Skończył się czas, gdy pogoda na wyspie była wyrozumiała dla swoich mieszkańców i pozwalała im w miarę normalnie funkcjonować. Normalnie, biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy ludzie na niej zamieszkali nie byli do końca... ludźmi. Śnieg leżał już na ziemi od dłuższego czasu, przykrywając każdego odważnego spacerowicza białym puchem po kostki, jeżeli wcześniej wiatr nie zwiał go gdzieś poza mniej więcej uprzątniętą dróżkę, wtedy mógł wylądować w zaspie sięgającej mu do kolan, a jak miał wielkie szczęście, to do pasa.
Prawda, Morrigan nie mógł zaprzeczyć, że przesiadywanie całe dnie w domu osadzonym gdzieś nad ostrym klifem, tuż obok zatoki i z widokiem na chłodne morze nie było najlepszym pomysłem z powodu na huk, który stworzony był przez grudy śniegu spadającego ze skarpy na plażę. Strzyga przynajmniej miała co robić, gdy jej właściciel był zajęty wszelkimi zadaniami związanymi z byciem dyktatorem, czy po prostu zszywaniem czyichś niefortunnych zacięć. Od momentu, gdy pierwszy śnieg pokrył zieloną trawę, widać było, że klacz zyskała pokłady energii, o których ani Tristan, ani sama ona z pewnością nie miała pojęcia. Tarzała się w puchu, łapała go w zęby, wznosiła tumany sypkiego śniegu w powietrze kopytami, skacząc wokół z radosnym prychaniem. Gdyby Morrigan nie przysypiał nad stertą papierów wciąż rosnących wokół jego stołu, może byłby bardziej wdzięczny ostrej pogodzie za to, że jest powodem do szczęścia przynajmniej dla jego wierzchowca.
Dyktator. Słowo to miało gorzki smak na jego języku. Wygrana wyborów, jego imię wyczytane przez kogoś, napisane gdzieś, były niczym wspomnienie za mgłą, natłok obowiązków nie pozwolił mu nawet szczycić się triumfem, czego Tristan ot tak sobie nie odmawiał. Sam nie wiedział, jak naprawdę doszło do tego, że został na niego wybrany. Plułby sobie w brodę, gdyby powiedział, że na to nie zasługuje, bo wcale nie był takim złym przywódcą. Przynajmniej tak mu się wydawało przed tymi całymi feralnymi wyborami. Okazało się, że bycie dyktatorem wymagało jeszcze więcej nieprzespanych nocy, wypisywania tysiąca kart i kontaktów międzyludzkich, niż się spodziewał. Oczywiście była jeszcze Aven, rudowłosa dziewczyna, która dzieliła z nim dolę, która im obojga trafiła się całkiem znienacka. Może ona była bardziej pewna swojej wygranej? Na pewno od zawsze była dla wszystkich miła. Z całą pewnością bardziej niż on. W każdym razie Morrigan był odrobinę wdzięczny za to, że jego dyktatura kończy się całkiem niedługo.
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Tristan wstał od stołu, rezygnując z kolejnego pozbywania się tych cennych kilku godzin snu na koszt dokończenia pracy. Chociaż wszystkie dokumenty miały nie opuszczać budynku Rady Głównej, gdzie to Morrigan i Aven najczęściej spędzali chłodne już dnie, mężczyźnie zdarzało się przenieść kilka papierów do swojego domu. Dobrze wiedział, że konsekwencje to konsekwencje, a osadnicy z chęcią obcięliby mu palce, czy wymyśliliby inną oryginalną karę, oskarżając go o kradzież, ale hej, do odważnych świat należy. Poza tym wiele rzeczy pozostawiał niedokończonych, tych, które trzeba było skończyć do świtu, więc nie pozostawało mu nic, jak pracować do nocy. W domu oczywiście, nie będzie zatrzymywał się po zmierzchu w obcym budynku.
Trudno. Kolejny przywódca zajmie się jego problemami. W końcu on też musi mieć coś do roboty, kiedy stanie na czele osady.
Zdmuchnął niemalże spaloną do końca świeczkę i po omacku dotarł do drzwi, zgrabnie omijając odsunięte krzesło i kilka przedmiotów porzuconych na podłodze. Z dnia na dzień jego wzrok w ciemności stawał się ostrzejszy i chociaż nie powiedziałby, że dziękuje losowi, który sprowadził go na dziką wyspę i pozbawił stuprocentowego człowieczeństwa, posiadanie kocich genów miało jakieś korzyści, nawet jeżeli tak małe, jak łatwość poruszania się w ciemności. Przynajmniej oszczędzał światło.
Zarzucił na siebie futro, podobne do niedźwiedziego, które udało mu się kupić od któregoś ze sklepikarzy za wcale nie taką wysoką cenę, chociaż zima pojawiła się na wyspie już całkiem dawno. Wraz z dźwiękiem zatrzaskiwanych drzwi pośród świstu wiatru odezwało się końskie parsknięcie towarzyszące kilku uderzeniami mocnych kopyt w drewno. Morrigan zastanawiał się wiele razy, czy przeniesienie kwatery kobyły obok jego domu było aż tak dobrym pomysłem, na jaki wyglądał. W końcu klacz lubiła towarzystwo innych, chociaż widać było, że nie ubolewa z powodu zmiany. Rzuciła okiem w stronę swojego właściciela, kręcąc przyprószonym nową warstwą śniegu łbem, po czym zwróciła wzrok gdzieś na bok, jakby całkowicie straciła zainteresowanie mężczyzną. Chciał nawet do niej zawołać, ale w ostatniej chwili zrezygnował, ruszając przez gęsty śnieg w stronę centrum miasta ze stertą papierów pod pachą.
Do budynku Rady Głównej udało mu się przejść zgrabnym, szybkim krokiem, omijając zbędnych konfrontacji z innymi osadnikami, dzięki zarzuconemu niedbale na głowę kapturowi. A może po prostu inni nie chcieli z nim rozmawiać? Za drzwiami minął strażnika czy dwóch, kiwnął im na powitanie i odetchnął w duchu, kiedy i oni odeszli bez słowa. Na Aven nie trafił, może siedziała w swoim pokoju, może on ominął ją celowo, w każdym razie dotarł do swojej sali w ciszy i spokoju, tak jak było planowane. Pomieszczenie miało zapach starych ksiąg, może skóry, którymi były obijane, i stęchlizny niewietrzonego pokoju, może to przez chłód przenikający przez ściany i wilgoć lęgnącą się w kątach przez wszechobecny śnieg, który z jakiegoś cholernego powodu nie chciał przestać padać. Otworzył okno, rzucił papiery na biurku i wyszedł, jak najszybciej mógł.
Słońce opadło już za horyzont, dając ujście nocnemu niebu, rozgwieżdżonemu, z ogromnym księżycem na środku, który, jak przynajmniej Tristan miał wrażenie, spoglądał na niego pogardliwie. Światła w domach rozbłysły, niczym gwiazdy na wczesnym niebie i w osadzie zrobiło się jakby mniej ponuro, niż było przed zachodem, jakby ciche, stłumione przez ściany rozmowy mogły podnieść przechodnia na duchu. Już miał cofać się z wioski na jej obrzeża, gdzie mieścił się jego dom, gdy w kącie oka mignął mu szyld baru. Noc jeszcze młoda.W karczmie chyba nigdy nie było pusto, chociaż Morrigan z reguły trafiał najczęściej na czas, gdy nie było aż tak tłoczno, jak teraz, gdy przekraczając próg baru, zdążył nadziać się na trzy osoby. Rzuciły mi spojrzenia, których nie umiał rozszyfrować, bo zniknęły wraz z ludźmi, którzy rozpierzchli się po kątach gospody w kilka sekund. Szybkim krokiem ruszył do baru i opadł na jeden z taboretów z westchnięciem, które próbował ukryć, jednak wydało się głośniejsze, niż planował. Barman podniósł głowę, rzucając okiem w jego stronę. Tristan był częstym gościem baru, choć przez ostatnie dnie, z powodu natłoku pracy, zdrowy rozsądek nakazywał mu omijać budynek szerokim łukiem. Barman kiwnął głową, uśmiechając się z przymrużonymi oczami i zaczął przyjmować innych klientów, jakby bez słów wiedział, co Morrigan chciał zamówić. Prawdopodobnie tak było, bo medyk osobą wybredną nie był, chociaż praktycznie zawsze zamawiał to samo. Nie zdążył nawet głębiej się zamyślić, czy położyć głowy na blacie, gdy szklanka pojawiła się tuż obok niego.
Mogły minąć dwie godziny, może trzy, gdy Tristan wyszedł z karczmy, bo cholera, ile można siedzieć w zaduchu i słuchać lamentów innych ludzi? Może trochę za dużo wypił, bo miał wrażenie, że nie idzie po prostej linii, poza tym jego myśli galopowały pięć razy szybciej niż zawsze, gdy zdawało mu się, że jego nogi poruszają się w zwolnieniu. Miał chyba powód, prawda? Nie dość, że był medykiem, to jeszcze wybrali go na dyktatora, trochę może to człowieka stresować. Każdy kiedyś musi mieć chwilę odpoczynku. Już wychodził poza granice wioski, kopiąc biały śnieg pod nogami, mieniący się w świetle ogromnego księżyca, gdy ciszę nocy przerwał szelest. Odwrócił się na pięcie, rozglądając się wokoło. Nic. Z przyzwyczajenia złapał za sztylet schowany z kieszeni i wyciągnął go na chłód nocy, zaciskając zęby.
– Halo? – podniósł dłoń z nożykiem wyżej, jakby chciał sobie wmówić, że tak pokazuje skrytemu obcemu, że ma broń, a nie ugruntowuje się w grząskim śniegu. Kolejny szelest pojawił się dopiero po chwili. Teoretycznie nie wyszedł poza granice wioski, w końcu jego dom jest jeszcze na terenie osady, prawda? Prawda? Odchrząknął, mrużąc oczy, bo chłodny wiatr nie ustał po zmroku i przeszywał go wręcz na wylot, mimo tego, że miał na sobie futro. Niedopięte co prawda, ale wciąż futro. Kolejny szelest zaalarmował go na tyle, że miał wrażenie, że całkowicie otrzeźwiał.
– Jestem dyktatorem wioski – warknął, wyprostowując się jeszcze bardziej, choć język na jego podniebieniu był ciężki i trudniej niż zwykle było mu formować zdania – Pokaż się.
Ktoś?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morrigan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morrigan. Pokaż wszystkie posty
31 października 2018
22 sierpnia 2018
Od Morrigana CD Galii
Gdyby Morrigan mógł zszywać rany za prostym pstryknięciem palca,
wszystko byłoby prostsze. Pstryk, po rozcięciu na dłoni nie ma śladu,
pstryk i wszyscy pacjenci pojawiają się tylko na sekundę, by zostawić go
w spokoju. Na szczęście do drużyny medyków dołączyła kolejna
osadniczka, co zmniejszyło ilość jego pracy o jakąś ćwiartkę, może
połowę. Połowa byłaby dobra.
Przynajmniej dzielili między sobą poszkodowanych, których z nadmiarem nawałnic i deszczów pojawiało się coraz więcej. Jak grzyby, przyszła mu do głowy myśl, kiedy Harry zamykała drzwi za kolejnym osadnikiem, który potknął się w grząskim błocie i skręcił kostkę. Tylko grzybów nie trzeba zszywać.
– Mówiłeś, że mi pomożesz! – jej głos był tak ostry i oskarżycielski, że nawet Darvell wijący się na krześle skulił się lekko, mrużąc powieki. O czym ona mówiła? Jak zza mgły przypomniało mu się, że na odchodnym dziewczyna wspominała coś o kwiatach i z ust wymsknęło mu się prychnięcie. O to jej chodzi?
– Kiedy zmieniałaś opatrunek? – podniósł się, omijając kopyto karego, które powoli unosiło się w powietrze z każdą sekundą, kiedy stał schylony przy zranionej nodze.
– Zmieniłam tak, jak kazałeś – fuknęła, niemal zaciskając palce na nosie konia, który mało sobie z tego cokolwiek robił.
– W takim razie nie ma się o co martwić – wyciągnął kolejny bandaż z sakwy i owinął ranę, przykładając wcześniej do materiału odpowiednie rośliny, dodając do miksu nagietek i rumianek wcześniej podarowane przez dyktatorkę. Koń nie podrywał się tak, jak to robił za pierwszym razem, temperatura musiała wycisnąć z niego dużo energii. Kiedy Morrigan chciał otworzyć furtkę i wyjść z boksu, drogę zastąpiła mu zachmurzona prawie tak samo, jak niebo nad nimi Galia.
– Głuchy jesteś? Ma gorączkę – Morrigan domyślił się, że dziewczyna powstrzymywała się przed uderzeniem go, bo powietrze wokół nich niezmiernie stężało i oziębło.
– Jeżeli mamy szczęście, to przeziębienie spowodowane pogodą. Mógł coś złapać, osłabiony przez tą ranę – grzebał chwilę w sakwie, by wyciągnąć garść różnych ziół i cisnąć je w żłób. Dorian prawie nie zareagował, jedynie rzucił okiem w stronę jedzenia, by oprzeć łeb w dłoniach Galii, która wciąż stała przy nim, głaszcząc powolnymi ruchami jego masywną szyję. Dziewczyna miała zmarszczone brwi, jakby chciała obwinić Tristana za to wszystko, ale zanim mogłaby cokolwiek powiedzieć, on odchrząknął i znów zabrał głos – Jeżeli mamy pecha, to kiedy rana była otwarta wdarło się zakażenie. Na razie trudno mi powiedzieć, poza tym nie jestem weterynarzem. Robię co mogę, uwierz mi.
Przynajmniej dzielili między sobą poszkodowanych, których z nadmiarem nawałnic i deszczów pojawiało się coraz więcej. Jak grzyby, przyszła mu do głowy myśl, kiedy Harry zamykała drzwi za kolejnym osadnikiem, który potknął się w grząskim błocie i skręcił kostkę. Tylko grzybów nie trzeba zszywać.
Wraz
z przyjazdem na wyspę Morrigan stracił poczucie czasu, które kiedyś
było tak ważną częścią jego ustawionego co do sekundy życia. Owszem,
kilka osób w wiosce wciąż trzymało się nabazgranych przez nich
kalendarzy, licząc dni i miesiące od ich przybycia, jakby te tygodnie
mogły im pomóc w powrocie. Jakby cokolwiek mogło im pomóc w powrocie.
Jednak
jakimś cudem jeden z owych kalendarzy pojawił się w przychodni,
paradoksalnie niezwykle przydatny, używany do zaznaczania wizyt tych
mieszkańców wioski, którzy musieli systematycznie pojawiać się na
oględziny oraz daty uzupełniania asortymentu. Podarowany został przez
osadnika w podzięce, choć tak na prawdę Tristan sam nie wiedział, kto
dostał plik kartek w ręce, a szczególnie, kto wpadł na pomysł, żeby ten
plik kartek stał się użyteczny. Mimo wszystko, szybko został wtłoczony w
wnętrze chatki, gdzie działał jako dekoracja i rzecz z funkcją. Sam
rzut oka w stronę ściany z zawieszonym kalendarzem dawał Tristanowi
jakieś pokręcone poczucie sensu, jakby pobyt na tej wyspie miał
jakikolwiek cel. Cholera, może tamci osadnicy mieli rację?
Słońce
leniwie zachodziło za horyzontem, gdy Morrigan piąty raz tego dnia
przeliczał bandaże, ilość spirytusu i zioła. Poza kilkoma osobami z
drobnymi obrażeniami, którymi głównie zajęły się Harry i Różanooka (bo
tak przedstawiła się drobna dziewczyna, gdy wparowała do kliniki,
mówiąc, że jest kolejną uzdrowicielką) , w czasie, gdy Tristan
pałętał się po osadzie, próbując dokupić materiały na bandaże jak
najtaniej. Dopiero skrzypnięcie drzwi oderwało go od przesuwania
buteleczek na półce, licząc je po raz kolejny. W przedsionku stał
mężczyzna, w którym Morrigan dopiero po chwili rozpoznał jednego z
kowali, który kiedyś zajmował się Strzygą i jej kopytami. Krótkie, jasne
kosmyki przylegają wręcz do szerokiego czoła, co prawdopodobnie
spowodowane jest nieustanną pluchą za oknem. Mężczyzna charczał, z
każdym oddechem coraz głośniej, gdy chwiejnym krokiem dotarł na środek
pokoju. Jedną rękę przyciskał do boku, krzywiąc się niezmiernie. Kątem
oka Morrigan widział, jak Harry podchodzi do niego, chcąc zabrać się do
pracy, ale odgonił ją gestem dłoni. Ona stanęła jak wryta ze
zmarszczonymi brwiami.
– Ja to zrobię, znam go. Ty odpocznij – wyprostował się, zerkając w stronę mężczyzny. Jeżeli pamięć go nie myliła
przedstawił się jako Darvell, kiedy
podkuwał Strzygę. Wspominał coś o tym, że jest otyła, ale Tristana tak
naprawdę mało interesowała waga klaczy, ważne było, że nie zjadła nic
trującego i może na niej jeździć. Szczególnie z nowymi podkowami.
Morrigan go zna, a Harry i tak zajmowała się większością ludzi, którzy
odwiedzili tego dnia przychodnię. Mógłby dać jej tysiąc innych powodów,
ale nie potrzebował, bo Harry przytaknęła i odeszła, widocznie
zadowolona z wyniku całej sytuacji. Morrigan już chciał się zapytać
mężczyzny, co tak naprawdę się stało, gdy on stęknął i padł na krzesło
stojące blisko niego z takim hukiem, że Tristan przez chwilę był
stuprocentowo pewny, że stracił krzesło, pacjenta i podłogę. Jednak tak się nie stało, choć kolejny jęk wydobył się z wąskich ust mężczyzny, gdy próbował cokolwiek powiedzieć.
–
Podkuwałem jednego – udało mu się wydusić po chwili, jednak samo
patrzenie na grymas wymalowany na jego pooranej twarzy powodowało u
Morrigana coś podobnego do skrętu kiszek. Albo żołądka. W każdym razie
coś mu się kręciło i nie było to dobre – Wielki ogier, trafił mnie kopytem i wylądowałem w palenisku.
Odsunął palce ze swojego boku i Tristanowi ukazała się rana mężczyzny w pełnej krasie. Bawełniana koszula była praktycznie w strzępach po tej stronie ciała Darvella, co dawało łatwiejszy dostęp do obrażenia, ale czy to w ogóle oznaczało coś dobrego? Przypalona, biała część rany nie mogła być większej wielkości, niż dłoń Morrigana, co mogło być równie dobre, jak złe. Przynajmniej nie jest zwęglona.
Już chciał zabrać się do oczyszczania i opatrywania rany, gdy ciszę wypełniającą chatę przerwał trzask drzwi i czyjś krzyk.
Galia.
Morrigan
zdążył już tego dnia zerknąć na kalendarz, by zauważyć, że od feralnego
spotkania z dyktatorką osady minęły trzy dni i gdyby nie zaznaczona
koślawym okręgiem data z krzywymi literami układającymi się w słowo "zioła", dawno i z chęcią, och, jaką chęcią,
o całym incydencie by zapomniał. Jednak oczywiście nie mógł, bo
pospolitą codzienność medycznej chatki zakłócił chłód i świst zimnego
wiatru towarzyszący Galii jak wierny pies obronny.Odsunął palce ze swojego boku i Tristanowi ukazała się rana mężczyzny w pełnej krasie. Bawełniana koszula była praktycznie w strzępach po tej stronie ciała Darvella, co dawało łatwiejszy dostęp do obrażenia, ale czy to w ogóle oznaczało coś dobrego? Przypalona, biała część rany nie mogła być większej wielkości, niż dłoń Morrigana, co mogło być równie dobre, jak złe. Przynajmniej nie jest zwęglona.
Już chciał zabrać się do oczyszczania i opatrywania rany, gdy ciszę wypełniającą chatę przerwał trzask drzwi i czyjś krzyk.
Galia.
– Mówiłeś, że mi pomożesz! – jej głos był tak ostry i oskarżycielski, że nawet Darvell wijący się na krześle skulił się lekko, mrużąc powieki. O czym ona mówiła? Jak zza mgły przypomniało mu się, że na odchodnym dziewczyna wspominała coś o kwiatach i z ust wymsknęło mu się prychnięcie. O to jej chodzi?
– Pomogłem – westchnął, ruszając w stronę półki z lekami, ale Galia jakimś cudem
pojawiła się obok niego, jakby oprócz mocy ochładzania praktycznie
każdego pomieszczenia, do którego wstępuje posiadała dar teleportacji.
Jej brwi były zmarszczone i gdyby miała kły, dawno szczerzyłaby je w
stronę Morrigana.
– Dorian ma gorączkę – wycedziła przez zęby, wskazując dłonią w stronę drzwi. Szopka się zaczęła. Świetnie.
Darvell
jęknął słabo, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę. Jeszcze to.
Fantastycznie. Już chciał zawołać którąś z uzdrowicielek, którąkolwiek,
gdy, jakby wyczuły w powietrzu zapach problemów, pojawiły się przy
kowalu. Morrigan zdołał jedynie rzucić im przepraszające spojrzenie, bo w
końcu miał się nim zająć, zanim Galia wyciągnęła do za kaptur z chaty.
Nie miał czasu zarzucić na głowę kaptura, więc rynek powitał go ścianą
deszczu i nieprzyjemnym uczuciem całkowitego przemoczenia. Jednak nie
stali długo na nawałnicy, bo dyktatorka nie straciła nawet sekundy na
zatrzymanie, szła z impetem wgłąb osady, rozchlapując głębokie kałuże na
boki.– Dorian ma gorączkę – wycedziła przez zęby, wskazując dłonią w stronę drzwi. Szopka się zaczęła. Świetnie.
Nie mija więcej, niż dziesięć minut, gdy stanęli przed
domkiem zawieszonym pośród bagien. Z dobudowanej obok stajni wystawał
ciemny łeb konia, który nawet nie zarżał na ich widok. Gdy Galia
spokojnym krokiem podeszła do ogiera, jej wyraz twarzy odrobinę
złagodniał. Morrigan odczytał to jako pozwolenie na obejrzenie
zwierzęcia i bez słowa wsunął się do boksu.
Faktycznie, koń był
niezwykle rozgrzany; mimo derki na ciele, jego pysk był chłodny, a
mięśnie wręcz drżały. Mężczyzna powoli schylił się do wysokości rany,
oglądając opatrunek. Wyglądał nie aż tak tragicznie, jak się spodziewał,
dziewczyna musiała go zmienić całkiem niedawno. Rana wyglądała równie
dobrze, już nic się z niej nie sączyło, chociaż stęchły zapach ropy i
formujące się strupy nie były ciekawym wynikiem, przynajmniej nic się
nie ślimaczyło.– Kiedy zmieniałaś opatrunek? – podniósł się, omijając kopyto karego, które powoli unosiło się w powietrze z każdą sekundą, kiedy stał schylony przy zranionej nodze.
– Zmieniłam tak, jak kazałeś – fuknęła, niemal zaciskając palce na nosie konia, który mało sobie z tego cokolwiek robił.
– W takim razie nie ma się o co martwić – wyciągnął kolejny bandaż z sakwy i owinął ranę, przykładając wcześniej do materiału odpowiednie rośliny, dodając do miksu nagietek i rumianek wcześniej podarowane przez dyktatorkę. Koń nie podrywał się tak, jak to robił za pierwszym razem, temperatura musiała wycisnąć z niego dużo energii. Kiedy Morrigan chciał otworzyć furtkę i wyjść z boksu, drogę zastąpiła mu zachmurzona prawie tak samo, jak niebo nad nimi Galia.
– Głuchy jesteś? Ma gorączkę – Morrigan domyślił się, że dziewczyna powstrzymywała się przed uderzeniem go, bo powietrze wokół nich niezmiernie stężało i oziębło.
– Jeżeli mamy szczęście, to przeziębienie spowodowane pogodą. Mógł coś złapać, osłabiony przez tą ranę – grzebał chwilę w sakwie, by wyciągnąć garść różnych ziół i cisnąć je w żłób. Dorian prawie nie zareagował, jedynie rzucił okiem w stronę jedzenia, by oprzeć łeb w dłoniach Galii, która wciąż stała przy nim, głaszcząc powolnymi ruchami jego masywną szyję. Dziewczyna miała zmarszczone brwi, jakby chciała obwinić Tristana za to wszystko, ale zanim mogłaby cokolwiek powiedzieć, on odchrząknął i znów zabrał głos – Jeżeli mamy pecha, to kiedy rana była otwarta wdarło się zakażenie. Na razie trudno mi powiedzieć, poza tym nie jestem weterynarzem. Robię co mogę, uwierz mi.
Galia?
15 sierpnia 2018
Od Morrigana CD Galii
Wyleczyć konia. Kim on jest, weterynarzem? Jeszcze przed sekundą
Galia nie pozwoliła mu nawet podejść do zwierzęcia, teraz nagle zmienia
zdanie. Z drugiej strony stracenie odrobiny bandaży i kilku roślin przed
chwilą otrzymanych od dziewczyny nie była złą ceną za kolejny wór, tym
razem innych ziół. Pech chciał, że najwięcej osób przychodziło z
zacięciami i bolącym żołądkiem, bo niektórzy mutanci mieli zadziwiającą
potrzebę spożywania surowego mięsa. Nie każdy wiedział, że nie potrafi
tego trawić. Bez rumianku ani rusz w tej sytuacji, czy miał ochotę
zbliżać się do ogromnego ogiera Galii czy nie. Może gdyby należał do
kogoś innego, kogoś, kto nie powoduje, że wokół niego więdną kwiaty,
może zrobiłby to nawet z chęcią. Ale to raczej spore "może".
Wzdycha ostentacyjnie, przewracając oczami ale tak czy siak podchodzi do boksu. Słowa dziewczyny obijają się i jego czaszkę, w końcu nie chce dostać kopytem, uważnie wchodzi do boksu. Koń łypie na niego okiem, kładąc lekko uszy po sobie. Na tylnej nodze ma niedbale zawiązany bandaż zmokły od brunatnej krwi. Nie musi go odwiązywać, żeby zobaczyć, jak głęboka jest rana. Wykręca się spod boku konia, unikając w ostatniej chwili kopyta obierającego sobie na cel jego głowę. Noga trafia w ścianę boksu z niemiłym trzaskiem kiedy Tristan wysuwa się z wnętrza. Galia spotyka go z podniesionymi brwiami i rękami założonymi na biodrach, jakby od wczoraj czekała na diagnozę.
– Zostawiłem bandaże – wskazuje głową krzaki, za którymi stoi przywiązana Strzykwa z burknięciem. Galia wzdycha ciężko, jakby obecność Morrigana naprawdę działała jej na nerwy i on chce jej odpowiedzieć, że czuje to samo i chętnie w ogóle by tu nie przychodził ale bez słowa cofa się do linii gęstszych drzew. Jego problemy to jego problemy, ale jakimś cudem problemy całej osady też są jego problemami.
Strzykwa wita go głośnym rżeniem i tak mocnym machnięciem głowy, że wodze przywiązane do drzewa obijają się o jej łeb, przez co ona odskakuje z uszami położnymi płasko na potylicy. Zawsze nosiła w sobie niewykorzystane pokłady energii, jakby jej krótkie nóżki nie potrafiły zanieść jej dalej, niż jej dzikie serce. Mężczyzna odpina wieko sakwy przyczepionej do siodła wyciągając z niej kilka potrzebnych rzeczy, po chwili daje klaczy luźniejsze wodze, widząc jej podenerwowanie, bo zaraz odleci i połamie sobie nogi, jak nie da jej podrobić stępem wokół drzewa.
Osadnicy mówili, że żniwiarzy było tylko kilka, opisywali mutację bardziej jak ducha, chociaż właśnie przed nim stał jeden ze żniwiarzy, ba, jeden ze żniwiarzy kierował całą tą cholerną wioską. Mówili, że są niezwykle terytorialni, czemu z resztą Morrigan musiał przyznać rację, w końcu sama Galia powiedziała mu to prosto w twarz, mówili, że żniwiarze nie jedzą nic, bo żywią się śmiercią. Czy taka osoba może być na pozycji dyktatora wioski? Jaki to ma wszystko sens?
– A jak mu grzebałeś w ranie to nie bolało? – odbija piłeczkę z kwaśną miną i Tristan wstrzymuje się całym ciałem, żeby nie przewrócić oczami albo chociaż westchnąć ciężko. Nawet bez tego jego szansa na zdobycie potrzebnych ziół wisiała na włosku. Powstrzyma się. Dla dobra wioski.
Koń zaczyna kręcić się jeszcze bardziej, kiedy mężczyzna zaciska bandaż na jego opuchniętej nodze, dociskając go jak najmocniej może. Kiedy zawija materiał po raz drugi, czuje świst powietrza i chyba, chyba ogier zamachnął się na niego zębami ale nie trafił. Może specjalnie?
Po kilku minutach opatrunek jest gotowy, ciasno owinięty wokół podudzia karego konia, który ostatni raz próbuje trafić medyka drugą, niezranioną tylną nogą i Morriganowi udaje się uciec dosłownie w ostatniej chwili, bo czuje na ramieniu, którym zamyka boks, muśnięcie. Koń minął się z nim dosłownie o milimetry. Albo sekundy. Może jednak te kocie geny na coś mu się przydadzą.
Wzdycha ostentacyjnie, przewracając oczami ale tak czy siak podchodzi do boksu. Słowa dziewczyny obijają się i jego czaszkę, w końcu nie chce dostać kopytem, uważnie wchodzi do boksu. Koń łypie na niego okiem, kładąc lekko uszy po sobie. Na tylnej nodze ma niedbale zawiązany bandaż zmokły od brunatnej krwi. Nie musi go odwiązywać, żeby zobaczyć, jak głęboka jest rana. Wykręca się spod boku konia, unikając w ostatniej chwili kopyta obierającego sobie na cel jego głowę. Noga trafia w ścianę boksu z niemiłym trzaskiem kiedy Tristan wysuwa się z wnętrza. Galia spotyka go z podniesionymi brwiami i rękami założonymi na biodrach, jakby od wczoraj czekała na diagnozę.
– Zostawiłem bandaże – wskazuje głową krzaki, za którymi stoi przywiązana Strzykwa z burknięciem. Galia wzdycha ciężko, jakby obecność Morrigana naprawdę działała jej na nerwy i on chce jej odpowiedzieć, że czuje to samo i chętnie w ogóle by tu nie przychodził ale bez słowa cofa się do linii gęstszych drzew. Jego problemy to jego problemy, ale jakimś cudem problemy całej osady też są jego problemami.
Strzykwa wita go głośnym rżeniem i tak mocnym machnięciem głowy, że wodze przywiązane do drzewa obijają się o jej łeb, przez co ona odskakuje z uszami położnymi płasko na potylicy. Zawsze nosiła w sobie niewykorzystane pokłady energii, jakby jej krótkie nóżki nie potrafiły zanieść jej dalej, niż jej dzikie serce. Mężczyzna odpina wieko sakwy przyczepionej do siodła wyciągając z niej kilka potrzebnych rzeczy, po chwili daje klaczy luźniejsze wodze, widząc jej podenerwowanie, bo zaraz odleci i połamie sobie nogi, jak nie da jej podrobić stępem wokół drzewa.
Galia
ma ręce założone na piersi i naburmuszoną minę, Tristan mógłby
przysiąc, że wygląda jeszcze młodziej z takim grymasem wymalowanym na
twarzy, choć i tak nie może mieć więcej niż dwadzieścia lat.
Przynajmniej z wyglądu. Bez słowa rusza z powrotem do boksu wielkiego
konia, choć czuje, jak robi się jeszcze chłodniej, prawdopodobnie
zasługa dyktatorki o zaskakująco małym poczuciu wyrozumiałości względem
mieszkańców wioski, którą przewodziła. Kto by pomyślał.
Galia ani trochę nie lukrowała swoich poprzednich słów, rana jest dość spora i nieprzyjemnie ropieje, przesiąkając gęste po deszczu powietrze stęchłym, gryzącym zapachem, od którego Morriganowi mimowolnie marszczy się nos. Cholerne kocie geny, wszystko śmierdzi pięć razy mocniej.
Grzebie chwilę w torbie hojnie podarowanej przez niebieskooką. Jest sporo roślin, naprawdę sporo, dziewczyna musiała długo je zbierać, bo te głębiej schowane są niemal wysuszone na proszek, co może całą tą sytuację przedstawiać w lepszym świetle, bo już ususzone zioła łatwiej użyć do leczenia niż te ledwo co wyrwane z ziemi. Przy drzwiczkach boksu stoi wiadro pełne wody, która przynajmniej wygląda na czystą, więc po ściągnięciu brudnego opatrunku i fuknięciu w stronę Galii, żeby "wyrzuciła ten syf" , Morrigan zabiera się do przemywania rany, ochlapując napuchniętą nogę chłodną wodą. Ogier podrywa się kilka razy, parskając głośno i Tristan w pewnej chwili jest wręcz pewien, że dostanie mu się kopytem po twarzy, ale słyszy za sobą czyjś ściszony głos. Kątem oka zauważa Galię, która opiera dłonie na pysku konia, konia, który przed chwilą praktycznie wpadał w szał a teraz stoi niczym potulny baranek, z głową w jej ramionach. Wygląda na zadziwiająco spokojną, a takiej Galii Morrigan chyba nigdy nie spotkał, a miał szczęście się z nią mijać w osadzie nie raz.
Żniwiarz. Morriganowi dużo ta nazwa nie mówiła, choć po
wiosce panoszyły się różne plotki, które pozwalały opisać praktycznie
każdą osobę na wyspie, nawet, jeżeli nie znało się jej imienia. W pracy
nigdy nie stał oko w oko z osobami poddawanymi doświadczeniom i
modyfikacjom, więc trudno mu było z własnej wiedzy opisać postać. Jego
miejsce w Michigan było w laboratoriach, nad mikroskopami i innymi
maszynami, z dala od ludzi, z dala od prawdziwych eksperymentów. Takich, którym on sam został podany niecały rok później.Galia ani trochę nie lukrowała swoich poprzednich słów, rana jest dość spora i nieprzyjemnie ropieje, przesiąkając gęste po deszczu powietrze stęchłym, gryzącym zapachem, od którego Morriganowi mimowolnie marszczy się nos. Cholerne kocie geny, wszystko śmierdzi pięć razy mocniej.
Grzebie chwilę w torbie hojnie podarowanej przez niebieskooką. Jest sporo roślin, naprawdę sporo, dziewczyna musiała długo je zbierać, bo te głębiej schowane są niemal wysuszone na proszek, co może całą tą sytuację przedstawiać w lepszym świetle, bo już ususzone zioła łatwiej użyć do leczenia niż te ledwo co wyrwane z ziemi. Przy drzwiczkach boksu stoi wiadro pełne wody, która przynajmniej wygląda na czystą, więc po ściągnięciu brudnego opatrunku i fuknięciu w stronę Galii, żeby "wyrzuciła ten syf" , Morrigan zabiera się do przemywania rany, ochlapując napuchniętą nogę chłodną wodą. Ogier podrywa się kilka razy, parskając głośno i Tristan w pewnej chwili jest wręcz pewien, że dostanie mu się kopytem po twarzy, ale słyszy za sobą czyjś ściszony głos. Kątem oka zauważa Galię, która opiera dłonie na pysku konia, konia, który przed chwilą praktycznie wpadał w szał a teraz stoi niczym potulny baranek, z głową w jej ramionach. Wygląda na zadziwiająco spokojną, a takiej Galii Morrigan chyba nigdy nie spotkał, a miał szczęście się z nią mijać w osadzie nie raz.
Osadnicy mówili, że żniwiarzy było tylko kilka, opisywali mutację bardziej jak ducha, chociaż właśnie przed nim stał jeden ze żniwiarzy, ba, jeden ze żniwiarzy kierował całą tą cholerną wioską. Mówili, że są niezwykle terytorialni, czemu z resztą Morrigan musiał przyznać rację, w końcu sama Galia powiedziała mu to prosto w twarz, mówili, że żniwiarze nie jedzą nic, bo żywią się śmiercią. Czy taka osoba może być na pozycji dyktatora wioski? Jaki to ma wszystko sens?
Wilkołak
musiał nieźle przyłożyć koniowi, albo Galia źle przemyła ranę, bo nie
chce się do końca doczyścić, obok powolnie cieknącej ropy spływa prawie
już zaschnięta, ciemna krew, wszystko wokół niezwykle grubej, ciemnej
sierści. Wierzchowiec wierci się, wręcz skacząc w miejscu z
akompaniamentem kłapania zębami gdzieś w tle, gdy Tristan wkłada palce w
mięso, wyciągając kilka kosmyków ogona, które jakimś cudem wplątały się
w to wszystko. Musiał nieźle biec podczas, gdy został zraniony bo
opuchlizna wcale nie jest taka mała. Przynajmniej nie wygląda na
zakażenie.
W lnianej torbie jakimś cudem znajduje żywokost i dziękuje czemukolwiek, co jest tam na niebie, bo bez rumianku i nagietka i tak szlag go trafia, w końcu to najłatwiej dostępne zioła na rany, ale oczywiście na nie musi sobie zasłużyć.
Ściera grubą łodygę i korzeń o ścianę boksu, bo, co może być wręcz cudem, roślina jest schowana w całości, wraz z odrobiną ziemi, która musiała zostać wyrwana przy okazji. Nie dostaje dużo proszku, ale i to lepsze niż nic. Sypie korzeń na rozwinięty bandaż, który rozłożył na kolanach, w lnianej torbie znajduje się nawet arnika, dziewczyna musiała robić sobie wycieczki w góry, bo chyba nigdzie indziej nie rosły te rośliny. W dłoniach rozdrabnia żółte kwiaty, słysząc gdzieś za sobą kojące słówka Galii szeptane w stronę jej rumaka, który z każdą sekundą wypełnioną jej głosem rozluźniał się coraz bardziej. Gdy wszystkie potrzebne rośliny leżą płasko na pasku materiału, Morrigan odwraca głowę w stronę dziewczyny, która od razu rzuca mu wściekłe spojrzenie spod zmarszczonych brwi.
– Teraz może boleć. Zakładam opatrunek.W lnianej torbie jakimś cudem znajduje żywokost i dziękuje czemukolwiek, co jest tam na niebie, bo bez rumianku i nagietka i tak szlag go trafia, w końcu to najłatwiej dostępne zioła na rany, ale oczywiście na nie musi sobie zasłużyć.
Ściera grubą łodygę i korzeń o ścianę boksu, bo, co może być wręcz cudem, roślina jest schowana w całości, wraz z odrobiną ziemi, która musiała zostać wyrwana przy okazji. Nie dostaje dużo proszku, ale i to lepsze niż nic. Sypie korzeń na rozwinięty bandaż, który rozłożył na kolanach, w lnianej torbie znajduje się nawet arnika, dziewczyna musiała robić sobie wycieczki w góry, bo chyba nigdzie indziej nie rosły te rośliny. W dłoniach rozdrabnia żółte kwiaty, słysząc gdzieś za sobą kojące słówka Galii szeptane w stronę jej rumaka, który z każdą sekundą wypełnioną jej głosem rozluźniał się coraz bardziej. Gdy wszystkie potrzebne rośliny leżą płasko na pasku materiału, Morrigan odwraca głowę w stronę dziewczyny, która od razu rzuca mu wściekłe spojrzenie spod zmarszczonych brwi.
– A jak mu grzebałeś w ranie to nie bolało? – odbija piłeczkę z kwaśną miną i Tristan wstrzymuje się całym ciałem, żeby nie przewrócić oczami albo chociaż westchnąć ciężko. Nawet bez tego jego szansa na zdobycie potrzebnych ziół wisiała na włosku. Powstrzyma się. Dla dobra wioski.
Koń zaczyna kręcić się jeszcze bardziej, kiedy mężczyzna zaciska bandaż na jego opuchniętej nodze, dociskając go jak najmocniej może. Kiedy zawija materiał po raz drugi, czuje świst powietrza i chyba, chyba ogier zamachnął się na niego zębami ale nie trafił. Może specjalnie?
Po kilku minutach opatrunek jest gotowy, ciasno owinięty wokół podudzia karego konia, który ostatni raz próbuje trafić medyka drugą, niezranioną tylną nogą i Morriganowi udaje się uciec dosłownie w ostatniej chwili, bo czuje na ramieniu, którym zamyka boks, muśnięcie. Koń minął się z nim dosłownie o milimetry. Albo sekundy. Może jednak te kocie geny na coś mu się przydadzą.
Morrigan otrzepuje nogawki spodni z siana, w którym klęczał i już chce wyciągnąć w stronę Galii otwartą dłoń, bo w końcu coś mu się należy, gdy słyszy osobliwie zdziwiony głos dziewczyny.
– Co ty tu robisz? – ciche rżenie, które Mor rozpozna wszędzie podrywa jego głowę w górę, by zobaczyć przed sobą niebieskooką z ręką w stronę klaczy, która rozgląda się po otoczeniu z nastroszonymi uszami i wodzami na ziemi. Oczywiście, ta mała świruska musiała się urwać, inaczej ten dzień nie byłby zbyt ciekawy.
– Strzyga, jak– nie ma nawet siły zadawać pytań w stronę klaczy, bo dobrze wie, że ta mu nie odpowie. Kobyła słyszy swoje imię i podnosi łeb w górę, by zauważyć potężnego konia stojącego w zagrodzie niecałe kilka kroków od niej i wyrywa się dziewczynie, by podejść do rumaka. Tristan nie ma siły nawet powstrzymywać wierzchowca bo dobrze wie, że tak czy siak mu się wyrwie, więc jedynie kręci głową, zwracając swoją uwagę na Galię bacznie obserwującą ich dwójkę – Nieważne, teraz poproszę pozostałe zioła.
– Co z nim? – dziewczyna wskazuje brodą na swojego rumaka, który w sekundzie, gdy Morrigan odwraca w jego stronę głowę, raczy bułaną klacz zębami, na co ona reaguje kwikiem i mało zgrabnym odskokiem w bok. Po chwili traci zainteresowanie i, niby naburmuszona, wraca do swojego właściciela ze spuszczonym łbem.
– Trzeba zmieniać opatrunek co około dziesięć godzin – wyciąga z lnianej torby kilka roślin i podaje je dziewczynie, która bierze je w dłonie z lekko zmarszczonymi brwiami. Wiatr traci lekko na sile – rozcieraj to i kładź na bandażu. Nie wygląda na zakażone, ale gdyby coś się działo, chyba wiesz, gdzie mnie znaleźć. Przynajmniej powinnaś. A teraz poproszę rumianek i nagietek.
– Co ty tu robisz? – ciche rżenie, które Mor rozpozna wszędzie podrywa jego głowę w górę, by zobaczyć przed sobą niebieskooką z ręką w stronę klaczy, która rozgląda się po otoczeniu z nastroszonymi uszami i wodzami na ziemi. Oczywiście, ta mała świruska musiała się urwać, inaczej ten dzień nie byłby zbyt ciekawy.
– Strzyga, jak– nie ma nawet siły zadawać pytań w stronę klaczy, bo dobrze wie, że ta mu nie odpowie. Kobyła słyszy swoje imię i podnosi łeb w górę, by zauważyć potężnego konia stojącego w zagrodzie niecałe kilka kroków od niej i wyrywa się dziewczynie, by podejść do rumaka. Tristan nie ma siły nawet powstrzymywać wierzchowca bo dobrze wie, że tak czy siak mu się wyrwie, więc jedynie kręci głową, zwracając swoją uwagę na Galię bacznie obserwującą ich dwójkę – Nieważne, teraz poproszę pozostałe zioła.
– Co z nim? – dziewczyna wskazuje brodą na swojego rumaka, który w sekundzie, gdy Morrigan odwraca w jego stronę głowę, raczy bułaną klacz zębami, na co ona reaguje kwikiem i mało zgrabnym odskokiem w bok. Po chwili traci zainteresowanie i, niby naburmuszona, wraca do swojego właściciela ze spuszczonym łbem.
– Trzeba zmieniać opatrunek co około dziesięć godzin – wyciąga z lnianej torby kilka roślin i podaje je dziewczynie, która bierze je w dłonie z lekko zmarszczonymi brwiami. Wiatr traci lekko na sile – rozcieraj to i kładź na bandażu. Nie wygląda na zakażone, ale gdyby coś się działo, chyba wiesz, gdzie mnie znaleźć. Przynajmniej powinnaś. A teraz poproszę rumianek i nagietek.
Galia?
13 sierpnia 2018
Od Morrigana CD Galii
Gdyby ktoś powiedział, że nie zna Morrigana, na pewno by kłamał, albo przynajmniej naginał prawdę. Wszyscy w osadzie chociaż raz słyszeli o Morriganie. Tym, który wyleczy praktycznie wszystko, wie zdecydowanie za dużo
o mutantach i innych potworach wyrzucanych na wyspę, tym, który
ukradkiem sprzedaje plecionki i każe nikomu nie wspominać, że to od
niego handlarze dostali szaliki i czapki we wszystkich kolorach, tym,
którego znajdziesz czytającego książkę w środku nocy, bez żadnego
światła. Ale kim tak naprawdę jest Morrigan? Tego chyba nawet on nie
wie.
Padać
przestaje następnego dnia, co wydawało się wręcz cudem, albo klątwą
wymierzoną prosto w Tristana, bo miał ambitne plany przespania kolejnego
dnia bez rannych osadników wciskających się im do przychodni. Wszyscy
są zajęci wspominanymi cichaczem w spokojnych rozmowach zamieszkami, bo
podobno kilka osób jakimś cudem dostało się do wioski nie należąc do
niej i to oni powodowali cały ten zamęt. Jakimś cudem to powstrzymywało
wszystkich od przycinania sobie palców, albo gorzej, nadziewania się na
ostre gałęzie lub, broń boże, sztylety samotników.
Błoto jest głębokie i każdy krok powoduje cichy chlupot, bez względu na to, jak człowiek szedł, więc kiedy Tristan zatrzaskuje za sobą drzwi chaty, rzucając Harry urwane pożegnanie (ona jedynie zerknęła na niego znad sterty książek, które jakimś cudem skumulowała i nie odpowiedziała) jedyne, co mógł usłyszeć oprócz głosów osadników to chrzęst błota.Na szczęście jeszcze przed ulewami kilku budowniczym udało się postawić nowy dach stajni, rozbudowanej o kilka przegród, bo wierzchowców z dnia na dzień pojawiało się jeszcze więcej. Chociaż deszcz już nie pada, chłodny wiatr przeciska się przez ubrania Morrigana, który klnie cicho w myślach na siebie, że nie ubrał się jeszcze cieplej.
Strzyga zawsze była niezwykle ciekawskim koniem, czym przypominała swojego jeźdźca, choć Tristan przysiągłby na wszystko, że jego ciekawość nie jest na tak bliskim skraju głupoty, jak klaczy, która swoje miękkie chrapy wcisnęłaby wszędzie, byleby tylko zobaczyć nowe rzeczy. Dlatego też szybko dostosowała się do nowego miejsca, jakim była wioska i do właściciela, którym stał się mężczyzna, niecały tydzień po znalezieniu osamotnionego konia w dziczy. Wita się głośnym parsknięciem z Morriganem, zginając krótką szyję w łuk, na co on odpowiada lekkim klepnięciem kobyły w bok i ciśnięciem małego jabłka w jej stronę.
Grząska ziemia nie wydaje się problemem dla klaczy, która już osiodłana, drobi kroki po mokrym podłożu z wysoko podniesioną głową, jakby chciała od wszystkich mieszkańców zebrać komplementy. I prawdopodobnie jedzenie.
Strażnicy stoją w granicach wioski niczym wilki z obnażonymi kłami, broniąc wyjścia. Z ich warkotu Morrigan potrafi zrozumieć tylko parę słów, w dodatku ten, który stoi najbliżej Strzygi cuchnie mokrym psem, więc to pewnie wilkołak. W wiosce są intruzi i jest zakaz wypuszczania kogokolwiek. Medyk żegna ich machnięciem głowy i ogromną chęcią, żeby rzucić w ich stronę jeden z jednoznacznych gestów, ale powstrzymuje się, stępując w stronę drugiego końca wioski bo tam, podobno, przesiaduje dyktator a wszelkie zachcianki trzeba kierować do niej.Z każdym krokiem w stronę obozowiska robi się coraz zimniej i Morrigan szczerze żałuje, że nie zabrał ze sobą ciepłego szalika. Nawet Strzyga czuje, że coś jest nie tak, bo gdy w oddali majaczy już się coś podobne do biwaku, zaczyna rżeć, kręcąc łbem i wspinając się co jakiś czas na tylne nogi. Kiedy jest już tak źle, że klacz nie daje się ruszyć, bo zapiera się kopytami w bagnie, Tristan przywiązuję ciężko dyszącą klacz do jednego z grubszych drzew. Wygląda żałośnie, po kolana ma błoto i lekko drży i Tristan sam nie jest pewien, czy to on wygląda gorzej, czy klacz.
W zacienionym fragmencie niewielkiej polany siedzi drobna osóbka, za zmarszczonymi brwiami, pochylona nad czymś. Morrigan miał już przyjemność spotkać Galię, obecną dyktatorkę, ze swoimi świdrującymi niebieskimi oczami i ciętym językiem. Może nie była jego ulubioną postacią zamieszkującą osadę, ale z drugiej strony, kto był?
Trzask
łamanych gałęzi podrywa go ze snu, choć mógłby równie dobrze nie spać,
wieczne deszcze nawiedzające wyspę i wiatry, które przeszywały człowieka
na wskroś nie pozwalały nikomu na odpoczynek. Szczególnie Tristanowi,
któremu pierwsze efekty mutacji dawały w kość, swąd przesiąkniętego wodą
futra, krople stukające o dach, który miejscami dziurawy, dawał im
wejście do wnętrza chaty. Strażnicy mówili, że znajdą kogoś do naprawy
budynku, bo w końcu medycy są najważniejsi ale przez kilka dni
pełnych nawałnic nikt się nie zjawił i, szczerze mówiąc, Morrigan miał
tego wszystkiego już po dziurki w nosie.
Ledwo wstał a drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, by wpuścić do środka zimny wiatr i cholera, jeszcze więcej deszczu? Po chwili, za zamkniętymi pośpiesznie drzwiami pojawiła się drobna osóbka.
– Czy ciebie już doszczętnie szlag trafił? – Morrigan pociera twarz z pomrukiem, kiedy rozpoznaje w postaci zielonooką latorośl, Harry, z którą przyszło mu pracować. W Michigan nie byłoby takich problemów, myśli, ale po chwili przypomina sobie, co tak naprawdę było w Michigan. Jeszcze więcej takich dzieciaków, trzymanych w ciasnych pomieszczeniach. Tu przynajmniej były prawdziwe lasy, prawdziwa ziemia, prawdziwe niebo, to cholerne niebo, z którego pada od kilku dni nieprzerwanie.
Mimo tego, że czuł się zmuszony do współpracy z dziewczyną, wcale nie wychodziło im to źle. Oboje mało mówili, wystarczyło im kiwnięcie głową czy odchrząknięcie na porozumienie i oboje byli z tej transakcji zadowoleni. Dzieciak dobrze radził sobie w zawodzie, nie mógł ukryć. Choć, no cóż, on radził sobie lepiej.
Harry nie odpowiada na zadane przez niego pytanie, jedynie strząsa pojedyncze kwiaty z przemoczonych włosów, marszcząc brwi. Tristan dowiedział się wcześniej od któregoś z osadników, że jej podali jeden z roślinnych genów, tworząc ją nimfą. Po co?, tego nikt nie wie, ale zapewne dlatego szlajała się po lesie w środku nocy, wśród bardziej swoich, drzewek i chwastów.
– Brakuje nam ziół – mówi chacie rozpłynął się zapach lasu, więc domyśla się, że dziewczyna całkiem niedawno wróciła do swej ludzkiej formy – trzeba wejść głębiej w las. Za wioskę.
Morrigan wie, co oznacza niema prośba zawisła w powietrzu. On ma wyjechać dalej, bo któreś z nich musi zostać w osadzie, a w końcu to on ma wierzchowca, więc jemu to szybciej pójdzie. Mógłby pokłócić się nieco z dziewczyną, przecież ona jest związana z naturą, czy jej nie byłoby łatwiej zbierać rośliny?, ale jest zmęczony. Deszczem, chłodem, no i tymi szemranymi zamieszkami, o których mruczą osadnicy w ciemnych alejkach, szukając kogoś, kogokolwiek, żeby poplotkować. W końcu w tej dziczy mało kto zachowuje się jeszcze jak człowiek, jak osoba, która wiedzie normalne życie, a nie została porzucona na jakiejś cholernej wyspie po środku niczego-
– Po wschodzie wyruszę – wywraca oczami tak bardzo, że po chwili czuje, jakby ktoś wbił sztylet w jego skroń. Ciężkie krople deszczu biją o okiennice, przyprawiając go o dreszcz. Czy zawsze nie lubił deszczu, czy to te cholerne kocie geny płatały mu figle? – Albo jak przestanie padać.
Ledwo wstał a drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, by wpuścić do środka zimny wiatr i cholera, jeszcze więcej deszczu? Po chwili, za zamkniętymi pośpiesznie drzwiami pojawiła się drobna osóbka.
– Czy ciebie już doszczętnie szlag trafił? – Morrigan pociera twarz z pomrukiem, kiedy rozpoznaje w postaci zielonooką latorośl, Harry, z którą przyszło mu pracować. W Michigan nie byłoby takich problemów, myśli, ale po chwili przypomina sobie, co tak naprawdę było w Michigan. Jeszcze więcej takich dzieciaków, trzymanych w ciasnych pomieszczeniach. Tu przynajmniej były prawdziwe lasy, prawdziwa ziemia, prawdziwe niebo, to cholerne niebo, z którego pada od kilku dni nieprzerwanie.
Mimo tego, że czuł się zmuszony do współpracy z dziewczyną, wcale nie wychodziło im to źle. Oboje mało mówili, wystarczyło im kiwnięcie głową czy odchrząknięcie na porozumienie i oboje byli z tej transakcji zadowoleni. Dzieciak dobrze radził sobie w zawodzie, nie mógł ukryć. Choć, no cóż, on radził sobie lepiej.
Harry nie odpowiada na zadane przez niego pytanie, jedynie strząsa pojedyncze kwiaty z przemoczonych włosów, marszcząc brwi. Tristan dowiedział się wcześniej od któregoś z osadników, że jej podali jeden z roślinnych genów, tworząc ją nimfą. Po co?, tego nikt nie wie, ale zapewne dlatego szlajała się po lesie w środku nocy, wśród bardziej swoich, drzewek i chwastów.
– Brakuje nam ziół – mówi chacie rozpłynął się zapach lasu, więc domyśla się, że dziewczyna całkiem niedawno wróciła do swej ludzkiej formy – trzeba wejść głębiej w las. Za wioskę.
Morrigan wie, co oznacza niema prośba zawisła w powietrzu. On ma wyjechać dalej, bo któreś z nich musi zostać w osadzie, a w końcu to on ma wierzchowca, więc jemu to szybciej pójdzie. Mógłby pokłócić się nieco z dziewczyną, przecież ona jest związana z naturą, czy jej nie byłoby łatwiej zbierać rośliny?, ale jest zmęczony. Deszczem, chłodem, no i tymi szemranymi zamieszkami, o których mruczą osadnicy w ciemnych alejkach, szukając kogoś, kogokolwiek, żeby poplotkować. W końcu w tej dziczy mało kto zachowuje się jeszcze jak człowiek, jak osoba, która wiedzie normalne życie, a nie została porzucona na jakiejś cholernej wyspie po środku niczego-
– Po wschodzie wyruszę – wywraca oczami tak bardzo, że po chwili czuje, jakby ktoś wbił sztylet w jego skroń. Ciężkie krople deszczu biją o okiennice, przyprawiając go o dreszcz. Czy zawsze nie lubił deszczu, czy to te cholerne kocie geny płatały mu figle? – Albo jak przestanie padać.
Błoto jest głębokie i każdy krok powoduje cichy chlupot, bez względu na to, jak człowiek szedł, więc kiedy Tristan zatrzaskuje za sobą drzwi chaty, rzucając Harry urwane pożegnanie (ona jedynie zerknęła na niego znad sterty książek, które jakimś cudem skumulowała i nie odpowiedziała) jedyne, co mógł usłyszeć oprócz głosów osadników to chrzęst błota.Na szczęście jeszcze przed ulewami kilku budowniczym udało się postawić nowy dach stajni, rozbudowanej o kilka przegród, bo wierzchowców z dnia na dzień pojawiało się jeszcze więcej. Chociaż deszcz już nie pada, chłodny wiatr przeciska się przez ubrania Morrigana, który klnie cicho w myślach na siebie, że nie ubrał się jeszcze cieplej.
Strzyga zawsze była niezwykle ciekawskim koniem, czym przypominała swojego jeźdźca, choć Tristan przysiągłby na wszystko, że jego ciekawość nie jest na tak bliskim skraju głupoty, jak klaczy, która swoje miękkie chrapy wcisnęłaby wszędzie, byleby tylko zobaczyć nowe rzeczy. Dlatego też szybko dostosowała się do nowego miejsca, jakim była wioska i do właściciela, którym stał się mężczyzna, niecały tydzień po znalezieniu osamotnionego konia w dziczy. Wita się głośnym parsknięciem z Morriganem, zginając krótką szyję w łuk, na co on odpowiada lekkim klepnięciem kobyły w bok i ciśnięciem małego jabłka w jej stronę.
Grząska ziemia nie wydaje się problemem dla klaczy, która już osiodłana, drobi kroki po mokrym podłożu z wysoko podniesioną głową, jakby chciała od wszystkich mieszkańców zebrać komplementy. I prawdopodobnie jedzenie.
Strażnicy stoją w granicach wioski niczym wilki z obnażonymi kłami, broniąc wyjścia. Z ich warkotu Morrigan potrafi zrozumieć tylko parę słów, w dodatku ten, który stoi najbliżej Strzygi cuchnie mokrym psem, więc to pewnie wilkołak. W wiosce są intruzi i jest zakaz wypuszczania kogokolwiek. Medyk żegna ich machnięciem głowy i ogromną chęcią, żeby rzucić w ich stronę jeden z jednoznacznych gestów, ale powstrzymuje się, stępując w stronę drugiego końca wioski bo tam, podobno, przesiaduje dyktator a wszelkie zachcianki trzeba kierować do niej.Z każdym krokiem w stronę obozowiska robi się coraz zimniej i Morrigan szczerze żałuje, że nie zabrał ze sobą ciepłego szalika. Nawet Strzyga czuje, że coś jest nie tak, bo gdy w oddali majaczy już się coś podobne do biwaku, zaczyna rżeć, kręcąc łbem i wspinając się co jakiś czas na tylne nogi. Kiedy jest już tak źle, że klacz nie daje się ruszyć, bo zapiera się kopytami w bagnie, Tristan przywiązuję ciężko dyszącą klacz do jednego z grubszych drzew. Wygląda żałośnie, po kolana ma błoto i lekko drży i Tristan sam nie jest pewien, czy to on wygląda gorzej, czy klacz.
W zacienionym fragmencie niewielkiej polany siedzi drobna osóbka, za zmarszczonymi brwiami, pochylona nad czymś. Morrigan miał już przyjemność spotkać Galię, obecną dyktatorkę, ze swoimi świdrującymi niebieskimi oczami i ciętym językiem. Może nie była jego ulubioną postacią zamieszkującą osadę, ale z drugiej strony, kto był?
– Potrzebuję
wyjść poza granicę – mówi po chwili, a białe kosmyki powiewają na
wietrze, gdy Galia podnosi wzrok znad papierów na jej kolanach.
– A ja bym chciała dostać nową kolekcję broni i frytki do tego. To nie koncert życzeń, więc możesz już sobie iść – wygląda, jakby miała ochotę odejść bez słowa zamiast odzywać się do niego i Tristan w głębi duszy ma ochotę zrobić to samo, powiedzieć tylko, że wychodzi i ruszyć galopem w las, ale dobrze wie, że to nie skończy się dla nikogo dobrze. Tym bardziej, że Strzyga nie ma ani krzty chęci poruszania się wokół dyktatorki.
– A ja bym chciała dostać nową kolekcję broni i frytki do tego. To nie koncert życzeń, więc możesz już sobie iść – wygląda, jakby miała ochotę odejść bez słowa zamiast odzywać się do niego i Tristan w głębi duszy ma ochotę zrobić to samo, powiedzieć tylko, że wychodzi i ruszyć galopem w las, ale dobrze wie, że to nie skończy się dla nikogo dobrze. Tym bardziej, że Strzyga nie ma ani krzty chęci poruszania się wokół dyktatorki.
– Chyba mnie nie zrozumiałaś. Chcę wyjść – robi
kilka kroków w stronę dziewczyny, bo czuje, jak jego stopy toną w
błocie. Chociaż nikomu w przeciągu czterdziestu ośmiu godzin nie
przypałętał się do lecznicy z przebitym bokiem, asortyment warto by
uzupełnić.
– Nie, to ty nie zrozumiałeś. Jestem dyktatorką, a ty jesteś na moim terenie – chłód przenika go do kości i teraz już wie, że to nie jedynie zasługa pogody pod psem, ta dziewczyna coś knuje. Czyżby sama dyktatorka nie wiedziała, kim jest Morrigan? To niedorzeczne. Marszczy brwi, chcąc coś powiedzieć, ale niebieskooka wyprzedza go, wstając, gotowa do ataku. Gdyby miała sierść, dawno byłaby już nastroszona – przemieszczanie się przez granicę jest kategorycznie zabronione, a ja mogę i muszę bronić swojego terenu, dlatego też pożałujesz, jeśli grzecznie stąd teraz nie odejdziesz. No, chyba że masz zamiar spędzić kilkanaście nocy w lochu, pięć metrów po ziemią. Albo piętnaście, w trumnie.
Wygląda, jakby naprawdę miała ochotę go uderzyć, więc Tristan cofa się kilka kroków, słysząc odległe rżenie Strzygi, stłumione przez świszczący, lodowaty wiatr.
– Żartujesz sobie – Galia jeży się jeszcze bardziej, gotowa do ataku. Co za dzikus, to aż niemożliwe – Jestem medykiem, co prawdopodobnie dobrze wiesz. Brakuje nam ziół, wiesz, do leczenia ludzi? Muszę wyjechać. Chyba nie chcesz, żeby na twoim terenie zdychali kolejni ludzie, co?
– Nie, to ty nie zrozumiałeś. Jestem dyktatorką, a ty jesteś na moim terenie – chłód przenika go do kości i teraz już wie, że to nie jedynie zasługa pogody pod psem, ta dziewczyna coś knuje. Czyżby sama dyktatorka nie wiedziała, kim jest Morrigan? To niedorzeczne. Marszczy brwi, chcąc coś powiedzieć, ale niebieskooka wyprzedza go, wstając, gotowa do ataku. Gdyby miała sierść, dawno byłaby już nastroszona – przemieszczanie się przez granicę jest kategorycznie zabronione, a ja mogę i muszę bronić swojego terenu, dlatego też pożałujesz, jeśli grzecznie stąd teraz nie odejdziesz. No, chyba że masz zamiar spędzić kilkanaście nocy w lochu, pięć metrów po ziemią. Albo piętnaście, w trumnie.
Wygląda, jakby naprawdę miała ochotę go uderzyć, więc Tristan cofa się kilka kroków, słysząc odległe rżenie Strzygi, stłumione przez świszczący, lodowaty wiatr.
– Żartujesz sobie – Galia jeży się jeszcze bardziej, gotowa do ataku. Co za dzikus, to aż niemożliwe – Jestem medykiem, co prawdopodobnie dobrze wiesz. Brakuje nam ziół, wiesz, do leczenia ludzi? Muszę wyjechać. Chyba nie chcesz, żeby na twoim terenie zdychali kolejni ludzie, co?
Galia?
12 sierpnia 2018
Nowy osadnik - Morrigan
![]() |
| stonelions |
Imię i nazwisko: Tristan Montague
Wiek: 25 lat, może odrobinę mniej, może więcej
Data urodzenia: 19.10
Numer: 007
Modyfikacja genetyczna: kotołak
Etap modyfikacji: 1
Status: osadnik
Stanowisko: medyk
Aparycja: Mało kto potrafi wtopić się w tłum, jak Tristan. Mężczyzna mierzy sobie nieco powyżej metra osiemdziesięciu, ot, całkowita przeciętność. Wagowo też się nie wyróżnia, na pewno nie jest chudszy niż pospolity przechodzeń, może jest nawet odrobinę cięższy, warto jednak dodać, że to dzięki, albo może przez modyfikację jego mięśnie kończyn rozbudowały się, dzięki czemu nie ma najmniejszego problemu z przenoszeniem ciężkich rzeczy, czy też szybkim biegiem. Oczy, niegdyś niemalże czarne, nabrały bardziej bursztynowego koloru, wciąż ciemne, jednak w mroku migoczą, jak na kocie oczy przystało, co może przestraszyć niejednego, który natknie się na Morrigana pod osłoną nocy. Dzięki nim mężczyzna bez problemu porusza się w ciemności, więc potrafi przesiedzieć całe noce w nieoświetlonej kwaterze, krzątając się po niej, bez potrzeby zapalenia jakiejkolwiek świecy. Oprócz tego kły Tristana wyostrzyły i wydłużyły się, dając im drapieżny, koci wygląd. Dużo się nie uśmiecha, więc tak naprawdę mało kto widział zęby w ich pełnej krasie, ale tak czy siak nie wyglądają bardzo nieludzko.
Mocne, egzotyczne słońce, w którym spędzał dzieciństwo nie pozwoliło jego karnacji być bladą. Kolor skóry Montague można spokojnie zaliczyć do tych ciemniejszych, w odcieniem przypominająca cynamon lub orzech włoski. Jego ciemnoczekoladowe włosy są w wiecznym nieładzie, fale często spadają mu na twarz, choć nie może założyć ich za uszy, bo z reguły obcina je przed dojściem do takiego stanu, by mógł je związać. Bok i tył głowy są krócej obcięte, przy skórze, tak ot, dla wygody. Kształtną szczękę okala ciemny zarost, który nad pełnymi ustami przybiera formę wąsów, zakrzywionych w specyficzny sposób. Gęste brwi najczęściej są zmarszczone, bo tak naprawdę trudno znaleźć Morrigana, który nie jest zamyślony, albo chociaż na czymś skupiony. No i ten nieobecny wzrok, zapatrzony gdzieś w dal, w punkt, którego nikt nie potrafi znaleźć; chyba, że ma przed sobą rannego, wtedy cała ta melancholia znika i jedyne, co można wyczytać w jego bursztynowych oczach, to determinacja.
Co do ubrań, nie skupia na nich większej uwagi, choć warto dodać, że jest wrażliwy na chłód, więc jeśli tylko temperatura spada, zacznie zakładać grubsze koszule i swetry, a jak co do czego dojdzie to nawet futra. Ceni sobie wszelkie peleryny z kapturami, lubi stworzyć wokół siebie atmosferę tajemniczości.
Charakter:
Z Tristana jest taka trochę enigma, zamknięta w skrytce stara książka,
której za cholerę nie potrafisz zdobyć. Mówi naprawdę mało, tylko kiedy
musi. Raczej nie chodzi tu o nieśmiałość, może po prostu niechętny do
nawiązywania znajomości, może woli raczej stać z boku niż w tłumie, może
to czyste lenistwo lub arogancja. Chociaż nie mówi dużo, to nie musi w
ogóle się odzywać, żeby przekazać swoją wiadomość - a to wzruszy
ramionami, to przewróci oczami, zmarszczy czoło, westchnie, zaciśnie
szczękę czy przymruży oczy. Jeżeli już zabiera głos, używa w swoich
wypowiedziach sarkazmu, przez co może wydawać się opryskliwy. Jedynym
wyjątkiem, w którym nie omieszka się głośno wygłosić swojej opinii, jest
jakiś spór, czy osoba, której poglądy nie zgadzają się z jego własnymi.
Z początku może wydawać się kompletnym egoistą, ale w głębi duszy jest empatyczny i cholernie nadopiekuńczy; oczywiście nie będzie tego pokazywał po sobie, nie nie nie, ale bez skrupułów zbeszta cię za to, że ruszyłeś się z miejsca bez jego wiedzy, czy dotknąłeś czegoś bez jego zgody. Niewiarygodnie pewny siebie, nigdy nie traci odwagi i przeświadczenia o swojej racji. Uparciuch jakich mało, będzie stał po swojej stronie i nie zmieni zdania nawet, jeżeli zdaje sobie sprawę, że stoi po złej stronie konfliktu. Dobrze wie, że jest inteligentny i nie zawaha się powiedzieć ci w twarz, że on wie lepiej, niż ty. Rzadko kiedy liczy się z opinią innych, ma ją całkowicie w poważaniu. W końcu to on wie lepiej, prawda? Może i jest szczery do bólu, ale przynajmniej nie kłamie.
Wiecznie zmęczony, czy to po prostu życiem, czy konkretną rzeczą, którą robi; maruda, która będzie narzekać na wszystko i wszystkich kiedy tylko ma na to okazję, w końcu cholera, został pozostawiony na pastwę losu w dziczy za walczenie w dobrej sprawie, kto na to zasługuje? Ogólnie Morrigana charakteryzuje apatyczne zachowanie. Cichy, spokojny, powolny w ruchu, a w dodatku dość leniwy - jeżeli nie będzie musiał wyjść z domu, nie zrobi tego, będzie odkładał wszystko na ostatnią chwilę.
Chociaż to ciekawość wplątała go w to wszystko i tak naprawdę jest źródłem wszystkich problemów Tristana, mężczyzna nie stracił na niej ani trochę. Wciska nos w nie swoje sprawy, choć robi to nader dyskretnie, nauczony na własnych błędach, lubi bawić się w detektywa, rozwiązując problemy innych, albo, jeszcze lepiej, zapamiętując wszystkie plotki, które usłyszy, bo nie tylko rzeczy materialne się sprzedają, informacje mają swoją cenę i to dość wysoką.
Chaotyczny w tej swojej dobroci i praworządności, bo zrobi wszystko, żeby sprawiedliwość trafiła każdego, kto czynił złe rzeczy. Pomocną dłoń wyciągnie do praktycznie każdego, jest skory do pomocy i uwierz, że jeżeli będziesz go potrzebować, to przybiegnie z pomocą, nawet jeżeli jego krok będzie zaakompaniowany ciężkim wzdychaniem i narzekaniem. Jego zaufanie bardzo trudno zdobyć i tak naprawdę każdą osobę, nawet mu najbliższą, ma na oku i trzyma dystans. Tak w razie czego.
Powagi mu nie brakuje i tak naprawdę wśród innych ukazuje mało emocji, szczególnie tych mocniejszych. Ciężko jest go wytrącić z równowagi, ale potrafi być chamski i opryskliwy, kiedy tego potrzeba; nie zawaha się też użyć siły jeżeli słowa nie pomogą. Szybko traci kontrolę nad swoim gniewem, zdarzyło się mu zbić kilka talerzy (i kilka twarzy) w napływie złości (choć najczęściej bójki zostawiają go z podbitym okiem lub posiniaczonymi żebrami w jakiejś ciemniej alejce). Choć próbuje nie pokazywać tego po sobie, Tristan szybko traci cierpliwość i się irytuje, często wymyka mu się jakiś niemiły docinek. Ma wiele pomysłów, które zawsze dopina na ostatni guzik; nie zostawia spraw niedokończonych. Nigdy nie traci zimnej krwi, nawet, kiedy jest to wręcz niemożliwe dla innych.
Z początku może wydawać się kompletnym egoistą, ale w głębi duszy jest empatyczny i cholernie nadopiekuńczy; oczywiście nie będzie tego pokazywał po sobie, nie nie nie, ale bez skrupułów zbeszta cię za to, że ruszyłeś się z miejsca bez jego wiedzy, czy dotknąłeś czegoś bez jego zgody. Niewiarygodnie pewny siebie, nigdy nie traci odwagi i przeświadczenia o swojej racji. Uparciuch jakich mało, będzie stał po swojej stronie i nie zmieni zdania nawet, jeżeli zdaje sobie sprawę, że stoi po złej stronie konfliktu. Dobrze wie, że jest inteligentny i nie zawaha się powiedzieć ci w twarz, że on wie lepiej, niż ty. Rzadko kiedy liczy się z opinią innych, ma ją całkowicie w poważaniu. W końcu to on wie lepiej, prawda? Może i jest szczery do bólu, ale przynajmniej nie kłamie.
Wiecznie zmęczony, czy to po prostu życiem, czy konkretną rzeczą, którą robi; maruda, która będzie narzekać na wszystko i wszystkich kiedy tylko ma na to okazję, w końcu cholera, został pozostawiony na pastwę losu w dziczy za walczenie w dobrej sprawie, kto na to zasługuje? Ogólnie Morrigana charakteryzuje apatyczne zachowanie. Cichy, spokojny, powolny w ruchu, a w dodatku dość leniwy - jeżeli nie będzie musiał wyjść z domu, nie zrobi tego, będzie odkładał wszystko na ostatnią chwilę.
Chociaż to ciekawość wplątała go w to wszystko i tak naprawdę jest źródłem wszystkich problemów Tristana, mężczyzna nie stracił na niej ani trochę. Wciska nos w nie swoje sprawy, choć robi to nader dyskretnie, nauczony na własnych błędach, lubi bawić się w detektywa, rozwiązując problemy innych, albo, jeszcze lepiej, zapamiętując wszystkie plotki, które usłyszy, bo nie tylko rzeczy materialne się sprzedają, informacje mają swoją cenę i to dość wysoką.
Chaotyczny w tej swojej dobroci i praworządności, bo zrobi wszystko, żeby sprawiedliwość trafiła każdego, kto czynił złe rzeczy. Pomocną dłoń wyciągnie do praktycznie każdego, jest skory do pomocy i uwierz, że jeżeli będziesz go potrzebować, to przybiegnie z pomocą, nawet jeżeli jego krok będzie zaakompaniowany ciężkim wzdychaniem i narzekaniem. Jego zaufanie bardzo trudno zdobyć i tak naprawdę każdą osobę, nawet mu najbliższą, ma na oku i trzyma dystans. Tak w razie czego.
Powagi mu nie brakuje i tak naprawdę wśród innych ukazuje mało emocji, szczególnie tych mocniejszych. Ciężko jest go wytrącić z równowagi, ale potrafi być chamski i opryskliwy, kiedy tego potrzeba; nie zawaha się też użyć siły jeżeli słowa nie pomogą. Szybko traci kontrolę nad swoim gniewem, zdarzyło się mu zbić kilka talerzy (i kilka twarzy) w napływie złości (choć najczęściej bójki zostawiają go z podbitym okiem lub posiniaczonymi żebrami w jakiejś ciemniej alejce). Choć próbuje nie pokazywać tego po sobie, Tristan szybko traci cierpliwość i się irytuje, często wymyka mu się jakiś niemiły docinek. Ma wiele pomysłów, które zawsze dopina na ostatni guzik; nie zostawia spraw niedokończonych. Nigdy nie traci zimnej krwi, nawet, kiedy jest to wręcz niemożliwe dla innych.
Historia:
Gdyby Tristan Montague nie wścibiał nosa w nie swoje sprawy, ze swoją
wrodzoną ciekawością i nieprzerwaną potrzebą zaprowadzenia
sprawiedliwości w świecie, może spacerowałby w tej chwili po wąskich
uliczkach jakiegoś uroczego miasteczka, odpoczywał w cieniu obszernego
ogrodu, albo chociaż przechadzał się po plaży, jak to kiedyś lubił
robić. Zanim to wszystko trafił szlag.
Tristan urodził się w Kairze, gdzie spędził fragment swojego dzieciństwa pod czujnym okiem rodziców, choć i oni nie potrafili poświęcić swojemu synowi dużo czasu, gdyż, jako znani w świecie naukowcy, zawsze byli zajęci nowymi badaniami, które mieli przeprowadzić w surowych, pustynnych klimatach. Kiedy chłopiec skończył dziesięć lat, rodzina Montague przeprowadziła się do Ameryki, gdzie osiadła w pokaźnym domu po środku niczego, w Michigan. Tristan wiódł dogodne życie, wśród ogrodów przepełnionych egzotycznymi kwiatami, ucząc się w prywatnej szkole, odrabiając lekcje pod nadzorem świetnych korepetytorów. Od urodzenia Hélène i William Montague dali swojemu pierworodnemu jeden cel - zostać cenionym w świecie lekarzem, może biologiem, chemikiem, w każdym razie miał iść w ślady swoich rodziców.
Gdyby ktoś zapytał kilkunastoletniego Tristana, czym zajmowali się jego rodzice, za grosz nie potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie. Dobrze wiedział, że robią coś ważnego, bo nigdy nie mówili, czemu całe dnie, czasem i noce spędzają poza domem, by wrócić raz na jakiś czas, sprawdzić, jak mają się oceny ich syna, przypomnieć mu o nauce i pogonić pokojówkę, by znów zniknąć. Ojciec zawsze mu mówił, że nie będzie musiał się martwić o pracę, bo jak tylko skończy studia, to bez problemu zatrudnią go tam, gdzie on pracuje. Tristan nigdy nie zastanawiał się, czy mógłby skończyć w jakkolwiek innym miejscu, gdyby wtedy powiedział Williamowi proste "nie".
Czas studiów minął w mgnieniu oka, tym bardziej, że ojciec ponaciągał kilka sznurków, pozwalając synowi dostać dyplom wcześniej i młody Montague znalazł się w sterylnym budynku pełnym laboratoriów, kilkaset kilometrów od jakiegokolwiek miasteczka, z białym fartuchem na ramionach i listą nowych zadań, skrzętnie wypisaną na drobnej, zmiętej karteczce.
Jak to się później okazało, rodzina Montague od dawna współpracowała z szemranymi naukowcami o świdrujących oczach i niewyżytym zapale do stworzenia nowych gatunków, nawet kosztem życia niewinnych ludzi. Co prawda Tristanowi zajęło trochę czasu zrozumienie, w czym tak naprawdę siedzi, ale kiedy zorientował się, nad czym pracują biolodzy i jak niebezpieczne i nieludzkie jest to wszystko, od razu chciał zrezygnować z pracy. Gdyby wszystko było tak łatwe.
Okazało się, że nie da się ot tak odejść z organizacji, nawet William wyśmiał własnego syna, gdy dowiedział się o jego planach. Tristanowi zostało tylko skontaktowanie się z kilkoma dziennikarzami, którzy mogliby nagłośnić tą całą sprawę. Jedyna szansa na otworzenie ludziom oczu.
Tristan jednak został zgrabnie złapany i zamknięty w podziemiach obiektu, zanim zdążył zrobić cokolwiek, by zdemaskować organizację. Mimo to dość szybko wyciągnęli go z prowizorycznego aresztu i poddali, nazwanej przez nich "najodpowiedniejszej karze".
Mówi się, że ciekawość zabiła kota. W tym przypadku kot ma się dobrze, choć wygnany na obcą wyspę, z nitką przekleństw wysłaną w jego kierunku przez własnego ojca na pożegnanie. Gdyby Tristan umiał trzymać język za zębami i trzymać się tego, co było mu nakazane, prawdopodobnie odpoczywałby teraz na tarasie z dobrą książką w ręku i głową pustą od głupich pomysłów i problemów nie należących do niego. Ale Tristan nigdy nie potrafił być cicho, kiedy było to wymagane, więc dostał to, na co zasłużył. Przynajmniej tak mówią.
Partner: Tristan jest aseksualny, więc znalezienie sobie partnera jest jego najmniejszym problemem.Tristan urodził się w Kairze, gdzie spędził fragment swojego dzieciństwa pod czujnym okiem rodziców, choć i oni nie potrafili poświęcić swojemu synowi dużo czasu, gdyż, jako znani w świecie naukowcy, zawsze byli zajęci nowymi badaniami, które mieli przeprowadzić w surowych, pustynnych klimatach. Kiedy chłopiec skończył dziesięć lat, rodzina Montague przeprowadziła się do Ameryki, gdzie osiadła w pokaźnym domu po środku niczego, w Michigan. Tristan wiódł dogodne życie, wśród ogrodów przepełnionych egzotycznymi kwiatami, ucząc się w prywatnej szkole, odrabiając lekcje pod nadzorem świetnych korepetytorów. Od urodzenia Hélène i William Montague dali swojemu pierworodnemu jeden cel - zostać cenionym w świecie lekarzem, może biologiem, chemikiem, w każdym razie miał iść w ślady swoich rodziców.
Gdyby ktoś zapytał kilkunastoletniego Tristana, czym zajmowali się jego rodzice, za grosz nie potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie. Dobrze wiedział, że robią coś ważnego, bo nigdy nie mówili, czemu całe dnie, czasem i noce spędzają poza domem, by wrócić raz na jakiś czas, sprawdzić, jak mają się oceny ich syna, przypomnieć mu o nauce i pogonić pokojówkę, by znów zniknąć. Ojciec zawsze mu mówił, że nie będzie musiał się martwić o pracę, bo jak tylko skończy studia, to bez problemu zatrudnią go tam, gdzie on pracuje. Tristan nigdy nie zastanawiał się, czy mógłby skończyć w jakkolwiek innym miejscu, gdyby wtedy powiedział Williamowi proste "nie".
Czas studiów minął w mgnieniu oka, tym bardziej, że ojciec ponaciągał kilka sznurków, pozwalając synowi dostać dyplom wcześniej i młody Montague znalazł się w sterylnym budynku pełnym laboratoriów, kilkaset kilometrów od jakiegokolwiek miasteczka, z białym fartuchem na ramionach i listą nowych zadań, skrzętnie wypisaną na drobnej, zmiętej karteczce.
Jak to się później okazało, rodzina Montague od dawna współpracowała z szemranymi naukowcami o świdrujących oczach i niewyżytym zapale do stworzenia nowych gatunków, nawet kosztem życia niewinnych ludzi. Co prawda Tristanowi zajęło trochę czasu zrozumienie, w czym tak naprawdę siedzi, ale kiedy zorientował się, nad czym pracują biolodzy i jak niebezpieczne i nieludzkie jest to wszystko, od razu chciał zrezygnować z pracy. Gdyby wszystko było tak łatwe.
Okazało się, że nie da się ot tak odejść z organizacji, nawet William wyśmiał własnego syna, gdy dowiedział się o jego planach. Tristanowi zostało tylko skontaktowanie się z kilkoma dziennikarzami, którzy mogliby nagłośnić tą całą sprawę. Jedyna szansa na otworzenie ludziom oczu.
Tristan jednak został zgrabnie złapany i zamknięty w podziemiach obiektu, zanim zdążył zrobić cokolwiek, by zdemaskować organizację. Mimo to dość szybko wyciągnęli go z prowizorycznego aresztu i poddali, nazwanej przez nich "najodpowiedniejszej karze".
Mówi się, że ciekawość zabiła kota. W tym przypadku kot ma się dobrze, choć wygnany na obcą wyspę, z nitką przekleństw wysłaną w jego kierunku przez własnego ojca na pożegnanie. Gdyby Tristan umiał trzymać język za zębami i trzymać się tego, co było mu nakazane, prawdopodobnie odpoczywałby teraz na tarasie z dobrą książką w ręku i głową pustą od głupich pomysłów i problemów nie należących do niego. Ale Tristan nigdy nie potrafił być cicho, kiedy było to wymagane, więc dostał to, na co zasłużył. Przynajmniej tak mówią.
Wyposażenie: zestaw prowizorycznych narzędzi do wszelkich zabiegów medycznych, w tym składany sztylet, który zabiera ze sobą częściej niż bandaże, kobyła o zgrabnym imieniu Strzyga, na której wyrusza na dłuższe wędrówki
Inne: Może to mało męski sport, ale Tristan nauczył się szydełkować, co daje mu szanse na zarobienie odrobinę poza leczeniem ludzi a szaliki, plecione kosze i inne cuda zaskakująco dobrze się sprzedają || zawsze chciał mieć psa, jego matka miała alergię, więc nigdy nie mógł posiadać pupila. Kiedy trafił na wyspę, spotkał na swojej drodze wiele dzikich kundli, ale żaden z nich nie chce nawet zbliżyć się do Tristana, prawdopodobnie przez jego modyfikację genetyczną, nad czym Morrigan niezwykle ubolewa || za grosz nie umie gotować || ma skłonność do używek, kiedyś palił ale na wyspie trudno o cokolwiek podobnego do tytoniu, prócz tego ceni sobie mocne trunki; na pewno, jeżeli mu coś postawisz, nie odmówi || często można go spotkać w stanie półsnu lub drzemiącego, jeśli nie ma nic do roboty, czy to przez kocie geny, czy ogólne zmęczenie, nikt tak naprawdę nie wie ||
Kieruje: ceresowa1@gmail.com | Ceresowa [H/D]
Subskrybuj:
Posty (Atom)
