1 października 2018

Od Harry (do ktosia)

Tego dnia wstałam wcześnie rano. Mając w pamięci instrukcje dyktatorki, spakowałam do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy i opuściłam chatkę, schodząc na dół po pniu drzewa.
Przy bramie, tak jak się spodziewałam, zatrzymał mnie Strażnik.
- 005, Harriet Canova, Uzdrowiciel. - wyrecytowałam znudzonym tonem, kiedy spytał mnie o dane. - Przyszłam nazrywać stokrotek.
Przepuścił mnie bez większych problemów. W końcu, kto podejrzewałby młodą medyczkę o jakieś wznioślejsze ambicje? Tymczasem miałam do wykonania poważną robotę. Na tej mniej uczęszczanej stronie wyspy.
Słyszałam, że rozbił się tam jakiś statek, a od paru tygodni atmosfera w wiosce, była, krótko mówiąc, gęsta. Nie dało się nie zauważyć, że znikali ludzie. A wczoraj Aven przyszła do mnie z prośbą.
- Na tym tankowcu znajdowało się coś złego. - powiedziała. - Chcę, żebyś to zbadała.
- Dlaczego ja? - spytałam, marszcząc ze zdziwieniem brwi. Nie byłam przecież nawet Strażniczką.
- To nowe mutacje. - kontynuowała, przechadzając się w tę i z powrotem po mojej chatce. - Musimy znaleźć ich słabości, żeby skutecznie ich unieszkodliwić. Nie chcę cię oszukiwać. Ludzie i tak już panikują.
- Te zaginięcia... - skojarzyłam. - To... te nowe mutacje?
- Niestety. - westchnęła. - Jesteś Medyczką. Powinnaś tam znaleźć jakieś poszlaki, cokolwiek. Wiem, że wiele zaryzykujesz, ale prawda jest taka... Jesteśmy na skraju wojny. Jeśli szybko czegoś nie wymyślimy, zginiemy.
Do tej pory nie miałam pojęcia, że sytuacja jest tak poważna. Na oczy nie widziałam żadnej z nowych mutacji. A teraz musiałam wejść do wylęgarni i znaleźć na nie antidotum. Pestka.
Szybko przemknęłam przez wyjątkowo dziś spokojny Opuszczony Las i znalazłam się na plaży. W odległości kilku kilometrów widziałam częściowo przesłonięty mgłą kadłub tankowca. Obraz ten wywołał we mnie niepokój, pewnie ze względu na opowieści dyktatorki. Zignorowałam zimne dreszcze i po prostu ruszyłam dalej.
Po drodze nie napotkałam większych problemów. Okolica była opustoszała, nie kręcili się tu nawet Samotnicy. Chociaż mieszkałam w wiosce, pomyślałam o tych, którzy są na zewnątrz. Jeśli ludzi z osady znikali bez śladu, co musiało dziać się z tymi bez domu? Bez miejsca do schowania się? Bez porządnej broni?
Nigdzie nie byliśmy bezpieczni. Rozejrzałam się wkoło podejrzliwie. Nie należałam do zbyt bojaźliwych, jednak wolałam zachować tę minimalną ostrożność.
W końcu stanęłam przy ogromnej, metalowej konstrukcji. Statek lekko bujał się przy uderzających w niego falach, a coś wewnątrz niego wydawało okropne, cierpiące jęki. Na prawej burcie pysznił się biały napis "MOOG". Całość wyglądała na porzuconą.
Uważając na przeżarte rdzą miejsca, po szczeblach weszłam na górny pokład. Wisząca na zawiasach furtka uprzedziła mnie o jego stanie. Wkoło panowało zupełne pobojowisko, jakby zostało tam wypuszczone stado byków. Dziury w podłodze, wybite szyby, a koło sterowe leżało pośrodku tego wszystkiego, wyrwane z konsoli z wielką siłą. Jako, że nie wiedziałam o istnieniu żadnej góry lodowej w pobliżu, to musiały być mutacje o naprawdę dużej sile.
Zachowując się w miarę cicho, zeszłam do zadaszonej części. Tutaj też panował bałagan, ale przeraziło mnie zupełnie co innego; a mianowicie, dziesiątki otwartych klatek. Drżącymi rękami sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam małą, podręczną pochodnię.
Przyjęłam, że na tym piętrze jest ich koło siedemdziesięciu. Podchodziłam do każdej z osobna, dokładnie ją oglądając. Były podpisane, ale choć niemal całe życie spędziłam w laboratorium, nie potrafiłam przetłumaczyć napisów. Wyglądało na to, że były to całkiem nowe mutacje. I niektóre z nich już w ogóle nie były ludźmi.
Właśnie miałam schodzić na dolny poziom, kiedy coś dotknęło mojego ramienia. Obejrzałam się szybko, ale nikogo nie dojrzałam. Za to moje ramię zrobiło się całe czarne.
Kiedy usłyszałam trzask gdzieś za mną, nie czekałam na zaproszenie do ucieczki. Wybiegłam na pobliski korytarz, szukając wyjścia. Cały czas słyszałam coś za mną. Pobiegłam wgłąb korytarza, ale nie dotarłam do schodów. Ktoś wciągnął mnie do pobliskiego pomieszczenia i zatkał usta dłonią.
- Cicho. - usłyszałam.


Ktoś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz