13 października 2018

Od Tenebris'a CD Galii

Gdy zawitałem do domu Galii, zauważyłem brak jego właścicielki. Było już dość późno, więc nie trudno było się domyślić, że uciekła z wioski. Oznaczało to, że będę mieć gościa. Zabrałem więc z jej domu swoje rzeczy oraz to, co było niezbędne, by przetrwać. Zarzuciłem torbę na ramię i chwyciłem pełen worek. Następnie wyjrzałem ostrożnie przez okno. Do domu zbliżało się kilku strażników z pochodniami. Zapewne z zamiarem patrolowania terenu w oczekiwaniu na pojawienie się żniwiarki.
Automatycznie skierowałem się do drzwi, wychodzących na tyły domu, którymi to do niego wszedłem. Bezszelestnie wymknąłem się z budynku, którego cień skrywał mnie pod swoim cielskiem. Światło bijące od ognia było coraz jaśniejsze, a jego promienie wylewały się zza domu Osadniczki. Odległość dzieląca strażników od budowli malała z każdą chwilą. Usłyszałem ich krzyki. Dzielili się na grupy, by móc otoczyć dom. Musiałem jak najszybciej opuścić teren wioski.
Opuściłem powieki i wziąłem głęboki oddech. Poczułem jak temperatura otoczenia zaczyna stopniowo spadać. Moje ręce i nogi delikatnie muskały białe kłęby mgły, a ja sam stawałem się niewidzialny. Bez problemu wyczułem strach bijący od mężczyzn. 
- Co to?! 
- Ciszej. Pewnie wróciła.
Słyszałem jak strażnicy poganiają konie. Kiedy byli już blisko, ruszyłem biegiem przed siebie. Zwinnie przeskakiwałem przez powalone drzewa i większe kamienie. Zamierzałem jak najszybciej dotrzeć do bramy. Część ekipy ruszyła za mną. Może i byłem niewidzialny, ale wciąż zostawiałem za sobą ślady.
Czym prędzej dobiegłem do bramy. Widząc, że jest zamykana, przyspieszyłem. W ostatniej chwili udało mi się prześlizgnąć pomiędzy jej skrzydłami. Nie zwalniając popędziłem dalej w stronę gór. Odgłosy pogoni z czasem ucichły, ale to nie oznaczało, że mogę przestać biec. Galia w każdej chwili mogła pojawić się u podnóża gór i wypatrywać mnie tam.

Gdy już dotarłem do celu, zwolniłem i zbliżyłem się do jednego z pokrytych śniegiem drzew. Oparłem się o jego pień, jednocześnie stając się na nowo widoczny. Rozgrzane policzki w kontakcie z lodowatym powietrzem zaczęły pięć. Wziąłem kilka głębszych oddechów i rozejrzałem się w poszukiwaniu Osadniczki.
Dostrzegłem ją dopiero po jakimś czasie, kiedy zdążyłem już ochłonąć. Dziewczyna prychnęła pod nosem, podjeżdżając do mnie.
- Widzieli mnie. Mogę już nie wracać, a ty możesz pokazać mi jak to jest być rodem z Tarzana. - powiedziała, usiłując być twarda.
- Nie jest tak źle, wbrew pozorom, da się przyzwyczaić. Za jakiś czas wrócisz do siebie i dalej będziesz straszyć innych swoją osobowością. - odparłem, a Galia zmierzyła mnie wzrokiem.
- Ja straszę, ale to ty odstraszasz - Osadniczka bez problemu odbiła piłeczkę - To gdzie jedziemy? Tylko szybko, jak Dorian zachoruje, to sam go będziesz leczył! Masz derkę? Albo owijki, tak, owijki też by się przydały. I pasza, w końcu musi coś jeść. Bo masz co jeść, prawda? – spytała, patrząc na mnie z przerażeniem w oczach.
- Uspokój się. Mam, co jeść. To, że nie mieszkam w wiosce, nie czyni ze mnie głodującego bezdomnego. - mruknąłem. 

Przeszedłem z Galią i jej koniem przez wąwóz, będący jednym ze skrótów. Większa część drogi mijała nam w milczeniu. Teren nie należał do płaskich, więc nie raz musieliśmy uważać na jego obniżenia, które to śnieg doskonale ukrył. Jakby tego było mało, znajdowały się pod nim również sidła Samotników, którzy wciąż się łudzili, że uda im się złapać jakiekolwiek zwierzę. 
Wkrótce dotarliśmy do opuszczonej wioski pełnej zniszczonych domów.
- To tutaj? - zapytała Galia. Dziewczyna nie wyglądała na zadowoloną.
- Oczywiście, że nie. - odparłem, prychając pod nosem - Mieszkam nieco dalej. - dodałem, prowadząc Osadniczkę na drugi koniec wioski.
Po opuszczeniu osady przeszliśmy jeszcze kawałek drogi, aż w końcu stanęliśmy przed ogrodzeniem, które sam zrobiłem. Obszedłem je dookoła, by upewnić się, że jest nienaruszone. Dopiero, gdy skończyłem, otworzyłem bramę i wpuściłem Galię na koniu na swój teren.
- Witam w moich skromnych progach. - powiedziałem, zamknąwszy na nowo bramę, pokazując przy tym gestem dłoni swoje terytorium. Tym, co się wyróżniało był dom i stajnia. Za nimi widniała ciemna ściana. W tejże górze znajdowała się jaskinia, będąca moim pierwszym domem na wyspie.
Zaprowadziłem konia do stajni, a z Galią udałem się do chaty. Tam rozpaliłem w kominku i zaparzyłem herbaty.

 Galia? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz