12 listopada 2018
Od Nirali - oswojenie Sowrysa
Nirali postanowiła zerwać trochę świeżych liści pokrzywy, która pojawiła się na miejsce niedawno stopniałego śniegu. Była to bardzo przydatna roślina o naprawdę wielu zastosowaniach. Między innymi hamowała krwawienie, przyspieszała gojenie się ran i zwalczała zatrucia. Kiedy dziewczyna została szamanką i zaczęła zgłębiać wiedze o różnych ziołach i roślinach, była naprawdę oszołomiona tym, ile mają zastosowań. To było naprawdę niezwykłe, że dzięki paru wysuszonym listkom można wyleczyć stan zapalny, odkazić ranę albo pozbyć się blizn.
Dziewczyna wzięła koszyk wiklinowy i ruszyła w stronę kaplicy. Było to chyba największe zbiorowisko roślin na wyspie, a tym samym najpiękniejsze i najdziksze miejsce na terenie całej osady. Spośród gąszczu drzew, krzewów i kwiatów wyłaniała się piękna, drewniana kapliczka - miejsce obrzędów szamanów. Nirali nie miała jeszcze okazji wziąć w czymś takim udziału, ale czekała na to z niecierpliwością.
Rozejrzała się po okolicy. Po otaczającej jej dookoła przyrodzie widać już było oznaki rozpoczynającej się wiosny. Ptaki zaczęły śpiewać, a rośliny i wszystko dookoła budziło się powoli do życia. Uwielbiała tę porę roku, kojarzyła jej się z radością, szczęściem i początkiem czegoś nowego, niezwykłego...
Kiedy przedzierała się przez gąszcz roślin, żałowała, że ubrała jedynie krótkie spodnie i koszulkę odsłaniającą ramiona, bo teraz przedzierając się przez gęstwinę co chwile czuła na skórze ból od podrapań przez gałęzie i kolce wszech otaczających ją teraz roślin.
Nagle usłyszała dobiegający skądś pisk. Rozejrzała się dookoła, ale nic nie widziała w odległości większej niż dwa metry przez otaczające ją chaszcze. Zaczęła iść w kierunku dobiegającego dźwięku, szukając jego źródła. Kiedy chciała już zrezygnować, usłyszała pisk po raz kolejny, tym razem o wiele bliżej. Wtedy zauważyła skulone na ziemi małe, białe stworzonko o osobliwym wyglądzie. Wyglądało jak hybryda jakiegoś ptaka i dzikiego kota. Podczas swojego pobytu na wyspie Nirali widziała parę razy dorosłych przedstawicieli tego gatunku. To były sowrysy - spokojne i niegroźne stworzenia, niewadzące nikomu. Miały one około metra wysokości, a maluch, którego znalazła, był ponad połowę mniejszy, więc bez wątpienia dopiero niedawno pojawił się na tym świecie. Dotknęła go ostrożnie ręką, ale mimo tego zwierzę nie zareagowało. Wyglądało na martwe, ale jego ciało było nadal ciepłe. Nirali z nadzieją położyła łagodnie rękę na klatce piersiowej malucha i poczuła delikatne bicie małego serduszka. Odetchnęła z ulgą. Wtedy zauważyła, że sowrys ma ogromną ranę na wnętrzu jednego ze swoich skrzydeł. Rana przechodziła praktycznie na wylot i cały czas sączyła się niej powoli krew. Najprawdopodobniej malucha zaatakowało jakieś zwierzę, a jego matka go porzuciła. Mimo wszystko dziewczyna miała nadzieję, że uda jej się uratować małe stworzonko.
Sięgnęła do swojej torby i wyjęła własnoręcznie zrobione leki, które zawsze nosiła ze sobą w razie jakiegoś wypadku. Wyciągnęła maść odkażającą i delikatnie przetarła nią skrzydło malucha, a następnie opatrzyła mu ranę. Potem wyrzuciła z koszyka całą zebraną dotychczas pokrzywę i włożyła do niego nieprzytomne zwierzątko. Spojrzała z nadzieją na kaplicę, która była niedaleko. Miała nadzieję, że pozostali szamani pomogą jej go uratować.
Kiedy dotarła wreszcie pod drzwi kaplicy, była już cała spocona od targania ciężkiego koszyka. Maluch okazał się o wiele cięższy, niż na to wyglądał. Dziewczyna z nadzieją zapukała do ogromnych drzwi. Po chwili otworzyła jej starsza kobieta, ubrana w luźną sukienkę ze skóry. Miała długie, siwe włosy, zaplecione w kok, a jej twarz pokrywały zmarszczki. Zapewne była jedną z najstarszych osób na tej wyspie.
Kiedy kobieta zauważyła zawartość koszyka, bez słowa wpuściła dziewczynę do środka. Szły w milczeniu, aż dotarły na środek kaplicy. Wtedy staruszka dała znak Nirali, aby ta odłożyła koszyk i na nią poczekała. Po paru minutach wróciła, niosąc ze sobą torbę pełną ziół i leków. Kazała Nirali wyjąć z koszyka małego sowrysa i położyć go na ziemię, co dziewczyna od razu uczyniła.
Biedne, biedne maleństwo - powtarzała cały czas staruszka, oglądając paskudnie wyglądającą ranę. - Już mało czasu, mało...
Kiedy skończyła go oglądać, odwróciła się do Nirali, spojrzała jej prosto w oczy i wyszeptała.
- Dziecko moje drogie - temu sowrysowi nie pomogą już żadne zioła. W ranę zdążyło już się wdać zakażenie i to są ostatnie chwile jego życia. Zwykła medycyna już mu nie pomoże...
Kiedy to mówiła, z oczu Nirali powoli pociekły łzy.
- Ale... - dziewczyna zaczęła mówić drążącym głosem. - Ale może spróbujmy, może się uda...
Staruszka pokręciła tylko przecząco głową.
- Dziecko moje, szkoda leków, mówiłam przecież, że one tu już nie pomogą. Leczę od ponad pięćdziesięciu lat i mam już w tych sprawach spore doświadczenie. Nie raz widziałam gangrenę, a ta już rozwinęła się w takim stopniu, że nie da się go uratować - powiedziała i spuściła smutno głowę.
- Chociaż... - odezwała się ponownie staruszka, nagle ożywiona. - Widziałam kiedyś w jednej księdze pewne zaklęcie... Poczekaj tu chwilę.
Nirali ukucnęła w tym czasie przy małym sowrysie i gładziła go delikatnie po główce.
Po chwili staruszka wróciła:
- Mam to! - Powiedziała ucieszona. - Jest to stare zaklęcie, którego jeszcze nigdy nie używałam, ale może się uda. Musisz jednak wiedzieć dziecko, że wymaga to naprawdę wielkiego poświęcenia.
- Co muszę zrobić? - zapytała bez wahania dziewczyna. Wiedziała, że jest w stanie zrobić wszystko, aby uratować to małe stworzonko.
- Musisz oddać cząstkę swojej duszy temu sowrysowi, a on odda ci swoją. Twoja dusza uleczy jego rany, ale już na zawsze będziecie ze sobą związani. Jeżeli jedno z was się zrani, na ciele drugiego również pojawi się rana. Jeżeli któreś z was zachoruje, drugi też podzieli ten sam los, a jeżeli któreś z was umrze... to druga dusza, także opuści ten świat - powiedziała cicho staruszka. - Przemyśl to bardzo dobrze dziecko, bo później nie będzie już odwrotu...
Nirali lekko zadrżała, ale po chwili odezwała się pewnym siebie głosem:
- Zgadzam się.
Staruszka uśmiechnęła się, słysząc te słowa i otworzyła księgę. Zaczęła powoli wymawiać słowa starego zaklęcia, ale Nirali nie rozumiała, co to za język. Zaczęło jej się kręcić w głowie i poczuła straszny ból w klatce piersiowej, jakby ktoś właśnie ją uderzył. Po chwili zrobiło jej się zupełnie ciemno przed oczami i osunęła się nieprzytomna na ziemię.
Kiedy otworzyła oczy, ujrzała promienie wpadającego przez okna kaplicy słońca. Leżała na twardej, zimnej ziemi, więc szybko się z niej podniosła. Zauważyła uśmiechniętą staruszkę, a obok niej biegającego wesoło po całej świątyni, zdrowego już sowrysa. Staruszka skinęła tylko lekko głową na znak, że wszystko się udało. Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy dziewczyny. Ukucnęła a mały, biały stworek podbiegł do niej i otarł się o jej głowę. Przytuliła go do siebie i wyszeptała:
- Od teraz będziesz się nazywał Ray i obiecuję, że już nigdy nic złego Ci się nie stanie.
Nowy osadnik - Renard
![]() |
| MarinaMichkina |
Wiek: 10 lat
Data urodzenia: 12.11
Numer: 026
Modyfikacja genetyczna: wilkołak - 80%, żniwiarz - 20%
Etap modyfikacji: 2
Status: Osadnik
Stanowisko: -
Miejsce zamieszkania: Upiorna chata
Aparycja: Renard nie wygląda na silnego i stanowczego chłopaka. Budowę ciała ma raczej przeciętną i skromną, a przynajmniej na razie. Jest szczupły, ale za to dosyć wysoki. Spokojnie przerasta młodszą siostrę, a prawie nawet dorównuje matce. Ze względu na swój wzrost przywykł się nieco garbić. Nie lubi być dobrze widoczny czy bacznie obserwowany. Rysy twarzy ma równie smukłe i szczupłe. Urody nie odziedziczył po żadnym z rodziców, ale trzeba przyznać, że i tak ją posiada. Jego wyraz twarzy jest przeważnie łagodny, aczkolwiek równie często zatroskany i czymś przejęty. Jego ciemne, brązowe oczy są radosne, ale i lekko, tajemniczo przymrużone. Czarną, bujną czuprynę zdecydowanie może zawdzięczać ojcu. Lubi jak ciemne pasma opadają mu na twarz, albo gdy wiatr się nimi bawi. Ubiera się w to co popadnie, ale uwielbia podkradać mamie peleryny i wszędzie chodzić z kapturem zasłaniającym twarz. Czuje się znacznie lepiej, gdy ktoś go nie widzi i nie ocenia zbyt pochopnie. Sam jeszcze jednak nie posiada żadnych kompleksów. Jedynie dosyć marnie zbudowane ciało będące skutkiem wypadku jego matki.
Charakter: Renard jest raczej spokojny, czego nie można powiedzieć o jego rodzicach. Był wychowywany w ciężkich warunkach, a jednak od zawsze miał swój własny rozsądek, dzięki któremu jeszcze nie stał się zepsutym dzieciakiem. Chłopiec odnajduje spokój w zacisznych zakamarkach wyspy. Nie lubi ciasnych, zaludnionych miejsc. Woli odseparować się od wszystkiego dookoła i nie mieszać się niepotrzebnie w życie innych. Chłopak jest bardzo uczciwy i szczery. Stara się zawsze mówić prawdę, chyba, że jest ona bolesna. Nie lubi ranić innych, gdyż uważa, że to nierozsądne, a on przeważnie postępuje rozsądnie. Ma łeb na karku i momentami zachowuje się już jak dorosły. Niektórymi gadkami przegada nawet najuczciwszego sędzie na świecie i zawsze wyjdzie na to, że ma racje i słusznie mówi. Renard to uczuciowy dzieciak zawsze dbający o dobro swoich bliskich. Jest opiekuńczy i pomocny. Zawsze trzyma stronę swoich i jest w stanie zrobić wszystko, aby zapewnić rodzinie bezpieczeństwo. Ma spory sentyment do własnej siostry, którą przywykł chronić i spędzać z nią jak najwięcej czasu. Czuje się za nią odpowiedzialny. W domu zachowuje się prawie jak ojciec, gdyż tego prawdziwego prawie nigdy nie ma w pobliżu. Co do ojca, Renard bardzo go podziwia mimo niektórych nieprzyjemnych cech, których by go oduczył. Ale to w końcu jego rodzony tata, który chcąc nie chcąc jest dla niego wzorem. Gdy Lucio ich odwiedza, Renard stara się wypytywać go o wszystko, aby tylko wystarczyło mu na to czasu. Lucio jednak nie do końca wygląda, jakby go to obchodziło, a więc syn stara się dorównywać mu jego własnymi zagraniami, co dobre wcale nie jest. Galia usiłowała zrobić z niego przyjemnego, dobrego i odważnego chłopaka, a przy ojcu jej zasady się nieco zamazują. Co jak co, ale Renard nie byłby wstanie skrzywdzić nawet muchy, chociaż nigdy nie wiadomo. Warunki wyspy raczej będą od niego wymagać pozbywania się większych zwierząt, niż zwykłej muchy. Renard jest raczej zamknięty w sobie, ale umie odpowiedni poprowadzić konwersację nie zrażając przy tym do siebie nikogo. Odwaga całkiem mu dopisuje, ale przeważnie wtedy, gdy zmuszony jest tak zareagować. Póki co, jest przyjazny, lecz cichy i skromny, ale zobaczymy co przyniesie przyszłość. Wychowywanie się pod jednym dachem ze stanowczą matką i pod drugim z wybuchowym ojcem może w pewnym stopniu wpłynąć na jego daleki wizerunek.
Historia: Nie ma co opowiadać, Renard urodził się na wyspie, a raczej cudem się urodził. Jego matka będąc w ciąży miała poważny wypadek, przez co on i jego siostra nieco ucierpieli. Są teraz mniej odporni na wszelkie niebezpieczeństwa wysp i bardziej podatni na choroby. Niestety lub stety, on z rodzeństwa oberwał najmniej. Urodził się silniejszy niż jego siostra, która cudem otworzyła oczy. Po długich badaniach dzieci mogły zamieszkać z matką na obrzeżach osady. Renard sporo czasu po zamieszkaniu w domu matki, ujrzał ojca i miał zaszczyt go poznać. Od tamtego momentu i tak widują się rzadko, ale trzeba przyznać, że Lucio jest dla niego pewnego rodzaju wzorem. Chłopiec ciągle wypytuje matkę o wizyty ojca i żyje nadzieją, że kiedyś będzie sam o tym decydował. Póki co musi skupić się na rozgryzieniu swojej odmienności, swojego gatunku i zwiedzić miejsce, jakim jest niebezpieczna wyspa przeklętych.
Partner: -
Wyposażenie: Zwinął z biblioteki kilka książek, które często czyta i studiuje. Poza tym, dostał od mamy dwa małe scyzoryki w razie niebezpieczeństwa. Poza tym, wciąż wykonuje z materiałów znalezionych jakieś zabawki, przyrządy czy bronie.
Inne:
*Nienawidzi różnych odcieni pomarańczy, chociaż przez swoją modyfikację zmuszony jest je widywać
*Nie lubi przemieniać się w lisa, cały czas twierdzi, że przez to jest dziwadłem
*Uwielbia czytać książki, a momentami nawet wymyślać własne, niewyjaśnione historie
*Często podkrada matce peleryny i chadza po wiosce niczym tajemniczy wampir w kapturze
*Uwielbia biegać i wspinać się po drzewach
*Jako hobby uznał sobie wykonywanie różnych trików nożykami, a także rzucaniem nimi do celu
Kieruje: natigrati@gmail.com | natik880 [hwr]
Od Galii CD Lucia
Siedziałam na łóżku z zamkniętymi oczami podpierając się rękoma. Byłam
zła na Lucia, nie wiem o co, o zrobienie mi tych dzieciaków, o to, że to
na mnie spoczywał większy obowiązek. Denerwowało mnie to
niemiłosiernie, mało tego teraz nie wiedział co robić i stał w miejscu
jak kołek. Warknęłam coś w jego stronę, wstając mimo bólu i podchodząc
do szafy. W pół zgięta ubrałam cieplejsze ubrania, wychodząc z sypialni.
Chodzenie było nieznacznie utrudnione, wiadomo, w dodatku skurcze w
niczym mi nie pomagały, ale nie było to nic, czego bym nie wytrzymała.
Przekroczyłam próg salonu, słyszałam za sobą kroki wilkołaka. Już drugi raz dla jakiegoś faceta otworzyłam szufladę w komodzie zawierającą nieważne, tak pilnie strzeżone legitymacje osób, które zmarły, zmieniły status, zrobiły coś, za sprawą czego dowód im bezpowrotnie zabrano. Nie powinnam wykorzystywać ich do własnych, tak podłych w stosunku do innych celów, ale nie miałam wyjścia. Dałam mu pierwszy lepszy, byle był męski, po czym zaczęłam kroczyć w stronę drzwi, jednak ten stał w miejscu i czytał to, co mu podałam chwilę temu.
– Fałszywa legitymacja. A teraz już chodź, chociaż zresztą nie musisz – wycedziłam przez zęby, czując coraz większy ból. W końcu znaleźliśmy się na leśnej drodze prowadzącej do powozów, a ja modliłam się, aby wewnątrz któregoś siedział przewoźnik na zmianie. Moje modlitwy zostały wysłuchane, bo po chwili czterokonny powóz ciągnięty przez gniadosze obijał się o większe i mniejsze kamienie na drodze do medyczki. Harry wiedziała o mojej ciąży, jako jedyna z całej wioski, chociaż wiedziałam, że to niedługo ulegnie zmianie. Przecież dzieci będą musiały chodzić do szkoły, do wioski, nie będą mogły żyć na odludziu, prędzej czy później by zwiariowały, a w przyszłości wyraźnie by się to na nich odbiło, jak i zresztą na ich kontaktach międzyludzkich. Z ulgą przyjęłam fakt, że przewoźnik zatrzymał konie praktycznie pod samymi drzwiami, a ja wyszłam z wnętrza powozu z drobną pomocą Lucia, choć upierałam się i dalej upieram, że dałabym sobie radę. Wilkołak zapukał mocno w drzwi, praktycznie wpychając mnie do środka, gdy Harry nareszcie je otworzyła. Była ubrana w piżamę i szlafrok, a włosy związała z tyłu głowy, widocznie szykowała się do snu, co za niefart, przeszkodziła jej rodząca osiemnastolatka. Co by powiedziała moja matka?
– Dawno odeszły ci wody? – spytała, szykując w pośpiechu łóżko, gdy ja siedziałam na fotelu zginając się pod każdym możliwym kątem.
– Niedawno. Nie wiem jak dawno – powiedziałam zirytowana, obejmując rękoma brzuch.
– W terminie? – kontynuowała, a ja tylko skinęłam twierdząco. Pomogła mi się wygodnie ułożyć, wyganiając Lucia. Byłam zaskoczona, że nijak nie skomentowała jego obecności tutaj, chociaż mogłam powiedzieć, że dziewczyna widziała naprawdę różne kwiatki z mojej strony, więc wilkołak nie był niczym nowym. W końcu ona zajmowała się Julesem przed śmiercią, zresztą mną, jak i moimi dziećmi także.
Cztery godziny, litr wylanego potu i milion krzyków później urodziły się bliźniaki - ale tylko jedno płakało. Na całe szczęście (nie wiem dlaczego tak mówię), dziewczynka także zaczęła się drzeć, ale po dłuższym czasie. Zgodnie z tym, co mówił Lucio, chłopiec nosił imię Marcus Renard, a dziewczynka, według moich upodobań, Delilah Farrah. Harry chciała mi je podać, ale z niewiadomych powodów to ja nie miałam ochoty ich widzieć, a co dopiero trzymać. Zmęczona przekręciłam głowę w przeciwnym kierunk, niż znajdowały się śpiące, umyte i ubrane dzieci. Nie miałam pojęcia co będzie dalej, jak będą wyglądały widzenia Lucio z bliźniakami, czy w ogóle w obecnej sytuacji mamy o czym rozmawiać, czy po prostu rozejdziemy się w dwa, zupełnie inne kierunki. W tym samym czasie usłyszałam skrzypnięcie drewnianych drzwi i kroki na panelach, ale nie przekręcałam głowy w tym kierunku, dodatkowo zamykając oczy, miałam nadzieję, że pomyśli, że śpię.
Lucio?
Przekroczyłam próg salonu, słyszałam za sobą kroki wilkołaka. Już drugi raz dla jakiegoś faceta otworzyłam szufladę w komodzie zawierającą nieważne, tak pilnie strzeżone legitymacje osób, które zmarły, zmieniły status, zrobiły coś, za sprawą czego dowód im bezpowrotnie zabrano. Nie powinnam wykorzystywać ich do własnych, tak podłych w stosunku do innych celów, ale nie miałam wyjścia. Dałam mu pierwszy lepszy, byle był męski, po czym zaczęłam kroczyć w stronę drzwi, jednak ten stał w miejscu i czytał to, co mu podałam chwilę temu.
– Fałszywa legitymacja. A teraz już chodź, chociaż zresztą nie musisz – wycedziłam przez zęby, czując coraz większy ból. W końcu znaleźliśmy się na leśnej drodze prowadzącej do powozów, a ja modliłam się, aby wewnątrz któregoś siedział przewoźnik na zmianie. Moje modlitwy zostały wysłuchane, bo po chwili czterokonny powóz ciągnięty przez gniadosze obijał się o większe i mniejsze kamienie na drodze do medyczki. Harry wiedziała o mojej ciąży, jako jedyna z całej wioski, chociaż wiedziałam, że to niedługo ulegnie zmianie. Przecież dzieci będą musiały chodzić do szkoły, do wioski, nie będą mogły żyć na odludziu, prędzej czy później by zwiariowały, a w przyszłości wyraźnie by się to na nich odbiło, jak i zresztą na ich kontaktach międzyludzkich. Z ulgą przyjęłam fakt, że przewoźnik zatrzymał konie praktycznie pod samymi drzwiami, a ja wyszłam z wnętrza powozu z drobną pomocą Lucia, choć upierałam się i dalej upieram, że dałabym sobie radę. Wilkołak zapukał mocno w drzwi, praktycznie wpychając mnie do środka, gdy Harry nareszcie je otworzyła. Była ubrana w piżamę i szlafrok, a włosy związała z tyłu głowy, widocznie szykowała się do snu, co za niefart, przeszkodziła jej rodząca osiemnastolatka. Co by powiedziała moja matka?
– Dawno odeszły ci wody? – spytała, szykując w pośpiechu łóżko, gdy ja siedziałam na fotelu zginając się pod każdym możliwym kątem.
– Niedawno. Nie wiem jak dawno – powiedziałam zirytowana, obejmując rękoma brzuch.
– W terminie? – kontynuowała, a ja tylko skinęłam twierdząco. Pomogła mi się wygodnie ułożyć, wyganiając Lucia. Byłam zaskoczona, że nijak nie skomentowała jego obecności tutaj, chociaż mogłam powiedzieć, że dziewczyna widziała naprawdę różne kwiatki z mojej strony, więc wilkołak nie był niczym nowym. W końcu ona zajmowała się Julesem przed śmiercią, zresztą mną, jak i moimi dziećmi także.
Cztery godziny, litr wylanego potu i milion krzyków później urodziły się bliźniaki - ale tylko jedno płakało. Na całe szczęście (nie wiem dlaczego tak mówię), dziewczynka także zaczęła się drzeć, ale po dłuższym czasie. Zgodnie z tym, co mówił Lucio, chłopiec nosił imię Marcus Renard, a dziewczynka, według moich upodobań, Delilah Farrah. Harry chciała mi je podać, ale z niewiadomych powodów to ja nie miałam ochoty ich widzieć, a co dopiero trzymać. Zmęczona przekręciłam głowę w przeciwnym kierunk, niż znajdowały się śpiące, umyte i ubrane dzieci. Nie miałam pojęcia co będzie dalej, jak będą wyglądały widzenia Lucio z bliźniakami, czy w ogóle w obecnej sytuacji mamy o czym rozmawiać, czy po prostu rozejdziemy się w dwa, zupełnie inne kierunki. W tym samym czasie usłyszałam skrzypnięcie drewnianych drzwi i kroki na panelach, ale nie przekręcałam głowy w tym kierunku, dodatkowo zamykając oczy, miałam nadzieję, że pomyśli, że śpię.
Lucio?
Od Lucia CD Galii
Zerwałem się z kanapy od razu mocno zaciskając zadziwiająco długie i ostre pazury na poduszkach, przez to niestety je przedziurawiając. Odkleiłem poduszkę od własnych palców i odłożyłem na bok nie przejmując się jakoś bardzo ich obecnym stanem. Począłem rozglądać się po pomieszczeniu, w którym po Galii już nie było śladu. No jasne, po co miałaby tu zostawać? Dobre tyle, że mimo swojego stanu wtargała mnie na kanapę i pozwoliła odpocząć. Nie wiem gdzie poszła, może do siebie. Zresztą na razie mnie to nie obchodzi, a moje słowa potwierdził głośno burczący brzuch. Przyłożyłem do niego aż za bardzo owłosioną rękę i skrzywiłem się na myśl o polowaniu. Dawno tego nie robiłem, a teraz, gdy jest zima będzie to jeszcze bardziej utrudnione. Niechętnie rozprostowałem kości, które od razu zaczęły strzelać i chrupać, ale jeżeli chcę ponownie chodzić, muszę to znieść. W końcu podniosłem się z kanapy i bezzwłocznie skierowałem się w stronę drzwi wyjściowych. Do szafek w kuchni nie było co zaglądać. Podejrzewam, że te zioła były jedynym produktem, który tam posiadałem. Wydostałem się więc na zewnątrz i ze zdziwieniem przyznałem, że wcale nie ma już zimy. Po śniegu zostały gdzieniegdzie małe, białe zaspy, trawa była już widoczna, a nawet całkiem zielona, a na drzewach zaczęły pojawiać się małe pąki. Nie wiedziałem, że wilki zimują... To nie było moim jedynym zdziwieniem. Wiosna na wyspie jest chyba wyjątkowo odczuwalna i intensywna, jeżeli nawet w opuszczonym lesie zaczynało robić się kolorowo. Pokręciłem głową zupełnie wytrącony z rytmu, ale głód nadal dawał o sobie znać, więc w końcu przyjąłem postać futrzaka. Dawno nie zmieniałem się w zwierzę co było dość odczuwalne. Teraz czułem się większy, silniejszy, ale mniej ogarnięty i większość moich myśli w głowie była zastępowana obrazem krwi i pysznego mięsa. To nie zapowiada się dobrze. Chciałem zrezygnować i stanąć znów na dwóch nogach, żeby przez brak doświadczenia zaraz czegoś nie zepsuć, ale nie mogłem. Cztery łapy same pociągnęły mnie w głąb lasu, a były tak szybkie, że zaraz byłem już daleko od domu. Nos i uszy dobrze z nimi współpracowały, gdyż niedługo potem doprowadziły mnie do dorosłego jelona. Uznałem, że nie ma co się siłować z własnym sobą, a gdy już mam okazję na pożywienie się, to skorzystam.
Otarłem zakrwawiony pysk o sierść na boku i przełknąłem ostatni duży kęs mięsa. Samo upolowanie zwierzęcia nie zajęło mi mniej niż późniejsze spożycie go. Kolejną zadziwiającą obserwacją był fakt, iż nadal byłem przyodziany w grubą, czarną sierść, a minęło znacznie więcej od przemiany niż wcześniej. Dosyć mnie to zaniepokoiło i normalnie zacząłbym panikować, ale gdy dotarłem pod swoją chatę, mogłem się już normalnie wyprostować. Odetchnąłem z ulgą powoli przyzwyczajając się do obecnych zmian w moim ciele i zachowaniu. Miałem jednak nadzieję, że nie nastąpi ich więcej i w końcu będę mógł żyć o wszystkim dostatecznie poinformowany, bo jak na razie sam nie wiedziałem co mogę, a czego nie powinienem. Na chwilę obecną najważniejsze było jednak to, że się najadłem i to porządnie, gdyż wsunąłem całego jelona wielkości dorosłego ogiera. Mimo to, gdzieś w środku odczuwałem niedosyt, ale usiłowałem go stłumić myśleniem o czymś innym, a mianowicie o Galii. Nie wiem, czemu ta dziewczyna jest pierwszym, co pojawia mi się w głowie, gdy chcę zapomnieć o czymś nieprzyjemnym, ale nic na to nie poradzę. Jeżeli już o niej pomyślałem, to oznacza to pewnie, że dzisiaj ją spotkam. Może przypadkowo, może celowo, a zależy to od mojego niezrozumiałego instynktu. Póki co, postanowiłem wykorzystać chwilę spokoju i w końcu się umyć. Nie będę ukrywał, nieźle ode mnie zalatywało, ale co się dziwić, skoro przez ponad dwa miesiące nie ruszałem się z miejsca? Dziwne, że wokół mnie nie latają jeszcze muchy i inne irytujące robactwo. Jak na złość, właśnie jedna przeleciała obok mojego ucha głośno brzęcząc. Powarkując odgoniłem ją ręką i wszedłem do środka, zamykając za sobą drzwi. Zasłoniłem wszystkie zasłony, które jakimś cudem przepuszczały miejscami promienie słoneczne. Ostatnio źle reaguję na słońce, ale to pewnie przez to, że tak długo nie miałem z nim do czynienia. Szybko uporządkowałem salon i kuchnie, a następnie zgarnąłem z małej szafki gruby kawał materiału mający posłużyć mi jako ręcznik. Przerzuciłem go sobie przez ramię i tylnymi drzwiami wyszedłem na zewnątrz udając się w kierunku źródła wody.
Kąpiel ta nie należała do przyjemnych, ale przynajmniej byłem już czysty. Od razu po powrocie przyodziałem się w czyste ubrania i stwierdziłem, że to ten moment, którego spodziewałem się już wcześniej. Odwiedzę ją i odpowiem na wcześniejsze pytanie, na które odpowiedzi nie zdążyłem udzielić. Wyszedłszy z domu spostrzegłem, że pora nie wczesna i możliwe nieodpowiednia jak na odwiedziny, ale osadniczka i tak zapewne jeszcze nie śpi. W mroku, który nie wywierał na mnie większego wrażenia przedostałem się przez las, aż dotarłem pod chatę żniwiarki. Przez okna było widać palące się światło, więc chyba przyszedłem w odpowiednim momencie. Podszedłem do drzwi i począłem w nie pukać, ale gdy przed dłuższy czas nikt nie odpowiadał, pozwoliłem sobie pociągnąć za klamkę. Drzwi jak się okazało, były otwarte, co znaczy, że to nie będzie włamanie jeżeli Galia zechce postawić mi jakieś zarzuty. Bezkarnie wkroczyłem do domu i skierowałem się w stronę sypialni, w której miałem nadzieję spotkać dziewczynę. Na szczęście ta chyba usłyszała moje kroki i sama wyszła mi na przywitanie.
- Renard - odparłem krzyżując ręce i mierząc ją wzrokiem. Z początku chyba mnie nie zrozumiała, ale potem widocznie przypomniała sobie naszą wcześniejszą rozmowę. Wymyślałem to imię przez całą drogę i byłem pewien, że tak ma się nazywać mój syn. Jeżeli już mam mieć tego syna, to niech ma chociaż przyzwoite imię.
- I musiałeś tu przychodzić w nocy, w dodatku nieproszony? Mogłeś zapukać - oskarżyła mnie otulając się własnymi ramionami.
- Pukałem, a drzwi były otwarte - wzruszyłem ramionami dziwiąc się na jej wkurzone podejście.
- Cokolwiek. Tylko je dobrze domknij, jak już będziesz wychodził - machnęła na mnie ręką i obróciła się, aby wrócić do pokoju, ale nagle zastygła. Zmarszczyłem brwi i chwilę przyglądałem się zaistniałej sytuacji, po pewnym czasie zauważając jak na spodniach dziewczyny pojawiają się długie plamy. Otworzyłem szeroko oczy i cofnąłem się o kilka kroków oczekując jakieś reakcji od strony Galii. Ta natomiast zignorowała chyba oczywisty jej znak i wróciła do łóżka. Spanikowany chciałem jakoś na to zaradzić, ale ja sam zastygłem w miejscu. Nie wiedziałem, czy mam do niej pobiec, czy może sam pobiec po pomoc. Słusznym wyborem byłoby sprowadzenie kogoś doświadczonego w tych sprawach, więc wybiegłem z domu rozglądając się na boki, ale wrócił mój zdrowy rozsądek przypominający o tym, że jako samotnik to wioski tak łatwo nie wejdę. Postanowiłem więc wrócić do dziewczyny i zapytać co robić, chociaż ona sama była przerażona i mało wiedziała.
- Ty... Galia. Trzeba coś z tobą zrobić - pojawiłem się drzwiach jej pokoju i ze stresu masowałem sobie kark - Zaprowadzić cię do wioski? Jak mam ci pomóc? - wypytywałem nawet nie zauważając kiedy mój głos zaczął drżeć.
Galia?
Otarłem zakrwawiony pysk o sierść na boku i przełknąłem ostatni duży kęs mięsa. Samo upolowanie zwierzęcia nie zajęło mi mniej niż późniejsze spożycie go. Kolejną zadziwiającą obserwacją był fakt, iż nadal byłem przyodziany w grubą, czarną sierść, a minęło znacznie więcej od przemiany niż wcześniej. Dosyć mnie to zaniepokoiło i normalnie zacząłbym panikować, ale gdy dotarłem pod swoją chatę, mogłem się już normalnie wyprostować. Odetchnąłem z ulgą powoli przyzwyczajając się do obecnych zmian w moim ciele i zachowaniu. Miałem jednak nadzieję, że nie nastąpi ich więcej i w końcu będę mógł żyć o wszystkim dostatecznie poinformowany, bo jak na razie sam nie wiedziałem co mogę, a czego nie powinienem. Na chwilę obecną najważniejsze było jednak to, że się najadłem i to porządnie, gdyż wsunąłem całego jelona wielkości dorosłego ogiera. Mimo to, gdzieś w środku odczuwałem niedosyt, ale usiłowałem go stłumić myśleniem o czymś innym, a mianowicie o Galii. Nie wiem, czemu ta dziewczyna jest pierwszym, co pojawia mi się w głowie, gdy chcę zapomnieć o czymś nieprzyjemnym, ale nic na to nie poradzę. Jeżeli już o niej pomyślałem, to oznacza to pewnie, że dzisiaj ją spotkam. Może przypadkowo, może celowo, a zależy to od mojego niezrozumiałego instynktu. Póki co, postanowiłem wykorzystać chwilę spokoju i w końcu się umyć. Nie będę ukrywał, nieźle ode mnie zalatywało, ale co się dziwić, skoro przez ponad dwa miesiące nie ruszałem się z miejsca? Dziwne, że wokół mnie nie latają jeszcze muchy i inne irytujące robactwo. Jak na złość, właśnie jedna przeleciała obok mojego ucha głośno brzęcząc. Powarkując odgoniłem ją ręką i wszedłem do środka, zamykając za sobą drzwi. Zasłoniłem wszystkie zasłony, które jakimś cudem przepuszczały miejscami promienie słoneczne. Ostatnio źle reaguję na słońce, ale to pewnie przez to, że tak długo nie miałem z nim do czynienia. Szybko uporządkowałem salon i kuchnie, a następnie zgarnąłem z małej szafki gruby kawał materiału mający posłużyć mi jako ręcznik. Przerzuciłem go sobie przez ramię i tylnymi drzwiami wyszedłem na zewnątrz udając się w kierunku źródła wody.
Kąpiel ta nie należała do przyjemnych, ale przynajmniej byłem już czysty. Od razu po powrocie przyodziałem się w czyste ubrania i stwierdziłem, że to ten moment, którego spodziewałem się już wcześniej. Odwiedzę ją i odpowiem na wcześniejsze pytanie, na które odpowiedzi nie zdążyłem udzielić. Wyszedłszy z domu spostrzegłem, że pora nie wczesna i możliwe nieodpowiednia jak na odwiedziny, ale osadniczka i tak zapewne jeszcze nie śpi. W mroku, który nie wywierał na mnie większego wrażenia przedostałem się przez las, aż dotarłem pod chatę żniwiarki. Przez okna było widać palące się światło, więc chyba przyszedłem w odpowiednim momencie. Podszedłem do drzwi i począłem w nie pukać, ale gdy przed dłuższy czas nikt nie odpowiadał, pozwoliłem sobie pociągnąć za klamkę. Drzwi jak się okazało, były otwarte, co znaczy, że to nie będzie włamanie jeżeli Galia zechce postawić mi jakieś zarzuty. Bezkarnie wkroczyłem do domu i skierowałem się w stronę sypialni, w której miałem nadzieję spotkać dziewczynę. Na szczęście ta chyba usłyszała moje kroki i sama wyszła mi na przywitanie.
- Renard - odparłem krzyżując ręce i mierząc ją wzrokiem. Z początku chyba mnie nie zrozumiała, ale potem widocznie przypomniała sobie naszą wcześniejszą rozmowę. Wymyślałem to imię przez całą drogę i byłem pewien, że tak ma się nazywać mój syn. Jeżeli już mam mieć tego syna, to niech ma chociaż przyzwoite imię.
- I musiałeś tu przychodzić w nocy, w dodatku nieproszony? Mogłeś zapukać - oskarżyła mnie otulając się własnymi ramionami.
- Pukałem, a drzwi były otwarte - wzruszyłem ramionami dziwiąc się na jej wkurzone podejście.
- Cokolwiek. Tylko je dobrze domknij, jak już będziesz wychodził - machnęła na mnie ręką i obróciła się, aby wrócić do pokoju, ale nagle zastygła. Zmarszczyłem brwi i chwilę przyglądałem się zaistniałej sytuacji, po pewnym czasie zauważając jak na spodniach dziewczyny pojawiają się długie plamy. Otworzyłem szeroko oczy i cofnąłem się o kilka kroków oczekując jakieś reakcji od strony Galii. Ta natomiast zignorowała chyba oczywisty jej znak i wróciła do łóżka. Spanikowany chciałem jakoś na to zaradzić, ale ja sam zastygłem w miejscu. Nie wiedziałem, czy mam do niej pobiec, czy może sam pobiec po pomoc. Słusznym wyborem byłoby sprowadzenie kogoś doświadczonego w tych sprawach, więc wybiegłem z domu rozglądając się na boki, ale wrócił mój zdrowy rozsądek przypominający o tym, że jako samotnik to wioski tak łatwo nie wejdę. Postanowiłem więc wrócić do dziewczyny i zapytać co robić, chociaż ona sama była przerażona i mało wiedziała.
- Ty... Galia. Trzeba coś z tobą zrobić - pojawiłem się drzwiach jej pokoju i ze stresu masowałem sobie kark - Zaprowadzić cię do wioski? Jak mam ci pomóc? - wypytywałem nawet nie zauważając kiedy mój głos zaczął drżeć.
Galia?
11 listopada 2018
Wyniki konkursu halloweenowego!
Nie będę się tutaj bardzo rozpisywać, chcę tylko podziękować za wszystkie przesłane prace. Każdą osobiście przeczytałam, obejrzałam i było mi bardzo miło, że chciało wam się wziąć udział w pierwszym konkursie na naszym blogu.
Wszystkim zwycięzcom gratuluję!
KATEGORIA I - grafika
1 miejsce - Nirali (autor 1)
2 miejsce - Venti (autor 2)
KATEGORIA II - rysunek
(duża konkurencja)
1 miejsce - Tenebris/Melody/Fafnir (autor 1)
KATEGORIA III - modyfikacja genetyczna
1 miejsce - Cyklamen (autor 1)
2 miejsce - Lucan (autor 2)
3 miejsce - Harry (autor 3)
KATEGORIA IV - zwierzę
1 miejsce - Venti (autor 2)
2 miejsce - Tenebris/Melody/Fafnir (autor 3)
3 miejsce - Nirali (autor 1)
KATEGORIA V - pora roku
(równie ciężko zdobyte)
1 miejsce - Cyklamen (autor 1)
Wszystkie nagrody zostaną przydzielone wkrótce według tego posta. Jeszcze raz wszystkim gratuluję i do zobaczenia przy kolejnym konkursie!
(jeżeli zdobyłeś jakąś nagrodę, a masz kilka postaci, musisz poinformować admina, dla której chcesz przydzielić wygraną)
~Administracja
Wszystkim zwycięzcom gratuluję!
KATEGORIA I - grafika
1 miejsce - Nirali (autor 1)
2 miejsce - Venti (autor 2)
KATEGORIA II - rysunek
1 miejsce - Tenebris/Melody/Fafnir (autor 1)
KATEGORIA III - modyfikacja genetyczna
1 miejsce - Cyklamen (autor 1)
2 miejsce - Lucan (autor 2)
3 miejsce - Harry (autor 3)
KATEGORIA IV - zwierzę
1 miejsce - Venti (autor 2)
2 miejsce - Tenebris/Melody/Fafnir (autor 3)
3 miejsce - Nirali (autor 1)
KATEGORIA V - pora roku
1 miejsce - Cyklamen (autor 1)
Wszystkie nagrody zostaną przydzielone wkrótce według tego posta. Jeszcze raz wszystkim gratuluję i do zobaczenia przy kolejnym konkursie!
(jeżeli zdobyłeś jakąś nagrodę, a masz kilka postaci, musisz poinformować admina, dla której chcesz przydzielić wygraną)
~Administracja
Subskrybuj:
Posty (Atom)
