8 października 2018

Od Fafnir'a do Hayi

Wcześnie rano, jeszcze nim wstało słońce, obudził mnie lodowaty podmuch wiatru, który dostawał się do wnętrza mojego domu przez nieszczelne ściany. Opatuliłem się futrem, służącym mi za koc i usiadłem na swoim posłaniu. Po moim ciele przebiegł zimny dreszcz. Wzdrygnąłem się, a po chwili dodatkowo kichnąłem, automatycznie odwracając głowę w stronę kominka. Z moich ust wyleciał płomień, który powoli zajął się ugaszonymi przez wiatr gałązkami. Przyczołgałem się do niego, nie chcąc wysuwać spod futra nawet centymetra ciała. Było okropnie zimno.
Kiedy nieco się ogrzałem, ponownie przeniosłem wzrok na ściany. Nie sądziłem, że na wyspie może być jakakolwiek inna pora roku niż lato, a już szczególnie zima, więc nawet do głowy mi nie przyszło, żeby przygotować się na taką ewentualność, kiedy był jeszcze na to czas. Teraz musiałem za to zapłacić.
Wyciągnąłem powoli dłonie do kominka, zastanawiając się, jak rozwiązać mój problem. Uznałem, że najlepszym wyjściem będzie zwyczajne obłożenie ścian cienką skórą, ale w tym celu potrzebne mi były gwoździe, których miałem niewiele. Mogłem je zdobyć jedynie w wiosce. Rozejrzałem się więc po wnętrzu swojej chatki, szukając czegokolwiek, co mógłbym na nie wymienić. Zapasów ledwo starczyło dla mnie, więc nie było, czym się dzielić. Tym, co mogłem zaoferować Osadnikom były pióra, które posłużyłyby im do pisania lub do wyrobu biżuterii, bądź ubrań przez krawcową. Westchnąłem cicho, włożyłem cieplejsze ubrania i spakowałem wszystko, co mogłoby zainteresować Osadników, po czym wyruszyłem do wioski.

Gdy dotarłem do wioski, mój płaszcz był biały od śniegu, który co jakiś czas strzepywałem z niego przy kichaniu. Zima jeszcze dobrze się nie zaczęła, a ja już zaczynałem mieć jej serdecznie dosyć.
Przy bramie musiałem odbyć tradycyjną kontrolę, by straże mogły się upewnić, że ja to ja i nagle nie zmieniłem zdania co do moich relacji z Osadnikami. Dopiero po niej zostałem puszczony dalej. Od razu udałem się do krawcowej. 
- O, Fafnir. - blondynka powitała mnie z szerokim uśmiechem.
- Hej, Melody. - mruknąłem, zdejmując worek z pleców. Dziewczyna zaprosiła mnie do środka.
- Masz coś dla mnie? - Melody zaciekawiona patrzyła, jak wyciągam swoje zbiory. Przeszliśmy z nimi do salonu, w którym to mogłem się ogrzać przy kominku i herbacie. Krawcowa tym czasem wybierała sobie ładniejsze pióra i rzemyki.
- Czego tym razem potrzebujesz? - zapytała, oddając mi resztę rzeczy.
- Gwoździ. - odparłem.
- Gwoździe... - mruknęła blondynka zamyślona - Mam trochę. - dodała po chwili, poderwawszy się przy tym z miejsca. Następnie dziewczyna pobiegła do innego pomieszczenia, by później wrócić do mnie z dwiema garściami gwoździ.
- To wszystko, co mam. - powiedziała, wyraźnie zawiedziona ilością poszukiwanych przeze mnie przedmiotów.
- Dzięki. Każda liczba mi się przyda. - odparłem z uśmiechem - Zajrzę jeszcze do sklepu. - dodałem, pakując gwoździe do swojego worka.
- W porządku. Przyjdź później do mnie jeszcze raz. Przygotuję coś do jedzenia. - Melody pomogła mi włożyć płaszcz.
Po pożegnaniu z dziewczyną, ruszyłem w stronę sklepu. Sprzedawca przyjął jednak tylko część tego, co przyniosłem, ale mimo tego miałem nieco więcej gwoździ. Kiedy wychodziłem, kichnąłem po raz kolejny, znowu wypuszczając z ust płomień.
- Uważaj trochę. - usłyszałem nad sobą. Od razu otworzyłem oczy i spojrzałem na młodego strażnika przed sobą. Nieznajomy zeskoczył z konia, a następnie ugasił płomienie na nogawce swoich spodni za pomocą śniegu. 
- To niechcący... - jęknąłem, słysząc, jak młodzieniec mamrocze pod nosem niezadowolony.
- Coś za jeden? - zapytał, wracając do pionu. 
- Fafnir. - odparłem. Dlaczego ja zawsze muszę utrudniać sobie życie? 

 Hayi?  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz