1 kwietnia 2020

Od Fafnir'a CD Phanthoma

Byłem szczerze zdziwiony, gdy Phanthom zjadł całą zupę i poprosił nawet o dokładkę. Czy chciał mnie pocieszyć w ten sposób? A może naprawdę mu smakowało? W zamyśleniu zebrałem naczynia i zabrałem się za ich mycie. Po chwili poczułem oplatające mnie w pasie ręce kowala i jego ciepły oddech na karku, gdy się do mnie przytulił. Znieruchomiałem ze zdziwienia. Co było w tym przepisie?
- Dziękuję. - powiedział brunet, delikatnie mnie przytulając. Phanthom zanurzył swoją twarz w moich włosach i wciągnął nosem ich zapach. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem, więc wciąż stałem jak wryty, próbując wszystko jakoś przetworzyć. Może tak właśnie zachowują się przyjaciele? Nigdy wcześniej ich nie miałem, więc ciężko mi to stwierdzić. Niepewnie nakryłem dłonie Osadnika swoimi i delikatnie się w niego wtuliłem.
- Połóż się jeszcze na chwilę. - powiedziałem po chwili ciszy. Phanthom westchnął cicho.
- Umyłbym się, ale wszystko mnie boli. Wszystko. - odparł kowal, podkreślając ostatnie słowo. Doskonale wiedziałem, jak się czuł. Niegdyś i ja przez to przechodziłem. Wciąż pamiętam swoją przemianę. Na samą myśl o niej przebiegają mi ciarki po plecach.
- Pomogę ci. - zaproponowałem. Kowal automatycznie znieruchomiał.
- Umyć mi się? - dopytał z niedowierzaniem. Kiwnąłem twierdząco głową. Phanthom wyglądał na zawstydzonego, ale dla mnie to wydawało się jak najbardziej normalne. W końcu to tylko zwykła pomoc, udzielana przyjacielowi.
- Dobra, pójdę nalać wody do balii. - odparł brunet po chwili milczenia, puścił mnie i ruszył w stronę drzwi. Złapałem go za rękę, zanim zdążył się oddalić.
- Ja to zrobię, ty sobie przygotuj ubranie. I nowy bandaż. - powiedziałem, następnie wybiegając z kuchni, by jak najszybciej przygotować kąpiel dla przyjaciela. Doskonale wiedziałem, jak bardzo był obolały. Potrzebował pomocy, a ja mogłem i chciałem mu jej udzielić.


Gdy wypełniłem już wannę ciepłą wodą, w progu dostrzegłem Phanthom'a.
- Gotowe. - uśmiechnąłem się do kowala i zbliżyłem do niego, następnie zabierając mu piżamę i bandaż - Rozbieraj się, zdejmę ci opatrunek. - powiedziałem, odkładając wszystko na bok. Twarz kowala przybrała czerwony kolor, a on sam uśmiechnął się słabo. Mimo, że wyraźnie był zawstydzony, zdjął z siebie koszulę i spodnie, po czym usiadł na małym, drewnianym stołku. Zacząłem ostrożnie zdejmować z niego opatrunki, starając się robić to jak najdelikatniej. Było to jednak utrudnione przez opatrunek, który w kilku miejscach przykleił się do ran. Widząc jak Phanthom zaciska palce na wannie, zwolniłem jeszcze bardziej.
- Teraz wiem jak ty się czujesz. Skrzydła rzeczywiście bolą.
- Mówiłem.
- Ale nie mogę się doczekać, gdy zacznę latać. Nauczysz mnie. - brunet odwrócił głowę w moją stronę, a ja zaśmiałem się cicho - Co cię bawi? - zapytał Phanthom, odwzajemniając ten uśmiech.
- Ruszać się nie możesz, a ty chcesz już latać. - odparłem rozbawiony.
- Uparty jestem. - stwierdził Osadnik - Dalej uważam, że wspaniale być smokiem. Nawet, jeśli łamie cię we wszystkich kościach. Dosłownie. - dodał.
Po chwili odłożyłem na bok brudny bandaż i Phanthom mógł już wejść do wanny. Pomogłem mu w tym, by nie zrobił sobie krzywdy. W pierwszej chwili brunet skrzywił się, gdy woda dotknęła ran, ale później siedział w wannie po turecku całkiem rozluźniony. Usiadłem na stołku obok balii i zacząłem delikatnie obmywać jego plecy. Brunet odchylił się lekko do tyłu i spojrzał na mnie.
- Nie ruszaj się. - powiedziałem z uśmiechem i popchnąłem jego głowę do przodu. Kowal w odpowiedzi złapał mnie za rękę, prawie wciągając do wanny.
- Będę mokry! - jęknąłem. Brunet zaśmiał się cicho i odwrócił do mnie przodem. Wciąż trzymając moją dłoń, zbliżył do mnie swoją twarz. Dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Znieruchomiałem, niebardzo wiedząc, co powinienem zrobić. Phanthom wpatrywał się we mnie, by po chwili zaciągnąć się moim zapachem. W czym Melody pierze te ubrania?
- Myślisz, że smoki może łączyć jakaś niewidzialna więź? - zapytał po chwili, prostując się i puszczając moją rękę. Następnie na nowo odwrócił się do mnie plecami. Niewidzialna więź? Łącząca smoki? Po namyśle doszedłem do wniosku, że nigdy o czymś takim nie słyszałem.
- Co masz na myśli? - zapytałem po chwili, wracając do porzuconej czynności.
- No sam nie wiem. - Osadnik zamyślił się - Praktycznie się nie znamy, a zachowujemy się jak dobrzy przyjaciele, albo bracia... I się zastanawiam, czy to przez gatunek, czujemy taką potrzebę. - wyjaśnił i na nowo się zamyślił. Wbiłem wzrok w pokryte ranami i siniakami plecy bruneta. Delikatnie obmyłem je po raz kolejny. Czy faktycznie robiłem to tylko ze względu na naszą przyjaźń? Przyjaźniłem się również z Melody, ale nasza relacja wyglądała nieco inaczej. Może to przez wydarzenia, które miały ostatnio miejsce? Ale czy to nie powinno raczej utworzyć dystansu między nami? Może faktycznie było coś w tej więzi między smokami? Ale przecież smoki były istotami, żyjącymi samotnie. Dlaczego więc byłem tak przywiązany do tego Osadnika?
Nagle Phanthom odwrócił się do mnie przodem i wstał. Uniosłem wzrok na jego twarz, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi.
- Wiesz co? Zapomnij o tym, co powiedziałem. - powiedział, przerywając ciszę i złapał mnie pod pachami, a następnie podniósł i wsadził do wody.
- Phathom! Co ty robisz?! Będę cały mokry! - krzyknąłem, ale było już po czasie. Kowal usiadł naprzeciwko mnie.
- Wiem. - odpowiedział ze śmiechem - Nudziłem się.
- To nie jest wytłumaczenie, nie mam innych ubrań. - powiedziałem, również się śmiejąc i zacząłem ochlapywać przyjaciela wodą.
- Pożyczę ci. - kowal przewrócił oczami i złapał mnie za ręce.
- Majtki też? - dopytałem rozbawiony.
- Dam ci spodnie.
- Przecież twoje są na mnie za duże, spadają ze mnie.
- I dobrze. - odparł brunet. Oboje znieruchomieliśmy, przetwarzając tą krótką rozmowę. Phanthom zarumienił się zawstydzony i oparł o mój bark.
- Chyba zaczynam wariować z tego bólu, nie zwracaj na to uwagi. - powiedział Osadnik, cicho się śmiejąc. Być może faktycznie tak było. W końcu, gdy odczuwa się ból, mówi się różne dziwne rzeczy.
Położyłem dłoń na głowie przyjaciela i zacząłem powoli przeczesywać palcami jego czarne włosy. Drugą ręką natomiast objąłem go delikatnie w pasie, nie chcąc sprawić mu bólu.
- Spokojnie, wszystko jest w porządku. Zajmę się tobą. - odparłem z uśmiechem. Phanthom powoli się rozluźnił, wciąż spoczywając w moich objęciach. Jego ciepły oddech delikatnie łaskotał moją szyję. Wtuliłem się w niego, zanurzając swój policzek w czarnej czuprynie. Ta chwila była tak relaksująca, że chciałem, by trwała jak najdłużej. Czasu jednak nie da się zatrzymać i wkrótce musieliśmy wyjść z wanny, bo woda zrobiła się zimna, a przez to również mniej przyjemna.
Zdjąłem z siebie przemoczone ubranie, zostawiając jedynie bieliznę z oczywistych powodów. Wykręciłem z nich wodę i odłożyłem je na bok. Następnie wyszedłem z balii i osuszyłem swoje ciało. Później pomogłem przyjacielowi wyjść z wody i pomogłem mu się osuszyć, uważając przy tym na jego rany. Gdy skończyłem, założyłem mu nowe opatrunki i pomogłem się ubrać.
- Przyniosę ci coś do przebrania. - zakomunikował brunet, po czym wyszedł. Ja za ten czas posprzątałem w łazience.
Wkrótce Phanthom wrócił ze swoją koszulą, a po wręczeniu mi jej, wyszedł z moimi mokrymi ubraniami, zostawiając mnie samego, bym mógł się przebrać. Biała koszula kowala była trochę za duża, ale dzięki temu sięgała mi do połowy ud.
Od razu po przebraniu się, poszedłem szukać bruneta. Znalazłem go w warsztacie. Przez okno zobaczyłem swoje ubrania, suszące się na sznurku. Z uśmiechem wskoczyłem na blat, siadając na nim. Osadnik spojrzał na mnie z uśmiechem i poczochrał moje włosy. Zaśmiałem się pod nosem i złapałem jego rękę. Kątem oka zobaczyłem ruch za szybą. Automatycznie obejrzałem się za siebie, ale nikogo za nią nie było. Już zaczynałem myśleć, że mi się zwyczajnie zdawało, gdy nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Ja i Phanthom spojrzeliśmy po sobie. Z wyrazu jego twarzy wyczytałem, że on również nie ma pojęcia, kto to może być. Tajemniczy gość zapukał jeszcze raz. Tym razem jednak głośniej. Szybko się niecierpliwił.
Phanthom podszedł do drzwi i otworzył je.
- Tak? - zapytał, mierząc klienta wzrokiem.
- Przyszedłem po swoje zamówienie. Dzisiaj miałem odebrać mój miecz. - powiedział dość młody blondyn, może nawet będący mniej więcej w naszym wieku.
-... Zgadza się... Przykro mi, ale jeszcze nie jest skończony. - odparł kowal.
- A mógłbym wiedzieć dlaczego? - zapytał młodzieniec, zawijając ręce na piersi.
- Miałem mały wypadek przy pracy. - powiedział Tom, pokazując bandaże.
- Doprawdy? A mi się wydaje, że zamiast wziąć się do pracy, zabawiałeś się z koleżką. - blondyn wskazał ruchem głowy na mnie.
- Nie przeginaj. - warknął Phanthom, próbując nad sobą pracować. Zmierzyłem wzrokiem klienta i zeskoczyłem z blatu. Podszedłem do kowala, stając tuż przy nim.
- Co? Tak dobrze się bawiłeś, że nawet jednego miecza nie umiałeś zrobić? - kontynuował blondyn. Przeszedłem pod ramieniem bruneta i stanąłem przed nim.
- Ooo, jakie to słodkie. Broni cię twoja dziewczyna? I co mi niby zrobisz, chudzielcu? Możesz mi... - rozgadał się Osadnik, więc uznałem, że najwyższy czas mu przerwać i najzwyczajniej zionąłem w niego ogniem. Blondyn od razu zaczął wrzeszczeć i tarzać się w śniegu, by ugasić płomienie na swoich ubraniach.
- Ty mały...! Pożałujesz tego!
- Jesteś już dorosły, powinieneś wiedzieć, że nie należy zaczepiać smoków. - odparł beznamiętnie kowal, gładząc przy tym moje włosy - Wróć po swój miecz za tydzień. Musisz do niego dojrzeć. - zakończył kowal i zamknął drzwi. Oparłem głowę na ramieniu przyjaciela i uniosłem na niego wzrok.
- Nie musiałeś tego robić. Sam bym się go pozbył. - powiedział spokojnie, obejmując mnie.
- Nie mogłem pozwolić, by dalej obrażał mojego przyjaciela. - odparłem -... To co robimy? - zapytałem po chwili.
- Możemy w coś zagrać. - zaproponował brunet - Może karty?
- Czemu nie. - powiedziałem z uśmiechem.
Wraz z Phanthom'em udałem się do salonu. Kowal przyniósł ze swojego pokoju wspomnianą talię kart i potasował ją.
- W co gramy? - zapytałem, przygotowując stół i miejsca.
- W wojnę?
- Może być.
Phanthom usiadł naprzeciwko i zaczął rozdawać karty, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Czyżby tamten Osadnik wrócił? Phanthom odłożył karty i poszedł do drzwi. Po chwili wrócił do salonu z Melody. Z uśmiechem rzuciłem się jej na szyję.
- Melody! - zawołałem, przytulając syrenę.
- Cześć. Przyniosłam ci ubrania zgodnie z umową. Przymierzaj. - rozkazała, rzucając wszystko na sofę. Spojrzałem na Phanthom'a, który przyglądał się nam z uśmiechem.
- A tak właściwie... To gdzie macie spodnie? - zapytała wyraźnie zdziwiona blondynka.

Tom? + 2PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz