Kopyta Idris brnęły poprzez zaspy śniegu w mozolnie powolnym stępie. Wybranie skrótu okazało się dla mnie wyjątkowo błędną decyzją ze względu na wysokość białego puchu, który dodatkowo na złość zaczął spadać z nieboskłonu. Spojrzałam na wachlarz szarości, jakie reprezentowały chmury zawieszone wysoko nade mną i mruknęłam pod nosem przekleństwo. To tylko trochę poprawiło mój humor po wczorajszym głosowaniu wioski. Handlarka z dnia na dzień stała się dyktatorką ze znacznie od siebie młodszą nimfą leśną. Brakowało jedynie śmiechu na sali Rady Głównej.
- Czasami ci zazdroszczę twojego prostego życia. - powiedziałam do kobyły, lekko nachylając się nad jej szyją. - Nie musisz udawać zainteresowanej stertą papierów po poprzednich dyktatorach. Uwierz mi, tylko część wypełniali regularnie.
I część brali do domu. Och, kochany Morrigan miał właśnie taką tendencję, stąd musiałam osobiście wyruszyć do jego domu na klifach nad morzem, co znajdował się na samych obrzeżach wyspy. Nie wiedziałam po jaką cholerę wybrał sobie tak odludne oraz dalekie miejsce, aczkolwiek nie zamierzałam więcej tam wracać. Jedyne, co dla mnie miało znaczenie, to te przeklęte raporty w torbie przy siodle oraz mieszek z monetami, jakie musiałam mu za taką akcję skonfiskować. Zabieranie dokumentów ze sobą poza mury Rady Głównej było niedozwolone. Jakaś część mnie miała podobny do niego pogląd, przez co spodziewałam się po sobie używania tychże metod. Zwłaszcza przez te niedogodności związane z zaległościami. Wiedziałam też, że większość czasu będę musiała uczyć Harry wypełniać pomniejsze z nich, bo sama nie byłabym w stanie sobie z tym poradzić, prowadząc przy tym swoje dotychczasowe życie…
Idris zastrzygła nagle uszami z zainteresowaniem, odwracając łeb w prawo na pewną łąkę, na której najczęściej w innych porach roku mogłam znajdować potrzebne zioła do różnorakich olejków. Niżej i w oddali znajdowała się postać leżąca skulona w śniegu, a przed nią inna - zmierzająca w tamtą stronę. Najbardziej nie podobała mi się ta ruchliwa, bowiem nawet z takiej odległości widziałam samotnika z raportów. Łachmany. Ciągłe rozglądanie się na boki. Brak broni czy jakiegokolwiek większego tobołka. Charakterystyczne, krótkie włosy. Nie miałam dla nich cienia litości, podobnie do tych krwiożerczych oraz nowych bestii. Wiecznie kradli, niszczyli budynki osady czy pola. Bezużyteczni, ciągle włóczący się po tych lasach, jakby prosili się o pożarcie przez jakiekolwiek większe monstra. I to tylko na własne życzenie, bo życie w osadzie było czymś poniżej ich godności... Prychnęłam z pogardą, zmuszając bułaną kobyłę do ruszenia z miejsca cwałem, co też ta wykonała bez większego oporu, w tamtą stronę było jakoś mniej tego cholerstwa na ziemi. W pół siadzie dobyłam miecza sprawną dłonią, więc świst stali rozległ się na pobliską okolicę. Moją długą, czarną pelerynę poderwał wiatr. Słyszałam szum krwi w uszach. Z impetem oddzieliłam sobą oraz koniem samotnika od nieszczęśnika za mną, wymierzając w nastolatkę końcem klingi, która zalśniła złowieszczo. Tamta ze strachu zatoczyła się do tyłu, kichając, aż upadła niezdarnie na ziemię. Zmusiłam Idris do okrążenia jej w galopie, a po chwili kłusie.
- Nie mam zamiaru cię zabijać chyba, że mnie do tego zmusisz. - warknęłam możliwie spokojnie, choć w tamtej chwili nie wiele mnie dzieliło od spełnienia tamtej groźby. - Odejdź stąd i żyj wedle własnego uznania.
Czarnowłosa dziewczyna poderwała się do góry, żeby jak najszybciej uciec. Mi pozostało zejście z grzbietu Idris na grunt pod nią. Patrzyłam przez moment, jak tamta znikała w zaroślach, aż nie mogłam więcej jej nigdzie spostrzec. Mogłam mieć tylko nadzieję, że nie będzie mnie śledziła do mojego własnego domostwa… Tymczasem odwróciłam się do tego kogoś, kto właśnie został nieco przysypany śniegiem przez moją odsiecz. Westchnęłam, klękając na kolano i odkopując tego osobnika spod nowej warstwy śniegu. Na szczęście miałam rękawiczki, co znacznie ułatwiło mi to zadanie. Wtedy ten ktoś okazał się całkiem pokaźnym, rudowłosym mężczyzną.
- Większy już nie mogłeś być, co? - szepnęłam, zrzucając z siebie pelerynę, a potem wierzchnie futro. - Wytłumacz mi, czym cię faszerowali skądkolwiek tam sobie pochodzisz, bo nie mam pojęcia jak to wokół ciebie wszystko teraz nałożyć..
W miarę jak tak sobie bardziej do siebie gadałam, żeby się uspokoić i nie denerwować faktem, że facetowi niewiele pozostało czasu od odmrożeń, pospiesznie okrywałam go swoimi warstwami ubrań. Całe szczęście, że przy jukach miałam też te nieszczęsne buty dla pewnego wampira i generalnie przygotowaną odzież, którą mogłam teraz wykorzystać przed samą wymianą handlową.
- Idris, chodź tu. Tak, tu. Waruj. - kobyła posłusznie ułożyła się obok nas, mocząc torby.
- Jak przez ciebie będę mieć mokre dokumenty, to sam będziesz mi je suszyć po tym, jak wyzdrowiejesz. I przepisywać od nowa. Zrobię z ciebie swoją rudą sekretarkę, kapujesz? - wciągnęłam go na siodło, a po tym okryłam swoją peleryną. - A jak masz tendencje do bazgrania, to zrobię ci zeszyt do szlaczków. Pierwsze, czego się nauczysz, to mój podpis.
Przytrzymując go, żeby nie spadł, żwawym krokiem wracałam do domu, trzymając Idris drugą ręką za wodze. Śniegu miałam po kolana, a na sobie jedynie skórzane kozaki jeździeckie, spodnie i kurtkę. Przy czym mówiłam niezwykle barwny monolog o tym, dlaczego uważałam zimę za najgorszą możliwą porę roku. Jeżeli ktoś w wiosce miał mi zamiar wytknąć, że nie myślałam w święta o bliźnich, to byłam w stanie osobiście wykonać z takiej persony gwiazdę na czubek najwyższej choinki w górach, związaną do tej konstrukcji głową w dół. Głównie dlatego, bo nie obchodziłam tych ich świąt.
Po powrocie musiałam wprowadzić Idris z moim wybrańcem do stajni obok domu, aby móc pobiec do chatki i rozpalić w jej wnętrzu ogień w kominku, żeby na wejście już było cieplej. Rudy musiał przez chwilę poleżeć na sianie, zanim rozsiodłałam moją kopytną przyjaciółkę z ekwipunku i odniosłam wszystko do siodlarni. Zatarganie go otulonego moim dobytkiem okazało się jednym z trudniejszych zadań, ale na szczęście jakoś tego dokonałam samodzielnie. Ostatecznie skończył leżąc na moim własnym łóżku. W międzyczasie musiałam jeszcze pójść po kociołek z zupą ze wczoraj, która leżała po drugiej stronie okna na pięterku z moją biblioteczką. Zawiesić go nad paleniskiem. W miarę, jak zaczynało się robić cieplej, a nasz obiad się odgrzewał, przygotowywałam sobie stanowisko przy łóżku do obmycia odmrożeń letnią wodą, jaką zazwyczaj dawałam Idris. Musiałam zdjąć z niego wszystkie ubrania, a także moją pelerynę, żeby przemyć najbardziej potrzebujące tego miejsca. Zaczynając od czegoś w stylu trzydziestu stopni, powoli podgrzewałam wodę do trzydziestu sześciu, przypominając ciału mężczyzny o takich temperaturach. Stopniowo. Delikatnie. Gdzieniegdzie trzeba było nałożyć odpowiednie opatrunki. Okryłam go pod koniec lekkim kocem. Nie miałam pojęcia ile zajęło mu odzyskanie jako takiej przytomności, ale zaczynał coraz spokojniej oddychać. Mrugać. Wiercić się.
- Słuchaj, teraz będzie punkt kulminacyjny, więc się skup. Dokładnie w ten sposób. Będziesz musiał połykać... Przy czym nie pluć na mnie. Nie spodziewaj się wykwintnej kuchni, bo aż tyloma przyprawami nadal nie dysponuje. Może po wypłacie będzie lepiej.
Nalałam do glinianej miski rosołu z maksymalnie rozdrobnionymi fragmentami marchwi, makaronu i kurczaka, żeby nie wpadł na pomysł dławienia się tym. Uzbroiłam się w łyżkę, usiadłam przed nim na stołku i skierowałam w stronę jego ust te oto narzędzie zagłady.
- To jest ten moment, w którym udajesz, że mówisz: “a”, a ja ci to wpycham jak kaczce do gardła.
Maksymalnie zdezorientowany wykonał moje polecenie, po czym przełknął dość ciepły posiłek z wyraźnym zadowoleniem. Ostatni raz, kiedy jadł coś takiego musiał być pewnie po innej stronie świata zanim go tu wywieźli. Dał się spokojnie karmić, aż nie pożarł całej miski. Wstałam, żeby zanieść naczynia do zlewu, a po powrocie zastałam go już smacznie śpiącego. Ułożyłam kołdrę tak, by w razie czego mógł sobie spokojnie po nią sięgnąć, kiedy uznałby to za stosowne. Podniosłam z podłogi swoją pelerynę, a już raczej jego ubrania umieściłam na drewnianym krześle obok łóżka, którego głównym zadaniem było dotychczas stanowienie mojej drugiej szafy. Wiedziałam już, że dla Lucana będę musiała wytworzyć następny komplet. Pelerynę zawiesiłam na wieszaku przy drzwiach. Idris dostała również swój obiad oraz letnią wodę. Dopiero wtedy mogłam wrócić, ściągnąć buty, sprzątnąć śnieg z sieni i zjeść swoją porcję przy stole. Dookoła mnie leżały przywleczone papiery z siodlarni. O ławę po drugiej stronie stała oparta kusza z bełtem. Przez cały czas przy pasie nosiłam miecz, sztylety miałam w butach. Na raportach od Morrigana jak na ironię znajdowały się wpisy związane z moją samotniczką. Nyx, bo takie miała miano, już niejednokrotnie pojawiła się na tym terytorium. Wybite okno. Tu kradzież. Tam kichnięcie ogniem… Dragonka. Uniosłam taktownie brwi w udawanym podziwie, gryząc kromkę chleba. To ci dopiero będzie problem w najbliższym czasie, zwłaszcza po osiągnięciu czwartego stadium modyfikacji genetycznej. “Może jednak lepiej było ją zabić, jak była okazja?” - zapytałam samą siebie w duszy, zastanawiając się również nad modyfikacją Rudego. Tak właśnie zaczęłam go sama ze sobą nazywać z braku jego imienia, nie żebym go w jakiś sposób napiętnowała. Nie można było go określić nie urodziwym, jego cały urok polegał na kontraście pomiędzy tym odcieniem włosów, tęczówek oraz karnacji skóry. Dlatego był całkiem przystojny jak na Rudego. Do Ronalda Weasley’a i Eda Sheerana było mu daleko jak stąd do księżyca.
Z zamyślenia wyrwał mnie trzask gałęzi zza okien. Kroki w zaspach śnieżnych. Po tylu latach stałam się wyczulona na wszystko do granic możliwości, a mutacja to tylko potęgowała. Były zbyt ciężkie na mniejszą zwierzynę. Zimą wioska zamierała, dając miejsce do popisu mojej wyobraźni oraz intuicji. Podczas innych pór roku nie szło mi tak samo dobrze, jak właśnie w zimę. Chyba, że była zamieć; wtedy świst wiatru porywał wszystkie dźwięki bez uprzedzenia… Teraz jednak jej jeszcze nie było.
“...And run into the fear we run from…”
Ruszyłam w stronę drzwi, które chciałam już otworzyć…
“...It has begun.”
Mój czas, jakże drogocenny, niezastąpiony i kruchy niczym tafla lodu na pobliskim jeziorze, właśnie się skończył. Rękawiczki porwały się w pół od ostrzy, w jakie zmieniły się moje paznokcie. W zasadzie całe dłonie mi urosły o ćwierć swojej normalnej wielkości. Zimno przestało mi przeszkadzać. Czułam je, ale to można było porównać do oglądania czegoś zza grubej szyby. Odczuwania tego z opóźnieniem, jeśli nie wcale. Jakby ktoś ściszył o połowę głośną piosenkę.
“Blind in a rabbit's hole
We fall beneath the earth
And watch the shell come unraveled
As the seeds begin to rise...”
Traciłam bezpowrotnie swoje człowieczeństwo na zawsze. Nigdy przedtem nie umiałam tego nawet docenić czy przyznać, że byłam z tego niezmiernie dumna. Cieszyć się każdym dniem spędzonym w tej postaci, celebrować go, jakby nie miało być jutra. Jak wszyscy dałam się ponieść wizji posiadania czasu... To było bardzo wygodne i luksusowe wyobrażenie, na jakie nikogo z nas tak naprawdę nie było stać.
Zamarłam z trzęsącymi się dłońmi nad klamką, której metal odbijał poblask od moich tęczówek. Srebrzysto zielony. Czułam się młodo i staro. Umierałam i naradzałam się od nowa.
A to był dopiero początek.
Nyx?
7 listopada 2018
Od Nyx CD Sędziego
Przerośnięty gospodarz nie był wystarczająco przekonywujący aby odgonić gorączkowe majaki Rity i przekonać ją, że tak naprawdę nikt nie płonie żywym ogniem. W związku z powyższym, gdy mężczyzna opuścił chatkę Nyx zaczynała wyzywać go od najgorszych szumowin zostawiających towarzyszy niedoli w środku, jarającego się niczym pieprzone ognisko, domku. Efekt spotęgował dźwięk przekręcanego w zamku klucza upewniający czarnowłosą o słuszności swojej teorii, a raczej wersji wydarzeń. Oprócz tajemniczych okoliczności skazania Ritę na karę śmierci przez spalenie, „ofiarę” nurtował akt zarzucenia na jej rozpalone ramiona koca. Czyżby owa wełniana powłoka posiadała niezwykłe, ognioodporne właściwości? Dziewczyna zsunęła się ciężko z fotela pozostawiając mistyczny koc na ziemi i w nieokreślony sposób dotarła do drzwi. Zaczęła się z nimi mocować, ale wiadomym było, że w takim stanie, w jakim się znajdowała ich nie wyważy. Gdy obmacywała wrota w poszukiwaniu sposobu na ich sforowanie jej szponiaste dłonie natrafiły na jakiś metalowy element. Przysunąwszy znalezisko Starkówna poczuła radość i nadzieję budząca się w jej sercu, rozpoznając klucz. Czym prędzej otworzyła wrota wypadając na zewnątrz chatki i z impetem zanurzając się w przykrywającym ziemię śniegu. Ten otuliwszy jej rozgrzane gorączką ciało ochłodził nieco umysł dziewczyny. Nie wpłynął jednak w żaden sposób na percepcję rzeczywistości, w związku z czym Rita całkowicie przekonana, że właśnie ledwo uszła z życiem, któremu nadal zagraża zapewne grasujący w okolicy siwobrody mężczyzna powstała i czym prędzej zaczęła się oddalać od „płonącej” chatki. Nie zaszła za daleko. Nie całe sto metrów dalej padła wycieńczona w śnieżną zaspę twarzą do ziemi. Musiała wyglądać komicznie, jednak to nie było aktualnym zmartwieniem dziewczyny. Jej zmysły doprowadzały ją do szaleństwa. Całe jej ciało płonęło żywym ogniem, jednocześnie trzęsąc się z zimna. Rita miała wrażenie, że z pozoru agonalny stan, w którym znajdowała się dragonka, trwał godzinami. W pewnym momencie ktoś lub coś chwyciło ją w pasie i podniosło bez wysiłku do góry. W swojej wyobraźni czarnowłosa kopała, okładała pięściami i gryzła oprawcę, którym okazał się nie kto inny, lecz sam Pan Cross-over-Świętego-Mikołaja-z-Rambo, lecz w rzeczywistości jej ciało zwisało bezwładnie, gdy mężczyzna przerzucił ją sobie przez ramię jak worek mąki i zaniósł z powrotem do swojego domu, pod nosem przysięgając, że dziewczyna skończy jako buty, paski, rękawiczki, czy inne części garderoby.
*
W ciągu następnych kilku godzin gorączka wreszcie zaprzestała mieszać w głowie młodej smoczycy, lecz całkowicie ją unieruchomiła. Wbrew swojej woli, lecz z łaski właściciela nieruchomości leżała przykuta chorobą do łóżka, trawiona przez wysoką temperaturę. Nie było łatwo. Dziewczyna na przemian spała, kaszlała jakby miała płuca wypluć i jęczała przewracając się z boku na bok czując każdy bolesny centymetr swojego ciała. W takim właśnie stanie przeleżała całe pięć długich dni. Gdy wreszcie powróciła do świata żywych i zaczęła normalnie myśleć jej sumienie poczęło ciążyć niemiłosiernie. Zdecydowanie nie stanowiła podręcznikowego przykładu, wzorowego gościa robiąc awanturę z powodu wyimaginowanych płomieni, uciekając z domostwa, a o wkradaniu się do niego (co zresztą zainicjowało całą historię) nie wspominając. Na dodatek prawie tydzień spędziła na utrzymaniu obcego osobnika, który postanowił nie wywalać nieporadnego samotnika na zbity pysk, lecz się nim przykładnie zająć. Gdy jednak po raz dziesięciotysięczny powtórzyła swoje żałosne „Dziękuję i przepraszam, że sprawiam tyle problemów” z miną zbitego maltańczyka, gdy jegomość podawał czarnowłosej zdrowotny napar imbirowy, mężczyzna nie wytrzymał i wybuchnął nagromadzonym poirytowaniem.
- NOŻ DO CH*JA WACŁAWA, KOBIETO! – ryknął mężczyzna. – Przestań mi tu biadolić tylko pij, zdrowiej i możesz wypierd*lać.
Postawiwszy kubek z parującym napojem obok łóżka, które od dłuższego czasu okupowała dragonka opuścił z przytupem pomieszczenie. Dziewczyna usiadła na łóżku i opuściła niepewnie nogi. Zdecydowanie większość sił witalnych powróciła do jej organizmu. Nadal była jednak osłabiona, a z nosa jej ciekło. Mimo wszystko postanowiła wstać. Z pozoru wszystko było w porządku, gdy jednak zaczęła stawiać pierwsze kroki zakręciło jej się w głowie na tyle mocno, że musiała podeprzeć się o ścianę. Tak się złożyło, że jej ręka wylądowała tuż obok okna, przez które wyjrzawszy Rita nie była w sanie uwierzyć własnym oczom. Z wszechobecnego śniegu, który do niedawna dominował na tej zafajdanej wyspie pozostały nieliczne wysepki gdzieniegdzie skrzące się pod wpływem wiosennych promieni słonecznych. Chorobliwie zielona trawa kontrastująca z jeszcze czarnymi, nieulistnionymi drzewami skrzyła się od porannej rosy. Dodatkowo, wytężywszy mocno słuch Nyx była w stanie usłyszeć ćwierkające wesoło ptaki uradowane ze zmiany pory roku. Mimo tak pięknej scenerii szerzącej się za szybą w pionie i w poziomie, dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nigdy nie liczyła dni, ani nie prowadziła pamiętnika, nie kontrolowała wysokości słońca na horyzoncie próbując określić porę roku a jej i tak nikłą orientacją czasoprzestrzenną zdecydowanie zaburzyła trawiąca ją choroba. W skrócie, nie miała bladego pojęcia jaki był dzień, czy chociażby miesiąc, nie była nawet w stu procentach aktualnego roku. Jednak wiosenny krajobraz za bardzo kontrastował jej z ostatnimi wydarzeniami utrzymanymi w pamięci. To było aż nienaturalne. Czyżby efekt cieplarniany został aż tak działalnością ludzką rozwinięty? Może jest jeszcze pierdzielnięty styczeń, ale Matce Naturze coś się j*bło? A może ta pieprzona wyspa była tak naprawdę całkowicie kontrolowana przez szaleńców, którzy stworzyli cały ten cyrk? A co jeśli z*eby nawet klimat kontrolują?
Intensywne rozważania przyćmiły zmysły Rity, w związku z czym dziewczyna nie zauważyła ogromnego gospodarza stojącego w drzwiach. Czym prędzej, w popłochu odeszła od okna i chwiejnym krokiem dotarła z powrotem do łóżka z towarzyszącym jej, nie wiedząc czemu, poczuciu winy.
- Widzę, że już się lepiej czujemy? – siwy jegomość skrzyżował ramiona i oparł się o ścianę, swojej tylko z nazwy, sypialni.
Dziewczyna kiwnęła potwierdzająco głową. Nagle dotarło do niej, że nie zna imienia gospodarza, u którego spędziła prawie tydzień. Uznała jednak, że skoro on nie zna jej, to są kwita. Siwobrody przytaknął krótko jakby na znak, że przyjął podany komunikat i odwrócił się w kierunku drzwi zapewne z zamiarem wyjścia.
- Już wiem, że o to pytałam – zatrzymała go jednak czarnowłosa.
Mężczyzna powoli obrócił się z powrotem w jej stronę, a jego brew powędrowała do góry nadając mu pytającego wyrazu twarzy.
- Dlaczego się mną zająłeś?
- No naprawdę – odparł poirytowany, jak zwykle zresztą jegomość. – Nie wiem dlaczego zakładasz, że człowiek z natury jest zły, a potrzebującemu zamiast pomóc to naszcza na wyciągniętą rękę. To czysto ludzki odruch, pomagać komuś definitywnie umierającemu.
- No dobrze – przyznała mu rację smoczyca. - Ale mogłeś przecież oddać mnie do lekarza z osady. Nie dałeś mi tylko schronienia. Kupiłeś leki i gotowałeś rosołek. To już wykracza poza naturalny, jak to ująłeś, ludzki odruch.
- Nie udawaj, że nie wiesz, co by się z tobą stało, gdybym zaniósł cię do wioski. Owszem pomogli by ci, a później albo odcięli łeb, albo zamknęli dożywotnio w klatce. Świnią to ja też wbrew pozorom nie jestem.
- Z tym ścięciem to chyba trochę przesadziłeś – spojrzała pytająco na rozmówcę. Czyżby osadnicy stali się brutalniejsi, niż zazwyczaj?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Niezłą sobie renomę wyrobiłaś, nie powiem. Praktycznie większość rolników i handlarzy narzeka na, uwaga cytuję, „ch*dożoną dragonkę-złodziejkę”. Nawet strażnicy mają się na baczności. Nie wiedziałem, że mam do czynienia z tak sławną personą. Ale mnie zaszczyt kopnął.
Rita nie skomentowała. Nie była świadoma swojej popularności w wiosce. Fakt, że pola rolników i stoiska handlarzy stanowiły jej podstawowe źródło pożywienia. Dotychczas wydawało jej się jednak, że w taki sposób funkcjonuje większość samotników…
Już miała się wytłumaczyć, gdy we drzwi chatki ktoś donośnie zapukał…
Sędzia? Sorry, że tak długo nie pisałam, a opo to lanie wody.
*
W ciągu następnych kilku godzin gorączka wreszcie zaprzestała mieszać w głowie młodej smoczycy, lecz całkowicie ją unieruchomiła. Wbrew swojej woli, lecz z łaski właściciela nieruchomości leżała przykuta chorobą do łóżka, trawiona przez wysoką temperaturę. Nie było łatwo. Dziewczyna na przemian spała, kaszlała jakby miała płuca wypluć i jęczała przewracając się z boku na bok czując każdy bolesny centymetr swojego ciała. W takim właśnie stanie przeleżała całe pięć długich dni. Gdy wreszcie powróciła do świata żywych i zaczęła normalnie myśleć jej sumienie poczęło ciążyć niemiłosiernie. Zdecydowanie nie stanowiła podręcznikowego przykładu, wzorowego gościa robiąc awanturę z powodu wyimaginowanych płomieni, uciekając z domostwa, a o wkradaniu się do niego (co zresztą zainicjowało całą historię) nie wspominając. Na dodatek prawie tydzień spędziła na utrzymaniu obcego osobnika, który postanowił nie wywalać nieporadnego samotnika na zbity pysk, lecz się nim przykładnie zająć. Gdy jednak po raz dziesięciotysięczny powtórzyła swoje żałosne „Dziękuję i przepraszam, że sprawiam tyle problemów” z miną zbitego maltańczyka, gdy jegomość podawał czarnowłosej zdrowotny napar imbirowy, mężczyzna nie wytrzymał i wybuchnął nagromadzonym poirytowaniem.
- NOŻ DO CH*JA WACŁAWA, KOBIETO! – ryknął mężczyzna. – Przestań mi tu biadolić tylko pij, zdrowiej i możesz wypierd*lać.
Postawiwszy kubek z parującym napojem obok łóżka, które od dłuższego czasu okupowała dragonka opuścił z przytupem pomieszczenie. Dziewczyna usiadła na łóżku i opuściła niepewnie nogi. Zdecydowanie większość sił witalnych powróciła do jej organizmu. Nadal była jednak osłabiona, a z nosa jej ciekło. Mimo wszystko postanowiła wstać. Z pozoru wszystko było w porządku, gdy jednak zaczęła stawiać pierwsze kroki zakręciło jej się w głowie na tyle mocno, że musiała podeprzeć się o ścianę. Tak się złożyło, że jej ręka wylądowała tuż obok okna, przez które wyjrzawszy Rita nie była w sanie uwierzyć własnym oczom. Z wszechobecnego śniegu, który do niedawna dominował na tej zafajdanej wyspie pozostały nieliczne wysepki gdzieniegdzie skrzące się pod wpływem wiosennych promieni słonecznych. Chorobliwie zielona trawa kontrastująca z jeszcze czarnymi, nieulistnionymi drzewami skrzyła się od porannej rosy. Dodatkowo, wytężywszy mocno słuch Nyx była w stanie usłyszeć ćwierkające wesoło ptaki uradowane ze zmiany pory roku. Mimo tak pięknej scenerii szerzącej się za szybą w pionie i w poziomie, dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nigdy nie liczyła dni, ani nie prowadziła pamiętnika, nie kontrolowała wysokości słońca na horyzoncie próbując określić porę roku a jej i tak nikłą orientacją czasoprzestrzenną zdecydowanie zaburzyła trawiąca ją choroba. W skrócie, nie miała bladego pojęcia jaki był dzień, czy chociażby miesiąc, nie była nawet w stu procentach aktualnego roku. Jednak wiosenny krajobraz za bardzo kontrastował jej z ostatnimi wydarzeniami utrzymanymi w pamięci. To było aż nienaturalne. Czyżby efekt cieplarniany został aż tak działalnością ludzką rozwinięty? Może jest jeszcze pierdzielnięty styczeń, ale Matce Naturze coś się j*bło? A może ta pieprzona wyspa była tak naprawdę całkowicie kontrolowana przez szaleńców, którzy stworzyli cały ten cyrk? A co jeśli z*eby nawet klimat kontrolują?
Intensywne rozważania przyćmiły zmysły Rity, w związku z czym dziewczyna nie zauważyła ogromnego gospodarza stojącego w drzwiach. Czym prędzej, w popłochu odeszła od okna i chwiejnym krokiem dotarła z powrotem do łóżka z towarzyszącym jej, nie wiedząc czemu, poczuciu winy.
- Widzę, że już się lepiej czujemy? – siwy jegomość skrzyżował ramiona i oparł się o ścianę, swojej tylko z nazwy, sypialni.
Dziewczyna kiwnęła potwierdzająco głową. Nagle dotarło do niej, że nie zna imienia gospodarza, u którego spędziła prawie tydzień. Uznała jednak, że skoro on nie zna jej, to są kwita. Siwobrody przytaknął krótko jakby na znak, że przyjął podany komunikat i odwrócił się w kierunku drzwi zapewne z zamiarem wyjścia.
- Już wiem, że o to pytałam – zatrzymała go jednak czarnowłosa.
Mężczyzna powoli obrócił się z powrotem w jej stronę, a jego brew powędrowała do góry nadając mu pytającego wyrazu twarzy.
- Dlaczego się mną zająłeś?
- No naprawdę – odparł poirytowany, jak zwykle zresztą jegomość. – Nie wiem dlaczego zakładasz, że człowiek z natury jest zły, a potrzebującemu zamiast pomóc to naszcza na wyciągniętą rękę. To czysto ludzki odruch, pomagać komuś definitywnie umierającemu.
- No dobrze – przyznała mu rację smoczyca. - Ale mogłeś przecież oddać mnie do lekarza z osady. Nie dałeś mi tylko schronienia. Kupiłeś leki i gotowałeś rosołek. To już wykracza poza naturalny, jak to ująłeś, ludzki odruch.
- Nie udawaj, że nie wiesz, co by się z tobą stało, gdybym zaniósł cię do wioski. Owszem pomogli by ci, a później albo odcięli łeb, albo zamknęli dożywotnio w klatce. Świnią to ja też wbrew pozorom nie jestem.
- Z tym ścięciem to chyba trochę przesadziłeś – spojrzała pytająco na rozmówcę. Czyżby osadnicy stali się brutalniejsi, niż zazwyczaj?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Niezłą sobie renomę wyrobiłaś, nie powiem. Praktycznie większość rolników i handlarzy narzeka na, uwaga cytuję, „ch*dożoną dragonkę-złodziejkę”. Nawet strażnicy mają się na baczności. Nie wiedziałem, że mam do czynienia z tak sławną personą. Ale mnie zaszczyt kopnął.
Rita nie skomentowała. Nie była świadoma swojej popularności w wiosce. Fakt, że pola rolników i stoiska handlarzy stanowiły jej podstawowe źródło pożywienia. Dotychczas wydawało jej się jednak, że w taki sposób funkcjonuje większość samotników…
Już miała się wytłumaczyć, gdy we drzwi chatki ktoś donośnie zapukał…
Sędzia? Sorry, że tak długo nie pisałam, a opo to lanie wody.
4 listopada 2018
Od Ancymona CD Venti Do Lucan'a (skażone ziemie)
— Tato, posmarujesz mi tosta?
Wzdrygnął się, słysząc dziewczęcy głos, który niespodziewanie wybudził go z niezwykłego letargu. Poczuwał się, jakby przyszło mu przespać ostatnie kilka lat.
Chciał już podnieść się z wygodnego, jasnego krzesła, niezbyt pasującego do wystroju wnętrza, jednakowoż na tyle wyjątkowego, żeby z chęcią się na nim sadowić, chciał już odpowiedzieć „oczywiście, skarbie”, gdy poczuł chłód ciągnący od podłoża, stracił świadomość własnego ciała i zrozumiał docierające do niego słowa obcego człowieka.
— Nie ma problemu — orzekł się rudy mężczyzna siedzący po drugiej stronie stołu, za chwilę trzymający kruchy kawał zapieczonego chleba w dłoni i drapiąc po nim ząbkami noża powleczonego kremem czekoladowym. Mężczyzna nie miał twarzy.
Dziewczynka zresztą też.
W sumie zgubił poczucie jestestwa. Świat zniknął. Stół lawirował gdzieś w przestrzeni, a on razem z nim i dwójką znajomych-nieznajomych.
A kruk wrzasnął wraz z momentem, gdy zmęczone niewygodnymi terenami, zabarwione glebą i zabliźnione stopy dotknęły chłodnego dywanu, białego, puchowego. Chwilę później płynącego czerwienią, która nie tyle, co kolorowała, a pozbywała się go ze swojej drogi.
Wszystko pędziło równie prędko co teraźniejsze słowa, wypowiadane bez celu, ładu i składu.
Jednakże cóż z tego, jeśli mężczyzna mógł wtedy w końcu ułożyć dłonie na jej licach, ucałować zmarznięty nos i zaszlochać ze szczęścia, widząc przymglone emocjami oczy dziecka.
Cóż z tego.
Przecież i tak nikt nie patrzył na ciało złożone przy kolanach.
Przecież równie dobrze można było krzyknąć, że to wino.
A pióra wciąż wirowały w przestrzeni, a krzyk wciąż roznosił się po śniegu.
— Że co mam ci przynieść? — rzuciłem, marszcząc brwi, gdy swoją obecnością zaszczycił mnie jeden z mniej, lub też bardziej, błyskotliwych... Uznajmy, znajomych. Dymitr uśmiechnął się od ucha do ucha, tylko eksponując swoje nieco przerośnięte siekacze, a i mimowolnie unosząc odstające uszyska. Przyznaję bez bicia, szczurołactwo pasowało mu jak ulał, a z tego, co mi wiadomo, wygląd wcale nie był następstwem modyfikacji. Zrobili sobie psikusa, dobierając mu akurat to cholerstwo.
— Króla. Albo myszy — mruczał, zaciągając, w co poniektórych miejscach. Co, jak co, zaśpiew niezmiennie mu pozostawał, a świszczące przez zębiska powietrze jedynie dodawało temu wszystkiemu uroku. — Bandaże też by się przydały. — Zawirował nosem, podrapał się po nieogolonym policzku i błysnął do mnie tym przekrwionym, błękitnym oczyskiem. Parsknąłem śmiechem, kręcąc głową.
— Chory jesteś — odparłem, kręcąc głową, byle wykazać swoje zrezygnowanie całą tą zaistniałą sytuacją, która jakoś nieszczególnie mi się podobała. Ba, wręcz przeciwnie, drażniła mnie niemiłosiernie, bo kto cieszyłby się z faktu, że pod chatkę regularnie zachadza mu samotny szczurołak, prosi o przedmioty użytku codziennego, odwdzięczając się tylko i wyłącznie ładnym uśmiechem.
— To wiemy. — Pociągnął zaczerwienionym, prawie wiecznie zatkanym nosem. Nie gubił werwy, wciąż był tak paskudnie chyży, nawet jeśli kaszel wyrywał mu płuca z piersi. A ja jedynie zerkałem z rozczuleniem na zapadnięte policzki, podkrążone oczyska i bladą, pergaminową cerę, spod której idealnie widoczne były wszelakie żyły.
— Ile tych gryzoni?
— Jak duże to z trzy. Mniejszych może sześć.
— Czy to nie zalicza się pod kanibalizm? — mruknąłem, zerkając na niego podejrzliwie i może, ale tylko może, odgarniając zagubiony, ciemny kosmyk ze spoconego, nieco brudnego czoła. Wzruszył ramionami i może, ale tylko może, starał się prędko wtulić jak największą powierzchnię głowy w moją dłoń, gdy tylko nadarzyła się okazja. — Mniejsza. Uważaj na siebie.
— Już mnie wyganiasz? — parsknął chrapliwym śmiechem.
— Ja? Nie. Pora dnia? A i owszem — rzuciłem, zauważając, że rzeczywiście, jeszcze chwila, a i osadnicy poczną się szlajać po okolicznych terenach i nasłuchiwać, obserwować. Brunet przewrócił zmęczonymi oczami. — Starcza, że ciskają w ciebie trutkami, chyba że stęskniłeś się za szpikulcami w udzie, co? — Smętny śmiech urwał się z mojej piersi. Nie wierzyłem, że pozwoliłem mu uciec i dojrzeć światło dzienne. — Naprawdę, uważaj na siebie.
Odetchnął nieco ciężej, wbijając wzrok w swoje brudne, szczupłe stopy z długimi palcami. Jeszcze raz rzucił na mnie błękitnym, marnym spojrzeniem i pokiwał nieśmiało głową, ewidentnie nie kwapiąc się do ucieczki spod strzechy.
Niechęć capiąca na kilometr. Niepewność, ale jednak, końcowe zbliżenie się do drewnianej okiennicy, otworzenie jej. Zawahanie.
Też nie chcę, żebyś odchodził, nawet jeśli to tylko kilka godzin.
Martwię się, wiesz o tym.
— Dlaczego po prostu się do nas nie przyłączysz?
Pozostawił mnie bez słowa, wyskakując przez okno i za chwilę ginąc gdzieś w lesie.
Pozostawił mnie bez słowa, jedynie z jego zapachem świdrującym nos, lekkim niesmakiem i chłodem omiatającym policzki. Mróz szczypał skórę.
Pozostawił mnie bez słowa, a jego odpowiedź i tak brzęczała mi w uszach.
Nie miał przecież zamiaru zabierać miejsca żywym.
— Witaj, Venti — rzuciłem w stronę handlarki, udając, że wcale nie widziałem zdarzeń sprzed dosłownie sekundy.
Udając, że mężczyzna wcale nie schował się w dość mało dyskretny sposób w lesie.
Udając, że sam wcale nie znajomiłem się z jednym... Może kilkoma samotnikami.
Byłbym hipokrytą, gdybym cokolwiek jej wytknął. Zresztą, nie miałem zamiaru. Ludzie jak ludzie. To jest, modyfikacje, czy coś. Mniejsza.
— Nie macie przypadkiem na stanie króla, czy myszy? — rzuciłem z delikatnym uśmiechem wirującym gdzieś pod zarostem. Wcześniej może i zaglądnąłem do myśliwych, ci jednak danych „przysmaków” nie posiadali.
Chociaż bardzo się starałem, wzrok mimowolnie padał na gąszcz, w którym zniknął owy osobnik, pozostawiając po sobie tylko złamaną gałązkę, może dwie.
— Albo, chociaż czegoś na rany — dodałem, wspominając brzydkie, niezagojone i do tego wciąż babrzące się świństwo na jego kostce. Dziabnął go kotołak, co się dziwić. Ci zawsze mieli coś w sobie, że najwięcej krzywdy sprawiali. Paskudztwa.
Wbicie spojrzenia w obandażowane stopy, o ile bandażami można nazwać jakieś szmaty i trochę ususzonej skóry jakiego zwierzęcia.
A później wymowne zwrócenie oczu na gęstwinę lasu, zmarszczenie brwi.
— Powinnaś na siebie uważać — mruknąłem, wsłuchując się w szelest i dźwięk znacząco wskazujący na to, że coś się tam ruszało.
Coś zdecydowanie większego od przeciętnej jednostki.
„Wyrzucili coś nowego na brzeg” szepnął, charknął i nawet powstrzymał kaszlnięcie.
<To ten, Lucan cnie>
Wzdrygnął się, słysząc dziewczęcy głos, który niespodziewanie wybudził go z niezwykłego letargu. Poczuwał się, jakby przyszło mu przespać ostatnie kilka lat.
Chciał już podnieść się z wygodnego, jasnego krzesła, niezbyt pasującego do wystroju wnętrza, jednakowoż na tyle wyjątkowego, żeby z chęcią się na nim sadowić, chciał już odpowiedzieć „oczywiście, skarbie”, gdy poczuł chłód ciągnący od podłoża, stracił świadomość własnego ciała i zrozumiał docierające do niego słowa obcego człowieka.
— Nie ma problemu — orzekł się rudy mężczyzna siedzący po drugiej stronie stołu, za chwilę trzymający kruchy kawał zapieczonego chleba w dłoni i drapiąc po nim ząbkami noża powleczonego kremem czekoladowym. Mężczyzna nie miał twarzy.
Dziewczynka zresztą też.
W sumie zgubił poczucie jestestwa. Świat zniknął. Stół lawirował gdzieś w przestrzeni, a on razem z nim i dwójką znajomych-nieznajomych.
A kruk wrzasnął wraz z momentem, gdy zmęczone niewygodnymi terenami, zabarwione glebą i zabliźnione stopy dotknęły chłodnego dywanu, białego, puchowego. Chwilę później płynącego czerwienią, która nie tyle, co kolorowała, a pozbywała się go ze swojej drogi.
Wszystko pędziło równie prędko co teraźniejsze słowa, wypowiadane bez celu, ładu i składu.
Jednakże cóż z tego, jeśli mężczyzna mógł wtedy w końcu ułożyć dłonie na jej licach, ucałować zmarznięty nos i zaszlochać ze szczęścia, widząc przymglone emocjami oczy dziecka.
Cóż z tego.
Przecież i tak nikt nie patrzył na ciało złożone przy kolanach.
Przecież równie dobrze można było krzyknąć, że to wino.
A pióra wciąż wirowały w przestrzeni, a krzyk wciąż roznosił się po śniegu.
— Że co mam ci przynieść? — rzuciłem, marszcząc brwi, gdy swoją obecnością zaszczycił mnie jeden z mniej, lub też bardziej, błyskotliwych... Uznajmy, znajomych. Dymitr uśmiechnął się od ucha do ucha, tylko eksponując swoje nieco przerośnięte siekacze, a i mimowolnie unosząc odstające uszyska. Przyznaję bez bicia, szczurołactwo pasowało mu jak ulał, a z tego, co mi wiadomo, wygląd wcale nie był następstwem modyfikacji. Zrobili sobie psikusa, dobierając mu akurat to cholerstwo.
— Króla. Albo myszy — mruczał, zaciągając, w co poniektórych miejscach. Co, jak co, zaśpiew niezmiennie mu pozostawał, a świszczące przez zębiska powietrze jedynie dodawało temu wszystkiemu uroku. — Bandaże też by się przydały. — Zawirował nosem, podrapał się po nieogolonym policzku i błysnął do mnie tym przekrwionym, błękitnym oczyskiem. Parsknąłem śmiechem, kręcąc głową.
— Chory jesteś — odparłem, kręcąc głową, byle wykazać swoje zrezygnowanie całą tą zaistniałą sytuacją, która jakoś nieszczególnie mi się podobała. Ba, wręcz przeciwnie, drażniła mnie niemiłosiernie, bo kto cieszyłby się z faktu, że pod chatkę regularnie zachadza mu samotny szczurołak, prosi o przedmioty użytku codziennego, odwdzięczając się tylko i wyłącznie ładnym uśmiechem.
— To wiemy. — Pociągnął zaczerwienionym, prawie wiecznie zatkanym nosem. Nie gubił werwy, wciąż był tak paskudnie chyży, nawet jeśli kaszel wyrywał mu płuca z piersi. A ja jedynie zerkałem z rozczuleniem na zapadnięte policzki, podkrążone oczyska i bladą, pergaminową cerę, spod której idealnie widoczne były wszelakie żyły.
— Ile tych gryzoni?
— Jak duże to z trzy. Mniejszych może sześć.
— Czy to nie zalicza się pod kanibalizm? — mruknąłem, zerkając na niego podejrzliwie i może, ale tylko może, odgarniając zagubiony, ciemny kosmyk ze spoconego, nieco brudnego czoła. Wzruszył ramionami i może, ale tylko może, starał się prędko wtulić jak największą powierzchnię głowy w moją dłoń, gdy tylko nadarzyła się okazja. — Mniejsza. Uważaj na siebie.
— Już mnie wyganiasz? — parsknął chrapliwym śmiechem.
— Ja? Nie. Pora dnia? A i owszem — rzuciłem, zauważając, że rzeczywiście, jeszcze chwila, a i osadnicy poczną się szlajać po okolicznych terenach i nasłuchiwać, obserwować. Brunet przewrócił zmęczonymi oczami. — Starcza, że ciskają w ciebie trutkami, chyba że stęskniłeś się za szpikulcami w udzie, co? — Smętny śmiech urwał się z mojej piersi. Nie wierzyłem, że pozwoliłem mu uciec i dojrzeć światło dzienne. — Naprawdę, uważaj na siebie.
Odetchnął nieco ciężej, wbijając wzrok w swoje brudne, szczupłe stopy z długimi palcami. Jeszcze raz rzucił na mnie błękitnym, marnym spojrzeniem i pokiwał nieśmiało głową, ewidentnie nie kwapiąc się do ucieczki spod strzechy.
Niechęć capiąca na kilometr. Niepewność, ale jednak, końcowe zbliżenie się do drewnianej okiennicy, otworzenie jej. Zawahanie.
Też nie chcę, żebyś odchodził, nawet jeśli to tylko kilka godzin.
Martwię się, wiesz o tym.
— Dlaczego po prostu się do nas nie przyłączysz?
Pozostawił mnie bez słowa, wyskakując przez okno i za chwilę ginąc gdzieś w lesie.
Pozostawił mnie bez słowa, jedynie z jego zapachem świdrującym nos, lekkim niesmakiem i chłodem omiatającym policzki. Mróz szczypał skórę.
Pozostawił mnie bez słowa, a jego odpowiedź i tak brzęczała mi w uszach.
Nie miał przecież zamiaru zabierać miejsca żywym.
— Witaj, Venti — rzuciłem w stronę handlarki, udając, że wcale nie widziałem zdarzeń sprzed dosłownie sekundy.
Udając, że mężczyzna wcale nie schował się w dość mało dyskretny sposób w lesie.
Udając, że sam wcale nie znajomiłem się z jednym... Może kilkoma samotnikami.
Byłbym hipokrytą, gdybym cokolwiek jej wytknął. Zresztą, nie miałem zamiaru. Ludzie jak ludzie. To jest, modyfikacje, czy coś. Mniejsza.
— Nie macie przypadkiem na stanie króla, czy myszy? — rzuciłem z delikatnym uśmiechem wirującym gdzieś pod zarostem. Wcześniej może i zaglądnąłem do myśliwych, ci jednak danych „przysmaków” nie posiadali.
Chociaż bardzo się starałem, wzrok mimowolnie padał na gąszcz, w którym zniknął owy osobnik, pozostawiając po sobie tylko złamaną gałązkę, może dwie.
— Albo, chociaż czegoś na rany — dodałem, wspominając brzydkie, niezagojone i do tego wciąż babrzące się świństwo na jego kostce. Dziabnął go kotołak, co się dziwić. Ci zawsze mieli coś w sobie, że najwięcej krzywdy sprawiali. Paskudztwa.
Wbicie spojrzenia w obandażowane stopy, o ile bandażami można nazwać jakieś szmaty i trochę ususzonej skóry jakiego zwierzęcia.
A później wymowne zwrócenie oczu na gęstwinę lasu, zmarszczenie brwi.
— Powinnaś na siebie uważać — mruknąłem, wsłuchując się w szelest i dźwięk znacząco wskazujący na to, że coś się tam ruszało.
Coś zdecydowanie większego od przeciętnej jednostki.
„Wyrzucili coś nowego na brzeg” szepnął, charknął i nawet powstrzymał kaszlnięcie.
<To ten, Lucan cnie>
Od Lucan'a CD Fafnir'a
Z krótkiego i dość nieprzyjemnego snu wybudził mnie głos chłopaka. Słowa skierowane do mnie w trybie rozkazującym niemal natychmiastowo wyrwały mnie z koszmaru. Powoli uchyliłem powieki, chcąc przyzwyczaić oczy do buchającego od ognia światła. Siedział tam, przed kominkiem, bacznie obserwując intruza- mnie. Odchrząknąłem cicho, prostując plecy. Kręgi strzelały po kolei, niczym salwy wystrzelonych armat. Chłopak poruszył się niespokojnie, a ja zdążyłem zauważyć jak jedna z jego dłoni szybko zaciska się na włóczni. Nic sobie z tego nie robiąc przeciągnąłem się, po czym skierowałem wzrok w jego kierunku.
- Smacznego. – mruknąłem, nieco przymrużając oczy.
- Tu jest dla Ciebie. – odpowiedział w tej samej tonacji, trącając palcem miskę, jak zdążyłem wyczuć, ze świeżym, surowym mięsem. W odpowiedzi szybko pokręciłem głową na boki i powoli wstałem.
- Nie jestem w stanie tego zjeść. Za to ty pachniesz o wiele lepiej. – chłopak uniósł oszczep, układając go w dłoni wygodniej. – Spokojnie, nie zrobię Ci krzywdy. Mam hamulce. – odparłem nad wyraz spokojnie podchodząc do niedźwiedziej skóry rozwieszonej w miejscu wejścia do chaty. Już miałem pociągnąć za przemarznięty materiał, gdy do moich uszu dotarło donośne warknięcie. Momentalnie skierowałem wzrok na chłopaka, a spostrzegając jego minę, nie miałem wątpliwości, że on również to usłyszał. Powoli uniosłem dłoń na wysokość twarzy, by ułożyć pionowo na ustach palec wskazujący. Wytężyłem słuch i unormowałem oddech, starając się określić, czy stworzenie, które wydawało te odgłosy oddaliło się, czy może wciąż kręci się wokół chaty. Nie mogłem się skupić, szumiało mi w uszach jakby wewnątrz mojej głowy szalała najprawdziwsza wichura, co tylko wyprowadzało mnie z równowagi i rujnowało skupienie, które tak desperacko próbowałem nadbudować. Gałąź trawiona w kominku przez ogień strzeliła po raz kolejny, uwalniając w ciemność błyszczące i ostre iskry, mój towarzysz oddychał głośno, a jego serce waliło z takim impetem jakby miało wyskoczyć mu z piersi, wiatr przeciskając się przez najmniejsze szczeliny chaty świszczał głośno. Nie mogłem znieść tego hałasu, tych dźwięków, które mieszając się z szumem wewnątrz mojej czaszki doprowadzały mnie do szaleństwa, wyzwalały nieopisany gniew i podsycały furię, która tak bardzo pragnęła teraz opuścić moje ciało. Szarpnąłem mocno za futro i jednym krokiem pokonałem próg chaty, od razu wpadając w zaspę, którą naniosła burza. Odetchnąłem, słysząc tylko ciszę dookoła. Wzrokiem przesunąłem się od podłoża, wzdłuż linii drzew, do góry aż po zachmurzone niebo. Cisza. Tak upragniona i wyczekiwana, wyczuwalna była niemal zewsząd. A może to ja ogłuchłem? Wypatrywałem gwiazd za grubą warstwą chmur. Tak, na pewno słuch mnie zawodził, tak jak przed chwilą, spłatał mi figiel w chacie. Byłem głodny. Umierałem z głodu. Wciągnąłem do płuc mroźne powietrze, chcąc poczuć jak miliony igieł ranią ich powłokę przedzierając się przez nie na drugą stronę, by potem zniknąć i powrócić z kolejnym oddechem. Lubiłem ten ból. Postawiłem dwa kroki przed siebie, potem kolejne dwa i jeszcze jeden. Moje stopy zapadały się pod grubą, puszystą powłoką co powodowało zachwiania i kilkusekundową utratę równowagi. Wtem, moje ciało przeszył ból, rwący i zupełnie nieoczekiwany, nadszedł nagle i momentalnie rozszedł się on po całym ciele, jak gdyby zostało ono oblane żrącym kwasem. Oderwany od przemyśleń, wzrok skierowałem na jego epicentrum, przedramię, z którego na boki tryskała szkarłatna posoka. Ostre, pożółkłe już zębiska zatapiały się głęboko w mą aksamitną skórę, szarpały ją, rozrywały mięsień, wszystko to zalewając strumieniami krwi, której wylewający się nadmiar barwił śnieg pode mną. Wilkołak rozluźnił swoje szczęki i wypuścił z nich moją kończynę, a przez opór, który działał w tym wypadku tylko na moją niekorzyść, upadłem w zaspę za sobą, uwydatniając kolejne kawałki swego ciała. Zawarczał głośno, szorstko, nim ponownie rzucił się do ataku. Tuman suchego śniegu uniósł się, gdy używając swej zwinności, stokroć przeważającej ludzką, przemknąłem za napastnika, wprawiając go w zakłopotanie. Nie dał się oszukać. W jednej chwili odwrócił się i przygarbił, zawarczał raz jeszcze, uwalniając z pyska fałdy piany, która skapywała na śnieg, topiąc go. Czując, że nadchodzi kolejny atak zaparłem się nogami, szykując się na odparcie ciężaru. Wtem ciało przerośniętego psa wygięło się w łuk, a z jego paszczy wydobył się agoniczny skowyt. Ciemna ciecz rozlała się, barwiąc kolejny skraw białego puchu a po chwili po wilkopodobnym nie było już śladu. Albinos stał przy wejściu do chaty drżąc i oddychając szybko. Jego oszczep poniekąd uratował mnie z opresji. Zaciekawiło mnie, co go podkusiło do tego działania.
- Twoja ręka..- zaczął drżącym głosem, stawiając w moim kierunku kilka kroków.
- To nic.- odparłem natychmiastowo, nie dając mu dokończyć. Nasze spojrzenia spotkały się jeszcze na moment, a potem zmyłem się stamtąd tak, jak obiecałem.
Tej zimy nasze drogi się już nie skrzyżowały. Nadeszła wiosna.
Fafnir?
- Smacznego. – mruknąłem, nieco przymrużając oczy.
- Tu jest dla Ciebie. – odpowiedział w tej samej tonacji, trącając palcem miskę, jak zdążyłem wyczuć, ze świeżym, surowym mięsem. W odpowiedzi szybko pokręciłem głową na boki i powoli wstałem.
- Nie jestem w stanie tego zjeść. Za to ty pachniesz o wiele lepiej. – chłopak uniósł oszczep, układając go w dłoni wygodniej. – Spokojnie, nie zrobię Ci krzywdy. Mam hamulce. – odparłem nad wyraz spokojnie podchodząc do niedźwiedziej skóry rozwieszonej w miejscu wejścia do chaty. Już miałem pociągnąć za przemarznięty materiał, gdy do moich uszu dotarło donośne warknięcie. Momentalnie skierowałem wzrok na chłopaka, a spostrzegając jego minę, nie miałem wątpliwości, że on również to usłyszał. Powoli uniosłem dłoń na wysokość twarzy, by ułożyć pionowo na ustach palec wskazujący. Wytężyłem słuch i unormowałem oddech, starając się określić, czy stworzenie, które wydawało te odgłosy oddaliło się, czy może wciąż kręci się wokół chaty. Nie mogłem się skupić, szumiało mi w uszach jakby wewnątrz mojej głowy szalała najprawdziwsza wichura, co tylko wyprowadzało mnie z równowagi i rujnowało skupienie, które tak desperacko próbowałem nadbudować. Gałąź trawiona w kominku przez ogień strzeliła po raz kolejny, uwalniając w ciemność błyszczące i ostre iskry, mój towarzysz oddychał głośno, a jego serce waliło z takim impetem jakby miało wyskoczyć mu z piersi, wiatr przeciskając się przez najmniejsze szczeliny chaty świszczał głośno. Nie mogłem znieść tego hałasu, tych dźwięków, które mieszając się z szumem wewnątrz mojej czaszki doprowadzały mnie do szaleństwa, wyzwalały nieopisany gniew i podsycały furię, która tak bardzo pragnęła teraz opuścić moje ciało. Szarpnąłem mocno za futro i jednym krokiem pokonałem próg chaty, od razu wpadając w zaspę, którą naniosła burza. Odetchnąłem, słysząc tylko ciszę dookoła. Wzrokiem przesunąłem się od podłoża, wzdłuż linii drzew, do góry aż po zachmurzone niebo. Cisza. Tak upragniona i wyczekiwana, wyczuwalna była niemal zewsząd. A może to ja ogłuchłem? Wypatrywałem gwiazd za grubą warstwą chmur. Tak, na pewno słuch mnie zawodził, tak jak przed chwilą, spłatał mi figiel w chacie. Byłem głodny. Umierałem z głodu. Wciągnąłem do płuc mroźne powietrze, chcąc poczuć jak miliony igieł ranią ich powłokę przedzierając się przez nie na drugą stronę, by potem zniknąć i powrócić z kolejnym oddechem. Lubiłem ten ból. Postawiłem dwa kroki przed siebie, potem kolejne dwa i jeszcze jeden. Moje stopy zapadały się pod grubą, puszystą powłoką co powodowało zachwiania i kilkusekundową utratę równowagi. Wtem, moje ciało przeszył ból, rwący i zupełnie nieoczekiwany, nadszedł nagle i momentalnie rozszedł się on po całym ciele, jak gdyby zostało ono oblane żrącym kwasem. Oderwany od przemyśleń, wzrok skierowałem na jego epicentrum, przedramię, z którego na boki tryskała szkarłatna posoka. Ostre, pożółkłe już zębiska zatapiały się głęboko w mą aksamitną skórę, szarpały ją, rozrywały mięsień, wszystko to zalewając strumieniami krwi, której wylewający się nadmiar barwił śnieg pode mną. Wilkołak rozluźnił swoje szczęki i wypuścił z nich moją kończynę, a przez opór, który działał w tym wypadku tylko na moją niekorzyść, upadłem w zaspę za sobą, uwydatniając kolejne kawałki swego ciała. Zawarczał głośno, szorstko, nim ponownie rzucił się do ataku. Tuman suchego śniegu uniósł się, gdy używając swej zwinności, stokroć przeważającej ludzką, przemknąłem za napastnika, wprawiając go w zakłopotanie. Nie dał się oszukać. W jednej chwili odwrócił się i przygarbił, zawarczał raz jeszcze, uwalniając z pyska fałdy piany, która skapywała na śnieg, topiąc go. Czując, że nadchodzi kolejny atak zaparłem się nogami, szykując się na odparcie ciężaru. Wtem ciało przerośniętego psa wygięło się w łuk, a z jego paszczy wydobył się agoniczny skowyt. Ciemna ciecz rozlała się, barwiąc kolejny skraw białego puchu a po chwili po wilkopodobnym nie było już śladu. Albinos stał przy wejściu do chaty drżąc i oddychając szybko. Jego oszczep poniekąd uratował mnie z opresji. Zaciekawiło mnie, co go podkusiło do tego działania.
- Twoja ręka..- zaczął drżącym głosem, stawiając w moim kierunku kilka kroków.
- To nic.- odparłem natychmiastowo, nie dając mu dokończyć. Nasze spojrzenia spotkały się jeszcze na moment, a potem zmyłem się stamtąd tak, jak obiecałem.
Tej zimy nasze drogi się już nie skrzyżowały. Nadeszła wiosna.
Fafnir?
3 listopada 2018
od Ancymona CD Aven
Przez cały czas certoliła. Dużo, namiętnie, wręcz nieco napastliwie, starając się widocznie tylko podtrzymywać przy życiu tę nieszczęsną, nieco umierającą rozmowę. Mnie tam nie przeszkadzało. Mogło egzystować, mogło paść jak mucha z przyczyn naturalnych, cokolwiek, co sprawiłoby jej więcej przyjemności. Jak widać, wolała trajkotać jak dobrze nakręcona i naoliwiona katarynka, bo ciągle dodawała od siebie słówko, czy dwa, za którymi leciał cały wodospad wypowiedzi, których jedynie ze spokojem słuchałem, może raz na jakiś czas, kiwając głową. Wolałem poprzyglądać się otoczeniu, niż bardziej wkręcać w jej historie, jednakże miły, łagodny i zaskakująco dźwięczny głos, całkiem przyjemnie ukręcał mi to chłodne, zimowe popołudnie. Nawet stukot kół i nierówny teren wydawały się być mniejszym utrapieniem, niż zazwyczaj, co przyjąłem do świadomości z uśmiechem na ustach i myślą, że w sumie, to dobrze mieć jakiegoś kompana podróży. Nawet jeśli to gadatliwa nimfa z przykuwającym oko wyglądem. Bardzo przykuwającym oko.
Do tego robiła za dość skuteczny pług, gdy przyszło się przedzierać przez coraz to większe zaspy, które w pewnym momencie naprawdę mogły stać się rzeczą nadwyraz uciążliwą i męczącą. Nie przepadałem pod tym względem za mroźną porą roku, nawet jeśli była jedną z moich bardziej lubianych, bo w końcu ładnie to wygląda, do tego święta, te sprawy.
Dziewczyny zawsze się jakoś tak cieszyły, a przecież ukochałem błysk w tych ich ślepkach.
Śmiech brzęczący w uszach niczym najszczersze złoto, gdy tylko odpakowywały pakunki, melodie kolęd i innych pierdół, których z kolei cholernie nie mogłem ścierpieć. Szczególnie gdy kazano mi je śpiewać, a robiono to zawsze, rok w rok, bez wytchnienia.
Masz przecież tak ładny głos, Kamilku, czemu ty z niego pożytku nie robisz.
Co z tego, że brzmiałem, jak przejechany kot, którego ktoś jeszcze postanowił obedrzeć ze skóry i futra.
Wzdrygnąłem się na myśl o nieszczęsnym zwierzęciu, bo takich pewno nadarzyło się więcej, niż dużo. A i przecie teraz sami mogliśmy tak skończyć, skonać i zwiać z tego świata. Niezbyt dumny sposób. Wręcz przeciwnie.
A potem już tylko buda zabita dechami, wyglądająca jak z jakiegoś dobrego horroru i to wcale nie metafora, bo rzeczywiście znaleźliśmy się pod takowym budynkiem, który, jak się okazało, był kolejnym przystankiem na naszej trasie.
A właściciel już całkiem wyglądał jak wyjęty z dobrego dreszczowca. Potężny, masywny, z miną godną zbrodniarza, ale proszę bardzo, okładka ponownie zdołała mnie zmylić. Okazał się całkiem spoko jegomościem, nawet potulnym, bo i do chaty zaprosił, coby się człowiek ogrzał i dupsko ugościł w ciepłym.
A było paskudnie zimno, żem się trząsł w swoich fatałaszkach, nawet jeśli do cienkich to one nie należały. Jednak mimo wszystko zdecydowałem się odmówić.
— Wiecie, jak już wejdę, to stąd nie wyjdę — parsknąłem śmiechem, kręcąc nieco głową i przecierając obolały, zmarznięty kark. — Jednakże dziękuję za propozycję.
A i ona również odmówiła. Widocznie jedynie czekała na moją decyzję w danej sprawie.
— Następny kurs? — spytałem, poprawiając uchwyt na moim małym, rozklekotanym wózeczku.
Aven?
Do tego robiła za dość skuteczny pług, gdy przyszło się przedzierać przez coraz to większe zaspy, które w pewnym momencie naprawdę mogły stać się rzeczą nadwyraz uciążliwą i męczącą. Nie przepadałem pod tym względem za mroźną porą roku, nawet jeśli była jedną z moich bardziej lubianych, bo w końcu ładnie to wygląda, do tego święta, te sprawy.
Dziewczyny zawsze się jakoś tak cieszyły, a przecież ukochałem błysk w tych ich ślepkach.
Śmiech brzęczący w uszach niczym najszczersze złoto, gdy tylko odpakowywały pakunki, melodie kolęd i innych pierdół, których z kolei cholernie nie mogłem ścierpieć. Szczególnie gdy kazano mi je śpiewać, a robiono to zawsze, rok w rok, bez wytchnienia.
Masz przecież tak ładny głos, Kamilku, czemu ty z niego pożytku nie robisz.
Co z tego, że brzmiałem, jak przejechany kot, którego ktoś jeszcze postanowił obedrzeć ze skóry i futra.
Wzdrygnąłem się na myśl o nieszczęsnym zwierzęciu, bo takich pewno nadarzyło się więcej, niż dużo. A i przecie teraz sami mogliśmy tak skończyć, skonać i zwiać z tego świata. Niezbyt dumny sposób. Wręcz przeciwnie.
A potem już tylko buda zabita dechami, wyglądająca jak z jakiegoś dobrego horroru i to wcale nie metafora, bo rzeczywiście znaleźliśmy się pod takowym budynkiem, który, jak się okazało, był kolejnym przystankiem na naszej trasie.
A właściciel już całkiem wyglądał jak wyjęty z dobrego dreszczowca. Potężny, masywny, z miną godną zbrodniarza, ale proszę bardzo, okładka ponownie zdołała mnie zmylić. Okazał się całkiem spoko jegomościem, nawet potulnym, bo i do chaty zaprosił, coby się człowiek ogrzał i dupsko ugościł w ciepłym.
A było paskudnie zimno, żem się trząsł w swoich fatałaszkach, nawet jeśli do cienkich to one nie należały. Jednak mimo wszystko zdecydowałem się odmówić.
— Wiecie, jak już wejdę, to stąd nie wyjdę — parsknąłem śmiechem, kręcąc nieco głową i przecierając obolały, zmarznięty kark. — Jednakże dziękuję za propozycję.
A i ona również odmówiła. Widocznie jedynie czekała na moją decyzję w danej sprawie.
— Następny kurs? — spytałem, poprawiając uchwyt na moim małym, rozklekotanym wózeczku.
Aven?
Subskrybuj:
Posty (Atom)