11 kwietnia 2020

Od Lynn CD Renarda

     Praca, którą dzisiaj sobie zaplanowałam spełzła na niczym, ale nie był to dzień stracony. Dobro drugiego człowieka (nawet zmutowanego) było dużo ważniejsze, niż szycie kurtek. I tak, te kurtki z pewnością wiązały się z dobrem materialnym dla innych, ale Renard z pewnością być nieco wyżej niż oni, nawet jeśli nie znaliśmy się zbyt dobrze. Wyglądał, jakby się całkowicie rozsypał, więc pozbieranie go było dzisiaj naszym priorytetem. I sama się dziwiłam, ale się udało, wieczorem na powrót stał się tym chłopakiem, którym był, kiedy go poznałam. Może nie w pełni, ale czymże było kilka godzin w porównaniu do kilku miesięcy, przez które robił sam Bóg wie co. Nawet ta mała cząstka, którą udało nam się w nim przywrócić była całkiem niezłym osiągnięciem.
     Wkrótce nadszedł czas, abyśmy się rozeszli. Byłam wykończona po tym dniu, który, bądź co bądź, był intensywniejszy, niż jakbym jedynie szyła ubrania. Jednocześnie wiedziałam, że z każdym dniem, z którym niewiele robimy, ilość pracy narasta, a my coraz bardziej się w niej zakopujemy, ale chyba nie ma rzeczy, z którą bym sobie nie poradziła?
     Nie dane mi było wyjść poza posesję Melody, gdyż chłopak dogonił mnie kilkoma sprężystymi krokami, w międzyczasie narzucając na siebie załataną już pelerynę.
     — Może cię odprowadzę? Też planowałem już wracać — zaproponował. Moja mina musiała być nietęga, bo dodał szybko: — Jeszcze zaatakuje cię jakieś dzikie zwierzę albo co gorsza samotnik. Byłaby szkoda, gdyby wioska straciła tak uzdolnioną dziewczynkę.
     Prychnęłam cichym śmiechem na jego słowa, kręcąc głową z politowaniem.
     — W porządku, ale mieszkam trochę daleko — powiedziałam, otwierając już i tak rozpadającą się furtkę, która oddzielała nas od leśnego szlaku prowadzącego na granicę osady. Chodziłam nim codziennie, dodatkowo po zmroku, jak teraz i pomijając kilka niebezpiecznych sytuacji, nigdy zupełnie nic mi się nie stało, dlatego też nie uważałam, aby odprowadzenie mnie było potrzebne. Mimo to, nie oponowałam, bo w końcu towarzystwo Renarda nie było takie złe, jak początkowo myślałam. Kiedy zeszliśmy na mniej uczęszczaną ścieżkę mrok nocy stał się gęstszy i nieprzemierzony, a mgła spowodowała, że nawet nikłe światło pochodni ustawionych wcale nie tak daleko od nas niewiele dawało.
     — Nie ma sprawy — wzruszył niedbale ramionami. — Nie spieszy mi się do siebie — stwierdził, nieco skrzywiony, a ja automatycznie zaczęłam się zastanawiać dlaczego. Moja wrodzona ciekawość nie powstrzymała mnie od zadawania pytań.
    
— Gdzie mieszkasz?
    
Jakieś pół godziny od wioski, na tęczowej polanie gdzie biegają jednorożce odparł z lekkim uśmiechem.
    
— To chyba jesteśmy sąsiadami — również zażartowałam, czując jak atmosfera się rozluźnia. Nie wiedząc czemu, była dość napięta, ale i to chyba odeszło w niepamięć. Na szczęście, bo nienawidziłam takich sytuacji.
     Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co mówił. Nie był rozentuzjazmowany na myśl o powrocie do własnego domu, to gdzie w takim razie był przez ostatnie miesiące?
    
Nie narzekałbym.
   Nie odpowiedziałam, idąc przed siebie, ramię w ramię z chłopakiem. Zapanowała cisza, ale już nie była niekomfortowa. Ot, taka zwyczajna, nawet całkiem luźna. W tym momencie, chyba za sprawą nocy i jej chłodu zeszło z nas całe napięcie, które się uzbierało tego dnia przez wcześniejsze wydarzenia. Renard był hybrydą. Zupełnie bym się tego nie spodziewała, ale co innego miałam myśleć? Że jest zwyczajnym człowiekiem?
    
— Czyli jesteś wilkołakiem? — zagaiłam po chwili cichym głosem. W obliczu nocy ciszę przerywał jedynie odgłos stawianych przez nas kroków, a i tak były one zagłuszane przez ściółkę leśną. Całkiem lubiłam tędy chodzić, moje nogi zawsze zapadały się śmiesznie w mchu i Renard także to chyba zauważył, bo każdy jego krok wydawał się być głębszym i ciężej stawianym.
     
Na to wychodzi zerknął na mnie, wydawało mi się, że szuka czegoś na mojej twarzy, jednak pozostałam niewzruszona. Mój ojciec był wilkołakiem, a matka żniwiarzem i ciężko stwierdzić czy nie mam też czegoś po niej, wiesz?
    
— Och — zaśmiałam się nerwowo, słysząc to. — Żniwiarze nie przechodzą przemiany — wymruczałam pod nosem. — Ale to się czuje — dopowiedziałam po chwili.
     Zaczęliśmy krążyć przy granicy z wioską, a ziemia stała się grząska. Zatrzymaliśmy się przy wyrwie skalnej i mrucząc ciche "poczekaj" zaczęłam szukać drewnianego mostku w gąszczu gałęzi. Był to jedyny sposób, aby dostać się do mojej chaty i nie utonąć w bagnie, które je otaczało. Drewno, po którym stąpaliśmy było już spróchniałe i niestabilne, ale wciąż przeze mnie użytkowane.
     
Wiem, że nie przechodzą, ale matka kiedyś opowiadała mi o jej zdolnościach i zawsze gdzieś czułem, że mam podobnie wyjaśnił, po czym głośno odchrząknął. Ale co to za różnica, nie? - parsknął lekceważąco.
    
— Może kiedyś je... odkryjesz. Sama nie wiem jak to działa — powiedziałam, wpatrując się w swoje buty. Nie wiedziałam która jest godzina, a brak zegarka, czy chociażby widocznego na niebie księżyca mi w tym nie pomagał. Mimo to, panował kompletny mrok, w powietrzu unosił się charakterystyczny dla nocy, wilgotny zapach, a wokoło było przeraźliwie cicho. Upewniło mnie to w tym, iż na pewno nie jest to jeszcze wczesna pora, a coraz bardziej zbliżający się środek nocy. W pewnym momencie mrok przecięła nikła poświata pochodni, dochodząca zza drzew. Zaalarmowana, wycofałam się w cień gęstych krzaków, ciągnąc Renarda za sobą.
    
— To tutaj — wskazałam na drewniany most. — Tam mieszkam — ponownie odchrząknęłam. Luksusy To może być straż albo jakiś samotnik przełknęłam narastającą gulę w gardle. — Na pewno chcesz wracać? To trochę niebezpieczne, zawsze mogę cię przenocować — mówiłam cicho. — Już dawno po ciszy nocnej.

Renard? +1PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz