Wysłuchiwałem tych wszystkich okropnych rzeczy, które swobodnie wypływały z ust Galii i poczułem gniew. Nie taki jak ona, chociaż jakbyśmy mieli się kłócić kto jest tutaj bardziej wkurzony, zdecydowanie wygrałaby żniwiarka. Byłem wściekły na to, jak ona widzi zaistniałą sytuację, jak bardzo jest na wszystko zła i jaka to wielka katastrofa. Oczywiście wiem, że dla niej to podwójny koszmar. Ja mógłbym sobie po prostu zniknąć z jej życia, a ona nie miałaby wyjścia. Jednakże nie mam zamiaru uciekać, ani podkulać ogona przed obecną sytuacją. Doprowadziliśmy do tego oboje, więc teraz oboje musimy ponieść tego konsekwencje, a raczej zmierzyć się z nimi. Nie będzie to łatwe, ale to przecież nie koniec świata. Dla mnie najważniejsze było to, że Galia wyszła cało z tamtego wypadku, a to że nosi w sobie dwa nowe życia mógłbym odłożyć na drugi plan. Zresztą i tak dobrze, że i one są bezpieczne. Obawiałem się tylko, że osadniczkę to przewyższy wnioskując po jej obecnym zachowaniu. Dotąd byłem w stanie tylko wysłuchiwać co złego ma do powiedzenia i wgapiałem się w zaskakująco interesujące panele podłogowe, ale musiałem to przerwać. Zmarszczyłem brwi w irytacji i szybkim ruchem łapiąc Galię za nadgarstki, zmusiłem ją do wstania i spojrzenia mi w oczy. Lekko zacisnęła zęby, gdyż widocznie mój mocny uścisk nie był dla niej komfortowy.
- Przestań w kółko o tym samym! - warknąłem nie luzując uścisku - Wiem, tak nie miało się stać, nikt z nas nie miał tego w planach i nikt się tego nie spodziewał, ale skoro już się to zdarzyło, to nie pora na użalanie się nad sobą. To nie byle jaka sprawa, mówimy tutaj o dwóch nowych życiach, które chcesz od tak sobie zlikwidować. Co jak co, ale ja ci na to nie pozwolę - poluzowałem nieco pięści, gdy zauważyłem jak jej wyraz twarzy łagodnieje - Nie jesteś taka. Ja znam tylko Galię, która walczy do końca i broni swoich, a nie się poddaje i szuka ucieczki. Pomyśl o tym... Niech to nie będzie dla ciebie kara.
Ciemnowłosa powoli wydostała się z moich ramion i ponownie usiadła na fotelu chowając twarz w dłoniach. Nie płakała, jakby śmiała. Widocznie była wszystkim zmęczona, a moja obecność tutaj wcale nie szła jej na rękę, ale muszę jej przemówić do rozsądku. Nie pozwolę jej działać pochopnie, na pewno nie jeżeli chodzi tutaj o nasze wspólne dzieci. Westchnąłem i ukucnąłem przed osadniczką zabierając jej małe dłonie z twarzy. Dziewczyna zmartwiona splotła nasze palce razem i bez wyrazu wgapiała się w różnice naszych dłoni.
- Pamiętaj, że... Będę przy tobie. Oboje zawaliliśmy więc oboje musimy się z tym zmierzyć - dodałem cicho.
Wychodziło na to, że moje słowa powolutku do niej docierają, a gdy otworzyła usta miałem nadzieję, że zgodzi się ze mną i sprawa będzie rozwiązana. Niestety gdy wyrwała swoją dłoń i gwałtownie podniosła się z fotela, straciłem na to nadzieje.
- Bzdura - parsknęła kręcąc głową i chodząc po pokoju jakby nie mogąc się uspokoić - Czy ty siebie słyszysz? Wyobrażasz sobie naszą rodzinkę jak jedną z tych przesłodzonych filmów? Co, może jeszcze kupimy sobie pieska? - rozłożyła ręce z każdym słowem coraz bardziej podnosząc głos.
Zmarszczyłem brwi i głośno tupiąc udałem się bez słowa do wyjścia. Nie miałem zamiaru rozmawiać z nią w ten sposób. Jeżeli nie chce mnie wysłuchać i działać racjonalnie, to nie. Niech zrobi sobie z dzieciakami co chce, a gdy poprosi mnie o pomoc niech nie liczy, że jej udzielę. Zacisnąłem palce na klamce wyczekując jakiejkolwiek odpowiedz ze strony dziewczyny. Miałem skrytą nadzieję, że jeszcze zmieni zdanie. Niestety nie, stała tam w salonie cała się gotując ze złości i nie miała zamiaru nawet mnie zatrzymywać. Zaśmiałem się histerycznie i otworzywszy drzwi, wyszedłem na zewnątrz następnie głośno nimi trzaskając. Musiałem w jakiś sposób dać upust swoim emocjom, których na obecną chwilę nazbierało się we mnie za dużo. Zdecydowanie za dużo jak na jeden wieczór. Pobiegłem w stronę lasu czując w żyłach gotującą się krew, a skóra swędziała domagając się przemiany. Pod tą postacią znacznie więcej będę w stanie zniszczyć. Pozwoliłem więc sierści okryć całe moje ciało, a ja sam zaszyłem się w opuszczonym lesie szukając ofiary, byle silnej i wielkiej.
Galia?
21 października 2018
Od Sędziego CD Galii
- Dobra, patrząc na ślady, to mamy do czynienia z kimś raczej drobnym. Jednak dało to radę załatwić harpię, a jak wiadomo one nie są pizdowate - mruknąłem, patrząc na ślady, które wiodły w przeciwnym kierunku do osady. - Dodatkowo harpie są całkiem szybkie. Widziałaś człowieka, który potrafi pieszo dogonić harpię? Nie widać też wcześniej krwi, więc harpia była zdrowa.
Spojrzałem na krwisty śnieg, a potem ponownie na ślady. To nie było wcale miejsce zwykłej walki. Zasadzka? Też odpadało. Harpia uciekała, a jednak nie leciała. Skrępowane skrzydła?
- Nie dedukuj, tylko chodźmy po śladach - mruknęła zniecierpliwiona dziewczyna a ja kiwnąłem powoli głową. Faktycznie, skoro sprawcy tego zamieszania byli niedaleko to jednak warto już ruszać. - Tylko się nie zgub.
Kobieta poklepała lekko konia po szyi i po chwili ruszyła galopem po śladach. Tumany śniegu niosły się za nią, a ja tylko pokręciłem głową i puściłem się pędem. Nie przypominałem maratończyka - biegłem co prawda szybko, jednak zdecydowanie bardziej przypominałem rozpędzoną lokomotywę, która tylko sapie, dyszy i tratuje wszystko na swojej drodze.
Po kilku minutach biegłem za dziewczyną tylko patrząc po śladach kopyt - dawno już mnie wyprzedziła. Wtem jednak, w blasku wstającego na dobre już słońca, dostrzegłem przede mną koński zad. Jedyne co mi przeszło przez myśl, to dać po ręcznym - wyciągnąłem rękę w bok, podskoczyłem i w locie złapałem się jakiegoś drzewka. Cud, że wytrzymało, jednak zatrzeszczało groźnie - rozpędzone sto pięćdziesiąt kilogramów to jednak była całkiem spora masa.
Jednak udało się - zatrzymałem się, wykorzystując mięśnie. Dziewczyna spojrzała tylko na mnie, unosząc brew. Cóż, nie co dzień widuje się tak przygłupią lokomotywę. Po chwili jednak spojrzała przed siebie i uniosła rękę.
- Spójrz - powiedziała, zsiadając z rumaka. Mój wzrok powędrował w tamtym kierunku. Zauważyłem dziwną scenę. Mała dziewczynka o bladej skórze i białych włosach była lizana po twarzy przez niedźwiedzia. Obok niej stała nimfa, patrząc z uśmiechem na dziecko. A u ich stóp, zaraz przy miśku, leżało ciało harpii. Biedaczyna miał najpewniej złamane skrzydła, wyrwane szpony, dosłownie rozerwany dziób i rozpruty brzuch. To ostatnie było najpewniej posiłkiem niedźwiedzia, który zostawiał na twarzy dziecka czerwone linie.
- Całkiem przyjemny zjazd rodzinny. Poza tą harpią - mruknąłem, wyjmując z plecaka pręt. Przyda się, jeśli zechcemy zaatakować naszych nowych przyjaciół. - To jak, pani była dyktator. Jakiś plan, czy zostawiasz mnie tu samego? - zapytałem, robiąc krok w kierunku "rodzinki". Złożyło się idealnie tak, że właśnie wtedy nas dostrzegli i nimfa od razu cofnęła się za dziewczynkę.
Galia?
Spojrzałem na krwisty śnieg, a potem ponownie na ślady. To nie było wcale miejsce zwykłej walki. Zasadzka? Też odpadało. Harpia uciekała, a jednak nie leciała. Skrępowane skrzydła?
- Nie dedukuj, tylko chodźmy po śladach - mruknęła zniecierpliwiona dziewczyna a ja kiwnąłem powoli głową. Faktycznie, skoro sprawcy tego zamieszania byli niedaleko to jednak warto już ruszać. - Tylko się nie zgub.
Kobieta poklepała lekko konia po szyi i po chwili ruszyła galopem po śladach. Tumany śniegu niosły się za nią, a ja tylko pokręciłem głową i puściłem się pędem. Nie przypominałem maratończyka - biegłem co prawda szybko, jednak zdecydowanie bardziej przypominałem rozpędzoną lokomotywę, która tylko sapie, dyszy i tratuje wszystko na swojej drodze.
Po kilku minutach biegłem za dziewczyną tylko patrząc po śladach kopyt - dawno już mnie wyprzedziła. Wtem jednak, w blasku wstającego na dobre już słońca, dostrzegłem przede mną koński zad. Jedyne co mi przeszło przez myśl, to dać po ręcznym - wyciągnąłem rękę w bok, podskoczyłem i w locie złapałem się jakiegoś drzewka. Cud, że wytrzymało, jednak zatrzeszczało groźnie - rozpędzone sto pięćdziesiąt kilogramów to jednak była całkiem spora masa.
Jednak udało się - zatrzymałem się, wykorzystując mięśnie. Dziewczyna spojrzała tylko na mnie, unosząc brew. Cóż, nie co dzień widuje się tak przygłupią lokomotywę. Po chwili jednak spojrzała przed siebie i uniosła rękę.
- Spójrz - powiedziała, zsiadając z rumaka. Mój wzrok powędrował w tamtym kierunku. Zauważyłem dziwną scenę. Mała dziewczynka o bladej skórze i białych włosach była lizana po twarzy przez niedźwiedzia. Obok niej stała nimfa, patrząc z uśmiechem na dziecko. A u ich stóp, zaraz przy miśku, leżało ciało harpii. Biedaczyna miał najpewniej złamane skrzydła, wyrwane szpony, dosłownie rozerwany dziób i rozpruty brzuch. To ostatnie było najpewniej posiłkiem niedźwiedzia, który zostawiał na twarzy dziecka czerwone linie.
- Całkiem przyjemny zjazd rodzinny. Poza tą harpią - mruknąłem, wyjmując z plecaka pręt. Przyda się, jeśli zechcemy zaatakować naszych nowych przyjaciół. - To jak, pani była dyktator. Jakiś plan, czy zostawiasz mnie tu samego? - zapytałem, robiąc krok w kierunku "rodzinki". Złożyło się idealnie tak, że właśnie wtedy nas dostrzegli i nimfa od razu cofnęła się za dziewczynkę.
Galia?
Od Galii CD Sędziego
– Ktoś tutaj kogoś zdecydowanie zabił. Człowiek, chyba kobieta, i
najpewniej harpia. Panno... – urwał. – pani była dyktator. Cóż robimy z
tym fantem? – skrzyżowane na piersi ręce dodały mu wzrostu, a wcale nie
był taki niski. Barczyste ramiona poruszały się z każdym oddechem, gdy
skanowałam jego sylwetkę. Zmierzyłam pustym spojrzeniem ślady walki,
bezwiednie wzruszając rękoma. Nie obchodziło mnie, że ktoś kogoś zabił,
torturował, może dalej to robi. To nie było w moim interesie, aby
prowadzić jakieś dochodzenia, ja musialam tylko spisać raport, a
następnie odstawić go Radzie w stanie pierwotnym i nienaruszonym.
– A co mamy? Tutaj średnio codziennie ktoś ginie, jedna osoba w tą czy w tą robi niewielką różnicę – powiedziałam zgodnie z prawdą. O ile na mnie to nie wpływało i miałam to szczerze gdzieś, tak wioska z pewnością zauważy zmniejszającą się liczbę mieszkańców, ale to wtedy będzie problem Rady, a nie mój. No,
chyba że wydadzą wyraźne polecenie, na mocy którego miałabym zacząć się przejmować i udawać, że śmierć jakiegoś dzieciaka na prawdę sprawia, że mam odruchy człowieczeństwa. Chwilowo takowego polecenia nie wydali, więc wszystko stawało się jasne, a przynajmniej dla mnie, widocznie nie dla niego.
– Może jeszcze dodatkowo rozejdziemy się, o wszystkim zapominając? – obdarzył mnie uśmiechem przepełnionym kpiną, na co tylko klasnęłam w dłonie, odpowiadając:
– Dokładnie tak załatwia się tutaj takie sprawy – odparłam z udawanym entuzjazmem, chwilę później przywdziewając obojętną minę. – ale skoro tak bardzo ci zależy na innym rozwiązaniu, to proszę bardzo, możemy iść wzdłuż tych śladów – dodałam. – są stosunkowo świeże, jak się pośpieszymy to może jeszcze uratujemy dzieciaka, czy tam kogokolwiek, mniejsza – przewróciłam oczami.
W sumie to nawet mogłabym odejść we własnym kierunku, a na zadane w przyszłości pytanie o jakiekolwiek ślady, mogłabym udać zdziwioną i zapytać „jakie ślady?”, jednak skoro ostatnimi czasy narzekałam na nudę i brak zajęcia, tak teraz nie w porządku byłoby sobie odmówić przygody, przymykając oko nawet na to, że rany po ostatnim wypadku nie miały się jeszcze najlepiej.
Zmierzyłam mięśniaka z niezadowoleniem wypisanym na twarzy, patrząc niecierpliwie na to, jak się zastanawia. Trwało to dosyć długo, a w tym wszystkim (między innymi w tym, że była to dla niego trudna decyzja), utwierdzały mnie widocznie ściągnięte brwi i zmarszczone czoło. W końcu leniwie otrzepał ubranie z niewidocznego kurzu, chrząkając, a następnie uraczył mnie swoim niskim głosem, obwieszczając to i owo.
Sędzia?
– A co mamy? Tutaj średnio codziennie ktoś ginie, jedna osoba w tą czy w tą robi niewielką różnicę – powiedziałam zgodnie z prawdą. O ile na mnie to nie wpływało i miałam to szczerze gdzieś, tak wioska z pewnością zauważy zmniejszającą się liczbę mieszkańców, ale to wtedy będzie problem Rady, a nie mój. No,
chyba że wydadzą wyraźne polecenie, na mocy którego miałabym zacząć się przejmować i udawać, że śmierć jakiegoś dzieciaka na prawdę sprawia, że mam odruchy człowieczeństwa. Chwilowo takowego polecenia nie wydali, więc wszystko stawało się jasne, a przynajmniej dla mnie, widocznie nie dla niego.
– Może jeszcze dodatkowo rozejdziemy się, o wszystkim zapominając? – obdarzył mnie uśmiechem przepełnionym kpiną, na co tylko klasnęłam w dłonie, odpowiadając:
– Dokładnie tak załatwia się tutaj takie sprawy – odparłam z udawanym entuzjazmem, chwilę później przywdziewając obojętną minę. – ale skoro tak bardzo ci zależy na innym rozwiązaniu, to proszę bardzo, możemy iść wzdłuż tych śladów – dodałam. – są stosunkowo świeże, jak się pośpieszymy to może jeszcze uratujemy dzieciaka, czy tam kogokolwiek, mniejsza – przewróciłam oczami.
W sumie to nawet mogłabym odejść we własnym kierunku, a na zadane w przyszłości pytanie o jakiekolwiek ślady, mogłabym udać zdziwioną i zapytać „jakie ślady?”, jednak skoro ostatnimi czasy narzekałam na nudę i brak zajęcia, tak teraz nie w porządku byłoby sobie odmówić przygody, przymykając oko nawet na to, że rany po ostatnim wypadku nie miały się jeszcze najlepiej.
Zmierzyłam mięśniaka z niezadowoleniem wypisanym na twarzy, patrząc niecierpliwie na to, jak się zastanawia. Trwało to dosyć długo, a w tym wszystkim (między innymi w tym, że była to dla niego trudna decyzja), utwierdzały mnie widocznie ściągnięte brwi i zmarszczone czoło. W końcu leniwie otrzepał ubranie z niewidocznego kurzu, chrząkając, a następnie uraczył mnie swoim niskim głosem, obwieszczając to i owo.
Sędzia?
Od Sędziego CD Galii
Spojrzałem na drobną dziewczynę, dosiadającą konia. Była dyktatorka?
- Nie kojarzę Cię. Za mała jesteś. Może przegapiłem gdzieś w tłumie - wzruszyłem ramionami i schowałem nóż. Żodyn nie wie, że nóż noszę nie do samoobrony za jego pomocą, tylko by absorbować z niego stal.
Spojrzałem w stronę Żniwiarza, czy tam Żniwiarki. Nie kojarzyłem jej zbytnio, ale to pewnie wynik mojej nie za dobrej pamięci.
- Skoro jesteś strażnikiem jak ja, chętnie na to spojrzysz - rzuciłem na tyle głośno, by dziewczyna to usłyszała, z nutą niepewności. Nie przepadam za żniwiarzami, ich aura jest trochę nieznośna. Ale trzeba czasem udawać strach i spięcie w towarzystwie takich, coby im lekko ego podreperować.
Koniara zatrzymała się i powoli zawróciła w miejscu, przynajmniej tyle wywnioskowałem z odgłosu kopyt. Ukucnąłem przy zakrwawionym śniegu i dotknąłem krwi. Była świeża, lekko zagęszczona przez zimno, jednak wciąż świeża. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki zewnętrzne, mogła być tu od dwóch godzin. Spojrzałem na strzępek ubrania. Materiał gruby, polar, koloru czarnego, ze śladami krwi, po środku materiału ział otwór w kształcie ostrza.
- Co to? - usłyszałem za sobą. Głos dziewczyny był opanowany, dało się wyczuć w nim dystans.
- Zapewne scena walki - mruknąłem i spojrzałem na ślady. Z jednej całego placyku wygniecionego śniegu widać było ślady stóp - ludzkie i nieokreślone, w większych odstępach. Druga osoba biegła?
Te pierwsze były dość drobne, dziecko lub kobieta. Drugie wyglądały na ślady szponów, jednak mogłem się mylić.
Z drugiej strony miejsca zbrodni widać było znowu ślady ludzkie i koleiny, jakby ktoś coś ciągnął. Ciało.
- Ktoś tutaj kogoś zdecydowanie zabił. Człowiek, chyba kobieta, i najpewniej harpia. Panno... - spojrzałem na moją rozmówczynię i się poprawiłem - pani była dyktator. Cóż robimy z tym fantem? - zapytałem, krzyżując ręce na piersi i spojrzałem na moją rozmówczynie.
Galia?
- Nie kojarzę Cię. Za mała jesteś. Może przegapiłem gdzieś w tłumie - wzruszyłem ramionami i schowałem nóż. Żodyn nie wie, że nóż noszę nie do samoobrony za jego pomocą, tylko by absorbować z niego stal.
Spojrzałem w stronę Żniwiarza, czy tam Żniwiarki. Nie kojarzyłem jej zbytnio, ale to pewnie wynik mojej nie za dobrej pamięci.
- Skoro jesteś strażnikiem jak ja, chętnie na to spojrzysz - rzuciłem na tyle głośno, by dziewczyna to usłyszała, z nutą niepewności. Nie przepadam za żniwiarzami, ich aura jest trochę nieznośna. Ale trzeba czasem udawać strach i spięcie w towarzystwie takich, coby im lekko ego podreperować.
Koniara zatrzymała się i powoli zawróciła w miejscu, przynajmniej tyle wywnioskowałem z odgłosu kopyt. Ukucnąłem przy zakrwawionym śniegu i dotknąłem krwi. Była świeża, lekko zagęszczona przez zimno, jednak wciąż świeża. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki zewnętrzne, mogła być tu od dwóch godzin. Spojrzałem na strzępek ubrania. Materiał gruby, polar, koloru czarnego, ze śladami krwi, po środku materiału ział otwór w kształcie ostrza.
- Co to? - usłyszałem za sobą. Głos dziewczyny był opanowany, dało się wyczuć w nim dystans.
- Zapewne scena walki - mruknąłem i spojrzałem na ślady. Z jednej całego placyku wygniecionego śniegu widać było ślady stóp - ludzkie i nieokreślone, w większych odstępach. Druga osoba biegła?
Te pierwsze były dość drobne, dziecko lub kobieta. Drugie wyglądały na ślady szponów, jednak mogłem się mylić.
Z drugiej strony miejsca zbrodni widać było znowu ślady ludzkie i koleiny, jakby ktoś coś ciągnął. Ciało.
- Ktoś tutaj kogoś zdecydowanie zabił. Człowiek, chyba kobieta, i najpewniej harpia. Panno... - spojrzałem na moją rozmówczynię i się poprawiłem - pani była dyktator. Cóż robimy z tym fantem? - zapytałem, krzyżując ręce na piersi i spojrzałem na moją rozmówczynie.
Galia?
Od Venti do Ancymona i Lucan'a (Skażone Ziemie)
Osiem lat temu ta wyspa wyglądała inaczej. Byłam jedną z pierwszych, które obudziły się na jej brzegu. Przypominała zupełnie naturalną, jeszcze pozbawiona wielu zmodyfikowanych istot. Lasy brzmiały niczym te z każdej innej szerokości geograficznej. Znałam w większości florę i faunę tego środowiska. Obserwowałam więc podział przybyłych na tych, co ze sobą współpracowali i tych, co nie mieli najmniejszego takiego zamiaru. Znałam wielu, lecz tylko z widzenia. W ten sposób - tylko oglądając z daleka, uczyłam się. Lata te przyniosły mi odpowiednie doświadczenie, mogłam spokojnie poznawać również panujące tu prawa czy metody przetrwania, a te spisywałam codziennie na czymś w rodzaju zwojów z odpowiednio przyrządzonej do tego skóry od myśliwych za olejki. Każdy był poświęcony osobnej kwestii, posegregowany dodatkowo alfabetycznie w mojej chatce. Ponadto prowadziłam coś bardzo osobistego na miarę pamiętnika.
Pomimo upływu tak długiego czasu nadal przebywałam na pierwszym z czterech etapów przemiany w harpię, z czego szczerze byłam dumna. Nie byłam pewna, dzięki czemu dokładnie to mogłam zawdzięczać, ale mój ośli upór musiał należeć do jakiejś ilości czynników sprzyjających; tak sobie przynajmniej tłumaczyłam. Dlatego zapisałam na górze po prawej stronie datę dzisiejszą, a przybliżoną godzinę odczytałam na podstawie cieni rzucanych przez drzewa i dodałam: Oto ledwo świt, a ja nadal pozostałam nietknięta przez mutację. Niewielu miało aż tyle szczęścia, co ja. Dziś mija ósma rocznica mojego przybycia. Podniosłam wzrok ponad korony drzew na barwiące się różnymi kolorami niebo: od różów po rozbielony pomarańczowy, lekkie błękity, szarości obłoków oraz unoszącej się mgły na wysokości dachów wioski. Siedziałam właśnie na kominie swojego domostwa, mając doskonały widok na najbliższą okolicę z góry. Położyłam na moment pióro umoczone krwią na kolanach, więc ciężka kropla spadła na słomianą dachówkę. Westchnęłam ciężko, sięgając po zegarek kieszonkowy zawieszony na mojej szyi i otwierając go, zerknęłam ponownie na wyblakłe już nieco, maleńkie zdjęcie rodziców na klapce. Przez chwilę pozwoliłam sobie przypomnieć o tamtym życiu, zastanowić się nad powrotem. Robiłam to tylko tego jednego dnia, każdego innego nie zaglądałam, bowiem przestał działać. Skonstruowanie łodzi czy zebranie zapasów nie byłoby trudne. Problem polegał na tym, że nie należałam już do tamtego świata. Myśl, że w pracy mogłam nagle stracić postać ludzką była wystarczająco odpychająca. Zamknęłam zegarek, schowałam z powrotem i kontynuowałam: Nie zmieniłam dalej swoich wniosków co do powrotu. Niestety, może się okazać to pomyłką. Kilka dni wcześniej poprzedni latarnik zawiadomił wszystkich o przybyciu następnych. Okazali się oni być zgorszeni przez naukowców na tyle, aby stawać się w bardzo szybkim tempie bestiami. Najszybciej dowiedział się o tym właśnie on, tracąc przy tym życie. Od tamtego morderstwa zaczęła się lawina rozkazów dyktatorki Galii, która wzniosła stan gotowości całej wioski. Wyspa, jeśli przedtem była nieznana, tak teraz stała się znacznie bardziej niebezpieczna, niż kiedykolwiek także przez nowe, zmutowane zwierzęta. Przez umysł przemknęły mi automatycznie wspomnienia opowieści myśliwych. Potrząsnęłam głową, próbując odpędzić niechciane skojarzenia. Jedyne, co mi pozostało, to spróbować przetrwać w ciągle zmieniających się warunkach.
Zaczekałam chwilę, aby krew zaschła na dobre i zaczęłam schodzić na dół. Oparłam stopę o drewniany parapet, a potem skoczyłam na ziemię. Nie mogłam długo trzymać tak pergaminu pisanego krwią czy buteleczki z nią na powierzchni. Weszłam do wnętrza domku, gdzie na stole rozłożyłam z powrotem zwój, by rozprowadzić pędzlem na nim wzdłuż oraz wszerz jad motyzana. Oprócz właściwości chorobotwórczych (silne swędzenie, pozostawianie piekących bąbli, wysypki), zmieszany z innymi roślinami, perfekcyjnie pochłaniał zapachy i konserwował. W ten sposób nie musiałam już grzebać ich w ziemi w skrzyniach w obawie przed wampirami i innymi, a mogłam spokojnie trzymać na zewnątrz. Została tylko buteleczka, ale jej zawartość mogłam już tak naprawdę wylać. Nie byłaby zbyt długo świeża bez kompletnego zimna lub organizmu. Zawinęłam ponownie pergamin lianą, aby ułożyć go na strychu naprzeciwko naukowych. Tak właśnie rozrastała się moja własna, prywatna biblioteczka. “Prawie jak w domu...” - pomyślałam, kiedy stanęłam na szczycie schodków. Przez małe okienko do pokoiku przenikało światło. Żałowałam, że nie mogłam tu urządzić w miarę przytulnej czytelni ze świecami i wygodnym siedziskiem z braku materiałów oraz miejsca. Po obu stronach stały tylko dwie wysokie konstrukcje z półkami, a po środku ledwo mogłam usiąść po turecku. Ułożyłam nowy zwój na przeznaczonym dla niego miejscu, po czym zeszłam z powrotem na dół. Pozostała mi do zrobienia lista obowiązków, zanim udam się na targ sprzedawać nowe produkty własnej pracy…
***
Idris dzielnie ciągnęła drewniany powozik, na który załadowałam towary. Gdy podskakiwał na wyboistej drodze i słyszałam szczęk uderzających o siebie skrzyń, starałam się nie zatrzymywać pracy serca. Kilkukrotnie przez własną głupotę traciłam możliwość zarobku na wiele tygodni, a powodami bywały nawet lekkie uderzenia, irytacja bułanej klaczy czy samo błoto. Raz nawet źle związałam pakunki, przez co na ostrym zakręcie wszystkie się wysypały do bagna. Dzisiaj dotarłam jednak na targ bez szwanku, a moje stanowisko stało nietknięte przez ewentualne warunki atmosferyczne lub samotników. Opłacało się targować ze strażnikami, wtedy lepiej cię pamiętali, a winne przysługi przy zniżkach załatwiali właśnie w ten sposób.Uśmiechnęłam się pod nosem, rozglądając się po znajomych twarz sąsiadujących rolników, czy nadchodzących myśliwych z porannych polowań. Wiedziałam już z kim opłacało się zamienić słowo, a od kogo zachować odpowiedni dystans po samych ich zachowaniach. Nie było jeszcze co prawda wszystkich, bo o tej porze przychodzili jedynie weterani podobni do mnie, ale sporej ilości z nich zaczynało się pogarszać przez ciągłe kradzieże nowych lub samotników. Nadchodzące widmo wojny powodowało uszczuplanie zapasów na zimę, która w tym roku może się okazać ostatnią dla większości z nas czy nich. Liczyłam w duszy na to, że to ona ostatecznie wytępi większość niepotrzebnych tu potworów...
Rozłożyłam jedynie symboliczną ilość towaru, której rolą było wskazywanie na to, czym mogłam się z kimś targować. Słynne “podbieranie i szybka ucieczka” nie wychodziły na mojej warcie. Dzieciaki ze samotników, co tego spróbowały, zazwyczaj nie wychodziły z tego cało.
Wtem nadciągnął z północy pewien myśliwy, który dbał o mnie jak nikt inny:
- Przydałby ci się pewnie zając lub bażant na potrawkę. - zagadnął James, to on najczęściej mnie odwiedzał podczas pracy.
- Zgadza się. - podniosłam się do pozycji pionowej, podnosząc pudło z ziołami na nieco chwiejący się stolik. - Co tym razem chcesz na wymianę?
- Tak jak przedtem, olej rozmarynowy. Uniosłam wysoko brwi.
- Żeby zapobiec procesowi starzenia się czy do odkażania ran? - przewróciłam oczami, kiedy spojrzał na mnie z wyrzutem. - Na wszelki wypadek, gdyby chodziło o kobietę, to mogłabym dać coś jeszcze… Za oba zwierzaczki.
Wysoki, postawny jegomość przygryzł wargę... Wyraźnie chodziło o jakąś piękność.
- I to pomoże, wiesz…
- Dokładnie na to.
- Biorę.
Zadowolona z takiego obrotu spraw, podałam mu oba drewniane naczynia z zawartością, oczywiście dodając przy okazji w jaki sposób wraz z jaką ilością powinny być podawane. Odszedł więcej, niż szczęśliwy, a ja miałam i pióra do następnych zapisków i obiad na następne cztery dni, jeśli nie więcej przy dobrym zagospodarowaniu. Przewiązane lianami zdobycze na kijach włożyłam do największej skrzyni, która była pod wieloma innymi. Środek wypełniłam solą, żeby spowolnić czas psucia się mięsa. Skracało to mimo wszystko moje dzisiejsze targowanie się o jakieś półtora dnia, bowiem będę musiała je poświęcić na gotowanie.
-Spokojnie, dla ciebie utarguje kolejne kilogramy owsa. - mruknęłam do przywiązanej przy słupku kopytnej towarzyszki. Zastrzygła intensywnie uszami, doskonale wiedząc, iż tym razem zwróciłam się do niej.
Niestety, musiałam trzymać ją w uprzęży przy wózku na wypadek ucieczki. Nastały dość niepewne czasy i raczej nie zanosiło się na powrót tych starych. Z braku kolejnych chętnych, zaczęłam wystukiwać palcami rytm melodii znanej mi piosenki z przeszłości. Było ich wiele, a mój umysł jakimś cudem ich nie zapominał.
- Take a look around me. Taking pages from a magazine. Been looking for the answers, ever since we were seventeen…
- You know the truth can be a weapon… - odpowiedział mi na odpowiedniej tonacji pewien głęboki, męski głos. - ...to fight this world of ill intentions.
Obejrzałam się za siebie przez ramię, aby dostrzec dwoje żółtych ślepi w zaroślach. Wpatrywały się we mnie z ogromną ciekawością, wyzierała z nich również mądrość. Takiego głębokiego spojrzenia nie spotkałam na tej wyspie od dawna, zupełnie jakby ich właściciel próbował przejrzeć mnie na wylot i zobaczyć co będzie po drugiej stronie.
- Znasz dalej tekst? - dało się w tym usłyszeć niecierpliwość.
Nie wierzyłam w to, co właśnie usłyszałam.
- Masz tupet, żeby kręcić się w zaroślach akurat przy targowisku. - zauważyłam chłodno, sprowadzając z powrotem oboje z nas na stały grunt pod nogami. - Kimkolwiek byś nie był.
Dystyngowany śmiech zabrzmiał z odległości, po czym mogłam już bez problemu rozpoznać wampirzy styl wysławiania się. Był bardziej melodyjny, zdecydowanie nie należał on do człowieka.
- Czyżbym już zdążył cię zirytować?
- Możesz to naprawić przedstawiając się. Nie lubię jak ktoś mnie zachodzi od tyłu.
Oczywiście na przekór wszystkiemu, a w tym głównie mnie, mężczyzna postanowił wyjść z ukrycia i stanąć tuż za mną. Odwróciłam się w pełni do niemal dwumetrowego giganta o płowych, długich włosach. Dobra, zdecydowanie go nie doceniłam.
- Lucan. - rzucił beznamiętnie, jakby podawał informacje o pogodzie.
- Venti. - odparłam nieufnie i zmrużyłam oczy, przypatrując się jego potężnej sylwetce odzianej w lekkie skóry.
- Co cię tu sprowadza?
- Zima. - byłam pewna tej odpowiedzi, a pytanie zadałam głównie po to, aby potwierdzić swoje przypuszczenia. - Potrzebuje futer i butów.
- Nie jestem krawcową, ani myśliwym, aby cokolwiek wykonać czy chociażby posiadać odpowiednie w tym celu rzeczy. - założyłam ręce na klatce piersiowej oraz stanęłam w pozie kontrapostu z wysoko uniesionym podbródkiem w górę. Lucan, dostrzegając mało przerażoną postawę, nieco spuścił z tonu:
- Co musiałbym zrobić, żebyś to załatwiła?
Przyznałam przed sobą w duszy, że od razu lepiej brzmiał.
- Schwytaj dla mnie Tygrana. - odpowiedziałam z szerokim uśmiechem, kiedy z naprzeciwka szedł właśnie rudowłosy, specyficzny mężczyzna. Lucan i ja zdążyliśmy jedynie wymienić porozumiewawcze spojrzenia, zanim wampir zdążył zniknąć wśród cieni listowia lasu za nami.
Znalazłam się pomiędzy osadnikiem, a samotnikiem, przez co czułam się dość niezręcznie. Wiedziałam, że moja nowa znajomość była dość… Niedozwolona i mało komfortowa, gdyby taki właśnie Ancymon przekazał dalej wieści. Jeśli zdążył dostrzec białowłosego, moja reputacja była skończona i szybko podzieliłabym jego los. Jeśli zaś nie, to nie musiałam kłamać czy uciekać się do pół prawdy. Wszystko zależało od tego, czy tamten zacząłby mi zadawać niewygodne pytania.
- Witaj, Venti. - rzucił mi w miarę przyjazne spojrzenie.
Ponowne przejście w rolę zwykłej handlarki okazało się dla mnie banalnie proste.
Ancymon?
Subskrybuj:
Posty (Atom)