31 marca 2020

Od Derycka CD Venti

Następnego dnia, gdy tylko słońce zaczęło delikatnie przebijać się przez zniszczone deski nad moją głową, wstałem z nową energią oraz nadzieją. O dziwo czułem się wypoczęty, wyspany oraz czułem jakiś podejrzany i dziwny napływ motywacji. Sam nie wiedziałem czym, to jest spowodowane. Bardzo możliwe, że mocno się do tego przyczyniła moja wczorajsza nowa znajoma, z którą dość dobrze się dogadywałem.

Od Tenebris'a CD Lynn

Obserwowałem w milczeniu wschód słońca, popijając przy tym gorącą herbatę z glinianego kubka. Który to już raz? Jak długo siedzę na tej przeklętej wyspie? Nie wiem. Usilnie próbuję odrzucić te natrętne myśli. Na próżno. Jak bardzo bym się nie starał, one i tak wracają do mnie jak bumerang. Co prawda nie jest mi tu jakoś specjalnie źle, ale mimo wszystko wolałbym wrócić do świata, który prawdopodobnie każdy ze skazańców utracił na zawsze.
Westchnąłem ciężko i wróciłem do kuchni, by przejrzeć zapasy. Nie uzupełniałem ich przez dłuższy czas, więc logicznym było to, że zaczynały się kończyć. Starczyło mi ich może na trzy dni. To bardzo mało, biorąc pod uwagę fakt, że okoliczna zwierzyna wciąż odbywa swój sen zimowy. Bardziej aktywne stworzenia przeszły na drugą stronę wyspy i zasiedliły miejsca sąsiadujące z Osadnikami. Nie uśmiechało mi się ponownie ruszać w stronę wioski, ale nie miałem innego wyboru. W końcu było to lepsze niż jazda na korzonkach lub śmierć głodowa. Z tego względu zdecydowałem, że wyruszę jeszcze przed wschodem słońca. Przygotowałem więc wszystko, co było mi potrzebne na wyprawę i wróciłem do sypialni, by zdrzemnąć się przed czekającym mnie długim dniem.
Tak, jak planowałem, wstałem może godzinę przed wschodem słońca. Przebrałem się, zjadłem szybkie śniadanie i zarzuciłem spakowaną wcześniej torbę na ramię. Gdy tylko wyszedłem z domu, od razu zapadłem się w ziemi, która zmieszana z topniejącym śniegiem zmieniła się w gęstą breję. Z każdym krokiem zatapiałem się w niej po kostki.
Jakimś cudem udało mi się dotrzeć do stajni. Przed wyjściem musiałem sprawdzić, czy znajdujące się w niej zwierzęta niczego nie potrzebują. Szybko uzupełniłem żłoby wodą oraz sianem i wysprzątałem boksy. Dopiero wtedy mogłem spokojnie udać się w stronę Osady.
Z trudem przeszedłem rozległe pola, które pora przedwiośnia zmieniła w prawdziwe bagno. Nie mogłem jednak porzucić swojej wyprawy. Nie, gdy miałem za sobą już połowę drogi. Ponad to nie mogłem mieć pewności, że sen zimowy przynajmniej części zwierząt, mieszkających w górach, zakończy się w trakcie trzech dni. Dlatego musiałem uparcie iść dalej.

Od Venti CD Derycka

   Stałam na szczycie latarni przypominając z oddali dla tych skurwieli jakiś piorunochron. Jeżeli mnie zauważyli, to zastanawiali się pewnie po jaką cholerę osadnicy zakładali coś takiego raz w tygodniu na sam szczyt wieży, a dodatkowo: jak do diabła na nią wchodzili? Zawsze w ten sam dzień i o zbliżonej porze miałam zwyczaj spotykać się na wspólne oględziny z pewnym tankowcem. Oddalony o setki mil morskich, podłużny okręt stał sobie spokojnie nieopodal pola siłowego. Nie spieszyło im się, ale mi też nie. Miałam mnóstwo czasu, zwłaszcza, jeśli chodziło o nich. Na ich niekorzyść był fakt, iż nie mieli jak się dowiedzieć, że miałam lunetę. Stworzenie soczewek zajęło mi całe pięć lat, zgodnie ze własnymi domysłami i po przeczytaniu kilkuset razy rozdziałów dotyczących optyki. Spodziewali się po humanistach, a także wykolejeńcach społecznych tłumoków – dlatego bez żadnego przejęcia się niczym podsyłali nam w drewnianych skrzyniach podręczniki nauk ścisłych. W mojej wyobraźni śmiali się z nas i z tego, że samodzielnie według nich nigdy nie bylibyśmy w stanie posiąść tej wiedzy.
  Ale ja potrafiłam.

30 marca 2020

Od Cynth

Gdy tylko otworzyłam oczy, mając przeczucie, że wstałam zdecydowanie zbyt wcześnie, zrozumiałam też, dlaczego tak się stało. Zaczynał kropić deszcz, a akurat na tę noc położyłam się pod gołym niebem. Ugh.
Jak najszybciej pozbierałam wszystkie swoje rzeczy i skryłam się pod drzewem. Wycisnęłam wodę z włosów. A miało nie padać... Niedobrze.

29 marca 2020

Nowy samotnik - Cynth



Isaque P.G

Cynth | 26 lat | Mieszaniec



Od Venti CD Newta

  Powrót do wioski spędziłam na cwale przez pola. Isztar, mój gryfeniks, wzbił się z lądu w powietrze, więc jego cień wkrótce doszczętnie zasłonił mnie i Idris na samym dole. Ścigaliśmy się, jakby nie było nic lepszego do roboty prócz zabawy. Mijaliśmy przy tym drzewa oraz zarośla z zawrotną prędkością. Świat rozmazywał mi się przed oczami, a ja zamiast odczuwać lęk, czułam jedynie przypływ szalonej radości oraz adrenaliny. Tętent kopyt, szum ognistych skrzydeł, bicie mojego serca i melodyjny wrzask, który wydobył się z mojej klatki piersiowej, poderwał do lotu schowane w drzewach ptactwo. Tylko tyle się liczyło po przygodzie związanej z egzekucją smoczyradła, którą wykonał Isztar, broniąc mnie oraz Derycka przed niechybną śmiercią w paszczy tamtego monstrum. Cieszyłam się, że mój ogromny towarzysz do mnie wrócił na dobre po zniknięciu na kilka miesięcy.

Od Lily do Bezimiennego

Dzień nie należał do jednych z tych kolorowych, jakie chciała przeżywać kolejnego to dnia po wstaniu z łóżka. Po prostu los sprawował na jej drodze niespodzianki, jakie każdy człowiek w jej życiu chciał sprawować. Pomimo, iż miała tylko dziesięć lat, stawiała sobie już coraz to większe ambicje, cele. Chciała poznawać świat coraz z to bardziej różnych perspektyw, przez co obrywali boleśnie za to jej rodzice. Jej ojciec obrywał pogróżki słowne od rady i innych mieszkańców osady, zaś wampirzyca dostawała po twarzy przez samotników. Prawdziwa sielanka rodzinna, czego chcieć więcej, prawda?

Od Bezimiennego CD Tibbie

Nie można było odmówić Bezimiennemu szczerości, którą na marginesie wysoko sobie cenił. Sam zawsze starał się mówić prawdę, szczerze tak jak widział i czuł. Nie inaczej było, podczas rozmowy z Tibbie. To nie fakt, jakoby jej wizerunek nie wzbudzał zaufania, pędziła mężczyznę, do odmowy pomocy, a właśnie duma. Z wyglądem kobiety w jego mniemaniu było wszystko w najlepszym porządku. Posunąłby się nawet do stwierdzenia, że było zgoła inaczej. Problemem mogło być jedynie jej usposobienie, jakkolwiek trafne w ich obecnej sytuacji. Naprawdę nie dziwiła go jej ostrożność, sam pomimo pozornej otwartości i chęci wsparcia, jeśli można było to tak nazwać, zachowywał ciągłą czujność. Kobieta nie wydawała się szczególnym zagrożeniem, przynajmniej z początku, bo oczywiście podczas walki z mchelnikami udowodniła mu, że potrafi walczyć. Miał jednak to zgubne dla wielu głupców poczucie, że nie byłaby w stanie zabić drugiej osoby z zimną krwią, czy raczej nie sprowokowana samoobroną. Jemu również nie garnęło się do morderstwa czy walki, zważywszy nas stan, w jakim się znajdował.

Od Iriego CD Tibbie

Obudził się, kiedy poczuł pierwsze, ciepłe promienie słońca na twarzy. Słońce przyjemnie grzało, co oznaczało, że jego plan na dzisiejszy dzień się uda. Od dłuższego czasu planował to zrobić, jednak kapryśna pogoda miała swój własny plany, przez co utrudniała mu wykonanie pracy.

Szybko oporządził się i wychodząc z domu, zabrał mały lniany woreczek w środku, którego znajdowały się nasiona różnych roślin. Często chodził po lesie, zbierając napotkane rośliny, zrywał łodygi, same pąki, lub odcinał kawałek korzenia. Nie był ekspertem w tej dziedzinie, ale uczył się i z każdym kolejnym dniem doskonalił się w tej sztuce. Jeszcze, kiedy nie mieszkał na wyspie, interesował się roślinami, czasem, aby dorobić na życie pomagał w kwiaciarniach, sadach, czy ogrodach, byle tylko mieć z nimi kontakt. Znał ich odmiany i zastosowanie, co prawda nie wszystkich. Kiedy spotykał na swej drodze nieznaną mu zieloną łodygę, zawsze podchodził do niej z rezerwą, podglądał zwierzęta, aby sprawdzić jak one na to reagują. Nie śpieszył się, tutaj miał mnóstwo czasu i nie wydawało mu się, aby miało się to zmienić.

Od Derycka CD Venti

Spojrzałem na dziewczynę pytająco i jedyne co usłyszałem to "nie jestem zabójczynią". Te słowa padły tak stanowczo, że chyba je zapamiętam na dość długi czas. Mruknąłem cicho w zrozumieniu, a dziewczyna zaczęła mnie zaskakiwać jeszcze bardziej z każdym momentem.
Gwizdnęła gdzieś w powietrze, a po chwili można było usłyszeć, jak coś przedziera się przez krzaki. Oczywiście dalej jej nie ufałem oraz nie byłem pewny, co tam przygotowała i kogo zawołała. Po chwili dopiero dostrzegłem pięknego konia, który z gracją podszedł do kobiety.

Od Lynn CD Renarda

     Nie rozumiałam dlaczego Renard urwał wszelki kontakt z ludźmi. Słuch po nim zaginął i nawet, jeśli to nie była moja sprawa, byłam zwyczajnie ciekawa co u niego i co takiego się stało, że postanowił się odizolować od ludzi. Nie wiedziałam gdzie mieszkał, jaki był, nie wiedziałam o nim kompletnie nic, ale to nie znaczyło, że miałabym nagle zapomnieć kim jest. Nikt nic nie wiedział, plotki w wiosce nagle ucichły i nawet sama Melody urywała temat, kiedy tylko go zaczynałam. Z tego też powodu nie drążyłam dalej, choć moja ciekawość nie osłabła nawet na chwilę, a można było powiedzieć, że wręcz przeciwnie - z czasem, z każdym mijającym, długim miesiącem moja wrodzona ciekawość zwiększała się dwukrotnie. Przez myśl przemknęła mi nawet teoria, że zmarł, a wioska nie zgodziła się na jego pochowanie. Można było się tego po nich spodziewać, tak myślę, ale przez te kilka miesięcy zdążyłam dowiedzieć się, że miał z osadą pewne powiązania, a osadnicy i tak dalej za nim nie przepadali - chociaż to już były jego słowa, a nie te zasłyszane od plotkar na targu. Nie chciałam słuchać nieprawdziwych spekulacji i historii na jego temat, bo wiedziałam, że w większości z nich niewiele jest prawdy. To nie była wina ludzi, bo taka już była ich natura, ale ja nie miałam ochoty brać udział w dalszym rozpowiadaniu opowieści coraz to bardziej wzbogaconych o kolejne mijające się z prawdą fakty. Tak przynajmniej było jakiś czas temu, swoją drogą, długi czas temu. Teraz, niespodziewanie, wszystko zupełnie ucichło. Dlatego też dopuściłam do siebie wiadomość o jego śmierci, choć było to z mojej strony najzwyczajniej głupie, w końcu nie miałam na to żadnych dowodów. Mimo to, podświadomie wystarczał mi sam fakt, że jesteśmy na wyspie i tutaj o śmierć nie jest trudno.

