2 września 2018

Od Harry CD Lucan'a


- Na twoim miejscu - wycedziłam, próbując się nieco przesunąć. - nie zastanawiałabym się nad moimi moralnymi pobudkami, a raczej nad tym, co się stanie, kiedy mnie wkurzysz.
Musiałam jedynie dotknąć czegoś żywego. Wtedy mogłabym cisnąć nim na drugi koniec chaty i spokojnie uciec. Na razie jednak nie mogłam nic takiego znaleźć, a pomimo tego, że mężczyzna nie przytrzymywał mnie zbyt mocno, ruchy miałam... nieco ograniczone.
- Czytałem trochę o nimfach. - na poły zaśmiał się, na poły dyszał z bólu. - Potrzebujesz natury, żeby się zmienić, co? Wielka szkoda, że tu wszędzie jest podłoga.
Patrząc mu prosto w dziwne, żółte oczy, oceniłam nasze szanse. Następne pół minuty zajęło mi gwałtowne wyrywanie się i kopanie, ale choć ranny, Lucan dalej był niezwykle silny. Kiedy znieruchomiałam, sapiąc ze zmęczenia, tylko uśmiechnął się lekko.
- Przysięgam, że jak tylko się stąd wydostanę, to stracisz to i owo. - rzuciłam nienawistnie, zdając sobie sprawę z tego, jak śmiesznie to wyglądało. Nastolatka grożąca dorosłemu, dobre sobie.
- Uważaj, piękności. Takich obietnic strasznie trudno jest dotrzymać.
- Już moja w tym głowa.
Popatrzył na mnie znacząco, oczekując odpowiedzi na pytanie. Zacisnęłam usta, zdecydowana, że nie pójdzie mu tak łatwo.
- No, już. Zaręczam Ci, że mam dziś ciekawsze rzeczy do roboty. Bądź grzeczną dziewczynką i odpowiedz na moje pytania, a puszczę cię wolno.
- To chyba logiczne. - syknęłam w końcu. - Jeśli Samotnik dostanie się na teren wioski, mamy obowiązek kogoś o tym poinformować.
- Myślałem, że mamy umowę.
- Umowę? - prychnęłam. - Z Samotnikiem? Wiem doskonale, jacy jesteście. Dałabym ci, czego potrzebujesz, a ty w zamian poderżnąłbyś mi gardło. Nie, dzięki, wolę nie wchodzić w takie układy.
Przez jego twarz przemknął wyraz zdziwienia, ale zaraz zastąpiła go maska obojętności.
- Uratowałem cię.
- I ja ciebie. - odparłam. - Jesteśmy kwita. A teraz jeśli możesz, z łaski swojej, wypuść mnie.
Lucan westchnął, po czym powoli podniósł się na kolana, krzywiąc z bólu. Wydostałam się szybko, chcąc pobiec w kierunku drzwi, ale coś mnie zatrzymało. Mężczyzna wcale mnie nie gonił. Nie chciał zrobić mi krzywdy. W każdym razie teraz.
Usiadłam powoli naprzeciwko niego, podciągając kolana do brody. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Oddychał ciężko, co przypomniało mi o jego stanie.
- Przyniosłam liście żyworódki pierzastej. - skinęłam głową w stronę białego zawiniątka leżącego na stole. Spojrzał w tamtą stronę. - Nie znalazłam jeszcze antidotum na tę truciznę, ale nie masz jej już w organizmie, nie powinna ci zagrażać. Ta roślina pomoże ci poczuć się lepiej.
- Dlaczego? - spytał z goryczą. - Dlaczego mi pomagasz, skoro jestem takim wielkim, groźnym Samotnikiem?
Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią.
- Bo jesteś wielkim, groźnym Samotnikiem. - odparłam powoli. - A ja chcę jeszcze pożyć.
Pozwoliłam słowom zawisnąć w powietrzu, po czym ostrożnie wstałam i wycofałam się do drzwi. Całą drogę powrotną przebiegłam, nie zatrzymując się na chwilę.

Lucan?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz