1 września 2018

Od Galii CD Lucia

Nie wiem, co Lucio sobie myślał idąc za mną, mimo że ja chciałam spokoju. Płacząc przy nim wiedziałam, że w przyszłości (o ile będziemy ją ze sobą dzielić), wypominanie mi tego stanie się na porządku dziennym, a tego, rzecz jasna, nie chciałam. Strata bliskiego jest czymś okropnym i mimo, że doświadczyłam tego uczucia tyle razy, to wciąż było mi obce i za każdym razem bolało mnie tak samo, a może i bardziej. Nie wiem, co w życiu stracił Lucio (a skoro znajdował się na wyspie, to coś kiedyś na pewno musiał stracić), więc także nie wiedziałam, czy zrozumie mnie w tym momencie, czy po prostu wyśmieje i w taki oto sposób nasze drogi się rozejdą. Myślałam nawet, czy tak by nie było lepiej, miłość, przyjaźń, czy przywiązanie traktowałam jako słabość, a na to nie mogłam sobie pozwolić, przynajmniej nie tutaj, na wyspie. Siedząc na podłodze, w kuchni, ukryta głęboko za kurtyną włosów, jakby w nadziei, że w ten sposób uniknę bacznego spojrzenia mężczyzny, poczułam rękę gdzieś tam w pobliżu, która następnie ułożona została na moich plecach, które unosiły się nieprzyjemnie w płaczu.
Po chwili uniosłam głowę, przecierając oczy i policzki, a następnie wstałam. Mógł mnie wziąć za nienormalną lub co gorsza, bipolarną, ale ja właśnie w taki sposób radziłam sobie z problemami - ignorując je.
Podjęłam ścierkę z blatu, jednym sprawnym ruchem ścierając podłogę, na szczęście nie było na niej dużo zmarnowanego jedzenia. Nastawiłam ponownie zapełniony po brzegi garnek, widząc, że chcąc niechcąc, zapasy powoli się kończyły, a że nastała zima i pierwszy śnieg już spadł, musiałam się wybrać na drobne zakupy, bo polowanie w takich warunkach z pewnością nie byłoby przyjemne.

– Zanieś to Dorianowi – rzuciłam, podając mu zawiniątko pełne skrojonych uprzednio przeze mnie warzyw, które miałam w zamiarze dodać do potrawy, jednak niespecjalnie się przydały.
Ten bez słowa wstał, zabierając ze sobą to, co mu dałam i poszedł, a trzask drzwi objaśnił mi, że wyszedł. Mieszałam zawzięcie zawartość garnka, nie zauważając, że Lucio wrócił, skutecznie odrywałam się od porażającej rzeczywistości.

– Jestem pewien, że śniadanie jest już gotowe – zmierzył mnie spojrzeniem, przywracając mnie do rzeczywistości. Skinęłam tylko głową, doprawiając jedzenie i nakładając na lśniące talerze. Postawiłam je na stole, przysiadając się do niego i zaczynając w spokoju jeść.

– Napisz ten raport, a potem przejadę się z tobą do wioski, potrzebuję coś załatwić – mruknął w pewnym momencie, a ja zatrzymałam widelec w połowie drogi do moich ust.

– I sądzisz, że tak po prostu cię tam wpuszczę? Tutaj, okej, bo nie ma ludzi. O wiosce możesz pomarzyć – ostudziłam jego zapał.

– Sądzę, że i tak niewiele masz do powiedzenia, bo jeśli nie pojadę tam z tobą, to sam i nawet mnie nie zauważysz – skończył dyskusję, a ja w duchu przyznałam mu rację, bo wprost nigdy bym tego nie zrobiła.

– Jedziesz osobnym powozem, nie znamy się i nie widzieliśmy nigdy na oczy – warknęłam, czując, że ma nade mną przewagę. – i zmywasz naczynia – uśmiechnęłam się kpiąco, zostawiając po sobie przybrudzony, pusty talerz, a sama odeszłam do drewnianego biurka stojącego wytrwale w rogu domu. Wyłożyłam potrzebne mi papiery oraz zaczęłam bazgrać na jednym z nich piórem, maczając go co jakiś czas w tuszu. Dobrze, że dzisiaj był oficjalny koniec mojej miesięcznej, wykańczającej dyktatury. Skończyłam pisać, wkładając ubogi raport do koperty i załamując jej róg, jak to miałam w zwyczaju.

– Ja już – wstałam, zasuwając po sobie krzesło. – A ty?

Lucio?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz