8 grudnia 2019

Od Sędzi - zadanie dyktatora


Temat: Kradzież plonów 
Szczegóły: W osadzie bardzo ważne jest uprawianie roli, czym zajmują się odpowiednie osoby znające się na roślinach. Hodowane przez nich warzywa i owoce następnie trafiają do ludzi, którzy tworzą z nich wspaniałe potrawy, jakimi można wykarmić całą wioskę. Niestety jednego dnia zaczęło nagle brakować roślin - pola uprawne zostały rozkopane, a raczej zmasakrowane. Jako dyktator postanawiasz stawić temu problemowi czoła. Musisz uspokoić osadników i załatwić im jakieś pożywienie na czas poszukiwań złodzieja plonów. Jedyne wskazówki jakie widzisz, to dziura w murze obronnym, wykopane dołki w glebie oraz dużo sierści. Podołasz i uratujesz wioskę przed głodem?



Tegoroczne święta zapowiadały się naprawdę świetnie. Oczywiście, że to sarkazm. Nie dość, że moja rana na ramieniu nie leczyła się porządnie, choć już dawno powinna być pokryta strupami lub nawet i nową tkanką, to dodatkowo otrzymałem równocześnie dwie, jakże wspaniałe, wiadomości.
Ogłoszono mnie chędożonym dyktatorem. W wyniku głosowania oczywiście, nie pytając się mnie o zgodę oczywiście i na cały jebany miesiąc oczywiście.
- Nie wiem kto wymyślił te wybory, ale mnie porządnie wpienił – warknąłem do kumpla po fachu, z którym jadłem zupę i zagryzałem bochenkiem chleba. Starszy strażnik spojrzał na mnie znad swojej miski i zaczął powoli, głośno siorbać. Szaleńczo odwróciłem w jego kierunku wzrok i obnażyłem kły, niczym gotowy do zagryzienia dziecka pitbull.
- Ja wiem, że tego nie lubicie, Sędzia. Dyktatoro...no wiesz co nie jest dla was – rzucił staruszek. Jego spokojny głos wpłynął na mnie i usiadłem normalnie, pożerając ćwierć bochenka na raz i przełykając głośno. Popiłem zaraz potem zupą, która rozgrzała moje wnętrzności i zmusiła je do pracy, by strawić wszystko co dziś przyjąłem.
Na zewnątrz panowała zawierucha; ostro zacinający śnieg sprawiał, że nikomu nie chciało się wyściubiać nosa ani na chwilę poza chaty. Tylko strażnicy, opatuleni płaszczami, z rękoma przewiązanymi szmatami, twarzami zakrytymi arafatkami i w ciężkich buciorach chodzili po osadzie, doglądając bezpieczeństwa. Była to fucha naprawdę niewdzięczna, ponieważ nie wszyscy szanowali nas za to, co robiliśmy dla osady. Jak widać ja byłem najmniej szanowany, skoro wybrali mnie na dyktatora.
- Poza tym, Hiro, co to za druga wiadomość? – Głos dziadka wyrwał mnie z rozmyślań. Podrapałem się za uchem i oparłem ciężko o beczkę wody, która stała za moim siedziskiem.
- Okradli pola uprawne. Rośliny zostały wykopane, zero świadków oczywiście. Na szczęście obyło się bez ofiar – odpowiedziałem towarzyszowi, patrząc w sufit. – Nie wiemy jednak jak to się udało, że nikt nie usłyszał i nie zauważył rozwalanego murku ani wykopywanych roślin. Ukradli nie kilka kalafiorów, a co najmniej dwa pełne wozy, jeśli nie trzy, różnorakich plonów.
- Czyli zabrali nam niemałe zapasy. Samotnicy? – zapytał starzec, biorąc nasze naczynia i odnosząc je do punktu zwrotnego. Wstałem i ja, ubierając kożuch i futro z kapturem. Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi strażnikowi.
- Nie wiadomo tego, dlatego właśnie idę tam teraz szukać śladów. Chociaż w takiej zawiei może to być trudne, to jednak po niej będzie tylko gorzej – rzuciłem, idąc do drzwi. Staruszek wziął przydziałową włócznię i ruszył za mną. Miał dzisiaj nocną wartę nad bramą.
Pożegnaliśmy się, życząc powodzenia i zdrowie sobie nawzajem, potem każdy poszedł w swoją stronę. Opatuliłem się mocniej futrem, idąc odśnieżonym chodnikiem w ciszy, rozmyślając nad tym komu skręcić kark za wrobienie mnie w taką rolę.

***********************************************************************************************************

Wyłom w murze nie był mały, jednak nie należał też do przeogromnych. Aby przez niego przejść musiałem się schylić, jednak na spokojnie mogło przejść obok siebie dwóch takich osobników jak ja. Nie sądzę, by został zrobiony dla wozu, poza tym w okolicy nie było żadnych śladów po kołach. Odgarnąłem śnieg, próbując znaleźć jakieś ślady, jednak ziemia była za twarda. Tylko wśród przekopanych grządek znalazłem odciski butów. To znaczyło, że sprawcami byli ludzie, może hybrydy we wczesnych etapach przemiany. Lub nawet sami osadnicy.
W okolicy nie było kogo zapytać, jedynie dwie duże zaspy śniegu przy murze, więc chodziłem tylko wokół miejsca zbrodni przez kwadrans, aż przy jednym z kółek wokół wyłomu dostrzegłem na cegłach kępkę sierści. Brunatna, szorstka, krótka. Wrzuciłem ją do małej kieszonki wewnątrz swojego ciepłego futra, aby później się jej lepiej przyjrzeć.
- Czyli mam już jakiś ślad konkretny – mruknąłem, przyglądając się lepiej cegłom. Nie znalazłem jednak nic ciekawego, więc wyszedłem poza mur. Pierwszym, co rzuciło się w oczy, była sterta kamieni z muru, która leżała równo ułożona naprzeciwko dziury. To tym bardziej eliminowało wóz. Sterta jednak była zbyt mała, by można było ponownie załatać nią wyłom, więc wróciłem do poletek i zwróciłem się do wcześniej zauważonych zasp śnieżnych. Jednym machnięciem dłoni zrzuciłem z obu cienką warstwę puchu. Pod nią leżały dwie duże sterty kamieni, które ładnie uzupełniały się z kupką na zewnątrz.
- Hmm … są dwie możliwości – powiedziałem do siebie, drapiąc się po brodzie. Nie byłem dobry w takie zabawy, ale jako dyktator musiałem się wysilić. – Albo złodziej był mały i usunął tylko małą część kamieni, by dostać się do środka, a potem zwyczajnie powiększył dziurę … albo zrobił to ktoś z nas. Tylko po co. – Pytanie zawisło w powietrzu, nie broniąc mnie jednak od siekącego śniegu.
Wyszedłem ponownie poza fortyfikacje, by szukać śladów. Kilkanaście metrów od wyłomu zaczynał się gęsty las, tam się też skierowałem. Gdy nie dostrzegłem najmniejszej złamanej gałązki ani zruszonego krzewu zatrzymałem się. To potwierdzało tylko, że zrobił to ktoś z wewnątrz. A to komplikowało sprawę.

***********************************************************************************************************

Poszukiwania śladów zleciłem strażnikom, którzy niekoniecznie byli z tego powodu szczęśliwi, jednak nie miałem wyboru. Zostałem wezwany do drugiej części osady, gdzie podobno dokonano kradzieży domu. Przekazałem ludziom to, co udało mi się spostrzec, i kazałem im szukać jak najświeższych śladów wokół poletek, a potem podłapać trop. Jeden z nich, berserk, dostał ode mnie kupkę sierści, którą znalazłem na murze. Zidentyfikował ją natychmiastowo – włosie pochodziło z innego berserka, których w mieście wcale nie było tak wiele. Musiałem jednak odłożyć to na później, ponieważ zbliżałem się do nowego celu.
Kram na południu osady, którego właściciel sprzedawał głównie nasiona i rzeczy potrzebne do uprawy roślin. Dwóch kolegów po fachu zaprosiło mnie do środka, gdzie kolejna trójka trzymała pod bronią sześcioro dzieci. Umorusane, obdarte, jednak na pewno nie wygłodzone. Zanotowałem to w pamięci, idąc do kuchni domostwa.
Ren, młody sklepikarz, siedział przy stole i liczył małe, płócienne paczuszki. Domyśliłem się, że to właśnie one były przedmiotem przestępstwa.
- Cześć Ren – rzuciłem od progu, zrzucając z siebie futro i siadając naprzeciwko. Stołek pode mną zatrzeszczał w proteście, jak gdyby ponad sto kilo mięśni było dla niego przesadą.
- Witaj, dyktatorze – odparł młodzian, odsuwając paczki. – Wszystkie są na swoim miejscu. Chcesz usłyszeć moją wersję? – zapytał, na co ja skinąłem głową. Podsunął mi szklankę, z której wyczułem za dobrze znany mi alkohol. Pokręciłem głową, na co on wzruszył ramionami i uniósł naczynie do ust. Opróżnił je jednym haustem, po czym odłożył na bok.
- Spałem już, jak wiesz sam, ponieważ rano czeka na mnie dużo roboty. Chociaż chyba odpuszczę sobie otwieranie tak wcześnie, bo jestem cały roztrzęsiony. Zanim jednak się położyłem usłyszałem kroki – zaczął, przeczesując ciemną czuprynę. Rozsiadłem się wygodniej, słuchając szczegółów zdarzenia. Historia była niedługa, lecz niezbyt specjalna. Rena obudził hałas, a gdy zszedł na dół zauważył tę szóstkę dzieci, wynoszących worki z nasionami. Brali podobno co popadnie. Gdy go spostrzegły nie uciekały. Zamiast tego wykorzystały jego zaskoczenie i rzuciły się na niego, ten jednak nie był taki łatwy. Mimo, iż wśród dzieciaków było dwoje berserków, on poradził sobie z nimi w trymiga i zawołał straż. Nic więcej się nie działo, ponieważ czekali na mnie.
- Jakiego koloru byli berserkowie? – zapytałem po opowieści. On sam był również jednym z nas, więc młodziaki nie miały żadnych szans.
- Oboje brunatni – odparł. Czyli to tak samo jak on. Spojrzałem na niego w ciszy, na co on tylko przeczesał włosy palcami. Dostrzegłem, że pod długimi włosami kryje się mały, łysy placek, co również zapamiętałem.
Skinąłem głową i wyszedłem do salonu, gdzie siedzieli przestępcy. Ren poszedł za mną.
Pokój był całkiem ładny. Gruby dywan, który wyciszał nawet moje ciężkie kroki, pokaźnie lustro i wygodne meble. Za jedną z sof znajdowały się ciężkie, kamienne drzwi. Wiedziałem, że prowadzą do murowanej piwniczki, gdzie Ren trzymał swoje zapasy.
- Powiecie mi, kochani, dlaczego napadliście ten sklep? – zapytałem, spoglądając na dzieci i klękając przy nich. Popatrzyły po sobie, zmieszane. Jeden tylko, co uchwyciłem kątem oka, podniósł na chwilę wzrok. Wszystko jasne.
- Szefie, nie odpowiedzą – powiedział jeden ze strażników, kładąc mi rękę na ramieniu. Spojrzałem na niego, a ten wskazał na jedną z najmłodszych dziewczyn z tej gromadki. – Wszystkie tak mają – dodał. Przyjrzałem się lepiej i zmroziło mnie chwilowo, gdy zobaczyłem zwęglony, opuchnięty język w ustach małej. Bestialskie.
- Czy są z osady? – zapytałem. Strażnik pokręcił głową. Zamknąłem oczy, bijąc się sam ze sobą. Rozwiązanie jednak przyszło same, szybciej niż myślałem.
- Ren – zacząłem, odwracając się do niego. Zwykle opanowany, teraz jednak widocznie zagubiony, berserk drgnął niespokojnie, odrywając wzrok od dzieci i przestał szarpać włosy, co robił do tej pory. – Niniejszym, tu i teraz, skazuję cię na więzienie. Za kradzież, próbę oszustwa i wyłudzenia – powiedziałem beznamiętnie. Strażnicy wokół mnie zamarli, przez chwilę Ren się zawahał a w jego oczach dostrzegłem złość, którą jednak szybko stłumił i schował. Ta chwila jednak wystarczyła.
- Oszalałeś? – warknął, patrząc na mnie. – OKRADLI MNIE, GŁUPCZE! – krzyknął, wskazując na dzieci. Ja już jednak brałem od jednego z wciąż zaskoczonych strażników pęta.
- Nie utrudniaj tego, to twój wyrok będzie lżejszy – powiedziałem z trudem. Znałem Rena jakiś czas, nie było mi łatwo. Zawsze jednak był cwaniakiem.
Teraz też spróbował się wycwanić. Rzucił się na najbliższego z gwardzistów, zatapiając zęby w jego krtani. Ciało Rena pokryło się brunatną, krótką sierścią. Mięśnie rozerwały koszulę, on sam urósł.
- Ja go biorę na siebie – krzyknąłem. Wtedy jednak poczułem ukłucie na wysokości nerki. Syknąłem, odwracając się. Jedno z dzieci rzuciło się na mnie, zatapiając pazury w moim ciele. Pozostałe walczyły ze strażnikami.
Zajęty zrzucaniem dziecka nie zauważyłem, jak Ren rzuca się na mnie. W wyniku uderzenia przelecieliśmy przez salon, tratując gwardzistę i dwójkę maluchów. Uderzyliśmy w okno, które jednak nie wytrzymało ponad ćwierćtonowego obciążenia i pękło. Wylecieliśmy na ulicę, otoczeni odłamków szkła, Dzieciak, który się mnie uczepił, odpadł gdzieś w trakcie lotu i poleciał w zaspę. W środku domu walka rozgorzała, dzieci były całkiem dobre w walce. Strażnicy na szczęście potrafili walczyć, jednak mieliśmy już jedną ofiarę.
- Czemu musiałeś mnie zdemaskować, kurwa jasna, jak to zrobiłeś!? – warknął Ren, stając na równe nogi i rzucając mną w kamienną latarnię. Dekoracja roztrzaskała się, odbierając mi od uderzenia dech. Runąłem ciężko w śnieg, wypluwając gęstą ślinę. Nie miałem jednak czasu, by się zastanawiać. Skoczyłem na równe nogi i zrobiłem szybki unik w bok, uchylając się od nadchodzącego kopniaka.
- To było proste – sapnąłem, robiąc trzy kroki wstecz. – Wyłom został zrobiony od środka, czego dowodem były kamienie z niego wyjęte obok poletek, nie na zewnątrz. Tylko ktoś z wewnątrz wiedział kiedy i jak zrobić tę akcję bez świadków. – Wyliczałem mu na palcach, wiedziałem, że to go rozjuszy. – Kępka futra, którą tam zostawiłeś, idealnie łączy się z małym łysym plackiem na boku twojej głowy. Poza tym jedno z dzieci cię zdradziło, gdy na ciebie patrzyło. Twoja nerwowość też się tu zalicza, no ale najważniejsze, co mnie utwierdziło w tej wersji. Gruby, miękki dywan, tłumiący kroki, ciągnący się do spiżarni od drzwi wejściowych, i – zrobiłem pauzę, ponieważ berserk rzucił się na mnie ponownie. Na moje szczęście nie był w ostatnim etapie mutacji, więc nie walczyłem z prawdziwym niedźwiedziem, a tylko z napakowanym dupkiem. No jakże pocieszająca perspektywa.
- I! nie przerywaj mi. I poplątałeś wyznanie. Spałeś już, ale zanim się położyłeś? No stary, nie rozśmieszaj mnie! – rzuciłem ze śmiechem. To wystarczyło. Ren rzucił się ponownie na mnie, wydając z siebie ryk, który zaalarmował co najmniej okolicę. Nie potrzebowałem jednak wiele.
Rozjuszona hybryda szarżowała na mnie, pochylając głowę. Standardowy błąd, który ogranicza pole widzenia. Gdy był już dwa metry ode mnie zrobiłem krok w lewo. Złapałem za głowę przelatującego obok mnie Rena i pociągnąłem w dół, jednocześnie nogą podbijając jego kolana. Siłą rozpędu uniosłem go i rzuciłem ze zdwojoną potęgą w drzewo, które głośno zaskrzypiało w proteście.
Dopadłem do berserka szybko i uniosłem go do góry za szyję.
- Dobranoc, przyjacielu – wysapałem i uderzyłem jego głową i stwardniały sęk, pozbawiając go przytomności. Obróciłem się, by pomóc towarzyszom, ci jednak już wyprowadzali związane dzieci z domu Rena. Na ulicę wychodziło coraz więcej mieszkańców, patrząc na nas. Kilku podchodziło do mnie i słychać było „dyktator krwawi, medyka!” ja jednak ich odtrącałem, ciągnąc za sobą cielsko Rena.
- Dzieci było sześcioro – powiedziałem, widząc tylko piątkę związaną.
Ku mojemu niezadowoleniu okazało się, że szóste, które mnie zaatakowało jako pierwsze, uciekło po wypadnięciu ze mną i Renem przez okno. Ślady nakładały się na siebie w uliczkach, więc znalezienie malca będzie trudne…

***

Następnego dnia, na głównym rynku, na specjalnym podeście ustawiono Rena oraz piątkę dzieci. Rada ustanowiła bardzo szybko, że są to wysoce szkodliwe osobniki, a atakując straż oraz dyktatora pozostaje im tylko jeden los.
- Witajcie obywatele – wykrzyknąłem tubalnym głosem, na co wszyscy się uciszyli. Było kilku przeciwników tego wydarzenia, jednak żaden z nich nie odważył się zabrać głosu po rozpoczęciu przeze mnie przemówienia. – Jest to dla mnie bardzo nietajna chwila, ponieważ zostałem świeżo wyznaczony na pozycję dyktatora, a już ubrudzę sobie ręce krwią. Nie będę przedłużał. Za zdradę Osady, manipulacje, kradzieże i atak na straż oraz mnie samego Rada skazuje tę piątkę samotników – wskazałem tu na dzieci – oraz współpracującego z nimi Rena, który wynajął te biedactwa do czarnej roboty, na śmierć.
Zamilkłem, zaciskając szczękę. Ren był moim długim znajomym, dzieci były dziećmi.
Czułem się jak w grze. Ja byłem graczem. Sterowałem swoim ciałem za pomocą joysticka, gdy podchodziłem do stołu, na którym leżał czysty, ostry jak brzytwa miecz. Strażnicy zmusili związanych więźniów do klęknięcia przy pieńkach. Wystukałem proste combo, składające się z szybkich cięć od góry i schowałem broń do ekwipunku. Ustawiłem automatyczny powrót do domu i wyłączyłem grę, gdy rynek główny spłynął krwią dzieci i przyjaciela. To nie oni byli źli. Nie chciałem znać ich motywacji, do tego wyznaczono straż.
Ja byłem potworem, który zapisał się jako Egzekutor na ustach wielu.
Który krwią dzieci napisał swój upadek.

Znalezione obrazy dla zapytania przerywnik tekstu

Ilość słów: 2180
Zaliczone: Tak
Nagroda: 340 koron

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz