30 czerwca 2020

Od Aven CD Bezimiennego

Przez pewną część drogi, choć było to nieco głupie zastanawiałam się czy samotnik powinien był widzieć zajście przy zwłokach. Z całą pewnością rozumiał moją pomyłkę, wynikającą z jego nie spotykanego często koloru skóry, jednak gdzieś z tyłu głowy wciąż czaiła się myśl, że było to nieco uwłaczające. I choć to, że nie chciał zdradzić swojej mutacji nie wróżyło nic specjalnie dobrego, to nie mogłam mieć do niego żalu. Na wyspie każdy miał swoje tajemnice i brudne sprawki, a szczególnie ci, którym nie podpasowało życie w mniej lub bardziej cywilizowanym społeczeństwie. Z resztą mutacja nie była czymś, co da się ukrywać całą wieczność.

Zwierzęce truchła opadły ciężko na podłogę chatki. Chcąc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu musiałam mocno się sprężać. Przeszłam do patroszenia i wstępnego oczyszczania ciał. Pozbawione flaków mogły sobie jeszcze poczekać,wręcz przeciwnie do lekcji strzelectwa. Zmyłam z siebie ślady działalności, ogarnęłam przestrzeń warsztatu i ruszyłam odebrać nagrodę za bandytę.

Część ciała bezceremonialnie ciśnięta na podłogę uderzyła o podsuszone, drewniane deski z niemiłym tąpnięciem. Strażnik siedzący naprzeciw wejścia nie poruszył się od razu. Nie weszłam razem z drzwiami, nie byłam przerażona. Wiosce nic nie groziło, więc mógł pozwolić sobie na powolne, a wręcz ślamazarne podniesienie oczu na leżący obiekt, następnie na mnie. Zagwizdał cicho. Podeszłam do tablicy, do której doczepione były rysunki rozmaitych mniej i bardziej zmutowanych osób, które zaszły za skórę okolicznym mieszkańcom wystarczająco mocno, by ich portret zagościł wraz z wyceną i zbrodniami na tym niechlubnym piedestale. Jednym, szybkim ruchem zdarłam podobiznę denata i podałam zbrojnemu. Wiem, że nie wyglądałam na najgroźniejszą osadniczkę i byłam czasem traktowana wręcz protekcjonalnie i stąd każdy moment poważania, który zasłużenie otrzymywałam był dla mnie nawet cenniejszy niż pieniądze.

Po krótkim załatwieniu papierologii rzuciłam ostatnie spojrzenie na trofeum i wyszłam, gotowa wrócić do Bezimiennego. Bo przecież powinien wciąż tam gdzieś być. W duchu rozmyślałam, dlaczego nie czułam spełnienia pragnienia zemsty, albo przynajmniej obywatelskiego obowiązku. Sama ze sobą ustaliłam, że mężczyzna po prostu zbyt mało wycierpiał. Choć przed przybyciem na wyspę chyba nie potrafiłabym tak ze szczerego serca nienawidzić innej istoty, to jednak nieustająca walka o przetrwanie daje się we znaki i zdecydowanie zmienia.

Gdy rozpoczęliśmy lekcje, nie mogłam nie zwracać uwagę na zachowanie Samotnika Bez Imienia. Twarz miał skupioną, spokojną i przypominał bardziej rzeźbę, niż prawdziwą osobę. Miał wiedzę i potrafił ją przekazać, z jednej strony pokazując niedoskonałości w technice, a z drugiej robiąc to w taki sposób, by nie zniechęcać i potępiać ucznia. ‘Prawdziwa konstruktywna krytyka’ - przeleciało mi przez myśl. Czy to zachowanie było na pokaz? Jeśli nie, to czemu postanowił żyć sam, bez niczyjej pomocy?

Przeszliśmy do ćwiczeń wzmacniających. Miał całkowitą rację, nie należałam do siłaczy i nie dało się tego ukryć. Ba, jestem pewna, że gdyby ktoś zaatakował mnie z zaskoczenia to nie miałabym szans. Dlatego to zawsze ja musiałam pierwsza kogoś dostrzec. Obserwowałam, jak mężczyzna prezentuje poprawne pompki. W jego wydaniu wyglądało to na tak cudownie proste… Postanowiłam sama spróbować, wiedząc że pod jego czujnym okiem wszystkie pomyłki wyjdą na jaw, a mi to wyjdzie na dobre. Ustawiłam się w pozycji, udało mi się wykonać jedno powtórzenie, drugie, trzecie z lekkim drżeniem rąk… i przy czwartym z lekkim jęknięciem poleciałam na twarz na trawę.

- Właśnie o tym mówiłem. To nic złego, ale warto zacząć od łatwiejszej wersji – powiedział.

Gdyby włosy nie opadły mi na twarz, to dostrzegł by moje rumieńce zażenowania. Czułam się lekko zbłaźniona pomimo tego, że był moim nauczycielem. Nie przepadałam za okazywaniem słabości, utratą poczucia kontroli. W podparciu na kolanach poszło mi rzeczywiście znacznie lepiej, a już mogłam się domyślić że następnego dnia będą mnie boleć ręce. Nikt nie powiedział, że rozwój będzie łatwy.

W ciągu zaledwie kilku godzin zdążyłam zasypać mężczyznę gradem pytań, a on jeszcze zadowolony i pozytywny odpowiadał sumiennie na każde z nich, obojętnie jak głupie, naiwne czy proste by nie było. Wydawał się sam czerpać z tego jakąś satysfakcję. Co więcej, w tak dobrym towarzystwie mogłam cieszyć się z chwili, nie myśląc o przetrwaniu, ani nie przejmując się tym, że de facto uczyłam się jak lepiej, prościej i skuteczniej przelewać krew.

Oboje chyba zapomnieliśmy o świecie. Gdy nadszedł czas końca lekcji mężczyzna prawie zapomniał o należnej mu zapłacie. Znów wróciliśmy pod mury wioski. Co prawda moje lokum mieściło się poza murami (bo w sumie ta opuszczona rudera została przeze mnie przejęta bezprawnie), ale droga niedaleko umocnień zawsze wydawała mi się bardziej bezpieczna. W dodatku była ładnie wydeptana, przypominająca gładki dywan niskiej trawy i kolorowych kwiatków. Oczywiście jak można było się spodziewać, samotnik stawiał się przed ofertą pomocy, którą mu przedstawiłam. Nie żebym chociaż miała z nim nosić wszystko pod jego drzwi… ale przejść się chociaż kawałek, pozwolić żeby miał wolną rękę do obrony. Postanowiłam dalej nie naciskać. Był wystarczająco dużym chłopcem, żeby decydować sam o sobie, nawet jeśli miał się skazać na tachanie swoich upragnionych materiałów przez pół wyspy.

Odnosząc się do listy życzeń, to wzbudziło to we mnie refleksje. Im więcej chociaż drobnych informacji mamy o jakiejś osobie, tym dokładniejsze zdanie o niej sobie wyrabiamy. A tutaj miałam artystę-majsterkowicza o wysokiej kulturze osobistej. Nie wydawał się iść na łatwiznę, chciał tylko tego, co oferowała wyłącznie wioska. Miałam w pobliżu albo przyzwoitą osobę, albo aktora manipulanta.

Kazałam Bezimiennemu czekać w niedalekiej odległości od mojego domu. Po przekroczeniu progu mój zwierzak naprychał na mnie na powitanie, zapewne wskutek obcego zapachu, po czym wrócił do wylegiwania się w jasnej plamie promieni słonecznych, tych wpadających bardziej oknem niż dziurami w dachu. Po przekazaniu zapłaty, oraz umówieniu się na następną lekcję strzelectwa każde z nas udało się w swoją stronę.

Wróciłam do izby myśliwych dokończyć rozbiórkę zmutowanych głodomorów. Przez atak z zaskoczenia i moją nieudolną próbę obrony własnej nie cała skóra nadawała się na sprzedaż. Gdyby nie był to dodatkowy „bonus od życia” to miałabym prawo nawet być na siebie zła.

~~~

Czas wolny, poza zwykłymi rozrywkami spędzałam na treningu, którego efekty przychodziły powolutku, miarowo. Odbyłam jeszcze dwa spotkania instruktażowe z Bezimiennym, w trakcie których za każdym razem pokazywał mi coś nowego, na co nigdy wcześniej nie zwróciłabym uwagi. Nie chwalił mnie, może raczej żeby nie zapeszyć, ale sama byłam w stanie zobaczyć postępy. Przy ostatnim spotkaniu przeoczyliśmy umówienie na następne. Wydawało mi się wtedy, że to przypadek. Jednak coraz bardziej napięta sytuacja, związana z niedawnymi atakami samotników na wioskę dała mi głębszy obraz sprawy.

Byłam daleka od podejścia my kontra oni, zdając sobie sprawę z tego, że świat nie jest czarno-biały. Co więcej, dostrzegałam wiele zależności: im rzadziej ktoś opuszczał bezpieczne mury, tym większym był bigotem, im częściej bywał na targu i słuchał plotek, tym bardziej nie znosił obcych i ostatecznie plotki i pomówienia zdarzały się często akurat wtedy, gdy było to na rękę radzie.

Spokojna, jeśli nie liczyć znikających osadników, porywanych dzieci i wszechobecnej śmierci, rutyna ciągnęła się do samej jesieni. Znów liście stawały się kolorowe, rano pojawiał się chłodek a zwierzęta i ludzie przygotowywali się do zimy. Cieszyłam się w duchu, że myśliwi nie byli jedynym źródłem żywności dla wioski, bo i tak było ciężko nadążyć ze wszystkimi zleceniami, a odmawianie tym, którzy czegoś potrzebowali zawsze pozostawiało nieprzyjemne ukłucie winy.

Idąc spokojnie, ukryta wśród porannej, mokrej mgły zwiastującej ładny dzień natknęłam się na ślady. Stawiając jak zwykle na wielozadaniowość zmieniłam teren łowów, szukając przy okazji specyficznych pożądanych roślin. Jak widać nie był niczyj, w błocie rysowały się wyraźne ślady. Duży but, głębokość wskazywała na postawną osobę, pewnie mężczyznę. Mogłam zawrócić i nie zaprzątać sobie głowy kręceniem się tutaj, zignorować to, lub pośledzić właściciela. Ciekawość wzięła górę, mimo stanowienia przysłowiowego pierwszego stopnia do piekła.

Mimo fochów, które do niedawna stroił mój tygran teraz podążał za mną w ślad. Zatrzymałam go, nie chcąc by ciężka bestia popsuła mi szyki. W stosunku do mnie potulny kotek wymagający mnóstwo czułości, dla kogokolwiek innego poważne, nieprzewidywalne zagrożenie. Był zasadniczo bezpośrednią przyczyną tego, że wyprowadziłam się poza mury wioski, ale dawał mi bezpieczeństwo, gwizdnięcie wystarczało, by ta kilkuset kilogramowa góra futra i pazurów pędziła w moim kierunku. Poszłam dalej, szukając naruszeń wzorów cichego lasu.

Dostrzegłam ruch i przystanęłam. Zbliżyłam się bardzo powoli, ostatecznie wtulając się w pokryte rosą runo leśne. Zmrużyłam powieki, skupiając wzrok. Bezimienny. Stał, rozmawiał z kimś. Wygłuszonych słów nie sposób było zrozumieć, ale ton wskazywał, że nie podobał mu się przebieg tej rozmowy. A może z kimś się przekomarzał? Uznając że podejście i przywitanie się byłoby moim najgłupszym posunięciem, czekałam.


Bezimienny? +2PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz