5 września 2018

Od Aven Do Lucan'a


Rozjuszony mężczyzna nie wyglądał na zaskoczonego słowami dziewczyny. Stałam obok, czekając aż dystans dzielący nas od ojca-mutanta kopiącego gniewnie kupki liści zwiększy się odpowiednio, uniemożliwiając mu podsłuchanie rozmowy. Niby nie miałam do powiedzenia nic ważnego, ale jeśli Rada potrzebuje takich raportów to lepiej zachować dyskrecję. Tak na wszelki wypadek. Przy okazji miałam czas na poukładanie w głowie mojej wypowiedzi. W końcu przeniosłam oczy na żniwiarkę, wyprostowaną i znów spokojną.

– Zaniosłam książkę do siedziby Rady, została tam skatalogowana i oddałam ją szamanowi. Urzędnik powiedział, że z pytaniami udadzą się do niego.– Powiedziałam na jednym wdechu, wyliczając na palcach. Zobaczyłam, jak wzrok Galii znów powędrował w stronę szybko oddalającego się ciemnego kształtu.– Tego pana spotkałam wychodząc z Kaplicy. Był zdenerwowany, szukał Pani, więc nie chciałam utrudniać.– Skończyłam mówić, zastanawiając się czy znienawidzona jestem już, czy zostanę w niedługim czasie. Dziewczyna westchnęła, wyglądała na wyczerpaną długim dniem.
Nie było sensu dłużej jej przeszkadzać, więc pożegnałam się i ruszyłam zpowrotem w "mój" teren wioski. Właściwie to "nasz", bo inni myśliwi też tam urzędowali i mieli tam swoje domy, oraz co ważniejsze warsztat gdzie mogłam rozebrać zwierzynę i zostawić mój sprzęt. Nie kojarzyłam obecnie, w którą dokładnie stronę mam iść, więc skierowałam się na rynek, stamtąd trafić mogłam w każdy kąt wioski. No, może prawie każdy. Po dotarciu na miejsce przygotowałam kosz na ryby, upleciony jeszcze przed moim przybyciem, przepatrzyłam sieć w poszukiwaniu dziur, później ułożyłam ją w koszu i korzystając z ostatnich promieni naturalnego światła zajęłam się ostrzeniem ościenia z gałęzi tonkowca o jasnym, kamiennym grocie. Najbardziej nadawał się do łowienia masywnych, drapieżnych ryb, które z łatwością rozerwały by sieć na strzępy. Zmieniłam się i rozebrałam, złożyłam ubrania w mojej szafie, jeśli można było zaszczycić tym mianem wyjątkowo niezdarnie wyciosany mebel. Potrzebne mi rzeczy zostawiłam przy drzwiach i udałam się na spoczynek do mojego ukochanego drzewa, z którego spadały ostatnie tego roku liście.
Tyle czasu myślałam o zagubionym w lesie chłopcu, że aż pojawił się w moim śnie. Czułam, jakby o moje własne gałęzie ocierały się małe rączki, a po moich korzeniach deptały drobne stópki, co chwilę przyspieszając do biegu i dając mi poczucie oglądania trasy. Rano obudziłam się wcześniej niż zwykle, szybko zapominając o dziwnym śnie, zanim nawet rozległ się dźwięk dzwonka rozpoczynającego dzień pracy. Słońce nie zdążyło jeszcze wstać, tylko tlące się lampy dawały odrobiny światła. Przez przymrozek wszystko było śliskie, a chodzenie po trawie wymagało zapuszczenia kory na podeszwach stóp. Na moje szczęście nimfie atrybuty dawały mi dużo lepszą mobilność od pozostałych mutantów, co miałam nadzieję umożliwiło by mi ucieczkę, jeśli nie zdołałabym na czas wejść w jakieś drzewo. Zabrałam mój rybacki sprzęt i podreptałam ku zachodniej granicy wioski. W porannej szarówce zobaczyłam patrol strażników więc pomachałam moim prymitywnym narzędziem demaskując moje pobudki. Musieli być dość zajęci, ponieważ tylko skinęli w moją stonę głowami i kontynuowali swój szybki marsz. Ja również przyśpieszyłam kroku. Wiedziałam, jak dostać się na Zalane Bagna, jednak wolałam pojawić się tam jak najszybciej w nadzieji, że o tak wczesnej porze nie spotkam tam żadnego typa z pod ciemnej gwiazdy.
Kiedy wyczułam, jak grunt pod moimi nogami staje się coraz miększy i wilgotniejszy poczułam ulgę. W końcu dotarłam na miejsce. Rodzina dzików korzystająca właśnie z chłodnego wodopoju jedynie podniosła na mnie wszystkie dziesięć par oczu, gdy wyłoniłam się zza drzew. Nawet ryby niespecjalnie uciekały gdy brodziłam szukając odpowiedniego miejsca. Podskubywały moje lekko brązowe już liście i spłoszyła je dopiero sieć lądująca w wodzie. Równie dobrze mogłabym łapać je jedna po drugiej i rzucać do kosza, ale czułam, że to godziło by w zaufanie jakim naturalnie obdarzają mnie zwierzęta. Można by nawet powiedzieć, że natura trzymała dla mnie straż. Dopóki nic nie rzucało się do ucieczki, wiedziałam że jestem bezpieczna. Siadłam na stromym, gliniastym brzegu pośród kolan masywnego cyprysa, kosz odsunęłam za siebie i czekałam na połów bawiąc się ościeniem i przeczesując liście na głowie, zastanawiawiając się czy co roku te kolory będą się zmieniać, czy to coś podobne do łysienia.
Długi czas oglądałam siwe biegusy dłubiące w podmokłej ziemi. Coś zwróciło ich uwagę, ciągle spoglądały na lewo ode mnnie przekrzywiając maleńkie łebki. Wychyliłam się z ukrycia i zobaczyłam wysokiego blondyna patrzącego na wodę. Nie pamiętałam, czy widziałam go kiedyś w wiosce, ale był zdecydowanie zbyt elegancki, żeby można było go uznać za jednego z tych samotnych dzikusów, przed którymi przestrzegano mnie od momentu postawienia stopy na terenie wioski, a z pewnością niczym nie przypominał potwora z wczorajszego ataku. Zbliżył się do brzegu, a brodzące ptaszki, na które patrzył ze stoickim spokojem zaczęły szybko iść w moją stronę. Zobaczył mnie, uczepioną wystających korzeni oddechowych drzewa z bardzo zdziwioną miną. On też niespodziewał się towarzystwa.
–Uhm...Dzień dobry?– powiedziałam z lekkim zająknięciem, nie wiedząc jak powinnam odezwać się do kogoś, kto mógł okazać się śmiertelnym zagrożeniem. Czułam nieprzyjemne ukłucie, gdy z moich stóp wyrzynały się kolce, nie wiedząc, czy zaraz nie będę musiała dać dyla.

Lucan?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz