Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie wywozi mnie dziewczyna. Mogłam tylko
kurczowo złapać się jej kurtki i pilnować, by mój tyłek nie doczekał
się brutalnego spotkania z gruntem.
Wiedziałam, że mam przechlapane – nie tylko ja, ale także strażnik,
który mnie wypuścił. Całe szczęście, powiedziałam Galii jedynie pół
prawdy. Byłam pewna, że nie domyślała się, czego tak naprawdę szukałam
na statku. Tymczasem słoiczek z krwią zmodyfikowanego bezpiecznie
spoczywał w mojej torbie. Już niedługo dowiem się, co zawiera i co mogę z
tym zrobić.
Kiedy już w miarę przyzwyczaiłam się do tempa jazdy, ostrożnie wyjrzałam
zza ramienia Strażniczki. Pędziłyśmy pustą równiną w stronę wioski, ale
droga prowadziła przez Opuszczony Las – ciemne kształty kłębiły się na
horyzoncie, nie zwiastując niczego dobrego. Po kręgosłupie przebiegł mi
nagły dreszcz. Mimo iż wcześniej przebyłam go bez problemu, teraz miałam
wrażenie, że coś jest nie tak.
- Nie możemy jechać na około?! – krzyknęłam, starając się, by wiatr mnie nie zagłuszył.
- Nie, jeśli chcemy zdążyć przed wieczorem. – usłyszałam w odpowiedzi.
No trudno, uspokoiłam się. To tylko niepokój po walce z mutantem. W
rzeczywistości nie ma realnego zagrożenia.
Jak bardzo się myliłam.
Byłyśmy w połowie drogi przez las, gdy to się stało – koń nagle oszalał.
Stanął dęba, zrzucając nas obie na ziemię i pogalopował przed siebie.
- Dorian! – nawoływała Galia, która bez trudu podniosła się po upadku. – Dorian?!
Leżałam w miękkim mchu, nie chcąc wstawać. Czułam, że poobijałam sobie chyba cały kręgosłup.
- Harry. – dziewczyna ostro wymówiła moje imię. – Chodź. Musimy iść.
Stęknęłam cicho. Cóż, z Galią lepiej nie zadzierać. No i, bardzo nie chciałam tu nocować.
Podparłam się rękami, powoli podnosząc się do siadu. W tym samym
momencie coś z prędkością światła przeleciało mi przed nosem.
Krzyknęłam. W pień drzewa, jakiś metr dalej, wbita była strzała.
Galia spojrzała na mnie. Ona też się niepokoiła.
Podeszła bliżej i chwyciła mnie za ramię.
- Nie ma czasu. – powiedziała. – Chodź szybko.
- Wybieracie się gdzieś?
Zatrzymałyśmy się w pół kroku. Głos, który nas zatrzymał, należał
niewątpliwie do mężczyzny. Odwróciłam się, by ujrzeć jego twarz. Galia
również to zrobiła.
- Finlay. – wysyczała przez zaciśnięte zęby. Miano to nic mi nie mówiło, ale dla dziewczyny musiało coś znaczyć. – Polujesz?
- Tak się składa. – uśmiechnął się czarująco niebezpiecznie nieznajomy,
podchodząc nieco bliżej. – Widzę, że trafiła mi się całkiem niezła
zwierzyna.
Galia?
21 października 2018
Od Ancymona CD Cyklamen
Możliwe, że za żadne skarby świata
nie wiedział, co powinien robić w takich sytuacjach. Możliwe, że szukał
ciągle gdzieś w przeszłości śladu i jakiegoś znaku, klucza, symbolu,
czegokolwiek, co pomogłoby mu się odnaleźć w mrocznym i nieprzyjemnym tu
i teraz. Fukał i prychał, wycierając zmiętą, nieco brudną, materiałową
chustką zmarznięty, czerwony i przede wszystkim — mokry nos.
Nie
starał się udawać, że potrafi funkcjonować w świecie i w sytuacji, w
której postawił go los. Nie miał zamiaru walczyć z wiatrakami i
udowadniać wszystkim, jak to dobrze mu nie idzie.
Ancymon miał
dość, najchętniej zakończyłby wszystko tu i teraz, jednak pozwolenie na
chwile słabości nie było czymś, co chciał dopuszczać do przejęcia
władzy nad jego ciałem.
Cóż za ironia. Nie jest ani silny, ani
też słaby. Był nijaki. Mdły, beznadziejny, bezużyteczny. Co bowiem z
człowieka, który sam nic nie zrobi, ale też nikogo o pomoc w danej
sprawie nie poprosi?
Możliwe też, że młody Mazurkiewicz po
prostu nie miał już siły zmagać się z bezlitosnym przeznaczeniem, w
które powoli zaczynał wierzyć i jedyne, na co miał ochotę, to monotonne
powtarzanie marnej sentencji.
Niech się dzieje wola nieba.
Z nią się zawsze zgadzać trzeba.
Bo
co innego robić w takiej sytuacji, jak po prostu dalej brnąć przez
wysokie zaspy, pilnując, żeby toboły po obu bokach przypadkiem się nie
zsunęły? Zrezygnował z wózka. Przemieszczanie się z małą taczką w takich
warunkach graniczyło z cudem, a równało się z debilizmem w czystej
postaci, to też Ancymek łupnął drewnem o kamienną posadzkę, chwycił po
torby i ruszył, jak to go prosili, bo rzekomo problem z dostarczeniem
jakich tam materiałów zaistniał. Co i jak, to nie miał pojęcia.
Powiedzieli mu „Chuj wie, na północ idź”.
No i rzeczywiście, chuj tak właściwie wiedział, gdzie powinien iść, więc tylko wzruszył ramionami i szedł na rzekomą północ.
A
raczej stępa przedzierał się przez mroźne krajobrazy, dziękując, że
dupę ma wielką, to i siły mu szybko nie zbraknie. W sumie to z tym tyłem
dumnego shire wyglądał zaskakująco dobrze, przynajmniej w jego własnej,
dość skromnej opinii.
A głowę wciąż zaśmiecał nieprzyjemnymi i
drażniącymi myślami o spokojnej przeszłości, którą przerwano, nie
wiadomo, kiedy i nie wiadomo gdzie.
Coraz gorzej pamiętał, jak
trafił na wyspę. Coraz mocniej zacierała się ta granica, a i łapał się
na tym, że zapominał o tym, co było wcześniej.
Śmiech niebieskookiej był już zdecydowanie słabiej słyszalny.
Dotyk dłoni na zarośniętej twarzy również.
Gubił kontakt z rzeczywistością.
I
tak do wieczora, gdzie już całkiem wtrącono go w ślepy zaułek. Trudno
było mu zrozumieć, gdzie zgubił dzień i czy wciąż kieruje się na północ.
Świadom był tylko faktu, że nieźle się zasmarkał, szalik mu się zsunął,
a i zrobiło się o wiele chłodniej, czego dowodziłaby, chociaż gęsia
skórka na ramionach. Nawet jeśli skrywał się pod ładną warstwą ubrań.
Fuknął,
westchnął, mruknął i zebrał się jakoś do rozpalenia ogniska. Co prawda,
to prawda, nieco mu zeszło, ale finalnie udało się uzyskać swój cel i
mógł usadowić rozlazłe dupsko na jakimś materiale, coby to od gruntu
zimnem nie ciągnęło, ale i tak każdy wie, że średnio to w sumie pomogło.
I znowu, rozmyślania, znowu trucie myśli, znowu zrzędzenie pod nosem.
I bzyczenie jakieś, istotka przy ognisku, drobna, mucha pewno. Z nogami mucha i gdzieniegdzie czerwonawą czupryną.
Ocknął
się z dziwnego transu, nabierając świadomości, że prawdopodobnie wróżka
mu podfrunęła, bo ciepło. Mieli chyba jakąś w obozowisku, co prawda
rzadko kiedy się wychylała ze swojej chatki, ale jednak.
Zarejestrował dziwny pisk. Jęknięcie może, cokolwiek.
—
Nic panience nie jest? — spytał z niebywałą łatwością, naturalnie się
uśmiechając i drapiąc przy okazji po boku, bo coś go tam zaswędziało, a
ogonem jeszcze tak zgrabnie się nie posługiwał, żeby się trzepnąć, jak
rasowy kopytny.
Cyklamen?
20 października 2018
Od Galii CD Sędziego
Ostatnimi czasy miałam wrażenie, że los się na mnie uparł, a ja miałam
pod górkę. Tak rzeczywiście było, więc chcąc nie chcąc, nieświadomie
uciekałam od własnych obowiązków, zaszywając się w kadłubie statku na
obrzeżach wyspy, w którym naukowcy przywieźli nowe mutacje.
Doszło to do mnie dopiero, gdy Rada wysłała do mojej skromnej osoby list mówiący o moim odwieszeniu w obowiązkach strażniczki, więc wtedy to wróciłam z pełną parą do moich poprzednich łask, na nowo robiąc wszystko najlepiej, jak potrafię.
Wiązało się to ze znacznym zmniejszeniem ilości wypadów poza granice wioski, jak i ograniczeniem kontaktów z samotnikami - na nieszczęście uczynienie tego z jednym z nich będzie trudne, albowiem jest ojcem moich nienarodzonych dzieci, przez co raz na jakiś czas mam ochotę odrąbać mu głowę, ale to tylko przez hormony.
Na nowo powróciłam do pracy, dostając nowe zlecenia, sektory do patrolowania i multum papierkowej roboty. Inni osadnicy z pewnością już drżą na myśl o moim powrocie, gdyż niezmiennie chodziły plotki o tym, jak to nie zabijam spojrzeniem.
Wbrew pozorom nie, nie jest i nie było to możliwe.
Tego samego dnia, którego to list znalazł się w moich rękach, zmuszona byłam wrócić z Dorianem na bagna, gdzie mieścił się nasz dom, a mój przyjaciel z pewnością był zadowolony z powrotu do swojej stajni i na pewno by mi o tym powiedział, gdyby potrafił.
Odetchnęłam z ulgą, gdy siedziałam już na starych śmieciach, w ulubionym fotelu z kubkiem pełnym parującej herbaty zrobionej z ostatniej saszetki i wypełniałam raporty, których - szczerze mówiąc - zaczęło mi brakować. Jednocześnie czułam, że zaczynam wracać do życia po ostatnich wydarzeniach, bo w końcu śmierć brata, wpadka i prawie - zgon, zaliczało się do ciężkich przeżyć, czyż nie?
Z samego rana ruszyłam na pierwszy patrol po nowych terenach, narzuciłam na siebie czarną pelerynę, która wtapiała się w końską sierść o tym samym kolorze. Misterne ogłowie na umięśnionym łbie dzwoniło z każdym jego ruchem, a kopyta układały się w dwutaktowym chodzie, gdy przemierzaliśmy drogę wzdłuż granicy. W końcu zmuszeni byliśmy odbić w drugą stronę, przy okazji wypisując grzywnę jakiemuś transferowi przemycającemu towar.
Szlak, po którym się poruszaliśmy, był zarośnięty i nieuczęszczany, czyli taki, jaki kochałam. Czyżby Rada miała moje wyalienowanie na uwadze?
Parliśmy do przodu, co jakiś czas zatrzymując się, aby dzikie zwierzę mogło spokojnie czmychnąć przed końskimi kopytami uzbrojonymi w ciężkie podkowy, czy też coraz to strzepując śnieg z gałęzi.
W którymś momencie moja wyciszona, zrównoważona jak dotąd aura dała o sobie znać, napierając na wszystko wokół, tworząc swego rodzaju tarczę obronną, jak się okazało - słusznie.
– Swójś, czy samotnik mi się trafił? – usłyszałam opanowany głos osiłka,
który trafiał aż do moich kości.
Prychnęłam z pogardą, powoli wyłaniając się zza drzew, a gdy już to zrobiłam,
przystąpiłam do uważnego skanowania go wzrokiem. – tak szybko zabrakło ci języka w gębie? – obdarzył mnie sarkastycznym uśmiechem, a ja z gracją zeskoczyłam z ogiera,
na co ten prychnął niespokojnie, przebierając nogami w miejscu. Mało brakowało, aby ruszył cwałem strzelając z zadu.
Podeszłam powoli do niego,
unosząc skę kilka centymetrów nad ziemią,
w międzyczasie wyjmując zza peleryny legitymację, na której wyraźnie była opisana funkcja jaką pełnię oraz tą, którą pełniłam - dyktatorki.
– Myślę, że nieważne od kiedy tu jesteś,
to w szczególności jako strażnik powinieneś mnie znać, a nie grozić nożem. Jeszcze zrobisz sobie krzywdę – popatrzyłam prowokująco na jego mięśnie, mając wielkie wrażenie, że do reszty wyżarły jego szare komórki.
Spiął się, gdy popatrzyłam mu w oczy, jednocześnie starając się nasilić nieprzyjemną aurę, co przez bliźniaczą, cholerną ciążę, która odbierała mój charakter kawałek po kawałku, było trudne, ale się udało. Choć trochę,
Oddaliłam się nieznacznie, chcąc znaleźć się z powrotem na grzbiecie konia i kontynuując w spokoju patrol.
Sędzia?
Doszło to do mnie dopiero, gdy Rada wysłała do mojej skromnej osoby list mówiący o moim odwieszeniu w obowiązkach strażniczki, więc wtedy to wróciłam z pełną parą do moich poprzednich łask, na nowo robiąc wszystko najlepiej, jak potrafię.
Wiązało się to ze znacznym zmniejszeniem ilości wypadów poza granice wioski, jak i ograniczeniem kontaktów z samotnikami - na nieszczęście uczynienie tego z jednym z nich będzie trudne, albowiem jest ojcem moich nienarodzonych dzieci, przez co raz na jakiś czas mam ochotę odrąbać mu głowę, ale to tylko przez hormony.
Na nowo powróciłam do pracy, dostając nowe zlecenia, sektory do patrolowania i multum papierkowej roboty. Inni osadnicy z pewnością już drżą na myśl o moim powrocie, gdyż niezmiennie chodziły plotki o tym, jak to nie zabijam spojrzeniem.
Wbrew pozorom nie, nie jest i nie było to możliwe.
Tego samego dnia, którego to list znalazł się w moich rękach, zmuszona byłam wrócić z Dorianem na bagna, gdzie mieścił się nasz dom, a mój przyjaciel z pewnością był zadowolony z powrotu do swojej stajni i na pewno by mi o tym powiedział, gdyby potrafił.
Odetchnęłam z ulgą, gdy siedziałam już na starych śmieciach, w ulubionym fotelu z kubkiem pełnym parującej herbaty zrobionej z ostatniej saszetki i wypełniałam raporty, których - szczerze mówiąc - zaczęło mi brakować. Jednocześnie czułam, że zaczynam wracać do życia po ostatnich wydarzeniach, bo w końcu śmierć brata, wpadka i prawie - zgon, zaliczało się do ciężkich przeżyć, czyż nie?
Z samego rana ruszyłam na pierwszy patrol po nowych terenach, narzuciłam na siebie czarną pelerynę, która wtapiała się w końską sierść o tym samym kolorze. Misterne ogłowie na umięśnionym łbie dzwoniło z każdym jego ruchem, a kopyta układały się w dwutaktowym chodzie, gdy przemierzaliśmy drogę wzdłuż granicy. W końcu zmuszeni byliśmy odbić w drugą stronę, przy okazji wypisując grzywnę jakiemuś transferowi przemycającemu towar.
Szlak, po którym się poruszaliśmy, był zarośnięty i nieuczęszczany, czyli taki, jaki kochałam. Czyżby Rada miała moje wyalienowanie na uwadze?
Parliśmy do przodu, co jakiś czas zatrzymując się, aby dzikie zwierzę mogło spokojnie czmychnąć przed końskimi kopytami uzbrojonymi w ciężkie podkowy, czy też coraz to strzepując śnieg z gałęzi.
W którymś momencie moja wyciszona, zrównoważona jak dotąd aura dała o sobie znać, napierając na wszystko wokół, tworząc swego rodzaju tarczę obronną, jak się okazało - słusznie.
– Swójś, czy samotnik mi się trafił? – usłyszałam opanowany głos osiłka,
który trafiał aż do moich kości.
Prychnęłam z pogardą, powoli wyłaniając się zza drzew, a gdy już to zrobiłam,
przystąpiłam do uważnego skanowania go wzrokiem. – tak szybko zabrakło ci języka w gębie? – obdarzył mnie sarkastycznym uśmiechem, a ja z gracją zeskoczyłam z ogiera,
na co ten prychnął niespokojnie, przebierając nogami w miejscu. Mało brakowało, aby ruszył cwałem strzelając z zadu.
Podeszłam powoli do niego,
unosząc skę kilka centymetrów nad ziemią,
w międzyczasie wyjmując zza peleryny legitymację, na której wyraźnie była opisana funkcja jaką pełnię oraz tą, którą pełniłam - dyktatorki.
– Myślę, że nieważne od kiedy tu jesteś,
to w szczególności jako strażnik powinieneś mnie znać, a nie grozić nożem. Jeszcze zrobisz sobie krzywdę – popatrzyłam prowokująco na jego mięśnie, mając wielkie wrażenie, że do reszty wyżarły jego szare komórki.
Spiął się, gdy popatrzyłam mu w oczy, jednocześnie starając się nasilić nieprzyjemną aurę, co przez bliźniaczą, cholerną ciążę, która odbierała mój charakter kawałek po kawałku, było trudne, ale się udało. Choć trochę,
Oddaliłam się nieznacznie, chcąc znaleźć się z powrotem na grzbiecie konia i kontynuując w spokoju patrol.
Sędzia?
Od Sędziego (do ktosia)
Wstałem powoli i przeciągnąłem się leniwie. Znowu obudziłem się
wcześniej niż planowałem. Na dworze robi się dopiero lekko szarawo,
obchód mam do zrobienia po świcie - szmat czasu, a ja już na nogach.
Łóżko
zatrzeszczało cicho gdy skoczyłem na równe nogi. Ubrałem znoszone buty i
wyszedłem na zewnątrz. Wewnątrz domu w skale jednak na zewnątrz dociął
mróz - aż zadrżałem od chłodu. Podreptałem z gracją niedźwiedzia w
stronę strumienia. Napiłem się lodowatej wody, która nie zamarzła ze
względu na pobliski wodospadzik. Zaraz potem obmyłem sobie twarz, żeby
się dobudzić i wyjąłem z wody kawał mięsa - niedawno upolowanego
królika. Pamiętałem ze szkoły, że zimna woda to dobry zamiennik do
lodówki.
Wróciłem do wnętrza mojej chatki, gdzie szybko
rozpaliłem w małym palenisku, by się ogrzać i upiec na szybko mięso na
śniadanie.
- Oby szybko się rozmroziło - mruknąłem do siebie
po kilku minutach, gdy już udało mi się rozpalić ogień. Umieściłem mięso
na drewnianej kratce, którą skleciłem na szybko kilka dni temu. Było to
całkiem przydatne, choć prymitywne. Dzięki odpowiedniej odległości od
ognia, kratka się nie spalała, a to co na niej umieściłem podgrzewało
się przynajmniej do tego stopnia, żeby się rozmroziło lub zmiękło.
Dopiero
po dziesięciu minutach mięso się rozmroziło całkowicie, a woda kapała
prosto w ogień. Gdy upewniłem się, że jest to możliwe, pociąłem mięso na
kilka plastrów i zacząłem je smażyć na nożu, który zamocowałem tuż nad
ogniem. Po pół godziny miałem proste, ale smaczne śniadanie. Czas po nim
poświęciłem na ubranie się, przygotowanie i lekkie poranne ćwiczenia.
Gdy
słoneczny dysk zaczął leniwie wpełzać na nieboskłon, wyszedłem z chatki
i zamknąłem porządnie za sobą drzwi, napiłem trochę lodowatej wody i
ruszyłem raźnym krokiem w stronę osady.
Zameldowałem się tam
jednemu z zaznajomionych strażników i wziąłem ze sobą "przydziałowy
kawał stali" żeby w razie zagrożenia móc się bronić. Kawał stali był po
prostu stalowym prętem, który zaczepiłem do plecaka niczym antenę.
Żegnając moich znajomych, rozpocząłem marsz po szlaku, mając za zadanie
zrobić obchód na wytyczonej trasie. Po raz kolejny trafił mi się
najgorszy przydział - szlak należał do mało uczęszczanych, więc był po
prostu zarośnięty, zasypany i niezbyt przyjemny. Był jednak szlakiem,
który łączył z osadą kilka domów, więc obchód musiał być zrobiony.
Około
godziny marszu zajęło mi przejście ponad połowy, gdy zauważyłem coś
nietypowego - śnieg przede mną był dziwnie poruszony, pognieciony.
Podszedłem do miejsca, które wydawało mi się lekko dziwne, i od razu
zrozumiałem o co chodzi. Śnieg był wygnieciony od szarpaniny. Około
cztery metry kwadratowe śniegu były czerwone, leżała tam też strzępka
ubrania. Śnieg nie przysypał śladów, więc musiało to być niedawno.
Chciałem
już wracać, gdy nagle usłyszałem za sobą trzask łamanej gałęzi.
Zastygłem w bezruchu, by po chwili skoczyć w bok, tak dla pewności,
jednocześnie odwracając się. W półmroku za wyschniętymi krzewami
zauważyłem jakąś sylwetkę.
- Swójś czy samotnik mi się trafił? - powiedziałem opanowanym, spokojnym głosem, sięgając do kieszeni po nóż.
Ktoś?
19 października 2018
Od Lucio [etap 1 > etap 2]
Rzadko zdarza mi się przysiąść gdzieś na chwilę z dala od wszystkich zmartwień i problemów. Zapomniałem już jak poprawnie trzyma się ołówek, a tym bardziej jak przenieść na kartkę głupie, żałosne drzewko. Zniesmaczony wyrzuciłem kawałek węgla do wody, której niewielki zbiornik znajdował się tuż pode mną. Wygodniej usadowiłem się na zadziwiająco wytrzymałej gałęzi prawie pozbawionego liści drzewa i oparem się plecami o pień. Nie była to wygodna pozycja do rysowania, ale w tylko w takich miejscach nie muszę się obawiać żadnej napaści ze strony innych samotników. Nie twierdzę, że nie uchroniłbym się od takiej sytuacji, ale nie potrzebne mi nowe blizny. Tych mam akurat pod dostatkiem w przeciwieństwie do umiejętności rysowniczych. Mało brakowało żebym nie upuścił i szkicownika do wody, ale uznałem, że reszta kartek nie może się zmarnować. Zamiast tego wyrwałem nabazgrane drzewo na pożółkłym kawałku papieru i wypuściłem go z ręki obserwując na powoli spada kręcąc się na wietrze, aż w końcu dotyka tafli wody, ale się nie zanurza. Kartka dryfowała na powierzchni powolutku nasiąkając wodą i wyglądała przy tym, jakby wciąż miała nadzieję na przetrwanie. Niestety skróciłem jej cierpienia zeskakując do stawu, którego poziom sięgał mi do połowy łydek. Wtedy kartkę zalała woda i opłynęła na dno bez najmniejszych szans. Wzruszyłem ramionami nie czując żalu, gdyż rysunek był faktycznie okropny, nieudany i chyba najgorszy z tych, jakie kiedykolwiek narysowałem. Zanim wyszedłem z kałuży zamoczyłem w niej dłonie chcąc przemyć sobie twarz i kark. Gdy lodowata woda dotknęła mojej skóry, przeszedł mnie ostry, ale i przyjemny dreszcz. Odetchnąłem z ulgą czerpiąc ostatnie przyjemne chwile z mojej przerwy, która trwała od śniadania do momentu, aż znowu nie zgłodnieję, a że burczało mi w brzuchu uznałem, że wystarczająco się nasiedziałem. Przeczesałem czarne i jak zwykle nieogarnięte włosy jeszcze wilgotną ręką, dzięki czemu dobrze trzymały się w miejscu i nie opadały mi na oczy utrudniając przy tym widzenie. Wyszedłem w końcu na brzeg wycierając mokre stopy o oszronioną trawę. Nie mam pojęcia jakim cudem nie było mi zimno bez butów, futra i w przykrótkich spodniach, ale myślę, że to jedna z zalet bycia przeklętym wilkołakiem. Ciało mam non stop rozgrzane i nie odczuwam zmian temperatury, a o nadejściu zimy dowiedziałem się, gdy spadł pierwszy na wyspie śnieg. Od tamtego momentu zacząłem spisywać pory roku i czas w jakim po sobie następują. Gdybym był jakkolwiek wykształcony, mógłbym na podstawie moich notatek poznać nasze położenie, ale że nie jestem, chyba na zawsze pozostanie to dla mnie zagadką. Poza tym po co dociekać? Nie wiem, czy moje życie jest tutaj nędzniejsze od tego w przyczepie u boku najgorszych zbirów. Wszystko jest mi już obojętne, bo jakbym się nie postarał, to i tak będę nic niewartym stworem zajmującym niepotrzebne miejsce na planecie. W każdym razie samotność mi nie straszna, podobnie jak zima. Wypuszczając powietrze z płuc i obserwując jak z moich ust wydobywa się słaba para ruszyłem w stronę starych chat, czyli mojej iście bogatej posesji. Nie spieszyło mi się tam, ale na moje nieszczęście ktoś inny chyba też do tego doszedł. Od połowy drogi słyszałem za sobą ciche kroki, ale zdecydowałem się to zignorować mając nadzieję, że głupie plany zaatakowania mnie zaraz przejdą temu komuś. Niestety nie, a dowiedziałem się o tym, gdy poczułem na karku gorący i cuchnący powiew z czyjejś wielkiej, uzębionej paszczy. Nie czekając ani chwili dłużej przemieniłem się w zwierzę i odwróciłem przodem do osobnika na starcie złowrogo do mnie nastawionego. Tygran, o którym słyszałem, aczkolwiek nigdy nie widziałem stał przede mną, a raczej nade mną i chwalił się wielkimi kłami, jakie miał w zanadrzu. Wolałem się nie ośmieszać, więc otworzyłem psyk dopiero, gdy byłem wystarczająco blisko, aby wbić zęby w grubą skórę zwierzęcia. Ten z początku zdezorientowany po moim niespodziewanym ruchu jednak szybko się ogarnął i odepchnął mnie przednimi łapami. Dopiero gdy walnąłem plecami o kamienną ścieżkę doszło do mnie, że przeleciałem przez dom, a jeszcze później, że mój kręgosłup niepokojąco chrupnął i utrudniał przy tym poruszanie się. Niestety to nie była pora na odpoczynek, gdyż przerośnięte monstrum zmierzało w moją stronę, a słoneczne światło odbijało się od jego białych kłów. Przeturlałem się na brzuch, ale nie zdążyłem wstać, ponieważ znowu zostałem odepchnięty. Tym razem nie odleciałem tak daleko, ale za to kości przednich łap uległy pęknięciu, gdy chciałem nimi jakoś złagodzić upadek. Syknąłem z bólu, ale zaciskając zęby wstrzymałem powietrze orientując się, że przeciwnik nie może mnie namierzyć. Nie zwracając uwagi na niesprawne łapy przeturlałem się w bok kryjąc się w gęstych krzakach. Zakląłem sam na siebie nie mogąc pogodzić się z porażką, jakiej zaraz tu doświadczę. Przecież Lucio tak łatwo się nie poddaje. Nie bałem się śmierci, chociaż cały zlany byłem zimnym potem, a serce waliło mi jak młot. Wstrzymałem powietrze słysząc głośne sapanie tygrana mając nadzieję, że mnie nie usłyszy, ale po co mu słuch, skoro ma znakomity węch. Wyciągnął łapę zanurzając ją w krzakach, a przy okazji kilka pazurów w mój brzuch. Głośno zawyłem, gdy podniósł mnie w ten sposób do góry i mogłem dzięki temu poczuć jak ostre szpony dosięgają moich wnętrzności i gotowe są je wypruć. Lucio się przecież nie poddaje, ale czy ma jakieś wyjście? Zamknąłem oczy czując jak zbierają się w nich łzy bólu i byłem przygotowany na najgorsze. Najgorsze jednak wcale nie nadeszło. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że przednie łapy są już sprawne, a nawet silniejsze. Kręgosłup ma się nawet lepiej, a wcześniej obolałe mięśnie pozwalają mi teraz w końcu wykonać kontratak. Zapierając się tylnymi łapami o klatkę piersiową bestii uwolniłem się z jej silnych objęć i wylądowałem tym razem na czterech łapach. Dając radę utrzymać się na tylnych kończynach łatwo spostrzegłem, że nie dzieli już nas tak duża różnica wzrostu. Poczułem się niemal jak nowo narodzony, a wykorzystując zdezorientowaną minę zwierzęcia podbiegłem do niej wywracając ją na plecy i przygniatając do zimnego kamienia. Tym razem to ja wbiłem mu pazury w klatkę piersiową, co sprawiło mu niemały ból, ale wiedziałem, że to nie wystarczy aby go pokonać. Jedną łapę wyjąłem z jego piersi i dosięgnąwszy małej czaszki zacisnąłem na niej łapę i uderzyłem nią o pobliski głaz. Usłyszałem głośne pęknięcie, a przerażony wzrok tygrana tylko potwierdził, że wygrałem. Dla pewności wykonałem wcześniejszą czynność jeszcze kilka razy, a następnie ześlizgnąłem się z martwego cielska obserwując jak bezwładnie opada na bok, a oczy wywracają się ukazując zaczerwienione białka. Odsunąłem się dysząc ciężko, a w trakcie przybierając z powrotem ludzką postać. Chociaż jak się potem zorientowałem, nie przypominałem człowieka tak, jak wcześniej. Moje ciało pokryte było bujniejszym owłosieniem, paznokcie wydłużyły się i zaostrzyły, a zęby stały się mocniejsze i ostrzejsze. Wcześniej miałem tak tylko pod postacią wilka, a teraz będę chodził tak na co dzień. Rozmasowując zmarszczone od zdziwienia czoło zaśmiałem się histerycznie spoglądając na śmierdzące zwłoki naprzeciwko mnie i stwierdziłem, że przynajmniej ten obiad mam już z głowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)