29 listopada 2018

Od Melody C.D Lucan'a [oswojenie Jelona]

Zabawne. Szukałam go, a tym czasem to on znalazł mnie. Jednak niezależnie od tego, kto był pierwszy, cieszyłabym się tak samo ze spotkania wampira. Trochę dziwnie to brzmi, ale właśnie tak było. Sama nie wiem, kiedy przestałam odczuwać zagrożenie. Wiedziałam jednak, że Lucan by mnie nie skrzywdził i chyba właśnie tyle wystarczyło.
Stał tam, pomiędzy drzewami. Jego jasna cera i włosy powodowały, że z łatwością można było go pomylić z jakąś inną istotą, widzianą jedynie zimą. Płatki śniegu tańczyły wokół niego, jakby faktycznie sprawował nad nimi władzę. To wyglądało tak magicznie, że nie mogłam oderwać od niego wzroku.
- Witaj. - mruknął, sprowadzając mnie na ziemię. Uśmiechnęłam się do niego szerzej. Widziałam, jak bierze głęboki oddech. Podniosłam się z kolan i strzepałam z nich śnieg. Zaraz po tym wróciłam spojrzeniem do Lucan'a. Wciąż tam stał. To oznaczało, że nie był złudzeniem.
- Dzień dobry. - odparłam z uśmiechem - Szukałam cię... - zaczęłam nieśmiało, zdejmując jednocześnie torbę z ramienia. Przerwałam jednak, gdy mężczyzna chwycił mnie za ramię. Zmierzyłam wampira wzrokiem, nie wiedząc, o co może mu chodzić. Lucan rozejrzał się niespokojnie, strzygąc przy tym uszami. Czyżbyśmy byli obserwowani?
- Zaraz porozmawiamy, najpierw zejdźmy z lodu i z widoku, jesteśmy tu wystawieni jak na dłoni. - powiedział, puszczając moją rękę, a następnie przenosząc swoją dłoń na moje plecy. Nie musiał mówić nic więcej, żebym zrozumiała, co ma na myśli. Szybko zarzuciłam torbę z powrotem na ramię, przytuliłam się do ciepłego torsu Lucan'a i pozwoliłam mu się prowadzić.
Po przejściu kilkunastu metrów, wkroczyliśmy w gęstwinę świerków. Ich zielone igły były częściowo zamarznięte, a rośliny prawie w całości pokrywał śnieg. Dłoń wampira wróciła do kieszeni jego spodni, kiedy spacerowaliśmy powoli ścieżką. Razem obserwowaliśmy otaczający nas krajobraz.
- Dlaczego tu jesteś, Melody? - zapytał obojętnie blondyn, przerywając ciszę. Wzrok wbił w ziemię, jakby chciał uważać, gdzie stawia swoje kroki. Drgnęłam, od razu przypomniawszy sobie o prezencie dla wampira. Zaczęłam szybko przeszukiwać torbę, czując jednocześnie na sobie wzrok blondyna.
- Pomyślałam, że możesz marznąć w zimę, mam tu dla ciebie kilka rzeczy! - odparłam z uśmiechem i zaczęłam wyciągać szaliki oraz czapki, by pokazać je mężczyźnie.
Nagle Lucan delikatnie ujął moje dłonie w swoje. Uniosłam wzrok na jego twarz i spojrzałam mu pytająco w oczy.
- Melody, ja nie marznę. Ciepłe ubrania są mi zbędne. - powiedział. Znowu nie udało mi się mu pomóc. Poczułam, jak cały entuzjazm ulatuje z mojego ciała.
- Ale dziękuję za twoje chęci. - dodał mężczyzna. Wyswobodziłam dłonie z jego uścisku i schowałam je do kieszeni swojego płaszcza.
- Jasne. - odparłam ze sztucznym uśmiechem.
- Okej, czapek nienawidzę, ale szalik może by się mi przydał. - powiedział Lucan po chwili i uniósł lekko kąciki ust, spoglądając w moją stronę. Odwzajemniłam uśmiech, szczęśliwa, że wampir jednak zmienił zdanie. Wyjęłam z torby ciepły, granatowy szalik, który sama wydziergałam i owinęłam go wokół szyi mężczyzny.
- Śliczny, dziękuję. - powiedział Lucan, obdarowując mnie serdecznym uśmiechem, od którego zrobiło mi się ciepło na sercu.

Kolejne pół godziny spędziliśmy na spacerowaniu po lesie, rozmawiając przy tym o Osadnikach i wiosce zimą. Powoli zaczynało się ściemniać, więc Lucan odprowadził mnie prawie pod granicę wioski. Czyżby się martwił o to, czy bezpiecznie wrócę do domu?
- Tu się rozstajemy, nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty. - powiedział blondyn, wpatrując się w strażników na warcie. Chciałam spędzić z nim jeszcze trochę czasu, ale dłuższa nieobecność mogłaby zaniepokoić Osadników. Dlatego uścisnęłam wampira na pożegnanie, uczepiwszy się płaszcza z jeleniej skóry, który mu, nie oszukujmy się, wcisnęłam.
Odkleiwszy się od mężczyzny, spojrzałam na niego z uśmiechem.
- Uważaj na siebie. - odparłam półszeptem. Bałam się, że jeśli powiem to choćby odrobinę głośniej, strażnicy nas dostrzegą i niesłusznie aresztują Lucan'a.
Mężczyzna skinął w odpowiedzi głową. Dopiero wtedy mogłam odejść, nieco spokojniejsza, co jakiś czas spojrzawszy na niego ukradkiem przez ramię.

Wróciłam do swojego domu i z cichym westchnięciem odłożyłam to, czego Lucan nie przyjął na półki w pokoju, pełniącym funkcję magazynu i sklepu. Następnie udałam się do łazienki. Moja skóra ponownie potrzebowała wody.
Po długiej kąpieli, przeszłam do sypialni. Położyłam się na łóżku, przebrana w piżamę i spojrzałam na stolik nocny. Leżało na nim kilka bursztynów. Były to te same, którymi chciał mnie zwabić wampir w dzień naszego pierwszego spotkania. Sięgnęłam po nie i zaczęłam oglądać każdy z nich. Czy jeszcze kiedyś się spotkamy? 

***

Nadeszła wiosna. Śnieg stopniał i ustąpił miejsca ulewnym deszczom. Wciąż nie miałam wieści o tym, co dzieje się z Lucan'em, dlatego nie mogłam się w pełni skupić na licznych obowiązkach, które na mnie spadły wraz ze zmianą pory roku. Ktoś potrzebował nowych butów, drugiemu wystarczyła naprawa starych, inny chciał bluzę z kapturem, kolejny prosił o naprawienie zasłon, dywanów, obrusów i pewnie jeszcze całego wyposażenia swojego domu. Jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo zmęczona. Na przyszłość raczej zacznę szyć ubrania na wiosnę jeszcze zimą, na lato - wiosną i tak dalej. Myślę, że to by było najlepsze rozwiązanie, które pozwoliłoby mi na przynajmniej dzień wolnego. Część ubrań byłam zmuszona szyć w trakcie kąpieli, bo przez to, że traciłam rachubę czasu, zaczynałam się odwadniać.
Całe dnie spędzałam na szyciu, kupowaniu materiałów oraz roznoszeniu zamówień do domów starszych Osadników lub zbyt zajętych pracą, by mogli je osobiście odebrać w moim domu. Myślałam więc, że tego dnia będzie tak samo - pobódka wcześnie rano, kąpiel, praca, zakupy, praca, kąpiel i krótki sen. Myliłam się jednak, zupełnie nie mając pojęcia, jaka niespodzianka mnie czeka.

Zostawiłam bałagan na dole, powtarzając sobie, że zajmę się nim następnego dnia. Dzięki temu zyskałam nieco więcej czasu dla siebie.
Jak co wieczór przeszłam z białą koszulą nocną w rękach do łazienki, zawiesiłam ją na parawanie, po czym przygotowałam relaksacyjną kąpiel. Zdjęłam z siebie ubrania i wrzuciłam je do, plecionego z witek wierzbowych, kosza na pranie. Następnie weszłam do balii, ukrytej za parawanem, która to służyła mi jako wanna. Zamknęłam oczy i zanurzyłam się w wodzie po czubek głowy. Po chwili jednak usiadłam na dnie balii, usłyszawszy huk na parterze. Przeniosłam włosy na jedną stronę i zaczęłam nasłuchiwać, jednak odgłos się nie powtórzył. Uznałam więc, że musiałam się przesłyszeć lub zwyczajnie coś w pracowni spadło na podłogę. Spokojna, kontynuowałam kąpiel. Nucąc cicho melodię, którą pamiętałam z mojego poprzedniego życia, sięgnęłam po olejek różany, stojący na kamiennej półce. Jedną ręką nacierałam nim obojczyk, nie zwracając większej uwagi na płatki róż, które przyklejały się do mojej skóry, a palcami drugiej ręki rozczesywałam mokre włosy.
Nagle usłyszałam głośne chrząknięcie od strony parawanu. Wzdrygnęłam się, wylewając przy tym nieco wody poza balię. Automatycznie odwróciłam głowę w tamtym kierunku i spojrzałam na Lucan'a, jednocześnie zasłaniając miejsca intymne. Musiałam być tak zmęczona lub pochłonięta swoimi czynnościami, że nie zauważyłam go wcześniej. Nawet nie wiem, ile stał obok z rękoma zawiniętymi na piersi i uśmiechając się półgębkiem. Poczułam pieczenie, głównie policzków, gdy na moją twarz wypłynął rumieniec.
- To ja poczekam na dole. - powiedział, uśmiechając się szerzej, po czym wyszedł z łazienki. W tamtym momencie zaczynałam wszystko rozumieć. Ten hałas, który słyszałam wcześniej, nie był złudzeniem, ani niczym innym jak Lucan'em. Westchnęłam cicho i zakończyłam swoją kąpiel. Osuszywszy skórę, włożyłam bieliznę oraz koszulę nocną. Następnie wytarłam kałużę i udałam się na parter. Schody jak zwykle zaskrzypiały, kiedy po nich schodziłam. Mężczyzna stał przy stole i wpatrywał się w okno. Na blacie rozłożył rozmaite skóry i skórki. Zbliżyłam się do niego nieśmiało. Do moich uszu doszło warczenie wampira
- Lucan? Wszystko dobrze? - zapytałam, spojrzawszy na jego twarz. Zaczęłam się martwić. Dłuższy czas nie wiedziałam, co się z nim dzieje, więc w mojej głowie pojawiły się różne scenariusze.
Ujęłam twarz blondyna w dłonie i wtedy spostrzegłam, że jego oczy zmieniły kolor. Ich szkarłatna barwa sprawiła, że po ramionach przebiegł mi zimy dreszcz.
- Lucan? Dobrze się czujesz? - niepewnie ponowiłam pytanie.
Nagle poczułam silny ból, promieniujący od nadgarstka. Dopiero wtedy spostrzrgłam zaciśniętą na nim dłoń mężczyzny.
- Lu - Lucan, puść. To boli. - jęknęłam, jednak nie przyniosło to żadnego skutku. Kiedy nawet powtórzenie tych słów głośniej nic nie dało, z trudem wyrwałam się wampirowi.
- Lucan, co się stało? - zapytałam, przytulając do piersi bolący nadgarstek. Momentalnie zostałam pchnięta na ścianę za mną. Powietrze zostało wypchnięte z moich płuc pod wpływem uderzenia. Nogi ugięły się pode mną, a po ciele rozlał się piekący od środka ból. Przez chwilę próbowałam złapać oddech, co jednak szybko zostało mi dodatkowo uniemożliwione. Dłoń Lucan'a zacisnęła się na mojej szyi i uniosła mnie nieco nad podłogą. Zaczynałam się dusić. Obraz blondyna przed moimi oczami był rozmazany. Dlaczego Lucan to robił? Czy kolor jego oczu miał z tym coś wspólnego?
Kiedy mężczyzna zbliżył wargi do mojej szyi, od razu zrozumiałam. Był głodny i to bardzo. Nie mogłam pozostać z nim w wiosce do momentu, w którym odzyska panowanie nad sobą. Znajdując mnie martwą na terenie Osadników, strażnicy zaczęliby na niego polować i nie przestały, dopóki by go nie zabili. Nie mogłam też być pewna tego, czy aby na pewno będę jedyną ofiarą blondyna tegoż dnia. Dlatego postanowiłam zaciągnąć go jak najdalej od wioski.
Ostatkiem sił odepchnęłam od siebie wampira, złapałam gwałtowny oddech i pobiegłam chwiejnie do drzwi. Lucan szybko podniósł się z podłogi i ruszył za mną. Wybiegłam z domu tak, jak stałam. Na zewnątrz powitał mnie chłodny wiatr. Z trudem dławiłam w sobie chęć odwrócenia się. Wiedziałam, że wampir za mną podąża, czułam jego obecność, a patrzenie za siebie jedynie by mnie spowalniało. Dlatego właśnie biegłam cały czas przed siebie najciemniejszymi uliczkami, dzięki czemu nie rzucaliśmy się w oczy.
Szybko dobiegłam do bramy, uchyliłam ją i wybiegłam do lasu. Lucan wciąż deptał mi po piętach. Brakowało mi sił, ale wiedziałam, że muszę biec. Coraz szybciej i dalej.

Z gdzieniegdzie oświetlonej osady, wkroczyłam do pochłoniętego w mroku lasu. Bałam się. Tak bardzo się bałam. Nie tyle nowej twarzy blondyna, co innych, obcych mi Samotników i dzikich stworzeń.
Kiedy już kilka razy prawie potknęłam się o własne nogi lub korzenie, schowałam się za drzewem, by złapać nieco tchu. Nastała niepokojąca cisza. Zasłoniłam usta ręką, na której nie widniał ogromny siniak, by uciszyć swój niespokojny oddech.
- Meeloody... - usłyszałam po chwili - Gdzie się chowasz? Pobawmy się... - ton głosu Lucan'a przypominał bardziej ten, należący do jakiegoś szaleńca.
- Meeloody... - słyszałam, jak wampir sprawdza wszystkie miejsca, w których mogłam się ukryć, wciąż nawołując.
W pewnym momencie znowu nastała chwila ciszy.
- Mam cię... - usłyszałam szept przy swoim uchu. Od razu ruszyłam pędem przed siebie. 
- Nie uciekniesz mi! - krzyknął mężczyzna za mną. Kątem oka widziałam, że Lucan próbuje mnie wyprzedzić i...wpada do głębokiego, dużego dołu. Zapewne pułapki jakiegoś Samotnika, która przysłonięta liśćmi mogła być niezauważalna za dnia, a w nocy niewidoczna.
Automatycznie zatrzymałam się. Spojrzałam w stronę dołu, z którego dochodziły warknięcia wampira, przypominające bardziej te zwierzęce. Niepewnie zbliżyłam się do niego i zajrzałam do środka. Cienkie pasmo białego światła księżyca padało na dno pułapki. Mimo tego nie mogłam dostrzec Lucan'a.
Wtem wampir wyskoczył z ciemności, chcąc się na mnie rzucić, ale siła grawitacji pociągnęła go w dół. Blondyn spróbował wdrapać się po ścianie z powrotem na górę, ale mokra ziemia nie stawiała żadnego oporu. Jedno więc było pewne, Lucan nie mógł uwolnić się bez pomocy innej osoby. 
Uklęknęłam na trawie i usiadłam na swoich łydkach. Cierpliwie czekałam, aż wampir zużyje swój nadmiar energii.

Kiedy Lucan powoli opadał z sił. Zdawał się być już znacznie spokojniejszy. Zrezygnowany opadł na ziemię. Powoli podniosłam się z klęczek, zbliżyłam do krawędzi dołu i wyciągnęłam dłoń do blondyna.
- Podaj mi rękę, pomogę ci. - powiedziałam spokojnie. Mężczyzna zmierzył wzrokiem moją rękę i niepewnie chwycił ją. Zaparłam się nogami, wbijając je w rozmokniętą glebę i pociągnęłam blondyna w swoją stronę, wyciągając go z pułapki. Upadłam na ziemię, a Lucan na mnie. Jego twarz znalazła się tuż przy mojej szyi. Wampir sapnął, jakby próbował złapać oddech. Później zaczął warczeć. Zupełnie jakby coś zalegało w jego płucach.
- Lucan? - szepnęłam wystraszona. Nagle blondyn odchylił moją głowę do tyłu i wgryzł się w tentnicę. Mimowolnie zacisnęłam palce na materiale jego koszuli. Z czasem wszystko stało się czarne. 

***

Ocknęłam się chwilę przed wschodem słońca. Nie wiem, jak długo byłam nieprzytomna. Kiedy częściowo wróciłam do siebie, spostrzegłam, że leżę w swoim łóżku. Pokój wyglądał tak, jak przed moim wyjściem z jedną tylko różnicą. Było to krzesło postawione obok łóżka. Ktoś musiał być w moim domu. Miałam już swoje podejrzenia.
Spróbowałam się podnieść. Nagły przypływ bólu obudził mnie do końca. Przeniosłam wzrok na bolący, owinięty bandażem nadgarstek. To był dowód na to, że wszystko, co działo się przed utratą przeze mnie świadomości nie było snem.

Z trudem podniosłam się z łóżka i przeszukałam cały dom. Pusto. Ani żywej duszy.
Ruszyłam więc w stronę drzwi i otworzyłam je. W okolicy również nikogo nie było. Wszystkie usługi były o tej godzinie nieczynne, więc jedynym miejscem, do którego Lucan mógłby się udać był obszar poza terenem wioski. Opuściłam zatem budynek i ruszyłam na poszukiwania blondyna.

Nie znalazłam Lucan'a w pobliżu osady, mimo że obeszłam ją dookoła kilka razy. Postanowiłam więc przenieść się nad Spokojny Strumień. Słońce powoli wschodziło, rozpędzając przy tym rubinowe obłoki jutrzenki. Jasne promienie przechodziły gdzieniegdzie przez dziury w koronach drzew, oświetlając fragmenty zieleni pod nimi niczym reflektory. Cichy szum płynącej wody działał na mnie uspokajająco.
Nagle dostrzegłam jasną postać między drzewami kilka metrów dalej. Myśląc, że znalazłam w końcu cel swoich poszukiwań, pobiegłam w tamtym kierunku. Zatrzymałam się, gdy byłam na tyle blisko, by zauważyć, że tą istotą nie jest Lucan, a Jelon. Hybryda przerwała skubanie żywo zielonej trawy i uniosła łeb. Wiedział o mojej obecności. Ba, wpatrywał się we mnie. Stałam w miejscu, podobnie jak zwierzę. Po chwili ostrożnie i powoli zbliżyłam się do niego. Byłam zaskoczona, widząc, że hybryda nie uciekła. Stanęłam obok Jelona i przyjrzałam mu się. Następnie bardzo powoli położyłam dłoń. Istota zamknęła oczy zadowolona, zezwalając w ten sposób na dalsze pieszczoty.
Nagle hybryda otworzyła oczy, poderwała głowę do góry i zaczęła nasłuchiwać. Chciałam uspokoić stworzenie, ale Jelon niestety uciekł prawie od razu. Westchnęłam cicho i odwróciłam się, usłyszawszy trzask łamanej gałązki.
- Lucan? - zapytałam, patrząc na dobrze mi znanego wampira. Tym razem to był on.


Lucan?

28 listopada 2018

Od Renarda CD Farrah do Cyklamen

     Jak się pewnie każdy spodziewał, nie udało mu się w porę dogonić siostry. Dziewczynka musiała wziąć sprawy w swoje ręce (i to dosłownie) i zniknąć za drzewami nie pozwalając bratu siebie złapać. Gdy było już tak naprawdę po wszystkim, Renard wleciał do chaty Harry jak wichura i wzrokiem odnalazł Farrah, którą miał zamiar zaraz ochrzanić. Nie zwrócił nawet uwagi jakich problemów przysporzył osadniczce wbiegając w brudnych buciorach do czystego domu. Dzieciak, jak to dzieciak, mało obchodzi go porządek.

- FARRAH! - głośno tupiąc zbliżył się do siostry i patrząc na nią z góry gniewnie zmarszczył brwi chcąc wyglądać groźniej i bardziej stanowczo - Oszalałaś?! Nie mogłaś na mnie przynajmniej zaczekać?! - powarkiwał, a pod wpływem zbyt mocnego uścisku, paznokcie wbijały mu się w wewnętrzną stronę dłoni.

Dziewczynka jednak zignorowała brata nawet nie obdarzając go spojrzeniem. Była powiem zbyt zajęta biedną istotką wykończoną przez niezbyt wygodny transport, jakim została tutaj przyniesiona. Renard tylko przewrócił z irytacją oczami i zdjął ubranie wierzchnie na polecenie cioci Harry. Niechętnie pomógł rozebrać się również Farrah i poszedł odwiesić płaszcze na wieszak, jak przystało. Potem wrócił do siostry i ukucnął obok niej, aby mieć dobry widok na ich małe znalezisko. Nie było w tym nic niezwykłego. Malutki człowieczek z parą równie malutkich skrzydeł, a Farrah ekscytowała się, jakby ujrzała jakieś bóstwo. Może to u niej normalne, przecież dziewczynki powinny interesować się takimi słodkimi rzeczami. Młody lisołak przez chwilę wpatrywał się w dygoczące małe ciałko, ale po dłuższej chwili zaczęło go to nudzić.

- Farrah słyszałaś mnie? Mama będzie się martwić - wzdychał znudzony chłopiec i wywracał oczami bujając się na boki - Jeszcze nie da nam przez ciebie obiadu, zobaczysz - ostatecznie pokazał siostrze język i podniósł się z drewnianej podłogi przy kominku, akurat w porę.

Przed nimi zjawiła się dziewczyna z dwoma kubkami wypełnionymi przepysznym czekoladowym napojem. Renard od razu dobrał się do swojej czekolady i nie zważając na jej wysoką temperaturę, wypił naraz prawie całą. Momentalnie poczuł jak jego przemarznięte ciało zalewa przyjemna fala ciepła i nie trzęsie się już z zimna. Harry przekazała napój jego siostrze, ale ta była zbyt zajęta wróżką, żeby napić się z kubka więcej niż zaledwie jeden łyk. Chłopak przetarł rękawem usta jednocześnie brudząc go czekoladą i niechętnie zbliżył się do siostry. Zerknął przez jej ramię na małe stworzonko, które ku jego zdziwieniu zaczęło się powoli poruszać i mrugać oczkami. Odstawił kubek na mały stolik i na chwilę ukucnął przy kominku przy okazji ciesząc się bijącym od niego ciepłem. Nie spoglądając na siostrę i tak wiedział, że w tym momencie oczy jej się błyszczą jak dwa diamenty. W skupieniu przypatrywał się małej prawdopodobnie dziewczynie, której skrzydła zaczęły się poruszać, a spojrzenie niespokojnie wędrować po pokoju i naszych twarzach.

- Widzisz, obudziła się. Możemy już iść? - chłopiec ocknął się mając dość wgapiania się w takie biedne stworzonko.

- Jak się nazywasz? Ja jestem Farrah. Dobrze się czujesz? Jesteś głodna? Spragniona? Zimno ci? - siostrzyczka wypytała wróżkę chyba o wszystko co jej w tym momencie przyszło do głowy i strasznie przejęta oczekiwała jakiejkolwiek odpowiedzi od nieznajomej.

- Mogę prosić o koc? - zapytała cichutkim głosikiem, ale Farrah była na tyle blisko, że udało jej się to usłyszeć. Dziewczynka szybko pokiwała głową i zdjęła z fotela obok duży koc przez chwilę obawiając się, że będzie za duży. Na prośbę poszkodowanej jednak położyła go obok niej i odsunęła się nieco.

Wróżka wczołgała się pod gruby i ciepły materiał i na chwilę zamilkła. Wszyscy myśleli, że się rozpłynęła, nawet Harry stała i obserwowała całą sytuację z zaciekawieniem. W końcu jednak koc zaczął się ruszać, a potem podnosić coraz wyżej. Spod niego zaraz wychyliła się już normalnych rozmiarów głowa czerwonych, kręconych włosów. Dziewczyna otuliła się kocem i podsunęła bliżej paleniska jakby teraz było jej jeszcze zimniej, niż przed chwilą. Cała nasza trójka wgapiała się w nią zdezorientowana, nie wiedząc co powiedzieć, ani zrobić.

Cyklamen?

26 listopada 2018

Od Sędziego CD Nyx

Spojrzałem w stronę lecącej smoczycy. Nie pozwoliła mi na szybszą reakcję, zaskoczyła mnie. Zacisnąłem szczękę i złapałem za jeden z prętów wbitych w skałę. Zwykły człowiek nie dałby rady go wyciągnąć, jednak byłem wtedy napompowany adrenaliną, poza tym siłą przewyższałem typowego Kowalskiego. Zacisnąłem palce na zimnej stali, pokrytej już lekką rdzą, i pociągnąłem do siebie. Niechętnie, z początku powoli, po sekundzie jednak wyrwałem pręt ze skały. Poprawiłem chwyt, ustawiłem prawą stopę z tyłu, bok ciała skierowałem w stronę lecącej Nyx. Z głośnym rykiem wściekłości, który zawierał też żal, bezsilność, ból i strach przed ponowną samotnością, spiąłem mięśnie. Metalowy pręt, który był dość dobrze wyważony, pognał z oszałamiającą prędkością kilkadziesiąt metrów pod kątem ostrym w górę. Minął skrzydło smoczycy o kilka metrów. Nie wiem co było tego powodem. Wiatr, błąd w obliczeniach, może Nyx odleciała w bok.
Metalowy pręt pognał jeszcze kilkanaście metrów, po czym kąt jego lotu zmienił się i prowizoryczny oszczep zaczął opadać. Moja towarzyszka nawet łba do mnie nie odwróciła. Szybko wróciłem do wnętrza mojej chatki, by zaszyć sobie rany. Rzucałem na prawo i lewo bluzgi, wszystko robiłem w gniewie. Wzmógł się on jeszcze bardziej, gdy zacząłem czuć ból zszywanej ręki.

***

Trzy dni od ucieczki Nyx nie wychodziłem z domku. Jadłem, spałem, leżałem. Jedyne co robiłem poza tym, to doglądanie i dbanie o rękę. Na ranie zastosowałem kilka ziół, które zostały mi z mojego ostatniego przydziału. Nie miałem ochoty na nic, nawet na wyjścia by się umyć. Wart i patroli na szczęście nie miałem mieć przez najbliższe kilka dni.

***

Po trzech dniach spędzonych w ciemnicy, bez świeżej wody i mycia się, postanowiłem ruszyć leniwe dupsku na zewnątrz. Wyszedłem by się przemyć. Ślady łap pozostawał przed moim skalnym mieszkaniem, przypominając tylko o mojej niedawnej towarzyszce, która za całą pomoc mnie opuściła bo chwilowo jej odbiło. Totalna głupota, bo przecież nic takiego się nie stało.
Resztę dnia spędziłem na czyszczeniu mieszkanka i wietrzeniu go, oraz na czyszczeniu paleniska. Nie mogłem zasnąć.

***

Kolejne pięć dni minęło mi bez wychodzenia z domu. Dopiero po upływie pięciu dób udałem się do Osady do lekarza, który miał zająć się moją ręką. Sprawdzić, czy na pewno dobrze ją zszyłem o nią zadbałem.
Gdy wkroczyłem do gabinetu mojego dobrego znajomego, ten zacmokał z niezadowolenia i wyjął z szafki nożyczki, igłę oraz nić, po czym bez słowa zabrał się za poprawę mojego marnego opatrunku. Zajęło mu z kwadrans załatanie mi ręki, dołożenie ziółek i zawinięcie w czystą szmatę, imitującą bandaż.
- Kto cię tak załatwił? - zapytał, odkładając niepotrzebne już medykamenty na bok i wyciągając dłoń po zapłatę.
- Złota rybka - mruknąłem, dorzucając kilkadziesiąt monet. Doktorek skinął głową, chowając pieniądze do szafki. Dodatkowa zapłata za milczenie była tu na porządku dziennym.

- Przyjdź za tydzień, sprawdzę jak się goi. Pamiętaj by opatrunek zmieniać codziennie, zagotuj go we wrzątku i możesz używać kolejny raz. Tylko zioła zmieniaj. Następny!
Wyszedłem z kliniki i skierowałem swoje kroki w stronę zielarza. Musiałem się zaopatrzyć w dodatkowe chwasty na szybsze leczenie.

***

Wieczorem, w drodze do domu, zaczepił mnie jeden ze strażników i zaprowadził mnie do naczelnika wart. Nie było mi to w smak, bo oznaczało dodatkową robotę. Gdy wszedłem do ciemnego, chłodnego gabinetu, przywitało mnie czterech znanych wartowników. Naczelnik siedział przy biurku.
- Och, dotarłeś wreszcie. Siadaj - wskazał mi krzesło - ponieważ czeka nas długa rozmowa. Zapewne słyszałeś o smoku, co to się panoszy po okolicach. No jak nie jak tak.
Usiadłem w spokoju na krześle, przywitałem się z kumplami z zawodu i spojrzałem na przełożonego. W środku jednak szalałem, nie wiem nawet z jakiego powodu.

- Znaleziono dzikiego dragona na północy. Rozpanoszył się troszkę, zaatakował kilka pojedynczych osadników. Jeden został ciężko ranny - powiedział naczelnik, szykując kilka papierów. Inni strażnicy wyglądali na zaznajomionych z całą sprawą.

- I co, mam na niego zapolować? - zażartowałem, krzyżując ręce. Opatrunek na moim lewym ramieniu został dzięki temu idealnie odkryty, co nie uszło uwadze nikomu w tym pokoju.
- Tak, razem z twoimi trzema kumplami po fachu - powiedział naczelnik, głosem który zdradzał, że sprzeciw nie wchodzi w grę. Słabo.
- Jestem troszkę ranny szefie, nie wie...
- Jestem zdrowy, więc możesz walczyć. A ten dragon to poważne zagrożenie. Jutro o świecie, tutaj. Z pierwszymi promieniami słońca ruszacie na północ, macie mi przynieść głowę tego samotnika. - Naczelnik wskazał drzwi. Wstaliśmy wszyscy, zasalutowaliśmy i wyszliśmy. Przez chwilę tylko rozmawiałem z innymi, im też to się nie podobało ale rozkaz to rozkaz.
Wróciłem do chatki i spakowałem do plecaka najważniejsze przedmioty, które przydadzą się na następny dzień i poszedłem spać.

***

Wstałem przed świtem, w nastroju nie lepszym niż ostatnie kilka dni. Najpierw zająłem się ręką, by nie wdała się infekcja a sama kończyna nie zawiodła mnie w walce. Potem zrobiłem sobie syte śniadanie, składające się głównie z mięsa, i spakowałem dodatkowy prowiant do plecaka. Wyszedłem z chaty w ciszy i skierowałem kroki w stronę miejsca zbiórki naszej czteroosobowej ekipy. Wszyscy już czekali, dowództwo objął Marek - najbardziej doświadczony z nas czterech. Bez wahania i opóźnień wyruszyliśmy na północ, po drodze wymieniając się informacjami.
- Wczoraj smok zabił czterech Osadników - powiedział nasz dowódca. Zamarłem na ułamek sekundy. Zastanawiałem się czy Nyx była w stanie zrobić coś takiego. Moje wątpliwości rozwiało moje pokiereszowane ramię.
- Mamy ukatrupić to bydle? We czterech? - zapytał Słony, facet który siłą mógł dorównać mi, jednak był ode mnie wyższy. Ostatnim członkiem ekipy był centaur Galiusz, który specjalizował się w łukach. Nie znałem mutacji Marka i Słonego, jednak wiedziałem, że nie są wybrani do tej misji bez powodu.

Droga zajęła nam półtorej godziny, aż dotarliśmy do na wpół spalonego domku. W drzwiach leżał zwęglony trup. Ekipa przeszła na tyły domostwa.
- Bestia była widziania najczęściej w tej okolicy - zaczął Marek, zachowując powagę. W jego głosie dało się wyczuć napięcie. Już otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak przerwało mu skrzypienie belek. Spojrzeliśmy na chatę, której zawalony strop zaczął się unosić i spod gruzu wychylił opatrzony łuskami łeb i potężne skrzydła.

- Dragon! - ryknął Galiusz, galopując z dala od smoka. To był błąd. Niebieskołuski skoczył ponad pozostałymi członkami ekipy i złapał w paszczę zad naszego parzystokopytnego towarzysza. Nasza trójka już wiedziała, że nie ma dla niego ratunku więc szybko rozpierzchliśmy się na boki szukając osłon. Każdy miał broń własnego wyboru. Ja metalowy miecz półtoraręczny, o nieco stępionym ostrzu. Marek długą włócznie ze stali, a Słony długą maczugę zakończoną kamieniem i ćwiekami. Ta walka raczej nie skończy się naszym zwycięstwem.
Wpadłem pomiędzy osmalone belki, Słony za mną. Marek pobiegł na bok, chowając się za dużym głazem.
Gad rozszarpał pazurami centaura i od razu skoczył w naszą stronę. Wylądował między mną i Słonym a Markiem. Gdy bestia podniosła łeb i rozwarła paszczę, Marek wyskoczył zza głazu i wbił włócznię w bok Samotnika. Słony również wyszedł z ukrycia i zdzielił maczugą naszego wroga w pysk. Trzy zęby padły w błoto, a gad zaryczał. Zanim ja ruszyłem, ogon dragona powalił Marka na ziemię, a łapa uzbrojona w szpony rozdarła ciało Słonego jak szmatę. Szybko pojąłem, że mój miecz nie zrobi większego wrażenia na gadzinie, chyba że od środka.

- Więc to jedyne wyjście - powiedziałem do siebie, skacząc w stronę pyska pełnego w ostre kły, poza trzema wybitymi. Smoczysko zwróciło łeb w moją stronę, gdy ja absorbowałem stal z broni. Dragon ryknął, rozdziawiając paszczę, a ja zanurkowałem w jej stronę. Stal pokryła moje ramiona, dosięgła aż do barków. Zdziwiłem się tym faktem, bo nie zdarzało się to mi do tej pory. I to był właśnie błąd. Dragon odtrącił moją broń w bok, a ja wpadłem do jego paszczy jak przekąska. Moja szyja oparła się na wybitych kłach i poczułem lekkie napięcie mięśni szczęki smoka. Uratowało mnie tylko szczęście - złapałem jedną ręką szczękę, drugą zaparłem się o górne kły i zatrzymałem w pół ruchu gadzie imadło. Czułem jednak, że to tylko sekund, więc szybko przesunąłem swoje ciało tak, by znaleźć się idealnie między wybitymi zębami z góry i z dołu. Gdy już moje ręce zaczęły odpuszczać, usłyszałem trzepot skrzydeł i kątem oka dostrzegłem zielonkawe łuski kolejnego dragona.

Paszcza mojego oponenta zamknęła się. Co prawda, wybite zęby nie wbiły się w moją czaszkę, ale nie przemyślałem jednego - że uderzenie dziąsłami będzie tak silne, że stracę przytomność i cały we krwi runę w błoto u stóp dragona.

Nyx?

23 listopada 2018

Od Fafnir'a CD Lunaye

Przez kilka dni ćwiczyłem latanie. Zarówno w praktyce, jak i teorii. Raczej nie trudno się domyślić, co szło mi lepiej, a co wręcz przeciwnie. Na moich egzaminach, że względu na bezpieczeństwo, pojawiały się niewielkie wysokości, począwszy na dywanie, a skończywszy na skakaniu z dachu mojego domu. W bibliotece Osadników udało mi się nieco dowiedzieć o tej zdolności oraz prawach fizyki, dzięki którym ciało unosi się w powietrzu. Teraz trzeba było jedynie nieco podnieść poprzeczkę i sprawdzić, czy spędzenie kilku dni w otoczeniu książek było czegoś warte.
Zmieniłem ustawienie swoich stóp, strącając przy tym z półki skalnej kilka mniejszych kamieni w żywo zieloną dolinę, w którą się właśnie wpatrywałem. Grupa drzew powinna zagwarantować mi nieco lepsze lądowanie niż skały. Tak przynajmniej mi się wydawało.
Pochyliłem się nieco do przodu, zacisnąłem powieki i skupiłem się na wprowadzeniu niedawno pojawionych się skrzydeł w ruch. Dopiero po dłuższej chwili poruszyły się one leniwie. Z czasem machałem nimi coraz szybciej. Kiedy uznałem, że ich prędkość jest wystarczająca, by wzbić się w powietrze, zeskoczyłem ze skały. Od razu jednak zacząłem spadać, kręcąc się przy tym wokół własnej osi.
Nie pamiętam ile zderzeń z drzewami zaliczyłem, zanim wylądowałem na gałęzi jednego z nich. Wziąłem głęboki oddech, ciesząc się, że przynajmniej udało mi się przeżyć, mimo że mój poziom latania jakoś specjalnie się nie podniósł. Mój spokój jednak szybko został na nowo zastąpiony przez panikę, kiedy zacząłem zsuwać się z gałęzi. Bezskutecznie próbowałem się na niej utrzymać, drapiąc przy tym pazurami korę, bo w efekcie i tak wylądowałem na trawie, stoczyłem się ze wzgórza, lądując finalnie w krzakach. Byłem pewien, że nie prędko powtórzę swoją lekcję.
Do moich uszu dotarł trzepot ptasich skrzydeł. Prawdopodobnie spłoszyłem jakiegoś. Z trudem wyczołgałem się z zarośli i podparłem na przedramionach. Przede mną nagle wylądowała młoda kobieta, prawdopodobnie Samotniczka. Automatycznie cofnąłem się nieco. Nieznajoma wyprostowała się. 
- Zepsułeś mi kolację, wiesz? - zapytała, opierając ręce na biodrach i zarzucając przy tym rudymi lokami do tyłu. Wbiłam we mnie wzrok, wyraźnie czekając na jakąś odpowiedź.
-...Przeepraszam? - wymamrotałem, otrząsnowszy się nieco z szoku. Spróbowałem się podnieść, ale szybko zrezygnowałem z tej czynności z sykiem. Na mojej skórze nie było miejsca wolnego od zadrapań zadanych przez iglaki oraz połamane gałęzie. Pod pazurami natomiast miałem całą masę sosnowej kory.
- To było niechcący... - jęknąłem, chcąc się jakoś usprawiedliwić. Mimo tego jednak miałem wrażenie, że to nic nie da. Ale co innego miałem powiedzieć? Że wynagrodzę jej to? Nie miałem nic specjalnego do zaoferowania. 


Lunaye?

Od Venti do Hayi'a i Nyx

 Trzask drewna. Uderzenie dość sporego ciała o ziemię. Siarczyste przekleństwa, które znałam w języku angielskim z akcentem brytyjskim aż za dobrze. To wszystko złożyło się w jedną falę dźwięku, co zmusiło mnie do ponownego wyjrzenia przez otwarte drzwi. Tym razem musiałam przekroczyć ich próg, odruchowo kierując zdrową dłoń w kierunku rękojeści u pasa. Ujrzenie znajomej postaci samotniczki pod drzewem i przed moim domem postawiło mnie na baczność, dlatego w skupieniu przyglądałam się jej z odpowiedniej odległości. Stęknięcie z bólu. Zapach krwi, odór potu. Nie mogła wstać.
   Zaalarmowany nieproszoną obecnością Ishtar wylądował na dachu mojego domostwa za mną. Rozpiętość jego skrzydeł wynosiła łącznie, jeśli się nie myliłam, to pięć metrów żywych płomieni. Wiedziałam, że był wystarczająco inteligentny oraz dociekliwy, żeby widzieć smoczycę przekraczającą granice moich skromnych jeszcze gruntów. Wytrenowałam go przed tą sytuacją w ten sposób, by nie atakował od razu wszystkiego, co chodzi, chociaż dzikich zwierząt już tu nie było. Zdążył większość upolować, dlatego wszelkie większe gatunki jak slogrysy - zmieniły miejsce żeru na znacznie dalsze. Fenryf wydał z siebie dudniący, niski pomruk, który zbudziłby wszystkich mieszkańców w okolicy, gdyby nie to, że otaczał mnie zewsząd las. W ten sposób wyraźnie dawał upust swojej irytacji i jednocześnie grzecznie pytał, czy może w końcu wykonać swoją powinność jako mój obrońca. Mógł bowiem atakować tylko wtedy, gdyby Nyx rzuciłaby się w stronę budynków lub mnie, czego na swoje szczęście jeszcze nie zrobiła. Niewiele by z niej wtedy zostało…
  Twarz czarnowłosej Brytyjki zupełnie straciła barwy po ujrzeniu mojego zwierzęcego towarzysza, aczkolwiek jej wyraz pozostał ten sam - zirytowany do głębi jej duszy.
   Uniosłam chorą dłoń nad siebie. Zmusiłam się, żeby zamknąć ją delikatnie w pięść. Ishtar z lekkością skowronka odbił się od jakże marnej przy nim konstrukcji, zatrzepotał skrzydłami w powietrzu i pojawił się na stałym gruncie po mojej lewej. W kłębie miał jakiś metr pięćdziesiąt, więc nadal był ode mnie nieco niższy, aczkolwiek był to dopiero półtoraroczniak. Jeszcze nie osiągnął dojrzałości.
Złamałaś nogę. - starałam się brzmieć spokojnie, bowiem każda zmiana mojej tonacji mogłaby zostać wychwycona przez fenryfa... Przez co stanowić ogromną zachętę do ataku.
Jeszcze jakby cię to specjalnie obchodziło, osadniczko. - odwarknęła mi, usiłując się powstrzymywać kolejne drżenia głosu. -To byłoby cudownie.
   Bo nie obchodziło. Była mi całkowicie zbędna przez to, kim była i jak traktowałam jej podobnych. Stanowiła problem, który na moim obecnym stanowisku był więcej, niż niebezpieczny. Podobnie jak Lucan. Z jakiegoś jednak powodu, którego nie chciałam sobie powiedzieć nawet w myślach, zbliżyłam się do niej…
   To było złamanie otwarte.
  Szkarłatna posoka zdążyła już zabarwić jej spodnie w okolicy łydki doszczętnie, nieco skapło na śnieg. Przez moment straciłam możliwość oddechu, stanęłam jak wryta. Wspomnienie samoistnie przemknęło mi przed oczami:
   “Nie wszystkich da się uratować, ale mają sześć godzin zanim wejdzie infekcja. Dlatego działamy natychmiast. Zdarza się, że operacje się przedłużają, Artena.”.
  Podniosłam ją, biorąc na ręce, nim zdążyła faktycznie zareagować. Kompletnie zszokowana takim zwrotem akcji najpierw chciała się bronić, ale była już zbyt słaba. Straciła za dużo krwi. Kopnięciem zamknęłam za sobą drzwi i położyłam ją na stole, na którym na szczęście leżały tylko papiery. Szybko je spod niej zabrałam, aby pomimo sztywności miała chociaż równo. Podłożyłam jej pod głowę swoją pelerynę. Rozerwałam łachmany przypominające spodnie, żeby zobaczyć spektrum zniszczeń, jakie sobie zrobiła.
Matko... - tylko tyle wydusiłam z siebie na ten widok, zmuszając się do szybszych ruchów w stronę składziku po leki, olejki i narzędzia, jakie sama sobie wytworzyłam przez ostatnie osiem lat.
  Pamiętałam, iż przede wszystkim należało zacząć od oczyszczenia nowo powstałej rany. Celem tego wszystkiego miało być niedopuszczenie do infekcji kostnej, rekonstrukcja uszkodzonych tkanek miękkich i połączenie złamanych fragmentów kości. Tylko tyle wiedziałam. Nigdy tego tak naprawdę nie robiłam. Zawołanie medyków z wioski było jak wystawienie jej związanej na pal, a potem rzucenie pochodni. Była całkowicie zdana na moją pamięć oraz umiejętności medyczne, które mało rozwinęłam przed pojawieniem się na tym skrawku lądu. Próba pomocy mogła okazać się równie beznadziejna w efekcie, co pozostawienie jej na śniegu przed domem.
   Jednak to i tak było więcej, niż chciałam dla niej zrobić za pierwszym naszym spotkaniem.
   Podałam jej środek przeciwbólowy, a także nasenny, to też szybko odpłynęła.
 Operowałam ją przez pół nocy aż do świtu, niekiedy ucząc się na własnych błędach. Mogłam mieć tylko nadzieję, że modyfikacja genetyczna będzie w stanie jej w tym pomóc. Leżała teraz na stole, mając w miarę stabilny oddech. Po wschodzie słońca umyłam ręce od smoczej krwi przy zlewie, zastanawiając się kiedy tak dokładnie jej widok czy zapach przestał mnie w życiu obrzydzać. Większość kobiet nie patrzyła tak na nią, z takim spokojem. Obojętnością. Wróciłam po tym, aby przykryć nastoletnią Nyx nowo upraną derką wiosenną mojej Idris. Na szczęście bardziej przypominała koco-podobny twór, aniżeli faktyczny element ekwipunku mojej kobyły, dlatego nie wyglądało to aż tak na niej fatalnie.
  Posprzątałam po wszystkim, zmuszając się do tego resztkami swojej silnej woli. Zmęczone ciało żądało ode mnie odpoczynku i to w przyspieszonym tempie. Podreptałam ze składziku niemrawym krokiem w stronę swojej sypialni, przypominając sobie dopiero na widok Rudego o jego obecności w moim łóżku. Westchnęłam ciężko, wydalając z siebie tym samym potęgującą się frustrację.
  Z jednej strony mogłam ułożyć się na fotelu lub kanapie przy kominku, albo iść na strych stodoły, gdzie zazwyczaj przez ogromny otwór dla Ishtara wlatuje zimno i często śnieg. W tym drugim byłabym znacznie bardziej bezpieczna, za to w pierwszym odzyskałabym o wiele więcej energii na następny dzień.
   Logiczne myślenie w moim wykonaniu zakończyło się, gdy padłam na kanapę.
     ***
   Spałam do po południa. Rudy i Nyx dalej byli pochłonięci przez sen, więc miałam czas przygotować dla nas wszystkich posiłek. Należało zająć się też Idris. Z wczoraj zostało jeszcze sporo zupy w kotle dla obojga moich nieszczęśliwców, aczkolwiek wiedziałam, że sobie samej będę musiała przygotować coś innego. Inaczej nie starczyłoby dla nich na dwie większe porcje.
   Nienawidziłam gotować.
  Uzupełniłam opał do kominka. Zawiesiłam z powrotem ochłodzony kocioł, przykryty wieczkiem. Zamiast zacząć robić coś dla siebie, ruszyłam do stodoły, aby dać śniadanie i obiad w jednym kobyle.
Przepraszam, że tak późno. Wczoraj miałam ciężki dzień. - pogłaskałam ją po szyi, mierzwiąc nieco czarną grzywę z białym pasemkiem. Zastrzygła uszami, jak to miała w zwyczaju, gdy słyszała mój głos.
   Bułana sierść połyskwiała w świetle zakratowanego kominka, jaki zamontowałam dla niej specjalnie w stodole. Do drugiego wiadra wlałam jej nagrzaną wodę, ponieważ od zimnej potrafiła szybko się przeziębić… Miałam dość spore wyrzuty sumienia, że nie mogłam wstać dla swojej kopytnej przyjaciółki wcześniej.
   Po jej posiłku założyłam jej kantar i wypuściłam na padok obok domku, gdzie od razu zaczęła sobie brykać wesoło. Ishtar, dzięki mojemu zapachowi na niej, oduczył się zakradać na nią lub próbować polować.
  Wróciłam do wnętrza swojego lokum, gdzie czekało mnie nakarmienie na wpół przytomnego Rudego, siedząc na przysuniętym do łóżka stołku. Dopiero po dłuższym czasie zauważyłam, że przez pozostawioną szeroko szparę z otwartych drzwi do sypialni przyglądają mi się z zaciekawieniem dwoje smoczych oczu. Po tym, jak Rudy pożarł ostatnią łyżkę rosołu, wstałam i z pustym naczyniem udałam się do mojego salonu połączonego z aneksem kuchennym oraz jadalnią. Chociaż to i tak było wielce górnolotne słownictwo w porównaniu do tego, w jakich to warunkach żyłam przed laty.
Dlaczego mi pomogłaś? - wychrypiała ze ściśniętym gardłem, kiedy przeszłam spokojnie obok niej, aby włożyć naczynia do zlewu.
Nie mam w zwyczaju zostawiać nikogo, kto nie jest w stanie sobie samodzielnie poradzić, Nyx. - odpowiedziałam jej zdystansowanym tonem, pełnym spokoju.
      Zaczęłam nalewać jej zupy, ignorując pełne szoku spojrzenie błękitnych tęczówek.
- Nawet jeśli to nowy lub samotnik. - dodałam, stając przed nią i kładąc jej na kolanach ciepłą miskę zupy. W dłoń wcisnęłam jej kromkę chleba. - Nogę masz w fatalnym stanie, dlatego lepiej jedz, żeby szybciej się kość zrosła.
- Co to znaczy fatalnym?
   Zastanowiłam się, jak to ująć w słowa.
Złamanie nastąpiło w czterech miejscach pod różnymi kątami. Dwa kawałki przecięły ci mięśnie wraz ze skórą łydki. Nie możesz nią praktycznie ruszać, dopóki nie zacznie rosnąć w włożonym przeze mnie miejscu. Dlatego masz ją w...Nazwijmy to szyną. - wskazałam na związane dookoła dwa pręty w kluczowych miejscach.
Jesteś tutaj medykiem? - spojrzała z nawet nie udawanym podziwem na to, co stworzyłam.
Nie. Handlarką. Na ten miesiąc dyktatorką.
      Pieczywo chyba stanęło jej w gardle z wrażenia, a w oczach pojawił się jakby strach zmieszany z jeszcze większym niedowierzaniem lub podziwem. Po tym jadła dalej normalnie. Przynajmniej się starała. Wkrótce wzięłam od niej sztuciec wraz z pustym naczyniem i zaczęłam je myć w zlewie z tymi użytymi dla Rudego.

Hayi? Nyx?

21 listopada 2018

Od Lucan'a C.D Melody

- Witaj. – wymruczałem, spoglądając na klęczącą istotę. Z jej twarzy powoli odchodziło zafascynowanie a zastąpiło je dziwne szczęście, którego do końca nie mogłem zrozumieć. Odetchnąłem głośniej, czując w klatce piersiowej dziwny, duszący uścisk. Kobieta wstała i otrzepała kolana ze śniegu, po czym prędko zadarło głowę w górę, jakby w obawie, że w tym krótkim okresie czasu gdy na mnie nie patrzyła, mógłbym zniknąć.
- Dzień Dobry. – odparła, obdarowując mnie szczerym uśmiechem. – Szukałam Cię..- zaczęła, ściągając z ramienia torbę. Przerwałem jej, chwytając dość mocno jej ramię. Kiedy zmierzyła mnie pytającym spojrzeniem rozejrzałem się niespokojnie, strzygąc uszami.
- Zaraz porozmawiamy, najpierw zejdźmy z lodu i z widoku, jesteśmy tu wystawieni jak na dłoni. – puściłem jej rękę by przenieść dłoń na jej plecy. Dziewczyna widocznie zrozumiała moje zamiary, gdyż szybko zarzuciła torbę na ramię i pozwoliła się poprowadzić, szczelnie przylegając do mojego torsu. Odeszliśmy kilkanaście metrów, wkraczając w gęstwinę pokrytych śniegiem świerków. Przyglądając się krajobrazowi, powoli kontynuowałem spacer ścieżką, ówcześnie sytuując dłoń z powrotem w kieszeni spodni.
- Dlaczego tu jesteś, Melody? – spytałem obojętnie, wbijając wzrok w ścieżkę przed siebie. Dziewczyna drgnęła i jakby wyrwana z transu, szybko zaczęła grzebać w swoim bagażu. Nie przerywając spaceru, spoglądałem na jej niezdarne ruchy.
- Pomyślałam, że możesz marznąć w zimę, mam tu dla Ciebie kilka rzeczy!- zaczęła radośnie, uśmiechając się od ucha do ucha. W tym momencie zacząłem zastanawiać się, co sprawia, że ludzie mogą aż tak tryskać pozytywną energią. Przecież ona przyniosła mi tylko czapkę i szalik, a to nic nie zwykłego, bynajmniej w moich oczach. Nie żebym nie doceniał jej pracy, po prostu mi nie dawało szczęścia dzielenie się z ludźmi, nie czułem tego. Widząc jednak jej minę, dotarło do mnie, że to jednak ze mną jest coś nie tak, a nie na odwrót. Kiedy kobieta zaczęła wydobywać z torby wydziergane szaliki i berety, skonfundowany spojrzałem po sobie. Nic poza jedwabną koszulą zapinaną na guziki, skórzanych spodni, starego, zbitego i niedziałającego już zegarka oraz  butów nie miałem na sobie. Wszędzie wokoło był śnieg, a ja nawet nie odczuwałem minusowej temperatury. Delikatnie ująłem szalejące dłonie Melody i zmusiłem ją do spojrzenia mi w oczy.
- Melody, ja nie marznę. Ciepłe ubrania są mi zbędne. – powiedziałem to najdelikatniej jak tylko potrafiłem. Mimo to, dostrzegłem, że tknęło to nieco dziewczynę, gdyż momentalnie jej uśmiech zrzedł. – Ale dziękuję za Twoje chęci. – dodałem mając nadzieję, że może chociaż to nieco poprawi sytuację. Bezskutecznie, dziewczyna zgrymasiła się i wyswobadzając ręce z mojego uścisku, schowała je do kieszeni puchowego płaszcza.
 - Jasne. –odparła przywdziewając sztuczny uśmiech. Schrzaniłem. Mimo że jakoś specjalnie nie zależało mi na relacjach z tą osadniczką, coś mnie do niej pchało, nie żadne uczucie, ani pożądanie. Ona miała w sobie po prostu to coś.
- Okej, czapek nienawidzę, ale szalik może by się mi przydał. – uniosłem lekko kąciki ust, spoglądając w stronę mojej towarzyszki. Udało się. Kobieta podzieliła mój uśmiech i już po chwili, owinęła wokół mojej szyi granatowy, dziergany, w dodatku ciepły choć nie za gruby szalik.
- Śliczny, dziękuję. – odparłem obdarowując ją serdecznym uśmiechem. Kolejne pół godziny przespacerowaliśmy po lesie, rozmawiając o tym jak osadnicy znoszą tę paskudnę porę roku i jakie kolejne problemy się tam dzieją. Z czasem zaczęło się ściemniać, a podczas tej niedługiej przechadzki, odprowadziłem moją towarzyszkę niemalże pod samą granicę osadników.
- Tu się rozstajemy, nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty. – odklepałem standardową regułkę, nawet nie spoglądając na istotkę stojącą obok. Bardziej zaintrygowali mnie strażnicy, chodzący w tę i we w tę, bacznie obserwując otoczenie. Nagle poczułem dziwny ścisk i ciepło w okolicy klatki piersiowej. Spojrzałem w dół a to co ujrzałem było dość… zabawne. Mała, odziana w puch Melody przylgnęła do mnie, by mnie uścisnąć. Nie odwzajemniłem tego gestu, nie czując zwyczajnie na to potrzeby. Kiedy już się odczepiła, spojrzała na mnie raz jeszcze z tym swoim serdecznym uśmiechem.
- Uważaj na siebie. –powiedziała półszeptem, jakby w obawie, że strażnicy mogliby ją usłyszeć. W odpowiedzi jedynie skinąłem głową. A potem odeszła. Odprowadziłem ją wzrokiem dopóki nie zniknęła z mojego pola widzenia. Jeszcze chwilę stałem tak z rękami w kieszeniach, obserwując psy na warcie, niedługo potem zaczął mnie wzywać mój własny dom.

***

Wskoczyłem przez okno, mocno uderzając stopami o ziemię, starając się nie stracić równowagi. Od razu zrzuciłem z ramienia ciężki bagaż wypełniony suvenirami. Rozejrzałem się po chatce nadstawiając uszu. Cisza. Czyżbym jej nie zastał. Wszędzie dookoła był bałagan, co mogło jedynie świadczyć o nawale pracy, jaki spadł na Melody przez zmianę pogody. Śnieg już zniknął a zastąpiły go równie irytujące ulewne deszcze. Powoli przeszedłem na schody, a tam udało mi się w końcu coś usłyszeć, coś co sugerowało, że nie przebywałem w chacie sam. Odczuwając pewnego rodzaju ulgę wdrapałem się po schodach na górę, kierując się dźwiękiem chlupoczącej wody. Wtem moim oczom ukazał się parawan, do nozdrzy dotarł zapach ziołowych olejków, zaś uszy zaszczycone zostały pięknym, kobiecym głosem. Powoli podszedłem do parawanu, zupełnie nie zważając na to, jaką reakcję mogę u dziewczyny wywołać. Zamoczona po piersi w parującej wodzie, rozczesywała smukłymi palcami mokre włosy. Drugą ręką subtelnie nacierała obojczyk różanym olejem, który pozostawiał na jej skórze kawałeczki różanych płatków. Widok ten bezsprzecznie ucieszył moje oko. Uśmiechnąłem się półgębkiem, krzyżując ramiona na piersi i nie chcąc wyjść na podglądacza głośno odchrząknąłem. Dziewczyna momentalnie wzdrygnęła się, chlapiąc wodą poza balię. Gdy spostrzegła moją sylwetkę, momentalnie zakryła rękoma miejsca intymne, czerwieniąc się na całej twarzy.
- To ja poczekam na dole. – powiedziałem z szerokim uśmiechem i odmaszerowałem na parter. Cały czas myślałem o perfekcyjnym zapachu jej ciała, krwi, która płynęła jej w żyłach, która była tak subtelna i czysta jak ona sama. Odchrząknąłem mimowolnie, czując wzbierające pieczenie w krtani. Chcąc przestać myśleć o narastającym głodzie, zacząłem wypakowywać na stół zawartość plecaka, który ze sobą przywlokłem. Skóry różnych zwierząt układałem na stole, segregując je ze względu na wielkość i stan. Uporałem się z tym prędko, co tylko przywróciło moje myśli o posiłku. Spojrzałem za okno. Księżyc wisiał już ponad chmurami, zmrok zapadł  jakiś czas temu. Lecz jedynie na czym mogłem się skupić, to swoje odbicie w oknie, na ślepiach, które biły szkarłatnym światłem i swoim wyglądem oznajmiały „uwaga, budzi się potwór”. Zawarczałem, starając się pozbyć miliona igieł wbijających się w mój przełyk.
Drewniane stopnie schodów zaskrzypiały.

Melody?

20 listopada 2018

Od Nyx CD Sędziego

Przyzwyczajenie się do nowego ciała było dla Nyx nie lada wyzwaniem. Co rusz potykała się o swoje własne, długie kończyny, zahaczała o coś ogonem albo uderzała głową. Nie wspominając o barierze komunikacyjnej. Odnosiła wrażenie, jak gdyby coraz większe starania mające na celu artykulację jakiegokolwiek słowa coraz bardziej oddalały ją od iście ludzkiej formy przekazywania infromacji. Gdy jednak jakimś, niezrozumiałym cudem Sędzia zrozumiał dwie wygęgane z trudem prze nią sentencję w smoczycę wstąpiła nadzieja. Może jeszcze dane jej będzie prowadzić iście diaboliczne konwersacje wcielając się w rolę autentycznego Smauga. Na samą myśl kąciki ust, czy raczej pyska dziewczyny uniosły się złowieszczo.

- So tell me thiefff… - wyprężyła się złowieszczo imitując słynnego gada. – How do you chosoe to die?

- Co tam gęgasz? – zapytał siwowłosy znad puszki, oblizując łyżkę czym skutecznie zniszczył starannie zbudowany klimat.

Gadzina syknęła jedynie w odpowiedzi urażona tak pozbawionym wszelkiego szacunku traktowaniem.

- To była twoja odpowiedź? Wyglądała na dość złowrogą…

Smoczyca przekręciła głowę, jak pies reagujący na ciekawy dźwięk. O co mężczyźnie chodziło z tą odpowiedzią?

- Eh… Słuchałabyś mnie przynajmniej – westchnął kręcąc głową niczym niezadowolony z wnuków dziadek. – Ta dzisiejsza młodzież…

- Dziadziejesz Mikołaj – parsknęła, jednak po chwili naszła ją refleksja dotycząca faktycznego wieku rozmówcy.

Zadała więc pytanie z nadzieją, że znowu za sprawą cudu siwobrody zrozumie jej gulgotanie. Bezskutecznie. Sięgnęła więc po prowizoryczny migowy. Machała szponami w powietrzu to wskazując Sędziego, to udając, że liczy na palcach, żeby po chwili unieść smocze łapska w pytającym geście. Mężczyźnie chwilę zajęło odszyfrowanie wiadomości, gdy jednak wyjawił liczbę wynoszącą 29 smoczyca nie ukryła zdziwienia. Podejrzewała go  przynajmniej trzydzieści parę. Nawet ewentualnie czterdzieści. W życiu nie pomyślałaby, że ten przeżył zaledwie dziewięć lat dłużej na tym świecie niż ona.

- A ty?

Gadzina wskazała szponami dwa razy dziesięć, na co siwy uniósł brwi w wyrazie szczerego zdziwienia.

- Toż to jeszcze dziecko jesteś! Prawie nieletnia.

Jaszczurka zmarszczyła brwi i syknęła w odpowiedzi. Co jak co, ale ktoś nawet o dekadę od niej nie starszy nie będzie jej nazywać dzieciakiem. Drobne poirytowanie nie wiadomo z jakiego powodu natychmiastowo przerodziło się w narastającą furię. Z gardzieli smoczycy wydobył się poważny i nie wróżący dobrze pomruk, zaś sama bestia podniosła się na cztery łapy i uniosła nieco skrzydła chcąc sprawiać wrażenie większej.

- No coś ty – na twarzy białowłosego malowało się jeszcze większe niż przed chwilą zdziwienie balansujące na granicy z niepokojem. – Chyba się nie wkurwisz o drobny żarcik?

Smok syknął w odpowiedzi i zaczął zbliżać się do mężczyzny na ugiętych kończynach przypominając kota przygotowującego się do ataku na swoją ofiarę. Nyx nie wiedziała co się  z nią działo. Była całkowicie świadoma, tego co robi i z jednej strony uważała swoje zachowanie za niedorzeczne, z drugiej zaś czuła nieodpartą ochotę rozerwania mężczyźnie krtani. Ten dostrzegł, że coś jest nie tak, w związku z czym wstał powoli, wyciągając w stronę skradającego się gada dłoń w uspokajającym geście.

- Halo, halo, Nyxiu? Jesteś tam? Ziemia do Nyx.

Warknięcie.

- To ja przecież, Sędzia. Już to przerabialiśmy, nie zaatakujesz mnie. Prawda?

Syk.

- Hej, hej spokojnie. Po co te nerwy?

Każdy krok gadziny w kierunku Sędziego towarzyszył jego krokowi w przeciwną stronę, a raczej w stronę jednego z licznych stalowych prętów powbijanych dookoła chatki. Gdy w końcu dotarł do jednego z nich zaabsorbował materiał w wyniku czego obie ręce mężczyzny zmieniły się w śmiercionośną broń lub piekielnie skuteczną tarczę. Pionowe źrenice nie odrywały się od wielkoluda śledząc każdy jego ruch. Zanotowały również zmianę w jego postawie, która wskazała na większą pewność siebie w obliczu zagrożenia, co zapewne było skutkiem absorpcji metalu.

- Słuchaj, ty nie chcesz zrobić mi krzywdy – ton jego głosu również uległ zmianie. – A ja tobie też nie chciałbym czegoś uszkodzić. Uspokój się więc, jeśli łaska.

Rita, a raczej jej zmutowane ciało sterowane dzikimi instynktami w tym właśnie momencie rzuciło się na mężczyznę. Ten jednak uniknął lecących ku niemu szponów i kłapiących zębów, przy czym odskakując w bok wyprowadził celnie na głowę gada stosunkowo silne uderzenie. Ten odczuł stalowy cios w związku z czym przystanął na chwilę i potrząsnął głową nieco oszołomiony, jednak w żaden sposób taka czynność go nie uspokoiła. Nyx ponownie, z jeszcze większą furią spróbowała sięgnąć bogu ducha winnego mężczyznę, który wykonał tę samą sekwencję ruchów co przy poprzedniej szarży. Jednak tym razem jego pięść nie sięgnęła smoczej skroni, zaś w jego bok z impetem uderzył długi, pokryty grubą łuską ogon posyłając białowłosego parę metrów dalej. Wstał czym prędzej, chwytając się za bok z nietęgą miną, a jego stronę ponownie pędziło paręset kilogramów mięśni, pokryte łuską z otwartą paszczęką pełną ostrych jak brzytwa zębów. Sędzia nie zdążył odskoczyć, lecz udało mu się przygotować na nieuchronny atak  chwytając byka za rogi, czy raczej smoka za pysk, i upadając pod jego ciężarem na plecy. Opierał stalowe dłonie na jej policzkach, tuż za ostrymi zębami trzymając ciężki łeb na wystarczającą odległość. Szczęki smoczycy kłapały zaciekle próbując sięgnąć twarzy absorbera. To zdecydowanie im się nie powodziło, jednak czujne oko gada dostrzegło szansę, aby zacisnąć kły na odsłoniętym i niepokrytym stalą lewym ramieniu mężczyzny. Z gardła ofiary wydobył się bolesny, głośny jęk przybierający formę siarczystego przekleństwa. Cieknąca ze świeżej rany krew rozochociła bestię lecz również zwiększyła stężenie adrenaliny atakowanego. Za sprawą tego niepozornego hormonu siwy wykrzesał z sobie niezwykłe pokłady siły, w związku z czym odważył się na zmianę uchwytu pyska owijając dookoła niego swoje stalowe ramiona, a tym samym uniemożliwiając jego otworzenie. Zaskoczony brawurowym i skutecznym atakiem  smok zaczął miotać się na wszystkie strony chcąc oswobodzić się z pułapki. A przynajmniej próbował, gdyż niedoszła ofiara skutecznie utrzymywała zdziczałego mutanta w ryzach.

- No już panna, spokojnie – stosunkowo łagodnym głosem, zdecydowanie nie pasującym do sytuacji starał się obłaskawić rozjuszonego stwora. – Hej, hej, no już. Cicho…

Idiotyczny z pozoru sposób okazał się skuteczny, gdyż po paru minutach bestia uspokoiła się przywracając pierwotną naturę mutantki. Gdy Sędzia wyczuł, że smocze bydle nareszcie się uspokoiło puścił pysk odsuwając się dla pewności. Nyx powoli wyprostowała się, lecz nie spojrzała w oczy mężczyzny. Nie potrafiła. Jej wzrok zatrzymał się na czerwonym od juchy barku, z którego ciepła krew sączyła się nieustannie. Siwy dostrzegł zmartwione, pełne poczucia winy spojrzenie smoka.

- Eee tam, małe draśnięcie – zapewnił starając się pocieszyć dziewczynę mężczyzna. -  Do wesela się zagoi.

Gdy jednak syknął mimo woli próbując ręką ruszyć nie polepszył samopoczucia dragonki. To była jej wina. Bez dwóch zdań. Ale czy nie było od początku wiadome, że ci, którzy zadają się z Ritą Stark kończą dotkliwie zranieni albo sześć stóp pod ziemią? Dziewczyna oszukiwała się sądząc, że tak nie jest. Oszukiwała się przypisując agresję mutacji. Oszukiwała siebie sądząc, że mogła wybrać życie w Osadzie. Nie było jej to dane. Nie takiemu komuś jak ona.

- Jeśli teraz myślisz sobie, jakim to jesteś potworem w ludzk… znaczy się smoczej skórze, to przestań – Sędzia odgadł myśli smoczycy, co zapewne nie było bardzo trudne zważywszy na nietęgi wyraz jej pyska. – Bo wcale nie jesteś. A takie bzdurne refleksje do niczego nie prowadzą.

Nyx nie oderwała wzroku od rany nawet wtedy, gdy mężczyzna odwrócił się ruszając w kierunku swojej chatki. Szedł wyprostowany, spokojnym, miarowym krokiem, jak gdyby wszelkie wydarzenia z ostatnich kilkunastu minut nigdy nie miały miejsca. Jedynie czerwona struga cieknąca po jego ramieniu zdradzała przebieg ostatnich zdarzeń. Zdarzeń, które mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Skończyć zdecydowanie gorzej.

- Chodź, pomożesz mi – siwowłosy odwrócił się w drzwiach i machnął na stojącą w bezruchu smoczycę. – Wypalisz mi igłę, bo nie mam pewności, czy ta, którą posiadam jest sterylna.

Gadzina nie ruszyła się jednak z miejsca. Podniosła powoli wzrok i spojrzała siwemu w oczy. Chciała przekazać mu komunikat. Prosty. Jasny. Według niej całkowicie zrozumiały. Nie mogła zostać. Od momentu swojej transformacji nie minęło nawet parę godzin, a ona już dwa razy zagroziła życiu mężczyzny. Odejście wydało jej się jedynym możliwym, prawidłowym i bezpiecznym rozwiązaniem nietypowej sytuacji. Nyx miała nadzieję, że Sędzia zrozumiał zarówno komunikat, jak i jej wybór oraz, że sam uzna rozstanie za jedyną słuszną opcję. Nie czekała na potwierdzenie swoich przypuszczeń. Rozpostarła swoje błoniaste skrzydła, nabrała delikatnego rozpędu, po czym wzbiła się w powietrze obejmując kierunek przeciwny do małego domku wykutego w skale.



Sędzia? Tak smętnie, żałobnie, ale trochę dramy nikomu nie zaszkodzi. Oczywiście Nyxio wróci, jak już wspomniałam, z prezentem. Chyba że Sędzia woli być szybszy i znaleźć smoczycę, zanim ta postanowi go odwiedzić…

19 listopada 2018

Od Fafnir'a C.D Lucan'a [etap 1 → etap 2]

Bacznie obserwowałem wampira. Instynkt nakazywał mi zachować czujność. Mężczyzna odchrząknął cicho, prostując przy tym plecy. Po pomieszczeniu rozległ się odgłos przeskakujących kręgów. Automatycznie chwyciłem oszczep wolną ręką. Wampir obserwował mnie kątem oka, ale wyglądał na spokojnego. Mężczyzna przeciągnął się i odwrócił głowę w moją stronę.
- Smacznego. - mruknął z przymrużonymi oczyma.
- Tu jest dla Ciebie. - powiedziałem, trącając palcem miskę z surowym mięsem. Blondyn pokręcił przecząco głową i wstał.
- Nie jestem w stanie tego zjeść. Za to ty pachniesz o wiele lepiej. - odparł wampir. Po moich plecach kolejny raz przebiegł zimny dreszcz. Uniosłem oszczep, układając go jednocześnie wygodniej w dłoni.
- Spokojnie, nie zrobię Ci krzywdy. Mam hamulce. - powiedział mężczyzna, widząc moją reakcję. Następnie skierował się do wyjścia.
Kiedy blondyn uniósł dłoń, by odciągnąć na bok zasłonę z niedźwiedziej skóry i opuścić mój dom, usłyszałem głośne warknięcie. Poczułem jak robię się blady na twarzy. Dopiero po chwili dostrzegłem wzrok wpatrującego się we mnie wampira. To nie było złudzenie. Blondyn powoli uniósł dłoń i położył palec wskazujący na ustach, nakazując mi być cicho. Zaczął nasłuchiwać, a ja byłem zbyt przerażony, by uspokoić swój oddech. Serce waliło mi jak szalone. Nawet jeśli odgłos się nie powtórzył, a jedynym dźwiękiem był trzask gałązek w kominku i świst wiatru.
Wampir szarpnął mocno za futro i wyszedł na zewnątrz. Wpuszczony do chaty zimny powiew wiatru zgasił płomienie w kominku. Znowu nastała ciemność. Opatuliłem się przerażony swoim kocem ze skórek. Sekundy zdawały się być godzinami. Nie słyszałem wampira, ani on nie wrócił. Dlaczego wyszedł? Co było na dworze? Czy potrzebował pomocy?
Nagle usłyszałem warczenie głośniejsze od poprzedniego. Automatycznie poderwałem się z miejsca i wyjrzałem na zewnątrz. Wampir szybko podniósł się ze śniegu. Jeden z jego rękawów był przesiąknięty krwią. Przed sobą miał wilkołaka.
Czym prędzej wróciłem do domu i chwyciłem swój oszczep. Wybiegłem z nim na zewnątrz. Od razu wycelowałem w bestię. Rzuciłem oszczepem w momencie, kiedy wilkołak szykował się do skoku. Broń przebiła jego ciało. Z piersi bestii wyrwał się długi skowyt, a następnie wilkołak upadł na ziemię. Dopiero gdy na śniegu pojawiła się duża kałuża krwi, niepewnie zbliżyłem się do wampira. Z trudem oderwałem wzrok od martwego mutanta i spojrzałem na blondyna.
- Twoja ręka... - zacząłem. Cały się trząsłem. Nawet głos mi się załamywał.
- To nic. - przerwał mi mężczyzna. Nasze spojrzenia się spotkały. Dlaczego był taki spokojny?
Nagle wampir odwrócił się i ruszył w las.
- Hej! Gdzie idziesz?! - krzyknąłem, biegnąc za nim. Przecież był ranny. Mógł zachorować.
Mimo starań, nie znalazłem blondyna. Wróciłem więc do domu, zabrałem swój oszczep i rozpaliłem w kominku. Już wtedy wiedziałem, że nie zasnę przynajmniej przez kilka dni.

Nie widziałem wampira przez całą zimę. Szukając pożywienia, rozglądałem się po lesie, jakbym myślał, że za którymś z drzew zobaczę blondyna. Czy w ogóle jeszcze żył? Rana wyglądała na poważną. Był Samotnikiem, a leczenie takich obrażeń samemu jest praktycznie niemożliwe. Czy znał jakichś Osadników? Albo udał się do nich, żądając leczenia? Moja głowa była pełna takich i podobnych pytań. Wiedziałem, że pewnie nie znajdę na nie odpowiedzi, a mimo to zadawałem je sobie. Sam nie wiem jakim cudem udało mi się przetrwać.

Śnieg stopniał, pozostawiając po sobie błotniste tereny, pokryte rzadką trawą. Z czasem jednak stawała się ona gęstsza, aż w końcu zajęła każdy fragment ziemi. Przyszła wiosna. Zwierzęta stopniowo budziły się ze snu zimowego i opuszczały swe diury, norki, jamy, gawry oraz Bóg wie co jeszcze w poszukiwaniu pożywienia. Z koron drzew na nowo zaczęły wydobywać się ptasie śpiewy. Siedziałem właśnie na jednej z takich gałęzi i celowałem oszczepem w zająca, który zdawał się mnie nie dostrzegać. Już miałem rzucić bronią w jego stronę, gdy poczułem silne uderzenie w drzewo, na którym siedziałem. Automatycznie chwyciłem się pnia, by z niego nie spaść. Oszczep wypadł mi z ręki, a zając uciekł. Odprowadziłem go zrezygnowanym wzrokiem. To nie był mój szczęśliwy dzień.
Moje spojrzenie zjechało nieco niżej, ciekawe, co zniszczyło moje polowanie. Widząc ogromną czarną panterę, otworzyłem szeroko oczy. Kot wbijał pazury w korę, chcąc dostać się do mnie. Poczułem jak robię się blady i nie mogę złapać tchu. To zdecydowanie nie był mój dzień.
Kocur wydał z siebie ryk, od którego przeszedł mi zimny dreszcz po plecach. Pantera wbiła pazury jednej łapy w pień, a drugą zamachnęła się. Od razu przyciągnąłem nogę do swojej piersi, ratując się przed pochwyceniem przez mutanta. Kot jednak nie zamierzał rezygnować i zaczął się wspinać na drzewo, na którym siedziałem. Byłem przekonany, że to mój koniec.
Nagle kot został trafiony przez kamień. Wyraźnie rozdrażniony zeskoczył z drzewa i odwrócił się z rykiem w stronę, z której to nadleciał pocisk. Kiedy oddalił się nieco ode mnie, zeskoczyłem z gałęzi i chwyciłem swój oszczep. Słyszałem odgłosy walki prowadzonej kilka metrów dalej. Ten, kto odwrócił uwagę kocura uratował mi życie, więc uznałem, że wypadałoby mu pomóc. Podbiegłem więc do kota i wbiłem oszczep w jego odsłonięty bok. Przeraźliwy ryk wydobył się z piersi pantery, która to na nowo zwróciła całą swoją uwagę na mnie. Czym prędzej osłoniłem się bronią przed atakiem jej pazurów. Osobnik ukryty za kotem wykorzystał okazję i ranił mutanta od tyłu. Kocur machnął wielką łapą, odrzucając mnie nią na bok. Następnie rzucił się na mnie z pazurami. Czułem jak szarpie moje ubranie, a materiał stopniowo przesiąka krwią. Z trudem obróciłem się na plecy, chwyciłem mocniej oszczep i przebiłem nim kota. Mutant wydobył z siebie agoniczny ryk, a następnie opadł na mnie bezwładnie. Nie mogłem złapać tchu, czując na sobie jego ciężar. Osoba, która mi pomogła dobiegła do mnie i zrzuciła kota z moich nóg oraz piersi. Wziąłem gwałtowny oddech, jednocześnie przenosząc wzrok na, prawdopodobnie, Samotnika, który mnie uratował. Obraz był co prawda rozmazany, ale blond włosy i jasna cera wydały mi się znajome. Zacisnąłem zęby, czując nagły przypływ bólu, promieniujący od pleców. Sięgnąłem do nich, by dowiedzieć się, co z nich wystaje. Poczułem jeszcze większy ból, kiedy wrażliwa skóra została przeze mnie podrapana. Pod palcami wyczułem dziwną błonę, której kształt przypominał smocze skrzydła. Kiedy moje ręce na nowo znalazły się przed moją twarzą, zobaczyłem, że są zakończone skąpanymi w krwi pazurami.
Nagle zacząłem się krztusić własną krwią. Plując nią na bok miałem wrażenie, że moje zęby są ostrzejsze, niż poprzednio. Zaczynało kręcić mi się w głowie i nie miałem sił nawet siedzieć, więc opadłem na trawę, stopniowo tracąc przytomność. Wkrótce wszystko stało się czarne.


Lucan?

18 listopada 2018

Od Renarda (do Lucan'a)

     Młody lisołak zerwał się z łóżka w tej samej sekundzie, w której potwór z koszmarów na niego naskoczył. Serce waliło mu jak oszalałe, a ciepła piżama była przesiąknięta zimnym potem. Jego palce mocno zacisnęły się na pościeli i oczyma próbował przeszukać pokój mając nadzieję, że w tych przerażających ciemnościach jednak nie znajduje się żaden potwór, którego spotkał we śnie. Odkąd pamięta, te sny zawsze budziły bo w środku nocy i nie pozwalały dalej spać. Historie nigdy się nie powtarzały, jednak w każdej musiał znaleźć się czarny charakter usiłujący zrobić Renardowi krzywdę. Chłopiec oczywiście wiedział, że to nieprawda, ale miał już dosyć wiecznego stresu i przemoczonej pościeli. Zawsze w takich momentach chodził do matki, jeżeli ta nie była jakoś bardzo zajęta. Tym razem również postanowił właśnie tam się skierować. Zeskoczył z łóżka dotykając zimnej podłogi, przy okazji powodując jej głośne skrzypnięcie. Spiął się i stanął w bezruchu w obawie, że mógł tym sposobem obudzić śpiącą w tym samym pokoju siostrę. W dalszym czasie nie usłyszał ani słowa, więc odetchnął z ulgą i na palcach podszedł do drzwi. Sięgnął ręką klamki i zaczął powoli otwierać drzwi, które niestety też były dosyć głośne. Tym razem Farrah musiały przeszkodzić skrzypnięcia drzwi, gdyż Renard usłyszał jej pomrukiwanie w głębi pokoju.

- Wszystko w porządku, śpij - szepnął do dziewczynki i wyszedł na korytarz zostawiając uchylone drzwi ich pokoju, aby wracając znów nie narobił hałasu.

Daleko do pokoju matki nie miał, gdyż były to sąsiednie drzwi, ale droga do nich w tych ciemnościach nie była najprzyjemniejsza. Gdy bez pukania wszedł do sypialni Galii, od razu zauważył, że jest tu o wiele jaśniej niż u niego. Tutaj światło księżyca wpadało przez wysokie okna i zalewało podłogi tworząc jakby mgłę. Renard stwierdził, że w takich warunkach czuł się bardziej komfortowo i miał może nawet szansę tutaj zasnąć. Podchodząc do łóżka matki zerknął za okno chcąc ujrzeć księżyc w całej swojej okazałości i trzeba przyznać, że ten piękny widok poprawił mu humor. W końcu jednak odwrócił się do dużego łóżka i z trudem się na nie wdrapał łapiąc się koców i kołder. Podsunął się do Galii śpiącej do niego plecami i wyciągnął rękę, aby lekko ją szturchnąć. Ta z początku mamrotała coś pod nosem i odganiała rękę syna, ale gdy ten nie dawał za wygraną, w końcu się przekręciła i minimalnie uchylając powieki spojrzała na chłopca.

- Coś się stało? - zapytała cicho obserwując zmartwioną twarz syna.

- To znowu te potwory, mamo - wydukał i spuścił wzrok na swoje małe dłonie bawiące się skrawkiem koca - Mogę tu...

- Możesz - nie dała mu dokończyć, gdyż wiedziała o co chce zapytać. Przyzwyczaiła się do wpuszczania tu Renarda, gdyż wiedziała, że inaczej już nie zaśnie. Może zirytowana, może nie, z powrotem przewróciła się na prawy bok i wtuliła się w poduszkę. Renard za to uradowany wczołgał się pod ciepłą kołdrę i ułożył się jak najbliżej matki nie zwracając uwagi na wielką wolną część łóżka, którą mógł mieć tylko dla siebie. Gdy był w pobliżu mamy, umiał wymazać z głowy wspomnienia przerażających, nieproszonych gości i bez trudu zasnąć.

*

- Dlaczego nikt mnie nie zaprosił? - obudziła ich oburzona Farrah stojąca w progu drzwi z założonymi rączkami i nadętymi policzkami.

- Teraz mogę cię zaprosić - Renard wyłonił się spod koców i poklepał miejsce obok siebie, na co dziewczynka od razu się rozpromieniła i podbiegła, aby z pomocą brata wczołgać się na wysokie łóżko.

- Ale to chyba ja powinnam decydować kto będzie gościem na moim łóżku? - Galia przekręciła się w ich stronę i podparła głowę na nadgarstku, aby lepiej widzieć dzieci. Te w odpowiedzi tylko wzruszyły ramionami i zaczęły chichotać - To może ja zrobię śniadanie, a wy sprawdzicie co u Doriana i Dastona? - zaproponowała po chwili zbierając się z łóżka.

Renard przytaknął i w mgnieniu oka zsunął się z łóżka ciągnąć za sobą siostrę. Trzymając ją za rękę pobiegł do ich pokoju, aby mogli przebrać się w codzienne ubranie. Dzieci uwielbiały opiekować się końmi, więc gdy miały taką okazję, od razu do nich leciały. Lisołak pospiesznie wskoczył w spodnie i założył bluzkę z krótkim rękawem i jeszcze chwilę poczekał, aż Farrah założy swoją małą sukienkę. Gdy oboje byli już gotowi, pobiegli do przedpokoju, aby założyć buty. Renard włożył swoje jak zwykle bez trudu, ale widząc zirytowaną siostrę, której nie wychodzi związanie buta, zaoferował jej pomoc. Dzięki jego sprawnym rączkom zaraz byli już na zewnątrz słysząc tylko za sobą prośby Galii o powrót na śniadanie. Farrah może i była mniejsza, ale jak wystrzeliła w stronę stajni to Renard nie miał szans jej dogonić. Było tak zresztą dosyć często, że to chłopiec musiał pędzić za siostrą. Jak zawsze udało mu się ją złapać dopiero pod budynkiem, gdzie trzymali konie. Mała wiedźma weszła do stajni jako pierwsza witając się przy tym z dwoma ogierami, a Renard został przed wejściem. Normalnie wszedłby od razu za siostrą, ale poczuł, że coś jest nie tak. Niepewnie postawił kilka kroków w stronę ciemnego lasu, obok którego znajdowała się ich posiadłość. Przez dłuższą chwilę wgapiał się w ciemność za drzewami i miał zamiar wrócić już do siostry, ale zatrzymało go głośne trzaśnięcie kilku gałęzi. Ktoś był bardzo niedaleko, a jako, że chata Galii była prawie poza terenami osady, możliwe, że był to jakiś samotnik. Renard zastygł w miejscu, gdy przed nim znikąd pojawiła się wielka sylwetka stwora podobnego do węża. Z opowiastek matki mógł wywnioskować, że jest to warąż i o ile dobrze pamiętał to powinien się od takich trzymać z daleka. Jednak strach sparaliżował go na tyle, że był w stanie tylko krzyknąć do siostry, aby pozostała w ukryciu. Sam poczuł jak serce łomocze mu mocniej niż podczas koszmarów, a pojedyncze niekontrolowane łzy zbierają się w kącikach jego oczu. Bestia zasyczała ukazując swoje przerażające uzębienie i była gotowa na miejscu zabić małe dziecko, ale mocne pchnięcie ją powstrzymało. Jakaś mniejsza sylwetka swym ciężarem odepchnęła obślizgłe cielsko na bok i kilkoma ruchami sprawiła, że warąż więcej razy już się nie poruszył. Młody lisołak odetchnął z ulgą mając nadzieję, że jego bohater to ktoś z osady, jednak gdy zza drzew wyłoniła się wysoka, szczupła postać o brodzie ubrudzonej ciemną krwią, jego nadzieja pękła jak mydlana bańka. Co gorsza, postać przypominała wyglądem jednego ze stworów nawiedzających go we snach. Modlił się teraz o to, żeby Farrah go wysłuchała i została w stajni. Jak ma się komuś stać krzywda, to na pewno nie jego siostrzyczce.

Lucan? Jakiś samotnik?

14 listopada 2018

Od Nyx CD Venti i Hayi'a

Śnieg prowadziła wewnętrzny monolog Rita. Jedno wielkie kurwa nieporozumienie. Ten, który to badziewie wymyślił zapewne smaży się właśnie w czeluściach Tartaru, piekła, Hadesu, czy innego syfu. I dobrze mu tak. Albo jej. Całkiem prawdopodobne, że była to kobieta. Mroźne, wszędobylskie i wścibskie, a jak wejdzie za kołnierz to tak pali żywym ogniem. Normalnie synonim płci pięknej.
Wtem od jakże wykwintnie filozoficznych, elokwentnych i powalających głębią rozważań oderwał ją, nietypowy dla panujących, niesprzyjających warunków środowiskowych, obraz. Ciemna plama wyróżniająca się pośród białego gówna z początku zdawała się samotniczce być zwykłym krzakiem, śpiącym niedźwiedziem, czy jakimś przeklętym mutantem. Wzbudziła jednak zainteresowanie czarnowłosej na tyle mocno, że przemogła nabyty podczas pobytu na wyspie instynkt samozachowawczy. Młoda dragonka zaczęła zbliżać się do zaiste ekstraordynaryjnej plamy tak szybko, jak tylko była w stanie. Czy raczej na tyle szybko, na ile wcześniej wspominany śnieg jej pozwalał. Czyli w tempie ślimaczym. Gdy znalazła się wystarczająco blisko by zidentyfikować obiekt, będący celem jej wędrówki rozpoznała w nim omdlałego mężczyznę.
 
Gratisowe zaopatrzenie przeszło jej przez myśl, zreflektowała się jednak po chwili dochodząc do wniosku, że wypadałoby nieznajomemu pomóc. A nóż widelec będzie miał czym się odpłacić…

Nie zdążyła jednak zajść zbyt daleko. W pewnym momencie zimowe powietrze przeciął ostry, metaliczny odgłos wyciąganego gwałtownie z pochwy ostrza. Nyx rozejrzała się czujnie dookoła w poszukiwaniu potencjalnego przeciwnika. Dostrzegła go, a raczej ją zbyt późno. Koń pojawił się jakby z nikąd, a dosiadająca go amazonka zaczęła okrążać samotniczkę i mierzyć w jej stronę koniec, ostrego zapewne, miecza, zanim Rita w ogóle zdążyła pomyśleć o tym, żeby odlecieć, czy splunąć swoim ogniem. Nie zdążyła nawet zauważyć, w którym momencie upadła na tyłek spowijając swoją tylną część ciała białym puchem.

- Nie mam zamiaru cię zabijać – przywitała się brunetka. – Chyba, że mnie do tego zmusisz. Odejdź stąd i żyj wedle własnego uznania.

To nie była propozycja, z czego całkowicie zdawała sobie sprawę Starkówna. Ostatnim czego jej było trzeba był konflikt, potyczka, czy raczej samobójczy atak na uzbrojonego jeźdźca. Posłusznie wykonała natychmiastowy odwrót taktyczny, potocznie zwany spierdoleniem w krzaki. Dopiero będąc bezpiecznie ukrytym w niegdyś liściastym gąszczu Nyx zaczęła analizować i interpretować zdarzenie, które właśnie miało miejsce.

I nie spodobało jej się, jak została potraktowana.

***

Wartość swojego przedsięwzięcia Rita pojęła dopiero dostrzegłszy ukrytą pomiędzy czarnymi konarami drzew chatkę, z której kominka zachęcająco sączył się dym płynący z domowego ogniska. Przelotne wspomnienie ciepłego salonu w domu rodzinnym ścisnęło delikatnie, od dawna opustoszałe, serce Brytyjki. Wywołało dawno nie odczuwaną nostalgię przemieszaną z melancholią. Nie trwało jednak długo, tak samo jego negatywne skutki zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Zostało jednak niestosowne pytanie: Dlaczego nie dołączyła do osady?

*

Wrzask. Dźwięk tłuczonego szkła. Krew na rękach. Marmur ich oczu.

*

Ah, no tak. Dlatego. Nyx odgoniła niechciane myśli, które przypałętały się do jej umysłu z zamiarem jego zgubnego zaśmiecenia. Postanowiła podkraść się bliżej. Może uda jej się zajrzeć do środka? TRACH! Ukryty, niczym pierwszej klasy pułapka, konar załamał się z trzaskiem pod ciężarem dziewczyny. Ta przeklęła siarczyście pod nosem i czym prędzej zaczęła wspinać się na najbliższe drzewo wspomagając się błoniastymi skrzydłami. Od czasu, do czasu okazywały się całkiem przydatne. Gdyby jednak porównać ilość sytuacji w których niosły ze sobą korzyść z momentami, kiedy właścicielka bliska była ich samodzielnego, całkowicie świadomego odcięcia okazuje się, że zdecydowanie przeważały historie typu drugiego. Zgodnie z planem drzwi chatki otworzyły się dopiero wtedy, gdy dragonka siedziała bezpiecznie ukryta pomiędzy gęstym igliwiem zimozielonego drzewa służącego jej za schronienie. Brunetka, która w nich stanęła, zgodnie z przewidywaniami, okazała się być tą samą, która parędziesiąt minut wcześniej groziła Starkównie stalą przytkniętą do jej  nosa. Rozglądając się czujnie dookoła w poszukiwaniu źródła hałasu przypominała nieco drapieżnego ptaka wypatrującego ofiary.
 
Na stówę harpia obstawiła w myśli Rita, przy okazji zastanawiając się co zrobi, jeśli okaże się, że ma rację.

Nie znajdując żadnych niepokojących elementów otoczenia w zasięgu swojego wzroku osadniczka zaczęła powoli zamykać z powrotem drzwi domku. Gdy Nyx podświadomie odetchnęła z ulgą w momencie, gdy wrota zetknęły się z framugą gałąź, która służyła jej za podporę uznała, że warto by było podkręcić nieco akcję, w związku z czym złamała się gwałtownie, posyłając samotniczkę na pokrytą śniegiem ziemię. Jeśli nie głośne plaśnięcie połowicznie smoczego ciała o podłoże dotarło do uszu potencjalnej harpii, na pewno zrobiła to głośna „KURWAJEGOMAĆĆĆĆ”, która towarzyszyła upadkowi. Nie minęła nawet sekunda od zjawiskowego zetknięcia z glebą, a Nyx już wiedziała, że przynajmniej jedną część swojego zmutowanego ciała mocno skręciła, jeśli nie złamała…



Hayi? Venti?

Od Farrah CD Cyklamen do Renarda

Na rumianej twarzyczce Farrah malowało się zdumienie, gdy wróżka nagle upadła, nie wymawiając ani słowa więcej. Trąciła delikatnie jej skrzydełka palcem wskazującym, kucając na śniegu. Brat mamrotał coś pod nosem, widząc zamoczone w śniegu rajstopy siostry i jej kolana brodzące głęboko w resztce białego puchu. Ta jednak tylko pacnęła go dłonią w ramię, a on odszedł obruszony do drzewa nieopodal, pod którym kucnął. Chyba nie wiedział co jego siostra znowu wymyśliła, była dosyć empatyczną dziewczynką, która uratowałaby cały świat, gdyby tylko była w stanie. Chwilę później widział, jak Farrah szybko chwyciła to leżące coś w rączkę, pędząc w stronę wioski. Wyglądała jakby miała się zabić o własne, krótkie i nieustannie plączące się nóżki. Chłopiec ruszył w pościg za siostrą, zarzucając granatowy, zrobiony przez Galię szal przez ramię.

– Nie! Mama nie pozwala! – krzyczał, próbując dogonić blondynkę, ale nieskutecznie. Była już za daleko. Co on teraz powie mamie? Jako starszy brat był odpowiedzialny za siostrę, nawet jeśli różnica wynosiła kilkanaście minut! Farrah zniknęła z jego pola widzenia, wbiegając w gęstszy las prowadzący do kliniki należącej do cioci Harry. Dziewczynka bardzo często do niej chodziła po suplementy i witaminy, zostając na herbatę. Dzisiaj jednak nie było czasu na wypicie przeróżnych naparów, miała dla niek pacjentkę i była świadoma, że musi się spieszyć. Gdy ona chorowała Harry mówiła, że trzeba jak najszybciej podać leki, więc tym razem nie mogło być inaczej. Zadyszana, czerwona na twarzy stanęła w progu chatki, waląc w jej drzwi. Wbiegła do środka, kiedy tylko się one otworzyły, nawet się nie witając.

– Farrah? Mama wie, że przyszłaś? Potrzebujecie czegoś? – spytała, zamiatając pozostałości śniegu naniesionego przez dziecko z drewnianej posadzki.

– Mam motylka – powiedziała, rozkładając telepiące się rączki. Na jej drobnych paluszkach leżała zmarnowana wróżka, biała od minusowej temperatury i wychudzona od braku pożywienia. Teraz, dodatkowo, poobijana przez szaleńczy bieg, ale przecież Farrah nie chciała. Dziewczynka chuchnęła kilka razy na „motylka”, myśląc że to coś da. W tym samym czasie Harry podeszła do niej ze zrezygnowanym spojrzeniem. To nie był pierwszy raz, gdy dziewczynka przynosiła jej umierające stworzenia. Nie ważne, czy ludzkie, czy nie.

– Farrah... nie możesz przynosić tutaj każdego, a na pewno nie spoza osady – powiedziała niechętnie, bawiąc się złotym warkoczem dziecka.

– Ale patrz. Boli ją – ponownie trąciła małą wróżkę, kładąc na miękkim kocyku niedaleko kominka, od którego biło przyjemne ciepło. Kiedy ciemnowłosa pomogła dziewczynce zdjąc ubranie wierzchnie, do środka wparował Renard, wydzierając się w niebogłosy. Tak, odkąd Galia urodziła dzieciaki, w wiosce nie było spokoju, ale nie przeszkadzało to innym, mało tego - polubili te dzieciaki, były rezolutne, inteligentne, dobre i o dziwo - dobrze wychowane, wprowadzały przyjazną atmosferę do wioski.

– FARRAH! – chłopiec dopadł do siostry, a Harry tylko złapała się za głowę, widząc bałagan dookoła. Śnieg na podłodze, drzwi otwarte na oścież. Szybko poleciła rozebrać się dzieciom, co skruszone zrobiły. Oboje uklęknęły przy stworzonku, widząc że zaczyna nabierać kolorów. Dziewczynka rozprostowała paluszkiem skrzydełka leżące przedtem pod dziwnym kątem, a Renard się pieklił, że mama ich zabije. Wkrótce dostali po kubku gorącej czekolady, zresztą na wróżkę także czekało picie w małej zakrętce symulującej kubeczek. Po dłuższym czasie powieki stworzonka zaczęły drgać, a ciało nieznacznie się poruszać. Leżała skulona, zapadając się w miękkim materiale kocyka, aż w końcu otworzyła oczy, mrugając szybko, jej wzrok był zabiegany i sugerował, że sama zainteresowana niewiele rozumie. Tymczasem nawet brat Farrah podszedł, wyraźnie zaciekawiony ich nową koleżanką,

która jednak sprawiała wrażenie przytłoczonej, ale ani chłopiec, ani dziewczynka nie wiedzieli, co siedzi w głowie wróżki. Mogli jedynie czekać na jej reakcję, więc siedzieli niczym zaklęci, wpatrując się w jej malutkie ciało - małe włoski, rączki, nóżki. Jeszcze mniejsze niż ich!

Renard?

Od Lunaye do ktosia


Czy życie na wsypie jest trudne? Zadaje sobie to pytanie od pierwszej chwili przybycia na ten skrawek ziemi i codziennie rano powtarzam. Bawi mnie dźwięk tych słów, bo na początku myślałam, że umrę po najwyżej godzinie. Zalewała mnie wściekłość na wszystkie ostatnie wydarzenia w moim dawnym życiu. Dawnym? Tak, dawnym. Wole to tak nazywać. Zawsze myślałam, że jestem wolna i niezależna. Dopiero teraz dostrzegam jak bardzo myliłam się przez ten cały czas. Największym plusem jaki widzę to brak przymusu chodzenia w szpilkach, które moja matka tak miłowała, i które były obowiązkiem w mojej pracy.
Fala śmiechu łechta mnie w gardło jak tylko przypomnę sobie swoje myśli po przebudzeniu na plaży. Jedyne o czym potrafiłam myśleć to ten obrzydliwy typ, który śmierdział gorzej niż jego tony zielska. Myślałam tylko i wyłącznie o tym jak go nienawidzę i jak bardzo mnie skrzywdził. Nienawidzę go dalej, muszę przyznać, ale nie skrzywdził mnie on tylko ludzie, którzy mnie zabrali. Chociaż jak się teraz zastanowić, to wyświadczyli mi przysługę. Bo jeśli jeszcze kiedykolwiek spotkam go na swojej drodze, a dla niego byłoby lepiej by tak się nie stało, przyprę go do muru i słodko szepcząc do uszka „Wróciła twoja ukochana suczka, i jak ci się teraz podoba? Hm?” wbije mu dłoń prosto w płuca i wyrwę to brudne serce za jednym zamachem. Mogłabym na tym skorzystać, ale tak zepsutej krwi się nie tykam, źle mi działa na żołądek. Mdłości i zgaga, nie jest wart takich rzeczy.
- Ah… - westchnęłam z zachwytu nad swoim planem. O tak był, słodki jak jeszcze cieplutka krew młodego Sowórka. Oblizując usta zsunęłam się z belki stropowej, a raczej tego co kiedyś nią było, a teraz opadało swobodnie na podłogę tworząc mini zjeżdżalnie. Siedząc na niej można było zobaczyć gwiazdy. A niebo widziane z tej wyspy oczarowywało nawet takiego laika w tym temacie jak ja. A może właśnie szczególnie z tego powodu. W końcu im mniej coś rozumiemy tym bardziej nas zadziwia.
Burczenie brzucha przywołało mnie do rzeczywistości i przerwało rozmyślania nad gwiazdozbiorami, które widziałam zeszłej nocy, a nadałam im własne nazwy. Wyślizgnęłam się z chaty przez otwór przysłoniony drzwiami poluzowanymi na zawiasach. Udałam się nad Spokojny Strumień. Anzury powinny tam nocować, a nic nie smakuje tak dobrze na przystawkę jak taki mały cielaczek… Nazwijmy to cielaczkiem, bo bliżej temu do takiego pospolitego zwierzaka niż do jakiegokolwiek innego, przynajmniej jak na moje mniemanie.
Dotarłam tam szybciej niż ostatniej nocy. Chyba moja kondycja zaczynała wspinać się na następny poziom, uśmiechnęłam się sama do siebie.
Na szczęście te wyrośnięte kozy są tak naiwne, że złapanie dobrej przekąski zajęło mi dosłownie kilka sekund. Zaciągnęłam migiem malucha na pobliskie pochylone konary i już miałam wbić w niego kły, kiedy usłyszałam charakterystyczne pohukiwanie. Przypomniało mi się moje porównanie o słodkości krwi tego stworzonka. Sowórka. Wypuściłam swoją dotychczasową ofiarę i ponownie oblizałam usta. Jak się dobrze postaram to ten deserek będzie mój. Podskoczyłam zwinnie w górę i skupiając się zamieniłam w nietoperza. Wyszło mi to dość niezdarnie bo zanim złapałam równowagę skrzydeł prawie spadłam z powrotem na ziemię. Nie opanowałam jeszcze tej specyficznej zdolności do perfekcji, udało się jednak. Jak dobrze mieć taką „drugą twarz”, która ma uszy wielkości patelni do tortilli i węch jakiego nie powstydziłoby się stado psów tropiących. Dość szybko wytropiłam swój posiłek, przycupnęłam więc nieopodal by móc obserwować niczym wytrawny łowca, czekałam tylko na dogodny moment.
Jeszcze chwilka… jeszcze momencik …. iiii…
Usłyszałam nagle szelest pod gałęzią na której siedziałam.
Co jest?!
Sowórka też go usłyszała i spłoszona odleciała szybciej niż zdążyłam mrugnąć.
Zeskoczyłam na dół czym prędzej by policzyć się z osobnikiem zakłócającym mój idealny plan na kolację. W połowie drogi zamieniając się z powrotem w dwunożną postać, wylądowałam prosto przed czyjąś twarzą. Mężczyzna cofnął się o krok. Westchnęłam.
- Zepsułeś mi kolację, wiesz? - zapytałam nonszalancko popierając się o biodra i zarzucając lokami do tyłu. Wbiłam wzrok w nieznajomego i czekałam na jego odpowiedź.
<ktoś coś??>

Od Cyklamen (do Renarda i Farrah)

Wzdrygnęła się i zamrugała leniwie, gdy na jej powieki opadły chłodne krople topniejącego śniegu. Mruknęła z niezadowoleniem, powoli podnosząc się z twardego podłoża w malutkiej jamie, którą wybrała sobie na schronienie. Kryjówka wydawała jej się niegdyś większą. Było to jednak jeszcze w dzień mroźny i nieprzyjemny. Ziemia okalająca jamę skuta była wówczas lodem, który w swojej grubej śnieżnej powłoce przypominał skałę.
Wyprostowała się na tyle, na ile mogła, wykorzystując resztkę przestrzeni do przeciągnięcia się. Nie wiedziała, jak długo spała, ani jak dużo czasu pozostało jej na zdobycie czegoś jadalnego. Nie była też do końca świadoma tego, że straciła przytomność na kilka dni oraz że ta utrata przytomności stanowiła już ostatnie ostrzeżenie przed nieuchronnym wyczerpaniem energii życiowej. To wszystko zdawało jej się niewielkim problemem, gdy tylko ujrzała budzącą się do życia krainę. Dla Yany nie istniało w tamtej krótkiej chwili nic piękniejszego. Chociaż krajobraz nie był jeszcze usłany kwieciem, a gdzieniegdzie zalegał brudny śnieg mieszający się z błotem, to jednak dziewczyna zwróciła uwagę na wychylające się ku słońcu przebiśniegi. Z zupełnie niepojętych pobudek poczuła, jak serce rośnie jej w piersi, aż słabe dotąd tętno przyprawiło ją o lekki zawrót głowy. Podreptała kilka kroków naprzód, przytrzymując jedną dłonią płachtę, w której już nie było jej zimno. Palcami drugiej dłoni poruszała powoli, tak, jakby głaskała jakąś niewidzialną istotę. Bo rzeczywiście tak było – Yana głaskała łagodny wiatr, który pierwszy raz od wielu tygodni nie mroził jej wychudzonego ciała aż do kości.
Ból okrutnie przeszył jej skroń, aby następnie pojedynczym impulsem przenieść się na tył czaszki. Zmarszczyła brewki, walcząc z ogarniającą ją ciemnością. Nie zamierzała się poddać, nie teraz, kiedy doczekała się wiosny. Chciała oglądać ten rozkwit, bowiem obdarzał ją dziwną, iluzjonistyczną nadzieją. A był to bolesny typ nadziei. Ten, który przyspiesza bicie serca, powodując przy tym jego niekontrolowany ucisk.
Poszła przed siebie. Dokładnie tak, jak czyniła zawsze, a przynajmniej odkąd pamiętała, bo sporo jej pamięci przepadło – być może bezpowrotnie. Czuła się słabiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Tak, jakby ta niewielka ulga odciążyła masywną klapę na jej sercu, które tylko czekało, by ulecieć z kościanej klatki już raz na zawsze.
Jej krok stawał się coraz bardziej posuwisty, a dotąd energicznie przeskakujące z gałązki na gałązkę oczy zastygły. Zawiesiła wzrok gdzieś daleko. Tak daleko, aby nie mogła dostrzec, co tam jest. Wciąż pragnęła szukać czegoś i nie wiedziała czego, choć miała świadomość, iż obiekt jej pożądania ciągle znajduje się gdzieś poza zasięgiem jej spojrzenia, słuchu, czucia czy pamięci.
Wtedy je usłyszała. Głosy. Radosne głosy. Nie słyszała, co mówiły, ani nie pojęła ich tonu, a jednak w głębi duszy czuła, że owe dźwięki muszą łączyć się z radością. Przystanęła i rozglądnęła się nieprzytomnie. Po czym zamarła.
Nie mogła wiedzieć, że trafiła bardzo blisko okolic osady. Nie mogła także przewidzieć, że akurat dzisiaj, z okazji pierwszego cieplejszego dnia, brat wraz z siostrą wyjdą poza osadę, by wspólnie spędzić czas. Utkwiła w nich wzrok, próbując uporządkować myśli, których odłamki zawirowały w jej głowie, tnąc senną zasłonę wspomnień i zalewając dziewczynę obrazami, jakich nie chciała pamiętać.
- Co jej jest…? – zapytała blondyneczka, która zauważyła obcą jako pierwsza. Jej ton zdradzał zdumienie i podejrzliwość.
- Hm? – Chłopiec odwrócił się. – Kim ty… - zaczął, lecz gdy tylko z jego twarzy zniknęło chwilowe zdziwienie, niemal skoczył przed siostrę, ustawiając się pomiędzy nią a nieznaną samotniczką. – Farrah, ona nie jest z osady!
Yana poczuła, jak jej oczy niemiłosiernie pieką i nabrzmiewają łzami, które chwilę później nierównomiernie spłynęły po policzkach. Dziewczynka o jasnych włosach wychyliła się, subtelnie odsuwając brata.
- Ale jej chyba coś jest – powtórzyła, tym razem w formie oznajmującej.
Cyklamen uniosła delikatnie kąciki ust, przypominając sobie kogoś, kto obiecywał ją chronić i kogo z całej swojej mocy pragnęła odnaleźć. Niestety, to wątpliwe, by dzieci rozpoznały uśmiech na jej twarzy, bowiem wraz ze wspomnieniami w serce wróżki trafił przeszywający pocisk, którego kłujący impuls bólu w ułamku sekundy rozniósł się po wszystkich nerwach.
Yana upadła na kolana, wydając z siebie krótki krzyk – to wszystko, na co starczyło jej siły, kiedy dostała ataku serca. Jej płachta, nietrzymana już przez niczyją dłoń, osunęła się na ziemię i odsłoniła anorektyczną, wręcz anemiczną sylwetkę samotniczki.
Zdecydowanie nie sprawiała wrażenia kogoś, komu dobrze się wiodło w zimę.


Dziecioczki? Ktoś z osady?

Od Asry CD Aven

Czułam się niezwykle błogo w lodowatej wodzie. Zrelaksowałam się na tyle mocno, że nie usłyszałam, jak ktoś nadchodzi, co niestety mogło skończyć się tragicznie, jeśli było by to dzikie drapieżne zwierzę. Dopiero krzyk zainteresowania wybudził mnie z tego uczucia. Jakoś bardzo się nie zdziwiłam, w końcu to dość dziwny widok, kiedy jakaś osoba kąpię się praktycznie w lodzie. Odwróciłam się by zobaczyć tą dobrą duszę. Była to niższa kobieta o ognistych włosach. Wyglądała na tutejszą, gdyż miała przy sobie jakieś naczynia i pełne ubranie idealne na tą porę roku. Skoro ona tu była, to oznaczało, że mieszka tu więcej ludzi. Co jednak zrobić w danej sytuacji? Uciec? Ale przed czym? Nie wyglądała na niebezpieczną, w dodatku, gdyby chciała mnie zabić już dawno by to zrobiła, zamiast zwrócić moją uwagę. Zaatakować? Nie, może się przydać i opowiedzieć mi o tym miejscu, na przykład gdzie są inni ludzie. Szybko chwyciłam za swoje ubrania i wyszłam z wody od razu się w nie ubierając, co nie było najłatwiejsze przez fakt, ze byłam jeszcze mokra.
- Wybacz, za ten dość… dziwny widok! Wyrzuciło mnie tu morze dość niedawno i dopiero odkrywam co zrobili z moim ciałem. Znalazłam właśnie, że zimno mi w cale nie przeszkadza, a wręcz ma dla mnie przeciwne działanie, co musisz przyznać, w tą porę roku jest bardzo przydatne!
- Uśmiechnęłam się próbując się wytłumaczyć i dać wrażenie, ze nie stanowię zagrożenia, bo faktycznie nie miałam na razie zamiaru nic zrobić tej nowo spotkanej osobie. Stałam tak chwilę przy brzegu zamarzniętego jeziora i patrzyłam na dziewczynę.
- Możesz mi mówić Asra! - Powiedziałam znowu próbując nawiązać trochę dłuższą rozmowę.
- A jak ciebie mam nazywać? Jest tutaj więcej ludzi? Żyjesz gdzieś niedaleko i... Masz trochę jedzenia? - Zasypałam ją pytaniami, mając nadzieję, że na któreś dostanę odpowiedź. W głębi duszy jednak wątpiłam, że kobieta będzie chętna udzielić mi pomocy, jednak może się myliłam?!

Aven?

12 listopada 2018

Od Sędziego CD Nyx

- Tak szybko dorastają...zaraz się wzruszę - powiedziałem, wycierając niewidzialną łzę na swoim policzku. Spojrzałem przez drzwi na smoczycę. Przez kilka sekund zanim zrozumiała kim jestem, naprawdę zacząłem się niepokoić. Fakt, ząbki to bym mógł jej wyszorować..ale chyba własnym truchłem, jak już by mnie zjadła.
Jaszczurka podreptała do strumienia, po czym zanurzyło w nim pysk i wypiła kilka łyków chłodnej wody. Spojrzała zaraz potem na truchło szczura, które unosiło się na wodzie. Ogon zaplątał mu się w kamienie i ciało nie płynęło dalej. 

Obróciłem się, po czym złapałem kopyto centaura, w drugą rękę natomiast czaszkoryj wendigo i resztę jego ciała. Wytargałem truchła na zewnątrz, zostawiając krwawe ścieżki od drzwi. Usłyszałem chrupanie i spojrzałem na Jaszczurkę. Z pyska smoczycy, jak jakichś żelek, zwisał ogon Szczurołaka.
- Ugh. To jedna z najbardziej obrzydliwych rzeczy jaką w życiu widziałem - mruknąłem, jednak zatargałem w stronę dziewczyny trupy. Skorzystałem z jej podwiniętego ogona - nadepnąłem na niego lekko, unosząc oba martwe mutanty.
- No, Jaszczurka! Rozwieramy paszczękę i jemy! Zrobię z Ciebie uniwersalny śmietnik na odpadki organiczne - zaśmiałem się. Ślepia mojego śmietnika spojrzały zwróciły się ku mnie i po chwili ciała wylądowały w paszczy smoka. Ja natomiast zostałem odepchnięty (a raczej rzucony z całkiem pokaźną siłą) za pomocą ogona w stronę chaty. 

Bez słowa wstałem, pokręciłem głową i wróciłem do środka mojego domostwa. Podłoga była cała w posoce, kilka mebli było poprzewracanych, na ścianach było dużo śladów po walce. Czekało mnie zapewne kilka godzin sprzątania, krew nie schodziła wcale tak lekko. 
- Mogłem chociaż czaszkoryj wendigo zostawić sobie na pamiątkę - westchnąłem i poszedłem do kuchni, skąd zabrałem kilka szmat, szczotki i domowej roboty odplamiacz z owoców o silnym odczynniku kwasowym. Zielarze z wyspy potrafili naprawdę dużo zrobić, co ułatwiało życie codzienne wszystkim.
Bez zbędnego narzekania ukucnąłem i zabrałem się za szorowanie podłogi...

***

Godzina, dwadzieścia minut. Chyba tyle zabrało mi szorowanie podłogi i ścian z krwi. Wielokrotnie podczas tego procederu wychodziłem na zewnątrz, by wyczyścić szmaty i szczotki z krwi i szczątek wnętrzności. Było to całkiem czasochłonne zajęcie i niemniej irytujące. 
Za każdym razem gdy tylko wychodziłem, oglądałem się na smoczycę. Zawsze robiła coś innego. A to przeglądała się w wodzie, a to machała skrzydłami próbując się wznieść. Bawiła się ogonem, pazurami, gęgała coś. Za ostatnim razem gdy wyszedłem by wymoczyć szmaty w wodzie, szturchnęła mnie ogonem i zaczęła bulgotać.
- Sory, nie rozumiem gekoniastego - bąknąłem, próbując zrozumiem moją rozmówczynię. To było na swój sposób przykre dla mnie, że straciłem jedyną osobę to rozmowy. Ale dobrze będzie, jak nie stracę życia przez ratowanie jej z tamtej śnieżycy..

Gekon na sterydach przewróciła ślepiami i zaczęła stukać się łapą w pierś. Piersi. Klatę! Po chwili rozpostarła szpony i zaczęła coś bazgrolić na ziemi. Stanąłem obok niej i starałem się odczytać koślawe pismo. Po dłuższej chwili zrozumiałem przekazaną mi wiadomość.
- Nazywasz się Nyx, czy tak? - zapytałem, patrząc na nią. Pokiwała łbem, a w jej oczach, dałbym sobie rękę uciąć, ukazała się niemała ulga i jakby radość. Tylko z czego, z nieznacznego przełamania blokady w komunikacji?
- Dobra, Nyx. Miło wreszcie poznać twoją ksywkę, czy tam imię - spojrzałem na chatkę - bo przynajmniej wiem jak na ciebie wołać. Dobra, lecę dalej sprzątać.

Westchnąłem i obróciłem się na pięcie, po czym skierowałem się do domku by dokończyć sprzątanie. Czekało mnie jeszcze ustawienie mebli i posprzątanie śmieci oraz bałaganu. Potem musiałem jeszcze zrobić błysk w sypialni i ogarnąć jakąś szamkę. No i też czas na wiosenne porządki, więc czeka mnie dużo zabawy na podwórku.
- Gulgul grrr - usłyszałem za plecami i się odwróciłem. Nyx patrzyła prosto na mnie i wskazywała na strumień. Poziom wody znacząco się podniósł, woda podmywała teraz mostek. Wdzierała się powoli powyżej linii brzegu. 
- Racja, roztopy wcale nie są takie fajne - przytaknąłem jej i po chwili spojrzeliśmy na siebie.
- Gęgę gul?
- Jak ja Cię zrozumiałem? - zapytaliśmy równocześnie. To spotęgowało moje zdziwienie, bo z jej pyska i ślepi mogłem wyczytać, że zadała słowo w słowo to samo pytanie co ja.

Potrząsnąłem głową, a ona zaczęła coś gęgać, jednak tego nie rozumiałem. Jakbym wykorzystał pakiet Telepatia LTE w sieci Plus.
- Te, Chewie, weź się nie podniecaj tak - mruknąłem i poszedłem do domku. Cała ta sytuacja była co najmniej dziwna i niewiele mi teraz do głowy przychodziło poza chęcią wypicia sobie lub zapalenia. Lecz jak na złość - nie miałem ani trunku ani tytoniu. Więc zwyczajnie wziąłem jedną z ostatnich konserw i łyżkę po czym wyszedłem znowu na dwór. Rozsiadłem się wygodnie przed drzwiami, oparłem o futrynę i spojrzałem w ślepia smoka.
- To co Nyx...teraz pewnie mnie zostawisz, co nie? Albo zjesz. W końcu jesteś już niemal w pełni ewolucji - zacząłem ponuro, otwierając puszkę. - Choć niemiłosiernie mnie wkurwi*aś, to to było całkiem miłe kilka dni. Tylko proszę, następnym razem nie załatwiaj sobie hipotermii, gdy tylko spadnie śnieg. 

Zacząłem zajadać się kluskami, myśląc nad tym jak i gdzie skombinuję sobie nową szybę. Na deskach długo nie pociągnę.

Nyx? Wybacz, że tak nijako i krótko ;x