4 lipca 2020

Od Bobby CD Derycka

W ciągu kilku sekund przez moją głowę przeleciały setki myśli, zaczynając od serdecznej chęci opieprzenia tego jełopa, który we mnie wbiegł, poczuciu zagrożenia, a kończąc na zaskoczonym, prostym wołaczu ‘O kurwa!’

Ostatni raz widziałam Derycka w dniu, gdy w niedużej odległości od mojego bagna zamordowano kobietę. Oczywiście musiałam być pierwszą osobą, która zostanie przepytana, jakbym miała oczy dookoła głowy albo kamery rozmieszczone wokół domu. Nie śmiałam nawet podejrzewać samotnika o ten czyn. W odpowiedzi na pytania o ślady męskich butów wokół mojej posesji skłamałam, że była to moja przygoda na jedną noc. Nikt nie pokusił się o podważanie mojego wytłumaczenia, a licząc na charakter niektórych miejscowych, pewnie więcej niż jedna osoba mogłaby się kłamliwie przyznać licząc na respekt innych wioskowych figo-fago.


Ostatecznie sprawa zwłok nie została rozstrzygnięta, wszystko najłatwiej było zgonić na samotników. Daleko od centrum – jest. Nie najmilsza okolica – jest. Sąsiedzi mówili że nie mogła nikomu podpaść – oczywiście, to samotnik przyszedł akurat do tego domu, mając mój w dogodniejszym miejscu i ze szczególnym okrucieństwem zamordował bogu ducha winną kobietę. ‘Ludzie pojawiają się i odchodzą, w ten czy inny sposób’ pomyślałam, marszcząc nos. Pory roku mijały i wszyscy zapomnieli o sprawie. Mój okres dyktatury dawno się skończył, a na wieść o kolejnej ofierze płci pięknej, która również dokonała żywota w nieciekawych, acz podobnych warunkach sama się zaniepokoiłam. Nie mogę nikomu powiedzieć ‘Hej, sympatyzuję z samotnikami i wcale nie są tacy źli!’ bo po pierwsze nie znam wszystkich a komplet szuj by się uzbierał a po dwa nie chcę wylądować w jakimś ciemnym, niemiłym miejscu. Choć korci mnie poszukanie sprawiedliwości na własną rękę, brak mi informacji i zdolności.

Deryck, leżący na mnie i trzymający moje cycki to jedna z najmniej oczekiwanych i w pewien sposób komicznych wizji tego miesiąca. Nie mogłam się doczekać wysłuchania co go tutaj sprowadza, ale oczywiście zaczęłam od stosownego powitania:

-Deryck, co ty tu do chuja pana robisz?

W odpowiedzi mężczyzna ściągnął tylko nieco brwi, jak gdyby ułożenie zdania miało sprawić mu trudność. Być może ważył słowa, może był w szoku? Wymamrotał niezrozumiałe półsłowa. Przekręciłam go, zamieniając nasze pozycje i wstałam. Podałam znajomemu rękę i przyciągnęłam go do pionu. Zaplotłam ręce na piersi, czekając aż odpowie na moje pytanie. Chyba przez kilka miesięcy nie zapomniał języka w gębie. Lekko zmieszany podrapał się po głowie i wyjaśnił skąd go przywiało.

Lekko spięłam się na myśl, jak ja zachowałabym się gdyby gonił mnie wściekły wilkor, ale po chwili roześmiałam się. W końcu wszystko dobrze się skończyło, poza polowaniem Derycka.

W duchu cieszyłam się, że udało mu się przetrwać zimę i wpaść na mnie. Zaproponowałam mu miłe spędzenie dnia w moim towarzystwie zaznaczając przy tym, że skoro już maca kobietę to chociaż wypadało by razem z nią wrzucić coś na ząb. Mężczyzna wydał się nieco tym zmieszany, ale ostatecznie nie odmówił. A tylko by spróbował.

Pogoda tej wiosny była zajebiście nieprzewidywalna, więc nie traciłam żadnej okazji do wygrzewania się jak żuczek na słoneczku. Zdążyłam pogodzić się z przyrównywaniem samej siebie do insekta. Wiedziałam (choć nie oczekiwałam tego tęsknie), że kiedyś nadejdzie ostatni etap mojej przemiany i zostanę czymś z całą pewnością brzydkim i pokrzywionym. Nie brzydoty się obawiałam, tylko utraty mojego człowieczeństwa, jakkolwiek filozoficznie by to nie brzmiało. Każdy z nas miał jakieś lęki, ja martwiłam się, czy koniec końców coś mi nie odbije.

Wracając do tamtej chwili, byliśmy dobry kawałek od centrum wioski. Moim celem zasadniczo było zrobienie zakupów, ale chodziłam często przy sprzyjających warunkach okrężnymi drogami. Do mojego bagna nic nie mam, ale będąc na tej magicznej i przeklętej wyspie nie sposób było tkwić w jednym miejscu. Chociażby żeby nie znaleźć się w złym miejscu o złym czasie.

Czarnowłosemu po mojej lewej stronie poprawił się humor, gdy tylko mieliśmy okazję zacząć gadać o wszystkim i o niczym, chociaż byłam pewna że było jeszcze coś, czym nieszczególnie chciał się się dzielić. Wioska była ostatnimi czasy nad wyraz cicha, jakby właśnie była godzina policyjna, nałożona na wszystkich poza nielicznymi ćwierkającymi ptakami. Oraz innymi, skrzeczącymi, piszczącymi lub wyjącymi istotami których odgłosy dla przeciętnego śmiertelnika lub nowoprzybyłego mutanta byłyby nieznane i mrożące krew w żyłach. Do wszystkiego szło się przyzwyczaić.

Jedynym sklepem którego nie odwiedziłam zgodnie z planem była cukierenka na rogu, prowadzona przez taką jedną uroczą starszą panią. Babcia burzyła przekonanie, że starsi ludzie to bigoci. Gdyby nie to, że często urządzała sobie długie wędrówki (przez co nie można było kupić u niej jej wybornych smakołyków, co mówię z żalem) to byłaby idealnym obrazem zasuszonej babuleńki, zawsze szyjącej na drutach i oferującej każdemu kawałek placka jabłkowego, jak gdyby każdy na wyspie należał do grona jej ukochanych wnuczków. Deryck nie wydawał się zdziwiony tym, że późnym rankiem jakiś sklep w osadzie nie jest otwarty.

Może nie tyle miałam dwie lewe ręce do wypieków, ale nawet w moim lokum na przedmieściach, z dostępem do wszystkich produktów potrafiłam coś spartolić. Szkoda była tu tym większa, że miałam zamiar kupić jakieś pyszności, by spałaszować je wraz ze świeżo spotkanym znajomym. Widząc, że tycie miasteczko zaczyna się budzić do życia wróciliśmy do mnie już prostą (o tyle o ile błądzenie wśród niezbyt widocznych ścieżek na bagnach można tak określić) drogą, nie chcąc zwracać zbytniej uwagi.

Przy moim domku pojawił się dodatkowo zakryty warsztat. Trzymałam tam wszystkie materiały, jakie mi zostawały po pracach i w ogóle wszystkie śmieci jakie mogły się jeszcze przydać. Z desek odzyskiwałam gwoździe i te sprawy. Naprawiałam wszystko co się dało, tym czym się dało, byle się trzymało kupy i było odporne na warunki wyspy. Dodatkowo parałam się stolarką, podstawowymi mechanizmami i dorabiałam sobie na czym mogłam. Przekraczając próg mojej chaty w moje nozdrza uderzył przyjemny zapach suchego drewna i ziół rosnących w małych doniczkach przy oknie, dającym im niezbędne światło.

Na ścianie z rysunkami powoli brakowało miejsca. Jak wiadomo było nie znajdzie się tutaj drukarki, a wciąż pojawiają się nowe okazy wymyślnie zmutowanej fauny i flory, tak więc ktoś z biblioteki zaproponował mi opracowanie ilustracji do „Encyklopedia Vitia”, przy czym pomocą służyli mi wszyscy osadnicy, czasem podając mniej lub bardziej wykluczające się wzajemnie opisy.

Po rozpakowaniu zakupów do spiżarki, którą przeciwnie do poprzedniego właściciela wykopałam pod ziemią, przyszedł czas na rozpalenie ognia i przygotowanie nam czegoś smacznego. Gdy Deryck nie odpowiedział na pytanie na co ma ochotę, stanęłam przed nim i strzeliłam palcami

- Ziemia do Derycka! Wydajesz się jakiś nieobecny. Czy jest coś, o czym chciałbyś porozmawiać?


Deryck? Co powiesz na zabawę w detektywa?
+2PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz