Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renard. Pokaż wszystkie posty

28 czerwca 2020

Od Renarda CD Lynn

    Było to dziwne uczucie. Nie można było tego porównać do całusa w czoło na dobranoc jakim zawsze obdarowywała mnie matka. To było zdecydowanie przyjemniejsze i jak już się zaczęło, chciało się aby trwało jak najdłużej. Dlatego też przesunąłem swoje dłonie na plecy blondynki żeby mocno ją do siebie przytulić. Bałem się, że zaraz coś się stanie i wszystko okaże się nieprawdą albo, że Lynn zniknie tak samo jak matka pozostawiając mnie samego, bez czułości. W końcu nie tak to u mnie działało? Najpierw ktoś okazywał troskę i przyjaźń, a potem znikał na zawsze bez chociażby pożegnania. Nie mogłem pozwolić, aby i tym razem stało się tak stało. Nie byłem jednak do końca przekonany co mam zrobić, żeby koło znów się nie zatoczyło. Pierwszy raz przechodziłem przez coś takiego, a gdy na wyspie coś było obce, to przeważnie okazywało się niepokojące. Co jeżeli to też nie jest dobre, mimo iż czułem się wręcz idealnie? Zaniepokojony zmarszczyłem brwi i odsunąłem się od dziewczyny spoglądając na jej twarz. Była spokojna i chyba szczęśliwa. Nie wyglądała na wystraszoną jakby miało stać się coś złego.
- Wszystko gra? - zapytała powoli zabierając ręce z mojej szyi.
- Tak. Znaczy chyba. Dziwnie się czuję - odchrząknąłem zabierając dłonie z jej talii i cofnąłem się o krok - Robi się chłodno, lepiej wracajmy - dodałem zmierzając już w stronę brzegu.

20 maja 2020

Od Renarda CD Lynn

    Nie wiedziałem, co pokusiło Lynn, żeby wejść do środka, ale faktycznie mogły być tutaj jakieś potrzebne rzeczy, które leżą bez użytku, a komuś mogłyby się bardzo przydać. Przy okazji można rozejrzeć się nieco po wnętrzu posiadłości, która prawie ledwo trzymała się w pionie. Wszedłem do środka jako pierwszy od razu uważnie się rozglądając. Prawie od razu uderzył w nas dziwny smród, którego raczej wcześniej nie czułem, a przynajmniej teraz ciężko było stwierdzić, czy go kojarzę. Zmarszczyłem jedynie nos i skręciłem w pokój obok zostawiając w tyle dziewczynę. Dom był duży i wiele mógł skrywać, ale przy rozdzieleniu się, obejrzenie domu potrwa znacznie krócej. Znalazłem się w wielkim pokoju, który swoim wyglądem i meblami jakie tak były przypominał jadalnię. Wielki stół, z którego spadła biała płachta był cały pokryty kurzem, ale gdyby go wyczyścić i przysunąć krzesła, mogłoby się przy nim zmieścić ponad 30 osób.

8 maja 2020

Od Renarda CD Lynn

   Odwróciłem się do Lynn obserwując jej nieco zaniepokojoną minę. Czyżby się o mnie martwiła? Albo może sama obawiała się spać w domu, pod którym kręcą się niewiadome istoty. Chociaż to dziwne zważając na to, że tutaj takie akcje to raczej codzienność. Na moją twarz wpłynął uśmiech, który w ciemnościach nocy pozostał dla Lynn niewidzialny, a to może i dobrze. Poza tym cisza nocna, serio?
- Skoro proponujesz - wzruszyłem ramionami ustępując jej miejsca i wskazałem dłonią w stronę drogi przez most - Tchórze przodem - ukłoniłem się nisko szczerze rozbawiony.
- Dzięki, samobójcy mogą zostać z tyłu. Jeden pies co się z nimi stanie - posłała mi uroczy uśmiech.

10 kwietnia 2020

Od Renarda CD Lynn

    Przez większość czasu byłem w głębokim śnie, z którego nie mogłem się wydostać. Wiedziałem, że śnie, ale nie mogłem za nic wrócić do świata rzeczywistego, a wiedziałem, że muszę. Narobiłem wiele szkód, które muszę jak najszybciej naprawić. Czułem, że zbliżam się do bariery, którą muszę natychmiast rozbić i przedostać się do rzeczywistości. Dysponując siłą, która mi jeszcze została zacząłem walić w niewidzialną ścianę, dopóki nie poczułem, że wracam. Szeroko otworzyłem oczy i podniosłem się do siadu od razu wyciągając przed siebie swoje dłonie. Były normalne, ludzkie. Odetchnąłem z ulgą, przynajmniej tym mogłem się cieszyć. Przetarłem spocone czoło i lepiej rozejrzałem się po pomieszczeniu. Przeniosły mnie na kanapę na piętrze, gdzie swój dom miała Melody. Znałem te pokoje na pamięć, ale teraz czułem się tutaj obcy i niechciany. W co ja się zmieniłem? Widziałem już to, u ojca. Po jego przemianach byłem jedyną najbliższą osobą, na której mógł się... wyładować. Miałem nadzieję, że i ja nikogo nie skrzywdziłem? Strasznie zaniepokojony podniosłem się z kanapy, ale gdy moje ciało owiał chłód zorientowałem się, że byłem nagi. Dopiero wtedy dostrzegłem męskie spodnie i koszulkę złożone na stoliku przy sofie. Szybko przywdziałem zostawione ubranie i ignorując zawroty głowy udałem się do schodów.

1 kwietnia 2020

Od Renarda CD Lynn [etap 3 > etap 4]

    Gdzie byłem? Dobre pytanie, chociaż odpowiedź na nie była bardzo prosta. Zamknięty we własnym świecie, w swojej głowie. Możliwe, że nadal w niej siedziałem bo wszystko dookoła wydawało mi się ciągle takie mętne, wyblakłe. Jakbym poruszał się we mgle, która przy okazji bardzo ograniczała moje ruchy. Chciałem się już uwolnić, znowu spojrzeć na wszystko z tej lepszej perspektywy, ale chwilowo było to bardzo ciężkie. Nigdzie nie widziałem wyjścia, jakiegoś klucza albo znaku, więc wychodzi na to, że jeszcze nie był to mój czas na powrót. Powoli spuściłem wzrok na jasnowłosą, która opatrywała moje rany. Była za bardzo zajęta wycieraniem brudu i krwi żeby zarzucić mi to, że się na nią gapię. Co ją właściwie obchodziło gdzie byłem? Zdaję sobie sprawę, że Melody się zamartwiała trwając w tej niewiedzy, ale Lynn? Z drugiej strony musiała pewnie też znosić grymasy jej znajomej co spowodowało, że teraz stała się taka ciekawska. W końcu odchyliłem głowę do tyłu i cicho parsknąłem żeby zwrócić jej uwagę.
- No wiesz, tu i tam. Szukałem czegoś na śniadanie - wzruszyłem ciężko ramionami i zerknąłem na jej mało rozbawioną tą wypowiedzią minę.

28 marca 2020

Od Renarda CD Lynn

     Czując na sobie spojrzenie dziewczyny za plecami nieco się spiąłem. Była niestety lub stety chyba jedyną osobą, do której nie dotarły plotki na temat Lucia, Galii i ich tragicznej historii. Z jednej strony nie było to wcale takie istotne dla innych mieszkańców wyspy. Najmocniej odbiło się to jedynie na mnie i tylko mnie powinna obchodzić ta sprawa. Mimo wiadomych sprzeciwów ze strony mojego rozsądku, postanowiłem udzielić odpowiedz, jednak nikt nie powiedział, że musiała ona mieć w sobie wiele prawdy.
- Osada i jej mieszkańcy chyba za mną nie przepadają - wzruszyłem lekko ramionami - Poza tym mieszkam daleko... z ojcem - te słowa z trudem przeszły mi przez gardło, wstydziłem się go.
- Masz tutaj ojca? - słychać było zdziwienie w jej głosie.
- Tak, tak wyszło - kiwnąłem szybko głową marszcząc przy tym nos i zacząłem bawić się grzywą konia z bezradności - Bo widzisz, mnie nikt nie przysłał na tą wyspę i wcale nie jestem na niej uwięziony jak inni - dodałem, co było zupełnie niepotrzebne i zrozumiałem to, gdy było już po fakcie.
    Brawo Renard, a więc to jest twój plan na utrzymywanie swoich tajemnic tylko dla siebie? Cóż, nie wyszło.

10 grudnia 2019

Od Renarda CD Lynn

    Idąc z niską kobietą do łazienki myślałem tylko o oczach, które nie wiedzieć czemu przyglądały mi się z taką ciekawością. Nic niezwykłego poza brudem walki we mnie nie było żeby zawiesić oko chyba, że z obrzydzeniem. Wzruszyłem ramionami i wszedłem za Melody do małej łazienki, w której ledwo się razem zmieściliśmy zapewne przez mój wzrost. Rozglądając się szybko wybrałem miejsce do siedzenia, a mianowicie róg wanny, gdzie nie było zbyt wygodnie, ale musiałem wytrzymać.
- No, a teraz pokazuj co tam masz - westchnęła kobieta z kufrem pełnym przeróżnych leków i preparatów.
Serio, skąd ona to wszystko wzięła? Była krawcową, a nie uzdrowicielką czy nawet handlarką. Uniosłem lekko brew, ale nie wnikając w szczegóły uniosłem nogawkę naderwanych spodni odsłaniając siną, zakrwawioną i zaropiałą ranę. Była otwarta i wyglądała na tyle obrzydliwe, że musiałem szybko odwrócić wzrok, aby zaraz się nie porzygać. Wstrzymałem powietrze obserwując równie zniesmaczoną minę Melody, która tylko bez słowa postawiła skrzynkę na ziemi i zaczęła w niej grzebać. Nic dziwnego, że nic nie mówiła, pewnie również wstrzymywała się od puszczenia pawia.
- Ciesz się, że znam się na szyciu - odparła w końcu odnajdując fiolkę z niebieskim płynem, igłę i zwykłą nić.
- Mam nadzieję, że załatasz mnie ładnie jak swoje kreacje - przełknąłem głośno ślinę patrząc jak nawleka nić na przerażająco ostrą igłę.
Może i to głupie, że nie obawiałem się walk z przeróżnymi potworami, a jedna igła pozwoli mnie załatwić, ale kto się ich nie boi. Chyba wszyscy, nie?

9 grudnia 2019

Od Renarda do Lynn

     Zima niby zwykła pora roku, która na wyspie nastaje zawsze po senniku i jest równie gburowata, ale i na swój sposób piękna. Widoki są wspaniałe i wynagradzają ogromne mrozy, dosyć ciężkie dla mieszkańców. Białym krajobrazem może cieszyć się każdy, ale nie każdy ma na to czas i przede wszystkim chęci. Takim niezadowolonym osobnikiem okazał się również Renard, któremu metrowe zaspy rujnowały wszystkie zamiary i jeszcze dodawały mu obowiązków. W jego skromnej chacie, którą zostawił mu ojciec było potwornie zimno, a mu zwyczajnie nie chciało się codziennie palić w kominku lub zagotowywać wody dlatego też częściej przebywał nielegalnie w wiosce lub podróżował po wyspie. Tego popołudnia zdecydował się odwiedzić swoją kompletnie zmarłą rodzinkę pochowaną za szczycie gór Ungcy. Zabrał ze sobą tylko plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, a przed wyjściem zawiązał ciepłe glany i pelerynę podszytą futrem, którą zrobiła mu Melody. Był jej bardzo wdzięczny za wszelką troskę, jaką go obdarza, gdyż od śmierci matki to ona sprawuje w jego życiu rolę opiekunki. No oczywiście nie dosłownie i tylko wtedy, gdy Renard jej na to pozwoli. Opatulony wyszedł na zewnątrz i jak najszybciej znalazł się przy Dastonie, którego ciało lekko drżało z zimna. Ciemnowłosy pogłaskał go przyjaźnie po pysku żeby dodać mu nieco otuchy i osiodłał konia swojej młodszej siostry.
- Chodź kolego, musimy się nieco rozgrzać - uśmiechnął się chytrze, gdy dosiadł konia i wbił pięty w jego boki na znak czego ogier pognał przed siebie.

23 listopada 2019

Od Renarda CD Tenebrisa

   Z przykrością Renard musiał stwierdzić, że ten mu obcy człowiek wiedział o jego matce więcej niż on. Nie zdążył jej dobrze poznać, ani dowiedzieć się czegoś więcej o jej przeszłości. Co prawda Galię ciężko było namówić do opowiadania o jej niesamowitych przygodach, ale Renard od zawsze miał dar przekonywania. Część z jej historii została mu przekazana, ale o reszcie słuch zaginął. Ciemnowłosy pociągnął nosem na wspomnienie swojej pomocnej matki, która zawsze wyciągała dłoń do kogo trzeba. Była bardzo rozsądna i rozważna, ale też cholernie odważna.
- Więc też jesteś samotnikiem? - odparł po chwili chłopak starając się w końcu uspokoić głos.
- To nie jesteś z osady? Przecież Galia była osadniczką - skrzywił brwi obserwując niższego i młodszego.
- Nie. Ja mieszkam z ojcem od jej śmierci, a że Lucio ma słabą reputację... Musiałem odejść z wioski - wzruszył ramionami i nasunął mocniej kaptur, żeby ochronić oczy od deszczu, który zaczął spadać z nieba.
- Rozumiem. Też słyszałem o Lucio - zamyślił się na chwilę i spojrzał ostatni raz na pomnik jego starej przyjaciółki - Na mnie już czas, pogoda się psuje - dodał ruszając w stronę ścieżki.
- Ja też idę. W której części wyspy mieszkasz? - zagadał Renard doganiając Tenebrisa.
- W tamtą stronę - wskazał palcem akurat w kierunku, w którym zmierzał również dzieciak.
- O to super, bo ja też - pokiwał głową bez wyrazu i wyprzedził nieco faceta chcąc prowadzić.

27 września 2019

Od Renarda CD Tenebris'a - etap 2 > etap 3

    Ręce niesamowicie mu się trzęsły i możliwe, że to ze stresu, ale on wolał twierdzić, że z ekscytacji. Nie codziennie miał świetną okazję włamywania się do jednej z największych posiadłości w osadzie. Miał nadzieję, że jest zamieszkiwany przez kogoś bogatszego, gdyż wtedy łupy będą więcej warte, ale gdy pchnął lekko drzwi, te bez przeszkód się przed nim otworzyły. Zdezorientowany postawił krok przed siebie uważnie rozglądając się po obszernym pomieszczeniu. Schody prowadzące na górę były w połowie uszkodzone, wszędzie wisiały pajęczyny i jakieś białe płachty zakrywające niektóre meble. Świetnie, trafił na opuszczony dom czego właściwie chciał uniknąć. Co prawda nadal mógł rozejrzeć się po rezydencji i zgarnąć to, co zostało, ale większą przyjemność sprawiłby mu fakt, że zabiera coś dla kogoś bardzo cennego. Westchnął zrezygnowany i podszedł do starej komody na wpół zakrytej przez biały materiał. Odkrył mebel, żeby zobaczyć go w całej okazałości i nie przedstawiał się zbyt dostojnie. Prawie cały lakier został pozdrapywany, więc pewnie mieszkała tu jakaś hybryda o ciężkich przemianach. Słyszał o przemianach od ojca, gdyż on przeszedł swoją pierwszą bezboleśnie, a przynajmniej tak mu się wydawało. Lucio twierdził, że był jeszcze mały i ból tak go przerósł, że o mało nie zginął. Uzdrowiciele spędzili wiele czasu, żeby go odratować i udało się, ale skończyło się tym, że Renard nic nie pamiętał. Może i dobrze, a może i nie, gdyż nie wie co czeka go dalej. Chłopak przykucnął przy komodzie przejeżdżając palcami po głębokich zadrapaniach i przeszły go nieoczekiwane ciarki. Spotykały go na wyspie gorsze widoki, ale nie wiadomo dlaczego akurat ten wywołał na nim takie wrażenie. Wzdrygnął się i podniósł chcąc obejrzeć resztę domu. Wszędzie było ciemno i chłodno, gdyż był środek nocy, ale wyostrzone zmysły pół wilkołaka pozwoliły mu doskonale odnaleźć się w otoczeniu. Pomimo kilku strasznych elementów jak na przykład porozrywana tapeta, poszarpane meble i masa pajęczyn, podobało mu się tutaj. Stwierdził nawet, że jeżeli żaden osadnik nie przejmie tego domu, będzie mógł się tutaj ukrywać. Rezydencja stała wystarczająco daleko od reszty budynków, że pewnie o niej zapomnieli. 

27 sierpnia 2019

Od Renarda CD Lucana

   Chłopak długo leżał z twarzą wciśniętą w poduszkę i tłumił krzyki, które same wydzierały się z jego gardła. Policzek nadal niespokojnie mu pulsował, a inne rany przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Łzy zmoczyły szorstki materiał pościeli i nawet nie starał się hamować tych łez. Gdy był sam z sobą, mógł pozwolić sobie na wszystko to, czego nikomu by nie pokazał. Nie chciał wyjść na słabego lub takiego, co rozczula się nad wszystkim. Życie na wyspie, chociaż krótkie, nauczyło go walki i zaciętości i starał się jakoś sobie z tym radzić. Po całkiem długim czasie, gdy stwierdził już, że wykrzyczał wszystko, co się w nim kumulowało, przewrócił się na plecy i spojrzał na sufit. Za oknem nadal było ciemno, a Lucio pewnie jeszcze nie opuścił ich chaty, więc Renardowi zostało czekać. Mógł tylko bezczynnie leżeć, gdyż na sen nie miał co liczyć. W jego głowie w jednym momencie znalazło się tyle myśli, że przez chwilę myślał, iż znowu wybuchnie. Mimo takich chęci starał się powstrzymać i cierpliwie wyczekiwać świtu.

26 sierpnia 2019

Od Renarda CD Björna

     Zasiadłszy na gałęzi wysokiego drzewa pozwalał jednej nodze swobodnie zwisać, zaś drugą opartą miał o kolejną gałąź. W jednej ręce trzymał soczyste jabłko, które w spokoju zjadał, a w drugiej nową książkę skradzioną z biblioteki. Cóż, skradziona była tylko w pewnym sensie, gdyż do biblioteki wstąpił bez problemu, ale żeby coś z niej wypożyczyć, nie mógł od tak podejść do lady i o to poprosić. Zwyczajnie wepchnął ją sobie do torby i uciekł na drzewo, gdzie uznał, że znajdzie spokój na nieco dłużej. Jabłko zgarnął zupełnie przez przypadek z targu, gdy był po drodze. Chłopak skupił się na lekturze powoli przeżuwając słodki miąższ. Historia była typu science fiction, więc była to dla niego zupełna nowość. Co się dziwić, w końcu urodził się na wyspie i nigdy nie poznał świata poza nią. Skąd ma wiedzieć co to telefon, telewizor czy tym bardziej jakiś robot. Mimo, iż wiele pojęć było dla niego niezrozumiałych, czytał dalej i powoli jakoś odnajdywał się w temacie. Ciekawe słówka do sprawdzenia podkreślał małym ołówkiem, żeby później poszukać ich w słownikach. Czytał dość szybko, a jakoś w połowie lektury skończył jabłko, którego ogryzkiem rzucił gdzieś w dal nie przejmując się jego dalszym losem. Książka nie była aż tak gruba, miała co najmniej 200 stron, więc Renardowi udało się ją przeczytać w jakieś trzy godziny. Kończąc podążać wzrokiem za ostatnim zdaniem, zamknął książkę i wrzucił do swojego plecaka, który wisiał na nieco dalszej gałęzi. Jego wcześniejsza wizyta w bibliotece odbyła się o bardzo wczesnej godzinie, a zanim skończył czytać wybiła dopiero dwunasta. Na jego nieszczęście, nie miał na tej wyspie wielu znajomych czy ciekawych zajęć, więc dniami nudził się błądząc wszędzie. Jego jedynym ratunkiem były książki i Melody. Niestety książki przeczytał już prawie wszystkie, a syrena była ostatnio bardzo zajęta spędzając czas ze swoim ukochanym. Ciemnowłosy głośno westchnął i zawisł na gałęzi do góry nogami podtrzymując się tylko łydkami. Puścił ręce luźno i zaczął lekko się bujać mamrocząc coś pod nosem. Świat na odwrót był tak samo nudny, jak ten normalny i nie ciekawił on mieszańca na tyle, aby dalej mu się przyglądać.

26 lipca 2019

Od Renarda CD Lucana

    Słowa mężczyzny nieco zbiły go z tropu. Natknął się więc na bestię, która zabija raczej dla przyjemności i satysfakcji. Co dziwne, że Renard stał jeszcze żywy w środku lasu dawno po zapadnięciu mroku. Niby miał parę siniaków, rozcięć i poobijany kręgosłup, ale dyszał. Ciężko, ale dyszał. Wspomniał o tym, że z zimną krwią mógłby zabić jego kochaną matkę? Gdyby żyła, pewnie rzuciłby się mu do gardła mając marne szanse na pokonanie go, ale teraz? Galia nie żyła już od bardzo dawna i spoczywała przysypana ziemią tuż obok jej córeczki, co znaczyło, że już nic jej nie grozi. Ciemnowłosy postanowił wsunąć miecz z powrotem do pochwy i nie prowokować więcej bójek. Kolejnych ciosów ze strony dorosłego mężczyzny by raczej nie wytrzymał, a co gorsza nie przeżył. Obserwując przekrwione ślepia wysokiego faceta, wycofał się nieco i złapał konia za uzdę.
- Nikt tutaj nie ma władzy - wysłowił się cicho zaciskając pięść na grubej lince - Jedna bestia gorsza od drugiej. Tutaj trzeba co najważniejsze bronić własnego ogona i myśleć tylko o sobie - dodał nieco pewniejszym głosem i miał szczerą nadzieję, że mu się za to nie oberwie.
- Dobre sobie, chłopaku. Gdy wszyscy są tutaj na tyle zdesperowani i boją się wystawić nogę poza mury osady, to my mamy przewagę. Ja mam... - odparł mrużąc nieco wciąż czerwone oczy, które nieustannie wywoływały o młodszego chłopaka dziwne dreszcze.
Po tych słowach uśmiechnął się lekko, ale zdecydowanie nie szczerze i przyjaźnie. Renard odwrócił zdezorientowany wzrok domyślając się, że to dobry moment na powrót do domu. Pospiesznie wskoczył na konia zahaczając o jego rany na boku, przez co ten zarżał niespokojnie. Chłopak poklepał go po szyi chcąc go nieco uspokoić, a gdy zerknął w stronę, gdzie przed chwilą stał długowłosy, nikogo nie zauważył. Dosłownie się zmył, a zdobycz Renarda zabrał ze sobą.
- Pieprzony wampir - warknął głośno i uderzył pięścią o pień drzewa obok.
Kora zdarła mu przy tym skórę na knykciach, ale w porównaniu do jego uszkodzonych pleców, był to żaden ból. Czując się źle z tym, że podwójnie męczy swojego ogiera, udał się czym prędzej w drogę powrotną.

14 lipca 2019

Od Renarda do Lucana

   Nie dało się ukryć, że jesień dawała we znaki. Temperatura była znacznie niższa, a wiatr non stop targał ubraniem i szarpał za włosy. Kaptur, który Renard usiłował utrzymać na głowie, cały czas strącany był przez ostre podmuchy, więc w końcu się poddał i nisko opuścił głowę. Nie wybrał dobrej pory na odwiedziny matki i siostry na pseudo cmentarzu. No, jeżeli ciała zawinięte w koce i przysypane ziemią u szczytu gór można nazwać cmentarzem. Lucio najchętniej nie robiłby z nimi nic, po ich śmierci zupełnie przestał przejmować się ich dalszym losem. Nikt nie widział Lucia podczas wypadku, tylko Renard. Był wściekły, krew dosłownie gotowała mu się w żyłach. Bez problemu w ułamku sekundy przeobraził się w ogromnego wilka i rzucił się do gardła dwóm warążom, które były już dawno po ataku na córkę z matką. Renard widział to wszystko zza drzewa, ale nie wiedział czy bardziej bał się olbrzymich zwierząt, czy własnego ojca, którym zawładnęła chęć zemsty. A jego rodzicielka i ukochana, mała Farrah leżały nieruchomo na kocu piknikowym nieopodal strumyka. Ciemnowłosy był z nimi cały czas i tylko na chwilę odszedł do lasu poszukać owoców. Podczas tej chwili wydarzyło się więcej, niż mógł się spodziewać. Przedtem nie wiedział, dlaczego ojciec zareagował tak agresywnie, ale teraz, gdy siedział nad grobami dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu, wiedział, że postąpiłby dokładnie tak samo. Renard przetarł zziębnięte dłonie, gdy jego knykcie zaczęły robić się sine i przez zaszklone oczy spojrzał na napis wyryty w kamieniu. Był krzywy, bo ryty przez jego własne ręce, ale nie miał serca pozostawiać rodziny bez niczego. Chociaż tyle mógł dla nich zrobić. Chłopak szybko przetarł łzy, które jakimś cudem wydostały się spod jego powiek. Nie płakał od tak dawna, od bardzo dawna nie czuł nic poza złością lub obojętnością, a teraz czuł szczery smutek i żal. Zawsze rozklejał się gdy myślał o tej tragedii i cieszył się, że nikt go nie widzi. Renard jak nie lubił dzielić się uczuciami, tak teraz nie uległo to żadnej zmianie.

27 czerwca 2019

Nowy samotnik ~ Renard dorósł






Renard | 17 lat | Mieszaniec



21 czerwca 2019

Od Renarda CD Pana Stasia

    Chłopiec niczym burza dotarł do swojego rumaka przed tym uderzając głową o mur podczas przechodzenia pod nim. Jego niezdarność z dnia na dzień wydawała się zwiększać, a on sam się za to przeklinał, gdyż jego ciało zdobiły liczne siniaki i zadrapania. Wdrapał się na konia tym razem z wyjątkową ostrożnością i wyruszył w drogę powrotną modląc się, żeby zdążyć przed ojcem i nie musieć mu się tłumaczyć z tego, gdzie przebywał. Renard w kłamstwach i wymówkach był kiepski więc nawet nie chciał próbować. Lucio zresztą wiedział, że jeżeli syn nie pałęta się gdzieś po lesie to na pewno zawitał do wioski. Czarnowłosy dotarł na miejsce można powiedzieć, że w ostatnim momencie. Gdy udało mu się zejść z konia bez szwanku, zza domu wyszedł jego ojciec i krzyżując ramiona tylko podejrzanie spojrzał na Renarda.
- Gdzie byłeś? - zapytał poważnym głosem zjeżdżając go wzrokiem.
- Ten... Hee... Tutaj! - z tego całego pośpiechu nie mógł teraz uspokoić oddechu mimo, iż bardzo się starał.
- To dlaczego jesteś taki zdyszany? - zmarszczył brwi niby to w gniewie, a raczej robił to przeważnie gdy coś podejrzewał.
- Bo... Biegałem! Biegałem sobie z koniem - uśmiechnął się zakłopotany chcąc oprzeć się ręką o bok ogiera, który okazał się stać za daleko, przez co Renard zachwiał się, ale na szczęście nie stracił równowagi.
- Mhm - nadal mu nie wierzył, ale postanowił odpuścić - Upolowałem coś na kolację. Niedługo będzie gotowa. A i... Pozbyłeś się peleryny? - dodał zanim wszedł do domu.
- Tak. Zrzuciłem ją z klifu - oczywiście skłamał, ale nie miał wyjścia.
Lucio i tak do wioski nie chodzi, więc nie zauważy, że peleryna jego kochanki stoi na wystawie u krawcowej. Chłopiec obserwował jak jego ojciec wchodzi do domu z dwoma zającami przewieszonymi przez ramię. Pewnie nikt się tego nawet nie domyślał, ale wilkołak był świetnym kucharzem i Renard bardzo cieszył się, że może zajadać się jego posiłkami i nigdy nie chodził głodny czy niedożywiony. W końcu pożegnał się z koniem i ruszył do środka za jego opiekunem od razu kierując się do pokoju. Odłożył swoje rzeczy i zdjął pelerynę wieszając ją na wieszaku na drzwiach, czyli na jej specjalnym miejscu. Wiedział, że jutro czeka go misja pod tytułem maść, więc będzie zmuszony odwiedzić wioskę. O dziwo nie czuł się nawet źle z tym, że zdobędzie ją prawie nielegalnie. Wydawało mu się, że póki robi to w dobrej wierze to nikt nie powinien się o to czepiać. Ciotka Harry i tak przecież wyjechała z wioski i niewiadome było kiedy wróci, a jeżeli to nie zauważy przecież braku jednej maści. Renard spakował rzeczy na jutrzejszą misję i zbiegł na dół zwołany przez Lucia. Zasiadł grzecznie do stołu wyczekując, aż ojciec poda mu posiłek. Chwilę później stało przed nim dobrze wypieczone mięso zająca w warzywach i ziołach. Warzywa i zioła zostały zapewne skradzione transferom lub handlarzom, na których napadł zdeterminowany Lucio. Tak czy siak, taka była codzienność i Renard już się do tego przyzwyczaił. Póki co postanowił rzucić się na przepyszne danie i sprzątnął je z talerza w mniej niż kilka minut. Wytarł usta wierzchnią stroną rękawa i wyprostował się czekając, aż i ojciec skończy jeść. Postanowił przerwać głuchą ciszę i doinformować się, co do jutrzejszych planów jego opiekuna.
- Tato? - wymachiwał nogami pod stołem i obserwował jak Lucio kończy swój posiłek - Co jutro robisz?
- Jak zawsze, idę na polowanie i nieco rozrabiam - wzruszył ramionami spoglądając na syna - A ty co taki ciekawski?
- Nie, nic. Po prostu chciałem się dowiedzieć, kiedy będziemy mogli trochę poćwiczyć walkę. Już dawno nie robiliśmy treningów - poszedł w tą stronę, bo wiedział, że tym samym uszczęśliwi ojca.
- O, proszę. Dobrze, że się tym interesujesz. Wrócę pod wieczór, więc będziemy mogli potrenować nad rzeką - odparł wstając od stołu i zebrał naczynia, żeby wrzucić je do zlewu i niestarannie przemyć. 
- Super. Dobranoc! - zeskoczył z krzesła i podbiegł do ojca, żeby objąć go lekko w pasie, na co ten zareagował wielkim zdziwieniem.
Nie mieli w zwyczaju obdarzać siebie nawzajem uczuciami, ale Renard odkąd pamiętał tulił się do matki i siostry, a gdy ich zabrakło, ofiarą został Lucio. Zmieszany nagłą czułością od syna tylko wyciągnął rękę i poklepał go lekko po plecach żegnając się z nim na dobranoc. Uszczęśliwiony chłopiec szybko dotarł do swojego pokoju i od razu wskoczył pod koce, żeby rano obudzić się na czas.
    Jasnym świtem Renard był już rzecz jasna na nogach i właśnie przyodziewał buty w holu mając lekkie problemy z zawiązaniem sznurówek. Niegdyś matka próbowała go tego nauczyć, ale potem odłożyli naukę, a teraz Renek nie wiedział jak sobie poradzić. Nie rezygnując jednak pozawiązywał mocne supły zamiast kokardki i wybiegł z domu. Dopadł do konia i tym razem wybrał drogę na skróty, którą ostatnio odkrył, a dzięki której szybciej dostanie się do wioski. Jak poprzednio uwiązał rumaka do drzewa i przecisnął się pod murem tym razem jednak zmierzając się z wielkim dla niego niebezpieczeństwem. Gdy Renard przechodził pod spodem, w okolicach przechadzał się właśnie strażnik. Chłopiec zastygł w miejscu i przyległ do dziury jak najmocniej i odczekał chwilę, aż strażnik odwróci wzrok i da mu szansę na przejście. Uzbrojony mężczyzna wcale się nie spieszył, ale na szczęście nie podchodził bliżej tylko cicho gwiżdżąc stawiał wolne kroki ku wierzy zwiadowczej. Dla chłopca jego przechadzka zdawała się trwać wieczność, a z tego stresu jeszcze się biedaczek spocił. Wyczekał odpowiedniego momentu i gdy strażnik był wystarczająco daleko, maluch wyczołgał się z ziemi i pobiegł ile sił mu było w nogach w stronę chaty Harry. Po drodze nie odwracał się ani razu bojąc się, że facet go zauważy i zacznie gonić. Na całe szczęście dotarł do celu bezpiecznie i teraz musiał rozkminić, jak dostanie się do środka. Przysiadł na ganku obserwując przechodniów, którzy podejrzanie na niego zerkali. Nie mógł wejść głównymi drzwiami, ale przecież były jeszcze tylne, prowadzące bezpośrednio do spiżarni z lekami. Obiegł dom i znalazł się przy drewnianych drzwiach zabezpieczonych kłódką. Wtem ciemnowłosy wyjął ze swojej torby dwa cienkie druciki i ukucnął przy ciężkim mechanizmie, który chciał jakimś cudem rozbroić. Za pomocą swoich narzędzi zaczął grzebać w zamku i układać druciki w jakikolwiek sposób mając nadzieję, że coś zaskoczy i kłódka spadnie. Męczył się nad tym ustrojstwem dobre kilkanaście minut i gdy już myślał, że wszystko stracone, kłódka zaskoczyła i spadła mu prosto na palce u nogi. Zawył z bólu zaraz jednak szybko zakrywając usta dłonią i czym prędzej wszedł do środka, żeby nikt go nie zauważył. W środku było sporo półek z jeszcze większą ilością przeróżnych fiolek, buteleczek i pojemników. Renard bezproblemowo znalazł półkę z maściami, a zaraz i jakieś preparaty dla zwierząt. Nie wiedząc co dokładnie dolega zwierzętom tamtego pana, zgarnął wszystkie cztery i zapakował je do torby. Gdy miał już wszystko, czego potrzebował, wcześniej rozglądając się przed wyjściem wydostał się na zewnątrz. Ponownie zamknął kłódkę na drzwiach i ruszył w stronę gospodarstwa wczoraj poznanego mężczyzny. Bez trudu je odnalazł, gdyż było to jedyne większe gospodarstwo niedaleko pól uprawnych, gdzie znajdowała się tak liczna zwierzyna. Podszedł do drzwi i zapukał do nich, ale gdy od dłuższego czasu nikt mu nie otwierał, postanowił przysiąść na ławce i poczekać. Ułożył swoją torbę na kolanach i był bardzo podekscytowany tym, że mógł uczestniczyć w tak ważnej misji. Długo nie musiał czekać, gdy w oddali zauważył zbliżającego się faceta. Podniósł się z ławki od razu wyciągając z torby cztery maści.
- Witaj Renard.. Co Cie do mnie sprowadza? - zapytał z uśmiechem, gdy dotarł do malucha.
- Maści. Dzisiaj rano pożyczyłem je z chatki naszej uzdrowicielki. Miałem oczywiście zapasowe klucze, więc bez problemu wszedłem do środka - począł dłubać butem w ziemi jak miał w zwyczaju, gdy kłamał lub coś kombinował - Proszę - podał wszystkie cztery wyczekując reakcji.
- Oh, dziękuję - uśmiechnął się przeglądając napisy na odwrocie i zanim zdążył coś powiedzieć, malec go wyprzedził.
- Wziąłem aż cztery, bo nie wiedziałem co dolega twoim zwierzakom. Mam nadzieję, że któraś zaradzi na ich problem - wpatrywał się z wyczekiwaniem w mężczyznę z podenerwowania gniotąc rąbek swojej peleryny.

Pan Staś?

10 czerwca 2019

Od Renarda CD Pana Stasia

   Wiatr przewinął mimowolnie kilka kartek grubej na kilkaset stron księgi, która leżała obok czarnej czupryny chłopca. Renard wydał się nie przejąć za bardzo poranną bryzą, która poza stronami zabawiła się też jego rozczochranymi już włosami. Uniósł tylko leniwie głowę orientując się, że przysnął na małej, ledwo trzymającej się ławce w trakcie czytania książki przygodowej. Nigdy przenigdy nie zdarzyło mu się jeszcze zasnąć podczas czytania, więc bardzo się zdziwił, że nie założył lektury przynajmniej jakąś zakładką w postaci porwanego papierka. Mimo iż nie pamiętał, jakim cudem zasnął na ganku, pamiętał przynajmniej na jakiej stronie skończył, więc wrócił do niej i zagiął jej górny róg, żeby wiedzieć od którego momentu później kontynuować. Wziął grubą i ciężką książkę pod pachę i wszedł do domu przez bardzo skrzypiące drzwi zastanawiając się, co dzieje się teraz z jego ojcem. Przeszedł się po całym domu, prócz swego pokoju i nigdzie nie znalazł Lucia, który rzadko opuszczał ich chatę, więc jego nieobecność dziwiła czarnowłosego. Renard nieco się przejął, ale postanowił zajrzeć jeszcze do swojego pokoju przy okazji chcąc odłożyć lekturę, która swoje ważyła. Gdy wszedł do małego pokoiku o granatowych ścianach, dużym łóżku i paru regałów na książki i ubrania, odnalazł swoją zgubę. Mężczyzna będący jego ojcem siedział przy otwartej szafie z czarną peleryną w rękach, która kiedyś należała do jego matki. W zamyśleniu gładził jej materiał opuszkami palców, a jego wyraz twarzy był nie do odczytania, a przynajmniej nie przez Renarda. Może był wściekły, może smutny. Pewne było to, że nie był szczęśliwy, a chłopiec wmawiał sobie, że to wszystko jego wina. Gdy Lucio zauważył obecność syna, od razu zerwał się z miejsca nie wypuszczając z rąk czarnej płachty i tylko zerknął na chłopca spod zmarszczonych brwi. Zwinął elastyczny materiał i rzucił go na podłogę pod łóżko od razu przypierając obojętny wyraz twarzy.
- Pozbądź się tego w końcu. Jest na ciebie za duża, a matka już jej nie założy - odparł tylko oschłym tonem i wyszedł z pokoju nie spoglądając więcej w stronę młodego lisołaka - I przestań tyle czytać, bo niedługo przestaniesz odróżniać rzeczywistość od fikcji. A żyjąc tutaj musisz być uważny - dodał tylko i zszedł na dół.
Chłopiec nie zdążył nic odpowiedzieć chociaż i tak wiedział, że nie musi. Odkąd zamieszkał z ojcem, nie odzywał się do niego zbyt wiele, a tylko przytakiwał mu lub kręcił głową. Zawsze uważał ojca za autorytet, a po śmierci matki zatęsknił za mieszkaniem z nią bardziej niż kiedykolwiek. Pod tamtym dachem mógł być dzieckiem, a pod tym od pierwszych dni zaczął być szkolony na przyszłego samotnika, bo nienawiść Lucia do osady i jej mieszkańców nie znała granic. Ciemnowłosy posłusznie odłożył książkę na jej wcześniejsze miejsce i podniósł pelerynę przytulając ją mocno do siebie. Tęsknił za matką, a jeszcze bardziej za swoją siostrą, którą obiecał sobie chronić do końca życia, ale jego, nie jej. Renard obiecał sobie nie płakać przy ojcu, więc tylko przełknął gulę, która stanęła mu w gardle i schował pelerynę matki do jego skórzanej torby wraz z cieńszą książką, którą udało mu się tam jakimś cudem wepchnąć. Narzucił na siebie swoją pelerynę uszytą przez Melody, przewiesił przez ramię torbę i na palcach dostał się do drzwi wyjściowych. Ojciec chyba poszedł na polowanie lub jakoś odreagować, więc młody skorzystał i wybiegł z domu czym prędzej kierując się do zagrody, w której zamknięty był wcześniejszy koń Farrah. Renard z trudem wspiął się na jego grzbiet podpierając się o płot i usadowił na nim wygodnie. Od bardzo niedawna dosiadał konia siostry, który o dziwo bardzo dobrze go przyjął i z chęcią go woził. Co prawda Renard nie był do końca przekonany do jego umiejętności jeździeckich, ale z pomocą rumaka nie musiał się obawiać upadku. Wyprowadził konia z zagrody, a gdy poczuł się nieco pewniej, machnął lejcami i podjudzając konia niedługo już po tym galopowali w stronę osady.
   Droga nie była długa, gdyż nowi przyjaciele pędzili z zawrotną prędkością i zaraz znaleźli się pod murami wioski. Renard zsunął się z konia przy okazji zaliczając glebę na tyłek nie nadążając wyprostować nóg w odpowiedniej chwili. Skrzywił się czując ból w kości ogonowej, ale od razu wstał masując obolałe miejsce. Wciąż rozgrzewając zbitą kość, przywiązał konia do drzewa i dostał się do dziury pod murem, którą sam wykopał, a była tak mała i tak dobrze ukryta, że nikt jeszcze na szczęście lisołaka jej nie zakopał. Przedostał się na drugą stronę i od razu otrzepał ubranie z piachu, żeby nikt nie podejrzewał go o nagłe wtargnięcie. Niby nadal był osadnikiem, ale zamieszkując z ojcem wiedział, że czeka go raczej los samotnika. Rozejrzał się dookoła zanim zaszył się głębiej wśród budynków osady. Najpierw odwiedził Melody, do której drogę znał na pamięć i bez trudu odnalazł jej chatę. Grzecznie zastukał przy okazji wyciągając z torby pogiętą pelerynę. Zanim zdążył tego dokonać, otworzyła mu jak zawsze uśmiechnięta do niego jasnowłosa. Renard zerknął na nią z uśmiechem i wyjął całą pelerynę chcąc przekazać ją dziewczynie.
- Masz. To peleryna mojej mamy i ojciec kazał mi się jej pozbyć, ale... - zaciął się na chwilę czując jak napływają mu do oczu łzy - Ale nie chcę jej wyrzucać. Możesz ją postawić na wystawie? Może ktoś ją kupi? - dopytywał ciemnowłosy przecierając zaczerwienione oczy rękawem od bluzy.
- Pewnie, Renard. Wystawię ją na najlepszym manekinie i zapewniam cię, że ktoś się nią zainteresuje. Nie zostanie bez właściciela - uśmiechnęła się Melody wyciągając rękę i czule gładząc chłopca po włosach - Chcesz wejść do mnie na chwilę? Szyję nowe ubrania i potrzebuję twojej artystycznej opinii - dodała otwierając drzwi nieco szerzej.
- Niestety nie dzisiaj. Chyba pójdę do baru lub teatru trochę poczytać skoro nie mogę tego robić we własnym domu - dodał z nutką poirytowania w głosie i zaczął tyłem schodzić po schodkach na ganek - Przyjdę do ciebie jutro. Nie zmieniaj za dużo bez mojej wiedzy! - dodał biegnąc w stronę baru.
Był tam zaledwie raz z matką, gdyż to miejsce raczej nie było przeznaczone dla dzieci, ale od kiedy w wiosce nikt go nie pilnuje, mógł sobie pozwalać na takie wypady. Jak gdyby nigdy nic wszedł do baru, o czym zawiadomił mały dzwoneczek nad drzwiami. W środku było duszno i głośno i nawet nikt nie zorientował się o obecności dziecka w pomieszczeniu. Ciemnowłosy skorzystał z całego zamieszania i wybrał sobie pusty stolik, przy którym przysiadł i wyjął z torby książkę. Miał nadzieję poczytać tutaj nieco i mimo, iż warunki nie były do tego najlepsze, robił to tutaj bez żadnych konsekwencji.
   W całkiem krótkim czasie przeczytał połowę książki, która swoją drogą nie była najlepszą jaką czytał w swoim krótkim życiu. Miał ją już zamykać, gdy niespodziewanie podszedł do niego wysoki mężczyzna o brązowych, dłuższych włosach i z całkiem przyjemnym wyrazem twarzy.
- Cześć Renard... Słyszałem że lubisz książki.. Nie masz lub nie widziałeś w bibliotece jakiejś książki o
ciesielstwie dla samouków czy początkujących? Przydałaby mi się dość pilnie.. - zaczepił chłopca rozglądając się po barze.
Młodzieniec ze zdziwieniem przeszukał naprędce regały swojej pamięci i pokręcił głową przecząco. Interesowały go raczej książki opowiadające o rozmaitych, ciekawych przygodach, a te typowo naukowe omijał szerokim łukiem. Mimo to obiecał mężczyźnie przejrzeć bibliotekę i zorientować się o obecności takiej książki na tamtych półkach. 
   Niedługo później podprowadził również owego pana w stronę nowego kowala, którego nie miał możliwości jeszcze poznać. Przy okazji zamienił z nim kilka zdań i szczerze powiedziawszy bardzo go polubił za styl bycia i jego pozytywne podejście. Renard był znany z tego, że szybko oceniał ludzi, więc możliwe, że ocenił swojego towarzysza zbyt pochopnie, ale czas pokaże i najwyżej da chłopakowi nauczkę. Gdy pokazał mężczyźnie chatę kowala zorientował się, że ich spacer trwał całkiem sporo i powinien już wracać do domu, jeżeli chciał zdążyć przed ojcem.
- O nie, muszę już iść bo ojciec się wkurzy. Powodzenia przy naprawie i szukaniu książki! Maść załatwię
na jutro - krzyknął tylko żegnając się z facetem i nie czekając na odpowiedź pobiegł w stronę swojego prywatnego wyjścia z wioski.
Po drodze do swojego konia myślał tylko, czy ujdzie mu na sucho kłamstwo o dostępie do lekarstw cioci Harry i czy w ogóle wybierze odpowiedni lek dla zwierząt nowego znajomego. Pewne obawy miał, ale trzeba przyznać, że Renard jako mistrz przekrętów, miał spore szanse na zakończenie jutrzejszej misji z powodzeniem.

Pan Staś?

10 stycznia 2019

Od Renarda CD Melody

- Musisz się pouczyć. No chodź, Farrah już grzecznie czeka przy stole - przez uchylone drzwi zajrzał zdaniem Renarda całkiem śmiesznie wyglądający pan, którego matka wynajęła, aby nauczał dzieci przede wszystkim pisać i czytać.

- Bzdura - parsknął chłopiec i odsunął się na drugi brzeg łóżka, aby znajdować się jak najdalej od siwego profesora wyglądem przypominającego Świętego Mikołaja - Pisać i czytać nauczę się sam, a zresztą teraz jestem zajęty.

- Wiesz, tych umiejętności nie nabędziesz z taką łatwością, jaką ci się wydaje - uśmiechnął się pobłażliwie staruszek i wszedł do pokoju nie zamykając za sobą drzwi - A czym jesteś zajęty, jeżeli mogę wiedzieć? - uniósł krzaczastą brew nie spuszczając wzroku z chłopca.

- To nie pana sprawa - zmarszczył brwi powstrzymując się od wystawienia języka. Wczorajsza wizyta u ojca nie wpłynęła na niego zbyt dobrze, zresztą podobnie jak każda poprzednia - A teraz przepraszam, ale nie przepadam za Świętymi Mikołajami - odparł naburmuszony i zerwał się z łóżka wymijając profesora zanim ten zdążył cokolwiek dodać i wybiegł z pokoju.

Niczym burza przetoczył się przez jadalnię, gdzie ze stołu zabrał swoje notesy i szkice zwracając przy tym uwagę siostry, która ze skupieniem kreśliła jakieś szlaczki na kartce papieru. Renard twierdził, że to tylko strata czasu, a czytanie i pisanie nie przyda mu się do życia. Nie miał pojęcia, że w prawdziwym świecie byłoby mu to potrzebne jak nic innego. No, ale skąd miał wiedzieć? Urodził się tutaj i nikt mu nawet słowem nie wspomniał o normalnym życiu, którego i tak nigdy nie przeżyje.

- Gdzie idziesz? Zaraz zaczyna się lekcja - zdziwiła się Farrah odrywając się na chwilę od wykonywanej chwilę temu czynności.

- Nie mam czasu, ale tobie życzę dobrej zabawy - uśmiechnął się cwaniacko i nie czekając chwili dłużej pobiegł po swoje buty i lekką kurtkę obawiając się, że mama go zatrzyma, a wtedy to już nici ze spaceru.

Na szczęście udało mu się opuścić dom bez żadnych problemów. Trzymał pod pachą swoje jakże cenne notesy, w których kartki latały luźno i bez problemu mogły wypaść i polecieć z wiatrem gdziekolwiek. Renard jednak co chwila odwracał się, aby upewnić się, że nic mu nie uciekło, gdyż każda kartka i jej treść była dla niego bardzo ważna. Szybko przeprawił się przez las, w którym całkiem lubił spędzać czas, ale tym razem nie miał go zbyt dużo, żeby wykorzystać go na przyglądanie się każdej kolejnej roślince. Zatrzymał się przy murach i głośno przełknął ślinę wiedząc, że musi zmierzyć się ze strażnikiem zanim zaszyje się w spokojnej wiosce. Renard nienawidził kontroli i z wielką chęcią mógłby ją ominąć, ale nie było takiej możliwości. Zwłaszcza, gdy odwiedzał osadę sam. Nabrał dużo powietrza do płuc i z głową odważnie uniesioną ku górze podszedł do małej budki. Chwilę czekał aż strażnik poprosi o jego legitymację, ale zorientował się, że jest tak niski, że tamten może ledwo dostrzec czubek jego głowy. Z jednej strony lisołak mógł skorzystać z okazji i przedostać się bez kontroli, ale wtedy jak na zawołanie mężczyzna się ocknął i pochylił nieco do przodu, aby móc widzieć chłopaka.

- Uh, znowu ty? - zmęczony tylko cicho westchnął i wyciągną rękę w stronę ciemnowłosego czekając na jego dokumenty.

Renard zaczął mruczeć coś pod nosem. Przecież wcale nie bywa w wiosce tak często. Chyba?

- A zgodę rodzica masz? Wiesz, że bez niej nie mogę puścić cię dalej - zapytał strażnik przyjmując od dziecka legitymację, którą podstemplował w odpowiednim miejscu i zwrócił ją chłopcu czekając na kolejny dokument.

To, że Renard nie umie pisać samodzielnie, nie znaczy, że nie umie przepisywać pisma swojej matki. Kilka godzin pocił się nad zgodą, żeby przepisać ją bardzo dokładnie i nie podrobić jakiejś literki źle. Spokojny chłopiec wyjął pomiętą kartkę papieru i przekazał ją strażnikowi. Oczywiście nie obyło się bez jego podejrzliwych spojrzeń, ale koniec końców wpuścił dzieciaka do osady. Zadowolony Renard pobiegł w stronę pewnej chaty po drodze szukając w zeszytach konkretnej kartki ze szkicem.

*

Wizyta u Melody złożona kilka dni temu udała się jak Renard oczekiwał. Złożył swoje pierwsze zamówienie i był tym iście podekscytowany, a jeszcze bardziej nie mógł się doczekać, aż jego peleryna będzie skończona. Siedział w salonie przy rozpalonym kominku opierając się plecami o kanapę i w zeszycie trzymanym na kolanach rysował już kolejny projekt tym razem skórzanej kurtki z przeróżnymi ciekawymi dodatkami. W głowie zrodziło mu się już milion wyobrażeń o tym, że mógłby współpracować z panią Melody i wykonywać dla niej przeróżne ciekawe kreacje. Zbyt ambitne marzenia jak na taką małą osóbkę. W jego głowie jednak wszystko wydawało się udać i póki co, tego wolał się trzymać. W pewnym momencie w holu zabrzmiało ciche pukanie do drzwi. Renard zerwał się z miejsca i wyprzedzając mamę, która pewnie miała te same zamiary co on, dotarł do drzwi jako pierwszy. Otworzył je szeroko, a widząc w nich jasnowłosą dziewczynę, szeroko się uśmiechnął.

- Witam ponownie. Mam dla ciebie prezent - odparła przyjaźnie i podarowała chłopcu białe pudełko przewiązane czerwoną wstążką.

Ten nie czekając chwili dłużej rozwiązał wstążkę, otworzył pudełko i wydobył z niego piękną pelerynę. Jej końcowy efekt wyglądał nawet lepiej, niż sobie wyobrażał. Po obejrzeniu jej z każdej możliwej strony w końcu zapiął ją pod szyją i pobiegł do lustra w salonie, aby ocenić swój wygląd. Galia rozbawiona reakcją syna wpuściła Melody do środka zamykając za nią drzwi. Młody lisołak nie wychodził z zachwytu i oczarowania oznajmiając, że nigdy już nie zdejmie z siebie tej peleryny. Przypomniawszy sobie o dwóch istotnych sprawach, zgarnął z dywanu projekt skórzanej kurtki i podbiegł do jasnowłosej, aby rzucić się jej w ramiona. Dziewczyna z trudnością uniosła chłopca w ramionach póki z powrotem nie stanął na ziemi.

- Dziękuję! Jest świetna! - skakał z radości, ale po chwili opanował się chcąc wypaść bardzo odpowiedzialnie i poważnie pokazując dziewczynie swój kolejny projekt.

Melody przyjęła od niego kartkę miejscami brudną od roztartego ołówka i z uśmiechem przyglądała się starannym szkicom chłopca, a ten zaś z niepokojem wyczekiwał reakcji i odpowiedzi.

Melody?

28 listopada 2018

Od Renarda CD Farrah do Cyklamen

     Jak się pewnie każdy spodziewał, nie udało mu się w porę dogonić siostry. Dziewczynka musiała wziąć sprawy w swoje ręce (i to dosłownie) i zniknąć za drzewami nie pozwalając bratu siebie złapać. Gdy było już tak naprawdę po wszystkim, Renard wleciał do chaty Harry jak wichura i wzrokiem odnalazł Farrah, którą miał zamiar zaraz ochrzanić. Nie zwrócił nawet uwagi jakich problemów przysporzył osadniczce wbiegając w brudnych buciorach do czystego domu. Dzieciak, jak to dzieciak, mało obchodzi go porządek.

- FARRAH! - głośno tupiąc zbliżył się do siostry i patrząc na nią z góry gniewnie zmarszczył brwi chcąc wyglądać groźniej i bardziej stanowczo - Oszalałaś?! Nie mogłaś na mnie przynajmniej zaczekać?! - powarkiwał, a pod wpływem zbyt mocnego uścisku, paznokcie wbijały mu się w wewnętrzną stronę dłoni.

Dziewczynka jednak zignorowała brata nawet nie obdarzając go spojrzeniem. Była powiem zbyt zajęta biedną istotką wykończoną przez niezbyt wygodny transport, jakim została tutaj przyniesiona. Renard tylko przewrócił z irytacją oczami i zdjął ubranie wierzchnie na polecenie cioci Harry. Niechętnie pomógł rozebrać się również Farrah i poszedł odwiesić płaszcze na wieszak, jak przystało. Potem wrócił do siostry i ukucnął obok niej, aby mieć dobry widok na ich małe znalezisko. Nie było w tym nic niezwykłego. Malutki człowieczek z parą równie malutkich skrzydeł, a Farrah ekscytowała się, jakby ujrzała jakieś bóstwo. Może to u niej normalne, przecież dziewczynki powinny interesować się takimi słodkimi rzeczami. Młody lisołak przez chwilę wpatrywał się w dygoczące małe ciałko, ale po dłuższej chwili zaczęło go to nudzić.

- Farrah słyszałaś mnie? Mama będzie się martwić - wzdychał znudzony chłopiec i wywracał oczami bujając się na boki - Jeszcze nie da nam przez ciebie obiadu, zobaczysz - ostatecznie pokazał siostrze język i podniósł się z drewnianej podłogi przy kominku, akurat w porę.

Przed nimi zjawiła się dziewczyna z dwoma kubkami wypełnionymi przepysznym czekoladowym napojem. Renard od razu dobrał się do swojej czekolady i nie zważając na jej wysoką temperaturę, wypił naraz prawie całą. Momentalnie poczuł jak jego przemarznięte ciało zalewa przyjemna fala ciepła i nie trzęsie się już z zimna. Harry przekazała napój jego siostrze, ale ta była zbyt zajęta wróżką, żeby napić się z kubka więcej niż zaledwie jeden łyk. Chłopak przetarł rękawem usta jednocześnie brudząc go czekoladą i niechętnie zbliżył się do siostry. Zerknął przez jej ramię na małe stworzonko, które ku jego zdziwieniu zaczęło się powoli poruszać i mrugać oczkami. Odstawił kubek na mały stolik i na chwilę ukucnął przy kominku przy okazji ciesząc się bijącym od niego ciepłem. Nie spoglądając na siostrę i tak wiedział, że w tym momencie oczy jej się błyszczą jak dwa diamenty. W skupieniu przypatrywał się małej prawdopodobnie dziewczynie, której skrzydła zaczęły się poruszać, a spojrzenie niespokojnie wędrować po pokoju i naszych twarzach.

- Widzisz, obudziła się. Możemy już iść? - chłopiec ocknął się mając dość wgapiania się w takie biedne stworzonko.

- Jak się nazywasz? Ja jestem Farrah. Dobrze się czujesz? Jesteś głodna? Spragniona? Zimno ci? - siostrzyczka wypytała wróżkę chyba o wszystko co jej w tym momencie przyszło do głowy i strasznie przejęta oczekiwała jakiejkolwiek odpowiedzi od nieznajomej.

- Mogę prosić o koc? - zapytała cichutkim głosikiem, ale Farrah była na tyle blisko, że udało jej się to usłyszeć. Dziewczynka szybko pokiwała głową i zdjęła z fotela obok duży koc przez chwilę obawiając się, że będzie za duży. Na prośbę poszkodowanej jednak położyła go obok niej i odsunęła się nieco.

Wróżka wczołgała się pod gruby i ciepły materiał i na chwilę zamilkła. Wszyscy myśleli, że się rozpłynęła, nawet Harry stała i obserwowała całą sytuację z zaciekawieniem. W końcu jednak koc zaczął się ruszać, a potem podnosić coraz wyżej. Spod niego zaraz wychyliła się już normalnych rozmiarów głowa czerwonych, kręconych włosów. Dziewczyna otuliła się kocem i podsunęła bliżej paleniska jakby teraz było jej jeszcze zimniej, niż przed chwilą. Cała nasza trójka wgapiała się w nią zdezorientowana, nie wiedząc co powiedzieć, ani zrobić.

Cyklamen?

18 listopada 2018

Od Renarda (do Lucan'a)

     Młody lisołak zerwał się z łóżka w tej samej sekundzie, w której potwór z koszmarów na niego naskoczył. Serce waliło mu jak oszalałe, a ciepła piżama była przesiąknięta zimnym potem. Jego palce mocno zacisnęły się na pościeli i oczyma próbował przeszukać pokój mając nadzieję, że w tych przerażających ciemnościach jednak nie znajduje się żaden potwór, którego spotkał we śnie. Odkąd pamięta, te sny zawsze budziły bo w środku nocy i nie pozwalały dalej spać. Historie nigdy się nie powtarzały, jednak w każdej musiał znaleźć się czarny charakter usiłujący zrobić Renardowi krzywdę. Chłopiec oczywiście wiedział, że to nieprawda, ale miał już dosyć wiecznego stresu i przemoczonej pościeli. Zawsze w takich momentach chodził do matki, jeżeli ta nie była jakoś bardzo zajęta. Tym razem również postanowił właśnie tam się skierować. Zeskoczył z łóżka dotykając zimnej podłogi, przy okazji powodując jej głośne skrzypnięcie. Spiął się i stanął w bezruchu w obawie, że mógł tym sposobem obudzić śpiącą w tym samym pokoju siostrę. W dalszym czasie nie usłyszał ani słowa, więc odetchnął z ulgą i na palcach podszedł do drzwi. Sięgnął ręką klamki i zaczął powoli otwierać drzwi, które niestety też były dosyć głośne. Tym razem Farrah musiały przeszkodzić skrzypnięcia drzwi, gdyż Renard usłyszał jej pomrukiwanie w głębi pokoju.

- Wszystko w porządku, śpij - szepnął do dziewczynki i wyszedł na korytarz zostawiając uchylone drzwi ich pokoju, aby wracając znów nie narobił hałasu.

Daleko do pokoju matki nie miał, gdyż były to sąsiednie drzwi, ale droga do nich w tych ciemnościach nie była najprzyjemniejsza. Gdy bez pukania wszedł do sypialni Galii, od razu zauważył, że jest tu o wiele jaśniej niż u niego. Tutaj światło księżyca wpadało przez wysokie okna i zalewało podłogi tworząc jakby mgłę. Renard stwierdził, że w takich warunkach czuł się bardziej komfortowo i miał może nawet szansę tutaj zasnąć. Podchodząc do łóżka matki zerknął za okno chcąc ujrzeć księżyc w całej swojej okazałości i trzeba przyznać, że ten piękny widok poprawił mu humor. W końcu jednak odwrócił się do dużego łóżka i z trudem się na nie wdrapał łapiąc się koców i kołder. Podsunął się do Galii śpiącej do niego plecami i wyciągnął rękę, aby lekko ją szturchnąć. Ta z początku mamrotała coś pod nosem i odganiała rękę syna, ale gdy ten nie dawał za wygraną, w końcu się przekręciła i minimalnie uchylając powieki spojrzała na chłopca.

- Coś się stało? - zapytała cicho obserwując zmartwioną twarz syna.

- To znowu te potwory, mamo - wydukał i spuścił wzrok na swoje małe dłonie bawiące się skrawkiem koca - Mogę tu...

- Możesz - nie dała mu dokończyć, gdyż wiedziała o co chce zapytać. Przyzwyczaiła się do wpuszczania tu Renarda, gdyż wiedziała, że inaczej już nie zaśnie. Może zirytowana, może nie, z powrotem przewróciła się na prawy bok i wtuliła się w poduszkę. Renard za to uradowany wczołgał się pod ciepłą kołdrę i ułożył się jak najbliżej matki nie zwracając uwagi na wielką wolną część łóżka, którą mógł mieć tylko dla siebie. Gdy był w pobliżu mamy, umiał wymazać z głowy wspomnienia przerażających, nieproszonych gości i bez trudu zasnąć.

*

- Dlaczego nikt mnie nie zaprosił? - obudziła ich oburzona Farrah stojąca w progu drzwi z założonymi rączkami i nadętymi policzkami.

- Teraz mogę cię zaprosić - Renard wyłonił się spod koców i poklepał miejsce obok siebie, na co dziewczynka od razu się rozpromieniła i podbiegła, aby z pomocą brata wczołgać się na wysokie łóżko.

- Ale to chyba ja powinnam decydować kto będzie gościem na moim łóżku? - Galia przekręciła się w ich stronę i podparła głowę na nadgarstku, aby lepiej widzieć dzieci. Te w odpowiedzi tylko wzruszyły ramionami i zaczęły chichotać - To może ja zrobię śniadanie, a wy sprawdzicie co u Doriana i Dastona? - zaproponowała po chwili zbierając się z łóżka.

Renard przytaknął i w mgnieniu oka zsunął się z łóżka ciągnąć za sobą siostrę. Trzymając ją za rękę pobiegł do ich pokoju, aby mogli przebrać się w codzienne ubranie. Dzieci uwielbiały opiekować się końmi, więc gdy miały taką okazję, od razu do nich leciały. Lisołak pospiesznie wskoczył w spodnie i założył bluzkę z krótkim rękawem i jeszcze chwilę poczekał, aż Farrah założy swoją małą sukienkę. Gdy oboje byli już gotowi, pobiegli do przedpokoju, aby założyć buty. Renard włożył swoje jak zwykle bez trudu, ale widząc zirytowaną siostrę, której nie wychodzi związanie buta, zaoferował jej pomoc. Dzięki jego sprawnym rączkom zaraz byli już na zewnątrz słysząc tylko za sobą prośby Galii o powrót na śniadanie. Farrah może i była mniejsza, ale jak wystrzeliła w stronę stajni to Renard nie miał szans jej dogonić. Było tak zresztą dosyć często, że to chłopiec musiał pędzić za siostrą. Jak zawsze udało mu się ją złapać dopiero pod budynkiem, gdzie trzymali konie. Mała wiedźma weszła do stajni jako pierwsza witając się przy tym z dwoma ogierami, a Renard został przed wejściem. Normalnie wszedłby od razu za siostrą, ale poczuł, że coś jest nie tak. Niepewnie postawił kilka kroków w stronę ciemnego lasu, obok którego znajdowała się ich posiadłość. Przez dłuższą chwilę wgapiał się w ciemność za drzewami i miał zamiar wrócić już do siostry, ale zatrzymało go głośne trzaśnięcie kilku gałęzi. Ktoś był bardzo niedaleko, a jako, że chata Galii była prawie poza terenami osady, możliwe, że był to jakiś samotnik. Renard zastygł w miejscu, gdy przed nim znikąd pojawiła się wielka sylwetka stwora podobnego do węża. Z opowiastek matki mógł wywnioskować, że jest to warąż i o ile dobrze pamiętał to powinien się od takich trzymać z daleka. Jednak strach sparaliżował go na tyle, że był w stanie tylko krzyknąć do siostry, aby pozostała w ukryciu. Sam poczuł jak serce łomocze mu mocniej niż podczas koszmarów, a pojedyncze niekontrolowane łzy zbierają się w kącikach jego oczu. Bestia zasyczała ukazując swoje przerażające uzębienie i była gotowa na miejscu zabić małe dziecko, ale mocne pchnięcie ją powstrzymało. Jakaś mniejsza sylwetka swym ciężarem odepchnęła obślizgłe cielsko na bok i kilkoma ruchami sprawiła, że warąż więcej razy już się nie poruszył. Młody lisołak odetchnął z ulgą mając nadzieję, że jego bohater to ktoś z osady, jednak gdy zza drzew wyłoniła się wysoka, szczupła postać o brodzie ubrudzonej ciemną krwią, jego nadzieja pękła jak mydlana bańka. Co gorsza, postać przypominała wyglądem jednego ze stworów nawiedzających go we snach. Modlił się teraz o to, żeby Farrah go wysłuchała i została w stajni. Jak ma się komuś stać krzywda, to na pewno nie jego siostrzyczce.

Lucan? Jakiś samotnik?