9 września 2019

Od Pana Stasia CD Raven

Raven jak zwykle musiała delikatnie nadszarpnąć moje nerwy, szczególnie że już ode mnie odchodziła. Zauważyłem, że ona ma tego typu etapy wobec mnie. Najpierw miła, ale rzucająca sarkazmami, trochę gier słownych, dokuczanie mi, poszargać nerwy i odejść. Czasem zastanawiałem się, czy jej nie zagryźć tak dla własnej satysfakcji. Spojrzałem za nią, jak odchodzi i zająłem się swoimi sprawami. Było jeszcze w miarę wcześnie, więc postanowiłem posprzątać na podwórku i zająć się niektórymi sprawami w domu.

***
Zawsze w jesienne wieczory, gdy byłem w domu i było po zbiorach, czytałem książki, uczyłem się lub oglądałem telewizję. Tutaj takich rarytasów nie miałem. No prócz tych dwóch książek, które zamierzałem podarować Renardowi. Często dość o nim myślałem, szczególnie że wiele mi pomógł w przeszłości i nie ukrywam, ceniłem sobie jego pomoc. Ceniłem sobie pomoc każdego z osobna. Każdego, kto zechciał mi pomóc i podał dłoń. To sprawiało, że mogliśmy się poczuć tutaj normalnie.


To był jeden z tych wieczorów na wyspie, kiedy łapały mnie refleksje i przemyślenia. Wspomnienia i duchy przeszłości. Powroty do domu i do domowego ogniska rodzinnego. Tęskniłem za domem, rodziną, a szczególnie chyba za siostrą, mimo że była niedobrym gówniarzem. Powoli traciłem rachubę czasu na tym odludnym świecie. Już zapomniałem czy przybyłem tutaj w tym roku, może w tamtym... Może to było pięć lat temu. Każdy dzień był do siebie bardzo podobny. Myśli krążyły po mojej głowie jak odrzutowce, odbijając się jak piłeczki pingpongowe. Od tego wszystkiego zaczęła mnie boleć głowa. Złapałem się za nią, klękając na podłodze i mrucząc z bólu. Spuściłem głowę w dół, zamykając mocniej oczy i ściskając pięści. Nagle tykanie zegara było niczym tupiący buciorami olbrzym, ptaki za oknem były jak wyjące wilki do księżyca, strzelając drewno w ognisku, było jak wybuchy fajerwerków. Czułem, jak moja głowa tętni cała z bólu, jak każda żyła z mojego ciała, wychodzi przez skórę, pokazując swój rozmiar.
Z tego całego amoku wyciągnęła mnie jedna rzecz. Rzecz, która była zdecydowanie silniejsza, mocniejsza, przyjemniejsza. Usłyszałem beczenie owiec z obory. Otworzyłem szeroko oczy, opierając się rękami o podłogę i oddychając ciężko i głęboko. Owce nie przedstawiały wydawać swojej cichej, ale głośnej symfonii. Wstałem, gdyż musiałem zobaczyć, co tam się dzieje. Wybiegłem z domu, patrząc na oborę. Owce trwały w swojej symfonii, płacząc na zmianę, niczym syrena alarmowa.
Podszedłem, otwierając drzwi i zauważyłem, że obie stoją tuż pod wejściem. Po zobaczeniu mnie, od razu przestały krzyczeć i spojrzały na mnie rozżalone. Rozejrzałem się powoli po oborze, przeczesując każdy centymetr budynku. Wiedziałem już, co było nie tak. Brakowało mojego jagnięcia. Rozwścieczony ryknąłem swoim wilkołaczym głosem, aż same moje zwierzaki się odsunęły. Wpadłem na zewnątrz, przemieniając się w wilkołaka. Zawyłem głośno w stronę księżyca, ze złości, bólu, smutku i żalu. Wszystko się we mnie gotowało. Zacząłem biec w jedną ze stron. Sam nie wiem dlaczego, skoro nawet nie było czuć żadnego zapachu. Wybiegłem do lasu z nadzieją, że dopadnę jakieś zwierzę i rozszarpie go. Tak dla zasady i dla zaspokojenia swoich nerwów.
Po kilku minutach zatrzymałem się w środku ciemnego lasu, jakbym zaciągnął hamulec ręczny. Kłęby kurzu i piachu uniosły się do góry, by po chwili wszystko zaczęło powoli opadać. Pokręciłem głową na prawo i lewo dość nerwowo, jakby chcąc się oprzytomnić. Musiałem skojarzyć fakty i je połączyć. Ruszyłem powoli w stronę mojej farmy, zastanawiając się, kto ostatnio gościł u mnie na farmie. Bobby, Aven, Raven... Raven.. Raven! Oczywiście! Przecież jagnię jest ulubieńcem wampirzycy. Zawsze to powtarzała i było to dobrze widoczne. Po skojarzeniu tych faktów pobiegłem do domu, rozmyślając nad planem idealnym. Rozszarpać, zagryźć, może udusić? Rozczłonkować, urwać głowę czy może powiesić? Tyle pomysłów a tylko jedna dziewczyna...
Chyba wiedziałem, jak czuli się ludzie w średniowieczu, gdy chcieli komuś wymierzyć karę. Z tą różnicą, że oni mieli wystarczająco dużo ludzi na wykorzystywanie swoich pomysłów.

***
Następnego dnia z samego rana, oczywiście po śniadaniu i krótkim prysznicu, ubrałem się w czyste ciuchy, wypachniłem się i wziąłem bukiet kwiatów. Po godzinie przygotowań ruszyłem w stronę domostwa Raven. Doszedłem do niej jakoś po godzinie, może półtorej, ominąłem wszelkie możliwe pułapki, które dziewczyna miała pod domem. Nie ukrywam, niektóre były bardzo przemyślane i schowane, jednakże nie stanowiły dla mnie większego problemu.
Po chwili zapukałem do drzwi, czekając, aż dziewczyna mi otworzy. Trochę jej to zajęło, ale w końcu mi otworzyła.
- Dzień dobry Raven... Co słychać? - Zapytałem z delikatnym uśmiechem.
- Wilczku...? Ty tutaj? - Zapytała zdziwiona.
- A chciałem się odwdzięczyć za pyszny obiad, pomoc przy oknie i inne drobnostki... A to dla Ciebie. - Podałem dziewczynie bukiet kwiatów, które nazbierałem wcześniej.
Raven odebrało mowę, bo raczej nie tego się spodziewała. Chwyciła delikatnie bukiet i starała się zachować pozory kobiety, której to nie rusza. Widziałem też jednak w jej oku, że chyba myśli, że ja o niczym nie wiem.
- Wybacz, ale nie zaproszę cię do środka. Mam bałagan, a nawet nie mam cię czym poczęstować. - Powiedziała dość spokojnie, choć może z nutką nerwów?
- Oh to nic nie szkodzi... ~ wiem, że powód jest inny ~ pomyślałem. - Cóż, w takim razie będę uciekał...
- Do zobaczenia kundelku — Powiedziała szybko wampirzyca, próbując zamknąć drzwi.
Zblokowałem jednak je nogą i odezwałem się jeszcze.
- Rav... Jakbyś była tak miła... I oddała mi moje jagnię... - Powiedziałem ze stoickim spokojem, powoli podnosząc wzrok, że swojego buta, na nią samą.
Raven? Oddawaj jagnię…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz