze, a inni przechodzili stany załamania lub wstrząsu. W tej kalkulacji wróżka nie wyróżniała się niczym szczególnym.
Zaś z drugiej strony, zachowanie ocalałych było zgoła odmienne od tego, co prezentowała sobą Cyklamen. Przerażeni lub sfrustrowani, a na pewno wycieńczeni nowymi warunkami życia rozbitkowie chętnie i entuzjastycznie reagowali na jakiekolwiek ślady cywilizacji. Czy to rozmową i pytaniami, czy wymuszonym, nerwowym śmiechem, czy też błaganiem o pomoc. Rzecz jasna, nie każdy ocalały czuł potrzebę proszenia o cokolwiek. Sporo porzuconych na wyspie stawało się samotnikami z własnej woli. Jak sama nazwa wskazuje, nie pragnęli towarzystwa, nie garnęli się do współpracy, a już na pewno nie mieli ochoty angażowania się w osadnicze związki zawodowe.
Na własne nieszczęście, Cyklamen swoim otępieniem i milczeniem mogła sprawiać wrażenie właśnie takiej. Odizolowanej, aspołecznej, niechętnej do tłumaczenia się z porażki odniesionej w samotniczym trybie życia. Natomiast w praktyce wróżka niespecjalnie rozumiała, co to znaczy być samotnikiem. Nie wiedziała również o funkcjonowaniu osady na wyspie, a momentami nie pojmowała, że w ogóle znajduje się na owej wyspie.
Chociaż uwięziony we własnej obsesji umysł Yany nie zezwalał jej na zaspokajanie podstawowych potrzeb, tym razem klatka okazała się zbyt ciasna, by pomieścić naraz przyziemne pragnienia zmęczonego organizmu oraz obłąkańcze dążenia do osiągnięcia niesprecyzowanego dokładniej celu, którego punkt wydawał się zawieszony gdzieś w odległej przestrzeni. Prostszymi słowami można rzec, że Yana była zbyt zmęczona na wykonanie jakichkolwiek innych czynności poza jedzeniem, spaniem lub ogrzaniem się. Ponieważ jedzenia przy niej nie było (chociaż kilkakrotnie przechodził przez nią impuls nakazujący obrócenie głowy w kierunku, z którego dochodził ją zapach czekolady), a zdrętwiałe części ciała i obecność obcych nie pozwalały spać, wybrała przysunięcie się do ognia.
Wokół zapadła cisza. Dość zrozumiałe, bo po całym tym zajściu chyba każda z zebranych wokół samotniczki trzech osób oczekiwała jakiejś autoprezentacji. Yana nie zrozumiała wymownego milczenia i tylko wyciągnęła spod rąbka koca obie dłonie, po czym zbliżyła je do ognia, patrząc szeroko rozwartymi oczami na płomienie. Przez sekundę wyglądała, jakby chciała sprawdzić, czy ogień oparzy jej palce. Jednak w momencie, kiedy tańczący w kominku żywioł prawie zetknął się z jej bladą, wyziębłą skórą, raptownie cofnęła dłonie, a także całą swoją sylwetkę. Nadal siedząc, wyprostowała się i rozejrzała po pomieszczeniu tak szybko, jakby usłyszała dźwięk dorównujący głośnością co najmniej przekłutemu igłą balonowi. Tak jakby żar ognia spowodował swoiste przebudzenie się otumanionej istoty.
Wyraz jej twarzy sugerował, że lada moment wróżka wstanie i wybiegnie z domu i z osady, lub przemieni się w swoją drobniejszą formę i pryśnie wszystkim zebranym z oczu. Nic takiego się nie wydarzyło. Czerwonowłosa zamrugała kilkakrotnie, odruchowo zawijając się jeszcze szczelniej w koc, po czym uśmiechnęła się jak dziecko, do którego nagle dociera, że cała rodzina obserwuje jego zabawę.
Jej uśmiech nijak nie pasował do oczu, które pozostały rozedrgane, przejawiały głęboki lęk, a gdzieś za przeszklonymi zimnem białkami znajdował się też smutek.
- Kto wy…? – zapytała dźwięcznym, delikatnym głosem. – Czy ja powinnam tu być?
Farrah przyglądała się wróżce z szeroko otwartymi oczami. Jej dłoń powędrowała w stronę nieznajomej istoty z wysuniętym palcem wskazującym. Cyklamen wydała z siebie cichutkie „Hm?”, koncentrując zdezorientowany wzrok na rączce dziewczynki. Od tego skupienia aż jej się brwi nieco zmarszczyły.
- Farrah? – zaprotestował Renard. – Nie wygląda jak zwierzątko. Poza tym, nawet do zwierząt nie wyciąga się palców.
Rzecz jasna, uwagi brata nie zostały przyjęte przez siostrę zbyt poważnie. Dziewczynka nie powstrzymała swojego gestu, aż jej palec zetknął się z ramieniem wróżki. Cyklamen zamrugała. Popatrzyła na swoje ramię, którego prywatność została właśnie naruszona, po czym przeniosła wzrok na dziecko. Po czym znowu zerknęła na swoje ramię. I wtedy przed paluszkiem Farrah został tylko kolorowy, świecący pył, bo wróżka rzeczywiście prysnęła do swojej mniejszej formy. Zanim dziewczynka zdążyła cofnąć rękę, z obłoczka wróżkowego pyłu wyleciała mała, marudząca istotka, podleciała do Farrah i z powalającą siłą liścia powiewającego na wietrze szturchnęła jej ramię trzy razy, za każdym razem wydając z siebie dźwięk wymęczonego, piszczącego gryzaka.
Farrah przyglądała się chwilę motylkowi, który szturchał jej ramię, jednak ona nie odczuwała tego tak, jakby motylek tego chciał. Z konsternacją zmrużyła oczy, ponownie wysuwając paluszek w stronę wróżki oblepionej pyłkiem, a gdy ta unikała jej dotyku, zdziwiona dziewczynka próbowała za wszelką cenę dotknąć wróżki.
– Co ty robisz, motylku – szepnęła zła, przenosząc wzrok z latającego stworzenia na swojego brata, który siedział na tapczanie ze zwichrzonymi włosami i przyglądał się jej poczynaniom. – Spróbuj teraz ty, zobacz, pyłek. – Wystawiła w jego stronę rączkę, a widząc jego nieprzekonany grymas, dodała dosadnie: – KOLOROWY.
Wielobarwna mucha odleciała nieco na bok. Nie dowierzała, że nikt nie zwrócił uwagi na jej śmiercionośny atak. Zawisła w powietrzu, unosząc do tyłu jedną nóżkę, a z jej ust wydobyła się oznaka zdezorientowania: „Huh?”. Raptownie zmieniła swoje położenie, by pociągnąć Farrah za kosmyk włosów, obrzucając ja przy tym kolejną falą dźwięków niezadowolonej wróżki. Gdy wreszcie uzyskała atencję dziewczynki, nadęła swoje drobne policzki i pokazała jej język, wypuszczając przy tym powietrze i sprawiając wrażenie pierdzącej zabawki. Po czym zrobiła – lub raczej spróbowała zrobić – fikołka, przy którym zakręciło jej się w głowie i zniosło ją nieco na bok. Wpadła przez to do kubka z niewypitą czekoladą. Nie wydawała się tym jednak zmartwiona.
- NIE! – krzyknęła Farrah i zaczęła targać za dolną część ciała istotki, próbując wyciągnąć ją z kubka. Ta jednak zaparła się w środku rękami i siorbała słodką ciecz. – Przestań, to moje, zrób sobie swoje!
Dziewczynka wyciągnęła mlaskającą Cyklamen z kubka. Wróżka nie przejmowała się tym, że znajduje się właśnie w uścisku zirytowanego dziecka, które bez problemu mogłoby ją rozgnieść, a jej jedynym zmartwieniem było oczyszczenie się z czekolady. Wycierała się rączkami, chlapiąc przy tym niewielkimi ilościami napoju na boki oraz sypiąc pyłkiem podobnie do dziurawej buteleczki z brokatem.

Farrah? Renard?

4 grudnia 2018

Od Nirali (do ktosia)

Dziewczyna z trudem otworzyła ogromne drzwi porośnięte ciemnozielonym bluszczem. Poczekała chwilę aż młody sowrys (który już sięgał jej powyżej kolan) wbiegnie do środka i zamknęła je za sobą. Wzięła głęboki wdech i przymrużyła oczy. Otoczył ją cudowny zapach wszechogarniających ją roślin i suszonych ziół. Uwielbiała to miejsce, było zupełnie inne od pozostałych. Miało w sobie coś jakby magicznego i zupełnie nie pasowało do tej brutalnej i krwawej rzeczywistości, która panowała na wyspie.
Podeszła do swojego biurka i spojrzała na pozostawianą tam karteczkę. Przeczytała ją uważnie i wzięła ją do ręki, aby poszukać odpowiednich ziół. Ostatnio było bardzo duże zapotrzebowanie na leki odkażające. Szamani nie nadążali z ich produkcją, a osadnicy bardzo często ulegali różnym skaleczeniom oraz poważniejszym ranom. Podeszła do ściany zielarni, na której wisiały suszone liście roślin i ostrożnie sięgała po te, które są potrzebne do zrobienia leku. Kiedy skończyła, wzięła się za przygotowywanie maści.
Sowrys w tym czasie znalazł gdzieś między komodami małego szczura i bawił się nim, co chwilę puszczając go i dając mu kawałek uciec, a następnie ponownie go łapiąc. Jednak w pewnym momencie małemu gryzoniowi udało się pobiec trochę dalej niż zazwyczaj i jakiś cudem umknął ogromnej, białej łapie z ostrymi jak brzytwa pazurami i schronił się gdzieś wśród gąszczu roślin, na drugim końcu pomieszczenia. Zdenerwowany Ray próbował wypatrzeć swoją ofiarę, ale szczur zdążył już w tym czasie znaleźć jakąś kryjówkę. Sowrys prychnął i położył się obrażony obok Nirali, ze wzorkiem cały czas utkwionym w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą zniknęła jego ofiara.
W międzyczasie Nirali rozdrabniała zioła. Następnie wlała tłuszcz do małego rondelka, który umieściła na małym ogniu. Czekała aż ten się zupełnie rozpuści i wsypała do niego zioła. Potem mieszała je, aż zaczęły wrzeć i odstawiła do ostygnięcia. Po tej czynności podeszła do starej komody, na której leżały już ostygnięte mieszaniny i umieściła je nad ogniem. Teraz tylko musiała poczekać, aż tłuszcz zacznie wrzeć, przecedzić go przez sitko i maść gotowa.
Usiadła przy biurku, ale zrobiła to na tyle nieostrożnie, że przez przypadek strąciła z blatu drewniany młynek, który niespodziewanie spadł, robiąc ogromny huk i poturlał się w stronę gąszczu roślin. Tych samych, w których schronił się jeszcze przed chwilą szczur…
Hałas wygonił go z kryjówki, a sowrys tylko na to czekał. Skoczył w pogoń za swoją niedoszłą ofiarą, wiedząc, że teraz już mu na pewno nie umknie. Nirali widząc, co się święci, krzyknęła z całej siły:
- Nie!
Lecz było już za późno... Ray z całym impetem wpadł w gąszcz zasadzonych roślin, przewracając je, łamiąc i robiąc istne pobojowisko.
Dziewczyna stała bez ruchu, osłupiała i patrzyła z trwogą na ten cały chaos. Przecież jak inni szamani to zobaczą, to już po niej. Nirali spojrzała zrezygnowana na sowrysa, który właśnie pałaszował schwytanego szczura i wzięła się za sprzątanie. Tylko to jej teraz pozostało. Miała tylko nadzieję, że nikt nie postanowi w tym czasie tutaj zajrzeć. Ogarnianie tego całego syfu, zajęło jej cały ogrom czasu i kiedy nareszcie skończyła, słońce zaczęło już zachodzić za horyzontem. Wyczerpana wróciła do swojego miejsca pracy, ale wtedy ujrzała, że coś jest nie tak. Drzwi stały otworem, a z półki, na której leżały gotowe już leki i maści zginęło parę buteleczek i słoiczków. Była tak pochłonięta sprzątaniem, że nie usłyszała, jak ktoś się wkradł i je ukradł.
To był naprawdę zły dzień... Czy może się stać coś jeszcze gorszego?
Podeszła pod okno i zrezygnowana wyjrzała przez nie. Spojrzała na ostatnie promienie słońca przebijające się przez otaczający zielarnię las. Wtedy zauważyła pewien ruch w zaroślach. To z pewnością nie było zwierzę, tylko ludzka sylwetka. Czyli złodziej nie zdążył jeszcze uciec...
Nie zastanawiając się, wybiegła z zielarni i ruszyła w pościg za postacią.

Ktoś?

Od Sędzi C.D Nyx

Patrzyłem zdziwiony na Nyx, nie za bardzo rozumiejąc jej nagły atak.
- Co ty jaszczurka, bawić się chcesz? - zapytałem zdziwiony. Smoczyca zaryczała na mnie znowu, ukazując mi swój zakrwawiony bok. - Aa, mam Ci bandaże załatwić?
Jaszczurka zaryczała ponownie i zagęgała coś po smoczemu. Pojąłem te z pozoru nieskładne gdakanie, i zacząłem rozpaczliwie sięgać po swojego bastarda. Gdy wreszcie poczułem chłodną stal pod palcami, wziąłem zamach i moja broń w ułamek sekundy znalazła się przy boku bestii. Zamiast jednak wbić się w jej skórę, poleciała za skrzydło, lekko dotykając boku Nyx aby wymoczyć się we krwi, po czym cofnąłem rękę. Z boku wyglądało to jakbym wyprowadził Nyx normalny cios, a nie tylko udawał.
Smoczyca zawarczała, zaryczała i wzbiła się w powietrze, przesadnie eksponując swój zakrwawiony bok.

Zacząłem szybko oddychać, jakbym był zmęczony długą walką. Nade mną stanął Marek, podając mi dłoń by pomóc wstać.
- Dzięki stary - mruknąłem z udawanym bólem, i wstałem. Spojrzałem na kałużę krwi u moich stóp i wtedy zrozumiałem, że cały jestem we krwi. Płynęła ona ze mojego rozciętego łuku brwiowego i, co gorsza, z otwartej na nowo rany na ramieniu. Nie wyglądało to za dobrze, a dodatkowo groziło wykrwawieniem. Już teraz czułem się trochę słabo.
- Co tu się stało, jak zemdlałem? - zapytał mój dowódca, patrząc na zmasakrowane zwłoki dragona obok nas, oraz dwie połowy Słonego, które dzieliło dobre pięć metrów.
- Ech. Długa historia - stęknąłem, patrząc na martwych towarzyszy. Słony i Galiusz zginęli szybko, i bynajmniej nie na marne. Centaur kupił nam trochę czasu, natomiast osiłek zapewnił mi możliwość przeżycia starcia z dragonem.

Marek przyjrzał się smokowi, patrząc na kilka jego ran i zmiażdżoną szyję.
- To nie jest tylko twoja sprawka, no nie? - zapytał mnie całkiem nieformalnie. Skinąłem głową, opierając bastarda na barku.
- Ano. Gdy już miałem dobić tego skurwiela, pojawiła się tamta smoczyca - powiedziałem, i zaraz ugryzłem się w język - znaczy chyba smoczyca, bo była mniejsza. W każdym razie, gdy zobaczyła w jakim stanie jest towarzysz, zagryzła go. Pewnie by nie musiał cierpieć. - Wzruszyłem ramionami. To było całkiem chamskie, by przypisać sobie zwycięstwo. Ale co miałem zrobić? Powiedzieć, że tamta latająca jaszczurka mi pomogła, bo jesteśmy przy...znajomymi? Nigdy w życiu.
- Czy ty...czy ty zajebałeś tego łuskowatego? - zapytał mnie towarzysz z niedowierzaniem a ja tylko skinąłem głową bez większego przejęcia się. - No, to całkiem dobre osiągnięcie. Na pewno nie każdy ma szanse z takim bydlęciem.

Łagodny wiatr owiał nas, zaczęliśmy czuć zapach śmierci. W milczeniu podszedłem do truchła smoka i przewróciłem jego głowę na bok, wybierając miejsce na szyi, gdzie nie było śladu kłów innego smoka. Wziąłem bastarda w ręce i uderzyłem dwukrotnie, z siłą tak wielką, że oddzieliłem łeb od cielska.
- Będzie dowód - powiedziałem bez skruchy. - Będzie wiadomo, że jedną bestię mniej.
Marek skinął głową i spojrzał na ciało Słonego. Uczynił krótki znak krzyża i zaczął targać dwie połowy w stronę rozgrzebanej ziemi obok chatki. Wyjął ze zgliszczy kilka kawałków drewna i kilka innych materiałów, po czym sporządził dwa krzyże. Na jednym wyrył "Galiusz" na drugim "Słony" i zostawił skromne wspomnienie o towarzyszach. Nie poświęciłem temu większej uwagi. Jak dla mnie byli po prostu martwi, nic więcej.
Podszedłem do studni, gdzie widać było linę. Całe szczęście. Nabrałem całe wiadro wody i wyciągnąłem je, po czym odsunąłem się od studni i wylałem całą zawartość wiadra na głowę. Niezbyt zdrowe rozwiązanie, ale zmyłem z siebie większość krwi, która jeszcze nie zaschła. Dzięki temu Marek mógł powiedzieć mi gdzie i jak wielkie mam szramy, a potem zabandażować je kawałkami szmat z mojego ubrania.

- Dzięki stary. Ale zgaduje, że doktorek mnie ojebie - powiedziałem ze śmiechem, widząc jak zaszyta rana została jeszcze bardziej rozszerzona i poszarpana. Napinanie mięśni zdecydowanie nie idzie w parze ze szwami. Blizna będzie ogromna.
- Powinieneś na siebie bardziej uważać, smokobójco - powiedział zdegustowany Marek. - Jeśli jesteś w stanie pokonać w pojedynkę dragona, to jesteś bardzo drogocennym sposobem obrony dla Osady - dodał.
Wzdrygnąłem się. Zostałem właśnie uprzedmiotowiony. Stwierdziłem jednak, że lepiej będzie znieść to w milczeniu, niż zacząć niepotrzebną wojnę z nim.

- Lepiej skonstruujmy jakieś nosze na ten łeb, bo samemu będzie mi ciężko to nieść - powiedziałem, wskazując na łeb smoka, z którego wciąż wylewała się powoli krew. To cholerstwo troszkę ważyło.
Na spółkę z towarzyszem przywiązaliśmy łeb do dwóch belek, które mieliśmy nieść na barkach. Dzięki temu ciężar, choć zwiększony drewnem, rozłoży się na nas dwóch.

Droga do Osady zajęła nam parę godzin, które spędziliśmy w milczeniu. Drogę przerywaliśmy tylko na kilka krótkich odpoczynków. Około pół godziny po zmierzchu, nasze trofeum legło u wrót Osady.

***

- Zginęli na miejscu? - zapytał szef strażników. Marek przytaknął.
- Walczyli? - Potaknięcie.
- Zranili bestię?
- Tylko Słony.
- Co z Galiuszem?
- Próbował uciec, zginął pożarty przez dragona.
- Stchórzył?
- Nazwałbym to raczej daniem nam okazji na obranie taktyki i rozmieszczenie sił.
Marek i dowódca rozmawiali ze sobą krótkimi, formalnymi zdaniami. Ja tylko słuchałem ich w milczeniu, czasem tylko sycząc gdy doktor wbijał mi za mocno igłę. Bez znieczulenia, ponieważ był to naprawdę deficytowy luksus, ale za to najlepszej jakości nicią. W kilka minut skończył zabieg, wycierając krew spokojnie, po czym nałożył jakąś maść i zawinął bandażem.
- Nie wysyłajcie już Sędzi na misję przez najbliższe dwa tygodnie. Nie chce mi się go już łatać więcej razy przez ichnią głupotę - powiedział zrzędliwie doktor, odbierając zapłatę. Tym razem jednak nie ode mnie, ale od dowódcy. Sponsor się znalazł, psia jego mać.
- Jeśli będziesz musiał, będziesz szył go nawet codziennie - syknął dowódca, patrząc groźnie na doktora. Ten nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, zakłapał tylko dłonią prześmiewczo w stylu "bla bla gadaj se" i zaczął zbierać swoje narzędzia.

- Posłuchaj mnie, synu - powiedział do mnie lekarz, dając mi jakieś małe naczynie z wieczkiem. - Tutaj masz specjalną maść. Daję ją tobie, bo twoja rana jest naprawdę paskudna. Stosuj ją na tę wielką dziarę, ale też na brew. Służy ona do zapobiegania infekcji i szybszemu gojeniu się ran.
Skinąłem głową. a doktor poklepał mnie po barku. Był ode mnie wiele starszy, ale z trzy razy mniejszy. To dziwnie musiało wyglądać, jak taki drągal dostawał reprymendę od osoby starszej, która jednak, przez moje siwe włosy, wyglądała na młodszą ode mnie!
Medyk wyszedł z gabinetu dowódcy bez słowa, na co nasz szefunio się zrobił cały czerwony. Nienawidzili się, i choć dowódca miał teoretycznie większą rangę wojskowo, to jednak doktor cieszył się znacznie większym szacunkiem i sławą. Dowódca w końcu głównie siedział na dupie, doktor natomiast codziennie ratował życia i był wiecznie życzliwy.
- Słuchaj, Sędzia. Zabiłeś smoka, fajnie. Ale nie zapominał, kto tu jest dowódcą - zaczął mój boss. Wstał nawet, by spojrzeć mi w oczy, jednak musiał naprawdę mocno zadrzeć głowę. Konus.
- Co z tego, kto jest dowódcą? - zapytałem z udawanym zdziwieniem, choć już wiedziałem jak skończy się ta rozmowa.
- Jutro przyjdą do mnie robole zamontować głowę nad wejściem do mojego gabinetu. Będę znany jako obrońca Osady! - zaczął mówić w samozachwycie mój rozmówca. Ja i Marek wyszliśmy z pomieszczenia w milczeniu, nie komentując egoistycznego zachowania tego dupka.
Łeb smoka leżał przed wejściem do siedziby strażników, podziwiały go zastępy obrońców i cywili. Przeszedłem w milczeniu, jednak słyszałem wokół siebie szepty typu "to on zabił tego dragona" czy "jak silny musi być ten starzec?". Nie zwróciłem uwagi, przebiłem się tylko przez tłum, idąc w obdartym ubraniu, w bandażach i krwi, jedyne co biorąc ze sobą to stalowy bastard.

***

Droga do domku wcale nie była taka ciekawa. Znużenie, ból i ogólnie wyczerpanie dawały o sobie znaki. Potykałem się na ścieżce, droga niekiedy mi się lekko myliła. Raz nawet złapała mnie zadyszka, co do tej pory się nie zdarzało nawet przy wręcz maratońskim biegu.
Gdy jednak wreszcie dotarłem do swego legowiska i wszedłem do środka, padłem na podłogę i zasnąłem. Nie jadłem, nie rozpaliłem ognia. Po prostu padłem, zamknąłem oczy i zapadłem w sen.
Gdy się rozbudziłem, już nad ranem, zdziwiło mnie to, co mi się śniło. Otóż była to Nyx, jednak jako kobieta. W śnie miała na sobie moją bluzę, siedziała w fotelu i piła herbatę. Przeziębiona, zmarnowana. Po długiej podróży. W śnie zdawało mi się, jakby to było normalne, jakby co kilka dni lub tygodni wracała do mnie, jadła, spała, śmiała i rozmawiała ze mną. I potem znowu znikała.
Gdy się wreszcie się rozbudziłem, zrozumiałem, że śniła mi się dziewczyna, której nie znałem i która zostawiła mnie. Po raz kolejny, choć nie miała wobec mnie żadnych zobowiązań.
- No właśnie, to nad czym rozpaczasz, siwy pacanie? - zapytałem sam siebie i wróciłem do rutyny. Rozpaliłem palenisko, zrobiłem sobie ciepłe śniadanie i zadbałem o rany. Przed południem usiadłem na fotelu i wziąłem jedną z niewielu książek, które miałem w posiadaniu, i rozpocząłem lekturę. Nie miałem co robić, z obowiązków byłem na dzisiaj zwolniony, a wcale nie śpieszyło mi się do Osady na oficjalnie ogłoszenie jak to nasz dowódca pokonał smoka i urwał mu łeb gołymi rękoma.
Mój spokojny, ciepły dzień w zaciszu przerwało głuche stuknięcie na zewnątrz. Spojrzałem na drzwi. Odłożyłem książkę, wstałem i złapałem za bastarda, który leżał obok kominka. Musiałem go naostrzyć, za co miałem zamiar wziąć się wieczorem. Po cichu i powoli zacząłem zbliżać się do drzwi, teraz przeklinając w duchu opóźnienie w wymianie okna. Mógłbym zwyczajnie wyjrzeć przez szkło, by spojrzeć z jakim intruzem mam tym razem do czynienia.


Nyx? A masz tutaj ponad 1500 słówek. Przebij to, ha! XD

1 grudnia 2018

Podsumowanie miesiąca - listopad

Milutkie powitanko na kolejnym podsumowaniu miesiąca, jakim był listopad. Swoją drogą całkiem aktywny listopad, co oczywiście bardzo mnie cieszy.
Zaczyna się właśnie grudzień, co oznacza, że niedługo już święta oraz sylwester. Mam nadzieję, że spędzicie te dni jak najlepiej, ale będę miała jeszcze okazję złożyć wam życzenia przed samą gwiazdką.

Chciałabym jeszcze z całego serduszka podziękować kochanej owieczce, która odwaliła kawał świetnej roboty i stworzyła nam piękny szablon. Dzięki niej nasz blog jest teraz jedyny w swoim rodzaju, co czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym :)

Dziękuję też administracji i moderatorowi, którzy tak dzielnie pomagają, a czasami nawet robią tutaj więcej, niż ja.

Cieszę się, że jesteście i mam nadzieję, że grudzień będzie udany!


Stan osadników:
- 8 kobiet
- 5 mężczyzn


Stan samotników:
- 6 kobiet
- 6 mężczyzn


Łączna liczba postaci na blogu:
24

Dyktatorzy na grudzień:
Harry 
Venti

Stan opowiadań: 

- Nyx: 4
- Sędzia: 3
- Galia: 3
- Ancymon: 2
- Fafnir: 2
- Lucan: 2
- Renard: 2
- Venti: 2
- Asra: 1
- Aven: 1
- Cyklamen: 1
- Farrah: 1
- Hayi: 1
- Lucio: 1
- Lunaye: 1
- Melody: 1
- Nirali: 1
- Tenebris: 1

Upomnienia:

- Raven: 2
- Chakori: 2
- Różanooka: 1
- Morrigan: 1
- Hayi: 1
- Anaya: 2
 - Reske: 1
 Osoby, które nie napisały jeszcze opowiadania lub napisały tylko jedno, przypominamy o aktywnym udzielaniu się na blogu i w nagłych przypadkach zgłaszaniu nieobecności.
~
Pogoda oraz dyktatorzy nie zmieniają się aż do przyszłego miesiąca.
Pozdrawiam!
~Pani Admin

Od Nyx CD Sędziego

Tydzień od swojej niewdzięcznej ucieczki Nyx spędziła na przemian siejąc postrach wśród wysokogórskiej zwierzyny i próbując panować nad swoim ognistym (hehe) temperamentem. Drobnymi kroczkami dążyła do obranego celu, ale do całkowitej kontroli nad własnym ciałem i umysłem było jeszcze daleko. Na domiar złego każdy dzień dodawał jej sporo decymetrów w kłębie. Tak szybki rozrost ciała i przyrost masy wymagał dużych nakładów pożywienia, a wiązał się z nieustępującym bólem mięśni, kości, czy stawów oraz częstym linieniem. Pełnowartościowego mięsa, stanowiącego podstawę gadziej diety, na stromych zboczach nie było wiele. Zdecydowanie łatwiej byłoby dziewczynie zaspokoić głód osadniczą trzodą, jednak pomimo typowo zbójeckiej, samotniczej natury Starkówna wzbraniała się przed polowaniami w okolicach wioski w obawie przed niekontrolowanym atakiem na zamieszkujących ją mutantów. Gdy równo osiem dób od opuszczenia wykutej w skale chatki smoczyca siedząc na skalnej półce zdrapywała swędzący, łuszczący się stary naskórek ostrymi jak brzytwa pazurami, które mierzyły już więcej centymetrów niż spora finka, rześkie wiosenne powietrze rozdarł przeszywający ryk. Na tyle donośny, że jeszcze przez długie sekundy odbijał się złowieszczym echem pomiędzy poszarpanymi szczytami gór Ungcy. Rita od razu rozpoznała wołanie spragnionego krwi smoka. Nie czekając ani chwili dłużej rozpostarła skrzydła i pchana czysto zwierzęcym instynktem lub wewnętrzną potrzebą niesienia pomocy potencjalnej ofierze brata z innej matki, wzbiła się w powietrze. Leciała ile w skrzydłach nabierając dość sporej prędkości. Z początku kierowała się pamięcią, próbując utrzymać wspomnienie kierunku źródła dźwięku. Czujnym wzrokiem lustrowała gęsty las w poszukiwaniu bestii mając nadzieję, że przypadkiem jej nie minęła. Rozpościerająca się pod nią gęstwina tworzyła lekki, wczesnowiosenny kożuch przysłaniając jednak Ricie wszystko co działo się pod koronami drzew. Po chwili nieprzerwanego lotu do jej uszu dotarł kolejny ryk potwierdzający poprawność obranej trasy. Wtedy kątem czujnego, gadziego oka dostrzegła odległy ruch. Czarna, wypalona niewątpliwie smoczym płomieniem dziura widniała na leśnym dywanie niczym trawiący skórę czerniak. Na środku owego nowotworu rozgrywała się nierówna, zagorzała walka. Rita zaczęła pikować w momencie, gdy niebiesko łuska gadzina powaliła trojga z czterech zapewne niedoszłych napastników i zamykała swoją paszczę na ostatnim z ocalałych. Szmaragdowa smuga przecięła powietrze niczym pocisk i z siłą potężnego tarana zderzyła się z gadem posyłając zarówno jego jak i siebie w mierzącą kilkanaście metrów serię koziołków, która tratowała wszystko na swojej drodze. Zielonołuska wstała jednak zdecydowanie szybciej od niedoszłego konsumenta mutantów, który na zwilżonej od roztapiającego się śniegu ziemi podryfował dalej i uderzył w wysoką sosnę, łamiąc ją u podstawy niczym zapałkę. Smoczyca czuła napływającą do jej żył w absurdalnie wielkich ilościach adrenalinę. Serce zwiększyło obroty, pionowe źrenice rozszerzyły się przybierając niemalże owalny kształt, a z nozdrzy zaczęło intensywnie buchać rozgrzane smoczym oddechem powietrze z towarzyszącym, charakterystycznym świstem. Pod wpływem upojenia buzującym w żyłach hormonem dziewczyna rozwarła swe szczęki ukazując równe rzędy białych, ostrych, szablastych zębów, przy czym z jej gardzieli wydobył się głośny, głęboki i przejmujący, dziki ryk. Można było wręcz odnieść wrażenie, że ziemia zatrzęsła się spłoszona brzmieniem czystej, smoczej furii, a okoliczne drzewa drgnęły chcąc wypłoszyć pobliskie, potencjalnie zagrożone ptaki. Pokryty niebieską łuską gad podniósł się z ziemi sycząc wściekle. Donośne ostrzeżenie samicy nie zrobiło na nim większego wrażenia. Kłapnął ostrzegawczo paszczą, świsnął długim ogonem i machnął agresywnie skrzydłami ukazując swoją gotowość do walki. Dwa gady zaczęły okrążać się wzajemnie niczym lwy z afrykańskiej sawanny starając się znaleźć słabe punkty przeciwnika i szacując swoje szanse. Atmosfera gęstniała i tężała stając się niemalże namacalna, a nie mogący wytrzymać rosnącego napięcia niebieskiołuski przeciwnik zaczął prychać niecierpliwie. Na to właśnie smoczyca czekała. Gdy wreszcie rozjuczony niczym byk na corridzie przeciwnik pogrążony we wściekłym, opętańczym transie ruszył w kierunku Nyx, dziewczyna zgrabnie uniknęła szarży i uderzyła w bok rozpędzoną bestię wytracając ją z równowagi. Ta jednak wykazała się dużą zwinnością i pochwyciła przeciwniczkę zabierając ją ze sobą w szaleńczy danse macabre. Gadziny złączyły się w morderczym, zapaśniczym uścisku rzucając się po czarnych zgliszczach chatki i próbując rozszarpać delikatny brzuch szponami lub zatopić zębiska w krtani oponenta. Makabryczny taniec trwał długo. Obie bestie grały na zwłokę czekając na błąd przeciwnika. Pierwszy pojawił się ze strony szmaragdowego smoka i został skutecznie wykorzystany co zakończyło się zakończeniem pierwszej rundy. Karmazynowa, ciepła ciecz wyciekająca ze świeżej rany na boku, spływała powoli po zielonych łuskach kapiąc na zwęglone drewno areny. Mięsisty język lazurowego gada oblizał zmarszczone w butnym grymasie wargi i ociekające krwią zęby. Odrobina smoczej krwi zadziała  na niego niczym ecstasy jeszcze bardziej zachęcając go do walki. Z kolei Nyx, w której żyłach nadal utrzymywał się wysoki poziom adrenaliny nie odczuwała bólu jaki powinna wywołać świeża rana. Nie pozwoliła jednak hormonowi zaciemniać swojego umysłu i podczas gdy oszalały przeciwnik ponownie ruszył w jej kierunku smoczyca sprawnie uniknęła kolejnej szarży wykonując skuteczną kontrę. Tym razem jucha trysnęła z pustego oczodołu pokrytego niebieską łuską gada. Ten ryknął głośno z powodu piekielnego bólu, wypełniającego jego czaszkę. Przez dłuższą chwilę miotał się w dzikim szale na pobojowisku rycząc wściekle i jedną łapą trzymając się za lewe oko, które nieuchronnie wypływało ze swojego pierwotnego miejsca. W tym czasie Rita zdążyła przyjrzeć się swojej ranie i ocenić szkody, jakie wyrządził jej przeciwnik. Trzy długie ślady po pazurach nie były na tyle głębokie, żeby zagrażały jej życiu, czy zdrowiu. Mogły jednak okazać się niebezpieczne, gdyby starcie przedłużyło się znacząco. Popełniła drastyczny błąd odwracając wzrok od przeciwnika. Nie zdążyła zareagować gdy ten wbiegł w nią przewracając na grzbiet. Nyx w akcie desperacji zaczęła wyciągać swoją długą szyję i kłapać zębiskami próbując dosięgnąć wrażliwej krtani przeciwnika. Ten jednak miał wystarczająco masywne kończyny aby przygnieść jej pysk do ziemi. Z kolei pazurami tylniej łapy, czy to specjalnie czy przypadkiem poszerzył widniejącą na jej boku ranę. Szmaragdowa bestia ryknęła z bólu i strachu przed prawdopodobną przegraną. Jej serce biło w rytmie na tyle szybkim, że praktycznie nie dało się określić ilości wykonywanych przez mięsień skurczów. Ogarnęła ją panika. Czysty, iście naturalny strach przed czymś nieuniknionym. Obecnym w cyklu życiowym każdej żywej istoty. Czymś, z czym miała styczność wystarczająco często, aby straciło na swoim znaczeniu. W tamtej jednak chwili śmierć ponownie nabrała dla niej jaskrawych, wyraźnych, mrocznych kolorów. Przypomniała o swojej obecności i zamachała dziewczynie swoją kościstą łapą przekazując jasny komunikat. Nie myśl sobie, że możesz mnie od tak sobie zlekceważyć, kochaniutka. Lepiej by było dla ciebie, gdybyś o mnie nie zapominała. Sekundy, które dzieliły smoczycę od nieuniknionego końca sprawiały wrażenie godzin. Jak gdyby w spowolnionym tempie pokryty lazurową łuską gad rozwierał paszczę i zbliżał ją do nerwowo drgającej od przełykanej śliny grdyce. Cały ten proces trwał na tyle wolno, że Starkówna zdążyła dostrzec zbliżającego się siwego mężczyznę dzierżącego stalowego bastarda. Niedoszły zwycięzca nie spostrzegł nadciągającego z jego lewej strony ataku. Odczuł ludzką obecność dopiero wtedy, gdy żelazo zostało wbite z wielką siłą w jego pusty oczodół. Czas powrócił do standardowego tempa. Bestia podniosła się z rykiem łapiąc się za lewą stronę głowy, zaś jej niedoszła ofiara wykorzystała okazję i resztkę swoich sił aby zatopić zębiska w odsłoniętej szyi przeciwnika. Rita zacisnęła szczęki najmocniej jak potrafiła. Poczuła jak pod naciskiem jej kłów kruszy się kręgosłup, tchawica i tętnice pękają, a krtań ulega całkowitemu zmiażdżeniu. Trzymała uparcie szyję niebieskiego smoka do momentu, gdy ten przestał podrygiwać w agonalnej padaczce, a z jego zmasakrowanych górnych dróg oddechowych wydobył się ostatni, świszczący oddech. Wypluła z pogardą martwe ciało bestii. Zapanowała cisza przerywana jedynie ciężkim sapaniem smoka i siwego mężczyzny. Rita spojrzała na Sędziego masującego swoją rozbitą głowę. Jego rozcięty łuk brwiowy krwawił równie intensywnie co poszerzona rana smoczycy, częściowo zasłaniając mu pole widzenia. Rita usiadła ciężko i jęknęła cicho do mężczyzny.

- Nie ma za co – odparł siadając obok niej na ziemi.

Dwaj zwycięzcy siedzieli w milczeniu i przyglądali się stygnącemu truchłu. Znudzony ciszą mężczyzna zaczął delikatnie dźgać końcówką swojego miecza zwłoki. Z gadziego gardła jego towarzyszki wydobył się cichy warkot.

- Należy się skurwysynowi – odparł siwy.

Po chwili Nyx ponownie wydała z siebie niezrozumiały dźwięk.

- Hm… Powiesić głowę nad kominkiem? – zastanowił się głośno osadnik nie zaprzestając wykonywanej czynności. – Nie głupi pomysł. Szkoda tylko, że wydłubałaś mu oko.

Ciche, krótkie stęknięcie.

- W sumie racja, szklane nie zgniją.

Nietypowy dialog zakończył się w  chwili, gdy do czujnych uszu rozmówców dobiegły jęki rannego mężczyzny. Nyx podniosła się na równe nogi i obróciła w kierunku podnoszącego się z ziemi człowieka. Był jednym z towarzyszy Sędziego. Gdy wreszcie chwiejąc się znacząco i trzymając za krwawiącą głowę podniósł się do pozycji, mniej więcej wyprostowanej i otworzył oczy dostrzegając stojącego obok swojego towarzysza smoka upadł z powrotem na ziemię.

- Co ty robisz?! Sędzia?! Zajeb sukinsyna zanim ci łeb urżnie!

Nyx nie wiedziała co zrobić. Mogła po prostu odlecieć, ale wtedy na siwego padły by podejrzenia o zmowę z dragonem-samotnikiem, a to zapewne przysporzyło by mu sporo problemów. Postanowiła więc zaimprowizować i z nadzieją, że Sędzia pojmie jej wymyślony na szybcika, dość szalony plan przygniotła łapą mężczyznę do ziemi. Rozwarła paszczę i ryknęła siwemu prosto w twarz. Ten, delikatne mówiąc, zdziwiony i zaskoczony jej zachowaniem gapił się na smoczycę z nietęgim wyrazem twarzy. Rita warcząc nieustannie przeskakiwała wzrokiem ze swojej rany na miecz siwego, próbując przekazać niezbyt jasny komunikat modląc się w duchu, że zrozumie jej „sprytny” plan.



Sędzia? Tylko jej nie zabij, bo ci szybki nowej nie załatwi.