30 czerwca 2019

Od Tenebris'a do ktosia

Siedząc na półce skalnej, obserwowałem krajobraz u podnóża góry. Spowity w mroku las do połowy był zanurzony w gęstej mgle. Panującą wokół ciszę co jakiś czas przerywało pohukiwanie sowy.
Podniosłem się powoli do pozycji stojącej i zszedłem na dół, by wrócić do domu. Zdecydowanie za dużo czasu spędziłem na bezczynnym siedzeniu tam, ale przyznam, że widok był piękny. Teraz jednak przyszedł czas za to zapłacić. Słaba widoczność była dużym utrudnieniem. Ledwo widziałem własną dłoń, gdy wyciągnąłem przed siebie ramię. Wzrok nie był mi mimo wszystko potrzebny, by trafić do opuszczonej wioski. Znałem bowiem trasę na pamięć, ale irytujące było odnajdywanie coraz to nowych sideł Samotników. Plątały się pod nogami, a niektóre nawet zagrażały życiu. Zdenerwowany, niszczyłem każdą pułapkę, która utrudniała mi powrót do domu. Na szczęście im dalej odchodziłem od góry, tym mniej ich było. 
Nagle uszłyszałem cichy trzask gałęzi łamanej pod cudzym ciężarem. Dobiegł on spomiędzy drzew, od których dzieliła mnie biała ściana. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że widzę jakiś ruch. Słysząc delikatne trzeszczenie, natychmiast wykonałem unik. Lecąca tuż przy mojej twarzy strzała ze świstem przecięła powietrze i wbiła się w pień drzewa za mną. Mało brakowało, a skończyłbym jako jednorożec.
Nie czekając na kolejne pociski, stałem się niewidzialny. Rozejrzałem się w poszukiwaniu napastnika, ale tym razem niczego nie dostrzegłem. Wróciłem więc zrezygnowany do domu.
***
W środku nocy obudził mnie hałas dobiegający z pokoju obok. W pierwszej chwili pomyślałem, że to myszy lub umysł płata mi figle. Jednak odgłos otwieranych szuflad i szafek skreślił oba przypuszczenia. Powoli podniosłem się z łóżka, stając się następnie niewidzialnym. Ktoś przeszukiwał mi dom. I ten ktoś jakimś cudem nie dał się odstraszyć aurze, którą otoczyłem swoją posesję.
Bezszelestnie przeszedłem do pokoju obok i zbliżyłem się do nieznajomego, stojącego przy meblach. Szybko obezwładniłem złodziejaszka, przytrzymując mu obie ręce za plecami.
- Kogo my tu mamy, hmm? - zapytałem, unosząc kącik ust.

Ktosiu?

Od Melody CD Pana Stasia

Wraz z początkiem lata, zaczęły przychodzić do mnie zamówienia na lżejsze ubrania. Dzięki temu miałam więcej czasu, gdyż wymagały one mniej pracy. Również po materiały nie musiałam chodzić tak często. Oczywiście mogłabym korzystać z usług transfera, ale wolałam wybierać je samodzielnie. Gdyby sprzedawca miał na stanie coś nowego, mogłabym to zobaczyć i być może pasowałoby to do jednego z projektów lub przyczyniło się do powstania kolejnego. Z tego właśnie powodu wszystkie materiały miałam jedynie dostarczane do pracowni. Sama mogłam unieść tylko to, co niezbędne, więc uważałam, że rola transfera jest w wiosce ogromnie ważna.
Tego dnia zawiesiłam na drewnianej tablicy nowe projekty, które wymagały kilku poprawek i rozpisałam plan zajęć dla mnie oraz Renard'a. Planowałam nauczyć go ściegów, ale przed ich wykonaniem musiał mieć je zobrazowane krok po kroku. Postanowiłam więc wybrać się do biblioteki i poszukać odpowiedniej książki na ten temat, zanim zabiorę się za rozrysowywanie każdego etapu wykonania wszystkich sposobów łączenia materiałów w zawodzie krawca.
Związałam swoje jasne włosy w kok i wyszłam z domu.
Będąc już całkiem blisko, zostałam zaczepiona przez  mężczyznę o dłuższych, brązowych włosach. O ile się nie myliłam, był to Pan Staś, rolnik, pracujący w osadzie.
- Witaj Melody, możemy porozmawiać? - zapytał wyraźnie zawstydzony.
- Oczywiście. - odparłam z uśmiechem. W końcu kilka minut rozmowy nie zaszkodzi.
- Jeśli byś dała radę, potrzebowałbym nowej tuniki oraz koszulki... Tunikę najlepiej w zielonym kolorze...nieco dłuższą...Koszulka wolałbym żeby była biała, jeśli to nie problem. Oprócz tego prosiłbym cię też o coś w rodzaju kołczanu...Jednakże żeby było bardziej wytrzymałe i dłuższe...
- Do czego będą ci potrzebne? Jakiejś pracy? I w jakich warunkach? - dopytałam, by jak najlepiej dobrać materiał oraz wzór.
- Tunika i koszulka do pracy w polu i przy zwierzętach...Co do warunków...najlepiej, by były uniwersalne...praca nie wybiera...Wiadomo, że podczas deszczu za długo przebywać na zewnątrz nie będę, ale jednak żeby się nie zniszczyły od byle ulewy... - mężczyzna uśmiechnął się delikatnie - Co do koloru, jak już wspominałem, tunikę wolę w jakimś ciemniejszym zielonym kolorze...podkoszulek w białym...kołczan akurat nie ma znaczenia...On mi jest potrzebny jedynie do pracy w polu... - wyjaśnił szatyn. Wszystko zapisywałam w notesie, który wyjęłam z tylnej kieszeni moich krótkich spodenek.
- Dobrze, myślę, że dam radę wykonać to zamówienie. - powiedziałam, ponownie chowając wszystko.
- To w takim razie kiedy mogę się do ciebie zgłosić po rzeczy? I ile ci będę winien?
- Sądzę, że powinnam wyrobić się w tydzień. Maksymalnie w dwa. Kołczan chyba zajmie mi najwięcej czasu. Z resztą uwinę się szybciej. Co do ceny... - zastanowiłam się podliczając wszystko w głowie i na szybko dobierając materiały o nie za wysokiej cenie, ale równie dobre, co te droższe - Ciemnozielony materiał będzie kosztował tyle, co skóra, ponieważ jest trudny do wykonania. Nie zużyję go jednak za dużo. Biały będzie najtańszy, bo łatwo go otrzymać. - wyjaśniłam. Ponownie zastanowiłam się na chwilę, po czym podałam rozsądną cenę, która zadowoliłaby obie strony.
- Bardzo ci dziękuję, Melody... - szatyn uśmiechnął się delikatnie.
- Nie ma sprawy. W końcu to moja specjalność. - odparłam odwzajemniając uśmiech. Osadnik przyglądał się mojej osobie jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się powoli i ruszył w tylko sobie znanym kierunku. Zapewne wrócił do domu, by ponownie oddać się swojej pracy. Odprowadziłam go wzrokiem, aż zniknął mi z pola widzenia, ukryty za budynkami. Tunika, podkoszulek i kołczan. Będzie, co robić.
Wznowiłam swój spacer do biblioteki i gdy byłam już na miejscu, przekroczyłam jej próg. Biblioteka uniosła wzrok znad swojego biurka, pełnego książek i powitała mnie ciepło. Z uśmiechem odpowiadziałam jej i zapytałam o dział, który mnie interesował. Starsza Osadniczka wskazała mi jedną z alejek. Podziękowałam jej i od razu ruszyłam we wskazanym kierunku. Mój wzrok błądził po wysokich, drewnianych regałach, wypełnionych milionami książek o różnokolorowych okładkach. Nie mogłam jednak odnaleźć w ten sposób właściwej książki, więc zaczęłam odczytywać wszystkie tytuły po kolei.
Po jakimś czasie, w końcu udało mi się zdobyć poszukiwany tom. Wypożyczyłam go i udałam się z nim w drogę powrotną, wstępując jeszcze do sklepu. Wyszukałam materiały potrzebne do wykonania zamówienia dla rolnika i zapłaciłam za nie. Następnie wróciłam do domu, gdzie poczekałam na Renard'a.
***
Chłopiec zjawił się na czas. Z uśmiechem poczęstowałam go swoimi wypiekami oraz lemoniadą. Jednocześnie z zainteresowaniem wysłuchałam jego opowieści o tym, jak minęła mu droga do mnie. Następnie przeszliśmy do tematu projektów i wprowadziliśmy na nie niezbędne poprawki. Cieszyło mnie, że mam takiego ucznia. Był pracowity, ambitny i posiadał dużą wyobraźnię. Tak bardzo przywykłam do jego obecności, że czasem miałam wrażenie, iż brunet jest moim własnym synem.
Kiedy przeszliśmy do nauki, cierpliwie opisywałam chłopcu każdy ścieg i jego przeznaczenie. Gdy teorię mieliśmy już za sobą, przeszliśmy do praktyki na pozostałościach materiałów.
***
Kilka godzin po wyjściu Renard'a, odwiedził mnie transfer z zamówionymi przeze mnie tego samego dnia materiałami. Od razu zabrałam się do pracy. Tak, jak myślałam, szybko poradziłam sobie z podkoszulkiem oraz tuniką. Miałam już wprawę do tego typu ubrań po uszyciu setki dla całej osady. Został więc jedynie kołczan.
Wzięłam notes oraz węgiel, owinięty papierem i przeszłam z nimi do łazienki. W trakcie kąpieli, której wymagała moja skóra, rozrysowywałam projekt zamówienia. Postanowiłam wzmocnić ściany kołczanu poprzez zszycie ze sobą kilku warstw skóry bydlęcej. Była ona odpowiednio wytrzymała na warunki pogodowe, towarzyszące pracy rolnika jak i nią samą. Zaplanowałam również dodatkowe obszycie brzegów i dołączyłam do projektu pas, który umożliwiałby zawieszenie kołczanu na plecach.
***
Po długiej kąpieli, wróciłam do pracy. Ostrożnie i dokładnie wycinałam elementy ze skóry, na którą wcześniej naniosłam projekt, a następnie zszywałam ze sobą odpowiednie warstwy.
Nie byłam pewna, ile czasu spędziłam w pracowni, ale widząc ciemne niebo za oknem, odłożyłam wszystko na duży, drewniany stół i wróciłam do łazienki.
Po kolejnej kąpieli, przebrałam się w koszulę nocną i przeszłam do sypialni. Zbliżyłam się do stolika nocnego, na którym spoczywały bursztyny od Lucan'a. Wzięłam je delikatnie w dłonie. Byłam ciekawa, jak radził sobie w tą porę roku.
Przeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Spojrzałam na las, który w ciemnościach przypominał czarną plamę. Im dłużej tak siedziałam, tym bardziej czułam się senna.
***
Zamówienie udało mi się skończyć jeszcze przed końcem tygodnia. Czas wolny przeznaczałam na dodatkowe lekcje dla Renard'a i szukanie materiałów poza terenami wioski oraz Lucan'a. To ostatnie nie było jednak tak łatwe jak reszta. Szyjąc ubrania na jesień, starałam się jakoś zająć myśli.
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Poderwałam się z miejsca i poszłam sprawdzić, kto to taki. Sądząc po tym, że był to ostatni dzień tygodnia, spodziewałam się Pana Stasia.

 Pan Staś?

29 czerwca 2019

Od Pana Stasia CD Raven do Aven etap 2 > etap 3

                Spojrzałem za siebie obserwując i szukając dziewczyny. Nie spodziewałem się z jej strony takiej.. bliskości.. Tak bliskość to chyba dobre słowo. Pytanie tylko czy miałem się jej obawiać czy wręcz przeciwnie. Jak na samotnika była dość przyjaźnie nastawiona. Z drugiej strony łączyła nas oboje współpraca. Ona wykonała swoją część teraz w jakiś dzień ja będę musiał wykonać swoją. Mimo wszystko byłem jej wdzięczny za wszystko w czym mi pomogła. Uśmiechnąłem się, zabezpieczyłem kłody i udałem się na spoczynek. Ten dzień był wystarczająco męczący i pełen różnych, lepszych i gorszych akcji. Czułem że zasnę tak szybko jak się położę, a będę spał jak król na łożu królewskim.

                Na następny dzień standardowo wstałem o świcie robiąc sobie śniadanie, przebrałem się i umyłem. Mimo sytego śniadania, które jadłem zazwyczaj takie samo na co dzień, czułem się głodny. Zdziwiło mnie to gdyż nigdy nie miałem takiego uczucia. Mimo wszystko spolonizowałem to i ruszyłem w stronę pola uprawnego. Na polu kolejna monotonia. Podlewanie roślin, rozmawianie z nimi, obcinanie obumarłych liści, suchych gałązek oraz ochrona przed chorobami, pasożytami i grzybami. Zapowiadał się kolejny gorący dzień, jednakże z powodu wczesnej godziny nie doskwierało słońce jeszcze w żadnym stopniu. Gdy w południe schodziłem z pola czułem dziwny mrowiący ból w okolicach opuszków palców stóp i dłoni. Zdziwiłem się już po raz drugi tego dnia gdyż nigdy nie miałem takich objawów po robocie w polu. Przyglądnąłem się swoim rękom, oglądając je dokładnie. Po chwili wzruszyłem ramionami nie widząc w nich żadnej różnicy. Musiałem się jeszcze zająć zwierzętami i zacząć ciąć te kłody pod zabudowę. Wróciłem do gospodarstwa otwierając oborę by zwierzaki się trochę po przechadzały. Od razu gdy zaczęły mnie otaczać czułem się.. dziwnie. Coś mnie zjadało i zasysało od środka. Momentalnie moje ciało pokryła gęsia skórka, jednocześnie jakby każdy włosek mojego ciała się nastroszył. Gdy zwierzaki mnie minęły, przetrzepałem głową jakby się ogarniając. Patrzyłem chwile w ich stronę zdezorientowany. Poczułem że może być to związane z tym co się stało przy wampirzycy. Westchnąłem cicho i wziąłem się za kłody.  

                W cywilizowanym świecie wrzuciłem bym taką kłodę na cyrkulatke i by się to szybko na niej zrobiło. Odkrojenie warstwy z korą, warstwy "zewnętrznej" i zajęcie się właściwym wykrajaniem desek. Dzień? Dwa roboty? Tutaj jednak nie było cywilizowanego świata. Jedyne "specjalistyczne" przedmioty to była siekierka, prymitywna piła ręczna i przedmioty które sam zrobiłem z drewna czy gałęzi. Mniejszą kłodę przeciąłem mniej więcej w 1/3 długości i postawiłem w specjalnym miejscu które przygotowałem do cięcia desek. Wymierzyłem sobie odpowiednie rzeczy i powbijałem w ziemie drewienka które miały robić za poziomice. W końcu co to za deska gdyby z jednej strony była grubsza z drugiej chudsza. Zrobiłem dwa nacięcia siekierką po czym wzdłuż drewienek obrysowałem kłodę dookoła nożem. W ten sposób powstałe "szyny" do tego deseczki któe robiły za poziomice powinny utrzymać piłę w tym samym stopniu przez cały moment cięcia kłody. Przyłożyłem piłę do kłody z jednej strony delikatnie się w nią zagłębiając. Westchnąłem cicho skupiając się maksymalnie na tym. Ostatnie przełknięcie śliny, otarcie potu z czoła, wzrok skupiony na kłodzie i pile, głębszy wdech i.. do dzieła. Drewno było gęste i twarde. Przecięcie go wzdłuż długości nie należało do najłatwiejszych. Do tego najlepiej by się nadała długa piła dla dwóch osób, z uchwytami po obu jej stronach. Ja byłem jednak sam i sam musiałem sobie z tym drzewem poradzić. Po kilku minutach pierwszy najbardziej zewnętrzny płat kłody można było przemieścić. Oddychając głęboko oparłem narzędzie o pień i chwyciłem powstałą deskę. Jakby nie było, profesjonalna robota to nie była, jednakże trzymałem w rękach deskę. Z jedne strony zaokrąglona z drugiej strony płaska. Gdyby odciąć tylko po bokach krawędzie na których znajdowała się kora, delikatnie deskę przetrzeć materiałem ściernym by wygładzić nierówności i drzazgi.. Można by wręcz powiedzieć idealna deska. Byłem szczerze zadowolony ze swojej pracy. Była to mała deska która mogłaby robić za coś w rodzaju drzwi bądź pod okno. Spojrzałem za siebie widząc jeszcze cztery wielkie kłody i gdy pomyślałem jak się namęczyłem przy takiej małej aż mnie prawie zesłabło. Westchnąwszy ciężko obniżyłem drewienka przy kłodzie, zrobiłem kolejne cięcia w kłodzie i wokół niej i ruszyłem dalej z tematem. Nim się obejrzałem słońce już zachodziło za górami ale a to miałem pociętą całą kłodę na osiem małych desek. Był to pewnego rodzaju sukces jakby nie patrzeć. Poskładałem wszystkie deski i położyłem je w miejscu przyszłej owczarni. Pochowałem narzędzia wraz z palikami i drewienkami po czym zamknąłem zwierzaki w oborze. Na dziś było chyba wystarczająco tego dobrego.

               
                Po powrocie do chatki zabrałem się za kolacje. Mimo kolejnej sytej strawy znów czułem się nienajedzony i że czegoś mi brakuje, jakby mięsa.. Dużo mięsa. Pokręciłem głową delikatnie i udałem się do spania. W nocy gdy tylko promienie księżyca przebiły się przez okno by wbić się do mojej chatki poczułem ból w stopach i dłoniach. Momentalnie wyrosły mi długie ostre pazury. Ból był potworny jednakże zdarzało mi się odczuć gorsze bóle. Wstałem by zasłonić okno zasłonami. Nie wiele to pomogło gdyż ani pazury ani ból nie znikał. Czułem ogromny głód i wewnętrzne rozdarcie. Trwało to przynajmniej godzinę, a przynajmniej w moich odczuciach. Tak naprawdę trwało to zaledwie dziesięć minut, po czym się uspokoiło i zasnąłem skulony na podłodze. Rano po obudzeniu, rozejrzałem się zdezorientowany. Spojrzałem na ręce i nogi. Wyglądały normalnie, jednak cały czas czułem głód. Wstałem z podłogi ruszając prosto do kuchni. Standardowe śniadanie, jednakże i po nim czułem się nienasycony i cały czas brakowało mi mięsa a najlepiej surowego. Postanowiłem udać się do myśliwej by mi upolowała coś. Ja nie mogłem sobie pozwolić na polowania. Za bardzo kochałem zwierzęta. Standardowe udanie się do toalety, ubranie się i tym razem zamiast w pole, wycieczka do osady. Z tego co słyszałem Aven zamieszkiwała na jednym z drzew w wiosce, co wcale nie ułatwiało szukania jej. Po wejściu do wioski westchnąłem cicho. Było tu kilka drzew więc trzeba metodą prób i błędów. Wiedziałem ze ludzie będą dziwnie patrzeć ale jaki miałem wybór. Podszedłem do jednego z drzew spoglądając na nie.
- Dzień dobry.. czy znajdę tu Aven? - zapytałem stojąc przed drzewem. Obszedłem je dookoła spoglądając na koronę. Brak odzewu więc trzeba było iść do kolejnego.
Chodziłem tak od drzewa do drzewa czując się jak czubek gadając do nich. W końcu po wielu próbach usłyszałem za sobą gdy odchodziłem od kolejnego już z rzędu.
- Tak, to ja. O co chodzi? - usłyszałem delikatny cichy głos przez co się odwróciłem w jej stronę.
- Jestem Staś.. Właściwie to Pan Staś - zamyśliłem się. - Mniejsza z tym.. Słyszałem że jesteś myśliwą.. mógłbym Cię prosić o upolowanie mi jakiegoś zwierzęcia? Najlepiej jelenia.. takiego większego, z dużą ilością mięsa.. Prócz tego gdybyś mogła poprosiłbym żebyś mi z niego dała prócz mięsa skóry i kości.. Chyba że Tobie się przydadzą to zachowaj - powiedziałem dość nerwowym tonem. Nie było mi na rękę mordowanie zwierząt w końcu. Jednakże taka kolej rzeczy.
- Miło Cie poznać.. Stasiu.. oczywiście zdobędę dla Ciebie mięso, skóry i kości.. Zajmie mi to góra.. dwa lub trzy dni - odpowiedziała rudowłosa cicho i spokojnie.
- W takim razie bardzo dziękuję Aven.. co do zapłaty.. wolisz gotówkę czy może chcesz coś w zamian? - zapytałem będąc ewidentnie zadowolony.
- Hmm.. coś w zamian.. zastanowię się i dam Ci znać gdy dam Ci mięso.. - powiedziała zastanawiając się chwile
- Dziękuję Aven. W takim razie pojawię się tutaj za dwa dni.. Gdybyś jednak miała wcześniej to możesz mnie odwiedzić na farmie.. dziękuję! - powiedziałem radośnie i zacząłem wracać w stronę farmy.

Aven?

Od Raven CD Pana Stasia

Zaskoczona nieoczekiwanym atakiem od tyłu, wampirzyca automatycznie odskoczyła do przodu. Poprzez wyrobiony nawyk przygotowała się do możliwego ataku, jednak silne ramiona złapały ją w tali. Z lekkim wyrzutem spojrzała prosto w błyszczące spokojem oczy Stasia, który z uśmiechem wpisanym na twarzy spoglądał w dół. Utkwiła wzrok w tamtym miejscu, a obawy wypłynęły w jednym momencie. Białe stworzonko z zaciekawieniem przyglądało się jej osobie, pewnie stawiając kroki przed siebie.
- To nie żaden morderca czyhający na Twoje życie, Raven. Nie jesteśmy w dziczy… To zwykłe jagniątko odłączone o stada. - usłyszała przy swoim uchu spokojny głos, a ucisk ewidentnie stracił na swojej mocy.
- Doskonale wiesz, że nie powinno podchodzić do mnie. - mruknęła, odskakując od niego na kilka kroków. Odczucie i bliskość jego ciała powodowała lekkie zagubienie u dziewczyny, co postanowiła ukryć. - Taki kąski jem w ostateczności!
- Chyba nie myślisz, że pozwoliłbym skrzywdzić moje maleństwa, prawda?
- Powiało grozą… Jednak potrafisz być straszny, jak na miłego osadnika prawiącego się gospodarką. - uśmiechnęła się pod nosem, krzyżując wzrok z tym mężczyzny. Była jej to jedna z ulubionych zagrywek, która rzucała wyzwanie przeciwnikowi. Jednak podświadomość podpowiadała, że wilkołak nie jest taki głupi. Oraz powinna się go obawiać i uważać, nie będąc na swoim terenie. - Mam to traktować jako wyzwanie?
- Raczej ostrzeżenie…
- Na znak mojej dobroci, chcę odejść w cywilizowany sposób. Wystarczająco słyszę, że samotnicy to pewnego rodzaju dzikusy żyjące w dziczy. - westchnęła, klękając na ziemi.
Wyczekująco spojrzała na bialutkie stworzenie z czystym zainteresowaniem, które pokonywało dość mozolnie odległość między nimi. Raven rzadko w swoim życiu miała okazję, aby w pełnej okazałości poznać życie na wsi. Wychowanie w mieście miało się nijak do tego, co spotkała na farmie osadnika. Jedyną styczność miała, kiedy wyjeżdżała na wakacje na ranczo swojego wuja. Od wczesnego rana do nocy kroczyła za nim, pomagając pracownikom w ich codzienności. Od karmienia zwierząt, po oporządzanie, a nawet przemieszczanie bydła na inne pastwiska konno. Szybko zabrała swoją rękę do tyłu, kiedy jagnię dotknęło pyszczkiem jej zewnętrzną część dłoni. Nic nie zapowiadało, aby szybko straciła swoje chwilowe zainteresowanie. Wampirzyca rozejrzała się dookoła, badając swoją sytuację. Kiedy zauważyła brak właściciela w swojej okolicy, mogła odetchnąć z ulgą. Pogłaskała kilkukrotnie zwierzątko, opadając kolanami na ziemię dla własnej wygody. Zachciało się jej śmiać. Ona i owieczka były całkowitymi przeciwieństwami. Drapieżnik trzymający zdobycz w ramionach.
- Taka delikatna i krucha… Ale jesteś bardzo słodka, ale nikt nie musi wiedzieć… Że takie słowa padły z moich ust. - mimowolnie skrzywiła się, czując uczucie suchości w przełyku. Znajome uczucie pustyni w gardle oraz ból w ostrych zębach dawał jasny sygnał, głód przybierał na sile. Pokiwała kilka razy głową dla rozjaśnienia umysłu i wygłuszenia odgłosu płynącej krwi w żyłąch zwierzęcia.
- Wszystko w porządku? - wzdrygnęła się, kiedy znajomy głos spowodował powrót do rzeczywistości. Wstała szybko do pionu z owieczką na rękach, przybierając swoją codzienną maskę.
- Myślałeś, że uciekłam z Twoim towarzyszem? Niestety, jeszcze trochę chcę utrudniać Ci egzystencję, podczas pięknego wieczoru.
- Pytam… Bo nie wyglądasz dobrze, nic więcej. - wzruszył ramionami, kierując się coraz bliżej jej osoby. Silne bicie serce, które niczym pompa zasilała żyły w jego organizmie. Szybki atak. Przecięcie tętnicy i głód znika.
- Nie podchodź, proszę… - wystawiła dłoń przed siebie, nie chcąc w jakikolwiek sposób robić niepotrzebnego zamieszania. Nie mogła go zaatakować z różnych powodów. Najważniejszym byłby konflikt z osadnikami, a jednak czasem potrzebowała ich wykorzystać. Drugim, była możliwość spędzenia z kimś czasu. Podtrzymywało to jej część człowieczeństwa oraz możliwość zwykłego przebywania w towarzystwie. Tego najbardziej jej brakowało, zaraz po trafieniu tutaj na wyspę. - Nie chcę nikomu robić… Z-znaczy się… Weź swoją zgubę, jeszcze padnie przez atak serca. Wystarczy jej obcowania z samotnikiem. tak samo jak Tobie.
- Współpracę oceniam dość pozytywnie, mogę nareszcie budować zagrodę dla moich maleństw. - powiedział, odbierając od Raven maleństwo. Jakby dla podkreślenia swoich słów, przytulił ją do siebie.
Tymczasem czarnowłosa zainteresowanie przeniosła na swoje buty, które musiała zawiązać Kątem oka jednak rozczulił ją widok tamtej dwójki, za co równie szybko się skarciła. Chyba naprawdę słońce mi zaszkodziło, pomyślała, strzelając stawami palców obu dłoni.
- Swoją robotę już wykonałam, mogę powrócić do swojego życia.
- A nie miałaś mi utrudniać życia dzisiejszego wieczoru, hm? - usłyszała za sobą śmiech. Momentalnie się odwróciła, uśmiechając się w typowy dla niej sposób.
- Nikomu nie polecam życia ze mną… Oraz nie powinno się to w przyszłym czasie zmienić. Kocham swoje życie w takim stanie, jak do tej pory prowadzę. Jednak teraz muszę się pożegnać. - ukłoniła się teatralnie, kierując się przed siebie.
- Chyba nie muszę przypominać samotnikowi o naszym zobowiązaniach? - zapytał, kiedy mijała go. Używając swojej nadnaturalnej szybkości stanęła za nim, kierując twarz do jego ucha.
- Nie znasz dnia, godziny i miejsca… Kiedy zajdzie potrzeba, przybędę. Dziękuję za miło spędzony dzień… Panie Stasiu… - po wypowiedzeniu ostatnich słów, zaśmiała się cicho. Kiedy wilkołak chciał coś powiedzieć, wampirzyca zniknęła w nadchodzącym mroku. Coś jednak mówiło w odmętach jej umysłu, że to nie ich ostatnie spotkanie.


Pan Staś?

27 czerwca 2019

Od Pana Stasia CD Raven

Zadziwiające jest to że podczas zwykłego spaceru, do lasu po drzewo, można dowiedzieć się o drugiej osobie i poznać ją. Z początku skryta, tajemnicza i groźnie wyglądająca wampirzyca z każdą chwilą w moich oczach zmieniała się na nieśmiałą, bystrą kobietę z czarnym humorem. Ukradkiem gdy miałem chwile i możliwość przyglądałem się wampirzycy rozmyślając nad całą jej osobą. Z zewnątrz wydaje się delikatną, subtelną kobietą a gdy przychodzi co do czego potrafi mieć cięty język. Jednakże za każdym razem gdy na nią spoglądałem i znajdowałem plusy przy każdym stał delikatny minusik. Co by się nie działo i jakby się nie zachowywała, była samotnikiem. Każdy w wiosce dokładnie wiedział czym się zajmują samotnicy i co robią w osadzie gdy się do niej dostaną.


                Słońce powoli zaczynało się chować za  górami, leniwie zachodząc i zwiastując koniec tego pracowitego i pełnego ciekawostek dnia. Robiło się już co raz chłodniej i jednocześnie przyjemniej. Delikatny wiatr kołysał naszymi włosami, owiewał nasze ciała i muskał delikatnie rośliny znajdujące się na polu uprawnym. Korony drzew delikatnie falowały w wyższych partiach a rośliny niżej położone delikatnie kołysały. Staś z Raven szli z wózkiem po wyrobionej, ubitej w trawie ścieżce wzdłuż pola uprawnego na którym znajdowały się zboża, rośliny strączkowe i warzywa. Bliżej w stronę gospodarstwa znajdowały się jabłonki, grusze, a nawet brzoskwinie. Wszystko było otoczone przez drewniany płotek wysoki który miał powstrzymywać zwierzęta, które chciałyby się poczęstować jakąś roślinką. Po drugiej stronie ścieżki rosła dzika i bujna roślinność. Również była ogrodzona płotem wzdłuż ścieżki, by za dużo chwastów nie przeniosło się na stronę pola uprawnego. Ścieżka nie miała żadnych zakrętów, bocznych ścieżek czy odnóg. Prowadziła prosto do mojego gospodarstwa w którym znajdowały się kolejne dwie ścieżki. Jedna w stronę lasów, druga w stronę osady. Im bliżej gospodarstwa Stasia tym ścieżka wyglądała "lepiej". Pod gospodarstwem była wyłożona już delikatnymi kawałkami kamieni.

                Im bliżej gospodarstwa tym więcej Raven mogła mnie poznawać. Ogrodzenie w idealnym stanie, piękne zadbane rośliny, ścieżka mniej więcej równa i też zadbana. Zaledwie po kilku chwilach dotarliśmy pod moje ogrodzenie. Postawiłem wózek i ruszyłem otworzyć bramę na dziedziniec mojego gospodarstwa. Odblokowałem kłódkę i po chwili rozwarłem oba skrzydła bramy. Podszedłem znów do wózka by wjechać nim na posesje. Z dalszej odległości moje włości wyglądały na dość duże jednakże po wjechaniu wózkiem już miało się inne wrażenie. Było skromnie ale z odpowiednią ilością miejsca.

- Zrzućmy to tutaj.. ja to sobie potem potne w odpowiedni sposób.. chyba..- powiedziałem zakręcając wózkiem i finalnie stawiając go w wyznaczonym miejscu. W międzyczasie otworzyłem oborę by zwierzaki jeszcze skorzystały z dnia i posiedziały na podwórku.

Zwierzaki leniwie i jakby od niechcenia wyszły na zewnątrz rozglądając się po podwórku. Najwidoczniej wyczuły też zagrożenie pod postacią Raven bo trzymały się od dziewczyny daleka, od czasu do czasu ją obserwując.
Podszedłem do wózka podnosząc pierwszą kłodę, najbardziej z góry, a Raven w tym czasie powyciągała kliny. Po chwili wraz z jej pomocą ściągnęliśmy kłodę z wózka, kładąc ją obok obory. Zrobiliśmy tak po kolei i kolejno z każdą kłodą aż rozładowaliśmy cały wózek. Następnie pociągałem gałęzie z wózka które również położyłem gdzieś obok kłód. Spojrzałem na wózek który był już pusty.

   -cóż.. fachowa robota to nie jest ale zdał chyba najtrudniejszy test.. popracuje chyba nad nim i stworze z niego solidny wózek.. - mruknąłem patrząc na niego przy czym towarzyszył mi delikatny uśmiech w kąciku ust.
- Wiesz wilczku.. nie spodziewałam się że ten wózek dojedzie tu cały.. a jednak - wampirzyca się zaśmiała.
- Troche wiary w moje umiejętności.. chociaż sam w to nie wierzyłem.. to znaczy.. może trochę..
- Dobra dobra... obydwoje w to nie wierzyliśmy a jednak dojechał.. masz swoje kłody, gałązki i inne potrzebne zdaje się rzeczy.. moja część obietnicy została spełniona.. - powiedziała spoglądając na mnie swoim wzrokiem.

                Za ten czas jak Raven wygłaszała swoją piękną i uroczystą przemowę, jagnię owcy odłączyło się od stada. Podeszła niepewnym krokiem do dziewczyny od tyłu spoglądając na nią. Najwidoczniej wampirzyca ją czymś zainteresowała. Mała owieczka podeszła bliżej trącając swoją głową o udo dziewczyny i liżąc ją w dłoń.

Raven?

Nowy samotnik ~ Renard dorósł






Renard | 17 lat | Mieszaniec



Od Phanthoma CD Fafnir'a

Nie sądziłem, że zastaniemy taki chaos. Osadnicy biegali w te i we w te, zabierając rannych z ziemi i jednocześnie szykowali się do kolejnego ataku. Rozglądałem się po naciętych palach, plamach krwi, wystraszonych twarzach i połamanych budynkach gdzieniegdzie.
- Co to może być? - zapytałem Fafnira, z nadzieją, że zna odpowiedź, ale on tylko wzruszył ramionami. Po chwili obok nas, pojawił się hałas łamiących desek. Spojrzałem na wielkiego właściciela tego dźwięku, który przyglądał nam się z nieukrywaną wściekłością. Łeb sowy i ciało niedźwiedzia.
- Niedźów - powiedzieliśmy praktycznie jednocześnie. Zaczął zbliżał się w naszą stronę, gdyż reszta ludzi albo się chowała, albo była z tyłu i atakowała go. Wydawał się wcale nie czuć mieczy i strzał, które raniły jego wielkie cielsko, ale po chwili się odwrócił i zamachnął potężną łapą. Zauważyłem, że w ciało miał wbite dwie strzały, z których nawet nie pociekła krew. Na szczęście wojownicy zdążyli uniknąć ciosu, ale nie drewniana belka, podtrzymująca dach jakiegoś budynku. Część kłody wpadła do ogniska obok, iskry poleciały do góry, podpalając dach, wypełniony słomą, a mały płomyk w kierunku zwierzęcia, które widząc to, od razu się odsunął. Dostałem olśnienia, bał się ognia.
- Fafnir – zwróciłem się do towarzysza. - Boi się ognia, musisz go wypędzić – miałem na myśli jego zionięcie. Chłopak nie był tym pomysłem przekonany.
- A jeżeli coś spalę? - zapytał, obserwując bestię, która znudzona poprzednimi wojownikami, ruszyła w naszym kierunku, a ludzie zaczęli gasić palony budynek.
- Gorzej i tak nie może być – oznajmiłem z przejęciem. Fafnir’a najwidoczniej to przekonało, ponieważ stanął naprzeciwko bestii, a po chwili z jego ust wybuchnął ogień. Niedźów, który nie mógł się domyślić tego zajścia, szybko się zatrzymał i nie podchodził. Chłopak za to szedł w jego kierunku, zwierzę zaczęło się cofać, ale nie w stronę wyjścia. Chcąc mu pomóc, podbiegłem do ogniska, w którym paliła się część belki. Wziąłem go w ręce i podbiegłem do bestii, która zmieniła kierunek ucieczki. Szła w kierunku wyjścia, a ja wraz z chłopakiem ją odganialiśmy. Nagle jednak, gdy zrozumiała, że moje źródło ognia, to trzymane w ręku drewno, zaczęła machać łapą w moim kierunku. Dwa razu uniknąłem ciosu i ją odgoniłem, ale za trzecim zostałem pozbawiony swej broni. Odsunąłem się do tyłu, nie wiedząc co robić. Nie miałem przy sobie ani miecza, sztyletu, nawet kija! Byłem bezbronny jak małe dziecko.
- Phanthom! - usłyszałem głos chłopaka, ale nim ten zareagował, bestia rzuciła się na mnie.
Nie zrozumiałem, co się stało. Chciałem krzyczeć, ale zamiast tego poczułem gorąc na ustach i języku, a po chwili przede mną, pojawiła się potężna struga ognia, która poparzyła stwora w pysk. Zatoczyła się do tyłu, wywróciła jakieś beczki, a potem po kolejnym uderzeniu ogniem od strony albinosa, Niedźów postanowił się wycofać. Miał spalone futro, a ja byłem na tyle oszołomiony tym, co się stało, że nawet nie zauważyłem, kiedy osada znowu stała się bezpieczna; no prawie. Ludzie dalej biegali i gasili ogień, zabierali rannych i ich leczyli, a ja stałem jak ten słup soli i nie wiedziałem, co się stało. Po chwili podbiegł do mnie białowłosy, który uważnie mi się przyglądał. Spojrzałem na niego tępym wzrokiem.
- Co to miało być? - zapytałem i zakaszlałem, z moich ust wydobył się tylko obłok dymu, a ja poczułem palone mięso.
- Jesteś dragonem, to normalne. Nigdy nie ziałeś ogniem? - pokręciłem przecząco głową. - Przez cały trzy lata? - zapytał, znowu spotkał się z negatywną odpowiedzią.
- Chyba sobie przypiekłem język – powiedziałem po chwili, wyciągając język z ust i czując małą ulgę, kiedy zimny wiatr powiał w moim kierunku. Na twarzy znajomego pojawił się mały rozbawiony uśmieszek. Potem oboje zerknęliśmy na osadę, ogień został ugaszony, ale potrzebowali pomocy, wszystko było rozwalone, więc czułem, że powinienem tu zostać i zadbać o to, by wszystko się dobrze zakończyło. Zwróciłem się do Fafnir’a. - Zostanę i im pomogę – oznajmiłem.
- Ja też – powiedział szybko, ale uciekł wzrokiem, kiedy na niego spojrzałem. Pokiwałem głową i ruszyliśmy do grupki ludzi, którzy właśnie zbierali ten chaos do kupy.
Pracowaliśmy do później nocy, by jakoś to ogarnąć. Ognisko zostało sprzątnięte, słoma wyciągnięta, dziury w dachach okryte deskami, w wypadku deszczu, na który niestety się zbierało, płot znowu postawiony, ranni zostali opatrzeni, na szczęście nikt nie umarł, więc można było stwierdzić, że nie było tak źle. Zostało tylko jedno, nużące pytanie: skąd się on tu wziął? Stwory te mieszkały daleko od wioski, czy ten się zgubił? Czy może… góry Ungcy.
Gdy wszystko było skończone, a straż znajdowała się na swoich miejscach, podszedłem do albinosa, który właśnie podnosił rozwalone beczki.
- To wszystko? - zapytał, na co pokiwałem głowa.
- Mam pytanie. Wiesz, skąd się tu wzięła ta bestia? - zapytałem.
- Tak mi się wydaje – powiedział cicho. - Czułem, że coś mnie śledziło, gdy szedłem do wioski, ale nie widziałem tego. Sądziłem, że jak pobiegnę, to go zgubię – wytłumaczył. Pokiwałem głową. Nie byłem na niego zły, bo nie było takie powodu, każdemu mogło to się zdarzyć.
- A ja uważam – pobiegł do nas obcy głos, należący do jakiegoś mężczyzny. Dopiero po przyjrzeniu mu się, rozpoznałem Daniela; kobieciarza, którego znały wszystkie panie. - że specjalnie go tu przyprowadziłeś – dokończył. Spojrzałem na niego marszcząc brwi.
- Czemu tam myślisz?
- Bo jest Samotnikiem, to oczywiste – machnął ręką. - Ale ja się w to nie mieszam, panie dyktatorze – powiedział drwiąco i odszedł. Spojrzałem na chłopaka, którego te słowa najwidoczniej przybiły.
- Nie martw się – poklepałem Fafnir’a lekko po plecach. - Wracam do młyna. Chcesz u mnie przenocować, czy dasz radę dojść do swojego domu? - zapytałem.

Fafnir?

Od Raven CD Pana Stasia

“ Od kiedy pamięta spędzała czas na zamkniętym osiedlu, którego populacja składała się z rodzin powiązanych w jakimś stopniu z militariami. Uwielbiana przez dorosłych, wraz z innymi w podobnym w jej wieku tworzyli swego rodzaju społeczność. Szajka jak nazwano ich w prześmiewczym tonie, uhonorowali się panami ich dzielnicy. Grupa jeżdżących dzieci na rowerach, rysunki na chodnikach oraz stworzone bazy w osiedlowym parku na zawsze wpisały się w krajobraz tamtejszej części miasta.
Arleight Castelle w barwnych czasach swojego jestestwa, wcale nie przypominała obecnej siebie. Znakiem rozpoznawczym był długi warkocz opadający na plecy, a oczy z ciekawością spoglądały na świat. Czas szkolny oraz zabaw dzieliła między nauką gry na skrzypcach, a w późniejszym czasie łucznictwu. Chmury nadchodziły nad jej sylwetką powodując szepty sąsiadów, kiedy zauważono przy niej ojca. Rosłego mężczyznę, wyniszczonego przez nieustające w tamtym czasie misje wojskowe na objętą konfliktami ziemię. Dość rygorystyczne wychowanie odbiło się w pewnym stopniu na jej psychice, pozostawiając już na zawsze pewne nawyki. Jednak pewien dzień gwałtownie zmienił jej spojrzenie na świat. Nieplanowane spotkanie dziewczynki z starszym chłopcem, wychowanym w całkiem innej rzeczywistości, zmieniły ją diametralnie.

- Spójrz! Teraz nie możesz spojrzeć na nas z góry, kiedy sama jesteś na dnie! - popchnięta na betonowy chodnik dziewczyna upadła, zaliczając bolesny upadek na część ciała, gdzie plecy kończyły mieć swoją szlachetną nazwę. Niepewnie wbiła wzrok w budynek obok, aby ominąć kontakt z oprawcami, którzy z ciekawością spoglądali na dalszy rozwój wydarzeń. W tym momencie liczył się wyższy od nich brunet i upadła dziewczynka. - Było nie pomagać słabeuszom… Chociaż zmiana ofiar jest lepsza, hm? Jak się z tym czujesz, tatuś będzie wściekły.
- W-warto jest pomagać… Nie. Należy pomagać drugiej osobie, kiedy jest w potrzebie…
- Oczywiście! Można pomagać, ale przeważnie powinno działać to w obie strony. - pochylił się lekko do przodu, chowając dłonie w kieszenie jeansów. Nigdy nie rozumiał ludzkiej dobroci. Stamtąd gdzie pochodził, pomoc bezinteresowna kończyła się splunięciem komuś w twarz. Więc dlaczego z zaciekawieniem przyglądał się dziewczynie, której nastawienie zaskoczyło go? - Zapomniałaś języka w gębie?!
- P-przykro mi… Że zostałeś skrzywdzony przez swoich przyjaciół… "


Nagły ruch przed nią podziałał niczym wiadro wylanej wody, prosto na jej głowę. Musiało minąć kilka chwil, aby zrozumieć jej sytuację. Zauważyła tylko leżący obok duży kawał drewna, stojącego przed nią mężczyznę w dość dziwnej pozie. Ominęło mnie coś, pomyślała. Oczy rozszerzyły się znacznie kiedy poczuła ciepło skóry wilkołaka. Wcześniej wspomniany nie ubrał już mokrej koszuli, na jej miejsce zarzucając zielony materiał. Nagła bliskość naruszająca jej przestrzeń osobistą, spowodowała swoisty odskok do tyłu. Jednak przyroda nie zamierzała w żaden sposób iść wampirzycy na rękę. Pisk upadku przestraszył siedzące na niedalekiej gałęzi ptaki, a za ich plecami sarna rzuciła się do ucieczki.

- C-co się… Znaczy się, co właśnie się stało, huh?! Dlaczego jesteś tak blisko mnie?! Dlaczego nie masz… koszuli?! - zapytała lekko zagubiona, ratując swoją sytuację. Chcąc ukryć rumieńce, automatycznie odbiła głową w bok.
- Zgrywasz taką niewinność… Ale rumieńce mówią same za siebie. - zaśmiał się cicho szatyn, czekając na dalszy tok wydarzeń. W tym samym czasie zdołał wrzucić upadły fragment ponownie na wózek. - Gdybyś nie bujała w obłokach, swoim refleksem zdążyłabyś odskoczyć. Marnie pisała się Twoja sytuacja… Dobrze, że zrobiłem przerwę, wstrzymując na chwilę wędrówkę.
- Jakby od pstryknięcia palcem, o dziwo znalazłeś się obok mnie, hm? Szłam w końcowej części powozu.
- Wołałem, abyś rzuciła mi bukłak z wodą. Ten jakimś sposobem znalazł się przywiązany do plecaka, który postanowiłaś nieść na plecach. Ale blada jak śmierć dziewczyna, wykazała się jakże wspaniałym wyborem czasu na rozmyślanie. O tak! Specjalnie przyszedłem do Ciebie, tak dla własnego widzi mi się. - prychnął, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Takiej postawy u Stasia jeszcze nie dostrzegła od ich nagłego zapoznania, co spowodowało niemałe zaskoczenie. - Więc mogę prosić szanowną Raven… O podzielenie się wodą?
- Dobra! Nie musisz dalej ciągnąć swojej gierki, wiesz? Załapałam. Moja i TYLKO moja wina, że poświęciłam czas na stare wspominki. - mruknęła, wręczając mu pojemnik z błogosławioną cieczą. Sama po wstaniu zaraz do pionu, udała się na przód wozu. Nie zamierzała w jakikolwiek sposób tłumaczyć się mężczyźnie, tym samym dalej prowadzić bezsensowną rozmowę. Duma nie pozwoliła jej na to, na początku spisując ją na straty.
- Nigdy nie zrozumiem skomplikowanego układu kobiet.
Naprawdę? Pomimo ciągłego rozmyślania nad filozofią działania świata...Nie znalazłam obiekcji, które potwierdzą moja teorie…
- Może podzielisz się wnikliwym obserwacjami, chętnie posłucham. - odparł, jakby na złość siadając naprzeciwko niej.
- Ah! Mam gdzieś kto stworzył ludzi, nie poświęcił odpowiedniej ilości czasu na facetów! - powiedziała wylewając frustrację, tym samym wstając z dotychczasowego miejsca spoczynku. Łapiąc za ramiączka plecaka szybkim krokiem ruszyła przed siebie. - Nie opierdzielaj się, wilczku! Nie mam całego dnia, aby siedzieć i rozmawiać jak na jakimś obozie!


~ * ~

Przez jej ciało przechodziła niepewność. Najmniejszy szmer, który docierał do jej ucha skutkowało natychmiastowym sięgnięciem po broń. Wchodząc na teren osadników w czasie dnia było dla niej czymś nowym, dlatego też kryła się za powozem. Sama wampirzyca mogła szczerze stwierdzić, że przysłowiowe “zdziczenie” w jakimś stopniu zakorzeniło się w jej stylu bycia. Przeważnie wszystkie aktywne rzeczy wykonywała pod osłoną mroku, aby zminimalizować przebywanie wśród innych mutantów do minimum. Pierwszy raz od początku swojej przygody na wyspie postanowiła zaufać komuś na tyle, aby iść obok niego i zaufać “jesteś bezpieczna”.

- Tutaj… Pomimo burzliwej pory roku, pola wyglądają pięknie. - szepnęła oniemiała, zatrzymując się na pobliskim wzniesieniu. Widok jaki miała przed sobą, odebrał jej mowę. Łany porastających tereny zbóż delikatnie szeleściły pod wpływem wiatru. - Mieszkasz tutaj?
- Poprawka, ja się tym zajmuje. - powiedział szybko, nie zaprzestając dalszego kroku ku widocznym zabudowaniom.
- Kawał dobrej roboty, wilczku.


Pan Staś?

26 czerwca 2019

Od Fafnir'a CD Phanthoma


Kowal uważnie zmierzył mnie wzrokiem.
- Oczywiście. - odparł spokojnie, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Brunet wyminął mnie i otworzył drzwi bezpośrednio prowadzące do jego zakładu.
- Zapraszam. - rzucił, wchodząc do środka jako pierwszy. Bez słowa ruszyłem za nim i zamknąłem za nami drzwi. Młodzieniec podszedł do jednej z szafek w poszukiwaniu towaru, a ja tymczasem rozejrzałem się po pomieszczeniu, stojąc w samym jego środku. Pokój był niezwykle obszerny. Przez okna wpadały promienie słońca, przez co było w nim widno. Powoli mierzyłem wzrokiem każdy wyrób kowala, zapoznając się z ich formą i przypisując im różne funkcje, które to prawdopodobnie pełniły.
- Ile? - usłyszałem po chwili, więc wróciłem spojrzeniem do bruneta, który trzymał w rękach woreczek.
- Nie dużo. - odparłem, podchodząc do blatu, na którego powierzchnię młodzieniec wysypał zawartość znalezionego woreczka.
Kiedy odliczałem ilość gwoździ, które zamierzałem kupić, kowal przygotował drugi woreczek i schował do niego mój zakup. Po dokonaniu transakcji, pożegnaliśmy się. 
Ruszyłem w stronę wyjścia, zostawiając krzątającego się po zakładzie kowala. Po otwarciu drzwi, automatycznie spojrzałem w niebo, by jak zawsze określić stopień nasłonecznienia. Zbliżało się południe, więc słońce powoli wznosiło się wyżej i przybierało na sile. Czekałem na odpowiedni moment, kiedy przepływająca po błękicie biała chmura nieco je przysłoni. Gdy już się zbliżała do rozgrzanej tarczy, wykonałem niepewny krok do przodu, przechodząc przez próg. Promienie słoneczne od razu rozlały się po mojej osobie, odbijając się od białych ubrań. Podbiegłem więc szybko do najbliższego drzewa i ukryłem się w cieniu, rzucanym przez jego rozłożystą koronę. Drzwi zakładu same się za mną zamknęły. Westchnąłem cicho, zmartwiony swoim położeniem. Byłem uwięziony pod samotnym drzewem i nawet nie wiedziałem na jak długo. Doskonale wiedziałem, że wyjście na słońce skończy się dla mnie nieprzyjemnymi oparzeniami, które w najlepszym wypadku byłyby jedynie trudne do wyleczenia. Droga była długa, a słońce dopiero zaczynało zwiększać swoją moc, więc istniała możliwość, że to ostatni spacer w moim życiu. Nie ma to jak wspaniałe uroki lata.
Usiadłem więc zrezygnowany pod drzewem i oparłem się o jego pień w oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń. Miałem cichą nadzieję, że słoneczna pogoda nie potrwa zbyt długo i wkrótce zastąpi ją zbawienne zachmurzenie. Minuty jednak mijały, a sytuacja wcale nie wyglądała lepiej. Zaczynałem się martwić o to, czy uda mi się wyjść z wioski przed zmierzchem. Na wspomnienie uczucia, które towarzyszyło mi, gdy prawdopodobnie byłem obserwowany, po moich plecach przebiegł zimny dreszcz. Może i potrafiłem ziać ogniem, ale spójrzmy prawdzie w oczy, co to za obrona? Jeśli spanikuję, na pewno nawet jej nie użyję lub zrobię to za późno. Może i słońce było dla mnie szkodliwe, ale bez niego bałem się wracać.
W pewnym momencie drzwi warsztatu ponownie się otworzyły. Westchnąłem cicho i odgarnąłem włosy z czoła. Pewnie to wyglądało dziwacznie - przychodzę, kupuję gwoździe, wychodzę od kowala i siadam mu pod drzewem przy domu.
Po krótkiej chwili usłyszałem tuż obok odgłos szurania butów po drobnych kamieniach. Spojrzałem na kowala kątem oka.
- Coś się stało? - zapytał brunet.
- Nic takiego, naprawdę. - odparłem z wymuszonym uśmiechem. Nagle na moją stopę padł promień słońca. Automatycznie przyciągnąłem nogi do swojej piersi, chowając się w cieniu.
- Na pewno? Wyglądasz, jakbyś się chował przed słońcem - powiedział, uważnie mierząc mnie wzrokiem - Chcesz się schować u mnie? - zaproponował po chwili.
- Nie chcę się narzucać. Za chwilę powinno przejść.
- Jak uważasz. Jakby co, nie krępuj się - po tych słowach młodzieniec odwrócił się do mnie plecami i wrócił do warsztatu. Odprowadziłem go wzrokiem, a gdy drzwi się za nim zamknęły, spuściłem wzrok na wydeptaną ziemię. Nie chciałem wpraszać się komuś do domu tylko dlatego, że jestem albinosem, ale może kowal miał rację? Jeśli słońce dalej będzie coraz mocniej ogrzewać ziemię, cień drzewa może być niewystarczający. Możliwe, że nawet niego zostanę pozbawiony.
W pewnym momencie drzwi warsztatu na nowo się otworzyły.
- Dalej będziesz czekał, czy wejdziesz? - zawołał kowal od progu, wpatrując się we mnie. Uniosłem na niego wzrok. Może miał rację? Jeśli na zewnątrz zrobi się patelnia, nie zniosę tego.
Niepewnie podniosłem się z ziemi i otrzepałem ubrania z kurzu, patrząc w niebo. Chwilę czekałem na odpowiedni moment i wróciłem do bruneta, starając się przez całą drogę osłonić przed gorącymi promieniami.
- Coś do picia? - zapytał kowal, gdy już przekroczyłem próg.
- Mógłbym prosić o trochę wody? - zapytałem nieśmiało. 
- Jasne - odparł brunet z uśmiechem i przeszedł do dalszej części domu. Ja za ten czas rozejrzałem się jeszcze raz po warsztacie. Moją uwagę szczególnie przykuła broń. Z zainteresowaniem oglądałem wszystkie wyroby kowala. Do gustu wyjątkowo przypadły mi miecze. Przypominały mi o dawnych czasach, kiedy to jako dzieciak przeglądałem ilustrowane książki o średniowieczu. Jak zapewne każdy chłopiec marzyłem o zostaniu rycerzem. Nigdy jednak nawet do głowy mi nie przyszło, że mógłbym być tym, który ginie z ręki młodzieńca w srebrnej zbroi, ratującego niewiastę w potrzebie. Nigdy nie myślałem, że mógłbym być smokiem.
- Proszę. - głos bruneta wyrwał mnie z zamyślenia.
- Dziękuję. - powiedziałem, przyjmując od niego kubek z zimną wodą. Powoli upiłem z niego łyk. Przyjemny chłód rozlał się po moim rozgrzanym przez słońce organizmie.
- Masz talent. - dodałem, wskazując ruchem głowy na ostrza.
- To tylko kilkuletnie doświadczenie. - odparł Osadnik. Skinąłem głową w milczeniu.
- Jesteś nowy w wiosce? Nie przypominam sobie, żebym o tobie wcześniej słyszał. - zapytałem po chwili. Byłem bowiem ciekaw, dlaczego tak późno dowiedziałem się o kowalu, który od tak dawna był mi niezmiernie potrzebny.
- Mieszkam tu od trzech lat. Nie wychylam się niepotrzebnie.
Spojrzałem na bruneta z niedowierzaniem. I ja nic o nim nie wiedziałem? I niepotrzebnie szukałem różnych zamienników do naprawy domu?
-...Trzy lata? - wyjąkałem niewyraźnie. Tyle czasu w niewiedzy. Tyle czasu życia prawie jak jaskiniowiec.
Brunet pokiwał potakująco głową.
- To jak ci się podoba w wiosce? - zapytałem, chcąc jakoś podtrzymać rozmowę, ale również byłem ciekaw, co Osadnicy sądzą o swoim ugrupowaniu. Może kiedyś dołączę?
- Rzadko tam bywam, a jak już, to tylko na rynku. Wolę swoje cztery ściany. No i większość rzeczy przynosi mi transfer.
Czyli życie kowala niewiele się różni od życia Samatników. Uśmiechnąłem się do niego przyjaźnie.
- Twoja kolej. Pytaj o co chcesz. - powiedziałem i wcale nie dlatego, że kończyły mi się pytania. Brunet przez chwilę jakby się wahał.
- Jaką masz modyfikację? - zapytał w końcu. Czyli o to chodziło. Może nie chciał mnie urazić? To miłe. 
- Dragona. A ty?
Na twarzy kowala pojawił się uśmiech.
- Też. Potrafisz się już przemieniać?
Te słowa wywołały u mnie ciarki na całym ciele.
- Będę...Zmienię się...w smoka? - słowa ledwo wydobyły się z moich ust -Myślałem, że na pazurach, ogniu i skrzydłach się kończy. - dodałem przerażony.
- To chyba przedostatni etap - odparł entuzjastycznie brunet, a widząc wyraz mojej twarzy, uspokoił się - Będziesz mógł wracać do ludzkiej postaci. - kontynuował łagodnym głosem. Mimo to, wciąż bałem się tego, co nadejdzie.
Zacisnąłem palce mocniej na ścianie kubka.
- ...Nie chcę być jaszczurką na sterydach... - powiedziałem, patrząc na powierzchnię wody, która nie była już taka spokojna przez przechodzące po mnie dreszcze.
Kowal zaśmiał się cicho. Zapewne go to rozbawiło.
- Może i oba to gady, ale smok jest piękniejszy. - wyjaśnił brunet. Może i miał rację?
Nastała chwila ciszy, którą to pierwszy przerwał kowal. 
- Boisz się? - zapytał ciszej, jednocześnie przyglądając się mojej osobie. Czy się bałem? Jak diabli. Mimo to, nie chciałem tego powiedzieć. W jakim świetle by mnie to postawiło?
- ...Same skrzydła bolą...Przemiana obejmie wszystkie kości, mięśnie i skórę... - wyjaśniłem. Właśnie tego się lękałem. Bólu. Takiego, jaki odczuwałem będąc zamkniętym w laboratorium. Kiedy to się skończy?
- Pewnie tylko podczas pierwszych zmian. - młodzieniec machnął machinalnie ręką. Nie byłem pewien, czy jest takim optymistą czy chce pocieszyć mnie lub zapewnić siebie, że nie ma czym się martwić. Jego słowa jednak dodały mi odrobinę otuchy.
- Oby... Ale to nie zmienia faktu, że w postaci smoka trudniej jest się ukryć przed słońcem. - odparłem zmartwiony moim albinizmem. 
- Myślisz, że jako smok też będziesz musiał uważać? Zawsze możesz się przemienić. 
- Jak? - dopytałem. Bardzo chciałbym wiedzieć, jak mogę nad tym panować.
- No wrócić do ludzkiej postaci. 
- A jeśli to będzie niezależne od mojej woli? 
- Na pewno będzie. Chyba. W każdym razie wystarczy praktyka. - odpowiedział brunet jakby to było oczywiste.
- ...A ty masz już skrzydła?
Kowal pokręcił przecząco głową.
- Coś mnie to jeszcze omija.
- Jakbyś chciał, mogę ci pomóc z lataniem jak już się pojawią. - powiedziałem, wspominając moje samodzielne i jakże nieudolne próby wzbicia się w powietrze, dłuższego niż kilka sekund lotu i lątowania. To ostatnie chyba było najgorsze. Więc jeśli mogę pomóc innemu dragonowi z tym problem, chętnie to zrobię. 
- Czyli ty masz już skrzydła? - młodzieniec odwrócił się do mnie całkowicie, stając tym razem bokiem do stołu.
- Od niedawna. Na początku było trudno, ale już coraz lepiej idzie mi latanie. 
- Będziesz zły, jeśli się zapytam, czy możesz mi je pokazać? - zapytał niepewnie brunet po chwili ciszy. W sumie to czemu nie. Przecież to nic wielkiego. No chyba, że chodzi o ich rozmiar.
Odstawiłem gliniany kubek na drewniany blat.
- Tylko się nie wystrasz, bo jest to trochę drastyczne. - ostrzegłem, rozpinając powoli guziki białej koszuli. Zabawne. Widzimy się pierwszy raz, a ja już się rozbieram. Co się ze mną stało po zesłaniu na tą wyspę? Nie poznaję samego siebie.
Postanowiłem kontynuować rozmowę, by zagłuszyć myśli, które wstyd nasuwał mi do głowy.
- Skóra przeszkadza w rozłożeniu ich, więc czasem trzeba im pomóc. - wyjaśniłem, patrząc kątem oka na obserwującego mnie bruneta. Powoli zsunąłem materiał koszuli ze swoich ramion, zdejmując ją z siebie. Przytrzymałem ją kolanami i sięgnąłem do pleców, by pazurami pomóc poruszającym się pod skórą skrzydłom wyjść na zewnątrz.
- Ale piękne. - westchnął młodzieniec, gdy w końcu rozłożyłem owe skrzydła. Z zachwytem dziecka wymalowanym na twarzy delikatnie dotykał złotych łusek i przeźroczystej błony, przez którą przechodziło światło. Poczułem jak na moją twarz wypływa piekący rumieniec. Zawstydzony przytuliłem swoją koszulę do piersi, uważając przy tym, by nie zabrudzić jej krwią.
- Nie mogę się doczekać, aż mi wyrosną. - powiedział brunet, cały czas zachwycając się moim dodatkiem.
- Uzbrój się w leki przeciwbólowe. - ostrzegłem, wspominając swoją pierwszą przemianę.
- Dam radę. Przynajmniej mam taką nadzieję. - odparł kowal praktycznie całkowicie pochłonięty przez obiekt swoich westchnień, którym to były moje skrzydła. Czy ja wiem, czy są one aż tak urodziwe.
- Wierz mi, wiem co mówię. - powiedziałem z powagą.
- Więc wezmę to do serca. 
Poruszyłem lekko skrzydłami, wywołując u młodzieńca tym samym kolejne westchnienia zachwytu.
- Długo czekałeś na nie?
- Trochę. - uniosłem koszulę jedynym czystym małym palcem, by nie zostawić na niej szkarłatnych plam przy kontakcie z pozostałymi.
- Masz może chusteczki? Lub coś w tym stylu? - zapytałem nieśmiało. Kowal kiwnął głową. 
- Pomóc ci? - zapytał z troską w głosie. Ostrożnie podałem mu swoją koszulę i uniosłem brudne od krwi dłonie. Brunet ponownie przeszedł do drugiej części budynku, by po chwili wrócić z wilgotną ścierką.
- Czekasz na kogoś? - zapytałem, zmywając ze swojej skóry czerwień i wskazując ruchem głowy na pakunek przy drzwiach.
- Tak, na transfera. Tylko coś się spóźnia.
Powoli złożyłem skrzydła i na nowo je ukryłem, po czym ostrożnie włożyłem na siebie koszulę. Nieśmiało uniosłem wzrok na przyglądającego mi się młodzieńca. 
- Tak właściwie, gdzie mieszkasz? Chyba będziesz musiał poczekać jeszcze. - powiedział kowal, wsuwając ręce do kieszeni spodni.
- W pobliżu Gór Ungcy. - odparłem zgodnie z prawdą.
- Dość daleko.
- Jako Samotnik nie mogę mieszkać w wiosce, a tam są najlepsze warunki. - wyjaśniłem.
- Dlaczego zostałeś Samotnikiem?
- Lubię Osadników, ale wolę żyć osobno. 
- Ja uważam, że w grupie łatwiej. 
- Pewnie tak, ale chyba taki już jestem. - powiedziałem z wymuszonym uśmiechem. Nie chciałem być problemem dla mieszkańców wioski. Wciąż uczę się panować nad ogniem, uczę się latać i nie niszczyć przy tym wszystkiego wokół. Nie pasowałbym do Osadników. Byłbym tylko problemem.
- Jak coś, możesz się zwrócić do mnie. - powiedział miło brunet, za co podziękowałem mu z uśmiechem.
Nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Obaj przenieśliśmy na nie wzrok. Kowal ruszył z miejsca w ich kierunku, po czym je otworzył.
- W końcu jesteś. - powiedział, wpuszczając do środka znanego mi transfera.
- Ty tutaj? - zapytał mężczyzna, podchodząc do mnie z uśmiechem. 
- Wpadłem na zakupy i zostałem uziemiony przez słońce. Ale nie narzekam dzięki dobremu towarzystwu. - odpowiedziałem, zerkając z uśmiechem na kowala. Brunet uniósł kącik ust i zawinął ręce na piersi.
- Też bym pogadał, ale jestem już nieźle spóźniony. - transfer wrócił do pana domu i wręczył mu sakiewkę z pieniędzmi - Zgodnie z umową.
Kowal wskazał na pakunek i pomógł go załadować transferowi na drewniany wózek.
- Bawcie się dobrze. - powiedział mężczyzna, żegnając nas. Odmachałem mu, stojąc w drzwiach obok kowala.
Gdy Osadnik zniknął nam z pola widzenia, wróciliśmy do warsztatu.
- Już się zastanawiałem, czy coś się stało. - zaczął kowal.
- Dlaczego?
- Rzadko się spóźnia. - wyjaśnił brunet. Osobiście uważam, że każdemu może zdarzyć się taki dzień, że z niczym nie jest na czas. 
- Tak w ogóle, jak cię zwą? - zapytałem, splatając dłonie za plecami. Było mi wstyd, że zapytałem o to tak późno.
Kowal uśmiechnął się rozbawiony.
- Phanthom. - powiedział, wyciągając do mnie dłoń.
- Fafnir. - odparłem, podając mu swoją.
- Miło poznać. - dodał brunet, ściskając moją rękę. 
- Mi również.
Phanthom wskazał mi drewniany stołek. Usiadłem na nim i spojrzałem na bruneta, który dostawił sobie drugi tuż obok.
- Opowiedz coś o sobie. - poprosił dragon. Co tu jest do opowiadania? Większość życia spędziłem w laboratorium jako królik doświadczalny.
- Jestem jedynakiem. Chyba. Przynajmniej nie wiem nic o tym, żebym miał rodzeństwo. Moi rodzice bardzo naciskali na naukę przedmiotów takich jak gra na skrzypcach i fortepianie, śpiew i tym podobne. - powiedziałem w skrócie. Nigdy nie lubiłem opowiadać o sobie. Poza tym moje życie przed zamknięciem w laboratorium nie było jakoś specjalnie długie, żebym miał o czym opowiadać.
- A ty? Opowiedz coś o sobie. - z uśmiechem spojrzałem na pana domu.
- Nie jestem ciekawą osobą. - odparł brunet, opierając się o ścianę.
- Pewnie tylko tak ci się wydaje.
Phanthom wzruszył ramionami.
- A co mogę o sobie powiedzieć? Lubię książki, kuć w żelastwie, lenić się na trawie, oglądać niebo. - wyliczył brunet.
- Ja niestety mogę tylko nocne. Jest piękne, ale chciałbym kiedyś móc posiedzieć na słońcu. - odparłem, unosząc słabo kącik ust, choć doskonale wiem, że to niemożliwe - Powiedz coś więcej. Na przykład książki. Też bardzo lubię czytać. Literaturę o jakiej tematyce lubisz najbardziej? - dopytałem, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o nowym znajomym.
- W sumie, to każdą, prócz historycznych, naukowych i romansów. - odparł kowal, zawijając ręce na piersi.
- Ja najbardziej właśnie historyczne o średniowieczu. - powiedziałem, patrząc na niego z ciepłym uśmiechem. 
- Ja wolę przygodowe z masą magii. Uwielbiam wchodzić w świat, który nie istnieje. - odparł Phanthom, unosząc kącik ust.
- Dawniej uwielbiałem czytać bestiariusze. - powiedziałem, wspominając swoje krótkie dzieciństwo.
- Ja trochę nie mogę patrzeć na zdjęcia, chociaż wiem, że w rzeczywistości wyglądają gorzej. - skrzywił się brunet.
- Miałem w domu takie ze szkicami. Naprawdę dobrymi. - dodałem. Sam nie byłem fanem komputerowych wersji istot z dawnych wierzeń.
- Mi się trafił autor, który chyba chciał straszyć ludzi.
Zaśmiałem się rozbawiony zarówno słowami jak i poważnym tonem Phanthom'a. Brunet uśmiechnął się, patrząc na mnie.
- Długo grasz na instrumentach? - dopytał młodzieniec. 
- ...Tylko parę lat...Później...no wiesz. - odpowiedziałem z wymuszonym uśmiechem. Zdecydowanie wspomnienie pobytu w laboratorium nie należało do najprzyjemniejszych. 
- Ta...A ty ile już tu jesteś?
- Sam już nie wiem. Tak dużo czasu minęło od zesłania, że zgubiłem rachubę.
- A jak się tu znalazłeś? - kontynuował kowal.
- Tak, jak każdy. Obudziłem się, kiedy spadałem do wody. Próbowałem dopłynąć do brzegu, ale straciłem przytomność. Fale same wyrzuciły mnie na brzeg. - powiedziałem. W tamtym momencie poczułem otaczający mnie chłód, więc objąłem się rękoma.
- Spadałeś do wody? - zapytał Phanthom zdziwiony.
- Wyrzucili mnie za burtę statku, którym tu przypływają z mutantami. - wyjaśniłem.
- Ja ostatnie, co pamiętam, to laboratorium. - odparł brunet szczerze zdziwiony. Może to i lepiej? Nie wiem.
-...Możemy zmienić temat? - zapytałem nieśmiało. Nie chciałem wracać do tamtych lat. Ani fizycznie, ani myślami.
Młodzieniec kiwnął głową, wyrażając w ten sposób zgodę. 
- Opowiedz coś o swoim zajęciu. - powiedziałem, prostując się. Naprawdę byłem ciekaw jak wygląda praca kowala. Jak to jest stworzyć coś wspaniałego z bezkształtnej bryły.
Phanthom rozejrzał się po warsztacie.
- A co tu opowiadać? Jestem kowalem, z każdego metalu zrobię ci wszystko, co zechcesz. Miecze, topory, zbroje, gwoździe , śruby. - odparł beznamiętnie brunet.
- Wszystko, co wykonujesz, to też sztuka. - powiedziałem podekscytowany. Kowal wzruszył ramionami.
- Nie widzę tego w ten sposób.
- A ja tak i podobają mi się twoje dzieła. - odparłem z ciepłym uśmiechem na twarzy. Phanthom również uśmiechnął się lekko. Zdecydowanie powinien robić to częściej. 
- Miło to słyszeć. W sumie to jesteś pierwszym, który ogląda je wszystkie, prócz transfera.
- Czuję się zaszczycony. - powiedziałem, na co młodzieniec zareagował cichym śmiechem.
***
Cały dzień spędziłem z Phanthom'em w jego warsztacie. Cieszyłem się, że mogłem go bliżej poznać. Na coś jednak przydaje się ten mój albinizm.
Zajęci rozmową nawet nie zauważyliśmy, że słońce zaczęło zachodzić. Widząc czerwone niebo przez okno, przypomniałem sobie, że najwyższy czas wracać do domu, zanim całkowicie się ściemni.
- Muszę już iść. Po ciemku może być trudniej trafić do domu. - powiedziałem, unosząc wzrok na Phanthom'a.
- Odprowadzić cię kawałek? Miło się z tobą rozmawia. - zaproponował brunet.
- Jeśli chcesz. Dobrego towarzystwa nie odmówię. - powiedziałem z uśmiechem, idąc w stronę drzwi.
Poczekałem chwilę, aż kowal zamknie swój dom i warsztat, po czym ruszyłem wraz z nim drogą. Chłodny wiatr, tak zbawienny o tej porze roku, bawił się w najlepsze moimi włosami. Odgarnąłem grzywkę i kontynuowałem rozmowę z Phanthom'em. Nawet las już nie wydawał się być taki straszny. Czyżby właśnie o to chodziło? Może faktycznie nie nadaję się na Samotnika?
Im bardziej zbliżaliśmy się do centrum i bramy, tym większy niepokój odczuwałem. Było to jedno z tych dziwnych przeczuć, które pojawiają się nagle i dręczą z niewiadomych powodów.
Wchodząc do rynku, ujrzeliśmy przerażonych Osadników. Biegali w różnych kierunkach, nawołując swoich towarzyszy. Istny chaos. Uniosłem wzrok na Phanthom'a. Po wyrazie jego twarzy widać było, że on również nie ma najmniejszego pojęcia, co się dzieje. Powoli zbliżaliśmy się do bramy, mijając coraz to więcej Osadników. Dopiero, gdy się tam zjawiliśmy, wszystko stało się jasne. Brama była otwarta. Spojrzałem na plamy krwi i szkarłatne ślady dużych łap pod nią. Ostrożnie zbliżyłem się do wyjścia z wioski. Ślady na zewnątrz mówiły, że wioska była kilka razy otaczana przez to duże zwierzę. Przeniosłem wzrok na ogrodzenie. Grube drewniane pale miały na sobie głębokie cięcia pazurów. Przypominały te niedźwiedzia. Podniosłem wzrok wyżej. Ale czy niedźwiedzie potrafią wspinać się po pionowym ogrodzeniu bez miejsca zaczepienia? Jedno było pewne, coś musiało być w lesie. Coś śledziło mnie, kiedy szedłem do wioski. I to coś teraz w niej było.

 Phanthom? :>

25 czerwca 2019

Od Pana Stasia CD Raven

             W takie upalne dni każda praca była czterokrotnie razy cięższa. Spodziewałem się że wampirzyca sobie pomyśli że staram się jej zaimponować. Nie taki jednak miałem swój cel. Prawda była taka że cały czas myślałem o swoich owcach. Owce do pełnego rozwoju, dobrej wełny, dobrego samopoczucia potrzebowały swojego osobnego miejsca w którym mogły sobie spokojnie żyć, nie rywalizując z innymi gatunkami zwierzyny.  Poza tym musiałem odebrać gwoździe od kowala z młoteczkiem. Pomijając potrzebę postawienia nowego budynku musiałem naprawić dach w oborze.  Zawsze starałem się być człowiekiem który sobie idealnie wszystko rozplanowuje w czasie, dokładnie i ostrożnie wszystko układa by za wiele rzeczy się nie nazbierało. Tym razem jednak wszystko zaczęło mi się nakładać. Takie sytuacje zawsze mnie stresowały i wprawiały w dyskomfort wewnętrzny. Często zaczynałem się spieszyć i popełniać błędy.
 
Mogłoby się wydawać że to ścinanie drzewa jest najcięższą pracą. Nie była to jednak prawda. Najgorsze było ścinanie każdej gałęzi, gałązki, nier
ówności oraz mniej więcej wyrównanie powalonego pnia drzewa. Kolejną pracą było pocięcie pnia w mniejsze krótsze pnie w celu ułatwienia transportu. I ostatnią najgorszą rzeczą pozostawał transport. W normalnym cywilizowanym świecie transport nawet ośmiu pni to bułka z masłem. Jednak na wyspie w dość prymitywnych warunkach transport moich czterech ściętych pni stanowił już problem. Planowałem pnie obrobić dopiero na swojej farmie już powiedzmy pod deski. Tutaj nie miało to najmniejszego sensu, jednakże bardzo ułatwiłoby to zadanie. Łatwiej przetransportować cztery grube bele niż cztery zaokrąglone, walcowate pniaki. Z każdej gałęzi w międzyczasie tworzyłem pewnego rodzaju kliny które miałyby uniemożliwić przesuwanie, turlanie się oraz spadanie pni.


***


                Sam nie wiem ile czasu minęło odkąd dziewczyna udała się w poszukiwaniu wody. Wiem jednak że czas bez niej się dłużył. Podczas rozmowy czy też milczenia, zawsze to jakoś inaczej jak była obok. Ewentualnie zawsze można było gębę otworzyć. Postanowiłem że wykorzystam fakt iż jej nie ma i postaram się zbudować coś na wygląd w
ózka. Dość prymitywnego oczywiście. Z najmniejszego pnia odrąbałem dwa powiedzmy równe ale grube koła. W obu zrobiłem dokładnie na środku dziurę by zamontować tam.. No właśnie co. Rozejrzałem się z myślą co by mogło posłużyć za oś wystarczająco wytrzymałą na cztery pniaki drzewa. Westchnąłem cicho i powiększyłem dziurę w obu kołach. Stwierdziłem że zrobię oś z ośmiu najtwardszych patyków, zwiąże je razem i wepcham jakoś do dziur w kołach. Następnie z gałęzi, patyków i liści zrobiłem platformę wózka którą musiałem jakoś zamontować na osi tak by nie zsuwała się. W porę przypomniałem sobie że miałem w kieszeni cztery spinki z kości. Przymocowałem je do patyków od spodu platformy i położyłem haczykami na osi. W ten sposób oś powinna się obracać a wózek powinien jakoś powoli się toczyć ciągnięty.
Po chwili dostrzegłem kobietę jak się wylania zza linii drzew. Musiałem jakoś zażartować by może rozluźnić atmosferę. Widziałem że niesie mi jakąś orzeźwiająco chłodną wodę.


                Gdy dziewczyna zajmowała się układaniem drewna, ja poiłem się chłodną wodą. Spojrzałem na swoją koszulkę i jeszcze dość dużą ilość wody. Spojrzałem na słońce, butelkę koszulkę. Słońce-butelka-koszulka. Raz się żyje. Ściągnąłem z siebie koszulkę aby na nią wylać wodę by następnie koszulkę wycisnąć na swoją głową jednocześnie przemywając się nią. Zwinąłem koszulkę w rulon i położyłem sobie chłodną na swoim karku pozostając w samych spodniach.
- Kiedy go zwozimy? - zapytała wampirzyca odwracając się i ewidentnie nieruchomiejąc.

Staś nie był jakoś bosko wyrzeźbiony jednakże jakieś zarysy mięśni malowały się na jego klatce. Do tego rozbudowane barki, ramiona oraz ręce. Na klatce miał delikatne ślady oraz blizny, zapewne po pracy na polach. Chodząc przez grządki nie raz można dostać gałęzią czy czymś innym. dlatego nauczył się chodzić często w koszulce oraz tunice. Amortyzowały bardzo dobrze jakiekolwiek uderzenia. Spojrzał na dziewczynę kt
óra mu się przyglądała.
- Najlepiej to jak najszybciej by uniknąć zmroku.. - zmrużyłem oczy patrząc na Raven - no co?
- Nic.. - odpowiedziała momentalnie i zabrała się za zbieranie drzewa.
- Czekaj.. pomogę Ci.. zrobiłem w
ózek.. - mruknąłem podjeżdżając nim pod kłody.
- Kiedy  Ty to zdążyłeś zrobić? - zapytała jakby  niedowierzająca i wędrując wzrokiem na moją klatkę piersiową.
- Jak byłaś po wodę.. zaledwie pięć minut roboty.. nic wielkiego.. -odpowiedziałem i raz dwa załadowaliśmy pniaki na w
ózek.
Każdy pień na w
ózku zabezpieczyłem małym klinem które też wcześniej wystrugałem. Miały one zapobiegać przemieszczaniu się kłodom po wózku. Oprócz tego gdy już towar znalazł się na wózku, przymocowałem pionowo gałązki które miały dociskać pnie do siebie i wszystko obwiązałem sznurkami. Nie wyglądało to jak jakiś cud, ale z pewnością wystarczyło by dojechać tym do mojego gospodarstwa. Stwierdziłem że na górę można by było dać jeszcze jedno mniejsze drzewo.
- Zetnę jeszcze jedno.. mniejsze.. o na przykład tamto i ruszamy z powrotem dobrze? - zapytałem nie czekając na odpowiedź.


                Od razu zabrałem się za ścięcie kolejnego drzewa. Co prawda tamte cztery powinny niby wystarczyć co do zbudowania dla owiec domu, jednakże wolałem mieć stu-procentową pewność że nie będę tu musiał wracać a szczeg
ólnie sam. Wózek zresztą bym w stanie jeszcze przyjąć jedną mniejszą kłodę więc nic nie traciłem. Ku zaskoczeniu dziewczyny to drzewo ściąłem zdecydowanie szybciej i sprawniej niż pozostałe. Może jego obwód miał znaczenie w tym. Było chudsze i mniejsze co prawda, ale właśnie takiego potrzebowałem. Gdy upadło już ścięte szybko z wampirzycą pozbyliśmy się gałęzi, gałązek i innych niepotrzebnych rzeczy, zrobiliśmy dodatkowe kliny i załadowaliśmy je na górę naszego powozu.
- Chyba możemy wracać Raven.. będę ciągnąć powoli i ostrożnie.. Ty po prostu pilnuj by żaden pień nie spadł. Jakby zaczynało się coś przeważać lub spadać po prostu m
ów, ja trzymam i coś będziemy kombinować.. - uśmiechnąłem się do dziewczyny która jedynie przytaknęła głową obserwując mnie. Nie ukrywam że jej wzrok mnie nieco peszył.

Raven?

Od Raven CD Pana Stasia

Następną połowę dnia spędzili na ścięciu kilku kolejnych drzew, aby następnie poddać je obróbce zdatnej do transportu. Raven nie odezwała się więcej słowem, pogrążając się w świecie własnych myśli. Od czasów zamieszkania na wyspie, poświęcała wiele czasu na wnikliwe obserwacje. Spostrzeżenia spisywała w swoim notatniku, badawczo rozkładając kilka stworzonych mutacji na czynniki pierwsze. W pewnym momencie twory stworzone przez ludzi bez sumienia, zaczynały ją przerażać. Tortury przeżyte w ośrodku badawczym na zawsze pogłębiły się w jej umysł, powodując koszmary każdej nocy. Dlatego też chodziła z cieniami pod oczami, które na stałe wpisały się w jej wizerunek.
Kolejny kawał gałęzi opadł na powiększającą się z każdą chwilą stertę. Czarnowłosa przeklinając upał, odrzuciła zabrany z własnego lokum maczetę na ziemię. Włosy pomimo ciągłego poprawiania, przyklejały się do przyozdobionego kropelkami potu czoła. Frustrację powiększały brak cienia, zimnej wody oraz wiatru. Gdyby nie obecność jej tymczasowego towarzysza, zrzuciła by z siebie przewiewną koszulę pozostając w cienkim bezrękawniku. Paradowanie z nagim brzuchem przed mężczyzna, zbytnio nie uśmiechało się jej. Przez własną dumę postanowiła się pomęczyć dalej, siadając pod jednym z rozłożystych drzew. Oparła głowę na własnych kolanach, przypatrując się okolicy. Uniosła brew widząc szybkie tempo pracy wilkołaka, który od rozszerzenia możliwości mutacji pracował za dwóch.

- Rozumiem, że chcesz wykorzystać nowe możliwości… Słońce nie jest dobrym sprzymierzeńcem. - przerwała nareszcie głuchą ciszę, jaka nastała między nimi. Tym samym wywołała zdziwienie u Stasia, który odwrócił się w jej stronę. - Nie mam nawet chęci, aby w jakikolwiek sposób Tobie… Typować popełniane błędy.
- Nawet jak na wampira, nie wyglądasz zbyt zdrowo. - stwierdził po dłuższej obserwacji, jakby dla potwierdzenia wampirzyca przestała wachlować sobie dłonią przed twarzą. - Słońce zbyt negatywnie na was nie działa, wiedząc z własnych doświadczeń. Więc dlaczego wyglądasz beznadziejnie?
- N-nie miałam pojęcia, że na obecnym terenie wyspy… Słońce będzie prażyć tak bardzo. - szepnęła, nawiązując krótki kontakt wzrokowy z szatynem. Puściła między uszy jego pytanie o przyczynę złego wyglądu. Jednak ponownie schowała głowę między nogi. - Poza tym jestem tylko dziewczyną, nie tak wytrzymałym jak mężczyźni...Więc udowodniłeś swoją wyższość fizyczną.
- Przecież nie urządzamy żadnej batalii w tematach siłowych. Dziewczyny nie powinny sięgać do takich robót, jak ścinanie drzew.
- Aby przeżyć zimę… Trzeba nauczyć się wszystkiego, aby przetrwać cały rok. Każdy dzień to swoisty przykład walki i obrony tego, co zdołałeś zbudować. A przyroda rządzi się swoimi prawami, których musimy się przestrzegać.

Przecierając ponownie czoło z nadmiaru potu, wstała z dotychczasowego miejsca odpoczynku. Nie mogła ulegać swoim słabością, musiała przeć dalej. Do naładowania baterii potrzebowała tylko dwóch czynników - krwistej posoki oraz czegoś chłodnego. Dlatego też postanowiła ruszyć w teren, aby odnaleźć tamtejsze źródło wody.

- Aby współpraca była udana, każda ze stron musi mieć naładowane siły. - odparła, zarzucając na ramię zabrany z opuszczonego grodu pusty bukłak. - Pójdę znaleźć miejsce, gdzie woda jest zdatna do picia. Chociaż tyle mogę zrobić. Nie lubię słyszeć jak osoby trzecie marudzą, że nigdy nic nie robię.

Tereny otaczające jej sylwetkę budziły w niej niepewność i dreszcze przechodzące przez ciało. Jednak dlaczego miałaby się bać, nikogo oprócz niej nie było tam. Słyszała historie związane w tym niezbadanym do końca miejscem podczas jej niespodziewanego wypadu do osady, z której równie szybko musiała uciekać. Nie wierzyła w legendy ani kulturowe podania. Duchy nie istnieją, zaśmiała się z dziecinnych przestróg ciotki, która straszyła ją w najmniej oczekiwanych momentach dzieciństwa. Zawsze uważała ją za dziecinną pod niektórymi względami, pomimo jej niemłodego już wieku.
Bacznie rozglądając się po otoczeniu, czarnowłosa podeszła do jednego z licznych oczek wodnych. Ciecz znajdująca się tam nie wyglądała na brudną, a pijąca wodę po drugiej stronie sarna nie wyglądała, jakby miała paść zaraz nieżywa na ziemię.

- Życie ma się jedno… Adrenalina jest potrzebna, dla odświeżenia umysłu. - uśmiechnęła się pod nosem, nabierając wodę w złożone dłonie. Samowolnie westchnęła z odprężenia, kiedy zimna woda obmywa jej kark i twarz. Tego brakowało przez pół dnia, kiedy wzięła się za pracę przy drzewie. Poczuła pewnego rodzaju ulgę, kiedy dostrzegła dość dobrze pokrytą skrzepem ranę na brzuchu. Beznamiętnie odrzuciła materiał robiący za bandaż, dla napełnienia bukłaka zbawiennym płynem.


~ * ~

- Już obstawiałem, że uciekłaś z podkulonym ogonem. - usłyszała, kiedy przekroczyła linię drzew oddzielającą resztę od małej polany.
- Polowania wampirów wyglądają inaczej, niż wściekłych psów...Znaczy się szlachetnych wilkołaków. - szybko się zreflektowała, podając mu manierkę z wodą. - Żadnego zakażenia oraz nie piłam z niej… Musiałam zapolować na zwierzę, iż w okolicy nie było żadnego kąska poruszającego się na dwóch kończynach i myślącego.
- Nie przepadasz za zwierzęca krwią?
- Muszę naprawdę być w poważnym położeniu i zdesperowana, aby po nią sięgnąć. Mogę nazwać się posiadaczem, iście szlachetnego podniebienia. Brak krwi równa się złym samopoczuciem. - zaśmiała się cicho, widząc lekkie zdegustowanie wypisane na jego twarzy. Kiedy Staś odpoczywał ciesząc się wodą, sama Raven wzięła się za układanie drewna w stosy. - Kiedy go zwozimy?

Pan Staś?

24 czerwca 2019

Od Pana Stasia CD Raven etap 1 > etap 2

   Spojrzałem zdziwiony na dziewczynę gdy tak stała i nie odzywała się. ~Czyżbym powiedział coś źle? ~przeleciało mi gdzieś przez głowę czekając na jakikolwiek znak od niej. Po chwili do mnie wyskoczyła grożąc mi moją własną siekierą i dociskając mnie do drzewa. Trzeba przyznać że wampirzyca miała temperament i potrafiła zaskoczyć. Zdziwiłem się że w tych swoich drobnych łapkach ma na tyle siły by udźwignąć prawie osiemdziesięciokilogramowego "słonia". Spojrzałem na nią bardziej zdziwiony i zdezorientowany niż przestraszony. Jeśli miałem się czegoś bać, to jedynie o swoje biedne zwierzęta które zostały by bez swojego pasterza. Jakby nie patrzeć nie lubiłem zbytnio życia na tej wyspie. Żyłem tu tylko i wyłącznie dla roślin i swoich zwierzaków. No może dla niektórych osób też. No cóż, dziewczyna chciała milczenia więc będę milczał. W sumie miała racje. Prosiłem ją tylko o drewno a nie zaprzyjaźnianie się. Tylko formalności, pomoc, porada i do domu.


    Słońce zaczęło przypiekać. Nie pomagało to w ścinaniu drzewa, jak i w ogólnym byciu. Lata były tutaj na prawdę okropne momentami. Rozumiem tropikalne upały, z nutką bryzy.. ale czterdzieści stopni upału w cieniu, w lesie bez wiatru to jakieś piekło na ziemi. W takich momentach najczęściej rozbierałem się ze swojej górnej odzieży jednakże po niemałej kłótni z Raven, raczej nie miałem ochoty się rozbierać. Chcąc nie chcąc tunika tworzyła pewnego rodzaju.. zbroje. Nie chroniło to przed nożem co prawda, jednakże mogło zatrzymać ostre narzędzie na tyle, by nie przebiło serca.  Po ścięciu dwóch drzew miałem ochotę na kąpiel w lodowcu, otoczony lodem i wodospadem lodowatej wody. Spojrzałem nagle na dziewczyna która ni stąd ni zowąd znalazła się przy mnie i wyrwała mi po chwili siekierę. Dalej wszystko potoczyło się tak szybko że sam nawet nie wiem jak. Finalnie leżałem na ziemi a dziewczyna stała nade mną w delikatnym rozkroku. Gdy już wstałem z jej drobną pomocą otrzepałem się z kurzu.
- Cóż.. szczerze powiedziawszy.. - spojrzałem na kobietę przyglądając jej się. - to wilka.. Jestem wilkołakiem.. - mruknąłem niepewnie
- Ty? Wilkołakiem? - widać było po niej że jakby mogla to by szczękę zbierała z tej ugniecionej przez nas trawy. - w życiu bym nie powiedziała że ktoś taki jak Ty może być wilkołakiem..
- Ktoś taki jak ja.. co masz na myśli moja droga..? - zmrużyłem oczy dając ręce na biodra i będąc oburzonym. Zresztą.. sam sobie tego nie wybierałem..
- Nie chodzi o to.. po prostu.. nie spodziewałabym się że wilkołak może mieć takie spojrzenie na świat.. i taki charakter.. przyjazny.

Uśmiechnąłem się sam do siebie, nie wiedząc do końca co powiedzieć ani jak zareagować. W sumie jakiekolwiek zachowanie mogłoby znów wzbudzić u Raven dość ostrą reakcje, więc może lepiej byłoby się powstrzymać od bezsensownych rozmów? Planowałem wyjść z tego żywo a i nie chciałem z nowo poznaną mieszkanką tworzyć żadnych konfliktów. Wystarczająco dużo ich już było na wyspie. Chcąc ruszyć dalej ku drzewom poczułem dziwne mrowienie w ciele. Głównie w okolicach mięśni rąk, nóg, klatki piersiowej i pleców. Momentalnie poczułem się słabo i zupełnie bez sił przez co delikatnie upadłem na kolana, by po chwili oprzeć się i na rękach. Trwało to wszystko zaledwie może parę sekund. Poczułem jak moje siły zaczynają powoli wracać jakby z potrójną mocą. Moje ciało nagle się delikatnie rozbudowało, z rękawów które zawsze były szersze i zwiewne, momentalnie zrobiły się idealnie dopasowane a nawet lekko ciasne. Czułem jednocześnie też jak dostaje więcej siły wewnętrznie, wydolnościowo i życiowo. Upał nie przeszkadzał mi aż tak jak to zdarzało się do tej pory, jednocześnie czując że mógłbym dłużej wykonywać niektóre czynności. Wstałem powoli, dość zdezorientowany, powolnie oglądając dokładnie swoje ciało: nogi, tułów, ramiona i ręce.

- No dobra, to było dość.. dziwne.. - spojrzałem zdezorientowany na dziewczynę która początkowo chyba też nie mogła załapać co się właśnie stało. - oddawaj siekierę.. pokaże Ci kto ma więcej krzepy.. Poza tym skończymy to jeszcze dziś.. Jeszcze dwa drzewa, potem to jakoś zabezpieczyć i jakimś cudem je przetransportować. - mruknąłem z tego ostatniego już niezadowolony.

Raven?

Od Raven CD Pana Stasia

“Jakbyś potrzebowała… To zawsze mogę Ci dać trochę swojej.” - jedno zdanie ciągle chodziło jej po głowie od czasu, kiedy zostały wypowiedziane przez jej współtowarzysza. Zaskoczenie malowało się na jej bladej niczym u trupa twarzy, co nie było zbyt częstym widokiem u niej. Dlaczego tak zareagowała? Po cholerę ten osadnik podtrzymuje jakąkolwiek rozmowę? Mieli tylko doprowadzić do końca ich osobistą umowę, nic więcej. Wystarczył krótki moment, aby poderżnąć gardło temu szatynowi. Jedno odpowiednie cięcie o sporej głębokości, a cuda same by się działy. Przegryzła wargę z odczuwanej bezsilności, kiedy poczuła pojedyncze krople na policzku. Wiedziała jedno. Niczego świadomy osadnik swoim miłym zachowaniem skruszył mur wspomnień, do których nigdy więcej nie zamierzała wracać. Zamknęła je na klucz, przysłaniając dawną siebie maską bezuczuciowego stworzenia. Raven. Przybierając to miano wyzbyła się wszystkiego, co wiązało jej człowieczeństwo poprzedniego życia.

- Ty… Ty pieprzona kreaturo! - warknęła, kiedy niespodziewanie dopadła do jego osoby. Wykorzystując nabytą przez zmianę genetyczną siłę, pchnęła Stasia na drzewo. Z frustracją złapała za trzon siekiery, mogąc wykorzystać ją w najmniej oczekiwanym momencie. Czarnowłosa nie przemyślała swojego działania, prowadzona przez emocje, które przysłoniły jej trzeźwość umysłu. - Dlaczego musisz taki być?! Mieliśmy tylko dobić targu, a nie bawić się… W pieprzone zabawy w przyjaźnie!
- Co-co takiego zrobiłem? Przepraszam… Jeśli w jakiś sposób uraziłem twoją osobę… - szepnął bardziej zdziwiony jej zmianą zachowania, niż okazując strach. Nie chcąc okazać słabości wbiła wzrok w ziemię, jakimś cudem unosząc jego ciało kilka centymetrów do góry.

Jej serce zabiło szybciej, kiedy wykorzystała chwilę na spojrzenie mu prosto w oczy. Zaatakowały ją wspomnienia o istnieniu osoby, której życie zakończyła w jej najlepszym okresie. Był taki sam jak trzymany w jej sidłach farmer. Jaki humor by nie miała, nigdy nie powiedział o niej złego słowa. Tamten mężczyzna był jej cieniem, sumieniem i obrońcą przed upadkiem. Każde jej wybory próbował prostować, jej wyniki przyjmując na siebie.

- P-powinnam zapierdolić Cię jak psa! Tak bardzo śmieszy Cię obecna sytuacja?! Dlaczego musisz taki być? - zapytała, wbijając siekierę obok jego głowy. Głęboko jak na chudą dziewczynę. Wilkołak upadł na ziemię, najpewniej próbując skojarzyć fakty.
- Nie powiedziałem nic złego… Raven?
- Po prostu zamilcz. Nie odzywaj się więcej… Chcę jak najszybciej zakończyć tą całą szopkę, aby wrócić do własnej działalności. - wyciągnęła przed siebie rękę, zakazując jakichkolwiek rozmów o poprzedniej sytuacji. Odeszła na swoje poprzednie miejsce, odwracając się do plecami do rozmówcy. Potrzebowała samotności. Dlatego ograniczyła kontakty z osobami trzecimi, nie licząc swoich ofiar do wysuszenia. Potrzebowała jakoś odreagować. Może morderstwo? Rozerwanie gardła niewinnemu? Złapała się za obie skronie, hamując nawroty czarnych wspomnień .

~ * ~

Mijała kolejna godzina ich wyprawy w głąb rajskiej wyspy. W najlepsze siedziała w wyższych partiach rosłego drzewa, przyglądając się życiu niczemu winnych zwierzątek. Nie zamierzała jednak ich mordować przez podłamanie psychicznie. Na polowanie zamierzała udać się w nocy, gdzie tylko księżyc był wszystkiego świadkiem. Co jakiś czas zerkała na pracującego w pocie czoła wielkiego budowlańca, któremu praca nie szła szybko. W tej części ich nowego domu, słońce dawało nieźle w kość. Zdąży ściąć kilka drzewa, kiedy cała się pomarszczę z starości, pomyślała, zachowując przemyślenia dla siebie. Zeskoczyła z konaru drzewa, poprawiając koszulę. Już dawno powiesiła czarną kamizelkę na własnym ostrzu wbitym w pień krzewu.

- Moja babka miała więcej krzepy do życia, niż Ty do cięcia drzewa. - mruknęła jakby od niechcenia, zachowując swoje pozory z poprzedniej nocy. Wyciągnęła dłoń przed siebie, aby pochwycić siekierkę.
Nie zamierzam tracić głowy lub innych części ciała, zależnie od twojego humoru… Poradzę sobie. - odpowiedział niemal od razu, cofając się o kilka kroków do tyłu.
- Nie sprawiaj i pogrążaj swojego położenia, bo zacznę żałować swojej decyzji. - niespodziewanie wyskoczyła do przodu, aby wyrwać mu narzędzie z dłoni. Po okolicy rozniósł się cichy pisk, kiedy zahaczyła nogą o wystający korzeń. Chwilę potem upadła prosto na mężczyznę, powodując sturlanie się z wzgórza. - Japierdole! Przynosisz mi ciągłego pecha, Ty… Ty niedopracowana modyfikacja genetyczno!
- Wypraszam sobie, mówi to osoba, która rzuca się na mnie z niebezpieczną bronią. - odpowiedział jej równie szybko, ratując swój osobisty męski honor. Rav przeturlała się na bok, aby być jak najdalej od zagadkowego osobnika. Zaraz jednak się skrzywiła kiedy powstała rana na brzuchu, dała o sobie znać. - Dodatkowo przerwałaś mi pracę.
- Nie skończymy tego do jutra… - zaśmiała się pod nosem, wstając o własnych siłach do pionu. - Kim do cholery jesteś, hm?
- Nie rozumiem…
- Jakim genem poczęstowali Cię nasi stwórcy, osadniku? - zapytała, pomagając mu wstać.

Pan Staś?

23 czerwca 2019

Od Pana Stasia CD Raven

Dziewczyna z każdą sekundą zaskakiwała mnie co raz bardziej. Z jednej strony tajemnicza, poniekąd przerażająca do tego cwana. Jednocześnie planowała każdy krok , rozmyślając aby obrać dla siebie jak najlepszą i najbezpieczniejszą ścieżkę, by przy tym mieć coś dla siebie. Czułem ze mówiąc o "wymianie" wpadłem w jej sidła. Pytaniem tylko było co ona kombinowała i planowała dla mnie. Nie byłem do końca pewny, czy jest świadoma tego że w walce to ja asem nie jestem. Szczególnie też że stroniłem od przemocy czy jakiś aktów agresji. Byłem raczej zwolennikiem spokojnego załagadzania konfliktów.
    Dziewczyna zniknęła jak cień a burza była już nade mną. Wiedziałem że kolejny raz zmoknę ale nie był to ani pierwszy ani nie ostatni raz. Myślałem o miejscu i czasie który dziewczyna wyznaczyła i stwierdziłem że idealną porę sobie wybrała. W czasie gdy ja powinienem zajmować się zwierzakami i roślinami, cały poranek a może i dzień! Spędzę na przeszukiwaniu lasów i szukaniu drewna. Na następny dzień akurat miałem też iść po gwoździe do kowala ale to najwyżej poczeka. Nie zje ich raczej.. choć różne upodobania są.
Wróciłem do domu po godzinie dwudziestej trzeciej i od razu poszedłem się położyć. Burza się już rozszalała i myślałem tylko czy nie poniszczy mi zbytnio roślin. Owce były bezpieczne w oborze więc o nie też nie musiałem się póki co martwić. Oddałem się morfeuszowi czekając na kolejny piękny dzień.

***

Z samego rana gdy tylko pierwszy ptak radośnie zaśpiewał od razu wstałem z łóżka. Spojrzałem przez okno i zauważyłem cieszący mnie krajobraz. Miała być dziś słoneczna pogoda na dodatek słońce nie zaczęło jeszcze wschodzić. Szybko się przebrałem i coś zjadłem. Wziąłem jedn jabłko które schowałem do kieszeni i ruszyłem w wyznaczone przez dziewczynę miejsce. Droga zajęła mi akurat wystarczająco czasu ponieważ gdy stałem w wyznaczony przez nią miejscu, była mniej więcej godzina do wschodu słońca. Dziewczyny jednak nie było wiec usiadłem sobie pod drzewem z kawałkiem patyka, wyciągnąłem sobie swój mały nożyk i zacząłem ostrzyć patyk. Zastanawiałem się czy wampir po zobaczeniu naostrzonego patyka nie nabierze do mnie jakiś negatywnych myśli czy podejrzeń ale nie wyglądało tak jakby miała być tu w ułamku sekundy a czas sobie jakoś zabić musiałem. Podejrzewałem że samotnik może nie być zadowolony z faktu że przyszedłem na podaną porę w podane miejsce, jednakże ja zawsze dotrzymywałem swojej obietnicy.

Po około czterdziestu minutach słońce zaczęło łaskotać promieniami okolice. Westchnąłem widząc ten piękny widok i żeby się rozprostować, wstałem opierając się o drzewo. Zaledwie parę chwil po tym kobieta pojawiła się niczym duch przy mnie.  Po krótkiej rozmowie ruszyliśmy w nieznajomym dla mnie, a dla niej już tak, kierunku.

- Coś mi się obiło o uszy o nich jednakże.. nigdy tam nie byłem.. Co do drzewa.. nie potrzebuje jakiegoś super nie wiadomo jakiego.. potrzebuje po prostu drzewo odpowiednie do zabudowy ścian, drzwi i okien..A no i dach.. muszę postawić nowy mały budynek w  swoim gospodarstwie.. - opowiadałem jej to jednakże miałem wrażenie ze raczej tego słuchać nie chce. Mruknąłem coś do siebie spoglądając na nią.
- Słuchaj.. tak w ramach podziękowania.. oprócz obietnicy oczywiście, trzymaj.. - gdy dziewczyna się odwróciła rzuciłem delikatnie w jej stronę jabłko które złapała jedną ręką ze swoją gracją. Zaimponowała mi tym. Zaraz po tym oglądnęła jabłko w dłoni, obracając je parę razy, po czym spojrzała na mnie zdziwiona. Chyba nie spodziewała się takiego gestu po osadniku..
- Dziękuje.. - powiedziała zdziwiona i jakby nie wierząc w to co trzyma w rękach.
Uśmiechnąłem się jedynie do niej i ruszyliśmy dalej.

Po jakiejś godzinie drogi doszliśmy w końcu do Złudniczych Alei gdzie moglem się do woli rozglądać za dużymi i dorodnymi drzewami. Jedno wyglądało na piękniejsze i lepsze od drugiego.  Sam nie wiedziałem które wybrać, a oprócz tego pojawiał się jeszcze problem z  transportem, pocięciem, przygotowaniem pod zabudowę a potem i zbudowanie z nich owczarni. Westchnąłem patrząc na to wszystko i wyciągnąłem swoją siekierkę którą miałem umocowaną na małym plecaku. Spojrzałem na dziewczynę przyglądając się jej chwilę.

- Czyli rozumiem że nasza umowa.. w sensie moja obietnica jest.. wisząca? W sensie gdybyś czegoś potrzebowała to wtedy się odezwiesz? - zapytałem patrząc na dziewczynę i zabierając się za ścinanie drzewa.
   -właśnie to.. - dziewczyna uśmiechnęła się ukazując swoje delikatne kły które pod tym kątem nie wyglądały na groźne.

- Cóż.. w gwoli ścisłości.. jestem Staś.. najczęściej mówią mi Pan Staś.. tak.. jakbyś była.. ciekawa.. - mruknąłem ścinając drzewo.
- Dobrze Panie Stasiu.. postaram się zapamiętać.. - odpowiedziała rozglądając się i patrząc na co raz to wyżej wschodzące słońce.
- Domyślam się że jako wampir.. pijesz krew.. do leczenia ran czy życia czy tam innych rzeczy.. jakbyś potrzebowała.. to zawsze mogę Ci dać trochę swojej.. - powiedziałem dość niepewnie patrząc na dziewczynę.

Raven?

Od Raven CD Pana Stasia

Młoda dorosła wbijając wzrok w nadchodzące burzowe chmury, postarała się szybko wyciągnąć jak najlepsze wnioski z dotychczasowej sytuacji. Propozycja wyglądającego dość niewinnie osadnika na wyspie była na wagę złota, mogąca nawet uratować życie w najmniej oczekiwanym momencie. Pomoc o tropienie zwierzęcia? Szkoda wykorzystać tak trafną okazję na byle polowanie, kiedy sama czarnowłosa dawała sobie sama radę. Poszukiwanie doskonałego materiały pod budowę nie było trudną rzeczą, pierwszy lepszy samotnik mógł wskazać mu drogę. Nawet łowczy z osady. Brunet najpewniej nie był osobą wylewną w małym calu stroniącym od rozmów z innymi, kiedy potrzeba była bardzo poważna.
Uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, zauważając zaskoczenie na twarzy nowo poznanego mężczyzny. Natura niczym czytała z jej ust, piorun przeciął niebo centralnie za jej sylwetką, zwiększając kontrast z jej bladą skórą. Musiała wyglądać niczym zjawa z legend i podań wierzeń kultów z całego świata, co spowodowało u niej podniesienie morali.


- Odznaczyła bym się głupotą, gdyby samotnik przeoczył taką okazję. Takie ustawki w kręgu mojej przynależności mogą równać się ceną życia, panie… - uniosła lekko brwi, szukając w pamięci jakiegokolwiek imienia. Jednak szybko przypomniała sobie, że nawet nie podał najistotniejszej informacji. - Panie w zielonej kamizelce. Imiona w naszej sytuacji są zbędne, oczywiście moim skromnym zdaniem.
- Niektórych imiona prześcigają bardziej, niż sam jego posiadacz ma o tym jakąkolwiek świadomość. Jednak dobrze jest znać chociaż pseudonim, nie przystoi mówić… W dość skomplikowany i nienależny sposób. - powiedział, bacznie przyglądając się jej postawie. Nie wiedząc czemu obserwacja wywoływała dreszcze na jej ciele, co stanowczo nie leżało w jej naturze. - Przejdźmy do setna sprawy.
- Panująca pora roku na naszej ukochanej wyspie nie rozpieszcza… - zamknęła oczy, kiedy głośny huk porównywalny do startującego myśliwca przeciął niebo. - Dzisiaj mam jeszcze drobne sprawy do załatwienia, dlatego musimy przełożyć naszą… Dopinanie spraw na inny dzień.
- Wolałbym wiedzieć jak będę stać z sprawą, jeśli to nie przeszkadza tobie.
Spotkajmy się jutro na granicy pomiędzy terenami osady, a dzikim lasem. - odparła, oddalając się kilka kroków do tyłu. Zaczęła rozglądać się dookoła, aby poszukać ukrywających się gości. Którzy w tym momencie nie byli przychylnie potrzebni. - Godzinę przed wschodem słońca, zbytnio nie toleruje słońca w najwyższym punkcie na niebie… Nie spóźnij się, czekać wiecznie nie będę.


Nie czekała na żadną odpowiedź z jego strony. Zawsze była osobą prostą pod każdym względem, jednak liczyło się dotrzymywanie słowa. Najmniejsze opóźnienie powodowało całkowite olanie sprawy, oraz niechybne porzucenie wcześniej zaakceptowanej obietnicy. Wypożyczenie na stałe pewnych rzeczy z osady samo się nie zrobi, a pogoda wystarczająco pokrzyżowała jej szyki. Skrzywienie pojawiło się na jej twarzy kiedy kości zaczęły zmieniając swoją formę. Przemiana w nieduży okaz nietoperza zawsze ją fascynowała, oraz miała swoje zalety w zagrażających życie sytuacji. Jednak bolesny aspekt przemiany drastycznie zmienił jego używanie do minimum. Zdążyła tylko uśmiechnąć się z wyraźnie odznaczonymi kłami, aby chwilę potem zniknąć w odmętach mroku. Czekał ją jutro pracowity dzień.


~ * ~

Pierwsze promienie wstającego słońca zza horyzontu wpadły do sypialni wampirzycy, oświetlając każdy jego zakamarek. Pomieszczenie jak i reszta niedużego domu, była urządzona skromnie. Nie można było powiedzieć, że panował tam istny bałagan. Właścicielka jak przystało na jej chory wręcz profesjonalizm, zadbała o każdy szczegół. Ten dzień jednak nie zapowiadał się dobrze po złym zakończeniu cichej napaści na osadę, z której musiała uciekać jak najszybciej. Jeszcze walka z samotnikiem kradnącym jej dobra z domu, doprowadziły ją do stanu wykończenia nerwowego. Niczemu winny ptaszek wesoło ćwierkający przy otwartym oknie, dokonał swojego żywota pod rzuconym ostrzem.
Raven przeklęła wielokrotnie pod nosem, kiedy pierwszy raz po przebudzeniu usiadła na łóżku. Zdziwił ją istotny fakt obfitej plamy krwi, który zabrudził bandaż na brzuchu jak i ubranie. Za mało się pożywiam, pomyślała, przecierając twarz wodą. Nigdy nie miała większych problemów z powrotem do zdrowia, jednak trolle zawsze były wyśmienitymi wojownikami. A ten w pełni przemieniony okazał się trudniejszy, niż mogła sobie to wyobrazić. Świadczyły o tym zdewastowane pół jej lokum oraz podwórko.
Przemierzając znajome jej dróżki, rozglądała się po terenie. Im bliżej osady się znajdowała, tym większą ostrożnością musiała się odznaczyć. Skrzywiła się widząc pomiędzy drzewami nieznajomego mężczyznę z poprzedniej nocy, który stał oparty o pobliskie drzewo. Nie spóźnił się. Ba. Musiał przyjść dużo wcześniej, widocznie sprawa była dla niego priorytetem.

- Obecna i gotowa do dalszej drogi, ku przygodą… Znaczy się… Najpierw dopełnienie poszczególnych formalności. - skrzywiła się lekko, podczas zawiązywania swoich butów do kostki. Ewidentnie wolno gojąca się rana będzie przeszkodą w szybkim dotarciu do celu.
- Nie widzę większego problemu. Nie obiecałem niczego za darmo, więc… - zapytał, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Układ będzie prosty, zwięzły i każdy na koniec będzie szczęśliwy, prawda? Pokażę Ci najlepsze okazy drzewa, może nawet pomogę je zwieźć. - odparła prosto z mostu, chowając ukochane ostrza na swoje miejsce. - W zamian nie chcę jakiegoś pomocy w tropieniu… Pozostawię sobie szansę na przyszłość, hm? Nie warto marnować takiej szansy.
- Tylko tyle? Myślałem, że będzie to… Dość kreatywna współpraca i wymiana. - obserwował jej każdy krok swoim spostrzegawczym wzrokiem.
- Żyję w trudniejszych warunkach, niż możesz sobie wyobrazić. A lista moich wrogów nie maleje, a pomoc bywa przydatna. - mruknęła, rozciągając ramiona . Bez większego informowania ruszyła w znajomym sobie kierunku. - Słyszałeś może o Złudniczych Alejach? W ich okolicy rosną najlepszej jakości drzewa, jakie możesz sobie wyobrazić. Oczywiście, jeśli cenisz jakość wyrobów.

Pan Staś?