23 listopada 2018

Od Fafnir'a CD Lunaye

Przez kilka dni ćwiczyłem latanie. Zarówno w praktyce, jak i teorii. Raczej nie trudno się domyślić, co szło mi lepiej, a co wręcz przeciwnie. Na moich egzaminach, że względu na bezpieczeństwo, pojawiały się niewielkie wysokości, począwszy na dywanie, a skończywszy na skakaniu z dachu mojego domu. W bibliotece Osadników udało mi się nieco dowiedzieć o tej zdolności oraz prawach fizyki, dzięki którym ciało unosi się w powietrzu. Teraz trzeba było jedynie nieco podnieść poprzeczkę i sprawdzić, czy spędzenie kilku dni w otoczeniu książek było czegoś warte.
Zmieniłem ustawienie swoich stóp, strącając przy tym z półki skalnej kilka mniejszych kamieni w żywo zieloną dolinę, w którą się właśnie wpatrywałem. Grupa drzew powinna zagwarantować mi nieco lepsze lądowanie niż skały. Tak przynajmniej mi się wydawało.
Pochyliłem się nieco do przodu, zacisnąłem powieki i skupiłem się na wprowadzeniu niedawno pojawionych się skrzydeł w ruch. Dopiero po dłuższej chwili poruszyły się one leniwie. Z czasem machałem nimi coraz szybciej. Kiedy uznałem, że ich prędkość jest wystarczająca, by wzbić się w powietrze, zeskoczyłem ze skały. Od razu jednak zacząłem spadać, kręcąc się przy tym wokół własnej osi.
Nie pamiętam ile zderzeń z drzewami zaliczyłem, zanim wylądowałem na gałęzi jednego z nich. Wziąłem głęboki oddech, ciesząc się, że przynajmniej udało mi się przeżyć, mimo że mój poziom latania jakoś specjalnie się nie podniósł. Mój spokój jednak szybko został na nowo zastąpiony przez panikę, kiedy zacząłem zsuwać się z gałęzi. Bezskutecznie próbowałem się na niej utrzymać, drapiąc przy tym pazurami korę, bo w efekcie i tak wylądowałem na trawie, stoczyłem się ze wzgórza, lądując finalnie w krzakach. Byłem pewien, że nie prędko powtórzę swoją lekcję.
Do moich uszu dotarł trzepot ptasich skrzydeł. Prawdopodobnie spłoszyłem jakiegoś. Z trudem wyczołgałem się z zarośli i podparłem na przedramionach. Przede mną nagle wylądowała młoda kobieta, prawdopodobnie Samotniczka. Automatycznie cofnąłem się nieco. Nieznajoma wyprostowała się. 
- Zepsułeś mi kolację, wiesz? - zapytała, opierając ręce na biodrach i zarzucając przy tym rudymi lokami do tyłu. Wbiłam we mnie wzrok, wyraźnie czekając na jakąś odpowiedź.
-...Przeepraszam? - wymamrotałem, otrząsnowszy się nieco z szoku. Spróbowałem się podnieść, ale szybko zrezygnowałem z tej czynności z sykiem. Na mojej skórze nie było miejsca wolnego od zadrapań zadanych przez iglaki oraz połamane gałęzie. Pod pazurami natomiast miałem całą masę sosnowej kory.
- To było niechcący... - jęknąłem, chcąc się jakoś usprawiedliwić. Mimo tego jednak miałem wrażenie, że to nic nie da. Ale co innego miałem powiedzieć? Że wynagrodzę jej to? Nie miałem nic specjalnego do zaoferowania. 


Lunaye?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz