21 kwietnia 2020

Od Eris - zadanie dyktatora

Temat: Złodziej leków
Szczegóły: Wytwarzanie jakichkolwiek leków na wyspie graniczy z cudem, dlatego są tak cenne. Ich pozyskiwanie także nie należy do najłatwiejszych, gdyż najczęściej trzeba wyjść poza granice wioski i zapuścić się w te nieco bardziej niebezpieczne rejony. Wiadomość o regularnych ubytkach w cennych zapasach, jaka dotarła do Rady sprawiła, że ta natychmiast wydała polecenie jednemu z Dyktatorów. Wiedzieli, że nie mogą patrzeć bezczynnie na sprawę tym bardziej, że wszelkie materiały były na wagę złota. Osadnikom było dość trudno dostać się do magazynu, gdyż ten mieścił się w chacie uzdrowiciela, więc zaczęto podejrzewać także samotników. Zadaniem dyktatora jest zastawić pułapkę na potencjalnego złodzieja i dojść, co zmusiło go do wykradania leków.

Odejście



Żegnamy Ai Norę i przypominamy, że zawsze można do nas wrócić!


17 kwietnia 2020

Od Amona CD Tibbie

Przyjrzałem się uważnie bandażom, oraz środkom odkażającym. Sprawdziłem ich stan, oraz spróbowałem się domyśleć jakie konkretnie środki mi podała, głupio by było by lekarstwo które miało pomóc, mi zaszkodziło. Po przyjrzeniu się wszystkiemu dokładnie zabrałem się do pracy.
Na początek wyjąłem z torby owinięte w płótno narzędzia zielarskie, a następnie wszystkie potrzebne składniki. Miałem jeszcze co nieco przy sobie, więc mogłem spróbować coś zdziałać. Na początek odpowiednio przygotowałem każde zioło, by po chwili zacząć je ze sobą łączyć, na koniec polewając jedną z mikstur, by substancja stała się gęściejsza. Dodałem też trochę środków odkażających, nie szkodziły stworzonemu przez mnie lekowi, więc nie było przeciwskazań by go trochę dodać. Pozbyłem się górnej części odzieży i obejrzałem ranę. Mimo iż wyglądała paskudnie, to nie była bardzo poważna. Przynajmniej zdarzało mi się już miewać gorsze wypadki. Obejrzałem ranę czy nic nie było w środku i zacząłem powoli rozprowadzać lekarstwo, które obecnie konsystencją bardziej przypominało maść. Powoli i dokładnie rozporawadzłem w każdy zakamarek, a kiedy to miałem już z głowy, wykorzystałem część własnej tkaniny by założyć opatrunek. Mogłem wykorzystać bandaże które podarowała mi domowniczka, ale uznałem że jej będa potrzebne bardziej niż mnie. Ja będę w stanie jeszcze uzupełnić zapasy leków, a ona już może mieć z tym problemy.

14 kwietnia 2020

od Pana Stasia CD Lei

Odchodząc w stronę swojej wioski, usłyszałem za sobą jeszcze próbę zatrzymania mnie. Niby chciała podziękować, ale kto by ufał samotnikom? Zdecydowanie wyglądała na samotniczkę, gdyż żadna zdrowo rozumiejąca kobieta nie włóczy się po nocach takich porach. Chyba że się jest myśliwym czy kimś w tym stylu. Tak czy inaczej, nie zamierzałem dziś ryzykować życia, więc odparłem, że nie ma za co i ruszyłem dalej w swoją stronę.
Wróciłem do domu i szybko zapomniałem o tych wydarzeniach. Dobrze, że pomogłem kobiecie, ale nie było sensu niczego roztrząsać dalej. Szybko poszedłem spać, wiedząc o fakcie, że następny dzień będzie równie ciężki co dzisiejszy.

Od Bezimiennego CD Tibbie

Świt obudził Bezimiennego, choć nawet nie był w stanie przedrzeć się przez grube kamienne ściany. Lazurowe oczy błysnęły spod powiek, nie powodując przy tym nawet bólu głowy. To było niesamowite, nigdy po bimbrze nie miewał kaca, ale po przemianie prawie w ogóle nie odczuwał skutków wczorajszego picia, przynajmniej nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. Uniósł głowę znad blatu stołu, nad którym widocznie zasnął. Może i był zmorą, ale ból pleców i szyi dawał się we znaki. Rozglądając się dookoła, dostrzegł tylko brunetkę leżącą na prowizorycznej pryczy, której czasem masochistycznie używał, gdy chciał się jeszcze bardziej nadręczyć rzeczywistością, jaką sprawiała mu mutacja lub padał na nią kompletnie pijany. To była właśnie druga rzeczy budząca jego ciekawość, potrafił zasnąć, wyłącznie upijając się do nieprzytomności… W zasadzie nawet nie był w pełni przekonany czy zapijanie się do nieprzytomności i ryzykowania w ten sposób życia i zdrowia jakkolwiek można było podpiąć pod sen, chyba jednak nie. Pamiętał tylko tyle, że pod koniec całego posiedzenia niejako wymusił na kobiecie położenie się spać na tej parodii łóżka, po czym sam jeszcze trochę dopił, jak sobie wmawiał na „dobry sen”.

Od Tibbie CD Amona

     Tego dnia nie oczekiwałam zupełnie nikogo. Właściwie, odkąd tylko byłam na wyspie, nikt jeszcze nie raczył mnie odwiedzić czy najść, jak zwał, tak zwał, tak więc mój wzrok rozbiegł się, kiedy zobaczyłam rosłego mężczyznę stojącego u progu drzwi. Miałam w planach pójść spać, aby następnego dnia nie robić zupełnie nic, tak jak na co dzień, a nieznajomy nie ułatwiał mi realizacji moich planów.
     — W czym mogę pomóc? — odezwałam się pierwsza, choć mój głos przesiąknięty był kpiną. Jasnym było, że go tutaj nie chciałam. W razie potrzeby byłam nawet skora walczyć. Może i jesteśmy hybrydami, ale co jak co, zachowaliśmy ostatnie przebłyski człowieczeństwa i instynktu samozachowawczego, przez co mężczyzna po prostu powinien się odwrócić i nie sprawiając żadnego problemu, odejść. Status samotnika nie zobowiązywał nas do braku empatii, bo wszystko to było sprawą indywidualną, jednak przyjęło się, że szukanie pomocy u samotnika zawsze kończy się jednakowo źle. Nie mogłam zaprzeczyć, że tak nie było, bo w obliczu zagrożenia albo korzyści, które mogłyby z tego wyniknąć, byłabym w stanie zaatakować osłabionego i nawet bym się nad tym dłużej nie zastanawiała. Nie byliśmy na rajskiej wyspie i każdy był tego świadomi, bo ci, którzy myśleli inaczej, odpadali dość szybko, choć selekcja naturalna nigdy nie była dobrym sposobem i całkowicie mijała się z tym życiem, które prowadzono poza wyspą. Tam przyjęło się, że trzeba pomagać starszym i słabszym, a tutaj?

13 kwietnia 2020

Od Amona CD Tibbie

- Jasna cholera. Jak udało im się go tak zdenerwować? - Mruknąłem pod nosem, trzymając się za raną na klatce piersiowej. Historia jej zdobycia nie była miła, tak jak sama rana. Kiedy spokojnie przechodziłem przez las, nagle usłyszałem krzyki ludzi i ryk bestii. Oczywiście pobiegłem szybko zobaczyć co się dzieje i zastał mnie dość nieprzyjemny widok.
Dwoje ludzi leżało martwych, a pozostali uciekali przed rozwścieczoną do czerwoności bestią. Nie byłem kimś kto by się poświęcał dla innych, ale znowu nie chciałem ich zostawić na śmierć.

12 kwietnia 2020

Nowy samotnik - Amon




Amon | 25 lat | Drzewiec



Od Lei CD Pana Stasia

Mój dzień zapowiadał się dość przyjemnie. Słońce ładnie grzało a niebo było bezchmurne. Zaplanowałam sobie zbieranie rzeczy, ale strasznie mnie kusiło by położyć się gdzieś na polance i wylegiwać się pół dnia. Jednak moje drugie ja było bardzo przeciwne więc czym prędzej zabrałam się do poszukiwań. Przyznam, że nie szło mi na początku za dobrze, ale z czasem nabrałam wprawy. Udało mi się znaleźć kilka roślin, jakiś owoców a nawet złapać małe zwierzę. Owinęłam je liśćmi i schowałam na potem, by móc się nim posilić. Mój dzień z każdą chwilą zapowiadał się coraz lepiej, dopóki nie pogrążyłam się w marzeniach. Niestety to bardzo niebezpieczne zajęcie, bo przestaje wyczulać się na niebezpieczeństwa. I tak to było z moim szczęściem, bo już po chwili znalazłam się pułapce.

-Ch*lera!

11 kwietnia 2020

Od Pana Stasia do Lei

Plaża zawsze była moim terenem, którym pożądałem. Poprzez swój młody wiek, częstą pracę na polu oraz dużą odległość od morza, nie było mi dane korzystać z uroków morza, plaż czy nawet opalania się nad wodą. Moje młode życie, aż do ukończenia pełnoletności, było usiane pracą na roli, zajmowaniu się domem oraz rodziną. Trzeba było zapewnić wszystkim dobre i godne życie.

Od Lynn CD Renarda

     Praca, którą dzisiaj sobie zaplanowałam spełzła na niczym, ale nie był to dzień stracony. Dobro drugiego człowieka (nawet zmutowanego) było dużo ważniejsze, niż szycie kurtek. I tak, te kurtki z pewnością wiązały się z dobrem materialnym dla innych, ale Renard z pewnością być nieco wyżej niż oni, nawet jeśli nie znaliśmy się zbyt dobrze. Wyglądał, jakby się całkowicie rozsypał, więc pozbieranie go było dzisiaj naszym priorytetem. I sama się dziwiłam, ale się udało, wieczorem na powrót stał się tym chłopakiem, którym był, kiedy go poznałam. Może nie w pełni, ale czymże było kilka godzin w porównaniu do kilku miesięcy, przez które robił sam Bóg wie co. Nawet ta mała cząstka, którą udało nam się w nim przywrócić była całkiem niezłym osiągnięciem.
     Wkrótce nadszedł czas, abyśmy się rozeszli. Byłam wykończona po tym dniu, który, bądź co bądź, był intensywniejszy, niż jakbym jedynie szyła ubrania. Jednocześnie wiedziałam, że z każdym dniem, z którym niewiele robimy, ilość pracy narasta, a my coraz bardziej się w niej zakopujemy, ale chyba nie ma rzeczy, z którą bym sobie nie poradziła?

10 kwietnia 2020

Od Renarda CD Lynn

    Przez większość czasu byłem w głębokim śnie, z którego nie mogłem się wydostać. Wiedziałem, że śnie, ale nie mogłem za nic wrócić do świata rzeczywistego, a wiedziałem, że muszę. Narobiłem wiele szkód, które muszę jak najszybciej naprawić. Czułem, że zbliżam się do bariery, którą muszę natychmiast rozbić i przedostać się do rzeczywistości. Dysponując siłą, która mi jeszcze została zacząłem walić w niewidzialną ścianę, dopóki nie poczułem, że wracam. Szeroko otworzyłem oczy i podniosłem się do siadu od razu wyciągając przed siebie swoje dłonie. Były normalne, ludzkie. Odetchnąłem z ulgą, przynajmniej tym mogłem się cieszyć. Przetarłem spocone czoło i lepiej rozejrzałem się po pomieszczeniu. Przeniosły mnie na kanapę na piętrze, gdzie swój dom miała Melody. Znałem te pokoje na pamięć, ale teraz czułem się tutaj obcy i niechciany. W co ja się zmieniłem? Widziałem już to, u ojca. Po jego przemianach byłem jedyną najbliższą osobą, na której mógł się... wyładować. Miałem nadzieję, że i ja nikogo nie skrzywdziłem? Strasznie zaniepokojony podniosłem się z kanapy, ale gdy moje ciało owiał chłód zorientowałem się, że byłem nagi. Dopiero wtedy dostrzegłem męskie spodnie i koszulkę złożone na stoliku przy sofie. Szybko przywdziałem zostawione ubranie i ignorując zawroty głowy udałem się do schodów.

9 kwietnia 2020

Od Lei do Tenebrisa

Dzisiejszy dzień był strasznie upalny, pot spływał po mnie praktycznie z każdej strony. Słońce ładnie grzało na niebie jednak na dłuższą metę stawało się to utrapieniem. Wędrując już kolejny dzień przez te lasy w końcu natknęłam się na strumyk. Byłam tak wniebowzięta, że po cichu zaczęłam piszczeć z radości. Na szybko się umyłam by zmyć pot i namoczyłam ciemne włosy. Przez ich ciemny kolor było większe prawdopodobieństwo, że szybciej dostanę udaru. A to mi nie byłoby na rękę, skończyłabym jako padlina. Zawsze zastanawiałam się jak by to było wyjechać na bezludną wyspę. Cisza, spokój tylko ja i natura. Teraz już wiem i nie jestem zadowolona.

Od Tibby CD Bezimiennego

     — Proszę bardzo — oznajmił, stawiając kubek przed kobietą. — Może jakiś toast? — zaproponował, nadal trzymając swój kufel w powietrzu. — Za rajską wyspę? — spytał z ironią w głosie.
     — Za najlepsze wakacje, jakie nam się mogły przytrafić — dopowiedziała, a wtedy z uśmiechem zbili swoje kubki, po chwili wychylając duszkiem ich zawartość. Atmosfera rozluźniła się na tyle, że poruszali wiele tematów i rozmowa nie skończyła się tak szybko. Mężczyzna coraz to napełniał od nowa kufle, a ich zawartość znika niemal tak szybko, jak się pojawiła. Było przyjemnie, czyli tak, jak Tibby nigdy nie sądziła, że może być. Nie miała na wyspie bliższego kontaktu z nikim i nawet jeśli bliskość jej i mężczyzny nie była taką, jaką inni uznawali, dla dziewczyny był to jeden z nielicznych znajomych tutaj, dlatego ten wieczór spędzony z nim bardzo sobie ceniła. Znowu mogła zakosztować normalności, którą jej niegdyś brutalnie odebrano. Oczywiście, picie bimbru w rozpadającym się domku przypominającym katakumby z nadnaturalnie zmodyfikowanym mężczyzną nie było szczytem jej marzeń, ale najwidoczniej to było od dzisiaj jej codziennością i powinna się przyzwyczaić. Do sytuacji, rzecz jasna, nie do niego, jego domu czy bimbru. 
     Siedzieli do późnej nocy. Lekkie podpicie nie zajęło im dużo czasu, tak więc wkrótce wystarczyło im, że śmieją się i rozmawiają o wszystkim i o niczym. Pokój spowił mrok nocy, zrobiło się niesamowicie cicho i, jak to bywało na wyspie, nieprzyjaźnie, tak więc nie wychylali się spoza chatki, dalej opijając swoje wakacje. Gdyby miała chęci, przyznałaby, że bimber nie do końca trafiał w jej kubki smakowe, ale jego wytwarzanie na wyspie było dla niej na tyle abstrakcyjne, że nim nie pogardziła. Po którymś kuflu z kolei okazało się nawet, że właściwie to nie jest najgorszy.
     — Na początku nie byłam przekonana, ale masz moje uznanie — powiedziała dość niewyraźnie, może przez wypitą ilość bimbru, może przez fakt, że był środek nocy, a ona bardzo lubiła spać. Czuła, jak sen nuży ją z każdą kolejną minutą. Nawet nie zarejestrowała, czy mężczyzna aby na pewno jej odpowiedział. Poczuła jedynie, jak jej dłoń, na której się opierała, zjeżdża bezwiednie, a głowa opada.

Od Lei do Cynth

Dni mijały mi powoli i żmudnie a ja dalej rozmyślałam nad tym wszystkim. Skąd się tu wzięłam i czym ja jestem. Pomimo, że już dawno otrząsnęłam się z pierwszego szoku to nadal miałam straszny mętlik w głowie. Czułam, że przez brak wspomnień straciłam ważną cząstkę siebie. Na wyspie radziłam sobie nawet dobrze, w końcu nadal miałam wszystkie kończyny i żyłam - co uważam za duży sukces. Nie chciałam się nigdzie w pojedynkę osiedlać, dlatego byłam ciągle w ruchu. Lubiłam przyglądać się otaczającej przyrodzie i zwiedzać. W głębi serca miałam też nadzieję, że kiedy kogoś spotkam, bo od początku bycia na wyspie jestem sama. Moje myślenia przerwało burczenie w brzuchu, które uświadomiło mi, że pora chyba coś zjeść. Znajdowałam się obecnie na polanie i to dość odsłoniętej, więc musiałam wejść w głąb lasu by coś znaleźć. Już myślałam, jak piekę sobie jakieś soczyste mięsko. Na samą myśl ślina sama mi leciała, bo od kilku dni żyłam głównie na warzywach, które znalazłam po drodze. Weszłam do lasu i zaczęłam się rozglądać za obiadem. Moją uwagę przykuło kilka małych warchlaczków nieopodal. Rozejrzałam się za ich matką, bo zawsze kręci się gdzieś obok, jednak nie pojawiała się przez dłuższą chwilę. Łowy zaczęłam od cichego skradania się, jednak długo to nie trwało. Tak podniecona na myśl o obiedzie zapomniałam ubezpieczyć swoje tyły. Już po chwili tego pożałowałam, bo za moich pleców dobiegło głośne charknięcie.

8 kwietnia 2020

Od Derycka CD Venti

Film mi się urwał tuż po wejściu do chatki Venti. Nie spodziewałbym się, że można aż tak szybko odlecieć. Choć na dobrą sprawę naskładało się na to wiele innych aspektów. Zmęczenie, stres, tęsknota, to, że się martwiłem i sam fakt tej rośliny, która mnie postanowiła dziabnąć. Wszystkie rzeczy skupione w jedno, spowodowały mój stan.
Sam nie wiem, ile czasu byłem nieprzytomny, ani co się wokół mnie działo.

Wtedy też wpadłem w jakiś dziwny trans, który mnie ciągnął za rękę. Szedłem w stronę oświetlonego pomieszczenia przez tunel, który był oświetlony jedynie jednym światłem co półtora metra. Nie szedłem, a wręcz sunąłem nad ziemią w stronę pokoju, widząc przebłyski na ścianach, jakby różne momenty wyjęte z mojego życia. Pomniejsze aspekty, jak i ważniejsze wydarzenia. Wszystko prawdziwe i to, co się wydarzyło. W pewnym momencie jednak powoli zamieniało się to w coś jakby iluzje, rzeczy, które się nie wydarzyły, lub nawet nie mogły się wydarzyć. Mocno przejaskrawione oraz przekoloryzowane. W pewnym momencie zacząłem się czuć dziwnie. Nieswojo oraz lekko zagubiony. Zaczynałem słyszeć jakby nowe dźwięki, kolory czy też postacie.
Z czasem chciałem, aby ten dziwny stan się już kończył, jednakże wcale się na to nie zapowiadało. Byłem może w połowie korytarza, jednak jakbym nieco zwalniał. Obrazy był coraz intensywniejsze i bardziej wyraźne, aby po chwili niknąć za mgłą.
Miałem wrażenie, że ta roślina, co mnie udziobała, musiała zadziałać na mnie jak narkotyk.

Nowy samotnik - Lea



tombagshaw

Lea | ponad 20 lat | Zmora



7 kwietnia 2020

Od Phanthoma CD Fafnir

Kompletnie zapomniałem o tym mieczu. Niestety kiedy sobie o nim przypomniałem (czyli kiedy przyszedł po niego klient), wiedziałem, że go tak szybko nie wykuje. Aktualnie moje ciało błagało o odpoczynek, nie było więc mowy o wykuciu czegokolwiek. Idealnie, przynajmniej mogłem dać nauczkę temu gówniarzowi. Jak on w ogóle śmiał pomyśleć, że ja i Fafnir… Nawet, jeśli to tak wyglądało, przecież nigdy bym go nie ruszył, gdyby nie chciał! A na pewno nie chce, tak mi się wydaje.

Od Bezimiennego CD Lily

Ostatnimi czasy na wyspie jakby zaczęło dziać się coś dziwnego, niespotykanego, przynajmniej dla Colette’a. Od kilku dni nie uświadczył żadnych nieprzyjemności przypisywanych pobytowi na wyspie przeklętych. Jak zwykle opuszczał kryjówkę, by się posilić koszmarami lub aby zwyczajnie się przejść. W końcu każdy zamknięty w czterech ścianach, w końcu ma dość i musi zażyć nieco Świerzego powietrza. Co zaskakujące, podczas tych spacerów ani razu nie miał wątpliwej przyjemności zobaczyć okrucieństwa tego miejsca, jak i nie został ani razu zaatakowany. Można by powiedzieć, że zakrawało to niejako o cud. Raczej nikt nie mógł się poszczycić takim nagłym atakiem szczęścia jak on. Wątpiłby była w „raju” jakakolwiek inna osoba, która mogłaby stawać z nim w szranki w tej kategorii.

Od Venti CD Charlesa do Giny

- Dzień dobry! – powitało dwójkę ludzi małe dziecko z lisim ogonem oraz uszkami. – Tam, na polanie są ładniejsze maliny i jagody, mogę was zaprowadzić!

Dziewczynka uśmiechała się radośnie, jakby kompletnie nie znajdowała się na tajemniczej, mrocznej wyspie pełnej zmutowanych istot w równym stopniu, co ona sama. Gdzie ludzie i nieludzie ginęli bez śladu na zawsze, a potem nie można było nawet odnajdywać ich zwłok…

- Veronica! – krzyczała w nieco oddalonym od tamtego miejsca fragmencie lasu pewna łowczyni. – Boże, Andre mnie zabije, zgubiłam jedno z jej dzieci…

***

Nie było jej. Liczyłam po raz tysięczny do pięciu, sprawdzając okoliczne kamienie, drzewa oraz nory. To lisołaczka. Mogła wpaść na podobny do lisów pomysł, wyruszyć gdzieś dalej, jakby kompletnie zapominając o tym, co im mówiłam przed wyjazdem. Nie nadaję się na matkę – myślałam gorączkowo, pocąc się w tamten upalny dzień. Za nic. Ta wyspa wymorduje wszystko, co urodzę przez moją nieuwagę, brak skupienia i głupotę!

Od Venti CD Derycka

To było dziwne uczucie – leżeć tak, podczas gdy ktoś, kogo ledwo znasz wyruszył dla ciebie po lekarstwo. Takie wydarzenia z reguły nie zdarzały się na wyspie. Gdzieś w środku mojej głowy pewien głosik cały czas poddawał to w wątpliwość, nie mając nawet nadziei na to, że coś takiego się może zadziać w tej jakże ponurej rzeczywistości. To by było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Można więc łatwo wyobrazić sobie mój szok na twarzy, gdy Deryck powrócił z naręczem owoców z drzewa młodości… A po tym runął jak długi na podłogę.

- Oboje macie coś z tymi nogami – żachnęła się Teenie, cmokając z niezadowoleniem. – Zawsze sobie coś z nimi zrobicie!

Przesunęłam się do krawędzi kanapy, żeby mieć lepszy widok.

- Teenie, co mu jest? – mój głos w połowie wypowiadanego zdania zadrżał lekko, za co mogłam być na siebie nieco zła.

- Błękitniec – wiedźma podwinęła nogawkę na lewej nodze mężczyzny. – Ale na to też coś zdziałamy, spokojnie. Potrzebuje tylko pomocy, żeby go przenieść.

6 kwietnia 2020

Od Bezimiennego CD Tibbie

Jeszcze przez chwilę od pożegnania z Tibbie brunet czuł delikatny niepokój. Tego dnia wieczór nadszedł niespodziewanie szybko. Miał drobne obawy związane z jej bezpieczeństwem podczas powrotu do domu. W końcu z każdą minutą robiło się coraz ciemniej i ciemniej, a jak wiadomo, na wyspie mrok był definicją zagrożenia. Dodatkowo za dnia, gdy szukali drogi do krypty, zostali zaatakowani przez te przeklęte Mchelniki. Nie przewidywał, by tym razem miało być lepiej, wręcz przeciwnie, mogło być tylko i wyłącznie gorzej. Przeszło mu nawet przez myśl czyby nie pójść za nią, choćby w ukryciu i dopilnować, by dotarła na miejsce w całości. Szybko jego pomysł zdementowała inna myśl. Przecież kobieta nie była małą bezbronną dziewczynką, zdążyła już mu przecież udowodnić, że potrafiła o siebie zadbać. Podczas spotkania ze skalnymi potworkami, nie spodziewał się nawet, że poradzi sobie aż tak dobrze. Ponadto, miał u niej dług wdzięczności, ale był już w trakcie spłacania go. Prócz tego nie był zobowiązany do niczego innego wobec niej. Wiedział, że to prawda, jakkolwiekby mu się nie podobała. Musiał też myśleć o sobie, choć było to wbrew jego naturze. Nie raz przeklinał swój charakter, tę nieodpartą chęć pomocy innym. Najwyraźniej jednak nie stracił swojego człowieczeństwa, choć był świadom, że mimo tej chęci pomagania innym skazańcom, wcale nie był altruistą i to denerwowało, go chyba bardziej niż wszystko inne; że też człowiek został stworzony jako egoista. Zawsze, we wszystkim doszukiwał się korzyści dla siebie. Nawet dobrzy ludzi nie byli do końca dobrzy. Gdyby nie widzieli w swoich czynach korzyści dla swojej osoby, to najzwyczajniej w świecie nie robiliby tego, co robią. Czyniąc dobro, większość wolontariuszy dzięki temu utwierdza się w przekonaniu, że są dobrze. Colette natomiast starał się udowodnić samemu sobie, że nie jest zły. Z każdym dobrym uczynkiem, starał się odpokutować swoje dawne życie, wszystkie okropieństwa, jakich się dopuścił. Starał się sobie wybaczyć…

5 kwietnia 2020

Od Charlesa do Venti i Giny

     Charles zatracił się w czasie i nawet rysowanie kredą po ścianie jaskini nie pomogło mu na dłuższą metę w odliczaniu dni na wyspie. Próbował też uformować prowizoryczny kalendarz, co pomogłoby mu w jakikolwiek sposób odczuć, że w pewien sposób ma kontrolę nad własnym życiem, nawet jeśli znalazł się w kropce. Mimo to, jego najszczersze chęci spaliły się na panewce, bo poczucie, jakby jego życie uciekało mu między palcami, w końcu wygrało i przejęło nad nim kontrolę. Każdy dzień zaczął mieszać się z poprzednim, nie rozróżniał, czy minął tydzień, czy może miesiąc, nie mieli tu także zegarków czy kompasu, a nawet jeśli, podejrzewał, że ten po prostu by tu nie działał, bo równie dobrze wyspa mogła znajdować się na równiku, pośród niczego. To uczucie było okropne i pożerało mężczyznę od środka, jednak nie mógł sobie pozwolić na słabość. Kto to widział, żeby jego młodsza siostra lepiej dawała sobie radę od niego samego. W rzeczywistości nie wiedział jak wyglądała ta sytuacja z jej perspektywy, bo po prostu z nią o tym nie rozmawiał i nie chodziło tu o unikanie rozmowy na ten temat - czas wolny na wyspie skrócił się do minimum, było ich za mało, aby mieli wszystko pod kontrolą i każdy miał przydzielone swoje zajęcia. Akurat Charles musiał być tym, który zajmował się wszystkim naraz, ale widocznie los tak chciał. Mimo wszystko, też nie było tak, że nie dawał sobie rady.

4 kwietnia 2020

Od Derycka CD Bobby

Gdy tylko Bobby otworzyła puszkę kawy, uśmiechając się od ucha do ucha, sam poczułem napływ miłego uczucia. Cieszyło mnie, że chociaż tyle mogłem dla niej zrobić, gdy ta pomogła i mnie. Zastanawiałem się przez ten jeden krótki moment, o czym myśli. Być może odpłynęła swoimi myślami w czasy, w których pewnie popijała kawę siedząc w swoim ogrodzie, podczas pięknej pogody i relaksowała się nad książką. Być może wspominała swoje dobre lata, w których wstała wcześnie rano, piła kawę, by jakoś przeżyć dzień do końca i też było coś w tym sentymentalnego.

Przyglądałem się jej, w dłuższym milczeniu zastanawiając się nad nią samą. Trzeba było przyznać, że jest bardzo piękną kobietą, choć nigdy nie przepadałem za dziewczynami z dredami i wydziwianymi fryzurami. Miała w sobie jakąś dzikość i coś, co przyciągało wzrok. Sam nie do końca umiem powiedzieć, co to dokładnie było.
Po chwili jednak skończyłem swoje dumanie i uznałem, że najwyższa pora zawijać się do domu. Nie mogłem przecież u niej siedzieć w nieskończoność. Moje zbieranie się, wybudziło i Bobby ze swoich wspominek. Od razu się zebrała i zapytała, gdzie się wybieram. Cóż, musiałem już wracać. Natura Wendigo nie śpi, robię się głodny, a nie będę się narzucać. Nie mogłem jej jednak tego opowiedzieć.
Po chwili jednak dostrzegła coś, czego w sumie nie powinna. Złapała mnie i zaczęła robić oględziny. Nie byłem chyba gotowy na takie czułości z jej strony, przez co ją złapałem, a ta sprytnie wyrwała ręce.
-Jesteś ranny! - Krzyknęła, stojąc naprzeciwko mnie.
-To nic takiego… - Zaoponowałem i mimo wszystko chciałem wyjść, przez co stanęła mi na drodze do drzwi.
- Nie wyjdziesz z tego domu ranny i w takim ubraniu. - Powiedziała stanowczo, krzyżując dłonie na piersiach.

Od Derycka CD Venti

Pożegnałem się z dziewczyną w dość oschłych okolicznościach. Nie podaliśmy sobie nawet ręki, co było aż dziwne, szczególnie z tego względu, że zamierzała mi pomóc i to w nietypowy sposób. Po cichu liczyłem, chociaż na lekkie przytulenie się nawet. Nie poznałem jeszcze na wyspie osoby ba, tym bardziej osadnika, który chciałby pomóc mi przeniknąć w swoje szeregi. Było to z jednej strony głupie, ale i odważne przedsięwzięcie dla obu stron. Dla mnie, gdyż co niektórzy mnie znali i wiedzieli o mnie co nieco, szczególnie strażnicy, którym często się wymykałem i dla Venti, która chciała narażać swoje życie i zdrowie, aby mi w tym pomóc. Nie do końca też rozumiałem, dlaczego chce to zrobić, jednakże nie zwracałem na to większej uwagi. Byłem jej cholernie wdzięczny, przez co postanowiłem się jakoś odwdzięczyć. Musiałem tylko sprytnie obmyślić plan działania.

3 kwietnia 2020

Od Venti CD Derycka

Z jednej strony czułam się podle, że naprawdę odczułam ulgę na jego ostatnie słowa. Obawy z dna mojej duszy huczały w mojej czaszce, zmuszając mnie do jakże dyskretnej obserwacji każdego jego ruchu, zmieniającej się mimiki twarzy, gestów, tonacji… Druga, ta analityczna część mnie nie odpuszczała. Prześwietlała całą sylwetkę Derycka bez przerwy. Od pierwszego naszego spotkania, aż do teraz. Wiedziałam, że tak będzie. Nie dziwiło mnie to, a raczej uspokajało. Siedząc tak z napiętymi mięśniami i w najwyższym stopniu gotowości, dość szybko się męczyłam. Zwłaszcza psychicznie. Opuszczenie gardy w samotności było niczym wytchnienie od żmudnej pracy dla mojego umysłu, działającego na najwyższych obrotach. Czułam się z tym źle, bo pozwalałam człowiekowi pełnemu dobrych intencji, który miał ogromny potencjał, ruszyć samotnie w głąb puszczy podczas szalejącej na zewnątrz burzy. Byłam już wystarczająco podła? Straciłam resztki człowieczeństwa, nawet jeśli nie byłam w jakiejś części zwierzęciem? Bycie wróżką w pewien sposób odseparowywało mnie od reszty. Stanowiłam coś innego, istotę, jakiej do tej pory nigdy nigdzie nie było, a w bajkach była przedstawiana jako ta dobra.
- Dobrze – mój głos nie oddawał w żadnym stopniu mojego wewnętrznego konfliktu. – Uważaj na siebie. Upiorę i zszyję twoje ubrania, więc jak spotkamy się jutro o tej samej porze, to będą gotowe razem z twoim kamieniem profesji. Dla drwali jest topaz.
  Na moje słowa uśmiechnął się, choć ja sama bym dała sobie kopniaka za bezuczuciowość oraz tę sztucznie wyuczoną kulturę osobistą.

Od Bezimiennego CD Aven

Po rozstaniu z rudowłosą, od razu skierował się w stronę swojej kryjówki, jak cień znikając pomiędzy drzewami. Nieco zaskoczyła go propozycja kobiety, by ta odprowadziła go od „domu”. Naturalnie odmówił od razu. Prawdopodobnie dyktowała nią zwykła troska, w końcu rana narażała go na duże niebezpieczeństwo w razie ataku. Stan Bezimiennego mocno utrudniał jakąkolwiek obronę, niemal całkowicie wykluczając jego tajną broń. Osłabiony, po zwalczeniu trucizny i utracie krwi, praktycznie nie był w stanie zmienić formy, która niemal gwarantowała mu nietykalność i bezpieczeństwo. Był to chyba odpowiedni moment, by zmusił się do polowania, którego tak bardzo nie znosił.
Ten jeden raz postanowił zachować się odpowiedzialnie i nie zdradzać osadniczce miejsca swojego pobytu. Zdecydowanie zbyt wiele osób znało już jego lokalizację. Z każdą kolejną osobą stawało się to coraz niebezpieczniejsze. Jedyną rzeczą, jaka go uspokajała to fakt, że spędzał w katakumbach naprawdę dużo czasu i nie potrzebował snu, dzięki czemu ryzyko kradzieży znacząco malało. Nie ulegało jednak wątpliwości, że to nadal nie było szczególnie mądre.

1 kwietnia 2020

Od Cynth CD Iriego

Zanim dotarło do mnie, co dokładnie się stało, nagle nie byłam już sama.
Usłyszałam, że pojawił się nowy odgłos, ale nie byłam w stanie go zidentyfikować. Lekko spłoszona i zaniepokojona ogarnęłam wzrokiem otoczenie.
Dziura. Dziura w ziemi. Nic więcej, więc ten odgłos nie pochodził "stąd". Jedyną opcją była góra.
Uniosłam głowę, mocniej chwytając torbę. Na szczęście jej nie zgubiłam, broń jest pod ręką.
Na moment zaślepiła mnie różnica jaskrawości światła, ale dość szybko odróżniłam człekokształtną sylwetkę, odcinającą się czarnym konturem. Niedobrze. Czyżby właściciel pułapki, zaalarmowany jakimś mechanizmem albo nawet obserwujący, przyszedł po łup?
Rozległy się kolejne, nie do rozszyfrowania dla mnie słowa. Postać nagle zeskoczyła w dół dziury.
Postawny mężczyzna. Nie mam co się siłować, moje szanse spadały poniżej zera.
Widziałam, jak mnie obserwuje. Jego wzrok zatrzymał się na mojej obolałej kończynie. Ocenia, jak ciężko będzie mu mnie zabić?

Od Fafnir'a CD Phanthoma

Byłem szczerze zdziwiony, gdy Phanthom zjadł całą zupę i poprosił nawet o dokładkę. Czy chciał mnie pocieszyć w ten sposób? A może naprawdę mu smakowało? W zamyśleniu zebrałem naczynia i zabrałem się za ich mycie. Po chwili poczułem oplatające mnie w pasie ręce kowala i jego ciepły oddech na karku, gdy się do mnie przytulił. Znieruchomiałem ze zdziwienia. Co było w tym przepisie?
- Dziękuję. - powiedział brunet, delikatnie mnie przytulając. Phanthom zanurzył swoją twarz w moich włosach i wciągnął nosem ich zapach. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem, więc wciąż stałem jak wryty, próbując wszystko jakoś przetworzyć. Może tak właśnie zachowują się przyjaciele? Nigdy wcześniej ich nie miałem, więc ciężko mi to stwierdzić. Niepewnie nakryłem dłonie Osadnika swoimi i delikatnie się w niego wtuliłem.
- Połóż się jeszcze na chwilę. - powiedziałem po chwili ciszy. Phanthom westchnął cicho.
- Umyłbym się, ale wszystko mnie boli. Wszystko. - odparł kowal, podkreślając ostatnie słowo. Doskonale wiedziałem, jak się czuł. Niegdyś i ja przez to przechodziłem. Wciąż pamiętam swoją przemianę. Na samą myśl o niej przebiegają mi ciarki po plecach.
- Pomogę ci. - zaproponowałem. Kowal automatycznie znieruchomiał.
- Umyć mi się? - dopytał z niedowierzaniem. Kiwnąłem twierdząco głową. Phanthom wyglądał na zawstydzonego, ale dla mnie to wydawało się jak najbardziej normalne. W końcu to tylko zwykła pomoc, udzielana przyjacielowi.
- Dobra, pójdę nalać wody do balii. - odparł brunet po chwili milczenia, puścił mnie i ruszył w stronę drzwi. Złapałem go za rękę, zanim zdążył się oddalić.
- Ja to zrobię, ty sobie przygotuj ubranie. I nowy bandaż. - powiedziałem, następnie wybiegając z kuchni, by jak najszybciej przygotować kąpiel dla przyjaciela. Doskonale wiedziałem, jak bardzo był obolały. Potrzebował pomocy, a ja mogłem i chciałem mu jej udzielić.

Od Iriego CD Cynth

Ulewa, jaka szalała od samego rana, uziemiła Iriego w domu, na co mężczyzna przystał. Nie miał ochoty wychodzić, jeśli jedyne co mogłoby w ten sposób zyskać to przemoknięte ubrania i zagrożenia przeziębienia się. Na wyspie nie mógł liczyć na opiekę medyczną i zapewne, gdyby zachorował, mógłby już z tego wyjść. Co prawda przed zaszczepieniem mu genu fauna nie było wcale lepiej, żyjąc na ulicy, nie miał pieniędzy na wizyty lekarskie, ale przynajmniej miał kilka zaskórniaków, dzięki którym w aptece mógł zaopatrzyć się w leki niesprzedawanych na receptę. Będąc tutaj, mógł liczyć tylko na zdrowotne działanie swoich ziół.

Nowy człowiek - Genevieve Chatier



avvart

Gina | 18 lat | Człowiek



Od Lynn CD Renarda

     Nie było co ukrywać, chłopak wyglądał jak siedem nieszczęść i co gorsze, nawet kiedy przed moimi oczyma stawał jego wygląd sprzed kilku miesięcy, nie było lepiej. Owszem, wtedy jeszcze nie przypominał chodzącego trupa, ani nie był tak pokiereszowany, jednak jego oczy pozostawały zawsze tak samo mętne i bez wyrazu. Przeważnie gdzieś tam wędrowała iskierka rozbawienia, czy kpiny, jednak to było jedynie złudzenie, niestety cholernie dobre, którym zakrywał się przed innymi. Nie byłam psychologiem, nie znałam się aż tak dobrze na ludziach, aby wyciągać takie poważne wnioski po kilku spotkaniach, jednak w tym przypadku się o to pokusiłam i wątpiłam, abym się myliła. Matczyne podejście Melody do chłopaka także nie mogło być bezpodstawne i wątpiłam, aby traktowała go tak tylko dlatego, że była starsza. To wszystko musiało być dużo głębsze, niż się wydawało na pierwszy rzut oka, ale kim ja byłam, aby się do tego wtrącać? Mogłam jedynie spekulować, a to i tak było już wystarczająco wścibskie, dlatego wszelkie opinie trzymałam zawsze dla siebie i nie wychodziłam ze swojej szczupłej strefy komfortu, bo nie tylko Renard mógłby poczuć się źle w takiej sytuacji.

Nowy człowiek - Charles Chatier



LoranDeSore

Charles | 25 lat | Człowiek


Podsumowanie miesiąca - luty, marzec

Marzec dobiegł końca, a wraz z nim pojawia się spore podsumowanie ostatniego czasu. Jest ono dosyć ważne, więc prosimy Was o dokładne przeczytanie. Znajdziecie tu podsumowanie eventu, lutego oraz marca, a na samym dole będzie krótka (ale tak samo ważna) informacja. Zaczynając, mam nadzieję, że Was nie zanudzimy.


Od Renarda CD Lynn [etap 3 > etap 4]

    Gdzie byłem? Dobre pytanie, chociaż odpowiedź na nie była bardzo prosta. Zamknięty we własnym świecie, w swojej głowie. Możliwe, że nadal w niej siedziałem bo wszystko dookoła wydawało mi się ciągle takie mętne, wyblakłe. Jakbym poruszał się we mgle, która przy okazji bardzo ograniczała moje ruchy. Chciałem się już uwolnić, znowu spojrzeć na wszystko z tej lepszej perspektywy, ale chwilowo było to bardzo ciężkie. Nigdzie nie widziałem wyjścia, jakiegoś klucza albo znaku, więc wychodzi na to, że jeszcze nie był to mój czas na powrót. Powoli spuściłem wzrok na jasnowłosą, która opatrywała moje rany. Była za bardzo zajęta wycieraniem brudu i krwi żeby zarzucić mi to, że się na nią gapię. Co ją właściwie obchodziło gdzie byłem? Zdaję sobie sprawę, że Melody się zamartwiała trwając w tej niewiedzy, ale Lynn? Z drugiej strony musiała pewnie też znosić grymasy jej znajomej co spowodowało, że teraz stała się taka ciekawska. W końcu odchyliłem głowę do tyłu i cicho parsknąłem żeby zwrócić jej uwagę.
- No wiesz, tu i tam. Szukałem czegoś na śniadanie - wzruszyłem ciężko ramionami i zerknąłem na jej mało rozbawioną tą wypowiedzią minę.

Od Tibbie CD Iriego

     Poczucie zagrożenia, potencjalnego niebezpieczeństwa i wrodzony mechanizm obronny nakazywał mi uciekać. Bycie naiwnym to ostatnie, na co można sobie pozwolić przebywając na wyspie, a tym bardziej jeśli żyje się poza granicami wioski. Na dodatek, mężczyzna nie wyglądał przyjaźnie, nawet jeśli nie miał złych zamiarów, to jego spore rozmiary nie budziły zaufania, a przynajmniej nie do tego stopnia, abym po dobroci weszła do jego domu. Nie, dziękuję, paszczę lwa odwiedzę innym razem. W obecnej sytuacji nawet propozycja jedzenia nie była w stanie mnie przekonać, bo zwyczajnie wolałabym umrzeć z głodu. Byłoby to mniej uwłaczające.

Od Bobby CD Derycka

Wystarczyło jedno niuchnięcie zawartości puszki, a świat jakby stał się bardziej kolorowy. Cudowny zapach przypominał dobre czasy które dawno minęły. Miłe siedzenie w chłodne wieczory z parującym kubkiem, w dresach, z uczuciem błogiego spokoju i stabilności. Czegoś, czego ostatnimi czasy bardzo tu brakowało. Nie żebym sama narzekała na moją robotę, bo w końcu to ja utrzymywałam mury wioski w jednej kupie. Ale jak widać po samotniku goszczącym właśnie w moich skromnych progach, guzik to dawało.

Od Tibby CD Bezimiennego [etap 1 > etap 2]

     Tibby zawsze była w stanie przyjąć do swojej wiadomości naprawdę wiele, jednak ostatnimi czasy głównie ta umiejętność była wystawiana na próbę. Myślała, że oswojenie się z wyspą i sytuacją, w której się znalazła, nie było dla niej niczym trudnym i uporała się z tym w miarę szybko. Teraz, siedząc w domu obcego jej mężczyzny, a na dodatek jedząc z nim posiłek, sama nie wiedziała w którym miejscu popełniła błąd. Było to dosyć osobliwe uczucie, gdyż wszelki kontakt z innymi zmodyfikowanymi zawsze ograniczała do niemalże zera, nie licząc wymienianego z Fafnirem co jakiś czas, nieprzyjemnego spojrzenia. Mieszkali obok siebie, działali na własną rękę. Nie zamierzali się ze sobą spoufalać, jedyne co, to po prostu się... tolerowali, bo nawet do szacunku sporo brakowało, a przynajmniej ze strony kobiety. Nie wiedziała jak wyglądała sytuacja z perspektywy mężczyzny.