11 grudnia 2019

Od Lynn CD Renarda

Chłopak odebrał ode mnie zszytą pelerynę, nie kryjąc swojego zadowolenia. Chyba była dla niego ważna albo może miał tylko ją? Z uwagi na panujący chłód wolałam oddać mu ją od razu, niż miałby wracać do domu w swoim lichym okryciu.

     – Jeżeli coś jej się stanie, przynajmniej będę miał okazję wrócić – posłał mi zadziorny uśmiech, którego nie zrozumiałam. Pewnie dlatego, że... Renard? Był pierwszą osobą na wyspie, będącą w moim wieku, a na dodatek... nie był dziewczyną. Relacje damsko - męskie wyglądały zupełnie inaczej już od samego zapoznania się, niż te damsko - damskie. Poza tym, przywykłam raczej do samotności, a poznawanie innych nie było moim priorytetem. Cóż, tu każdy myślał jedynie o przetrwaniu. Ja także, chociaż pozornie, na taką nie wyglądałam.

     – Renek, wybierasz się gdzieś teraz? – usłyszałam za nami głos Melody.

     – N-nie no, miałem właśnie... – zaczął, ale kobieta nawet nie dała mu dojść do słowa. Czemu chciała go tutaj na siłę zatrzymać?

     – To świetnie, bo przyda nam się pomocna dłoń – pokiwała głową. – Lynn ma dzisiaj sporo pracy. Na pewno przyda jej się dodatkowa para rąk.

     – No, jeżeli potrzebna wam męska ręka, to chętnie pomogę – odparł, a widząc mój grymas wypisany na twarzy, szybko dodał: – W takim razie co mam robić?


     Westchnęłam. Na spokojnie dałabym sobie radę ze wszystkim i nie potrzebna mi była żadna pomoc. Nie prosiłam się o nią, jednak skoro już mi ją zaoferowano,
to uznałam także, że nie będę narzekać. Powinnam się cieszyć, bo skończę tego dnia pracę o wiele wcześniej, niż bym skończyła, a wracanie po ciemku, w dodatku przez bagna, nigdy mi się nie uśmiechało. Wzięłam bez słowa ciepły, wełniany materiał, który w tym momencie jeszcze nie przypominał kurtki. Zdjęłam go z wieszaka, chwytając mocno w dłonie, a następnie podeszłam do chłopaka, wręczając mu go.

     – Tutaj masz krój – zerwałam ze ściany kawałek papieru, na którym narysowany był projekt, po czym mu go podałam. – Trzeba też zrobić podszycie. Poradzisz sobie z tym?

     – Jasne – mruknął, a ja nie byłam tego zbyt pewna. Chociaż, śmiem sądzić, że to Melody nauczyła go poniekąd szycia, a wierząc w jej umiejętności, Renard też z pewnością sobie dobrze radzi.


     – W porządku. W razie czego mnie zawołaj – powiedziałam. Stałam w miejscu jeszcze przez moment, nie bardzo wiedząc, czy mam odejść teraz, zaraz, czy może już dawno nie powinno mnie tu być. W końcu odważyłam się wycofać do drewnianego blatu, na którym rozłożone były spodnie. Chłopak usiadł wygodnie w fotelu, zaczynając robić to, co mu nakazałam. Dokończyłam łatać i zszywać spodnie po kilkudziesięciu minutach, kiedy to pracowaliśmy w niezmąconej ciszy. Było ciepło, nie to co u mnie, nie musiałam nawet ubierać kurtki, wystarczyły moje spodnie i lniana koszula z trzy czwarte rękawami oraz głębokim dekoltem w serek. Wykreśliłam kolejną pozycję z listy, widząc że Renard radzi sobie całkiem nieźle, i że jest na dobrej drodze, aby skończyć szycie kurtki jeszcze dzisiaj. Nastała moja kolej na zmierzenie się z tą, która miała być wypełniona pierzem. Podeszłam do sporych rozmiarów skrzyni, z trudem podnosząc jej ciężkie wieko. Moja mina stężała, kiedy zobaczyłam puste dno, na którym było jedynie kilka piórek. Podrapałam się po karku, nie bardzo wiedząc co mam zrobić. Nienawidziłam wybierać się na rynek wioski po potrzebne materiały i w duchu dziękowałam Melody, która to robiła, jednak teraz ona była zajęta i nawet nie śmiałam pytać, czy mogłaby to zrobić za mnie.

     – Melody... – zaczęłam, po chwili czując na sobie nie jedno, a dwa spojrzenia. – Skończyło się pierze. Muszę jechać do handlarza.

     – W porządku, więc... – zaczęła, ale przerwał jej nie kto inny, jak chłopak.

     – To daleko. Możemy pojechać razem, mam konia. 

     Skinęłam głową. To zawsze lepsze, niż samej przedzierać się przez zaspy wyższe, niż ja sama. Zarzuciłam na siebie futro, szyję obwiązałam szalikiem i byłam gotowa. Renard ubrał tylko pelerynę i byliśmy gotowi do wyjścia.

     – Uważajcie na siebie – krzyknęła Melody z głębi chaty, a my wyszliśmy po krótkich słowach pożegnania. 

     Przy budynku przywiązany był koń. Całkiem ładny, przewyższający mnie dwukrotnie i bardzo mocno zbudowany. Chłopak stał chwilę, zastanawiając się jak mamy to zrobić, po czym jednym ruchem wskoczył na jego grzbiet, wsadzając stopy w strzemiona. Podał mi rękę, którą chwyciłam, a „na trzy” podskoczyłam, a mój towarzysz mnie podciągnął. Takim sposobem znalazłam się na koniu. Czułam bijące od niego ciepło, bo siedziałam za siodłem. Nie bardzo wiedziałam co mam zrobić, aby nie spaść - na logikę, chwycić się Renarda, jednak serce odmawiało. Dla własnego bezpieczeństwa, objęłam go lekko w pasie, a chwilę później ruszyliśmy stępem. Unikaliśmy wybijającego kłusa, który sprawiłby więcej szkody, niż pożytku, więc chwilę później koń zagalopował. Droga była o tyle łatwa, że ciągnęła się po łące, po mniej więcej prostej ścieżce. Nie wiem ile jechaliśmy, bo większość drogi starałam się opracować taktykę „przeżyj bez trzymanki”. Poddałam się, kiedy kopyto konia zanurzyło się w śniegu, a ten na chwilę stracił równowagę i mocno nas szarpnęło do przodu. Wtedy mocniej zacisnęłam ręce na ubraniach chłopaka, abym nie spadła, i aby on sam nie przeleciał przez koński łeb. Wkrótce zwolniliśmy do stępa, a ja stwierdziłam, że spociłam się bardziej, niż sam ogier. Chłopak zsiadł pierwszy, nieco pomagając mi, kiedy gramoliłam się na grzbiecie konia, próbując zejść w taki sposób, aby nic sobie nie stłuc. Znajdowałam się na większej wysokości, niż miałam centymetrów wzrostu.

     – Tam sprzedają materiały – wskazałam palcem odpowiedni stragan, podążając w jego stronę.

      Słyszałam za sobą kroki Renarda, kiedy stanęłam bezpośrednio przy stoisku, wybierając poszczególne materiały. Kupiłam kilka zapasowych, bo wiedziałam, że te są na wykończeniu, a następnie poprosiłam o worek kaczego pierza. Z sakiewki wyciągnęłam dwieście avarów, których zażądał handlarz, a następnie wysypałam je na jego dłoń. Policzył je, schował do portfela i pożegnał się z miłym uśmiechem, jednak ja wiedziałam, że chciał po prostu się mnie czym prędzej pozbyć. Wszyscy dusili się w moim towarzystwie, w aurze, którą roztaczałam, o czym świadczył brak ludzi wokół nas, mimo że panował tłok. Wszyscy ścisnęli się w taki sposób, aby być ode mnie jak najdalej. Dalej się dziwiłam, dlaczego nie przeszkadzało to Melody, chociaż ona także zawsze zachowywała między nami odpowiedni dystans, a ja nie miałam jej tego za złe. Z resztą, ani jej, ani innym. 

     W pewnym momencie w zasięgu mojego wzroku pojawił się dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna, cały ubrany na czarno. Miał ze sobą dużą torbę przewieszoną przez jego ramię, chodził od straganu do straganu, i jak zauważyłam, zabierał z nich pojedyncze rzeczy. Nie wyglądał jak mieszkaniec wioski. 

     Renard zaczął już z powrotem wsiadać na konia, kiedy pociągnęłam go za poły ubrania. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, nie wiedząc o co może mi chodzić.

     – On kradnie – szepnęłam, wspinając się na palce, aby dosięgnąć ucha chłopaka, ale on i tak musiał się dodatkowo nachylić, aby dosłyszeć to, co do niego mówię. Popatrzył się na mnie zdezorientowany, więc odszukałam znaczącym wzrokiem mężczyznę w tłumie kupujących.

     – To dosyć często się tu zdarza. Nie powiem, że i mnie nie – posyła mi uśmiech.

     – Ale on nie jest z wioski – powiedziałam uparcie, nadal trzymając go za pelerynę.

     – Słuchaj, nie wszyscy tutaj są z wioski - wstrzymał powietrze po czym ściszył ton. – Ja też nie, więc pozwól mi nie mieszać się w te sprawy i nie zwracać na siebie uwagi - westchnął.

     Wydałam z siebie ciche „oh”, mimowolnie puszczając jego szatę. 

     – Strażnicy są aż tacy beznadziejni? – mruknęłam, bardziej sama do siebie, niż do niego, obejmując się ramionami. Nagle poczułam się zagrożona.

     – Może nie beznadziejni, wystarczy być szybkim i chytrym – wzruszył ramionami, wsiadając na konia i wyciągnął do mnie rękę, którą przyjęłam – Ale nie bój się. Póki mieszkasz w tej wiosce, a ja mam do niej dostęp to nic ci nie grozi.

     Wykrzywiłam usta w grymasie, uświadamiając sobie, że to nie ma sensu. Nawet się nie znają, więc jaki miałby interes w mówieniu mi tego? Koń niespodziewanie ruszył galopem ze stój, przez co chwyciłam szybko za ubranie Renarda, aby nie spaść, bo cóż, może i jesteśmy zmutowani, na magicznej wyspie, ale siła grawitacji i siła dośrodkowa nadal obowiązuje. Ja też miałam wiele za uszami i nie byłam święta, a kiedy brakowało mi pieniędzy, to kradłam bardzo szybko i skutecznie. Miałam zamknięte oczy na to, co dzieje się wokół mnie, i że wcale nie otaczali mnie sami zaprzyjaźnieni osadnicy. Mieszkając na granicy wioski, w ruderze, nie byłam tak bezpieczna, jakbym chciała być.

     – Czemu nie mieszkasz w osadzie, skoro w niej przebywasz przez większość czasu? – zadałam pytanie w którymś momencie, kiedy jechaliśmy spokojnym stępem po leśnej ścieżce, a koń powolnie człapał przed siebie.

Renard?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz