31 lipca 2019

Od Melody C.D Lucan'a

Mój głos musiał wyrwać Lucan'a z zamyślenia, bo kiedy wypowiedziałam jego imię, poderwał głowę do góry jak poparzony. Nasze spojrzenia się spotkały. Patrząc na niego, nie byłam pewna, co właściwie czuję. Byłam zaskoczona, że w końcu go znalazłam i miałam nadzieję, że nie zniknie po raz kolejny. Nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo nie chciałam go stracić. Dziwiło mnie to, mimo że tajemniczy wampir od dawna zaprzątał moje myśli. Czułam do niego silne przywiązanie... A może coś więcej?
Jak zawsze, cieszyłam się, że go widzę. Szczęście to jednak mieszało się z odrobiną złości. Nie mogłam pojąć, dlaczego uciekł. Zawsze był mile widziany w moim domu. Czy chodziło o to, co ostatnio miało miejsce? Zanim straciłam przytomność?
Postawiłam krok w kierunku blondyna. Chciałam mu powiedzieć, że nie żywię do niego urazy. Wiedziałam, że nie był wtedy do końca sobą, że był zbyt osłabiony, by walczyć z głodem. On jednak automatycznie cofnął się o kilka metrów. Spojrzałam na niego szczerze zdziwiona. Lucan pokręcił przecząco głową.
- Trzymaj się ode mnie z dala, Melody i nie szukaj mnie... - mruknął blondyn. Następnie sapnął i po prostu zniknął. Rozejrzałam się dookoła, szukając go wzrokiem. Jak to trzymać się z dala? Nie szukać? Dlaczego znowu uciekł? Przecież to nie była jego wina. Nikt nie był winny. Lucan nigdy by mnie nie skrzywdził.
Czułam jak serce zaczyna mi bić szybciej. Oddech stawał się nierówny. Przetarłam oczy, zanim zbierające się w nich łzy spłynęły mi po policzkach. Musiałam go znaleźć. Musiałam mu powiedzieć, że nie czuję się zagrożona w jego towarzystwie.
Rozejrzałam się po raz kolejny i ruszyłam przed siebie, nawołując Lucan'a. Nie chciałam, żeby czuł się winny. Nie chciałam, żeby myślał o sobie jak o czymś niebezpiecznym. Nie chciałam go stracić...
Wołałam coraz głośniej, walcząc z kolejnymi łzami. Chciałam w końcu go znaleźć, powiedzieć mu o wszystkim i pozbyć się tego okropnego uczucia. Zupełnie jakby ktoś rozrywał mnie od środka. To tak bardzo bolało. Nie chciałam znów czuć się taka bezsilna... Nie chciałam znów stracić kogoś, na kim mi zależy...
Szukałam Lucan'a cały dzień, a potem kolejny i następny. Na darmo.
***

28 lipca 2019

Od Fafnir'a CD Phanthoma - etap 2 > etap 3

Wodziłem wzrokiem za biegającymi w różnych kierunkach Osadnikami. W wiosce zapanował istny chaos. Spojrzałem na rannych, których z ziemi zbierali inni mieszkańcy. Bezskutecznie szukałem jakichś wskazówek co do tożsamości istoty, która spowodowała w osadzie taki zamęt.
Przeniosłem wzrok na przebiegających w pobliżu uzbrojonych Osadników. Byłem pewien, że muszą walczyć, stawiając na szali swoje życia z mojej winy, ale przed czym się bronili? Co takiego dotarło do wioski za mną?
- Co to może być? - usłyszałem głos Phanthom'a jak przez grubą ścianę. Wzruszyłem jedynie w odpowiedzi ramionami, niezdolny do wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Cały czas wypatrywałem napastnika lub czegokolwiek, co by mnie do niego doprowadziło.
Nagle do moich uszu dotarł trzask desek, łamanych pod ogromnym ciężarem. Odwróciłem głowę w stronę, z której do mnie dotarł i ujrzałem ogromną, rozjuszoną hybrydę sowy i niedźwiedzia.
- Niedźow. - powiedziałem jednocześnie z kowalem. Stworzenie zaczęło zbliżać się do nas, ignorując ostrza mieczy i strzały Osadników, które go raniły. W pewnym momencie odwróciło się i machnęło ogromną łapą na uzbrojonych mieszkańców wioski jakby odganiało natrętne muchy. Dostrzegłem końce dwóch strzał, które to utkwiły w jego cielsku. Mimo to z żadnej z obu ran nie sączyła się krew.
Osadnicy odskoczyli na boki, unikając uderzenia ogromnej łapy. Zamiast nich trafiona została belka, podtrzymująca dach jednego z budynków. Jej część wpadła do ogniska, wzbijając w powietrze masę iskier, które szybko zajęły się słomianym dachem. Zwierzę odskoczyło w przeciwnym do niego kierunku, gdy w jego stronę poleciał mały płomień, łapczywie pożerający wysuszoną trawę.
- Fafnir.
Słysząc wołanie Phanthom'a, od razu przeniosłem na niego wzrok.
- Boi się ognia, musisz go wypędzić. - zawołał kowal. Domyśliłem się, że ma na myśli moje smocze zdolności, ale w przeciwieństwie do niego, ja nie byłem za bardzo przekonany do tego planu.
- A jeżeli coś spalę? - zapytałem, wracając spojrzeniem do hybrydy, która zignorowała chcących ją zwalczyć Osadników i na nowo ruszyła w naszym kierunku. Tymczasem mieszkańcy przystąpili do gaszenia pożaru, nie chcąc dopuścić do jego rozprzestrzenienia się.
- Gorzej i tak nie może być. - oznajmił brunet z przejęciem. W sumie racja. Poza tym, skoro ja przyprowadziłem to stworzenie do wioski, to ja musiałem je z niej wygnać.
Stanąłem więc naprzeciwko bestii i ugiąłem lekko kolana, jednocześnie pochylając się przy tym. Wbiłem nogi w błotnistą ziemię, by nie upaść od siły, którą lada moment miałem z siebie wyrzucić. Spojrzałem w oczy hybrydzie, która była coraz bliżej i zionąłem w nią ogniem. Niedźow natychmiast stanął w miejscu, zachowując dystans. Tym razem to ja zacząłem kroczyć w jego stronę, sprawiając, że hybryda wycofywała się. Niestety w kierunku przeciwnym do wyjścia z wioski. Phanthom chwycił częściowo płonącą belkę i pomógł mi ukierunkować hybrydę.
W pewnym momencie jednak bestia zaczęła machać łapą w stronę kowala. Z pewnością spostrzegła, że w przeciwieństwie do mnie, on może stać się bezbronny, gdy tylko pozbawi się go płonącego drewna. Dwa razy brunetowi udało się uniknąć ciosu, lecz za trzecim nie miał tyle szczęścia i belka została wytrącona z jego rąk. Phanthom cofnął się przed zwierzęciem. Widziałem przerażenie malujące się na jego twarzy. W pierwszej chwili, zapewne tak samo jak on, pomyślałem, że brunet jest całkowicie bezbronny. Nagle jednak przypomniałem sobie o tym, że obaj jesteśmy dragonami. Tak samo, jak ja, on pewnie też potrafił już zionąć ogniem. Prawdopodobnie nawet o tym nie wiedział lub strach sprawił, że zapomniał o swoich zdolnościach. Musiałem jak najszybciej mu to przypomnieć lub nauczyć go używać ognia.

Nowy samotnik - Deryck



Ilusoire

Deryck | 28 lat | Wendigo



Miano: Deryck
Imię i nazwisko: Eurydy Dyryck
Wiek: 28
Data urodzenia: 01.02
Numer: 033
Modyfikacja genetyczna: Wendigo
Etap modyfikacji: 1
Status: Osadnik
Miejsce zamieszkania: Dom w skale
Stanowisko: Drwal
Aparycja: Eurydy jest postawnym mężczyzną, dobrze zbudowanym i wysokim na sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Ma smoliste czarne, proste włosy do ramion, które ścina gdy przekroczą linię łopatek. Od urodzenia posiada bardzo bladą cerę, przez co jego ciemny zarost i czarne włosy tworzą kontrast. Zarost najczęściej nosi trzy lub czterodniowy, chyba że nie chce mu się najzwyczajniej golić. Jego blado niebieskie oczy nie raz potrafiły zamrozić krew w żyłach co niektórym kobietom a nawet i mężczyznom. Posiada również długi i szeroki nos przez który ma małe kompleksy. Najczęściej ubiera się na czarno, gdyż najbardziej lubi ten właśnie kolor. Najczęściej nosi skórzaną czarną cienką kurtkę, czarną koszule rozpinaną na cztery guziki na dekolcie oraz czarne spodnie. Na szyi często ma zawieszony naszyjnik blado brązowy, najprawdopodobniej miedziany który twierdzi że dostał za młodu. Na czole posiada trzy blizny w postaci zadrapań. Na ciele posiada kilka podobnych, jednakże nie afiszuje się z pokazywaniem ich.
Charakter: Eurydy jest osobą na pierwszy rzut oka spokojną, stonowaną, miłą i sympatyczną. Oczywiście nic bardziej mylnego. Tak naprawdę jest osobą bardzo porywczą, impulsową i o bardzo cienkich łatwych do zerwania nerwach. Mimo tego potrafi być szarmancki, uprzejmy i miły, szczególnie przy płci pięknej. Często stawia na swoim i nie lubi przyznawać się do błędu. Woli kłótnie od normalnej rozmowy. Często gęsto przed zakończeniem kłótni, mówi co myśli i po prostu odchodzi nie pozwalając dokończyć swojemu rozmówcy. Mimo bycia samotnikiem nie przepada za napadaniem na wioskę. Trzyma się z dala od ludzi i ich problemów zajmując się tylko swoimi. Jest typowym samotnikiem, ignorantem i samolubem. Zrobi wszystko by dla siebie mieć jak najlepiej. W przeszłości dużo palił i pił. Teraz ogranicza się tylko do picia. Prawda jest też taka że za dobry towar marihuany mógłby zrobić wiele. Wieczory lubi spędzać przy lampce wina, szczególnie gdy są burzowe i ulewne. Dniami krąży po mrocznych lasach w poszukiwaniu jakiś swoich spraw. Rzadko się zapuszcza w tereny osadnicze. Nienawidzi swojego imienia.
Historia: Eurydy urodził się w małym miasteczku w którym wychowywał się z rodzicami i siostrą. Od najmłodszych lat niczego mu nie brakowało a rodzice szkolili go w wybranych przez siebie kierunkach, niespełnionych swoich ambicjach i marzeniach. Od młodości grał na pianinie, uczył się tańca, uczęszczał do prywatnych szkół. Miał beztroskie życie przepełnione słodyczą od strony rodziców. Nigdy o dziwo też nie kłócił się ze swoją młodszą siostrą, a nawet na wszystko jej pozwalał, gdy rodzice nie patrzyli. Chciał by chociaż jego siostra nie była tak zepsuta rodzicami jak on sam.
Pewnego dnia po powrocie z prywatnej uczelni, pod wpływem zielska wszedł na jezdnie pod rozpędzony samochód. Na jego szczęście zakończyło się to tylko kilkoma złamaniami i siniakami, ale to właśnie wtedy zainteresowała się nim organizacja. Byli zdziwieni że pomimo tak rozpędzonego samochodu i takiego wypadku, chłopak nie poniósł większych zagrażających życiu obrażeń. Po wielu testach, badaniach oraz obserwacjach został zesłany na wyspę.
Partner: Nie odczuwa potrzeby posiadania partnerki. Zdecydowanie woli związki bardziej przelotne i tymczasowe.
Wyposażenie: Jeden średniej długości sztylet z kości, długi rapier który znalazł przy wraku statku, ubrania z kradzieży.
Inne: Nie lubi swojego imienia.
Uwielbia palić jedynie dobrej jakości zioło.
Nie odmówi wspólnego napicia się wina.
Za młodu trenował rzucanie nożami do celu.
Kieruje: tylkowazne@op.pl
Punkty doświadczenia:
przydzielone [11PD], luźne [21PD]:
Zwinność: 2
Wytrzymałość: 2
Siła: 2
Percepcja: 1
Opanowanie: 1

27 lipca 2019

Od Pana Stasia CD Phanthoma - etap 3 > etap 4

                Wiedziałem że następnego dnia Phanthom miał do mnie przyjechać po towary więc je przygotowałem wcześniej. Przesypałem trochę jabłek do jednego wiadra i po parę warzyw do drugiego. Ziemniaki, trochę buraków, cebuli, marchewki i pietruszki. Łącznie dziesięć kilo owoców i warzyw. Do tego dwie książki ale to dopiero przed samym przyjazdem mężczyzny przygotuję. Tak myślę. Czas mijał nie ubłagalnie aż do godziny dwudziestej drugiej kiedy to położyłem się spać, w swojej cieplutkiej piżamce w kwiatki.
Nie spodziewałem się że ta noc będzie tak... intensywna. Gdy tylko o godzinie dwudziestej czwartej księżyc zawitał na moim ciele, przebijając się przez szybę okna, poczułem intensywny b
ól. Ból zdecydowanie większy oraz bardziej dokuczający niż działo się to do tej pory. Wstałem z łóżka chwytając się za głowę i klękając przed łóżkiem w blasku księżyca. Momentalnie moje ciało zaczęło obrastać futrem. Gęstym, czarnym jednakże miłym w dotyku. Oczy zmieniły kolor na złotawy, lekko świecący przez odbijane światło. Zęby stały się ostre, kły się zrobiły o wiele dłuższe i ostrzejsze od swoich "braci". Uszy się wydłużyły a na ich czubkach zrobiły się małe czarne frędzelki. Z dłoni oraz stóp zamiast paznokci ujawniły się wielkie i ostre jak brzytwa pazury gotowe rozszarpać nawet slogrysa. Ciało stało się bardziej rozbudowane, silniejsze, zwinniejsze oraz masywniejsze. Rozejrzałem się po domku i wiedziony zapachem, otworzyłem drzwi niemal wyrywając je z zawiasów i biegnąc w stronę lasu. Co prawda zdarzało mi się już być wilkołakiem. Nawet często, jednakże teraz słyszałem jakby.. więcej. Czułem więcej zapachów, bardziej intensywniej. Widziałem lepiej, mimo iż było ciemno szczególnie w lesie. Najgorsze było to że znów doskwierał mi głód. Szaleńczy głód który kazał mi zjeść pierwszą lepszą napotkaną żywą istotę. Mimo mojej wewnętrznej walki, opiekuńczego, spokojnego trybu bycia i życia, musiałem dopaść jakieś zwierzę, rozszarpując je na strzępy i zjadając. Tak, taki jest plan. Złapać, rozszarpać, zjeść. Złapać, rozszarpać, zjeść. Złapać...
Biegnąc sobie tak pomiędzy polami, drzewami i dolinami znalazłem idealne zwierze. Anzaur kt
óry pił sobie wodę w sadzawce oddalony od swoich towarzyszy. Przyległem do ziemi zaczynając się powoli skradać. Oczywiście jako dobry myśliwy zrobiłem to pod wiatr a nie razem z wiatrem. Wiedziałem że dłuższa pogoń za nim nie ma sensu więc musiałem wykorzystać swoje łapy i umiejętność bycia zwrotnym. Gdy zbliżyłem się na odpowiedni dystans wskoczyłem na jedno drzewo odbijając się od niego i wskakując na drugie. Z drugiego wskakując na trzecie i z trzeciego prosto na nieświadomego anzuara. Nie chciałem by cierpiał, a przynajmniej nie za bardzo więc przegryzłem mu szyje wraz z tętnicą. Zacząłem konsumować martwego anzuara rozpoczynając od jego brzucha. Flaki raczej nie zbyt mnie zadowalały przez co je odgryzałem i wyrzucałem gdzieś obok. Inne zwierzęta, padlinożerne na pewno zrobią sobie z tego użytek. Mi zależało na mięsie. Soczystym, nie za tłustym, pełnego białka i witamin mięsie.
Gdy już skonsumowałem odpowiednią dla siebie ilość pożywienia, zostawiłem coś co przypominało kiedyś anzuara przy wodopoju. Leniwie ruszyłem w stronę farmy, z każdą minutą przyspieszając kroku. Sam mogłem stać się pożywieniem więc nie warto było ryzykować. 

26 lipca 2019

Od Renarda CD Lucana

    Słowa mężczyzny nieco zbiły go z tropu. Natknął się więc na bestię, która zabija raczej dla przyjemności i satysfakcji. Co dziwne, że Renard stał jeszcze żywy w środku lasu dawno po zapadnięciu mroku. Niby miał parę siniaków, rozcięć i poobijany kręgosłup, ale dyszał. Ciężko, ale dyszał. Wspomniał o tym, że z zimną krwią mógłby zabić jego kochaną matkę? Gdyby żyła, pewnie rzuciłby się mu do gardła mając marne szanse na pokonanie go, ale teraz? Galia nie żyła już od bardzo dawna i spoczywała przysypana ziemią tuż obok jej córeczki, co znaczyło, że już nic jej nie grozi. Ciemnowłosy postanowił wsunąć miecz z powrotem do pochwy i nie prowokować więcej bójek. Kolejnych ciosów ze strony dorosłego mężczyzny by raczej nie wytrzymał, a co gorsza nie przeżył. Obserwując przekrwione ślepia wysokiego faceta, wycofał się nieco i złapał konia za uzdę.
- Nikt tutaj nie ma władzy - wysłowił się cicho zaciskając pięść na grubej lince - Jedna bestia gorsza od drugiej. Tutaj trzeba co najważniejsze bronić własnego ogona i myśleć tylko o sobie - dodał nieco pewniejszym głosem i miał szczerą nadzieję, że mu się za to nie oberwie.
- Dobre sobie, chłopaku. Gdy wszyscy są tutaj na tyle zdesperowani i boją się wystawić nogę poza mury osady, to my mamy przewagę. Ja mam... - odparł mrużąc nieco wciąż czerwone oczy, które nieustannie wywoływały o młodszego chłopaka dziwne dreszcze.
Po tych słowach uśmiechnął się lekko, ale zdecydowanie nie szczerze i przyjaźnie. Renard odwrócił zdezorientowany wzrok domyślając się, że to dobry moment na powrót do domu. Pospiesznie wskoczył na konia zahaczając o jego rany na boku, przez co ten zarżał niespokojnie. Chłopak poklepał go po szyi chcąc go nieco uspokoić, a gdy zerknął w stronę, gdzie przed chwilą stał długowłosy, nikogo nie zauważył. Dosłownie się zmył, a zdobycz Renarda zabrał ze sobą.
- Pieprzony wampir - warknął głośno i uderzył pięścią o pień drzewa obok.
Kora zdarła mu przy tym skórę na knykciach, ale w porównaniu do jego uszkodzonych pleców, był to żaden ból. Czując się źle z tym, że podwójnie męczy swojego ogiera, udał się czym prędzej w drogę powrotną.

Od Aven CD Pana Stasia do Melody

Po każdej spokojnej odpowiedzi Stasia zastanawiałam się, czy ten mężczyzna w ogóle przeżywa jakieś negatywne emocje. Byłam zadowolona zarówno ze zdobycia nowego towarzysza jak i zapewnienia kolejnej osobie stałych dostaw. Chociaż z tym drugim było nieco gorzej, z racji dodatkowej, masywnej gęby do wyżywienia. Oczywiście mam nadzieję, że wielki koto-pawian zapracuje sobie na swoje utrzymanie, ale widząc że jest wygłodzony i ciekawski odpowiedni trening może zająć dużo, dużo czasu. Po kolacji uwieńczonej długą rozmową i wskazówkami od gospodarza udałam się na spoczynek, po raz ostatni korzystając z noclegu na farmie. Była to propozycja szczególnie dobra ze względu na to, że mogłabym mieć problem z zapanowaniem nad zwierzęciem w głębi miasta, wśród nieznajomych – a raczej spójrzmy prawdzie w oczy – nie miałam na to cienia szansy. Następnego dnia zmyłam się z gospodarstwa bardzo wcześnie zastanawiając się, gdzie wygospodarować miejsce na moje zwierzątko.

Nie wpadłam na żaden sensowny pomysł dotyczący schronienia, ale za to stwierdziłam, że jeśli chcę mieć jakiś pożytek z kotowatego stworzenia muszę móc go objuczyć. Do tego potrzebowałam jakiejś uprzęży z torbami czy cokolwiek innego. Zdecydowałam się zaczepić krawcową – najpewniej ona była by w stanie wymyślić coś i dopasować. Jednak nadeszła już jesień, a co z tym się wiązało znacznie większa ilość pracy spowodowana gromadzeniem przez osadników zapasów, ale też coraz szybciej kończącego się dnia, w trakcie którego wciąż trzeba było się wyrobić. Problematyczne była nie tylko praca na terenie wioski z przywleczonymi truchłami, ale i samo polowanie było znacząco utrudnione.

W izbie myśliwych kolejne dni odbierałam zlecenia, szykowałam narzędzia, broń i pułapki, taplałam się w błocie w pogoni za zwierzyną, przynosiłam, obdzierałam ze skóry, przenosiłam, patroszyłam, szykowałam paczki i roznosiłam. Z perspektywy czasu nigdy nie przypuszczałam, że będę w stanie tyle dźwigać przez całe dnie, ani tym bardziej wytrzymywać takich widoków i smrodu, ponieważ od małego byłam strachliwa i potwornie bałam się widoku krwi, a robiło mi się słabo nawet przy widoku sztucznych bebechów na filmach. W trakcie tak pracowitego sezonu nie mogłam mieć żadnych problemów ze snem, bo skoro robiłam od świtu do zmierzchu to po lekkim ogarnięciu warsztatu padałam jak kłoda. Bardzo brakowało mi Avalon, która mimo ciężkiego charakteru i lekkiej oziębłości wykonywała wszystko sumiennie. Zawsze kiedy oddalałam się od wioski byłam bardzo ostrożna, nie chciałabym, żebym to ja stała się kolejną ofiarą któregoś z samotników. Coraz częściej jednak zwierzęta zbliżały się na powrót do wioski, by poskubać pozostałości po zbiorach, lub dobrać się do plonów przed rolnikami.

25 lipca 2019

Nowy Osadnik - Specter

Miano: Specter
DocWendigo
Imię i nazwisko: Harvey Specter
Wiek: Trzydzieści trzy lata.
Data urodzenia: Piąty kwietnia.
Numer:  032
Modyfikacja genetyczna: Wendigo
Etap modyfikacji: 1
Status: Osadnik
Stanowisko: Handlarz
Miejsce zamieszkania: Rezydencja
Aparycja: Opis mężczyzny, nie jest aż taki fascynujący, jak każdy się spodziewał. Specter posiada sto osiemdziesiąt cztery centymetry wzrostu, które nie przeszkadzają mu specjalnie. Zazwyczaj chodzi i granatowej koszuli, oraz czarnych bojówkach. Rzeczy czyści co jakiś czas, aby nie były przepocone, bo kto by chciał zadawać się z takim człowiekiem, który nosi cały czas to samo, choć przebywając tutaj, woli po prostu zdjąć koszulę i zachować ją na jakieś chłodniejsze dni. Pomijając ubiór, mężczyzna posiada kwadratową szczękę, na której znajdziemy zadbany zarost, gdyż ten zrobił sobie narzędzie idealne do ucinania
takich włosów. Idąc dalej, zauważymy, że Harvey ma włosy koloru, jasnego kasztanu, przez co wyglądają jak rude, ale on tym się nie przejmuje. Nie wygląda jak typowy rudzielec, gdyż jego oczy są koloru niebieskiego. Wracając do włosów, jego fryzura jest dość długa, ale też starannie ułożona, dzięki mieszanką soków z roślin, wszystko się trzyma, choć codziennie musi przez to myć głowę w strumieniu. Idąc do muskulatury, możemy śmiało stwierdzić, że jest on w wybitnej formie, gdyż widać zarys każdego mięśnia na jego ciele. Z dodatków, które posiada na ciele, to blizny, po walkach czy dwa srebrne koła w lewym uchu.
Charakter: Jego charakter nie jest prosty. Z jednej strony miły i uczynny człowiek, ale z drugiej lepiej nie podchodzić do niego bez patyka czy noża. Jeśli cię nie zna, może zaatakować. Żyjąc jako osadnik, stara się i tak wiele wędrować, więc kiedy spotyka jakiegoś wędrowca, mówi, że prowadzi koczowniczy tryb życia, aby nie dostać w mordę. Spryt, ma wrodzony, wiec nie jest łatwo go podejść. Szczerość u niego jest na pierwszym miejscu, ale są sytuacje, w których lepiej kłamać. Poza tym jeśli się go lepiej pozna można odkryć u niego inne cechy, jak bezwarunkowa pomoc, której nie odmówi, nawet jeśli miałby zginąć. Jego zdrowy rozsądek ucieka wtedy daleko w las. Palacz i złodziej, który najchętniej obrabia wszelkie pola tytoniu czy innych specyfików. Potrafi się on dostosować do osoby, z którą rozmawia, jeśli ona jest wredna, on będzie taki sam, a jeśli ktoś przyjdzie błagać, to będzie pierw starał się dojść, czego konkretnie ta osoba chce, aby następnie się zgodzić na jakieś zadanie, gdzie i tak znajdzie jakiś kruczek, aby zapłacili mu więcej, a jeśli nie dostanie zapłaty, to po prostu zabije.
Historia: Harvey, wychowywany do dwudziestego roku życia w pełnej rodzinie, ale w końcu to się skończyło, kiedy chłopak przyłapał po raz trzeci swoją matkę na zdradzie, nie wytrzymał. Chciał wszystko powiedzieć ojcu, ale rodzicielka go powstrzymała, więc ten poszedł do baru, gdzie jego rodziciel grywał na saksofonie. Zamówił sobie drinka i z wielką chęcią, chciał się wygadać, ale nie dał rady. Nie chciał aby rodzina się rozwaliła, mając młodszego brata. Po rozmowie z ojcem, z której dowiedział się, że jego zespół się rozpada, ruszył na trening bokserski, gdzie starał się wyżyć na przeciwniku, ale nie spodziewał się, że jego ojciec wpadnie na trening, założy rękawice i wejdzie na ring. Mężczyzna zaczął dyskutować z synem, aby w końcu powiedział mu wszystko, ale ten nie chciał. Cholernie tego nie chciał, lecz w pewnym momencie, zaczęli się bić, przez co dość mocno oberwał ojciec. W walce wyznał mu, z kim spotyka się matka, a następnie wyszedł. Był na tyle wkurwiony, że nie wrócił do domu, tylko poszedł do swojej szefowej z pytaniem czy go przenocuje do końca stażu, ale niestety nic z tego nie wyszło. Musiał się gdzieś ulokować, wiec został w kancelarii, gdzie pracował. Po kilku latach, mężczyzna, nie może nadal przeżyć tego, co robiła jego matka i jak mogła zrobić to rodzinie. Pewnego dnia, kiedy szedł do swojej pracy, ktoś go napadł, a ten nie miał jak się bronić, gdyż napastnik zaatakował od tyłu, z kija bejsbolowego, więc padł jak długi na chodniku. Obudził się dopiero w momencie, kiedy wylądował na wyspie...
Partner: -
Wyposażenie: Jako handlarz, posiada przy sobie kilka paczek tytoniu, który znalazł na opuszczonych polach. Oczywiście w jego wyposażeniu nie może zabraknąć narkotyków, broni czy też leków, które z chęcią przehandluje na uboczu. Jako przykładny człowiek, na targowisku stoi tylko z wystawionymi skórami, roślinami czy ostrzami zrobionymi z kości, lecz jeśli ktoś chciałby od niego kupić, coś co nie wystawia, wystarczy dobrze zagadać. Poza wszystkimi rzeczami, którymi handluje, zawsze trzyma przy sobie tytoń, dwa bukłaki z wodą, torbę na jedzenie, a w plecaku, ma własnoręcznie robione sidła i wszelkie elementy do naprawy łuku i strzał. Poza tym, regularnie błądzi nieopodal drzewa młodości, z którego zrywa owoce.
Inne:
- Jest uczulony na jagody.
- Kiedy miał siedem lat, zaczął ćwiczyć łucznictwo.
- Pracował w kancelarii, gdzie był adwokatem.
- Nałogowy palacz.
- Zna prawie całą wyspę, gdyż przewędrował większość jej.
- Jest biseksualny

Kieruje: harvey_specter@o2.pl [I tak nie odpisze jeśli ktoś będzie coś chciał, kontakt tylko discord]

Od Phanthom'a C.D Pana Stasia

Pożegnałem się z mężczyzną i wróciłem do kucia. Poprawiłem w niektórych miejscach zbroje, by była prostsza i można było ją dobrze złapać. Następnie zrobiłem sobie odpoczynek, poszedłem coś zjeść, gdy zaglądałem do swojego małego magazynu, cieszyłem się, że za dwa dni je uzupełnię u chłopaka. A po drodze zajdę na rynek i kupię jakieś masło, mleko i takie tam.
Przed wyjazdem na wieś, postarałem się skończyć wszystkie zamówienia, by mieć z tym na jakiś czas spokój. Moim ostatnim dziełem był piękny sztylet, zdobiony wzorami wedle życzenia. Chociaż był małym przedmiotem, miałem za niego dostać dość sporą sumkę, ponieważ robienie dokładnych i małych wzorów na metale jest dość ciężkie i pracochłonne.

~~~

Wstałem rano i po śniadaniu przygotowałem się do drogi. Ogółem posiadałem jednego konia i nie duży wóz, rzadko go używałem. Jeździłem powozem tylko na rynek, kiedy kończył mi się surowce, a ostatni klienci woleli zapłacić walutą, niż materiałem. Wtedy okupywałem się na jakieś dwa tygodnie, czasem na trzy, jeśli dobrze poszło z negocjacjami. Ewentualnie używałem wozu, kiedy miałem specjalne zamówienie dla kogoś, kto nie ma czasu ruszyć się z domu. Ostatnim takim wypadem było zawiezienie zbroi dla wojownika, który chciał wymienić swoją zardzewiałą na jakaś nową, a praca nie pozwalała mu się ruszyć. Teraz znowu mogłem użyć tego niewielkiego pojazdu.
Przygotowałem powóz, wyjmując go ze stodoły. Potem zająłem się koniem, przygotowałem go na dłuższą drogę, a kiedy był gotów, zaprzągłem go do wozu i ruszyłem na pola uprawne. Najpierw dojechałem do wioski, tam zapytałem o drogę na pola uprawne. Ruszyłem w wyznaczonym kierunku i podążyłem za wskazówkami Stasia. Najpierw znalazłem pokaźne pole, ruszyłem wzdłuż niego, po wydeptanej ścieżce w trawie. Potem trafiłem na lepszą dróżkę i ruszyłem nią. Nie spiesząc się, rozglądałem się na boki i oglądałem miejsce, w końcu rzadko wychodzę z domu, a jeśli już, do tylko do osady na targ. W końcu moim oczom ukazały się pierwsze budynki, a na samym środku stał mężczyzna. Trzymał w dłoniach dwa wiadra, a kiedy mnie zobaczył, odłożył je i podszedł się przywitać.

Staś? Wybacz, że takie krótkie

23 lipca 2019

Od Pana Stasia CD Phanthoma

                Te dwa dni minęły bardzo szybko. Akurat nie padało przez co poprawiłem jakość swoich desek. Wygładziłem je i pozbyłem się jakkichkolwiek drzazg. Teraz musiałem nazbierać liści, wielkich liści, gałązek, lin i może grubszych patyków... Uznałem ze zrobie to w drodze do Toma. Akurat jego dom znajodwał się w półlesie przez co mogłem nazbierać potrzebnych materiałów. Byłem zadowolony że byłem już co raz bliżej ukończenia mojej owczarni. Zostało mi oebranie tylko gwoździ i mogłem zacząć coś powoli stawiać.

                Podszedłem do jego domu pukajac dwa razy. Słyszałem ze coś w środku sie tłucze jakby... metal? Czekajac aż otworzy usłyszałem jednak głośne "otwarte", więc wszedłem. Rozejrzałem się ponownie po jego domu i spojrzałem na to co robi. Wykuwał coś i to coś ładnego. Podobało mi się od pierwszej sekundy. Po kr
ótkiej rozmowie i przywitaniu się z Tomem mocnym uściskiem dłoni wymieniliśmy się.
-Buduje Pan coś? - usłyszałem zanim wziąłem zam
ówienie.
-Właściwie.. Tak... Budynek dla moich nowych zwierząt.. Owiec... Swoją drogą, piękne rzeczy wykuwasz... Jak byłem jeszcze dzieckiem jeździłem chętnie na r
óżnego rodzaju pokazy i turnieje rycerskie... kiedyś sobie nawet obiecałem że sobie sprawie taką zbroje... jak widać, nie wyszło - zaśmiałem się i spojrzałem jeszcze na tarcze. Rozmyślałem nad nią chwile po czym spojrzałem znów na mężczyznę.
- Nigdy nie jest za p
óźno. Ja mam zbroje, ale chyba tylko do ozdoby.
- Niby tak.. ale póki co mnie nie stać na zbroje - zaśmiałem się
- Może kiedyś to się zmieni
- Raczej nie.. miasto mi nie płaci za zbieranie plonów dla nich..
Nikt też ode mnie nic nie kupuje więc..
- Czemu? - Tom zmarszczył brwi
- Nie wiem.. nie zalezy mi na pieniązach tez zbytnio.. - wzruszyłem ramionami obojętnie
-W sumie w tym świecie liczą się bardziej przedmioty
-W sumie to tak.. zazwyczaj robie coś za coś.. bardziej mi się to opłaca..
- To następnym razem możesz mi zaoferować swoje plony, będzie taniej niż na rynku
-Chciałbyś coś konkretnego? - zapytałem mężczyznę prostujac się.
- Coś do jedzenia, warzywa, owoce
-Wiem, ale masz na myśli jakieś konkretne? Jakieś szczególne lubisz?
Przez chwilę mężczyzna się zastanawiał i milczał.
- Najbardziej lubię jabłka, truskawki i maliny. Z warzyw to wszystko pr
ócz pomidorów - powiedział.
- Mam jeszcze trochę jabłek... Mogę Ci je dać ale jeśli dałbyś rade sam po nie przyjść... - podrapał się niezręcznie po karku.
- Masz tyle na głowie?
-Hm... Zbudowanie owczarni, zbiory plon
ów, karmienie zwierząt... - zacząłem wyliczać na palcach
- Dość sporo. Niech będzie, a masz coś jeszcze?
-Sporo siana... Mam też sporo zaległych gałęzi, kompostu, trochę kości, dwie książki... sam nie wiem co jeszcze...
- Jakie książki? - zapytał Tom zaciekawiony
-Cóż.. jedna której Ci nie dam póki co, o budownictwie z drewna ale jej nie liczyłem..  Tamte dwie są jakieś przygodowe.. Nawet nie złe.
- Byłbyś w stanie mi je oddać?
Wzruszyłem ramionami beznamiętnie.
-Pewnie że tak... Czytałem je conajmniej trzy razy więc..
- Pasuje ci, bym za dwa dni przyjechał?
-Pewnie że tak.. Jabłka są bezpieczne więc się nie zepsują..
- Świetnie. Gdzie mieszkasz?
-Tuż przy polach uprawnych.. Będzie takie jedno pokaźne pole.. To moje. Idź wzdłuż niego aż natrafisz na ścieżkę a ona doprowadzi Cie pod mój dom.
- Jasne
.
-No to dogadani.. - wyciągnąłem ręke by uścisnąć z mężczyzną.
Tom z delikatnym uśmiechem wyciągnął swoją wiec przypieczętowaliśmy wymianę.

Phanthom?

Od Lucana C.D Renarda

Obserwowałem jak dzieciak, z niebywałą śmiałością i pewnością wykręcał w dłoni stalowym patykiem, próbując odnaleźć w zaroślach moją sylwetkę. Rozbawiło mnie to do tego stopnia, że niemal nie zacząłem śmiać się w głos. Ta zbyt wielka pewność siebie, kpiarski uśmiech do tego postawa, wszystko wyglądało tak bardzo komicznie. Rzuciłem w pobliskie krzewy oderwaną głowę anzaura, zwracając na powstały szelest całą uwagę chłopca. Spojrzał w tamtym kierunku niemalże od razu po wykryciu hałasu, po czym w ogóle nie ostrożnie postawił kilka kroków. Pochylił się do krzewów a po chwili machnął po nich swoim stalowym badylem. Oprócz ścięcia kilku liści i gałązek nie dokonał niczego, co wpłynęło na to iż na jego twarzy ukazał się wyraz zgorzknienia i niezadowolenia. Krzyknął ponownie.
-No, wyłaź! Tchórzysz?! - jego głos echem roznosił się po lesie, dopóki nie odbił się o skalną powierzchnię gór. Wtem
uznałem, że pora się ujawnić. Używając swojego szybkiego kroku oraz zręczności, która notabene dodawała moim ruchom subtelności a także pozbawiała jakiegokolwiek hałasu, podszedłem za jego plecy w jednej chwili. Nie zdążył się obejrzeć, kiedy podciąłem jego nogi długim kijem. Upadł na ziemię, a kilka kręgów znajdujących się w jego ciele, odezwało się po kolei głośnym chórem. Miecz, który jeszcze niedawno spoczywa w jego dłoni, upadł we wcześniej skrzywdzone przez niego krzewy, a chłopak jęknął z bólu, powoli zbierając się z trawy. Gdy wyczuł, że jego napastnik nadal stoi za nim szybkim ruchem porwał wystającą z zarośli rękojeść, by po chwili uczynić mieczem ruch po łuku przewracając się na plecy, jak gdyby odganiał jakiegoś natarczywego owada. Uniosłem brwi lekceważąco, gdyż nawet nie musiałem wykonać najmniejszego ruchu, chłopak minął moją sylwetkę o metr. Wywarczał coś pod nosem i szybko podniósł się na nogi, stając w pozycji gotowości do ataku. Ująłem mocniej kij I przyglądałem się mu uważnie, szczególną uwagę przykuwałem do jego ruchów, które były tak bardzo nieprofesjonalne i niedokładnie, że nawet głupiec przewidział by kolejne posunięcie tego dzieciaka. Warknął, niczym rozdrażniony zwierz, wolną ręką przecierając mokrą od potu twarz. Próbował zajść mnie od boku zataczając powoli koło wokół mojej osoby. Nie musiałem na niego patrzeć by go wyczuć. Szedł niezgrabnie, co tym samym sprawiało, że poruszał się bardzo głośno, bynajmniej jak na moje uszy. Nagle wydał z siebie okrzyk, który kompletnie go zdradził. Chwyciwszy rękojeść miecza obiema rękami wyprowadził mocne pchnięcie, które w ułamku sekundy zablokowałem kijem, odwracając się przodem w jego kierunku. Wtem na twarz chłopaka wpłynęło ogromne zdziwienie a już po chwili dostał kijem w głowę tak mocno, że upadł na ziemię i dłuższą chwilę się nie podnosił. Wyjęczał coś pod nosem, odrzucając na bok broń, co chyba miało oznaczać jego kapitulację. By upewnić się czy aby napewno dobrze zrozumiałem, zakręciłem kijem w dłoni i zamachnąłem się jakbym zaraz miał uderzyć go ponownie. Gdy chłopak w odpowiedzi osłonił twarz ramieniem, wiedziałem, że wygrałem. Uśmiechnąłem się półgębkiem, mając na uwadze, że dałem mu malutką lekcję pokory. Po chwili kij, którym go znokautowałem dorzuciłem na bok i wciąż patrząc na niego powiedziałem. 
-Anzaura sobie zostawię, ale niech spotkam Cię raz 
jeszcze to przysięgam, że szkapy już nie zobaczysz. Zmiataj do osady bo tam Twoje miejsce chłopcze - zmarszczyłem brwi i odwróciłem się w stronę krzaków gdzie ukryłem skradzioną zdobycz. 
- Należę do samotników! - usłyszałem krzyk chłopaka za 
moimi plecami. Gdy odwróciłem się na moment, już podnosił się z ziemi, zaś na jego twarzy rosło ogromne, czarne limo. Na jego  policzku również pojawił się siny ślad, który bez wątpienia był moją zasługą. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę, lecz mógłbym przysiąc, że widzę go po raz pierwszy.
- Moją matką była Galia, dawna dyktatora to fakt, ale ja
wybrałem życie w samotności. - odparł zaciskając ręce w pięści. 
Ah, Galia, słodka, charakterna, nad wyraz irytująca przez co przede wszystkim jedyna taka kobieta z osady. Widziałem ją raz, może dwa, ale nie spodziewałbym się, że przed kopnięciem w kalendarz zdążyła podzielić się swoimi genami. A może o tym wiedziałem, ale ta informacja była na tyle zbędna, że mój mózg samoczynnie ją zutylizował? Mniejsza. W duszy odczuwałem smutek i gorycz, że to nie ja pozbawiłem ją życia, tak, byłaby już drugą dyktatorką na moim koncie.
Żeby nazywać się samotnikiem trzeba umieć żyć na
własną rękę, walczyć, tropić, oszukiwać. Ty ledwo wyrosłeś z pieleszy a nazywasz się samotnikiem? Nie wiem co cię do tego podkusiło ale dobrze Ci radzę, trzymaj się z dala od głównych szlaków. Mogą się tu trafić gorsi ode mnie, którzy będą chcieli cię okraść, zabić, zjeść a może nawet i zgwałcić, bo jesteś jeszcze młody i czysty. Dla własnego bezpieczeństwa schowaj się w cień, albo wróć do wioski, z której pochodzisz. - wytłumaczyłem spokojnie, nie spuszczając wzroku z jego sylwetki. On natomiast nie opuszczał i dalej brnął w rozmowę.
W wiosce nie jest już bezpiecznie jak kiedyś. Samotnicy
potrafią bestialsko i z zimną krwią zabijać mieszkańców wioski, wolę tam nie przebywać. - odpowiedział, rozluźniając uścisk w dłoniach. 
- A, tak bestialsko, co to jest, jakaś tam dekapitacja raz czy
dwa, bez przesady - kiedy chłopak spojrzał na mnie pytająco, wiedziałem, że zdziwił go fakt iż jestem zorientowany w tym co dzieje się w osadzie. Po chwili dodałem.
- To ja zabiłem Avalon, pierwszą dyktatorkę i gdyby gdzieś
obok znajdowała się Twoja matka, zrobił bym z nią to samo, bo to my mamy prawdziwą władzę na wyspie.. Ja mam władzę. - powiedziałem patrząc głęboko w jego oczy, czując jak tęczówki moich oczu zmieniają barwę na krwistą czerwień. Chcę walczyć? Proszę, zabiję go i zrobię sobie zupę z jego głowy.

Renard? ;>

21 lipca 2019

Od Phanthoma CD Pana Stasia

Gdy tylko klient wyszedł, natychmiast polazłem na górę na łóżko. Musiałem odpocząć, od samego rana głowa mnie bolała, więc nie miałem zmarnować tego cichego dnia na pracy. Jutro zajmę się wszystkim, ewentualnie w środku nocy, jeśli teraz się wyśpię, a ból głowy zniknie, w końcu nie będę mógł wtedy zasnąć w nocy. Po za tym mrok mi nie przeszkodzi w pracy, w końcu jestem smokiem, widzę w ciemności, a jeśli zajdzie taka potrzeba, zapalę sobie jakieś świeczki czy coś (chociaż ogień z pieca wystarczająco mi oświetli warsztat).
O niczym nie śniłem i tak jak podejrzewałem, obudziłem się w nocy i nie mogłem spać. Aby jednak nie zmęczyć się i nie przespać kolejnego dnia, zamiast pracować, wyszedłem na dach budynku, pooglądać gwiazdy. Wokół było bardzo cicho, a przy młynie w trawie słychać było świerszcze, grające tę swoją znaną sobie melodyjkę. Gdzieś w lesie pohukiwała sowa, a na niebie czasem przeleciał nietoperz. Nie mogłem się doczekać skrzydeł i mojego pierwszego lotu, chociaż wiedziałem, że jeśli uda mi się wzlecieć w górę, lądowanie będzie bolesne. Mimo to czekałem na to z niecierpliwością.
Kiedy słońce wstało, zjadłem śniadanie, dalej czułem się bardzo wypoczęty, dlatego zacząłem pracę. Najpierw wykułem dwa miecze i zrobiłem kuszę dla transfera, po tym zrobiłem się zmęczony. Poszedłem na krótką drzemkę, zjadłem obiad i kontynuowałem pracę. Ostatnią rzeczą, jaką dziś zrobiłem, to wykucie gwoździ dla Stasia.
Kiedy usłyszałem pukanie do drzwi, akurat uderzałem w rozgrzany metal, dlatego zamiast podejść i je otworzyć, krzyknąłem głośno „otwarte!” i dalej kułem, aby materiał nie stracił temperatury. Po wejściu mężczyzny uderzyłem parę razy w tarczę, aż ją uformowałem. Po tym odłożyłem narzędzia, wytarłem ręce z potu i podszedłem do klienta. Przywitałem się z nim krótkim uściśnięciem dłoni.
- Musiałem dokończyć, nim metal zrobiły się zimny – oznajmiłem, by sobie nie pomyślał, że nie mam kultury.
- Rozumiem – powiedział lekko się uśmiechając i przyglądając się wykutemu przedmiotowi.
- Gwoździe? - zapytałem i podszedłem do lasy, chłopak pokiwał głową, po czym wyciągnąłem przygotowany pakunek na stół. - Buduje pan coś? - zapytałem ciekaw, w końcu zamówił u mnie dość sporo tych gwoździ. Dał mi pieniądze i wziął swoje zamówienie.

Staś?

19 lipca 2019

Od Pana Stasia CD Phathoma

Postanowiłem wykorzystać fakt że deszczowy dzień ułatwiał mi dzisiejszą pracę i zamierzałem odwiedzić kowala u którego nie tak dawno złożyłem zamówienie na swoje gwoździe z młoteczkiem. Miałem nadzieję że mnie nie zabije za moją zwłokę. Z rana załatwiłem sobie swoje obowiązki. Przeszedłem się przez pole w celu sprawdzenia czy wszystkie roślinki są całe, trochę z nimi pogadałem i wstępnie oszacowałem plony. Po godzinie zszedłem z pola by zająć się posesją i zwierzakami. Posprzątałem nie co na dziedzińcu, okryłem dokładniej deski by nie zmokły przez deszcz i udałem się do zwierzaków. Zwierzęta standardowo nakarmiłem osobiście, pogłaskałem i porozmawiałem z nimi. Po kolejnej godzinie, teraz spędzonej ze zwierzętami mogłem ruszyć w końcu w stronę domu kowala. Musiałem odebrać swoje dwa zaległe zamówienia a musiałem poprosić jeszcze o kolejne. Miałem nadzieję że mi Phanthom nie odmówi pomocy. Po trzydziestu minutach drogi dotarłem do jego domu. Po ostatnim razie wiedziałem by poczekać chwilę gdyż mógł mnie najzwyczajniej nie słyszeć, a raczej mojego pukania. Zapukałem trzy razy głośno i czekałem grzecznie. Phanthom otworzył drzwi wyłaniając się z nich niczym cień.
- Cześć! Wybacz że tak długo mi zeszło jednak dużo spraw mi się nagromadziło.. Mógłbym odebrać już swoje gwoździe i młotek?
- Jasne, wchodź..
Powiedział mężczyzna po czym wszedłem rozglądając się po jego kuźni. Robiła wrażenie jak na te warunki.
- Dziękuję.. - wszedłem ściągając kurtkę po deszczu. - mógłbym mieć kolejne zamówienie?
- zapytałem przyglądając się mu.
- Oczywiście, mam czas. Czego pan potrzebuje? - powiedział od razu biorąc moją przemokniętą kurtkę i wieszając ją na wieszaku.
- Nie m
ów mi na pan...  Jestem Staś... Potrzebuję dość dużej ilości gwoździ trochę dłuższych ale nie tak długich jak te poprzednie. Myślę że tak około dwustu sztuk..
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Pokiwał jedynie głową i podszedł do szuflady z której wyciągnął moje wcześniejsze zamówienie.
Wyciągnąłem ku niemu rękę by je odebrać. Jednocześnie tez zapłaciłem ustaloną kwotę.
- Czy coś jeszcze?
- Te gwoździe... Na kiedy byś je miał?
- Myślę że za około dwa dni...
- A co sobie życzysz za gwoździe?
- Tak jak ostatnio pieniądze.. co do ceny ustalimy przy odbiorze.
- Dobrze.. Dziękuję i pojawię się za około dwa dni..
               
                Phanthom mnie odprowadził pod drzwi i wypuścił. Wróciłem do swojego domu planując i odpoczywając tego dnia. Zamierzałem dokończyć czytać zaległą książkę.

Phanthom?

14 lipca 2019

Od Lucana C.D Melody

       Za każdym razem gdy moja zwierzęca strona obejmowała panowanie nad moim ciałem, nie byłem w stanie się powstrzymać. Dzikus, a w zasadzie drapieżnik, który drzemał we mnie był stukrotnie a nawet i więcej razy silniejszy od człowieka, którego cząstkę nadal starałem się zachować gdzieś w sobie. Był moim największym wrogiem, oraz koszmarem, gdyż to co robiłem będąc w jego szponach, nijak nie odnosiło się do mojego naturalnego postępowania. Od czasu tych pieprzonych eksperymentów zawsze byłem i już będę marionetką w jego zachłannych rękach. Tej nocy, gdy przyszedłem do niej w gościnę On pragnął jej. O tak, pragnął jej krwi, jej ciała, chciał jej posmakować i poczuć ją, dotknąć jej, skosztować… i choć ciężko mi przyznać to przed sobą samym, gdzieś tam w środku, ja też jej chciałem. Była piękna, zgrabna i taka inteligentna, może odrobinę zbyt delikatna jak na mój gust ale pomijając to i cofając się myślami wstecz jakieś piętnaście lat byłbym gotów ożenić się z nią, założyć rodzinę, zamieszkać gdzieś na wsi. Ale przecież dawne życie nie wróci, a miłość dla krwiopijcy takiego jak ja, stała się jedynie jednostronnym uczuciem, do tego oddalonym, niemalże wyimaginowanym, jak marzenie małego dziecka. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że gdy On przejmuje kontrolę, ja nie mam wpływu na nic, ba, połowy później nie jestem w stanie odnaleźć w pustce zwanej pamięcią. Tak też zdarzyło się i tego razu, a jedyne co mogło mi dać wskazówkę co uczyniłem będąc odepchnięty od rzeczywistości był metaliczny posmak w jamie ustnej, zaspokojony głód i wiotkie, blade ciało dziewczyny, leżące kilka metrów ode mnie. Przepełniony wyrzutami sumienia i poczuciem winy za krzywdę, którą teoretycznie nie ja jej wyrządziłem, ująłem jej zimne ciało w ramiona i wróciłem z nią do jej domu. Nie mogłem jej przecież od tak zostawić, bo przecież nie była mi obojętna. Zaraz, czy ja właśnie przyznałem, że jakaś byle słaba śmiertelniczka, do tego w połowie ryba zajmuje w moim sercu jakieś specjalne miejsce? Niedorzeczne, ktoś tak okropny jak ja przecież nie może odczuwać uczuć… Pogrążony w myślach dotarłem do wioski szybko, a prześlizgnięcie się na drugą stronę palisady jak zawsze nie sprawiło mi żadnej trudności. Jedyne co można było osadnikom zarzucić to fakt, że warty rozstawiali bezmyślne i ze szkodą dla nich samych. Na szczęście niewielu samotników wiedziało o tym przejściu a ja niespecjalnie zagrażałem większości… Gorzej było z Nim. Dotarłszy do domu zająłem się dziewczyną, starając się jak najlepiej naprawić krzywdę, którą On jej wyrządził. Cholera, tak trudno mi jest przed samym sob powiedzieć, że On… to tak naprawdę też ja, tylko o wiele, wiele gorszy i bardziej zepsuty...Siedziałem koło jej łóżka dzień i noc, opiekując się nią, podając odpowiednie preparaty, żeby tylko wróciła do siebie. Ocknęła się po dwóch nocach a gdy wyczułem, że to nadchodzi, zmyłem się z chaty, chcąc uniknąć jakiejkolwiek dyskusji a przede wszystkim przeprosin, które w tej sytuacji i tak zapewne nie zostałyby przyjęte. Odszedłem do swoich kątów, jakimi były tereny poza wioską postanawiając, że dam jej spokój i nie będę jej nachodził. Choć na początku zdawało się to być dla mnie niemożliwe - bycie z dala od niej, okazało się, że zwykłe codzienne czynności, z którymi musiałem się zmagać odebrały mi jakikolwiek czas. Wiadomo, życie samotnika nie jest łatwe, a kiedy wróciłem okazało się, że dach  mojej chaty zapadł się, z powodu zmokniętego drewna, a pozyskanie surowców i naprawa tej usterki, do której musiałem przygotować wszystko sam, zajęła mi odpowiednio wiele czasu, żeby przestać myśleć o kobiecie z osady. Mijały dni, potem tygodnie, a ja nawet nie zauważyłem jak szybko zmienia się klimat na wyspie. Wszystko zaczęło wysychać, ulewy zanikły a zieleni nie było końca. Wiosna weszła w swoją ostateczną fazę, budząc dookoła wszystko co żywe.

Od Renarda do Lucana

   Nie dało się ukryć, że jesień dawała we znaki. Temperatura była znacznie niższa, a wiatr non stop targał ubraniem i szarpał za włosy. Kaptur, który Renard usiłował utrzymać na głowie, cały czas strącany był przez ostre podmuchy, więc w końcu się poddał i nisko opuścił głowę. Nie wybrał dobrej pory na odwiedziny matki i siostry na pseudo cmentarzu. No, jeżeli ciała zawinięte w koce i przysypane ziemią u szczytu gór można nazwać cmentarzem. Lucio najchętniej nie robiłby z nimi nic, po ich śmierci zupełnie przestał przejmować się ich dalszym losem. Nikt nie widział Lucia podczas wypadku, tylko Renard. Był wściekły, krew dosłownie gotowała mu się w żyłach. Bez problemu w ułamku sekundy przeobraził się w ogromnego wilka i rzucił się do gardła dwóm warążom, które były już dawno po ataku na córkę z matką. Renard widział to wszystko zza drzewa, ale nie wiedział czy bardziej bał się olbrzymich zwierząt, czy własnego ojca, którym zawładnęła chęć zemsty. A jego rodzicielka i ukochana, mała Farrah leżały nieruchomo na kocu piknikowym nieopodal strumyka. Ciemnowłosy był z nimi cały czas i tylko na chwilę odszedł do lasu poszukać owoców. Podczas tej chwili wydarzyło się więcej, niż mógł się spodziewać. Przedtem nie wiedział, dlaczego ojciec zareagował tak agresywnie, ale teraz, gdy siedział nad grobami dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu, wiedział, że postąpiłby dokładnie tak samo. Renard przetarł zziębnięte dłonie, gdy jego knykcie zaczęły robić się sine i przez zaszklone oczy spojrzał na napis wyryty w kamieniu. Był krzywy, bo ryty przez jego własne ręce, ale nie miał serca pozostawiać rodziny bez niczego. Chociaż tyle mógł dla nich zrobić. Chłopak szybko przetarł łzy, które jakimś cudem wydostały się spod jego powiek. Nie płakał od tak dawna, od bardzo dawna nie czuł nic poza złością lub obojętnością, a teraz czuł szczery smutek i żal. Zawsze rozklejał się gdy myślał o tej tragedii i cieszył się, że nikt go nie widzi. Renard jak nie lubił dzielić się uczuciami, tak teraz nie uległo to żadnej zmianie.

Od Pana Stasia CD Lunaye

Akurat gdy już skończyłem sobie sprzątać na posesji zauważyłem że zbierają się chmury. Ledwo się rozpoczęły pierwsze dni jesieni i już zapowiada się na ulewę. Kochałem jesień odkąd byłem małym szkrabem. Tyle że moja miłość tak na prawdę była nienawiścią. Godziny spędzane podczas deszczu w polu, grabiąc, kopiąc i sprzątając na farmie. Po tych jakże cudownych zajęciach dla dziecka nadchodził szybko wieczór i nudne bardzo długie żmudne popołudnia spędzane w domu. Mama zawsze robiła gorącą rumiankową herbatę z cytryną i jakimiś innymi niedobrymi rzeczami by się nie rozchorować, następnie kazała iść się kąpać w gorącej wodzie.  Po wszystkim szybko do łóżka by się wygrzać. Tak wyglądały moje młodzieńcze jesienne lata. Nic tylko oddać cały dobytek by to powtórzyć. Oczywiście to ironia. Wolałbym wtedy się bawić z kolegami których nie miałem. Wolałbym spędzać ten czas na graniu w piłkę podczas ulewy niż w tych roślinach. Z biegiem czasu a szczególnie na wyspie jednak byłem ojcu wdzięczny za to że mnie tak zahartował. Na wyspie nic mi nie było straszne. Mżawka, deszcz czy ulewa. Burza, gradobicie czy tornado. 

Od Pana Stasia CD Aven

Wracałem sobie spokojnie od Melody swoim tempem i zauważyłem że Aven się znów łączy z drzewem. Było to dość.. Może inaczej, wyglądało to dość ciekawie. Zastanawiające a zarazem trochę straszne.
- hah.. menda? Czemu tak brzydko co?  - zapytałem uśmiechając się do dziewczyny.
Aven szybko zaczęła mi tłumaczyć co się podziało. Nie byłem zły. wiedziałem jakie są problemy z takimi zwierzakami. Może najprościej w świecie był głodny. Nikomu na wyspie chyba zbytnio się nie przelewa jeśli chodzi o żywność. Poklepałem dziewczynie po ramieniu i pogłaskałem "mendę" po brzuchu.
- nic się nie przejmuj.. zniosą nowe jajka za trochę dłuższy czas ze względu na stres.. a bulwy może się do czegoś przydadzą jeszcze.. jeśli nie to zrobię coś zwierzakom z nich.
- co do Twojej propozycji.. Bardzo mi się podoba.. jakbyś co trzy- cztery dni mi przynosiła jakąś małą ilość nawet surowego mięsa byłbym Ci bardzo wdzięczny.. - uśmiechnąłem się.

Od Aven CD Pana Stasia - Oswojenie Tygrana

Absolutnie nie spodziewałam się tak fachowego podejścia ze strony Stasia. Widocznie zwierzętami zajmował się z powołania, w sumie był jak zwierzęcy czarodziej przez co było mi wstyd, bo to ja tu jestem zielona a nie on. Mężczyzna powoli karmił stworzenie a ja zbliżałam się powoli, tym bardziej po geście wskazanym przez rolnika. Zastanawiałam się co co cholery należy z tym fantem zrobić. Zwierz dostał jedzenie, więc raczej tak chętnie stąd nie odejdzie… Z drugiej strony, gdybym dostała się do mojej torby kiedy jego uwaga jest skupiona na Stasiu, może mogłabym wcisnąć bestii oszczep pod żebra. Jak na potwierdzenie mojego pomysłu osadnik zrobił kilka kroków w tył, zastanawiałam się jak najciszej i najzwięźlej powiedzieć mu o planie pozbycia się tego czegoś gdy on odezwał się pierwszy, wyciągając w moją stronę dłoń z mięsem

-zechcesz mu dać? Tylko się nie bój.. głodny jest.. -powiedział nie unosząc wzroku ze zwierzęcia. Niechętnie odebrałam od niego mięso i zaczęłam karmić kreaturę. W stosunku do mnie to coś było łagodniejsze, co było widać również po oczach.

Od Lunaye do Pana Stasia

Chodziła rozdrażniona niczym osa po salonie swojej walącej się chatki. Ostatnia wichura poczyniła ogromne spustoszenia a lejący deszcz przemoczył wszystko doszczętnie. Choć gdy wychodziła na polowanie wszystko było w jak najlepszym porządku, po powrocie zastała niemały bałagan. Warknęła parę niecenzuralnych słów pod nosem, nie wiedząc co z tym zrobić, po czym uderzyła z rozmachem w jedną ze zwisających belek. Rozległ się huk, kolejne drewniane elementy jej domiszcza zwaliły się jej na głowę. Wrzasnęła wściekła, a echo poniosło się w dal przypominając bardziej ryk dzikiego zwierzęcia. Kruki siedzące na pobliskich drzewach poderwały się do lotu.
Miała już po dziurki w nosie tego spróchniałego drewna, który każdy kaprys pogody doprowadzał do coraz większej ruiny. Co prawda gdy się wprowadzała, miejsce to wydawało się dość porządne i odpowiednie na schronienie, jednakże im dłużej tu przebywała, tym było gorzej.
„Koniec z tym” pomyślała wygrzebując się spod resztek pomieszczenia. Strzepując ostatnie odłamki drewna, była już w znacznej odległości dalej przeklinając pod nosem swój wcześniejszy wybór lokum. Skierowała swoje kroki ku wiosce, bo na razie nie miała lepszego pomysłu. Jedyny plan jaki rodził jej się w głowie to przenocowanie w jednym z domów osadników, lecz jak miałaby to zrobić? Skoro wszyscy już znali ją dobrze, choć nie z tej dobrej strony. Musiałaby wybrać dom kogoś, kto dopiero co przybył na wyspę. Co prawda, miało to być tymczasowe rozwiązanie, jednak mimo to wolałaby by nikt nie rzucił się jej od razu do gardła. Samotnicy bowiem nie są mile widziani. Całą drogę myślała gdzie skierować swe kroki, aż w końcu dotarła do granicy gdzie las spotykał się z murem. Chowając się w cieniu drzewa zwinnie przeobraziła się w nietoperza by nie wracać zbytniej uwagi, przecież takie niewinne stworzonko, na dodatek w nocy, nie mogła nikogo zaniepokoić. Wzbiła się w powietrze, bez trudu przelatując między strażnikami, nie niepokojąc ich.

9 lipca 2019

Podsumowanie miesąca - czerwiec

Tak, tak wiem, że spóźnione co w sumie nie jest niczym dziwnym zważając na to, że nie jestem zbyt punktualna. 
A więc minął już miesiąc od naszego powrotu i co prawda jeszcze nie dzieje się za wiele, a blog nie rozkręcił się zupełnie to i tak cieszę się, że ktoś chciał to kontynuować i wspólnie tworzyć ciąg dalszy historii.

Dziękuję wam, że jesteście i się angażujecie, kochamy was pyśki.

Chciałabym jeszcze serdecznie podziękować drugiej Pani Admin za świetne ramki postaci oraz naszej owcy za małe poprawki pięknego szablonu. 

Na końcu znajdziecie również informacje o stanie kont, które będą zasilane pod koniec każdego miesiąca. Wyjątkowo, że podsumowanie jest spóźnione, na dole podliczyłam również korony za te opowiadania z pierwszych dni lipca.

Dobra było słodko to teraz już przechodzimy do spraw... tych no... ważniejszych!

Stan osadników:
- 2 kobiety
- 5 mężczyzn

Stan samotników:
- 2 kobiety
- 5 mężczyzn

Łączna liczba postaci na blogu:
14

Dyktatorzy na lipiec:
Pan Staś (8 głosów)
Phanthom (5 głosów)

Stan opowiadań:

- Pan Staś: 10
- Raven: 6
- Phathom: 2
- Fafnir: 2
- Renard: 2
 - Melody: 1
- Tenerbis: 1



 Osoby, które nie napisały jeszcze opowiadania lub napisały tylko jedno, przypominamy o aktywniejszym udzielaniu się na blogu i w nagłych przypadkach zgłaszaniu nieobecności.
 ~
Stan kont:

Lucan: 3380
Lucio: 1505 koron
Tenebris: 825 koron
Aven: 905 koron
Melody: 760 koron
Raven: 690 koron
Ancymon: 655 koron
Fafnir: 4655 koron
Hayi: 90 koron
Renard: 520 koron
Lunaye: 70 koron
Phanthom: 180 koron
Virion: 0 koron

Pan Staś: 1200  koron

~
Nasza pora roku również zmienia się z lata na jesień, więc uważać na silne wiatry i ulewy! 

Niedługo pojawią się kolejne tereny, a także modyfikacje!


~Do usłyszenia za miesiąc, Administrejszyn

Od Pana Stasia CD Melody

      Za czas kiedy Aven zamieszkiwała u mnie i poskramiała swoje nowe, ulubione zwierzątko, postanowiłem wykorzystać fakt i udać się do Melody. Akurat był koniec tygodnia więc miałem wrażenie ze moje zamówione przedmioty były już gotowe do odbioru. Po południu gdy tylko załatwiłem sobie swoje obowiązki typu roślinki i zwierzątka, ruszyłem do Melody. Droga jak poprzednio była dość skomplikowana i wymagała ode mnie co nieco umiejętności i zwinności. Nie wiem jakim cudem dziewczyna tu mogła normalnie mieszkać i funkcjonować. Zadziwiające jak niektórzy mogą się osiedlać w takich nie raz trudno dostępnych miejscach. Co prawda nie trzeba byłobyć lekkoatletą by się tu dostać, mimo wszystko jednak trzeba było się namęczyć. Pamiętam jak za czasów bycie jeszcze małym dzieciakiem, czasem jeździliśmy do sąsiadki oddalonej o kilkanaście kilometrów. Zajmowała się jakimiś specyfikami i różnymi eliksirami. Przez to mieszkała na niewielkim klifie na którym rosły nietypowe i rzadko spotykane rośliny. Żeby się do niej dostać trzeba było wybrać się jedynie w dni w które od dłuższego czasu było słońce, ponieważ teren był błotnisty. Szło się długim ciemnawym lasem a przed samą jej posesją zaczynała się kamienista droga po której szło się bardzo nieprzyjemnie. Gdy się ominęło te niedogodności, oczom ukazywało się małe gospodarstwo na którym pasły się zazwyczaj dwie krowy, gęsi i kaczki. Archinea, bo tak miała na imie, zawsze powtarzała że najważniejsze to mieć spokój wokół swojej okolicy, gdyż wtedy człowiek najbardziej może oddać się temu, co kocha. Gdy byłem mały nie rozumiałem tego. Miałem rodzine, nie swoje gospodarstwo, daleko od dzieciaków.. Na wyspie mogłem to poniekad zrozumieć. byłem tu sam, z daleka od kogokolwiek dlatego poświęcałem się pracy w stu procentach. Przez to jednocześnie moja praca dość ładnie owocowała i odwdzięczała się w postaci solidnych plonów. Po chwili zadumy, rozmyślań i odpływania w inne tematy znalazłem się przed domem dziewczyny. Zapukałem delikatnie w drzwi czekając aż mi otworzy.  Miałem tylko nadzieje że nie wyszła gdzieś lub nie śpi, gdyż ostatni okres mam tak zarobiony że nie wiem kiedy znów tu zawitam.  Po chwili jednak usłyszałem kroki i otwieranie drzwi.
 - Pan Staś! Ale trafiłeś z momentem.. akurat mam dla ciebie gotowe ubrania. - rzucila szybko dziewczyna patrząc na mnie.
 -tak? To w sumie dobrze że nie przychodizłem wcześniej bo miałem taki plan - zaśmiałem się.
 - wejdź to Ci wszystko powiem i pokaże - otworzyła szerzej drzwi a ja wszedłem powolnym krokiem.
Usiadłem na krześle przy stole rozglądajac się po domu. Czekałem aż dziewczyna przyjdzie z moimi nowymi ubraniami. Było tutaj dość skromnie, jednocześnie jednak było wystarczająco dużo miejsca i nie było uczucia by było tutaj ciasno. Lada moment dziewczyna wróciła do mnie.
- tak jak chciałeś.. jedna zielona tunika, biała koszulka i jeden kołczan na patyki..  Spójrz i sprawdź czy będą pasowały. - uśmiechnęła się życzliwie mówiąc to.

Od Pana Stasia CD Aven

    Miło się rozmawiało i spędzało czas z dziewczyną. Nie mogłem jej zresztą od tak wyrzucić za to co dla mnie zrobiła. W końcu upolowała mi solidny obiad na najbliższe trzy dni. Po postawieniu dzbanka z wodą na stole wskazałem dziewczynie gdzie jest łazienia po czym poszedłem w swoją strone. Schowałem się w jednym z pokoi, obserwując czy nie patrzyła dokad ide. Wyciągnąłem z małej paczuszki mięso które dokładnie obejrzałem i powąchałem. Był to przyjemny zapach dla moich nozdrzy. Zaciągnąłem się mięsem i zaknąłem oczy. Początkowo ugryzłem tylko kawałek mięsa delektując sie nim, by po chwili pożreć je niczym zwierze. Zjadłem dość sprawnie oba kawałki mięsa, brudząc się przy tym krwią. Spojrzałem na swoje ręce i swoją twarz w lusterku. Nie mogłem tak wyjść przecież do dziewczyny. Zacząłem się wycierać chusteczkami suchymi i wilgotnymi, aby zmyć to wszystko z siebie. Wyszedłem do korytarza i rozejrzałem się. Dziewczyny w środku nie było więc pewnie poszła na drzewo. Jakkolwiek to brzmi. Zebrałems woje brudne chusteczki po krwi, tak samo zabierajac torbe dziewczyny. Zamierzałem śmieci wyrzucić a torbe dać gdzieś blisko niej samej by nie pomyślała że ją okradłem czy coś. Wyszedłem na zewnątrz.

7 lipca 2019

Od Aven CD Pana Stasia

Wiem, że zdecydowanie nie powinnam nachodzić tego dobrego człowieka w środku nocy, jednak jego odpowiedź bardzo mnie ucieszyła. Ba, byłam nawet zaskoczona. Może nigdy nie zdarzyło mi się nawiedzać nocą osób które korzystały z moich usług, jednak gościnność niektórych osadników ograniczała się do powstrzymania się od pożegnania mnie serdecznym kopem w dupę, nie mówiąc już o zaproponowaniu szklanki wody. Podziękowałam mu grzecznie i stwierdziłam, że tak dobrej ofercie nie można powiedzieć nie. Gospodarz postawił przede mną dzbanek wody, który opróżniłam szybko kubek za kubkiem, zagadując przy okazji żeby zapoczątkować jakąś rozmowę, ot zwykłe łamacze lodów – jak jego zwierzęta i plony radzą sobie w upale, co właściwie hoduje i takie tam. Miły i spokojny mężczyzna spokojnie prowadził ze mną dialog, nie wykazując cienia chęci pozbycia się mnie w celu wyspania się, a przecież musiał ciężko pracować jako rolnik. Gdy zapytałam o możliwość umycia się Staś wskazał mi łazienkę i gdzieś zniknął. Dopiero gdy wymoczyłam się w chłodnej wodzie poczułam, że odżyłam. Po wyjściu z łazienki nadal nie było go w kuchni, nie wiedziałam czy poszedł spać czy gdzieś indziej, tym bardziej nie chciałam krzątać się po jego domostwie, zatem wyszłam na podwórze. W lekkiej poświacie księżyca gospodarstwo wyglądało jak namalowane, wręcz magicznie.

Pomyślałam sobie, że w taką ciepłą letnią noc w moim dawnym życiu pewnie właśnie tańczyłabym na jakiejś imprezie, a może siedziała na jakiejś ławce w parku trzymając się za ręce z jakimś chłopakiem. Przechodziłam się tak powoli wzdłuż ścieżki prowadzącej z gospodarstwa na pole wsłuchując się w ciszę i rozmyślając. Zabawne, jak dużo wspomnień i gdybań przychodzi w najróżniejszych momentach. Tak, jak zazwyczaj rozmyślałam w domu o niesamowitych książkowych światach i ich dziejach, tak teraz moje myśli uciekały do gdybań o zwykłym świecie, pełnym zwykłych, szarych ludzi.





3 lipca 2019

Od Pana Stasia CD Aven

         Droga do farmy zajęła mi chyba jeszcze mniej czasu niż droga do osady. Gdy wróciłem od Aven zająłem się zwierzakami -wypuszczając je na wybieg, gospodarstwem - sprzątając i przygotowując się pod zabudowę nowego budynku i deskami które dalej trzeba było ciąć, dzień zleciał tak szybko jak się zaczął. Po kolacji zasnąłem z myślą że może następnego dnia zjem jakieś mięso i choć trochę zaspokoję swój krwio-mięsożerczy głód.
Następnego dnia świeże mięsko chodziło po moich kubkach smakowych od samego rana. Wyszedłem w pole powtarzając sw
ój monotonny harmonogram jak każdego dnia. Po powrocie z pola uprawnego i dojściu na farmę rozejrzałem się i wypuściłem swoje zwierzaki by trochę po chadzały po świeżym powietrzu. Ze względu upału jednak moje maleństwa takie chętne na spacery nie były.
- No? Na co czekacie ? .. Chodźcie się przejść.. - uśmiechnąłem się do nich i zrobiłem zapraszający gest dłonią.
Zwierzaki bardzo niechętnie, jednakże wstały po moich słowach, leniwie idąc na dziedziniec gospodarstwa. Znalazły chyba jedyne ocienione miejsce i momentalnie położyły się tam wszystkie razem. Muszę przyznać że maści od Harry pomogły już po dw
óch dniach stosowania . Zwierzaki już niemalże nie miały nawet śladów po ranach. Kiedy byk przechodził obok mnie poczułem jak głód mnie rwie i każe się rzucić na umięśnione zwierzę by spróbować nieco jego mięsa. Smak, zapach i widok świeżego, zakrwawionego, surowego i ciągnącego się mięska przyprawiał mnie o zawrót głowy. Cóż to za przyjemność była by spróbować tak świeżego podanego na tacy mięsa. Mrugnąłem dwa razy i spojrzałem na swojego byka. Pogłaskałem go po głowie a ten leniwie i przeciągle zamruczał, wypuszczając powietrze ze swoich nozdrzy i spojrzał na mnie. Mimo wszystko nie mógłbym ich przecież skrzywdzić. Darzyłem je zaufaniem a one darzyły mnie, co tworzyło taką przyjemną atmosferę na całym gospodarstwie. Mimo iż byłem na wyspie, czułem się ze zwierzętami jak u siebie w domu. Momentami zastanawiałem się czy nie zrobić tu czegoś.. większego.. Dla samotników, dla osadników, aby każdy poczuł się choć trochę jak w domu. Zwierzęta na prawdę potrafiły sprawić, by człowiek czuł się lepiej, będąc zupełnie w obcym miejscu. Zastanawiałem się jednak czy to dobry pomysł ze względu na nienawiść obu grup do siebie, względów logistycznych, materiałowych i zwierzęcych. Zwierząt na wyspie było mało. Istniała jeszcze opcja rozrodu hodowli zwierząt które mam aktualnie. Wiązało by się to jednak ze zwiększeniem budynków gospodarczych, zwiększeniem ilości paszy, czasu którego musiałbym poświęcić zwierzętom, do tego przydała by mi się jakaś pomocna dłoń. Mimo przyjaznych stosunków z wieloma ludźmi tu, nie mógłbym raczej nikomu powierzyć niektórych spraw. Swoją drogą każdy miał swoje problemy, rzeczy do zrobienia czy zawody. Westchnąłem cicho i wróciłem do moich nieszczęsnych desek. Ściągnąłem koszulkę, zrobiłem sobie chłodny okład który położyłem na opalonym karku, wziąłem narzędzia i poszedłem ciąć kłody. Standardowo poświęciłem się temu zadaniu w stu procentach, sprawiając że deski, mimo mojego amatorstwa w tym temacie, były na prawdę dobrej jakości. Nie były za grube ani za chude, cięte ostrożnie by nie uszkodzić ich czy nie nadłamać, i każda deska była odkładana do wysuszenia. Mokre deski nie nadawały by się do żadnej obróbki czy zbijania.. Praca zajęła mi czas do godziny około dziewiętnastej. Spojrzałem na pozostałe kłody i o dziwo została mi już tylko jedna jedyna do pocięcia. Stwierdziłem że nie ma jednak co szaleć i odłożyłem piłę, napiłem się wody po czym resztę wody z butelki wylałem na swoje ciało. Woda zaczęła mnie obmywać od włosów aż do ziemi kapiąc z nosa, brody czy płatków uszu. Krople reszty wody powoli i leniwie spływały w dół mojego ciała po klatce piersiowej, brzuchu by po chwili zatrzymać się i wchłonąć w moje spodnie. Spojrzałem na butelkę i na swoje ciało. Niby fajne uczucie ale tylko chwilowe. Woda momentalnie parowała lub znikała wchłaniana w moich spodniach. Westchnąłem podchodząc do koszulki. Ubrałem ją i wpuściłem zwierzaki do obory, zamykając ją gdy weszły wszystkie. Nie zanosiło się na deszcz więc nie nakrywałem desek na noc. Wszedłem do domu zamykając drzwi.

2 lipca 2019

Od Aven CD Pana Stasia

Upalne lato każdemu wdawało się we znaki. Żar prawie codziennie nieubłaganie lał się z nieba na wioskę, która około południa niemalże zamierała. Większość mieszkańców kryła się w swoich domach, współczując każdemu kto musiał pracować na otwartej przestrzeni. Na szczęście z rana nie było aż tak źle. Po okresie wiosennym w lesie było znacznie więcej zwierzyny, co wiązało się z obfitszymi i rzadszymi polowaniami. Po makabrycznej śmierci Avalon zostałam jedną z jedynych myśliwych w wiosce, co przekładało się na znacznie zwiększona ilość pracy. Za dnia można mnie było znaleźć albo w izbie łowców, gdzie po przytaszczeniu z pewną pomocą balii moczyłam się godzinami w deszczówce żeby nie wyschnąć, tudzież byłam złączona z moim zielonym Domem.

1 lipca 2019

Ah Śpij, Kochanie…

Do wszystkich czytelników. 

Opowiadanie zawiera sceny drastyczne.
Czytasz na własną odpowiedzialność.
Napisane zostało w 3 osobie liczby pojedynczej z tzw. punktu wszechwiedzącego obserwatora. Wydarzenia zawarte w opowiadaniu mają wpływ na relacje samotnik/osadnik w odniesieniu do całej przestrzeni bloga.Bohaterowie nie zostali wybrani przypadkowo.