2 października 2018

Od Fafnir'a CD Lucan'a

Rozbawiony mężczyzna od razu wykorzystał moment i zrzucił mnie na trawę, po czym poderwał się na równe nogi. Następnie poprawił swoje wygniecione ubranie. Tym razem to ja chciałem wykorzystać jego chwilę nieuwagi. Chwilę, bo nieznajomy szybko poznał moje zamiary i zrobił unik, w efekcie czego wylądowałem w strumieniu. Czym prędzej wyskoczyłem z niego na drugi brzeg, następnie otrzepując włosy z nadmiaru wody, którą nasiąkły podobnie jak ubrania. Byłem zły, osłabiony, a na dodatek całkowicie przemoczony. Zaczynałem mieć serdecznie dość tego dnia. Śmiech mężczyzny dodatkowo mnie drażnił. Przeniosłem na niego wzrok, usiłując wlać w to spojrzenie całą swoją wściekłość.
- No, przynajmniej umyłeś się z błota. - zadrwił - Dam Ci radę, w lesie jest wiele dzikich i niebezpiecznych stworzeń, o których nawet Ci się nie śniło. Musisz wybrać, czy chcesz być drapieżnikiem, czy ofiarą. Dla ścisłości, powiem Ci, że gdy wybierzesz tę drugą opcję, nie dożyjesz wiosny. Hasta la vista, chłopcze. - po tych słowach wampir zasalutował i zniknął za drzewami.
Jakiś czas stałem nieruchomo, wpatrując się w miejsce, gdzie wcześniej stał nieznajomy. Co miał na myśli? Czy miał rację? Być może. Prawdą było to, że wciąż ruszało mnie cierpienie zwierząt, co bardzo utrudniało życie na tym odludziu. Musiałem się zmienić dla własnego dobra.

Przez całą drogę powrotną rozmyślałem nad tym, co miało miejsce w lesie. Nie wiem, ile czasu zajęło mi dotarcie do domu. Miałem wrażenie, że czas się zatrzymał, a ja teleportowałem się przed swoją chatkę. Zmierzyłem ją wzrokiem, by się upewnić, czy to na pewno mój dom, a zobaczywszy znajome ozdoby, wszedłem do środka. Od razu podszedłem do naprawionego przeze mnie kominka. Zamierzałem rozpalić ogień, co znacznie utrudniały mi mokre dłonie oraz ubrania.
Nagle zamknąłem oczy i kichnąłem. Z moich ust wyleciał płomień, który od razu zajął się suchymi gałązkami. Taki plus tych eksperymentów.
Zdjąłem z siebie mokre ubrania, po czym zastąpiłem je suchymi. Następnie opatuliłem się kocem i usiadłem przed kominkiem. Kiedy wróciło mi czucie w palcach, zająłem się przygotowywaniem posiłku z tego, co mi zostało.

Zima zaskoczyła mnie swoim nagłym pojawieniem się. Nie sądziłem nawet, że ta pora roku mogłaby występować w takim miejscu, więc kompletnie nie byłem na nią przygotowany.
Zwierzęta pochowały się, by w spokoju zapaść w sen zimowy, a rośliny przysypał śnieg. Powoli spacerowałem po lesie, szukając czegokolwiek. Śnieg zatrzymał się w większości na igłach drzew, dzięki czemu na ziemi było go mniej. Zbierałem wszystko, co tylko udało mi się znaleźć i co mogłem w jakikolwiek sposób wykorzystać. W pewnym momencie dostrzegłem starego zająca. Przyczaiłem się za drzewami, wycelowałem i rzuciłem w niego oszczepem. Broń przebiła jego ciało zanim zdążył uciec. Ze smutkiem zbliżyłem się do zwierzęcia i wyjął z jego ciała oszczep. Następnie schowała zająca do worka.
Gdy już przez dłuższy czas niczego nowego nie dostrzegałem, udałem się nad brzeg strumienia z zamiarem złowienia kilku ryb. Po kilku godzinach stania w wodzie złowiłem trzy ryby. Niby żadnego szoku nie było, ale lepsze to niż nic.
Schowałem je do swojej skórzanej torby i wyszedłem na brzeg strumienia. Włożyłem na nowo wcześniej zdjęte buty, po czym ruszyłem w drogę powrotną. Chłodne powiewy wiatru wywoływały u mnie dreszcze. Musiałem się pospieszyć, jeśli nie chciałem na nowo się przeziębić. Pogoda pogarszała się z każdą chwilą. Delikatny wiaterek szybko zmienił się w zamieć. Z trudem przedzierałem się przez zaspy śniegu. Kilka razy prawie straciłem równowagę, wpadając w dziury przykryte białym puchem.

Kiedy w końcu dotarłem na miejsce, zobaczyłem, że mam gościa. Bez problemu rozpoznałem w nim wampira z lasu. Moje wystraszone serce biło coraz szybciej, zupełnie jakby chciało wyrwać się z piersi i wziąć nogi za pas. Ale nie mogłem wiecznie uciekać. To był mój dom i musiałem o niego walczyć. Chwyciłem więc oszczep, a następnie wycelowałem nim w głowę mężczyzny. Ten otworzył jedno oko, uniósł brew i odsunął dłonią na bok ostry koniec broni.
- Spokojnie, przeczekam tylko burzę i się stąd zawijam. Nic nie ukradłem, jak nie wierzysz, sam sprawdź. - powiedział i na nowo zamknął oczy. Nie miałem powodów, żeby mu wierzyć. Mógł ponownie mnie zaatakować, ale tym razem nie musiało to się skończyć happy endem.
- Idź precz. - warknąłem.
- Chciałbym, ale ta burza jest mi jakoś nie w smak, wolę się nie gubić. Po prostu mnie zignoruj i staraj się nie skaleczyć, gdy będziesz oporządzał to co przyniosłeś. - dodał.
- Niby czemu? - prychnąłem, starając się być odważny. 
- Bo jestem wampirem, który od tygodnia nie miał nic z ustach. - odparł szorstko mężczyzna i otworzył oczy. Wzdrygnąłem się, czując przebiegający mi po plecach dreszcz. Mocniej zacisnąłem palce na broni. Wampir natomiast ponownie zamknął oczy.
Długo biłem się z myślami, by w końcu podjąć decyzję. 
- Dobra, możesz zostać. Ale do ustania zamiecie. Potem wypad. A jeśli zaczniesz kombinować, zabiję. - warknąłem i opuściłem oszczep. Udałem się do kuchni, by tam zająć się rybami oraz zającem. Zdarte z niego futerko odłożyłem na bok. Mięso natomiast pokroiłem na kawałki. Część odłożyłem na bok dla wampira. Może woli krwiste?
Swoją porcję natarłem ziołami, a następnie udałem się z nią przed kominek. Wrzuciłem mięso do garnka i zalałem je wodą. Stopniowo dodawałem warzywa do gotującej się potrawy. W międzyczasie przygotowywała sos, dodatki oraz herbatę z igieł sosny. Gotowy posiłek rozłożyłem na stole przy kominku, na którym również położyłem miskę z surowym mięsem.
- Chodź tu. - mruknąłem. Wampir uchylił powieki i spojrzał na mnie. 
- Jedz. - dodałem, nakładając sobie do miski trochę przygotowanego mięsa i sałatki ze znalezionych jadalnych roślin.

 Lucan? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz