1 kwietnia 2020

Od Lynn CD Renarda

     Nie było co ukrywać, chłopak wyglądał jak siedem nieszczęść i co gorsze, nawet kiedy przed moimi oczyma stawał jego wygląd sprzed kilku miesięcy, nie było lepiej. Owszem, wtedy jeszcze nie przypominał chodzącego trupa, ani nie był tak pokiereszowany, jednak jego oczy pozostawały zawsze tak samo mętne i bez wyrazu. Przeważnie gdzieś tam wędrowała iskierka rozbawienia, czy kpiny, jednak to było jedynie złudzenie, niestety cholernie dobre, którym zakrywał się przed innymi. Nie byłam psychologiem, nie znałam się aż tak dobrze na ludziach, aby wyciągać takie poważne wnioski po kilku spotkaniach, jednak w tym przypadku się o to pokusiłam i wątpiłam, abym się myliła. Matczyne podejście Melody do chłopaka także nie mogło być bezpodstawne i wątpiłam, aby traktowała go tak tylko dlatego, że była starsza. To wszystko musiało być dużo głębsze, niż się wydawało na pierwszy rzut oka, ale kim ja byłam, aby się do tego wtrącać? Mogłam jedynie spekulować, a to i tak było już wystarczająco wścibskie, dlatego wszelkie opinie trzymałam zawsze dla siebie i nie wychodziłam ze swojej szczupłej strefy komfortu, bo nie tylko Renard mógłby poczuć się źle w takiej sytuacji.

     Nie miałam zamiaru się nad nim litować, bo to całkowicie mijało się z jakimkolwiek celem. Nie byłam też dla niego w żaden sposób bliską osobą, ot, znajomi. I to by było na tyle, dlatego nie naciskałam, ani nie pytałam, bo wiedziałam po sobie, że nie byłabym skora do mówienia czegokolwiek o sobie komuś, kogo nie znałam i zwyczajnie mu nie ufałam. On też nie był specjalnie wylewny, więc temat zwykle uciekał nam między palcami i sprowadzało się do krótkiego droczenia się i przekomarzania.

     Po opatrzeniu jego ran, które, tak na marginesie, nie wiem jak zrobił, wróciłam do szycia jednej z wielu kurtek. Melody zszyła jego biedną pelerynę będącą w opłakanym stanie, a on z zadowoleniem zmierzył ją spojrzeniem. W pewnym momencie jego zachowanie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Wyglądał, jakby chwilowo stracił kontakt z rzeczywistością, nie odpowiadał na ciche pytania Melody, a jego oddech niespodziewanie przyspieszył do takiego tempa, jakie ja osiągałam po kilometrowym biegu. Żart, nie przebiegłabym tyle. Nagle stał się zupełnie nieporadny ruchowo, chwiał się na nogach i jego stan wyglądał na poważny. Obserwowałam to ze zmarszczonymi brwiami i narastającym uczuciem niepokoju, kiedy zaczął kierować się w stronę łazienki. Strącił przy tym gliniane słoiczki, które stłukły się z trzaskiem, a igły i szpilki wysypały się na podłogę, wbijając się w drewniane panele. Drzwi od łazienki trzasnęły z hukiem, Melody rzuciła się do nich niemalże natychmiast. Ja stałam z boku, to w końcu nie była moja sprawa, ale w razie potrzeby byłam gotowa pomóc. Obserwowałam rozwój sytuacji, kiedy do naszych uszu doszedł jego przepełniony bólem wrzask. Nie trwało to długo, bo przecież nikt nie dałby cierpieć mu samemu w łazience. Melody zniknęła gdzieś za rogiem, uprzednio mówiąc do mnie coś, czego niestety nie zdążyłam zarejestrować, a może nie byłam w stanie, oszołomiona sytuacją. Drzwi od łazienki w pewnym momencie stanęły otworem i już chciałam wejść, jednak widok, który ujrzałam, wbił mnie w podłogę. Nie wiem jak wielkie było zwierzę stojące przede mną, jednak jego wygląd sprawił, że moja krew stężała w żyłach, odchodząc całkowicie od twarzy. Przełknęłam ślinę, widząc jego rozwścieczenie i ślinę kapiącą z paszczy uzbrojonej w szereg ostrych, połyskujących zębów. Zaczęłam się cofać z przerażeniem, w miarę kroków, które Renard pokonywał w moją stronę. Nie przypominał siebie, jego oczy były zamglone i pozbawione wszelkich resztek człowieczeństwa, z jakimi jeszcze nie tak dawno się spotkałam. W momencie, w którym z moich oczu pociekły łzy doszło do mnie, jak bardzo niebezpieczne jest życie na wyspie oraz, że dosłownie każdy jest w stanie zrobić krzywdę. Chłopak nad sobą nie panował, nie było w nim nic z tego Renarda, którego obdarowałam kuksańcem jeszcze kilkadziesiąt minut temu. Czułam się przy nim niezwykle mała, jego postać przewyższała mnie kilka razy i mało brakowało, aby dotknął sufitu, który z resztą był bardzo wysoko, jak na moje oko.

     W pewnym momencie, w którym myślałam, że nie wytrzymam z narastającego napięcia, Melody wróciła. Jej twarz przybrała zszokowany wyraz, ale chwilę później otrząsnęła się, krzycząc jego imię. Ten wydawał się, jakby tego zupełnie nie usłyszał - rozwścieczyło go to jeszcze bardziej. Nawet nie zauważyłam, kiedy skoczył w moim kierunku, a ja ze zduszonym krzykiem rzuciłam się w bok, aby mnie przypadkiem nie rozszarpał. Moja ciężka aura, która wytworzyła się jako mój naturalny mechanizm obronny nagle się przebudziła, na co nie miałam wpływu. Chłopak zaskomlał w bólu, opadając na ścianę. Ta zatrzęsła się niebezpiecznie, z komody, która stała o nią oparta, spadły na niego materiały i gliniane pojemniki z narzędziami. W budynku panowało pobojowisko, Renard opierał się o ścianę, ciężko dysząc, ja stałam przy jednej z przeciwległych, obserwując wszystko z przeszklonymi, szeroko otwartymi oczami, a Melody wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć.

     – Dzień dobry, ja po – wszystkie głowy naraz obróciły się w stronę drzwi, z których dobiegł czyjś głos. Krępy mężczyzna w podeszłym wieku stał u ich progu, patrząc na nas ze zdziwieniem wypisanym na twarzy. Kobieta natychmiast ruszyła w jego stronę, blokując wszelki widok, a następnie wyszła z nim na zewnątrz, mówiąc coś, czego już nie dosłyszałam.

     Przeniosłam swój rozbiegany wzrok na Renarda, który siedział tak, jak wcześniej, zmarnowany, z przymkniętymi oczami. Trząsł się jak osika na wietrze, chociaż to chyba było nie najlepsze porównanie, z uwagi na okoliczności. Mimo, że czułam obawę, podchodząc do niego, chwyciłam za koc leżący niedaleko i uklęknęłam przy chłopaku, narzucając go na jego ciało. Odgarnęłam wszystkie zniszczone rzeczy, które nas otaczały, pochylając się nad nim.

     – Chodź, położysz się – położyłam delikatnie dłoń na jego ramieniu, a ten wzdrygnął się przy pierwszym kontakcie. Był rozpalony i spocony, a jego włosy opadały na jego czoło, kiedy popatrzył na mnie swoim nieprzytomnym wzrokiem.

     – Poradzę sobie – zasapał ciężko i przy pierwszej próbie wstania od razu się przewrócił. Gdy ponowił starania upadł ponownie w końcu się poddając, na co westchnęłam ciężko, podchodząc do niego. Przerzuciłam jego rękę przez swoje ramię i w pierwszym momencie zgięłam się, czując jego ciężar, jednak chwilę później, na szczęście, leżał na kanapie w zacienionym kącie pomieszczenia. Nakryłam go szczelniej kocem, zostawiając na chwilę. W tym samym czasie poszłam do łazienki, z której wróciłam chwilę później z namoczonym ręcznikiem.

     – Weź to – powiedziałam cicho, nakładając zimny materiał na jego spocone czoło. – Chcesz coś pić? – spytałam na wszelki wypadek, jednak była to chyba bardziej... próba łączności, bo ten wyglądał, jakby tracił kontakt z rzeczywistością.

     – Wody – zasapał. – Proszę.

     W momencie, w którym wstałam i podeszłam do prowizorycznego, kuchennego blatu, biorąc z niej jeden z kubków i nalewając do niego wody, wróciła Melody z wyraźnie zmartwionym wyrazem twarzy. Najwidoczniej przepędziła osadnika, który napatoczył się tu w złym czasie, a kiedy spojrzała na mnie, wzruszyłam tylko ramionami, dając Renardowi wodę, którą wypił duszkiem. Pierwszy kubek pełen wody pochłonął w kilka sekund. I drugi, i trzeci, i czwarty. A potem zasnął twardym snem, więc z bezradności jedynie nakryłam go jeszcze jednym kocem, a następnie zaczęłam sprzątać dom razem z Melody.


Renard? +2PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz