Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sędzia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sędzia. Pokaż wszystkie posty

9 grudnia 2019

Od Sędziego CD Nyx

Dzień szedł powoli do przodu, nieco leniwie, jednak nie znaczyło to, że również my możemy sobie pozwolić na labę. Czekało nas kolejne polowanie, ponieważ jedliśmy podwójne racje. Ona, gdyż musiała wyzdrowieć, natomiast ja potrzebowałem więcej siły i dłużej być na nogach. Niestety ciągła praca odcisnęła na nas swoje piętno. Tygodniami zasuwaliśmy, co przekładało się na zmęczenie i rozdrażnienie.
Teraz jednak ukazała się jeszcze jedna cecha wymęczenia organizmu, jaką było nieogarnięcie tematu rozmowy, jaka się wywiązała podczas tego polowania.
- Po co tu jesteśmy … - powtórzyłem, stąpając powoli naprzód i rozglądając się na boki. Ślady wskazywały, że zwierzyna była niedaleko. – Szczerze to nie wiem. Ale logicznie myśląc, to jest to sposób na odizolowanie pozornie niebezpiecznego eksperymentu – powiedziałem na początek, rozgarniając gałęzie. Na niewielkiej polance stał młody jelonek. Ledwo trzymał się na trzech nogach, ponieważ czwarta została odcięta przez pułapkę. Z boku krwawił na tyle, że nie udałoby się nawet ślepemu przegapić takiej okazji.
- Trudno powiedzieć w sumie – powiedziałem, gdy wychodziliśmy spośród drzew. Zwierz nawet nie próbował uciekać, jedynie runął na trawę, dysząc ciężko. Nyx wyjęła zza pasa sztylet, którym miała poderżnąć gardło naszemu obiadowi. – Może to być także eksperyment społeczny. Jak zmutowani ludzie ustalą hierarchię, jak poradzą sobie sami na zapomnianej wyspie i jak zareagują. Jak się potoczą nasze losy – mówiłem, patrząc jak dziewczyna kończy cierpienie zwierzęcia. 

8 grudnia 2019

Od Sędzi - zadanie dyktatora


Temat: Kradzież plonów 
Szczegóły: W osadzie bardzo ważne jest uprawianie roli, czym zajmują się odpowiednie osoby znające się na roślinach. Hodowane przez nich warzywa i owoce następnie trafiają do ludzi, którzy tworzą z nich wspaniałe potrawy, jakimi można wykarmić całą wioskę. Niestety jednego dnia zaczęło nagle brakować roślin - pola uprawne zostały rozkopane, a raczej zmasakrowane. Jako dyktator postanawiasz stawić temu problemowi czoła. Musisz uspokoić osadników i załatwić im jakieś pożywienie na czas poszukiwań złodzieja plonów. Jedyne wskazówki jakie widzisz, to dziura w murze obronnym, wykopane dołki w glebie oraz dużo sierści. Podołasz i uratujesz wioskę przed głodem?

7 grudnia 2019

Od Sędzi do kogoś

Obudziłem się całkiem wcześnie, co w sumie było normalne ostatnimi czasy. Nie mogłem spać długo, sam z siebie wstawałem rano. Żyjąc z Nyx w nowym miejscu, nie pozwalałem sobie na leniuchowanie. Palisada, chatki, jedzenie – musieliśmy wszystko to zrobić, żeby zadomowić się tu na dobre.
Przeplatając poranioną klatkę bandażami, wyszedłem z namiotu. Te same bojówki co tydzień temu, łańcuchy i buty wojskowe – łącznie z białymi szmatkami na moim korpusie dawało mi to zadziorny wygląd, a prężne muskuły mogły odstraszyć niejednego. Choć nie zawsze się to udaje, jak się potem okazało.
Nie widziałem nigdzie smoczycy, więc przygotowałem na zapas śniadanie dla niej, gdyby była głodna. Spędziłem pół godziny gotując i smażąc kąski dla niej oraz dla mnie. Sobie jeszcze musiałem zrobić więcej, ponieważ dzisiaj była moja kolej na polowanie i zbieranie roślin. Zejdzie mi na to całe przedpołudnie, ale taki mus.
Gdy skończyłem robić śniadanie i zebrałem potrzebne rzeczy, udałem się prosto do wyjścia z groty. Po Nyx nie było śladu, więc trochę bałem się opuścić nasz obóz. Ale potem pomyślałem, że jest dobrze ukryty, więc wziąłem do ręki toporek i ruszyłem w las, gdzie miałem zapolować i zebrać drewno.

6 grudnia 2019

Od Sędzi do Nyx

Spojrzałem na Nyx w milczeniu i westchnąłem głośno.
- Ty mnie kiedyś przyprawisz o śmierć przedwczesną, naprawdę. Jak mogłaś być tak głupia i jeszcze teraz próbować uciec? - zapytałem lekko zirytowanym głosem.
- Myślałam, że będziesz chciał zrobić mi krzywdę … i bałam się … spanikowałam, widząc takiego Santa Clausa na sterydach! – wyrzuciła z siebie dziewczyna
- Nie zabiję cię, nie martw się. Polubiłem cię i wolałbym, żebyś nie panikowała tak, bo sobie nogi połamię szukając ciebie – odparłem, posyłając ku niej uspokajający gest.
Po chwili, już w ciszy, podszedłem do niej i spojrzałem na jej bok. Nie był zaleczony do końca, tak jak i moje rany. Oboje stoczyliśmy porządne walki przez ostatnie kilka dni.

Wziąłem szybę, przyjrzałem się jej, oceniłem. Była niewiarygodnie dobra.
- Szkoda tylko, że już tu nie będę mieszkać – westchnąłem, biorąc narzędzia i mocując szkło w futrynie. Dragonka zapytała o co mi chodzi, na co ja wzruszyłem ramionami.
- Wyprowadzam się, moje miejsce tu ktoś bierze. Zresztą, jeśli masz mieszkać ze mną, a innej możliwości nie widzę, to potrzebujemy bezpiecznego, dużego i ukrytego lokum, gdzie żaden samotnik ani osadnik nas nie znajdzie zbyt szybko i nie wypruje nam flaków. – Mówiąc to montowałem spokojnie i wprawnie szybę, uszczelniając ją. Takie naprawy były na porządku dziennym, więc poszło mi to sprawnie i gładko.
Za sobą usłyszałem głośne burczenie, na które odpowiedział mój żołądek. Odwróciłem się z uśmiechem do dziewczyny.
- Chyba oboje jesteśmy głodni, co nie? – zapytałem, łapiąc ją za rękaw. Kwiknęła zaskoczona, a ja tylko zaciągnąłem ją, opierającą się, w stronę drzwi. – Siad! – zakomenderowałem, puszczając ją. Wszedłem do chatki i szybko wyniosłem z niej stół oraz krzesło dla nas obojga, po czym przyniosłem niemal cały zapas konserw i pieczywa, jaki tylko znalazłem.
- To, że się wyprowadzam, nie musi znaczyć, że mój następca dostanie po mnie jedzenie! – zakrzyknąłem i nałożyłem na talerz kilka konserw oraz pieczywo, po czym podsunąłem go Nyx. – Smacznego, łuskowata.

5 grudnia 2019

26 listopada 2018

Od Sędziego CD Nyx

Spojrzałem w stronę lecącej smoczycy. Nie pozwoliła mi na szybszą reakcję, zaskoczyła mnie. Zacisnąłem szczękę i złapałem za jeden z prętów wbitych w skałę. Zwykły człowiek nie dałby rady go wyciągnąć, jednak byłem wtedy napompowany adrenaliną, poza tym siłą przewyższałem typowego Kowalskiego. Zacisnąłem palce na zimnej stali, pokrytej już lekką rdzą, i pociągnąłem do siebie. Niechętnie, z początku powoli, po sekundzie jednak wyrwałem pręt ze skały. Poprawiłem chwyt, ustawiłem prawą stopę z tyłu, bok ciała skierowałem w stronę lecącej Nyx. Z głośnym rykiem wściekłości, który zawierał też żal, bezsilność, ból i strach przed ponowną samotnością, spiąłem mięśnie. Metalowy pręt, który był dość dobrze wyważony, pognał z oszałamiającą prędkością kilkadziesiąt metrów pod kątem ostrym w górę. Minął skrzydło smoczycy o kilka metrów. Nie wiem co było tego powodem. Wiatr, błąd w obliczeniach, może Nyx odleciała w bok.
Metalowy pręt pognał jeszcze kilkanaście metrów, po czym kąt jego lotu zmienił się i prowizoryczny oszczep zaczął opadać. Moja towarzyszka nawet łba do mnie nie odwróciła. Szybko wróciłem do wnętrza mojej chatki, by zaszyć sobie rany. Rzucałem na prawo i lewo bluzgi, wszystko robiłem w gniewie. Wzmógł się on jeszcze bardziej, gdy zacząłem czuć ból zszywanej ręki.

***

Trzy dni od ucieczki Nyx nie wychodziłem z domku. Jadłem, spałem, leżałem. Jedyne co robiłem poza tym, to doglądanie i dbanie o rękę. Na ranie zastosowałem kilka ziół, które zostały mi z mojego ostatniego przydziału. Nie miałem ochoty na nic, nawet na wyjścia by się umyć. Wart i patroli na szczęście nie miałem mieć przez najbliższe kilka dni.

***

Po trzech dniach spędzonych w ciemnicy, bez świeżej wody i mycia się, postanowiłem ruszyć leniwe dupsku na zewnątrz. Wyszedłem by się przemyć. Ślady łap pozostawał przed moim skalnym mieszkaniem, przypominając tylko o mojej niedawnej towarzyszce, która za całą pomoc mnie opuściła bo chwilowo jej odbiło. Totalna głupota, bo przecież nic takiego się nie stało.
Resztę dnia spędziłem na czyszczeniu mieszkanka i wietrzeniu go, oraz na czyszczeniu paleniska. Nie mogłem zasnąć.

***

Kolejne pięć dni minęło mi bez wychodzenia z domu. Dopiero po upływie pięciu dób udałem się do Osady do lekarza, który miał zająć się moją ręką. Sprawdzić, czy na pewno dobrze ją zszyłem o nią zadbałem.
Gdy wkroczyłem do gabinetu mojego dobrego znajomego, ten zacmokał z niezadowolenia i wyjął z szafki nożyczki, igłę oraz nić, po czym bez słowa zabrał się za poprawę mojego marnego opatrunku. Zajęło mu z kwadrans załatanie mi ręki, dołożenie ziółek i zawinięcie w czystą szmatę, imitującą bandaż.
- Kto cię tak załatwił? - zapytał, odkładając niepotrzebne już medykamenty na bok i wyciągając dłoń po zapłatę.
- Złota rybka - mruknąłem, dorzucając kilkadziesiąt monet. Doktorek skinął głową, chowając pieniądze do szafki. Dodatkowa zapłata za milczenie była tu na porządku dziennym.

- Przyjdź za tydzień, sprawdzę jak się goi. Pamiętaj by opatrunek zmieniać codziennie, zagotuj go we wrzątku i możesz używać kolejny raz. Tylko zioła zmieniaj. Następny!
Wyszedłem z kliniki i skierowałem swoje kroki w stronę zielarza. Musiałem się zaopatrzyć w dodatkowe chwasty na szybsze leczenie.

***

Wieczorem, w drodze do domu, zaczepił mnie jeden ze strażników i zaprowadził mnie do naczelnika wart. Nie było mi to w smak, bo oznaczało dodatkową robotę. Gdy wszedłem do ciemnego, chłodnego gabinetu, przywitało mnie czterech znanych wartowników. Naczelnik siedział przy biurku.
- Och, dotarłeś wreszcie. Siadaj - wskazał mi krzesło - ponieważ czeka nas długa rozmowa. Zapewne słyszałeś o smoku, co to się panoszy po okolicach. No jak nie jak tak.
Usiadłem w spokoju na krześle, przywitałem się z kumplami z zawodu i spojrzałem na przełożonego. W środku jednak szalałem, nie wiem nawet z jakiego powodu.

- Znaleziono dzikiego dragona na północy. Rozpanoszył się troszkę, zaatakował kilka pojedynczych osadników. Jeden został ciężko ranny - powiedział naczelnik, szykując kilka papierów. Inni strażnicy wyglądali na zaznajomionych z całą sprawą.

- I co, mam na niego zapolować? - zażartowałem, krzyżując ręce. Opatrunek na moim lewym ramieniu został dzięki temu idealnie odkryty, co nie uszło uwadze nikomu w tym pokoju.
- Tak, razem z twoimi trzema kumplami po fachu - powiedział naczelnik, głosem który zdradzał, że sprzeciw nie wchodzi w grę. Słabo.
- Jestem troszkę ranny szefie, nie wie...
- Jestem zdrowy, więc możesz walczyć. A ten dragon to poważne zagrożenie. Jutro o świecie, tutaj. Z pierwszymi promieniami słońca ruszacie na północ, macie mi przynieść głowę tego samotnika. - Naczelnik wskazał drzwi. Wstaliśmy wszyscy, zasalutowaliśmy i wyszliśmy. Przez chwilę tylko rozmawiałem z innymi, im też to się nie podobało ale rozkaz to rozkaz.
Wróciłem do chatki i spakowałem do plecaka najważniejsze przedmioty, które przydadzą się na następny dzień i poszedłem spać.

***

Wstałem przed świtem, w nastroju nie lepszym niż ostatnie kilka dni. Najpierw zająłem się ręką, by nie wdała się infekcja a sama kończyna nie zawiodła mnie w walce. Potem zrobiłem sobie syte śniadanie, składające się głównie z mięsa, i spakowałem dodatkowy prowiant do plecaka. Wyszedłem z chaty w ciszy i skierowałem kroki w stronę miejsca zbiórki naszej czteroosobowej ekipy. Wszyscy już czekali, dowództwo objął Marek - najbardziej doświadczony z nas czterech. Bez wahania i opóźnień wyruszyliśmy na północ, po drodze wymieniając się informacjami.
- Wczoraj smok zabił czterech Osadników - powiedział nasz dowódca. Zamarłem na ułamek sekundy. Zastanawiałem się czy Nyx była w stanie zrobić coś takiego. Moje wątpliwości rozwiało moje pokiereszowane ramię.
- Mamy ukatrupić to bydle? We czterech? - zapytał Słony, facet który siłą mógł dorównać mi, jednak był ode mnie wyższy. Ostatnim członkiem ekipy był centaur Galiusz, który specjalizował się w łukach. Nie znałem mutacji Marka i Słonego, jednak wiedziałem, że nie są wybrani do tej misji bez powodu.

Droga zajęła nam półtorej godziny, aż dotarliśmy do na wpół spalonego domku. W drzwiach leżał zwęglony trup. Ekipa przeszła na tyły domostwa.
- Bestia była widziania najczęściej w tej okolicy - zaczął Marek, zachowując powagę. W jego głosie dało się wyczuć napięcie. Już otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak przerwało mu skrzypienie belek. Spojrzeliśmy na chatę, której zawalony strop zaczął się unosić i spod gruzu wychylił opatrzony łuskami łeb i potężne skrzydła.

- Dragon! - ryknął Galiusz, galopując z dala od smoka. To był błąd. Niebieskołuski skoczył ponad pozostałymi członkami ekipy i złapał w paszczę zad naszego parzystokopytnego towarzysza. Nasza trójka już wiedziała, że nie ma dla niego ratunku więc szybko rozpierzchliśmy się na boki szukając osłon. Każdy miał broń własnego wyboru. Ja metalowy miecz półtoraręczny, o nieco stępionym ostrzu. Marek długą włócznie ze stali, a Słony długą maczugę zakończoną kamieniem i ćwiekami. Ta walka raczej nie skończy się naszym zwycięstwem.
Wpadłem pomiędzy osmalone belki, Słony za mną. Marek pobiegł na bok, chowając się za dużym głazem.
Gad rozszarpał pazurami centaura i od razu skoczył w naszą stronę. Wylądował między mną i Słonym a Markiem. Gdy bestia podniosła łeb i rozwarła paszczę, Marek wyskoczył zza głazu i wbił włócznię w bok Samotnika. Słony również wyszedł z ukrycia i zdzielił maczugą naszego wroga w pysk. Trzy zęby padły w błoto, a gad zaryczał. Zanim ja ruszyłem, ogon dragona powalił Marka na ziemię, a łapa uzbrojona w szpony rozdarła ciało Słonego jak szmatę. Szybko pojąłem, że mój miecz nie zrobi większego wrażenia na gadzinie, chyba że od środka.

- Więc to jedyne wyjście - powiedziałem do siebie, skacząc w stronę pyska pełnego w ostre kły, poza trzema wybitymi. Smoczysko zwróciło łeb w moją stronę, gdy ja absorbowałem stal z broni. Dragon ryknął, rozdziawiając paszczę, a ja zanurkowałem w jej stronę. Stal pokryła moje ramiona, dosięgła aż do barków. Zdziwiłem się tym faktem, bo nie zdarzało się to mi do tej pory. I to był właśnie błąd. Dragon odtrącił moją broń w bok, a ja wpadłem do jego paszczy jak przekąska. Moja szyja oparła się na wybitych kłach i poczułem lekkie napięcie mięśni szczęki smoka. Uratowało mnie tylko szczęście - złapałem jedną ręką szczękę, drugą zaparłem się o górne kły i zatrzymałem w pół ruchu gadzie imadło. Czułem jednak, że to tylko sekund, więc szybko przesunąłem swoje ciało tak, by znaleźć się idealnie między wybitymi zębami z góry i z dołu. Gdy już moje ręce zaczęły odpuszczać, usłyszałem trzepot skrzydeł i kątem oka dostrzegłem zielonkawe łuski kolejnego dragona.

Paszcza mojego oponenta zamknęła się. Co prawda, wybite zęby nie wbiły się w moją czaszkę, ale nie przemyślałem jednego - że uderzenie dziąsłami będzie tak silne, że stracę przytomność i cały we krwi runę w błoto u stóp dragona.

Nyx?

12 listopada 2018

Od Sędziego CD Nyx

- Tak szybko dorastają...zaraz się wzruszę - powiedziałem, wycierając niewidzialną łzę na swoim policzku. Spojrzałem przez drzwi na smoczycę. Przez kilka sekund zanim zrozumiała kim jestem, naprawdę zacząłem się niepokoić. Fakt, ząbki to bym mógł jej wyszorować..ale chyba własnym truchłem, jak już by mnie zjadła.
Jaszczurka podreptała do strumienia, po czym zanurzyło w nim pysk i wypiła kilka łyków chłodnej wody. Spojrzała zaraz potem na truchło szczura, które unosiło się na wodzie. Ogon zaplątał mu się w kamienie i ciało nie płynęło dalej. 

Obróciłem się, po czym złapałem kopyto centaura, w drugą rękę natomiast czaszkoryj wendigo i resztę jego ciała. Wytargałem truchła na zewnątrz, zostawiając krwawe ścieżki od drzwi. Usłyszałem chrupanie i spojrzałem na Jaszczurkę. Z pyska smoczycy, jak jakichś żelek, zwisał ogon Szczurołaka.
- Ugh. To jedna z najbardziej obrzydliwych rzeczy jaką w życiu widziałem - mruknąłem, jednak zatargałem w stronę dziewczyny trupy. Skorzystałem z jej podwiniętego ogona - nadepnąłem na niego lekko, unosząc oba martwe mutanty.
- No, Jaszczurka! Rozwieramy paszczękę i jemy! Zrobię z Ciebie uniwersalny śmietnik na odpadki organiczne - zaśmiałem się. Ślepia mojego śmietnika spojrzały zwróciły się ku mnie i po chwili ciała wylądowały w paszczy smoka. Ja natomiast zostałem odepchnięty (a raczej rzucony z całkiem pokaźną siłą) za pomocą ogona w stronę chaty. 

Bez słowa wstałem, pokręciłem głową i wróciłem do środka mojego domostwa. Podłoga była cała w posoce, kilka mebli było poprzewracanych, na ścianach było dużo śladów po walce. Czekało mnie zapewne kilka godzin sprzątania, krew nie schodziła wcale tak lekko. 
- Mogłem chociaż czaszkoryj wendigo zostawić sobie na pamiątkę - westchnąłem i poszedłem do kuchni, skąd zabrałem kilka szmat, szczotki i domowej roboty odplamiacz z owoców o silnym odczynniku kwasowym. Zielarze z wyspy potrafili naprawdę dużo zrobić, co ułatwiało życie codzienne wszystkim.
Bez zbędnego narzekania ukucnąłem i zabrałem się za szorowanie podłogi...

***

Godzina, dwadzieścia minut. Chyba tyle zabrało mi szorowanie podłogi i ścian z krwi. Wielokrotnie podczas tego procederu wychodziłem na zewnątrz, by wyczyścić szmaty i szczotki z krwi i szczątek wnętrzności. Było to całkiem czasochłonne zajęcie i niemniej irytujące. 
Za każdym razem gdy tylko wychodziłem, oglądałem się na smoczycę. Zawsze robiła coś innego. A to przeglądała się w wodzie, a to machała skrzydłami próbując się wznieść. Bawiła się ogonem, pazurami, gęgała coś. Za ostatnim razem gdy wyszedłem by wymoczyć szmaty w wodzie, szturchnęła mnie ogonem i zaczęła bulgotać.
- Sory, nie rozumiem gekoniastego - bąknąłem, próbując zrozumiem moją rozmówczynię. To było na swój sposób przykre dla mnie, że straciłem jedyną osobę to rozmowy. Ale dobrze będzie, jak nie stracę życia przez ratowanie jej z tamtej śnieżycy..

Gekon na sterydach przewróciła ślepiami i zaczęła stukać się łapą w pierś. Piersi. Klatę! Po chwili rozpostarła szpony i zaczęła coś bazgrolić na ziemi. Stanąłem obok niej i starałem się odczytać koślawe pismo. Po dłuższej chwili zrozumiałem przekazaną mi wiadomość.
- Nazywasz się Nyx, czy tak? - zapytałem, patrząc na nią. Pokiwała łbem, a w jej oczach, dałbym sobie rękę uciąć, ukazała się niemała ulga i jakby radość. Tylko z czego, z nieznacznego przełamania blokady w komunikacji?
- Dobra, Nyx. Miło wreszcie poznać twoją ksywkę, czy tam imię - spojrzałem na chatkę - bo przynajmniej wiem jak na ciebie wołać. Dobra, lecę dalej sprzątać.

Westchnąłem i obróciłem się na pięcie, po czym skierowałem się do domku by dokończyć sprzątanie. Czekało mnie jeszcze ustawienie mebli i posprzątanie śmieci oraz bałaganu. Potem musiałem jeszcze zrobić błysk w sypialni i ogarnąć jakąś szamkę. No i też czas na wiosenne porządki, więc czeka mnie dużo zabawy na podwórku.
- Gulgul grrr - usłyszałem za plecami i się odwróciłem. Nyx patrzyła prosto na mnie i wskazywała na strumień. Poziom wody znacząco się podniósł, woda podmywała teraz mostek. Wdzierała się powoli powyżej linii brzegu. 
- Racja, roztopy wcale nie są takie fajne - przytaknąłem jej i po chwili spojrzeliśmy na siebie.
- Gęgę gul?
- Jak ja Cię zrozumiałem? - zapytaliśmy równocześnie. To spotęgowało moje zdziwienie, bo z jej pyska i ślepi mogłem wyczytać, że zadała słowo w słowo to samo pytanie co ja.

Potrząsnąłem głową, a ona zaczęła coś gęgać, jednak tego nie rozumiałem. Jakbym wykorzystał pakiet Telepatia LTE w sieci Plus.
- Te, Chewie, weź się nie podniecaj tak - mruknąłem i poszedłem do domku. Cała ta sytuacja była co najmniej dziwna i niewiele mi teraz do głowy przychodziło poza chęcią wypicia sobie lub zapalenia. Lecz jak na złość - nie miałem ani trunku ani tytoniu. Więc zwyczajnie wziąłem jedną z ostatnich konserw i łyżkę po czym wyszedłem znowu na dwór. Rozsiadłem się wygodnie przed drzwiami, oparłem o futrynę i spojrzałem w ślepia smoka.
- To co Nyx...teraz pewnie mnie zostawisz, co nie? Albo zjesz. W końcu jesteś już niemal w pełni ewolucji - zacząłem ponuro, otwierając puszkę. - Choć niemiłosiernie mnie wkurwi*aś, to to było całkiem miłe kilka dni. Tylko proszę, następnym razem nie załatwiaj sobie hipotermii, gdy tylko spadnie śnieg. 

Zacząłem zajadać się kluskami, myśląc nad tym jak i gdzie skombinuję sobie nową szybę. Na deskach długo nie pociągnę.

Nyx? Wybacz, że tak nijako i krótko ;x

7 listopada 2018

Od Sędziego CD Nyx

Gorączka mojej jaszczurzej, czy tam smoczej, panny gość spadła po kilku godzinach. Jednak nie był to koniec jej choroby. Przez bite pięć dni dziewczyna spała, jadła, kaszlała. Spałem wtedy mało, na wypadek gdyby miała nagle dostać takiego ataku jak ostatnio. A nie chciało mi się jej znowu szukać, mimo że nastąpiła odwilż i rozpoczynała się wiosna. Co do samej pogody, nie mogłem się wciąż nadziwić, że sezony zmieniają się tutaj tak szybko. Jakby był tu zupełnie inny upływ czasu. Tragedia. Jednak nastąpiło też coś, co było całkiem zaskakujące.

Trzeciego dnia choroby smoczycy, podczas przemiany mojej ręki w stal (do rąbania drwa, było to znacznie tańsze rozwiązanie od kupna siekiery) poczułem, jakby sama przemiana była lżejsza. I o dziwo, nie zacząłem po kwadransie czuć znajomego mrowienia, które zwiastowało koniec czasu przemiany - moja ręka pozostała stalowa około pół godziny, zanim zacząłem czuć lekkie tylko łaskotanie. Było to o tyle zaskakujące, że czas przemiany zawsze był krótki, ograniczony. Najwyraźniej wraz z upływem czasu ten limit się zwiększał.

Czwartego i piątego dnia choroby smoczyca znacząco odzyskała siły, jednak dopiero piątego dnia, który był jednocześnie pierwszym dniem, gdy temperatura przekroczyła pewnie z 15 stopni, smoczyca dała radę przeprowadzić rozmowę ze mną. Nie powiem, nieco się ucieszyłem, choć dalej zgrywałem poirytowanego całym tym zajściem. Ale w końcu było do kogo gębę otworzyć.
Opisałem mojej włamywaczce sytuację, jaka teraz przed nami stała - jej sławę, strach ludzi przed nią i też to, że osadnicy niekoniecznie lubią samotników. Pokazałem jej brutalną rzeczywistość - gdyby nie ja, pewnie już byłaby kostką lodu lub byłaby przerabiana na futerko nad kominek przez osadników. Nieciekawa perspektywa.

Rozmowę przerwało mi coś, co nawet u mnie wywołało dreszcz niepokoju. Pukanie do drzwi mojej chatki. Zerwałem się z miejsca i wyminąłem dziewczynę. Zasłoniłem okno sypialniane i posadziłem dziewczynę w łóżku.
- Leż i ani mru-mru... - szepnąłem i poszedłem do salonu, jednak szybko obróciłem głowę i spojrzałem na moją lokatorkę. - Sędzia. Jestem Sędzia. - Mruknąłem, na wypadek gdyby musiała mi wyryć imię na nagrobku. Chowanie smoka podchodzić będzie pod zdradę.
Zamknąłem za sobą drzwi sypialni. Znowu rozległo się pukanie, a zaraz potem usłyszałem nieznany mi głos.
- Jest ktoś w środku!? Potrzebuję pomocy! - Dało się słyszeć. Głos należał do młodzieńca.

Zakląłem pod nosem. Ile jeszcze mam pomagać innym, nic z tego nie mam!
Mimo swojego zirytowania otworzyłem drzwi. Przywitał mnie uśmiech. Ostre, małe ząbki, wąsy, dziwne uszyska i pazury.
- Szczur! - Krzyknąłem, przyjmując postawę bojową. Nie zdążyłem. Cztery szybkie ciosy wylądowały na moim brzuchu, a zaraz potem w moją klatę uderzyło poroże. Wpadłem do wnętrza mojej chatki razem z atakującym mnie wendigo. Sku*wiel zwalił mnie z nóg, by zaraz potem podnieść za kostki i grzmotnąć o sufit. Zamroczyło mnie, jednak szybko zwinąłem się i złapałem za poroże, odginając kark atakującego do tyłu. Zaraz potem uderzyłem w jego czaszkę łokciem. Puścił, upadłem. Wstałem jednak niemal natychmiast, a "goście" stanęli obok siebie. Szczur, wendigo. Dwóch. Odgłos kopyt. Pochylając się, do domku wszedł dumnie centaur. Młodzik raczej, twarz gładka jak dupa niemowlaka.

- Co to za maniery panowie - powiedział, szczerząc się szeroko. Szczur i wendigo zaśmiali się, wyraźnie musiał to być jakiś tylko im znany żart. Choć ich śmiech brzmiał bardziej jak pisk nienaoliwionego łożyska. Irytujące.
- Ach ci Osadnicy, tacy słabi - zadudnił wendigo. Jego głęboki, acz starczy głos zdradzał, że mam do czynienia z kimś starszym ode mnie co najmniej dwukrotnie.
- Co za miła dziura, możnaby się tu zadomowić! - zapiszczał szczurzy jegomość. Jego wzrok podążył do kuchni. Z sypialni za mną usłyszałem cichy skrzyp łóżka i dźwięk odsłanianej firany. Pięknie. Za całą pomoc moja lokatorka zwiewa. Choć nie mam jej za co winić. Nie jest w stanie walczyć.

- Pardon, moi drodzy - powiedziałem opanowanym i jak najniższym głosem. Do tej pory rozglądali się po mojej izdebce, teraz zamarli. Ton głosu zawsze potrafi zmienić nastawienia człowieka do rozmówcy. - Wiem, że Samotnicy to w większości ścierwa i szumowiny - zacząłem, zostawiając nieznaczną ilość Samotników w spokoju. Bywali tacy fajni, jak na przykład moja jaszczurka. Czasem.

- My nie tylko o chacjendę tutaj, białasie - powiedział centaur. - Specjalne pozdrowienia mamy od Perły, albinoski co jej ostatnio nimfę ukradłeś.
Spojrzałem na niego. Perła...albinoska...
- A! Ta mała smarkula, co jej ostatnio miśka zajebałem z Galią? Pamiętam tę gówniarę! I co z nią, jak zdrówko? Nóżek jeszcze nie złamała? Oby, bo ja chcę to zrobić! - powiedziałem ze śmiechem. Wywarło to takie wrażenie jakie miało. Centaur zastukał kilka razy kopytami o podłogę. Zły to wróg, który popełnia błędy.
- Morda tam! - ryknął mój oponent. Tego mi było trzeba. - Pazur, idź na zewnątrz i zobacz czy ma jakieś zapasy w szopie. Ja i Maniek zajmiemy się..usunięciem tego pozera z mięśniami wypełnionymi olejem.

Pazur, czyli szczur, skinął łbem i zwinnie, na czterech łapach, pognał na dwór. Drzwi zatrzasnęły się za nim, centaur i wendigo zbliżyli się. Nie było za ciekawie. Dwóch na jednego, do tego oba stwory był całkiem silne.
- Za obrazę perły najpierw połamię ci kopytami wszystkie kończyny, potem zacznę od bioder w górę miażdżyć twoje pozostałe kości, by na koniec nabić twój siwy ryj na poroże! - warknął parzystokopytny. Złość w nim kipiała.
Przyjąłem luźną pozę, jakbym wcale nie chciał się bronić, i skinąłem na wendigo. On tylko spojrzał na swojego chyba-szefa i nagle skoczył ku mnie. Głupek. Nie wykorzystał swoich atutów. Walczy ze mną w pomieszczeniu przy ogniu. Jest tu w miarę ciepło i jasno. Dwie jego mocne strony mam z głowy.

Nie musiałem nawet sięgać po metalową sztabę czy pręt. Nie było takiej potrzeby. Czaszkogłowy dopadł do mnie w ułamek sekundy, jednak ja o mgnienie oka szybciej ustawiłem się bokiem i cofnąłem u pół kroku. Wendigo, zwany Mańkiem, przeleciał obok. Złapałem go za jeden z rogów gdy frunął obok, drugą ręką natomiast zamknąłem jego biodro w uścisku o sile małej prasy hydraulicznej. Coś chrupnęło. Rzuciłem stworem jak śmieciem prosto na ścianę. Nie patrzyłem na efekt, tylko od razu odbiłem się od podłogi w stronę centaura. Ten, zaskoczony, stanął na tylne kopyta. Chciał się bronić. Nie wyszło mu.
Wziąłem jego przednie nogi na bary i złapałem konika za boki, po czym przewróciłem go na bok. Stracił równowagę i runął na podłogę. Nie pozwoliłem mu wstać, tylko od razu skoczyłem kolanami na jego kruchą, ludzką część. Żebra pękły pod moimi kilogramami, a zaraz potem odpuściła jego szczęka i zęby - te drugie latały raz po raz, gdy okładałem biedaka pięściami. Po sześciu czy siedmiu ciosach jego ciało zwiotczało a kark wygiął się nienaturalnie. Trochę przesadziłem. Świadka brak.

Poczułem szarpnięcie i nagłe uderzenie w ścianę. Nie zauważyłem kiedy leciałem. To była właśnie wyjątkowa siła wendigo.
Splunąłem w stronę truchła centaura, nad którym stało rogate stworzenie. To nie spoglądało na towarzysza, tylko skończyło przygotowywać się do skoku i runęło w moją stronę, próbując przyszpilić mnie rogami do ściany. Głupia zagrywka. Widoczność wendigo spadła do zera, więc nie zauważył jak się uchyliłem w lewo w ostatniej chwili. Nie zauważył też jak unoszę, złączone w młot, dłonie nad głowę i jak po chwili moje łapska spadły na jego czaszkę z siłą całkiem sporej prasy. Nie czuł bólu długo, gdyż podłożyłem kolano pod jego szyję i jego czaszkotwarz szybko odłączyła się od reszty ciała.

Poczułem smród palonej sierści i usłyszałem krzyk z zewnątrz. Będąc napompowanym adrenaliną nawet nie zwróciłem uwagi na krwawy bajzel w swojej chacie - wybiegłem na dwór.
Do strumyka właśnie skakał płonący pocisk, dawniej będący szczurem. Poznałem to tylko po ogonie, bo reszta ciała była zakryta płomieniami. Nie musiałem szukać zabójcy mojego...niedoszłego zabójcy. Oto przed moimi oczami ukazał się całkiem dziwny widok. Oto moim oczom ukazała się bardziej zjaszczurzona wersja mojej włamywaczki. Teraz nie była chodzącą torebką, tylko całą plandeką! Z niej to by multum parasoli zrobił!
Smużka dymu unosiła się z jej paszczy, więc to niechybnie ona orzygała ogniem tego tam...Pazura.

- No no no...jeszcze troszkę podrośnij, to siodło kupię i będę mógł polatać - zażartowałem, jednak przyjąłem postawę bojową. Sięgnąłem w bok i złapałem za jeden z wielu metalowych prętów, które miałem gdzieniegdzie wokół chatki - taki tam system obronny.
- Nie bierz tego do siebie - powiedziałem, absorbując metal na obie dłonie. Nie chciałem jej urazić, jednak dobrze wiedział, iż samotnicy potrafią postradać rozum przy przemianie. A dragon wcale nie był łatwym przeciwnikiem. O tyle o ile wendigo może mnie zadrasnąć, to ta przerośnięta salamandra może ze mnie zrobić szaszłyk!
- Ale salamandra to płaz, debilu - napomknąłem sam siebie pod nosem. To fakt. Smoki to jaszczurki, jaszczurki to gady. Salamandry to płazy. Poczułem się jak w Wiedźminie, gdzie była całkiem podobna sytuacja.

Nyx? To co, próbujesz zrobić ze mnie szaszłyk, czy mogę kupić siodło i pozwiedzać przestworza? :D

29 października 2018

Od Sędziego CD Nyx

Spojrzałem na dragonkę. Skrzeczała coś cicho, dało się zrozumieć tylko coś o ogniu, pożarze czy innym tałatajstwie. Spojrzałem na nią. Widać było na pierwszy rzut oka, że trawi ją gorączka. Czerwona cera, zaszklone oczy, rozbiegany wzrok.
- Ciiicho. Spokojnie. Już, spokój - mówiłem raz po raz. Złapałem ją za barki i potrząsnąłem mocno, wskazując palcem wnętrze chatki. - Widzisz, zero ognia. Spokojnie, jesteśmy bezpieczni. Nic się nie dzieje.

Moja towarzyszka zamarła chwilowo. Przetarła oczy, zamrugała kilka razy i opadła bezwładnie na mnie i fotel. Delikatnie, z lekkim niesmakiem, zepchnąłem ją na fotel, samemu wstając. Dziewczę, wciąż niepewnie się rozglądając, skuliło się na fotelu a ja narzuciłem na nią koc.
- Ma gorączkę, nie muszę nawet cię dotykać, żeby to stwierdzić. Leż - powiedziałem. Stanąłem przy łóżku i złapałem za koc, który rzuciłem na nią. Zaraz po tym wziąłem płaszcz, bo zdecydowałem się wybrać po leki dla niej.
- Leż, pod kocem. Wrócę z jakimiś lekami. Potem zrobię ci może herbatę - mruknąłem i wyszedłem z domku, zamykając drzwi na klucz. Zapasowy klucz wisiał obok drzwi, natomiast mój główny wrzuciłem do kieszeni bojówek i ruszyłem poprzez ponad metrowe zaspy w stronę osady. Śnieg sypał jak głupi, lodowaty wiatr wdzierał się do ust i nosa i na domiar złego zaczęła boleć mnie stopa.

***

- Aye! Oddam ci przy okazji! Dziękuję! - Sklepikarz uśmiechnął się do mnie. Wyświadczył mi przysługę, dając wysokiej jakości zioła przeciw gorączce, zapaleniom gardła i nawet coś na sen. Byłem mu dłużny jak jeszcze nikomu.
Wyszedłem ze sklepu i udałem się w stronę wyjścia z osady, chowając zakupy pod płaszczem. Byłem zdrowy, a takie zakupy pewnie u niejednego wywołały by niepotrzebną ciekawość.
Niestety, przy bramie zostałem zatrzymany. Patrzyłem z góry na strażnika, będącego o głowę niższym ode mnie. Znaliśmy się, jednak on i tak lekko się mnie obawiał - ja to przeszło trzy razy więcej niż on. Kontrola jednak przeszła bez zarzutów, i już miałem wychodzić, gdy nagle zatrzymał mnie i pokazał ogłoszenie.

- W okolicy pojawił się dragon, pewnie w drugim lub trzecim stadium - zaczął - więc lepiej uważaj. Osada mobilizuje strażników, patrole teraz odbywają się w co najmniej dwie osoby, ale tylko jeśli jest to ktoś wystarczająco silny. - John, bo tak nazywał się strażnik, spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Ale ty to byś mógł chodzić  na podwójną zmianę samemu, taka góra, i to dosłownie jeśli absorbujesz skałę, bez problemu da sobie radę z dragonem!

Zaśmiałem się ciepło, John zawtórował mi. Nie byłem jednak zbyt szczęśliwy, bo miałem świadomość, że to pewnie moja jaszczurka tak postawiła osadę na nogi. Musiałem jak najszybciej wrócić i zacząć głowić się nad tym, jak ukryję obecność samotnika u mnie. Byłbym skończony, jeśli ktoś by się dowiedział.
- Ja niestety muszę wracać, czeka na mnie gulasz mięsny. A wiadomo, ja bez mięsa żyć nie umiem! - Krzyknąłem na odchodne, ruszając spiesznym krokiem. Nie oglądałem się za siebie, tylko prułem w stronę chatki przez zaspy i krzaczory.

***

Byłem jakoś dwadzieścia metrów od chatki, gdy zrozumiałem, że coś nie gra. Śnieg przy drzwiach był nieco niższy niż wszędzie dookoła, a sypało tak, że poziom winien się już w miarę wyrównać.
- Jeśli ta znowu coś przeskrobała, to chyba jej skrzydła wyrwę - powiedziałem do siebie, pokonując kilkanaście metrów sprintem. Uderzyłem barkiem w drzwi - jak myślałem, był otwarte. Wpadłem do środka, a zakupy wyleciały mi spod płaszcza. Domek był pusty.
Odwróciłem się natychmiast i spojrzałem na śnieg. Niewyraźnie ślady biegły w prawo od chatki, więc w stronę lasu. I to tę niebezpieczną stronę.
- Kurwa - zakląłem i wybiegłem. Zamknąłem drzwi bardziej z automatu niż z przemyślunku i pobiegłem w ślad za tropem, krzycząc: - JASZCZURKO, ZROBIĘ Z CIEBIE RĘKAWICZKI!

Nyx?

24 października 2018

Od Sędziego CD Nyx

Ojciec. Stał i patrzył tylko na mnie. Miał taki sam wzrok jak zawsze. Surowy, ale ciepły. Miał skrzyżowane ręce na piersi, stał w lekkim rozkroku. Zawsze tak stał, gdy chciał dać mi reprymendę. Zawsze wtedy matka była blisko i komentowała ojca jako nieznośnego i powtarzającego się. Potem się śmiali, o sprawie zapominaliśmy. I tak w kółko. Aż go zabrakło.

Obudziłem się nagle, ale nie poruszyłem. Lekko tylko rozwarłem powieki, by obejrzeć co się dzieje. Zobaczyłem jak dragonka siłuje się z drzwiami. To był całkiem śmieszny widok, zwłaszcza patrząc na to, że była całkiem drobna i raczej niepozorna. Zapewne jej mutacja wcale nie była jej pomocna w życiu codziennym, co było widać nawet w tej chwili.
Zapomniałem o śnie całkowicie, i usiadłem wygodnie w fotelu. Obserwacja dragonki była całkiem przyjemnym i zabawnym zajęciem. Dziewczyna po chwili siedzenia na podłodze, zapewne wycieńczona walką z żywiołem, spojrzała na mnie. Widać było jej zawstydzenie. Bez słowa wskazałem jej miejsce obok paleniska.

Dziewczę podreptało w kierunku, który jej wskazałem. Zapadła chwila milczenia, którą przerwało moje ciężko westchnięcie. Wolę poznać dane mojej włamywaczki. Trzeba wiedzieć co na grobie napisać.
  - Jak się nazywasz? - zapytałem spokojnie, patrząc w stronę dziewczyny, jednak ta nawet na mnie nie spojrzała. - Nie to nie - wzruszyłem ramionami i usiadłem wygodnie, zakładając nogę na nogę - w takim razie będę na ciebie mówił jaszczurka. Co ty na to?

Brak reakcji z jej strony nie zaburzył mojego spokoju, jednak był nieco niewygodny. Jednak nie dałem za wygraną
- To powiedz mi w takim razie Jaszczurko, co cię podkusiło, żeby się do mnie włamywać? - Znowu brak odpowiedzi. Nieco zdenerwowany dodałem: - Czyżby głucha jaszczurka mi się trafiła? A może po prostu tępa?
Nastąpiła chwila milczenia, którą chciałem przerwać kolejnym westchnieniem, jednak nagle dragonka coś burknęła.

- Co, przepraszam? Brzmisz bardziej jak zgrzytanie rdzy o rdzę - mruknąłem. Wstałem z fotela i powoli podszedłem do dziewczyny, kucając obok niej.
- Dlaczego mnie nie wywaliłeś, nie zabiłeś, nie pogoniłeś? - Usłyszałem pytanie. - Dlaczego osadnik nie zaatakował samotnika?
W głosie dało się wyczuć zdziwienie, ale też nieznaczną niechęć. Zamknięcie. Nieufność. To w sumie normalne, w końcu na co dzień zabijam jej pobratymców, i nie tylko ja to robię.

Wstałem i spojrzałem na odłamki szkła pod ścianą, gdzie było okno.
- Cóż, nie jestem zimnym mordercą. Zauważyłem też, że miałaś powody do włamania się. Do tego też na dworze jest zamieć. Nie przeżyłabyś tam zbyt długo w Twoim stanie. No i jeszcze ktoś musi posprzątać ten cały syf! - wskazałem na odłamki szkła, nieznaczną ilość śniegu tuż obok szafy zasłaniających wybite okno, sos i kluski na drzwiach oraz syf po baraszkach w kuchni.

Dziewczyna spojrzała na mnie i lekko się cofnęła. Chyba mój ton nie był zbyt przyjazny.
- Spokojnie. Idź, prześpij się w moim łóżku. Pod paleniskiem jest ręcznie robiony termofor, jakby jeszcze było ci zimno. Ja...wrócę wkrótce. - Ziewnąłem, idąc ku drzwiom. Musiałem załatać okno jak najszybciej, nawet w prowizoryczny sposób. Nie stać mnie na dziurę. Za dużo ciepła ucieka.

Z małym uśmiechem otworzyłem drzwi. Poczułem furię żywiołów, która szybko zaczęła napie*dalać śniegiem w moją niemal całkiem nagą klatę. Podkoszulek straciłem niedawno na rzecz ognistych wymiocin.
Wiatr był silny, jednak ja bez trudu dwoma palcami otworzyłem i zamknąłem drzwi, która próbowały co najmniej wlecieć do środka razem ze mną. Mimo to, nie było to silniejsze ode mnie. Jaszczurka była chyba lekko zaskoczona łatwością, z jaką otworzyłem i zamknąłem drzwi.
Odsunąłem się od chatki i poszedłem za mostek, by poszukać czegoś do załatania dziury.

***

Po kwadransie w mrozie, gdy powoli zacząłem tracić czucie w klacie i palcach, znalazłem dość grube płótno, nieco większe od okna, kilka desek i zardzewiałe gwoździe. Zamiast młotka użyłem pięści - i tak już bólu nie czułem ,a bandaży trochę mam.
W ciągu kolejnych dwóch minut przybiłem płótno dechami, wbijając z całej siły gwoździe w drewno i ściany. Trzymało, nie przepuszczało śniegu i nawet neutralizowało dość porządnie wiatr.
Wróciłem do domu, i rozejrzałem się. Dragonka była w kuchni, sprzątała puszki. Obróciłem się, by spojrzeć na drzwi. Były czyste. Szkło było posprzątane.

- No no no, szybka jesteś. A teraz wypie*dalaj - powiedziałem. Jaszczurka drgnęła, a ja po dramatycznej pauzie dodałem: - do łóżka, powinnaś wypocząć. Ja już posprzątam do końca. - Uśmiechnąłem się, nieznacznie drżąc z zimna. Jednak ciota nie twardziel ze mnie.

Nyx?

23 października 2018

Od Sędziego CD Nyx

Śnieg. Wszędzie wokół ten biały, denerwujący lód, siekący po twarzy jak małe ostrze. Ale co to dla mnie, w końcu niemal dwumetrowy niedźwiedź, który ma bandaże zamiast futra, nie może ugiąć się przed tak nędznymi warunkami pogodowymi. Zwłaszcza, że byłem w połowie drogi do domu.
Myśli  o wygodnym fotelu, kuchni i palenisku dodawały mi otuchy, by nie zwalniać do marszu z rozgrzewającego truchtu. Nie dość, że tak cieplej, do tego kondycja zachowana, a i odporność wzrasta i droga szybciej mija!

- Same plusy. Poza tym kurwa lodowatym powietrzem - powiedziałem do siebie. Miałem na sobie ukochane bojówki, a i tak marzły mi nogi. Miałem podkoszulek, pod nim bandaże, więc moje ręce zaczęły z wierzchu zamieniać się w lodowce. Tylko twarz miałem porządnie osłoniętą, bo na ryj założyłem arafatkę. Całkiem porządna i wygodna osłona; chroni od zimna, śniegu i nieznacznie zwiększa temperaturę wdychanego powietrza. Toż to same plusy.
Plecak podskakiwał mi na plecach, szelki miałem nieznacznie poluzowany, żeby plecy nie spociły mi się. Pot zaraz by zamarzł. Szybkie odmrożenie lub zerwanie skóry wcale nie był mi na rękę. Już i tak mam na głowie pełno problemów; dzisiejszy patrol wykazał całkiem sporą aktywność samotników w okolicach osady. Kilka zbliżało się nawet pod bramę, a garstka była widywana przy niektórych samotnych domostwach. Wcale nie była to dobra wiadomość. To, w większości, ścierwo należało wytępić, jednak nie mieliśmy do tego środków i ludzi.

Moje rozmyślania przerwał natłok informacji - dostrzegłem wreszcie dom! Moja piękna chatka w skale. Jednak to nie był koniec. Z dala dało się zobaczyć, że w środku jest źródło światła - palenisko. Do tego w oczy rzucało się wybite okno, ślady na śniegu i całkiem świeża krew na odłamkach szkła. Włamywacz.

- Nosz ku*wa. Nie pozwolą mi dziś szybko iść spać, jak nie problemy na patrolu, to jakiś ćwok i okno wybił. Czy kur*a ktokolwiek wie jak ciężko tu szybę dorwać, i to większą niż wyciętą z butelki po tymbarku!? - Zakląłem pod nosem. Wniosek był prosty - czeka mnie ciekawy wieczór.
Ślady na śniegu nie zasypane - przy tej zamieci nie mogą mieć więcej niż kwadrans. Są dobrze widoczne.
Zbliżyłem się truchtem do domku, stanąłem przed drzwiami. Wyjąłem skostniałymi palcami klucz z kieszeni, włożyłem w zamek i przekręciłem. Nie czekałem. Wykorzystałem fakt, że drzwi mogą otwierać się w obie strony - potężnym kopniakiem otworzyłem drzwi i wparowałem do środka, sapiąc niczym wściekła lokomotywa Tomek, której ktoś podpierdolił tory

- CO JEST!? - wydarłem się na całe gardło. W odpowiedzi usłyszałem uderzenie w szafkę, ciche przekleństwo i kroki. Dużo kroków. Dodałem już pod nosem, zamykając drzwi na klucz; - Co do świętego buta...
Nagle, gdy tylko schowałem klucz do kieszeni, wydarzyło się kilka rzeczy w tym samym momencie:
Konserwa pojawiła się znikąd, lecąc w stronę mojej twarzy,
Jaszczurkowaty nietoperz pomknąłem zaraz za nią, kierując się jednak bardziej w stronę okna,
Pod konserwą pojawił się płomień. Bardziej jak podpalone wymiociny, ale ogień.

Skoczyłem w bok, zrywając z siebie podkoszulek i zatrzymując płomienny rzyg w locie - nie potrzebowałem pożaru w mojej i tak obrzydliwej chatce. Konserwa roztrzaskała się na drzwiach, tworząc artystyczną plamę klusek i sosu mięsnego. Ja natomiast złapałem jaszczurkę za potargane szmaty i cisnąłem z powrotem w stronę kuchni. Złapałem za stalowy pręt, który służył mi jako źródło metalu do zaabsorbowania - natychmiast moja dłoń i ramię przejęły strukturę i cechy stali, a ja przyjąłem postawę bojową. Dopiero teraz zrozumiałem, że mam przed sobą dragona, chyba w trakcie ewolucji. A pal licho ten przewodnik strażnika, nie jest tam za dobrze opisana żadna rasa! Nawet o mojej są tylko nazwa i znikoma ilość informacji o mocach.

Dragon...ka. Dragonka zasyczała, widziałem jej dygocące ciało i strużkę sosu mięsnego spływającego z ust. Rzuciła się w moją stronę. Znowu złapałem ją za łachmany i cisnąłem w stronę kuchni. Płomienny rzyg poleciał w moją stronę jako rewanż, jednak ja zbyłem to stalową pięścią.

- Stali nie spali taka marna pokraka - mruknąłem. Spojrzałem w oczy dragonki, a ta nagle..kichnęła. Zmarszczyłem brwi. To raczej nie był atak. Dopiero wtedy przyjrzałem się lepiej mojej włamywaczce - blada skóra, miejscami sina. Dygocące mięśnie, próbujące wytworzyć choć trochę ciepła. Szkliste, lekko opuchnięte oczy, niechybnie zwiastowały choroby.

- Boże, dziecko, przecie Ty jesteś chora! - Rozluźniłem się. Stanąłem prosto i zmierzyłem dragonkę wzrokiem. - Siad przy palenisku - powiedziałem tylko i odwróciłem się. Zebrałem w sobie siłę i zastawiłem zbite okno szafą, wcześniej zasłaniając je ciężką zasłoną. Odwróciłem się. Dragonka stała w miejscu.

Skierowałem swoje kroki w jej kierunku. A raczej w kierunku kuchni. Dragonka szybko odskoczyła pod ścianę, już powoli zaczynała się chwiać na nogach. Widać było, że jej ciało nie wytrzyma długo. Postanowiłem jej pomóc z odejściem w objęcia Morfeusza.
- Dobranoc - mruknąłem i doskoczyłem do dziewczyny. Nie zdążyła zareagować. Walnąłem stalową pięścią w jej skroń. Oczy wywrócone, ciało zwiotczało - dziewczę upadłoby, gdybym nie złapał jej pod pachy. Zaniosłem ją w stronę paleniska i tam położyłem. Potem poszedłem do kuchni, gdzie leżało kilka otwartych puszek.

- Prawie mi zapasy na cały tydzień wyżarła! - krzyknąłem. Mimo wszystko posprzątałem, podgrzałem jeszcze dwie porcje klusek z mięsem dla niej i dwie dla siebie, po czym usiadłem w fotelu. Miska z jej żarciem wylądowała niedaleko niej, ja natomiast swoje żarło pochłonąłem w trymiga.
- Jak się obudzę z przegryzioną krtanią, to klnę się na matkę mojego ojca brata dziadka, że zrobię z twoich łusek wycieraczkę, powieszę truchło za włosy z dupy, a ze skrzydeł zrobię nowe zasłony - warknąłem w stronę śpiącej samotniczki i zapadłem w krótką, lekką drzemkę.

Nyx?

22 października 2018

Od Sędziego CD Galii

Walka była nudna. Nie musiałem nawet korzystać ze swoich mocy, by pokonać tę nimfę. Trochę niepokoiłem się moją towarzyszką, w końcu to raczej ja byłem porównywalny do miśka. Ale koniec końców uporaliśmy się z oponentami; miś leżał martwy, nimfa natomiast siedziała związana przeze mnie.

Po kilku minutach przedstawiliśmy się sobie i zaczęliśmy myśleć co będzie dalej.

- Dziewczynka zniknęła - powiedziałem. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie z Galią, aż w końcu wzruszyła ramionami.

- Nawet jeśli, to to tylko dziecko. Co nam zrobi? - Galia stała już, gotowa do drogi. Chciała mieć to już za sobą pewnie. Nie dziwię się.

- Skoro tak uważasz - powiedziałem spokojnie i ruszyłem w stronie nimfy, zbierając swoje rzeczy. Kobieta spojrzała na mnie z pogardą. Wyszczerzyłem się, po czym złapałem ją za włosy i podniosłem. Zaczęła krzyczeć z bólu, ja tylko zarzuciłem ją na bark i ruszyłem w stronę osady. Trzeba było jak najszybciej zdać raport. W milczeniu przeszliśmy do osady.

***

Idąc przez osadę znosiłem w milczeniu dziwne wzroki napotkanych ludzi. To nie był codzienny widok, jak niemal dwumetrowy albinos niesie na barku nimfę, w dodatku związaną. Obok mnie szła Galia, nie zwracając uwagi na otaczających nas ludzi. Zwyczajnie chciała złożyć raport i zakończyć tę sprawę.

Dotarliśmy do budynku Rady, wchodząc bez większych trudności. Legitymacje strażników starczyły by otworzyć większość drzwi i przesunąć wielu ludzi. Nimfa na moim barku robiła za dodatkową przepustkę.

- Dobra, miejmy to już za sobą - mruknąłem, patrząc na Galię. - Nie jestem zbyt obeznany w te sprawy, więc Ty prowadź, poproszę.

Galia?

21 października 2018

Od Sędziego CD Galii

- Dobra, patrząc na ślady, to mamy do czynienia z kimś raczej drobnym. Jednak dało to radę załatwić harpię, a jak wiadomo one nie są pizdowate - mruknąłem, patrząc na ślady, które wiodły w przeciwnym kierunku do osady. - Dodatkowo harpie są całkiem szybkie. Widziałaś człowieka, który potrafi pieszo dogonić harpię? Nie widać też wcześniej krwi, więc harpia była zdrowa.


Spojrzałem na krwisty śnieg, a potem ponownie na ślady. To nie było wcale miejsce zwykłej walki. Zasadzka? Też odpadało. Harpia uciekała, a jednak nie leciała. Skrępowane skrzydła?


- Nie dedukuj, tylko chodźmy po śladach - mruknęła zniecierpliwiona dziewczyna a ja kiwnąłem powoli głową. Faktycznie, skoro sprawcy tego zamieszania byli niedaleko to jednak warto już ruszać. - Tylko się nie zgub.


Kobieta poklepała lekko konia po szyi i po chwili ruszyła galopem po śladach. Tumany śniegu niosły się za nią, a ja tylko pokręciłem głową i puściłem się pędem. Nie przypominałem maratończyka - biegłem co prawda szybko, jednak zdecydowanie bardziej przypominałem rozpędzoną lokomotywę, która tylko sapie, dyszy i tratuje wszystko na swojej drodze.


Po kilku minutach biegłem za dziewczyną tylko patrząc po śladach kopyt - dawno już mnie wyprzedziła. Wtem jednak, w blasku wstającego na dobre już słońca, dostrzegłem przede mną koński zad. Jedyne co mi przeszło przez myśl, to dać po ręcznym - wyciągnąłem rękę w bok, podskoczyłem i w locie złapałem się jakiegoś drzewka. Cud, że wytrzymało, jednak zatrzeszczało groźnie - rozpędzone sto pięćdziesiąt kilogramów to jednak była całkiem spora masa.


Jednak udało się - zatrzymałem się, wykorzystując mięśnie. Dziewczyna spojrzała tylko na mnie, unosząc brew. Cóż, nie co dzień widuje się tak przygłupią lokomotywę. Po chwili jednak spojrzała przed siebie i uniosła rękę.

- Spójrz - powiedziała, zsiadając z rumaka. Mój wzrok powędrował w tamtym kierunku. Zauważyłem dziwną scenę. Mała dziewczynka o bladej skórze i białych włosach była lizana po twarzy przez niedźwiedzia. Obok niej stała nimfa, patrząc z uśmiechem na dziecko. A u ich stóp, zaraz przy miśku, leżało ciało harpii. Biedaczyna miał najpewniej złamane skrzydła, wyrwane szpony, dosłownie rozerwany dziób i rozpruty brzuch. To ostatnie było najpewniej posiłkiem niedźwiedzia, który zostawiał na twarzy dziecka czerwone linie.


- Całkiem przyjemny zjazd rodzinny. Poza tą harpią - mruknąłem, wyjmując z plecaka pręt. Przyda się, jeśli zechcemy zaatakować naszych nowych przyjaciół. - To jak, pani była dyktator. Jakiś plan, czy zostawiasz mnie tu samego? - zapytałem, robiąc krok w kierunku "rodzinki". Złożyło się idealnie tak, że właśnie wtedy nas dostrzegli i nimfa od razu cofnęła się za dziewczynkę.


Galia?

Od Sędziego CD Galii

Spojrzałem na drobną dziewczynę, dosiadającą konia. Była dyktatorka?
- Nie kojarzę Cię. Za mała jesteś. Może przegapiłem gdzieś w tłumie - wzruszyłem ramionami i schowałem nóż. Żodyn nie wie, że nóż noszę nie do samoobrony za jego pomocą, tylko by absorbować z niego stal.
Spojrzałem w stronę Żniwiarza, czy tam Żniwiarki. Nie kojarzyłem jej zbytnio, ale to pewnie wynik mojej nie za dobrej pamięci.
- Skoro jesteś strażnikiem jak ja, chętnie na to spojrzysz - rzuciłem na tyle głośno, by dziewczyna to usłyszała, z nutą niepewności. Nie przepadam za żniwiarzami, ich aura jest trochę nieznośna. Ale trzeba czasem udawać strach i spięcie w towarzystwie takich, coby im lekko ego podreperować.
   Koniara zatrzymała się i powoli zawróciła w miejscu, przynajmniej tyle wywnioskowałem z odgłosu kopyt. Ukucnąłem przy zakrwawionym śniegu i dotknąłem krwi. Była świeża, lekko zagęszczona przez zimno, jednak wciąż świeża. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki zewnętrzne, mogła być tu od dwóch godzin. Spojrzałem na strzępek ubrania. Materiał gruby, polar, koloru czarnego, ze śladami krwi, po środku materiału ział otwór w kształcie ostrza.
- Co to? - usłyszałem za sobą. Głos dziewczyny był opanowany, dało się wyczuć w nim dystans.
- Zapewne scena walki - mruknąłem i spojrzałem na ślady. Z jednej całego placyku wygniecionego śniegu widać było ślady stóp - ludzkie i nieokreślone, w większych odstępach. Druga osoba biegła?
 Te pierwsze były dość drobne, dziecko lub kobieta. Drugie wyglądały na ślady szponów, jednak mogłem się mylić.
Z drugiej strony miejsca zbrodni widać było znowu ślady ludzkie i koleiny, jakby ktoś coś ciągnął. Ciało.
- Ktoś tutaj kogoś zdecydowanie zabił. Człowiek, chyba kobieta, i najpewniej harpia. Panno... - spojrzałem na moją rozmówczynię i się poprawiłem - pani była dyktator. Cóż robimy z tym fantem? - zapytałem, krzyżując ręce na piersi i spojrzałem na moją rozmówczynie.

Galia?

20 października 2018

Od Sędziego (do ktosia)

Wstałem powoli i przeciągnąłem się leniwie. Znowu obudziłem się wcześniej niż planowałem. Na dworze robi się dopiero lekko szarawo, obchód mam do zrobienia po świcie - szmat czasu, a ja już na nogach.
Łóżko zatrzeszczało cicho gdy skoczyłem na równe nogi. Ubrałem znoszone buty i wyszedłem na zewnątrz. Wewnątrz domu w skale jednak na zewnątrz dociął mróz - aż zadrżałem od chłodu. Podreptałem z gracją niedźwiedzia w stronę strumienia. Napiłem się lodowatej wody, która nie zamarzła ze względu na pobliski wodospadzik. Zaraz potem obmyłem sobie twarz, żeby się dobudzić i wyjąłem z wody kawał mięsa - niedawno upolowanego królika. Pamiętałem ze szkoły, że zimna woda to dobry zamiennik do lodówki.
Wróciłem do wnętrza mojej chatki, gdzie szybko rozpaliłem w małym palenisku, by się ogrzać i upiec na szybko mięso na śniadanie. 
- Oby szybko się rozmroziło - mruknąłem do siebie po kilku minutach, gdy już udało mi się rozpalić ogień. Umieściłem mięso na drewnianej kratce, którą skleciłem na szybko kilka dni temu. Było to całkiem przydatne, choć prymitywne. Dzięki odpowiedniej odległości od ognia, kratka się nie spalała, a to co na niej umieściłem podgrzewało się przynajmniej do tego stopnia, żeby się rozmroziło lub zmiękło. 

Dopiero po dziesięciu minutach mięso się rozmroziło całkowicie, a woda kapała prosto w ogień. Gdy upewniłem się, że jest to możliwe, pociąłem mięso na kilka plastrów i zacząłem je smażyć na nożu, który zamocowałem tuż nad ogniem. Po pół godziny miałem proste, ale smaczne śniadanie. Czas po nim poświęciłem na ubranie się, przygotowanie i lekkie poranne ćwiczenia.

Gdy słoneczny dysk zaczął leniwie wpełzać na nieboskłon, wyszedłem z chatki i zamknąłem porządnie za sobą drzwi, napiłem trochę lodowatej wody i ruszyłem raźnym krokiem w stronę osady. 
Zameldowałem się tam jednemu z zaznajomionych strażników i wziąłem ze sobą "przydziałowy kawał stali" żeby w razie zagrożenia móc się bronić. Kawał stali był po prostu stalowym prętem, który zaczepiłem do plecaka niczym antenę. Żegnając moich znajomych, rozpocząłem marsz po szlaku, mając za zadanie zrobić obchód na wytyczonej trasie. Po raz kolejny trafił mi się najgorszy przydział - szlak należał do mało uczęszczanych, więc był po prostu zarośnięty, zasypany i niezbyt przyjemny. Był jednak szlakiem, który łączył z osadą kilka domów, więc obchód musiał być zrobiony.

Około godziny marszu zajęło mi przejście ponad połowy, gdy zauważyłem coś nietypowego - śnieg przede mną był dziwnie poruszony, pognieciony. Podszedłem do miejsca, które wydawało mi się lekko dziwne, i od razu zrozumiałem o co chodzi. Śnieg był wygnieciony od szarpaniny. Około cztery metry kwadratowe śniegu były czerwone, leżała tam też strzępka ubrania. Śnieg nie przysypał śladów, więc musiało to być niedawno. 

Chciałem już wracać, gdy nagle usłyszałem za sobą trzask łamanej gałęzi. Zastygłem w bezruchu, by po chwili skoczyć w bok, tak dla pewności, jednocześnie odwracając się. W półmroku za wyschniętymi krzewami zauważyłem jakąś sylwetkę.
- Swójś czy samotnik mi się trafił? - powiedziałem opanowanym, spokojnym głosem, sięgając do kieszeni po nóż.
Ktoś?