28 marca 2020

Od Newta do Venti

Zmarszczyłem brwi, zjeżdżając palcem w dół po miękkiej skórze o beżowym odcieniu. Na niej widniała dość uproszczona, ale najbardziej aktualna wersja mapy całej wyspy, na której trafiło mi się teraz żyć. Starałem się wszystko z niej zapamiętać żeby lepiej się tutaj orientować.

Mój szczęśliwy pierwszy dzień na tym zadupiu zdarzył się już z dobry miesiąc temu. Po dwóch trudnych tygodniach w dziczy przestałem liczyć dni, zdając sobie tym samym sprawę z faktu, że żaden super bohater nie przyleci zabrać mnie z powrotem do… Gdziekolwiek wcześniej byłem. Mgliste strzępki wspomnień czasem nachodziły moje myśli, lecz im bardziej chciałem sobie przypomnieć dawne życie, tym bardziej niewyraźne się stawały. Dziwne blizny na ciele i instynkty, o które nigdy wcześniej bym się nie posądził dodatkowo zaprzątały mój umysł, powodując bóle głowy. Gdybym nie zmuszał się do ich ignorowania, z pewnością dawno bym już oszalał i ułatwił tym samym jakiemuś stworzonku złapanie obiadu. Na tamten moment postanowiłem pomartwić się wyłącznie o to, czy obudzę się następnego dnia.

Od Bezimiennego CD Kat

Nigdy nie lubił, gdy ktoś naruszał jego przestrzeń osobistą. Kiedyś już wielokrotnie zdarzało mu się spotykać w swoim domu, bezczelnie rozgoszczonych już w nim ludzi. Najczęściej zupełnie obcych, co gorsza, prawie zawsze kończyło się to dla niego nieprzyjemnościami, nie rzadko zdecydowanie przekraczającymi jego przewidywania. Nic więc dziwnego, że stał się niezwykle czuły na tym punkcie. Jego zamiłowanie do samotności, niechęć do towarzystwa, jak i specyfikacja mutacji, jakiej został poddany, wypędziła go właśnie do takiego miejsca; do krypty, którą uważał, za wprost idealna. W końcu, kto prócz niego miałby ochotę podnosić toasty z kilkoma cmentarnymi duchami, które zdarzało mu się słyszeć w pijackim widzie. Wręcz odstręczającym dla Bezimiennego okazał się fakt, że wyspę zamieszkiwało zdecydowanie więcej podobnych mu osób, niźliby tego chciał. Miejsce, gdzie się osiedlił, ukrył przed światem, to, które wydawało mu się doskonałym odizolowaniem od jego mieszkańców, to, które miało zapewnić mu ciszę i spokój, okazało się identyczne pod tym względem chyba dla każdego. Czasem zastanawiał się, głucho sącząc paskudztwo z obierków, czy naprawdę oczekiwał od życia zbyt wiele, marząc jedynie o odrobinie spokoju i ciszy. Czy te dwie rzeczy faktycznie były tak cenne, że nie było go na nie stać, czy może jego poprzednie życie był tak drogie, że los postanowił mu odebrać ten niewielki skrawek normalność, za karę? Karą za grzechy miało być zesłanie na tę wyspę, by zaznał na nim zalążka piekła?

Od Renarda CD Lynn

     Czując na sobie spojrzenie dziewczyny za plecami nieco się spiąłem. Była niestety lub stety chyba jedyną osobą, do której nie dotarły plotki na temat Lucia, Galii i ich tragicznej historii. Z jednej strony nie było to wcale takie istotne dla innych mieszkańców wyspy. Najmocniej odbiło się to jedynie na mnie i tylko mnie powinna obchodzić ta sprawa. Mimo wiadomych sprzeciwów ze strony mojego rozsądku, postanowiłem udzielić odpowiedz, jednak nikt nie powiedział, że musiała ona mieć w sobie wiele prawdy.
- Osada i jej mieszkańcy chyba za mną nie przepadają - wzruszyłem lekko ramionami - Poza tym mieszkam daleko... z ojcem - te słowa z trudem przeszły mi przez gardło, wstydziłem się go.
- Masz tutaj ojca? - słychać było zdziwienie w jej głosie.
- Tak, tak wyszło - kiwnąłem szybko głową marszcząc przy tym nos i zacząłem bawić się grzywą konia z bezradności - Bo widzisz, mnie nikt nie przysłał na tą wyspę i wcale nie jestem na niej uwięziony jak inni - dodałem, co było zupełnie niepotrzebne i zrozumiałem to, gdy było już po fakcie.
    Brawo Renard, a więc to jest twój plan na utrzymywanie swoich tajemnic tylko dla siebie? Cóż, nie wyszło.

Od Venti CD Derycka [powrót Isztara - gryfeniksa]

  Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem, jakie pojawiało się, gdy jacyś ludzie przypinali mi łatkę ogólnikową. Nie lubiłam tego, ale koniec końców wszyscy niestety w jakimś stopniu byliśmy poddani pierwszej, w nikłym stopniu oddającej rzeczywistość ocenie.

- Nie jestem zabójczynią – odpowiedziałam mu stanowczym tonem, po raz pierwszy siląc się na coś więcej, niż tylko spokój zmieszany ze nieskończonym, cierpliwym opanowaniem.

Od Derycka CD Venti

To miało być proste polowanie, tak samo, jak zrobienie sobie bułki z masłem. Sęk w tym, że na wyspie ciężko było o bułkę, a co dopiero o masło. Skończyłem w jakiejś klatce, zraniony, głodny i zmęczony. Na dodatek ta kobieta, która we mnie celowała z łuku. Do tego jednak wrócę później.

Ten dzień już zaraz po przebudzeniu okazał się dla mnie dość okrutny. Ból brzucha, mięśni oraz głowy. Czułem się, jakbym co najmniej wypił litra wódki i to samemu w godzinę. Nie wiedziałem, czym mój stan był spowodowany, jednakże wiedziałem, że miałem ochotę skoczyć z klifu. Próbowałem sobie odtworzyć, chociaż wczorajszy wieczór, aby sobie przypomnieć, czy nie zjadłem czegoś dziwnego. Sęk był jednak w tym, że jako wendigo miałem ograniczone pole, jeśli chodzi o logiczne myślenie, czy pamięć. Moja druga forma działała bardzo, nawet aż za bardzo na intuicji czy też zwierzęcej chęci zabijania.

Nowy osadnik - Newt



Lulu Ming Chao - Senior Concept Artist

Newt | 18 lat | Lisołak



27 marca 2020

Od Venti do Derycka

Najtrudniejszy czas miałam za sobą, kiedy w zimę noce dłużyły się niemiłosiernie, a zmierzch zapadał wręcz błyskawicznie. Wyruszałam na poszukiwania pastwisk zwierzyny na kilka dni, niekiedy tygodni, tropiąc przeklęte stada roślinożerców niczym skrzydlaty, samotny wilk. Teraz do wszystkiego było mi bliżej, a mój czas polowań definitywnie się skrócił. Wracałam do wioski z licznymi łupami, a nie jednym, dosyć sporym anzaurem. Głupota wraz z lenistwem tego gatunku sprowadzała jego osobniki do naszych pól uprawnych, skąd mogłam łatwo je wystrzelać niczym kaczki. Problem pojawił się wtedy, gdy Samotnicy przegnali je na swoją stronę, a ja nie miałam wyjścia i musiałam zacząć zapuszczać się coraz dalej, aby unikać niepotrzebnych spotkań z delikwentami różnych modyfikacji. Drugim dostępnym aktualnie roślinożercą był jelon z Opuszczonego Lasu. W osadzie gadali, że zgłupiałam, skoro chciałam na niego zapolować. Zostawiłam drugiego myśliwego bez wieści na temat tego, co zamierzałam, po czym wróciłam z jelonem ciągniętym po ziemi za liny przez mojego konia. Od tamtego czasu nawet Cedric czy obecni dyktatorzy nigdy więcej nie kwestionowali moich decyzji.

26 marca 2020

Od Pana Stasia CD Lily

Nic nie mogło przewidzieć tego, co miało się wydarzyć nad ranem. Szczególnie tego, że miałem się obudzić cały upaćkany jakąś mazią, niewiadomego pochodzenia. Co prawda czułem, że ktoś mnie maca w nocy, jednakże uznałem to za przytulasy swojej słodkiej Liliany lub nawet starszej wampirzycy. Obudziłem się nad ranem i powoli wstałem, rozciągając się i zerkając na swą piękną czarnowłosą wampirzycę.

- Dzień dobry futrzaka, jak się spało? - Uśmiechnęła się i pocałowała mnie delikatnie w policzek.
- Chyba dobrze, a Tobie jak? - Uśmiechnąłem się szeroko.
- Kocham Cię mój ty zwierzaku.
- Ja Ciebie też… Kurwa mać, dlaczego jesteś taka miła z samego rana?! Coś mi zrobiła? - Krzyk przeszedł płynnie przez ściany, jakby nie stanowiły żadnej przeszkody.
- C-czemu krzyczysz na mnie z takiego powodu, huh?! Przecież nawet nie było mnie tutaj do wczesnego rana! - Równie szybko odbiła moje oskarżenia, znienacka najpewniej wstając z łóżka. Lily tylko przełknęła ślinę, zaraz rozpęta się burza.
- Jak nie byłaś? Przecież…
- Ha, przecież nie przytulałam się nawet do Twojej klatki piersiowej. Pamiętasz, że ktoś nam przeszkodził z mizianiu?
- Lily… - drzwi nieoczekiwanie otworzyły się do kuchni. Gdzieś za plecami w najlepsze śmiała się Raven, która ledwo trzymała się na nogach. - Liliano? Co to ma znaczyć, huh?
- Śniadanie już czeka na waszą dwójkę, głodny? - schowała rączki za sobą, aby ukryć rzecz zbrodni.

Od Tibbie CD Bezimiennego


Do dziewczyny powaga sytuacji nigdy nie dochodziła w odpowiednim tempie. Niestety. Czasem trochę trwało, zanim zdała sobie sprawę z kilku ważnych w owym momencie rzeczy, ale taka była jej natura i niestety nie dało się już tego zmienić. Akurat w tym czasie stanie i gapienie się na krwawiącą ranę chłopaka nie było najlepszym wyjściem, ale tkwiąc w takowej fazie zawieszenia, przynajmniej upewniła się, że są bezpieczni, bo do tej pory jeszcze nic ich nie zaatakowało.

– No to na co czekasz, pokazuj co tam masz – wyciągnęła ręce, mówiąc to. – Bo się zaraz wykrwawisz.

– Dziękuję, już poradzę sobie sam – stwierdził spokojnym, choć nieco przesyconym bólem głosem.

– Daj spokój, wiem że moja aparycja nie wzbudza zaufania i prawdopodobnie nie znam się na tym, co zaraz będę robić, ale ty z twoimi trzęsącymi się dłońmi prawdopodobnie zrobisz sobie większą krzywdę, niż ja tobie bym była w stanie – zbliżyła się, kucając. Przytaknął lekkim skinięciem głowy z miną, której już niewiele brakowało do minimalnego rozbawienia i uśmiechu.

Od Bezimiennego CD Iriego

Słowa nieznajomego otrząsnęły go z tego chwilowego amoku. W tym samym momencie opuściła go cała złość. Wyparowała, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów, jakby nigdy jej nie było; może z wyjątkiem wstydu i pretensji do samego siebie.

Puścił mężczyznę, tonąc tym razem nie w emocjach, a myśli zalewające go gęstym strumieniem. Znalazł go w lesie… Nie dowierzając własnym uszom, Colette odwrócił plecami do mężczyzny, co mogłoby stanowić dla tamtego doskonałą okazję do kontrataku, ale wtedy o tym nie pomyślał. Złodziejaszek, za jakiego go miał, mimo słusznych rozmiarów nie wydawał się groźny, a próbując pozbierać się z ziemi przy jednoczesnych mało skutecznych próbach złapania oddechu, jedynie utwierdzał go w tym przekonaniu. Zresztą, któż by przejmował się bezpieczeństwem, wyrzucając sobie tak karygodny brak opanowania i porywczość. Naprawdę potrzebował odpoczynku, był przecież oazą spokoju, życie na wyspie faktycznie mocno zaczynało dawać mu się we znaki.

Od Bezimiennego CD Tibbie

W tamtym momencie nie było czasu na myślenie, które najwyraźniej w pewnym momencie pochłonęły dziewczynę. Sam odczuwał żal i złość na samego siebie, że dał się im ponieść. Podczas drogi w ogóle nie dostrzegł jak skrajnie nieostrożni byli. Nic dziwnego, że znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji. Bawił już trochę na wyspie, jak mógł nie zauważyć, że zbliżają się do skupiska? Sam nie wiedział jakim sposobem się na to zdobył, w ostatnim momencie rzucając się przed siebie, obalając brunetkę na ziemię. Ostre bak brzytwy kamienne szpony przecięły z głośnym świstem powietrze nad ich głowami. Dokładnie w tej samej chwili Colette poczuł nagły zastrzyk adrenaliny, rozsadzający mu żyły. Był gotów stanąć do walki lub uciekać. Analizując jednak na szybko wszystkie okoliczności, najlogiczniejszą okazywała się ta druga opcja.

25 marca 2020

Od Aven CD Bezimiennego

– Dogadajmy się, mogę ci pomóc z łucznictwem, trochę się na tym znam, a tym w zamian mogłabyś pomóc mi nieco waszymi wioskowymi zasobami. Co ty na to?

Na te słowa lekko się zmieszałam. Z jednej strony mężczyzna proponował uczciwą wymianę – za lekcje łucznictwa byłam już gotowa zapłacić, gdyby nie fakt, że kilku strażników którzy byli w tym biegli byli zbyt zajęci aby mi pomóc. Z drugiej natomiast nie mogłam być pewna intencji samotnika. Może nie należał do szajki bandytów, jak zdołałam się przekonać, ale samotnik to samotnik. Trudno jest zaufać ludziom z grupy o tak złej reputacji, chociaż on przynajmniej nie chciał w ten sposób kraść. Odwróciłam głowę w kierunku mojego rozleniwionego futrzaka, jakby chociaż miał mi odpowiedzieć czy warto zaufać temu obcemu. Niski, gardłowy miauk uznałam za wystarczające potwierdzenie.

Od Tibbie do Iriego

Przeklinam się w duchu, kiedy moja noga trafia na bagnisty teren, w którym zaczynam się zapadać. Mokre kosmyki włosów natarczywie przyklejają się do mojej twarzy, porwana peleryna nie spełnia już swojej roli tak dobrze, jak wcześniej, a rozcięcie na policzku piecze, gdy brud dostaje się do wnętrza rany. O ile życie na wyspie do teraz nie wydawało się takie trudne, o tyle schody zaczęły się w momencie, w którym zwyczajnie moje zapasy pożywienia zaczęły zbliżać się do krytycznego braku wszelkiego jedzenia. Trochę wody w kradzionej manierce i jagody, co do których nie byłam pewna to nie był szczyt moich marzeń, a mimo wszystko wolałam jeszcze pożyć, a jak już - śmierć z zatrucia wydawała się gorsza, niż taka poprzez rozerwanie w walce. W przypadku tego drugiego przynajmniej niewiele bym czuła, a jak wszyscy wiemy, ból brzucha to najgorszy, jaki istnieje. 

Nowy osadnik - Venti



SoulOfDavid

Venti | 25 lat | Wróżka



Od Kat CD Bezimiennego

Kiedy chłopak wszedł do krypty od razu wyczułam zapach zdechłego zwierzęcia. Takie rzeczy po wielu miesiącach spędzonych w lesie się czuje. Mimo iż z czasem stają się dla ciebie normą.

- Kim ty u diabła jesteś? - spytał chłopak od razu - I co tutaj w ogóle robisz? - dodał kolejne pytanie. Zadał ich za dużo o dwa. Chciałam prychnąć jednak stwierdziłam, że nie będę wydawać z siebie żadnego dźwięku dopóki nie sprawdzę do jakiego stanu niecierpliwości mogę doprowadzić nieznajomego.

- Odpowiesz mi w końcu? - zadał kolejne pytanie "groźniejszym" tonem głosu. Bawiłam się kubkiem chłopaka by po chwili na niego spojrzeć. Stał w wejściu jakby oczekiwał, że wstanę i tylko przepuści mnie w drzwiach. Upiłam łyk bimbru, który zdecydowanie był za mocny jak dla mnie. Wolałam delikatniejszy alkohol. Skrzywiłam się jedynie i odłożyłam kubek na stół. Spojrzałam na chłopaka i delikatnie uśmiechnęłam się widząc jego zdenerwowanie, które powoli osiągało coraz większy poziom. Nie wiem czemu ale nieraz bawi mnie to zdziwienie ludzi gdy wejdzie się do ich domu. Są zaskoczeni. Jak to tak można?! Przecież kulturalny człowiek by tak nie zrobił. Cóż jesteśmy w lesie. Jak dla mnie panują tutaj trochę inne zasady. Nie ważne.

Od Tibbie CD Bezimiennego

     Krytyczne spojrzenie dziewczyny skrzyżowało się z jasnymi oczami nieznajomego, kiedy zaczął zbierać swoje rzeczy. Robił wszystko niezwykle powoli, ale nie ślamazarnie, przez co Tibbie powstrzymała się od zniecierpliwionego tupania nogą, stojąc przy drzwiach. Nie wiedziała po co to robi, ale odprowadzenie mężczyzny było bez wątpienia ciekawsze, niż bezczynne siedzenie w rozpadającym się domu. Ponadto, była na wyspie już pewien czas i to była najwyższa pora, aby wyściubić nos poza "strefę komfortu", która nadal nią w stu procentach nie była, ale będąc szczerym, na takowej wyspie, na jakiej znalazła się Tibbie, nic nie mogło nią być. Wiedziała też, że nie może oczekiwać nie wiadomo czego, ale na szczęście - nie oczekiwała, więc zderzenie z rzeczywistością nie było dla niej tak brutalne, jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Była pogodzona ze swoją sytuacją i to nie było tak, że co noc rozmyślała nad swoim losem i niedolą.   

22 marca 2020

Od Raven cd Pan Staś - szczury laboratoryjne

Czuła się wykończona fizycznie i psychicznie jak jeszcze nigdy dotąd. Niby uzyskali tutaj kilka swoistych zwycięstw, jednak całe ich szczęście mogło zamienić się w tragedię w jednym momencie. Wampirzyca jak jej nieodłączny towarzysz niedoli i “nowego życia”, pragnęli już tylko jednego - postawić stopy na znajomej ziemi i przytulić ich maleństwo. Przemykając się niczym rasowi ninja, myślami była całkowicie gdzieś indziej. Wyobrażała sobie typowe dla ich rodziny popołudnia, gdzie Stanisław wygłupiał się z owockiem, zaś ona sama śmiała się pod nosem, przygotowując pożywny posiłek. Śmiechy, błagania o litość i zaczepki. Zagrywki, łaskotki, drobne ukazania czułości i znajome “FUUUJ”... Nigdy tak bardzo nie tęskniła za tym, a dziwna pustka zdawała się podwajać w jej martwym serduszku. Poczuła znaczne szarpnięcie za poły ubrania, które trafnie przywróciło ją do rzeczywistości. Chciała czym prędzej opierdolić nieznajomą, jednak zwykłe na kierowanie ruchem pozbawionej włosów głowy wystarczyło, aby zrozumieć całość ich sytuacji. Przez własną głupotę o mało nie wylądowali w łapska oprawców, zdradzając własną pozycję tak łatwo.

21 marca 2020

Od Phanthoma cd Fafnir - Szczury laboratoryjne

To było takie szalone. Najpierw laboratorium, a teraz dom Fafnira. Oniemiałem na widok tego luksusowego domu, na dodatek z ogromnym ogrodem różanym. Trzymając chłopaka w pasie, nie mogłem przestać się rozglądać. Mimo wszystko bałem się, że ktoś nas zobaczy. Chłopak patrzył w niebo, jego oczy aż śmiały się, a na moją twarz mimowolnie wpełzł uśmiech. Wyglądał tak uroczo, kiedy z rumieńcami od biegu, na bladej twarzy, oglądał gwiazdy, odbijające się w jego oczach. Po chwili mocno go przytuliłem, jakbym chciał mieć pewność, że naprawdę razem uciekliśmy z tamtego miejsca, że on żyje, nic mu nie jest, a to wszystko nie jest tylko pięknym snem.

16 marca 2020

Od Bobby CD Bezimiennego - Szczury laboratoryjne

Po raz kolejny ocknęłam się w zupełnie innym miejscu, niż to z ostatniego wspomnienia. Miałam serdecznie dość tych wszystkich naukowców, ich cholernych badań i głupich gierek, środków usypiających, szumienia w głowie i wszystkiego innego. Gdybym mogła choć raz obudzić się w normalnym miękkim łóżku pod miłym przykryciem i przeżyć zwykły dzień, to byłoby super. Podniosłam się do siadu, roztarłam czoło i twarz. Starałam się poukładać wszystko w jedną całość. Po pierwsze jeszcze żyłam. To był naprawdę dobry znak. Po drugie śmierdziało tu nieco inaczej, ale wciąż byłam w jakiejś części laboratorium.
Podniosłam koszulkę i zobaczyłam szwy na brzuchu. Kierując wzrok w dół zobaczyłam też coś na podłodze obok buta. W tym korytarzu nie było zbyt jasno, ale trudno było nie rozpoznać noża. Więc tak miała wyglądać zajebista pomoc za podzielenie się swoimi organami? Kur*a pięknie. Gdy chciałam schować broń, spojrzałam na swoją dłoń, a raczej zygzak znajdujący się na niej. Poczułam na sobie czyjś wzrok i zrozumiałam, że nie patrząc wokół dałam się zajść jak młoda. Ktoś był za mną, czułam to. Położył mi rękę na ramieniu a ja przerzuciłam go do przodu. Huhu, sama byłam zaskoczona że tyle we mnie zostało siły mimo niekończącej się głodówki.
Zrozumiałam moją głupotę gdy spojrzałam w oczy dość zaskoczonego Bezimiennego. Czemu do mnie się nie odezwał? Nie był pewny czy ot ja czy co? Z resztą na jednemu z obstawy naukowców raczej taki ruch by mi się nie udał, bo pewnie dawno zanim bym zareagowała to dostałabym kulkę w tył głowy.
Przeprosiłam lekko zdezorientowanego mężczyznę i pomogłam mu wstać. Nie wyglądał na bliskiego śmierci, wręcz promieniował energią. Nie byłam pewna czy powinnam podzielić się z nim moimi przygodami, ale skoro on był szczery ze mną, to ja powinnam przynajmniej odwdzięczyć się mu tym samym. Zwłaszcza, że dzięki niemu mogłam spokojnie spać w nocy i przeżyć to przetrzymanie bez zwariowania. Kończąc moją historię pokazałam mu zygzak na ręce, bo może on mógł to rozszyfrować.

Od Fafnir'a CD Phanthoma - Szczury laboratoryjne

Fafnir wbił tępy wzrok w podłogę. Czuł się winny. Z każdym dniem coraz bardziej. Nie mógł sobie wybaczyć przemiany, a co za tym idzie, przechwycenia przez naukowców jednego z jego przyjaciół. Kolejny nieludzki eksperyment. Początkowo nie zdawali sobie z tego sprawy. Jednak, gdy kolejne dni w zamknięciu mijały, a smoki zostały pozbawione wody i pożywienia, zrozumieli co się święci. Sprawdzali ich wytrzymałość. Gdyby umarli, nikt by nawet tego nie zauważył poza nimi samymi. Świat nie wiedział o miejscu, do którego trafili, a dla naukowców byli tylko jednymi z wielu obiektów badań, które mogli w każdej chwili zastąpić nowymi osobnikami.
Z każdym dniem nadzieja na wypuszczenie przez naukowców bruneta i albinosa malała w sercu młodszego. Całymi dniami siedzieli blisko siebie, czasem chodzili w kółko. Nocami spali blisko siebie. Bywało, że Fafnir przytulał się do piersi przyjaciela w poszukiwaniu odrobiny ciepła lub zwyczajnie uczucia bliskości kogoś, komu mógł zaufać. Bo cóż innego mogli robić? Wszystkie próby uwolnienia się z zamknięcia poszły na marne. Phanthom wciąż szukał sposobu, którego nie wypróbowali, ale Fafnir stracił nadzieję równie szybko jak siły.
- Fafnir - brunet przestał nagle krążyć po pokoju i kucnął przy albinosie - Mam plan, musimy spróbować. - powiedział. Młodszy jedynie skinął słabo głową.
- Więc co robimy? - zapytał Fafnir, gdy całkowicie wrócił myślami na ziemię.
- Udaj, że nie żyjesz. Połóż się i się nie ruszaj, jakbyś spał i nie reaguj. - wyjaśnił Phanthom. Fafnir lekko się ożywił. Może tym razem plan wypali? Wyglądał na taki, który musi się udać.
Albinos skinął głową i wykonał polecenie starszego. Po chwili brunet zaczął krzyczeć, odgrywając scenę żywcem wyjętą z jednego z filmów. Udawał, że próbuje zatrzymać umierającego przyjaciela przy sobie, obiecując mu, że wkrótce wydostaną się z więzienia.
Po około dziesięciu minutach drzwi się otworzyły. Dwoje ludzi weszło do pomieszczenia, by zabrać albinosa. Phanthom rzucił się na nich, zostając prawie od razu porażonym prądem.
Gdy mężczyźni wynosili Fafnir'a, smok spróbował po raz kolejny swoich sił. Tym razem udało mu się przygwoździć jednego z nich do ściany. Po chwili jednak ponownie rażono go prądem. Brunet odsunął się, chowając ręce w materiale bluzy, którą miał na sobie. Albinos został wyniesiony, a drzwi na nowo zamknięte. Phanthom podniósł głowę.

15 marca 2020

Od Phanthoma cd Fafnir

Powiedzieć, że czułem się jak trup, to za mało, tym bardziej że jeszcze miałem czucie i czułem zbyt intensywnie. Bolało mnie kości, nie mówiąc o skórze, która w niektórych miejscach była jeszcze czerwona od wcześniejszego jej rozrywania.
Byłem mu bardzo wdzięczny. Nawet jeśli zupa miała za mało soli i mogła się pogotować dłużej, sam jego trud i wysiłek sprawił, że zupa mi smakowała. Gdyby nie postanowił mnie sam nakarmić, pewnie wróciłbym do łóżka głodny. Naprawdę nie miałem apetytu, ani sił, by jeść. Kiedy zupa się skończyła, a chłopak miał już zamiar umyć miskę, poprosiłem o drugą porcję. Nie mam pojęcia, czy tak mi smakowało, czy tak byłem głodny, czy spodobał mi się fakt, że ktoś mnie karmi. Może wszystko naraz, ale ta druga porcja weszła szybciej, niż pierwsza. Gdy Fafnir sprzątał po tej krótkiej kolacji, wstałem powoli opierając się o stół i podszedłem do niego. Oparłem się o jego plecy i zarzuciłem mu dłonie na przód. Chłopak stał jak wryty, zdziwiony moim zachowaniem.

13 marca 2020

Od Eris CD Aven - Szczury laboratoryjne

Gdy udało im się zdobyć czip, nadzieja Eris na ucieczkę z laboratorium przemieniła się niemal w pewność. Miały już w końcu przepustkę blondwłosej pani naukowiec, jak i klucz do celi, który strażniczka wcześniej w tak subtelny sposób ukryła pomiędzy piersiami. Przy okazji zabezpieczenia czipu, doszła jednak do wniosku, że biust nie jest najbezpieczniejszym miejsce do przetrzymywania klucza. W końcu w każdej chwili mógłby wypaść, więc już po chwili spoczął bezpiecznie wśród włosów i piór u boku czipu.

8 marca 2020

Od Aven CD Eris - Szczury Laboratoryjne

Nie zdążyłam jeszcze zapoznać się lepiej z moją towarzyszką niedoli, jednak już przynajmniej kilka razy doświadczyłam jej zmian nastroju. Nie byłam pewna, czy jest lekko szalona czy to ma po prostu jakiś związek z mutacją, a raczej w tym momencie z szeregiem nachodzących na siebie mutacji. Wydawała się sprytniejsza niż można było przypuszczać, a w błysku jej oczu można było wyraźnie dostrzec nadzieje i przemyślane plany.
Nasłuchiwałyśmy i przyglądałyśmy się razem wrzawie powstałej na korytarzu więziennym. Przez jaszczurkowe geny mój upośledzony słuch nie był w stanie odbierać sensu poszczególnych padających słów. Nie było mi to potrzebne, wiele dało się wywnioskować po samym tonie rozmowy. Gdy zobaczyłam dwójkę mutantów, którzy ocalili nam skórę, związanych jak zwierzęta bez szansy ucieczki zmroziło mnie.
— Zabierają ich… — powiedziała cicho strażniczka. Skinęłam bezmyślnie głową i przygryzłam wargę. To była nasza wina, oni uratowali nam skórę. Trudno będzie w jakikolwiek sposób im pomóc… Co nie oznacza, że nie można będzie spróbować.
Leżący na wózku jaszczur chyba nie zamierzał łatwo sprzedać swoją skórę i próbował wierzgać, w końcu uwalniając swój ogon i rzucał nim we wszystkich kierunkach. Zanim został na dobre spacyfikowany przez zbrojnych chlasnął piękną panią naukowiec, zrzucając jej okulary. Ta, z gracją gimnazjalistki próbującej zaimponować przystojnemu koledze podniosła je udając niewzruszoną zaistniałą sytuacją. Podniosła się zarzucając w przekomiczny sposób włosami w bok i pomaszerowała za współpracownikami, aż wszyscy zniknęli i znów nastała cisza przerywana jedynie buczeniem lamp.

2 marca 2020

Od Lily cd Pan Staś

Czy jej obecne cele były w jakikolwiek sposób planowane? Pod żadnym względem nie, dziewczynka miała kilka rzeczy jakich się bała w swoim jeszcze krótkim życiu. Na pierwszym miejscu i na równi stawiała bojaźń przed utratą rodziny, wraz z krwawą fazą wściekłości swojej rodzicielki. Drugim z negatywów były przeraźliwie realistyczne koszmary, które często zatruwały jej życie. Nie raz przychodziła do swoich rodziców z płaczem, prosząc o pomoc w wyzbyciu się potwora spod łóżka. Przez to, aby nauczyć ją pewności siebie radzenie z wyidealizowanym w głowie problemem, nie raz na zmianę spali wraz z córką na małym łóżku na pięterku. Cóż, plecy Stanisława jeszcze dużo miały wycierpieć przez jego ciężkie życie. Spanie między rodzicami miało swoje plusy i minusy, także dodawało piękne bonusy. Zabierała starszej wampirzycy możliwość przytulenia się do cieplutkiego ciałka głowy rodziny, które teraz miała na wyłączność. Co jak co, ale wilczek był tylko własnością małego diabełka. Tak oficjalnie oczywiście, każdy to wiedział. A jednak nikt nie brał tego na poważnie, zaś za dziecięcy żart. I nie zamierzała się dzielić zdobyczą, pijawka już zbyt wiele mogła się nim cieszyć. Czas powiedzieć dość.
Mogło minąć z cztery godziny, jednak noc trwała w najlepsze dalej. Nie dla głupich pomysłów rodzących się w kreatywnej główce. Pewna para latarenek idealnie widzących w ciemnościach prześwietliła stan pokoju, bacznie monitorując poczynania dwójki dorosłych. Osóbka po jej prawej stronie leżała na najdalej wysuniętym miejscu na łóżku, odwrócona plecami do niej. Wcale jej to nie zdziwiło, gdyż często tak uciekała w nocy od ich dwójki. Jeśli już nie opuszczała domu dla polowania, przeważnie potrzebowała separacji w tak błahej rzeczy. Lily nigdy nie mogła tego zrozumieć. Jakby podświadomie chciała zaznać tej brakującej prywatności, uśmiechnęła się zwycięsko. Zwróciła twarz do swojej maskotki - przytulanki, która mruczała coś przez sen pod nosem. Nawet, jeśli jego silna ręka była owinięta wokół jej ciałka, twarz miał zwróconą w odwrotną stronę do niej. Z rozczuleniem podparła swoją głowę na jego torsie, wzdychając słodziutko. Jego brązowe włosy wyszły z uścisku dość sporego kitka, przysłaniając niektóre fragmenty jego twarzy. W jednym momencie dziewczynka zdębiała, zauważając dziwne ślady na materiale jego rozpiętej do połowy koszuli. Wesołe i chaotyczne szlaczki i zygzaki przechodziły wesoło przez materiał, kończąc jak gdyby nic na skórze. Dodatkowo zawijasy na twarzy, cholera. Spojrzała bacznie na swoje dłonie, zapomniała zmyć ciekawą żywicę, jaką znalazła niedawno w lesie. Wydała się na tyle ciekawa do tworzenia i zabawy, że sporą część przemyciła do swojego azylu.
* Składam wszelkie modlitwy, aby mamusia nie została tym zabrudzona. - na samą myśl zrobiła się niezwykle blada, padając plackiem pomiędzy rodziców. Jutrzejszy dzień mógł być swoistym dniem apokalipsy, gdzie każdy będzie musiał zapłacić za swoje grzechy.